Pan Tealight i Przybycie Wiedźmy…

„Pana Tealighta obudziły tego dnia palmy. I to wyraziście kokosowe. Nie miałby nic przeciwko bananowcom, ale to były palmy. Soczyście odbijające Pani Wyspie. Wysokie, lekko skrzywione, totalnie wybijające się z granitowego podłoża. Z tego bardziej miękkiego też.

I właściwie było wiadomo. Pani Wyspy dokonała kolejnego wyboru. Choć nie, tego Pan Tealight był świadomy od zawsze. To nie był pierwszy raz. Wiedział i tym razem, jak poprzednio, że Pani Wyspy wybrała akolitkę, nazwała ją, opisała, zwyczajnie naznaczyła kolejną fanatyczkę… ale kto mógł wiedzieć, że ta jedna zrobi wszystko, a nawet więcej, by tutaj zamieszkać?

Na dodatek była Wiedźmą. Nic innego nie wyjaśniało palm na Wyspie tak bliskiej temu, co zwano Północą. Nadchodziły zmiany, choć sądząc po włochatych nadmiernie kokosach o dziwnych kształtach, które uderzały w ziemię dyskretnie wymijając roześmianą, uciętą główkę… Wiedźmie nietypowej maksymalnie!

I coś było nie tak z wronami…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

HA! Książki przybyły!!! Mój cudowny prezent urodzinowy, który zrobiłam sobie sama, a co…

A książki poprzedził brawurowy Grabowski!!!

Który to przełamał bariery, nie bacząc na granice, ani kontrole paszportowe… w międzyczasie, gdy okrutny Evil przetrzymuje mi pewnego monstera na granicy w Kopenhadze… Grabowski z Monsters.Etc dał radę!!! Pokonał wszelkie baczne oczy i śledczych, no Bond w futerku!!!

Mój nowy lucky charm!!!

THANK YOU RUTI, You are amazing!!!

Life without Monsters is not a real life… Monsters are cool!!!

No i poczta z Perulandii… Ciekawe miejsce, plują tam lamy, albo na lamy, albo coś w ten deseń. No i mumie mają, no i w ogóle.

Dziękuję Nicole!!!

Dlatego wciąż jeszcze pisuję listy i wysyłam kartki, no i kocham lizane znaczki… Taka jestem starożytna. Ale to taki piękny, fascynujący sposób komunikacji… osobisty, choć do odczytywania mnie to samego Champolliona trzeba!

Przeczytane „Ścięte głowy” -to jedna z tych książek, które czyta się dla języka. Dla orgazmu dobrze poukładanych słów. Dla owych bohaterów… Nie, nie ma tutaj wartkiej akcji, czy wyposażonych, sterylnych laboratoryjnych sal. Jest człowiek, zdolny do wszystkiego i pasja. I są oni… Dalziel i Pascoe. I ja, co się zakochałam i chcę więcej książek Reginalda Hilla.

Niestety Autora, który zmarł kilka miesięcy temu. Książki pozostały! A w nich na pewno on, specyficzna osobowość z dużą dawką humor i zmysłem obserwacyjnym tej specyficznej Wielkiej Brytanii!

PS. Recenzja „Zakład o miłość” Agnieszki Lingas – Łoniewskiej.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i bałagan poksiążęcy…

„Wielka Zła Królowa, matka Małej Wiedźmy Wrony, ubzdurała sobie wydać ją za mąż. Właściwie wydałaby ją za cokolwiek, byle tylko się pozbyć brzydkiego kaczątka – bez szans na białe piórka – ale nie mogła tak oficjalnie, zwyczajnie ej utrupić!

Pewne rzeczy nie przystoją nawet Wielkim i Złym Królowym.

Pozory są ważne.

Dlatego wysłała Małą Wiedźmę w podróż. Całkiem niedaleką, bo tego księciowego tałatajstwa – jej koronowanym zdaniem – pętało się wszędzie wiele. I rzeczywiście Księciowie wszelkiem masy i opresji, zostawiali swoje pantofelki i kapciuszki, laczki i zwykłe gumofilce w kolorze róż very was macz! gdzie popadło. Mała Wiedźma odpędzała się od fruwających, łopoczących sznurówkami glanów i kozaczków. Księciuniowie nie tylko byli natrętni i wydać się chętni, ale do tego cholernie bałaganili. Rzucali pantoflem, niczym serem w pułapce na myszy, no i myśleli, że coś się na to złapie. Gorzej, byli pewni, że nikt nie odrzuci propozycji zaklętej sekretnym kodem w drewniaku z plastikową różyczką, z doczepionym kawałkiem słoninki…

Dlaczego słoninki?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A oto i sprawca tej części opowieści… Znaleziony dziś, tuż przy drodze, zagubiony, zapomniany… Czy któraś z dam odda mu serce? Tajemnicze zaklęcie odczyni, odczyta zawarte w nim przesłanie i odda się Księciu?


Przeczytana „Trojka” Stepan Chapman.

Jak najbardziej powieść nie dla każdego. Jak najbardziej szaleńcza, nietypowa, pogmatwana i porąbana. Czysty symbolizm i inteligencja twórcyw w skondensowanej, często najeżonej kolacami, czasem zwodniczo gładkiej… pigułce, a czasem czopku. Ciężka, a jednocześnie zmuszająca do myślenia.

Cienka historia, a tak potężna. Intrygująca, pogmatwana, nie bacząca na czas i przestrzeń. Trzej bohaterowie, nieskończona liczba prawdopodobieństw.

Za każdym razem seria „Uczta wyobraźni” mnie zaskakuje. Najbardziej wiarą w czytelnika!

Kolejna książka, to podarowany od Maria Ulatowska (której książka najnowsza na dniach!!! a ponieważ trochę ją znam, książkę się znaczy, więc mogę śmiało polecać już teraz!!!) – „Terminalny mróz” Lincoln Child.

Akurat Childa lubię. Spotkałam się z nim pojedynczo i w duecie, i jakoś zaskoczyło między nami. „Terminalny mróz”, to powieść szybka, którą się czyta, by dać się zaskoczyć emocjom. I choć w rzeczywistości domyślić się zakończenia łatwo, to obserwowanie specyficzych warunków: odosobnienia naukowców, cudu lodowca, pracy na planie dokumentu, sieci kłamstw, wyrzeczeń… cóż, można powiedzieć, iż w tej historii jest wiele więcej, niż Child pokazuje, ale gdyby chciał opowiedzieć wszystko, nie byłby to szybki, gwałtowny thriller.

Świetna powieść na podróż. Wciąga, zatrzymuje, nie przeciąża, no jakoś sama się zwyczajnie czyta!!!

SPRING HAS SPRUNG – it is official! For Bornholm Spring has the throne! Well, we will see what Jupiter and Venus dancing together will bring…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i skociały świat…

„Świat zaczynał wyglądać jak dywanik upleciony z wymiocin wściekłego Roślinożercy, który upodobał sobie płatki kwiatów i wyłącznie ostrą zieleninkę. Choć mógł być to też jakiś wielbiciel chabazi. Pospolity, nie zwracający uwagi na szarość i szpetotę. Cholerny esceta, czy jak to zwą…

Wiedźma Wrona Pożarta dostawała kota w liczbie nazbyt wielu, a koty darły koty z innymi kotami, starając się za wszekką cenę zgwałcić się wzajemnie. Nie bacząc na więzy rodzinne, krwi, ślinotoków i innych wydzielin… wydawały z siebie odgłosy aż nazbyt ludzkie. Zboczenie żyło, rżało i miało się superancko!

Pan Tealight wiedział, że to wszystko należy przeczekać. I pił kolejny napar z uturlanych przez Ojeblik – małą, uciętą główkę – ziół.

Wolał nie wiedzieć co to.

Świat szalał poprzez Wiosnę wdzierającą mu się pod skórę bez pytania. Jak co roku, bezczelną, nie wysyłającą zaproszenia, bezczelną, zaspokajająca tylko swoje chucie… Mniej lub bardziej nieuczesaną, włochatą choć głaskaną.

Przymrozki wciąż próbowały swoich sił, choćby molestują Przebiśniegi, oraz inne, nieznośnie radosne pączki, ale czuły, że odchodzą. Wróżki i Smoki miały jednak w głębokim poważaniu (ulokowanym w dupie codziennej) sporadyczne przygrzewajki słoneczne. Nadal było dokuczliwie zimno i pierdząco wietrznie.

Świat miał w sobie nadal nadmiar kapuchy i brukselki… pierniczona dieta!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Przeczytane, tak za przeproszeniem na jednym przysiedzeniu, nawet mi się półdupek nie zdążył zmęczyć… „Tabu” Casey Hill.

Dobra historia.

Oj pewno, mogłaby być dłuższa, bardziej rozbudowana, rozsmakowana w psychologii, rozdzierająca duszę bohaterki na cząsteczki… ale w takiej krótkiej, mocnej formie ma dobre oddziaływanie na czytelnika. Na pewno świetna na podróż. Ot siada człek, włazi w śledztwo, rozbija tajemnicę na cząstki i nawet nie zauważy kiedy mu droga minęła. I krzywi się na ludzkie rozpasanie w granicach tego, co zakazane, złe, tabu.

Bo to śledztwo opisane przez Casey Hill, ta bohaterka, owa sytuacja, rodzina i zalążek przyjaźni, to coś, co czyta się od początku do końca. Bez przerwy, bo musimy poznać zakończenie.

MUSIMI!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiosenność Sapiens…

„Wiosna rozdziawiła paszczę i pokazała zestaw porcelanowych koronek. Jej przesadnie przeludnione, zielone szaty zdradzały wyłącznie niepewność płciową. Tak, Wiosna – ach to ty! – nie zawsze była kobietą. Właściwie co do kobiecości, to Pan Tealight był pewien wyłącznie Zimy. I to dogłębnie.

Ale Wiosna, no z nią miał nie tylko ten problem.

Wynikał on często z owej pogodnej niepewności, urokliwego płodzenia, albo kompletnego szaleństwa owej Pory Roku… lub owego? Pan Tealight nie czuł się komfortowo z takimi słowami w zbytniej siebie bliskości. Nie, no właściwie nie było problemów. Ani jednego. Zwyczajnie Pan Tealight nie był przyzwyczajowny do niepewności. Lubił, gdy wszystko miało swój początek i koniec. Środek i wszelakie pokręcone odnogi, do których dołączona była mapka. A z racji tego, iż prowadził „Sklepik z Niepotrzebnymi”, pobudzenie i wymuszana zielonkowatością radość nie wpływały dobrze na niepotrzebnych. Wielu mamiła łączona z tym Nadzieja, a tej suki nikt nie lubił. Wdzierała się w każdą wolną przestrzeń i przynosiła złudną ułudę… narzucała ją, otaczała, tuliłam a potem świat znowu stawał się potrzebny tylko potrzebnym.

Znowu ich odrzucali.

Z dzikim rechotem, pożerających ścierwo Śnieżynek…

Oj tak, Krokusy, Śnieżynki, a nawet delikatne Przylaszczki karmiły się zanieczyszczonymi nadzieją myślami, duszami, sercami. Żonkile wyrywały trąbkami wszelakie oznaki nadchodzącego rozluźnienia. Nawet tak dotąd spięte Tulipany nie tuliły nikogo, wprost przeciwnie, rozrywały świeże pędy uczuciowości i niszczyły miłość.

I o co do cholery chodzi z tymi cebulkami? Zamknięta, zasuszona kobiecość? Nie, Wiosna nie mogła być kobietą! Pan Tealight prowadził badania od wieków, a wciąż nie był pewien, czy to wysłańcy obcej planety, szpiedzy beznadziejności, wyrafinowanych krain karmiących się poplątaną psychicznością, wielbiciele prostej, okrutne rozrywki, czy też zwykła podpucha?

Cebulki…

Nie, Wiosna nie nadawała się dla ludzi, czy wiedźm, dla niepotrzebnych ogólnie!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czytam… czytam, ale coraz mocniej zdaje mi się, że raczej męczę tę powieść. Od początku, od pierwszego otwarcia odrzuciłam ją kilka razy, by pożreć kilka innych…

Co ze mną jest nie tak? A może z nią?

Nie wiem. Niby cała historia ma w sobie coś, ale też więcej mnie od niej odpycha. Jakaś taka natrętna okropność, narzucana na siłę brzydota, wstrętność, paskudność. Zobaczę, jeszcze dam jej szansę!

Wiosna… dlaczego tak kiepsko przyjąć mi, że idzie Wiosna?

PS. I WON!!! I wrote, or my sheep Kuluś did, and we won and I am/we are so happy… Thank You Potamotrygorgeous.

A simple love story between a Sheep and a kind of strange shaped… NotSheepSnowman!!!

„Somewhere… in fact somewhere where The End of the World is not just: because I say so… lives a sheep – Kuluś.

He is a bit different than others, even different from this sheep who seem to look different. He is just so round and always covers His eyes. He loves his strange tribe with a Cobalt-Blue Crow Witch. But he never thought that one day he will feel it. This something. Something around round belly. So different… to someone who just appeared outside. Someone strange. So not even close to a sheep shape!!!

For a long time they were just looking each other. There was a window and glass border, but they could talk and wave. Then Kuluś took a brave step and came outside. Came out into the winds and snow. And then one touched other… and Kuluś was scared.

The one who is his love started to melt! OH NO!

But Cobalt-Blue Crow is a wise witch. Crazy, but wise, and has a fridge! And now they can love each other. Not maybe often going inside, but their love survived!

Now we can say that cold love also exists!”


Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Marzenie Wiedźmy…

„Wiedźma Wrona miała marzenie.

Wielkie i specyficzne, miejscami włochate, choć dość uczesane. Naturalne, nie sztucznie pędzone, nie barwione… choć skłaniało się ku błękitom i wszelakim niebieskościom kobaltów. To marzenie miało wiele aspektów, kształtów, odcieni i wymiarów geograficznych… całkiem możliwe, iż posiadało własne asteroidy i układy planet, a może i mieszkańców? Jednak wyróżniało je jedno, marzenie było stałe. Miało zarys i określone miejsce. Prawdopodobny rozmiar i własne marzenia.

Zdawało się w końcu oddychać.

Tak naprawdę Marzenie Wiedźmy… żyło.

Marzenie było bardziej żwawe i ludzkie, niż sama Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki. Ale to ona planowała obsadzić je rozmarynem i lawendą, otoczyć drzewami, orzechowcami, jabłonią, czereśnią, krzakiem pigwy i dzikiej róży. I jaśminem, koniecznie jaśminem i bzem.

Marzenie oddychało, pożywiało się, rozwijało i kwitło czym tylko mogło, ale jednak wciąż trzymało się od swojej Wiedźmy z daleka. Jakby się naprawdę bało spełnienia. Choć może juz zrobiło pierwszy krok? Może tak naprawdę wyglądało zza rogu, może pchało pierwsze płatki zapowiedzi? Może było tak naprawdę żółte na niebieskim i Pan Tealight właśnie marzł w jego cieniu?

Bo marząca Wiedźma była czymś strasznym.

Tak naprawdę większej grozy nikt nie znał. Bo Wiedźmie Marzenia miały to do siebie, że zawsze się spełniały, ale wrednie same wybierały swój czas… I nie zwracały uwagi na nikogo poza Wiedźmą. Świat dla nich nie istniał. Wyznawały tylko i wyłącznie sprzeczne dobro Marzącej Wiedźmy.

Demiurga Marzeń.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Marzenia chodzą swoimi, dziwnymi drogami… czasem wcale nie pragną zbliżać się do tego, który marzy, ale czasem…

… czasem daje znak, tylko jak to wszystko czytać?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźma w Stanie Wskazującym…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki czytała.

Stan Wiedźmy wynosił 10 w skali Beauforta, przy wyporności 0 Giglota – widać książka była wznosząco wzwodząca, porywająco niszczącą dookolność wszelaką i codzienną dla innych, ale nie śmieszna. Stan skóry, twarzy i włosów, uzębienia widocznego i domyślnego, jednak wskazywał wyraziście i ostro kłyście… na smoki.

Choć może nie?

Pan Tealight zastanawiał się czy ma rację – nie zdarzało mu się to często. Chyba właściwie był to ów dziewiczy moment… Brak napięcia, raczej oczekiwanie i podrygujące końcówki wiedźmowych uszu, oraz wprawione we wściekły, szalony tan łańcuszki kolczyków, których owe dziwne, choć zwyczajnie podwójne, uszy były pełne, na pewno opowiadał się za fantasy – ołówek trzasnął w szarej dłoni, której napięcie przerosło zmęczenie materiału.

Ale ze smokiem, czy bez? – Do Licha Wszawego! – szepnął Pan Tealight i Licho Z Lokatorami się zobjawiło, bo je zawołano przecież! A odwołać lichowatość wszelaką raczej jest niemożliwe, co wzmogło wszelką działalność łaskocząco-drapiącą, a na dodatek nie pomagało podglądać Wiedźmy przez dramatycznie i brutalnie NIE uchylone okienko kuchni!

Chochel wiedział, ale nie powiedział, a to było tak…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Dla wielbicieli myślenia wolnego, nie związanego pętami jednej religii, dla tych co chcą wciąż szukać, ale i tych, którzy kochają przygodę i miłość…

Serdecznie polecam książkę i własną recenzją podpieram! „Za głosem sangomy”

Świat ma w sobie już tak wiele wiosny.

Tak bardzo wiele. Ptaki śpiewają jak najęte, jakby miały tylko dziś, jakby nic więcej nie miało się wydarzyć, albo jakby bez nich słońce straciłoby chęć na lśnienie… Wiosna. Trafia się toto co roku i zawsze przynosi mi fajne zdjęcia i tęsknotę za zimą. Ale za to takie fajne książki pojawią się na wiosnę!!!

Hej! Może jednak… nie, nadal chcę bałwana!

W zamian z racji pragnienia śnieżnego mam sobie skarpetkowego Yeti od Treacher Creatures!

Ale jakie ma słodkie girki! Istny cud do czytania, da się tulić i raczej nie wyrywa się zupełnie!!!

A MIMIŚ przysłał mi kompletnie niespodziajkowego, no i fruwalnie permanentnego, wiosennego cuda!

Ale ja i tak myślę wciąż o bałwanach i płatkach śniegu i światach, które na nich są, no i smokach… bo śnieg też ma swoje smoki. Wszędzie na początku były smoki. Nawet jeżeli nazywa się je Żółw.

To i tak są smoki!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Czarny Pies na Wiedźmie…

„Pan Tealight wyjrzał ostrożnie zza zakrętu.

Czuł, że coś jest nie tak. Cała uliczka przy domku Wiedźmy, a i Złota Kupa w oddali, skąpane były w chmurze lepkiej mgły. Ciemnej, dziwnie sączącej, z której goły Chochel lepił bałwany o niecenzuralnych, nieprzyzwoicie zwodniczych kształtach i kpiących wyrazach twarzy… lub pysków. Znaczyć to mogło tylko jedno. Na Wiedźmie Wronie usiadł Wielki Czarny Pies. Nakrył ją po bokach ogonem, przycisnął wilgotnym futrem i nie zamierzał jej puścić.

A ona się nie wyrywała.

Pan Tealight przeszedł szybko wzdłuż alejki bałwanów, ostrożnie, by nie nadepnąć artystycznego szaleństwa chochlika pisarskiego i przez otwarte drzwi wkroczył do środka. Ją zobaczył od razu. Siedziała przed wielkim oknem prowadzcym na Lipową Alejkę Wronich Gniazd. Znajoma, a jakże żałosna kupka przeżutych stron, pomiętych bohaterów i zwichrowanych namiętności, oraz przygód bezecnych. Wpatrywała się w Paznokieć Olbrzyma.

Doskonały obraz niebiańskiego pedicure.

Milczała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

PS. Recenzje dziś dwie, publikowane na ArtTravel.pl – „Mordercy w mauzoleach”

„Świat od kuchni”

A na mojej Wyspie wiosna. Dziś był najcieplejszy dzień lutego od 25 lat… cóż, a podobno kwiecień plecień?

I pewno dlatego pojawili się nowi, specyficzni goście? Hmmm… najpierw Moon Whale! Cudny włochacz, jednorożec mórz i oceanów. Czysta magia od zagadkowego miejsca, zwanego The Ostrich Farm!

Cudny jest. Ciekawe jak to jest zobaczyć takiego no wiecie… na żywo?

Najechały mnie też monstery… w znaczeniu dwa małe czekały, ale duży przybył dziś i trochę się poczuł zaskoczony!

Wszystkie stworzone przez Monsters.ETC… cudowne dziewczyny o wielkiej wyobraźni i giga zdolnościach!

I magia w najczystszej postaci – THANK YOU KATHY!!! – stworzona przez fascynującą osobowość skrywającą się pod nazwą Spirit of Old.

Magia potrafi działać cuda… musowo!

Zresztą żyjąc w takich miejscu nie da się wierzyć w coś innego, coś niemożliwego, zwyczajnie się nie da!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i niewiedźmowy wygląd Wiedźmy…

„Właściwie nie chodziło o to.

Tak naprawdę, była to ostatnia rzecz związana z Wiedźmą Wroną Pożartą Przez Książki, która przychodziło na myśl subiektowi „Sklepiku z Niepotrzebnymi”, gdy już pozwalał sobie na myślenia o Wiedźmie Wyspy. Niestety gromada upiornych bab pod drzwiami skutecznie zmuszała go do TAKICH myśli.

A mógł właśnie odcedzać ser… albo usuwać ptasie odchody z płaszcza. Lub szorować kolorowe kamyczki, które nieroztropnie pozostawił w okolicach Wygódki. Ale nie, on się musiał użerać z babami, które ubzdurały sobie, że na miejscu wiedźmy jest wakat. Bo która by uwierzyła, że niewielka, dziwnie odziana, krótkowłosa i niezby długonosa osoba, jest NIĄ? Nikt. Pan Tealight był tego świadomy, a jednak czuł jakieś przerażenie. Czuł, że zaraz coś się wydarzy, a sprzątanie nie będzie nawet konieczne. I czuł dobrze… Pomyśleć, że przecież Wiedźma Wrona jest taka niska.

Ogólnie mała dziwnie.

Nie, wcale nie młoda. Raczej nadgryziona i zębem czasu i obszczerbiona toporkiem, ździebko skorodowana i possana przez erozje. Zalana i wietrzona. Zapomniana, omszona i obsypana pyłami przeszłych katastrof. Ale jak wylezą z niej wszystkie 3 Dusze, które zadomowiły się w niej w miejsce utraconych cząstek jej własnej… to nawet nie trzeba sprzątać.

Bo wszystko znika, gdy TAK spojrzy.

Cóż, Pan Tealight potarł szarą głowę i zamknął drzwi. Wiedźma odeszła – a może nigdy jej tutaj nie było? Cóż, ale on wciąż musiał zrobić ser… tylko gdzie zwiały te cholerne Kultury Bakcyli?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Ostatnio zrobiłam sobie przerwę.

Przerwę na to, by czytać tylko to, co najbardziej kocham, lubię, co mnie kręci i mną często pomiata… Ot udało się wybrać 7 książek z nazbyt obszernej listy pożądanych… i dałam im się pożreć.

Ale zostało coś jeszcze, coś na zakończenie.

Tom, który dotrze aż do kości.

Kontynuacja, na którą tak czekałam. Co więcej… jedna z tych historii, których bohaterowie/bohater, zagnieżdża się w czytelniku i męczy. Siedzi tam, tak gdzieś w okolicach śledziony i delikatnie pomaga w nauce anatomii tkanek miękkich.

Dlaczego miękkich? No bo z kości jestem całkiem niezła. Lubię kości i ludzi, którzy po śmierci mówią, ale odrobinę ciszej i zajmują mniej miejsca.

Aaaa!!! Z jednego Monstera zrobiły się dwa. Thank You Monsters.ETC! I love Your work!!! How will I manage with 2… or more?

Ale to słodziaki są!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i bojkot Wiosny…

„Świat zaczynał pączkować.

Wszystko puchło, nabzdyczało się i srało tęczowym konfetti. Znaczy się niewymownie, jak zwykle napuszona w swej rozpłodowej mocy, nadchodziła Pani Wiosna. W odróżnieniu od Zimy, tej pory roku Pan Tealight nie kochał. I nie chodziło tylko o te kolory, radosne ćwierkania, pijaczków naśladujące koty, oraz całą topliwość. O te listeczki, jajeczka, króliczki i pierdolone na pewno, nazbytnio żółciutkie, kurczaczki.

Chodziło raczej o to, iż w tym roku Zima tak właściwie nie przyszła.

Ot skradała się przez kilka dni pod oknami sklepiku, zajrzała w okno Wiedźmy Wrony, by po prostu podarować jej nie widziany od dzieciństwa, artystyczny rzut Mistrza Szrona… a potem odeszła. Zajrzała na plaże i poczyniła wyuzdane rzeźby z wodorostów, ale nie spotkała się z Panem Tealightem.

A on wciąż czekał… i miał nadzieję, że może jednak, może ponownie, może coś się stanie i zmieni?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A na Wyspie znowu wieje i wiosenna miaucząco-ćwierkająca pora zaczęła się chyba wcześniej.

A ja chcę zimy. Niepoprawnie politycznie, nie padając na kolana i czołobitując przed wielką płodnością Wiosny, będę czekać do zimy. Będę czekać z małym bałwanem w zamrażarniku i pudełkiem śniegu, tak na potem.

Będę czekać.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Śmierć z wizytą u Wiedźmy…

„Pan Tealight obawiał się tego co będzie PO. Tego, co się stanie, gdy w końcu Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki przestanie się grzecznie uśmiechać, a zacznie nieroztropnie zażywać rękoczynów. Nigdy nie lubiła gości. Zaskakująco tolerowała Pana Tealighta, a i to nie zawsze, bądźmy szczerzy. Była ściśle terytorialna i zwyczajnie nie lubiła jak ktoś macał je rzeczy.

A było co macać!

Cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo. Ale teraz, teraz u Wiedźmy Wrony przesiadywała Śmierć. Zwyczajny obiekt, podstawowy element życia Wyspy. Mało rozmowna, choć zajmująca zaskakująco wiele przestrzeni. Powtarzająca jak nadmiernie namiętnie nakręcony mechanizm: że ona do życia Wiedźmie nie jest potrzebna, że kłopotu nie sprawia. Jakoś ani Śmierć ni Wiedźma Przestrzeni o zdanie nie spytały.

A mogłaby mieć obiekcje, nieprawdaż?

Choć kogo tam obchodzi tło? Aczkolwiek wszystko to jest niebezpiecznie niepoojące, asz coś Pana Tealighta w krzyżu mrowi. Bo coś ze Śmiercią musi być nie tak, jeżeli tylko tak siedzi i się obżera.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Aj! Dostałam pierwszy prezent urodzinowo-wszelakoświateczny. I to na dodatek książki, na które mocno czekałam. Nie mogłam się powstrzymać i jedną z nich pożarłam na stojąco, pozwalając słowom ściekać mi po brodzie.

Oczywiście, że „Bezgrzeszną” skonsumowałam. I było świetnie! Właściwie nie chodzi o samą historię, ale raczej o specyficzny sposób narracji. O to, w jaki sposób autorka bawi się konwenansami – a jednocześnie nie przegina żadnej pały – jak śmieje się, jak rozbawia innych, jak fantastyczną ma wyobraźnię, a jednak… zachowuje umiar.

Świetna kontynuacja poprzednich tomów!

PS. Recenzja: „Pułapka Nowego Roku”.

Śnieg topnieje… no i nader smutno mi. Bo Zima to jest to i więcej jeszcze i więcej ponad to owo!

Ale na szczęście mam zimę w pigułce. Słowa, co jak włażą do głowy, to aż na mnie szron osiada… co to obrazy malują, no i zdają się szeptać: po kiego czytasz inne książki, jak są takie ja!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz