Pan Tealight i Sezon na turyściznę…

„To był moment i już wiedział.

Owa głośność w powietrzu, narastające brzęki i stukoty na granicy szklanego rozprysku… znaczy kilkakrotnie coś musiało się stłuc, nie ma mocnych. Stukot weków w wiedźmiej chatce. Czystość szkła, taka jeszcze niepokalana. Owe garnki zadziornie gotowe i przebierające rączkami ze zdenerwowania i oczekiwania. I ten zapach, niepokój w przestrzeni Wyspy. Narastające zagęszczenie i tupoty, nagle poruszające się mobilne istoty na dotąd wymarłych drogach… Świergoty i gdakania, języki, które dotąd się nie znały, teraz splatają się z mewymi krzykami i krakaniem wron.

I tylko morze leniwie chlupocze, jakby dziwnie niewzruszone, albo wzruszoe lecz wstrząśnięcie niezmieszane…

Tak, Pan Tealight już wiedział, że sezon na turyściznę właśnie się zaczął. Może i dla nich były to tylko wakacje! Ale co tam, każdy ma jakieś hobby i sposoby na wypoczynek. Chyba czas rozejrzeć się za przyprawami, może w tym seoznie małe paluszki w sosie z Żarłocznych Żonkili, a może Suszone Tulipany i Łuski Smocze?

Hmmm… tak wiele kombinacji, a turystów coraz mniej! Bezczelność!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Mroczny anioł” Eden Maguire – opowieść młodzieżowa, zabarwiona paranormalnie, trochę uskrzydlona, uduszona… znaczy duchy człeka duszą, walka dobra ze złem się tli w powietrzu, niczym leśne poszycie.

No tak, ogień jest tutaj istotnym elementem, który ukształtował bohaterkę, by w końcu – gdy ona tkwi w ramionach trochę dziwnego, ale MUSOWO seksualnego związku, podobno miłości prawdziwej – rzucić ją na wojnę ze złem. A co, przecież każdy z nas zaliczył jakąś wojnę ze złem, co nie? To element dorastania, albo coś w ten deseń.

No dobra, książka trochę się nie trzyma kupy, ale zaintrygowała mnie specyficznym sposobem narracji, takim bałaganiarskim i przewidywalnością totalną, oraz płonącymi lasami. I tak sobie myślę gdy na nią patrzę, czy serio nie można już lepiej dopracować bohaterów? A może to wymogi odgórne, by historie dla młodzieży zbytnio ciężkie nie były? Nie wiem.

Ale co tam…

„Władczyni snów” Nina Blazon – intrygująca fabuła, fantastyczny pomysł, choć wykonanie trochę leży. Ale czuję się lekko zaskoczona! I nawet nikt z nikim nie poszedł do łóżka, no dobra, nie poszedł co stronę!

Apokalipsa miała miejsce i więcej nic nie powiem, bo już przeczytanie tekstu na okładce może zepsuć lekturę. Można spróbować!

Naprawdę.

Czytam takie książki, bo czasem potrafią zaskoczyć. Nie są wymagające, człowiek się jakoś przy nich rozluźnia, ma nadzieję, że zaznajamia się z kulturą pokoleń, aż mu w zwojach powróci pożądanie potężniejszej literatury. Zwyczajnie – muszę spróbować, żeby wiedzieć o czym gadam!

Howgh!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wyspy Zwichrowanie…

„Wyspa kompletnie, z dziko rozwianym włosem, w szlafroczku co to się rozchylał i własnym życiem tętnił, bez makijażu, ani nawet barwinki na licach… z owym spojrzeniem zagubionego bazyliszka, co to nie pamięta czy to kamień był czy nie, stuka i puka, próbuje i wciąż nie wie, no wiecie, w owych odmiennych stanach świadomości, w których unikali jej wszyscy, a Wiedźma Wrona wyrażała obrzydliwe, przerażające wszystkich zaciekawienie…

Bynajmniej Wyspa wciąż się miotała i nie mogła się zdecydować czy kwitnąć, czy też jednak jeszcze nie.

Odpuścić sobie płatki i kolorki, zapachy i bzyczenie, motyli i rozrzutną barwność? A może jednak w całości rozbuchać każdy badylek, poruszać motylek i bzykać co się rusza i co się nie rusza tyż!

Właściwie pąki były już gotowe. Pęczniały i pączniały, ociekały sokiem niczym tłuste placki, oj tak Pan Tealight miał ochotę na placek. Albo lepiej, no na pączki! Tłuste takie z syropem i lukierem, z dżemem i serem i bez dziur w środku, te z dziurami to były totalnie wybrakowane. Jakby duszy pączastej nie miały. Jakby drożdże się zbuntowały i wybuchły, wyrąbując sobie drogę na zewnątrz… smak uciekł z więzienia. Tłuste i pulchniutkie, nie Pan Tealight nie miał problemu z puszystością. Dlatego dorzucił do wizji obżarstwa jeszcze sadzone jajca w sosie z Żarłocznych Żonkili…

Niektórzy mieli proste marzenia.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Ha! W końcu się ukazał „Dziewiąty Mag” – za pierwszym razem się na książkę nie załapałam, ale teraz musowo to nadrobić. W końcu o smokach!!! Oczywiście należy też nadmienić, iż Autorka mnie próbuje zniechęcić do treści poznania, znaczy coś ukrywa na pewno… znaczy musowo czuję się zdeterminowana, by książkę dorwać.

Bezczelność takie Autorki no!!!

People meet Swindon, Swindon meet People and Dragons, and Zombies, Monsters, Elves, Dwarfs… and so called Family!!!

Ruti – You are the best!!!

Grabowski, please do not bite Swindon’s ear! Come one! Be a nice monster, or just pretend, only for this photo!

Z cyklu przeczytane: „Czarny deszcz” – historia sensacyjna z elementami Majów, Amazonki oraz zimnej fuzji. Zawiść i chciwość współczesnych tuzów i organizacji miesza się z dzikością świata, wciąż pełnego tajemnic. Bo mity zawsze mają w sobie choć iskrę prawdy…

Opowieść wciągająca, typowo dla wielbicieli gatunku – na podróż dobra, pojemna. Właściwie wiadomo jak się to skończy i pewne jest, że 2012 gdzieś się przewinie… ale trzyma w napięciu. Ma ową dawkę tajemniczości, ciągłą akcję, drżenie członków i pytanie: kto to wszystko przeżyje?

Może i bohaterowie trochę niedopracowani, ale to opowieść dla dreszczyku nie psychologicznych bohaterów.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Dziwne Zaklęcie Wiedźmy…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki mamrotała coś pod nosem.

Nie szeptała, nie sprawiała, że czyjeś bezczelnie namolne, wyczulone, wstrętnie wrednie ciekawskie uszy byłyby w stanie coś usłyszeć. Nie, ona mamrotała miażdżąc słowa w ustach, międląc je i przeżuwając, wysysając i przetaczając je przez szpary między zębami, nie wydobywając dźwięków na zewnątrz.

Kleiła zaklęcie.

I chciała, by towarzyszyła jej tylko cisza.

Pięć planet skrzy się na niebie,
jedna poczwara na Ciebie.
Na lico zmienione nie poradzi
ten, co się ze mną tak wadzi.
Aczkolwiek odkupić grzechy,
zaznać jakowej pociechy…
mógłby on gdyby tylko znał,
tego, który mi obleśnik z klatki zwiał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Świat jest gotowy na zaklęcia. To dobry czas, by coś wywołać, zrzucić czy też zarzucić. By powiedzieć najgłośniej: JA CHCĘ… proszę mi się wydaje, aczkolwiek ja chyba i wymuszam.

Z cyklu przeczytane: „Magia krwi”… Czekałam na tę książkę, ostrzyłam sobie pazury i naprawdę stroszyłam pióra. Miała być wyzwaniem, no i była. Teraz mi wsio oklapło. Nie, nie dlatego, że książka zła. Oj nie, raczej z powodu języka – choć szlag mnie trafia na korektę!!! byki ortograficzne? WSTYD!

Tak mnie to „u” zbiło z tropu, że całe rozsmakowanie gdzieś uleciało, a może to i sama historia. Jakoś tak forma nad treścią w tej książce gdzieś ulatuje. Z jednej strony rozpasanie językowe, gwara ulicy miesza się ze słowami, do których potrzeba słownika, a z drugiej, w samej historii, przy pełnym braku prostoty, gwałci mnie, napastuje wybitnie umiejętnie… przesada.

Opowieść Huso da się streścić w jednym zdaniu: było sobie Przeznaczenie i wygrało. Mamy dwójkę bohaterów z popapranym już na starcie losem, tajemnicze światy i jeszcze większe kolejne tajemnice i kolejne… i w końcu nic nie jest wyjaśnione. Choć tak wiele się dzieje, właściwie od początku, to jednak filozoficzne rozgawory na temat tego, czy zabić człowieka i dusić z niego moc, czy też nie, przytłaczają.

A przecież to nie jest zła książka. Kurcze, a może jednak jest?

Wymęczyłam ją.

W pewnym momencie sama chciałam się pociąć i coś wyczarować – jakieś cholerne dopełnienie tej opowieści. Z kilka tomów, w których ktoś umieściłby didaskalia i jakiś gratis  słowniczek.

A może za głupia jestem i tyle? Choć z drugiej strony podobało mi się… zakręciłam się i tyle!!!

PS. Recenzja „Przypadki Pani Eustaszyny” Maria Ulatowska. Będzie jak skończę, choć już zaczęłam… ale TA PANI JEST ZWYCZAJNIE THE BEST!!! kilka słów tutaj „zwyczajnie” nie wystarczy 🙂

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźma i Smoki…

„Wiedźma Wrona obserwowała smoki.

Siedząc na porośniętym spętaną trawą i dziwnymi, niezidentyfikowanymi roślinami kurhanie… spoglądała w Morze. Morze nie miało może nic przeciwko, aczkolwiek czuło się lekko zawstydzone i rumieniło się w środku… no wiecie, w morzu.

I milczało.

Pan Tealight nie do końca pojmował jak ktoś, kto malując paprał sobie farbą nos, a patrząc na ludzi nie rozpoznawał rysów twarzy i z łatwością mylił ich ze starym płotem, czy murkiem. No nie rozumiał, jak taki ktoś jest w stanie dojrzeć z tej odległości rozbrykaną bandę, nie większych od kłębków włóczki, gadzin… ale nie dyskutował z tak ewidentnym cudem. Tym bardziej, że solidarnie i wyjątkowo rozumiejąc całkowicie smoczą namiętność krążącą w wiedźmich trzewiach, Ojeblik – mała, ucięta główka, krwawo i nadzwyczaj głośno wygoniła z kurhanu Chochela i bujając się na kłączach końskiego włosia, spoglądała z Wiedźmą.

Na smoki. Na magię, która tylko się bawiła. Nie zajmowała się tworzeniem, czy rujnowaniem, poddawaniem się zachłanności ludzkich braków zahamowań, oraz zwykle miłosnych niedopatrzeń… bawiła się.

Podglądanie smoków było babską sprawą i to na wskroś!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Recenzja książki „Pod nocnym niebem” – powieści, w której można się rozsmakować, dziwnie naturalnej i takiej mało pospiesznej, a jednak… iskrzącej!

Na Wyspie Zima, choć podobno to już Wiosna. Gdyby tylko temperatura jeszcze odrobinę podpatrzyła owe upadłe byty, no i wzięła z nich przykład… byłby niezły snestorm. A tak zwyczajnie jest cholernie zimno, a wiatr wydobywa z człowieka każdą ciepłotliwość niezbędną. No i śnieg topnieje.

Zbyt szybko.

Czyli czas kołdrowo-książkowy na całego.

Na szczęście są misie.

Mam wiele bzików, ale obok: książek, wron, magii i drzew, legend i symbolizmu, są misie. Fascynujące dzieła sztuki rdzennych mieszkańców Ameryki – tak się poprawnie teraz mówi na Indian?

Człowiek się już gubi.

Ten stworzony został przez Bremette Epaloose. Ujmuje tymi trzema odciskami turkusowych łapek. Nazwałam go Gudhjem. Tak, by spełnić swoje największe marzenie… no misiek, masz na barkach WIELKĄ odpowiedzialność.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Ten Sen Wiedźmy…

„Niby nic się nie działo.

Noc bawiła się rozpustnie i w najlepsze. Ciemność przekomarzała się z Mrokiem, a tworzony przez nich teatrzyk cieni (nagrodzony zbyt ślepymi, by mogły dotrzeć na swój mantelpiece, figurkami) oparty na blasku Księżyca – jak zwykle z drugiej ręki, odbitym i kompletnie entej kategorii – dotarł do najlepszego momentu.

Nie, nic się nie działo.

Nawet Nocny Wiatr postanowił cicho przyglądać się rozgrywającemu się na ścianie przedstawieniu.

Bo przecież nic się nie działo.

Oto Noc jak co noc… i wtedy, w tym momencie „nicsięniedziania” ktoś pstryknął przycisk ON. Czerwona lampka zapłonęła własną pewnością siebie, a Oczekiwanie przetarło zaropiałe powieki. Cienie zamarły. Tak leniwe dotąd Nocne Rozwolnienie wznowiło pracę. Drogi przestały biec i prowadzić, a liście uciekać. Nic nie rosło i nic się nie zmieniało.

Wszystko zamarło.

Spało i śniło.

Nawet Noc.

Co gorsza… Wiedźma Wrona spała i ŚNIŁA!

W chatce Wiedźmy niczego nieświadomy, szalenie niewinny i kompetnie nie przeczuwający grzmotów, kręcił się w łóżku Chowaniec Wiedźmy. Nie obchodziły go unoszące się dookoła przedmioty, o błyszczących, ostrych krawędziach, ani dziwne pomruki NazbytMagicznej Przestrzeni. Chochel – łamagowaty chochlik pisarski Wiedźmy, fetyszysta i oblech pewny – przebiegle i nadpobudliwie zaznajomy ze zwyczajami Pożartej Przez Książki ukrył się w kuchennej szafcem tej z pustymi słoikami – im nigdy nic się nie działo.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki… śniła.

Śniła wodę, więc ta przybyła. Śniła ogień, więc i on został jej przedstawiony. Pan Tealight poczuł napastliwe, bolesne szarpnięcie, zdążył chwycić koc i chusteczkę, do której wsunął Ojeblik – małą, uciętą główkę. I choć wiedział, że to wszystko jest snem, wybiegł i schronił się w Wygódce.

I tylko Wiedźma wiedziała, że sny to istnienie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane… Oto wariackie, lekkie, szalone coś o wampirach, młodocianej niezbyt zdefiniowanej i całej masie przemocy oraz seksu! „W pół drogi do grobu” Jeaniene Frost, czyli opowieść o młodziutkiej półwampirce, która to naładowana od swego dziwnego narodzenia matczyną nienawiścią, walczy i zabija. Morduje wampiry, bo… no bo są złe!

Logiczne chyba?

Mieszkając z dziadkami i matką, nasza bohaterka jest zaskakująco zaradna. Chociaż niewiele wie. Wszystko się zmienia, gdy spotyka pana połyskliwego – znaczy się BONES – no i nabiera wprawy we wpychaniu kołków, sreberek i co tam kto se życzy… I zaczyna się gra. Cat zostaje morderczynią bez zasad, z owym UPS znów kogoś zbaiłam, bo mi się nożyk obsunął, no i z życiem seksualnym nader wampirycznym.

Czyli, że niby dojrzewa…

No i niby powinno być fajnie, fajerwerki i w ogóle, przecież ja lubię wampiry, no są smakowe… A jednak ani bohaterka, ani historia do mnie nie przemawia. Nudzę się!!! I to strasznie, a sceny erotyczne przerzucam.

Bleh!

„W grobie” Jeaniene Frost – tak wiem, że to trzeci tom, ale tak wyszło… Najpierw pierwszy, w końcu mnie nie ruszyło, stwierdziłam, że się domyślę co było i niestety się domyśliłam. Znaczy rany!!! to straszna mydlana opera z mocniejszymi sado-maso momentami niekoniecznie łóżkowymi.

Zero zaskoczenia. Chyba się wkurzyłam, bo obiecałam sobie po tej lekturze jakąś rozrywkę, a nie tylko dialog i w mordę, dialog i w mordę pieprz mnie, w mordę!!!

Troszku nowości, znaczy się po dniach posuchy nadeszły – jak znam siebie krótkie i szybko mijające – dni przybywających książek!!!

Najpierw coś mrocznego i mniej mrocznego, zaskakującego, ale też i coś codziennego… specjalne podziękowania dla

Bo udało mi się wygrać.

Za to dziś przybyły dwie bardzo ważne dla mnie Kobiety. Dokładnie gdyby liczyć, to nawet trzy!

A świat na Wyspie niby wiosenny zapowiada na dzisiaj zawieje i zamiecie. Ciekawe co z tego wyjdzie? Może nawet jakiś Bałwan zabłąkany, szalony, taki wiecie totalny samobójca… gdzieś się zapodzieje w moich okolicach?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Panowie Obluzowani…

„Przyszli zjeść Wiedźmę Wronę.

Ot zwyczajnie, choć też może nie AŻ tak zwyczajnie.

Ubrani w odprasowane, czarne garnitury i nader nudne, dziwnie ponure krawaty… czekali z tymi teczkami wiszącymi z prawych dłoni i… Tak ten wyższy miał w lewej ręce słoik ogórków – Pan Tealight stawiał na korniszony, sądząc po ostrym aromacie, wieczko się chyba obluzowało. Ten niższy miał ze sobą musztardę, a ten z nierówno ogoloną twarzą keczup. Jednak tylko ten z loczkiem nad dolną wargą miał w ręce białą torebkę z napisem „Cukier Kryształ”.

Cukier krzepił!

Pojawili się pod Sklepikiem o świcie. Dokładnie z pierwszym promieniem słońca i przegonili ze ścieżki Ojeblika – małą, uciętą główkę ćwiczącą TaiChi (tudzież odmianę dla tych lekko pozbawionych kończyn). Wystraszyli wszystkich swoją nadmierną uporządkowaną garderobą i niepasującymi dodatkami. Ale obowiązek nakazywał pokazać im Wiedźmę.

Pan Tealight, prowadząc ich ulicą do chatki Wrony Pożartej Przez Książki, słyszał popcorn pykający w mikrofalówkach i na patelniach, oraz wszelakich mieszkańców moszczących się wygodnie w oknach…

CZAS ZACZĄĆ IMPREZKĘ! Potem będzie pieczyste!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


PS. Z cyklu przeczytane: „Na krawędzi” Ilona Andrews -przyznaję bez bicia, że po prostu się ubawiłam. Ubawiłam się i zaczytałam na chwilę. Bo choć bohaterka to zlepek wielu podobnych, a ten ON zwyczajnie kręci, no i choć Babcia i Dziadek znowu są genialny, no i choć można się czepiać, że tosz to nie jest jakoś wybuchowo nowatorskie, wiecie ta fabuła i tak dalej. Owa cała magia i zwyczajność i bajkowość w zaroślach powieści… i choć w rzeczywistości to opowieść o Kopciuszku, Śnieżce, czy tam Pięknej i Bestyji… To ja zwyczajnie kocham pisanie duetu skrywajęcego się pod mianem Ilona Andrews, a i tłumaczenie też!

Tą skwapliwą swobodę słów, ową nieopieszałość w komiźmie, a jednocześnie tradycyjność społeczną. I to pomieszanie z poplątaniem, co to jednak gra, tańczy i se buczy, nawet jak w łeb mu się huknie.

Ech! Lubię!

A z Wyspowej codzienności: mamy nowego monstera ku inspiracji. Cudowny jest i wymiata!!! Of course Monsters.ETC. Yeah, I am addicted, and yeah! I feel good about it!

Magia jak najbardziej nadal u nas w natarciu… dodatkowo wiatery są i tak! pada śnieg!!! (magia sponsorowana przez Wands of Transformation)

And I got amazing card from Kittypinkstars!!! Thank You one more time!!!

And some Feelings magic from Taylored Curiosities!!! Yeah, my world is a bit cuter than always!!!

Cóż, życie na Wyspie jest zaskakujące czasami! A może nie zaskakujące? Może to, co zaskakujące, w rzeczywistości jest tutaj normalne? Ale czy wtedy to co, nie normowalne, nie jest normą? I wyjdzie na to, że no wiecie… jestem zwyczajna? Hmmm, muszę się nad tym zastanowić, albo i nie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Jedyna Zbrodnia Ojeblika…

„Pan Tealight był przerażony.

Niepotrzebność rosła w siłę.

Do jego Sklepiku przybywały rzeczy, które jeszcze nawet nie wypełniły swojego przeznaczenia, a już były nieistotne. Już dawno zastąpił je ktoś inny… kto właśnie pukał do drzwi Sklepiku. Smutne, niespełnione, żałośnie nierozpoznawalne… Chowały się wewnątrz Starej Siwej Taczki. Tej idealnie stalowej, zawsze błyszczącej. To tam, przykryte zieloną plandeką w różowiutkie tulipanki, pragnęły być niewidoczne, dziwnie zawstydzone swoją zbędnością.

Pan Tealight westchnął, a potem przez te obrzydliwie rażące tulipanki, przypomniał sobie jak to było z Ojeblikiem. Nie, mała, ucięta główka nie była nieprzydatna. Nie była zbędna i niechciana, ona jako jedyna tutaj sama zdecydowała o swoim losie. Uznała za zbędny korpusik, naprężyła się, nadęła i… nawiała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


PS. Przeczytane: „Miasto upadłych aniołów”… czyli pewnej opowieści ciąg dalszy. Kto wie o co chodzi, to wie, a kto nie wie, to niech od końca nie zaczyna.

No dobra, ciąg może to i jest dalszy, ale strasznie wymęczyłam ten tom. Do końca nie wiem dlaczego. To wszystko zdaje się być już takie znajome. Wciąż przeciskają się przez fabułę te same mity, jakby nikt nie używał wyobraźni, a tylko wyszukiwarki. I te postacie, przecież oni mają bigla, mają w sobie coś, a w tym tomie tacy wszyscy papierowi, nijacy i… przykro mi za te słowa, ale KURDE NUDNI!!!

A potem z wywieszonym językiem sięgnęłam po: „Akta Dresdena. Front burzowy” – no i znowu skucha. Choć, może zwyczajnie nazbyt wiele ostatnio oczekuję po tej tzw. literaturze?

Nie, wcale nie było źle, tylko przewidywalnie i gdyby nie BOB… oj BOB jest super, trza było z nieo uczynić bohatera, a nie z kolejnego kolesia co to wytrzymuje wszelkie klątwy i kołem łamanie, a potem i tak świat się kręci. Dobra, pewno marudzę. Śledztwo choć przewidywalne jakoś się tam kręciło, książkę dało się szybko przeczytać, a że magii jak na lekarstwo, jakby na przylepkę… może to i moja wina?

Tak sobie pomyślałam, że to ino ja, no i że z następnym tomem będzie lepiej… ale nie było. I choć zakończenie, ta pewna z demonem rozmowa rozbudziła moje zmysły, to jednak nie. Chyba nie sięgnę po kolejny tom. Bo ta historia jest zwyczajnie nazbyt płytka. Spisana jak dla osobnika, co to nie myśli. Nie lubię jak się mie tak traktuje. Potrzebuję głębi, rozkochania się w świecie i bohaterach… TEJ CAŁEJ MAGII!!!

Owego prawdziwego czytania.

Ale tutaj tego nie otrzymałam. Ot prosta historia, trochę krwi, bohater płytki… no ale BOB!!! Koniecznie poproszę BOBa pod choinkę!

Podziękowania za urodziny! Wielkie i gigantycznie rozbuchane podziękowania ślę wszystkim tym, któzy sprawili, że się uśmiechnęłam, albo oplułam monitor!!!

Cudownemu portalowi Nakanapie.pl zaś za książki dziękuję!

No dobra, ale „Błędne siostry” to sama sobie wygrałam. Ha!!!

Aj no i dzisiaj, hej przyszły książki dzisiaj… co prawda te dwie to już mam, ale może znajdę kogoś chętnego na jakieś wymienianki?

W znaczeniu wymienię dwa rzeźniki na nowego pachniucha i ciężarną nikłoduszną!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Niedotykać Wiedźmy…

„Wszyscy lubili macać Wiedźmę Wronę. Jakby była cudowną figurką, o dość niepewnych ruchach; talizmanem, bożkiem, którego wystarczy potarmosić, potrzeć po brzuszku – ot na szczęście! Albo lepiej, ot zwyczajnie milusim w dotyku zwierzątkiem, co to z definicji gryźć nie może. A może raczej nie powinno? Chyba się nad tym nie zastanawiali, a Wiedźma zaskoczona ich łapczywą natarczywością, nie walczyła.

A przecież umiała gryźć. Z rzucania gromów samym spojrzeniem miała Mastera of Arts! Pan Tealight doskonale o tym wiedział. Wciąż czasem z nieba spadały tańcząc płatki sadzy w kształcie Wyspy. Jego peleryna miała z prawej strony kwieciście rozkładającą się aplikację z przepalonych dziurek… więc dlaczego?

Bała się ludzi. Unikała ich. Chowała się, uciekała. A jednak… oni niczym do lepa, spragnieni słodyczy, wciąż lgnęli.

Pan Tealight zaczął się zastanawiać, czy od tego dotykania Wiedźmy w końcu nadmiernie nie ubędzie. Co prawda miała z czego oddawać, mogła poświęcić kilogramy, ale czy na pewno? Czyż można być pewnym, w którym kawałku Wiedźma Wrona jest najważniejsza? Gdzie chowają się jej Trzy Dusze, co to się niegdyś wprowadziły w miejsce utraconych? Może właśnie w tym nadmiernie tulonym ramieniu? A może najmniejszym palcu, którego właśnie ZNOWU sobie omal nie odcięła?

Pan Tealight musiał pomyśleć nad ochroną Całkowitości Spójności Magicznej  Wiedźmy, więc na razie powiesił jej – w ramach urodzinowego prezentu – na szyi tabliczkę z napisem: „Własność Wyspy-Nietykać Wiedźmy!”. Chiał dodać coby też niedeptywali jej, ale po co wypominać, że Wiedźma wzrostu siedzącego psa… i to miniaturki?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Wróżby z koronek” B. Barry – oj książka z gatunku tych, co to mogłabym bez niej żyć. Wielka reklama, podobno miliony za nią zapłacono, a ja? A ja się wynudziłam.

Wymęczyłam strasznie.

Opis zachęcający. Salem, czarownice, współczesna magia, koronki… potem do tego paranormalność, psychiczność zwyczajowa i jeszcze i jeszcze i jeszcze. Chyba zwyczajnie tego wszystkiego za wiele. Za wiele tego miało być, za wiele autorka chciała wsadzić do środka… i wyszło z tego nic.

Z jednej strony przewidywalna i płytka, z drugiej dziwnie przeciążona… i tylko te koronki kręcą. Troszeczkę.

Happy Birthday to Me 😉 Serdeczne podziękowania dla Moniki i mojej siostry po miotle 🙂 czyli Nurrguli!!!

Ha! Nic na to nie poradzę, że nie jestem poprawnie dorosła. Kocham prezenty!!! Cieszę się jak dziecko z ADHD i wyglądam przy tym pokracznie zabawnie, choć podobnież także niepokojąco lekko! Ale trzeba się cieszyć. Trzeba. Bo życie jest krótkie i zwyczajowo kopie w dupę i inne kawałki ciała, a tej radości jest mało. Jak się trawia, trza małpę dusić do tchu utraty i tyle! A nie zgrywać dorosłego ponad miarę.

Dorosłość jest do dupy!!!

Albo i bardziej! No ale jak ktoś mi robi takie cuda, to jak mam reagować!!! Straszliwie dziękuję!!! A wszystkich zapraszam do sklepu Etsy – gdzie Nurrgula sprzedaje swoje cuda.

Ja mam już dwa, ale strasznie zachłannie patrzę na każdą, stworzoną przez Nią biżuterię. A już drzewo i księżyc, no mniam!

And Thank You so much Potamotrygorgeous!!! My gift for a story is just fluffy, funny and so awesome!!! Please check this blog, it is not just about sheep, it is just amazingly beautiful!

Kuluś (my grey sheep, small, and specially shaped, with always covered eyes) was very curious what is inside. But the envelope was so big, so deep, so dark, how to look there? Because there must be something, just must!

And then this „something” inside of the envelope smiled!!!

Well… Smiled?

Yeah, of course he was surprised!

Of course Kuluś run to the fridge to give a half of his gift for a SheepSnowman (his love), but no, You can not leave it there!

No way!!!

So he decided to make a space ship and find a cooler planet. On which they both could live long, and happy and in lower temperatures!

Ja to mam zabawne czasem dni… oj nader zabawne!

Dziś rano Wrony przyniosły mi w prezencie łupinę orzecha… niedość opakowany, zwyczajnie w drzwi nim łupnęły. Ale wcześniej dostałam też od nich 3 pióra. Piękne, świeże, tylko polecieć…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Zderzenie Wiedźmy Wrony…

„Nie, to nie jest tak, że się nie spodziewali. W końcu Radosną Pozieleniałą Sukę czuć było w powietrzu od jakiegoś czasu, a Pani Zima zaszyła się w swoim sommerhusie i nie zamierzała z nią walczyć. Choć, jak Pan Tealight myślał sobie w swym szarym wnętrzu: przydałoby się! Nie! No nawet Ojeblik, mała, ucięta główka, pokornie przystroiła swoje włosy we wstążki i kwiaty. Sklepik lśnił czystością, dość filuternie nie rzucającą się w oczy, aczkolwiek uznawał, że lśnił i nikt nie wyprowadzał go z błędu.

A jednak coś było nie tak.

Żarłoczne Żonkile już konały, po Zboczonych Przebiśniegach pozostał pył, a Narkotyczne Przylaszczki panowały wyłącznie w lesie, pomiędzy butwiejącymi liśćmi… Wszystko było na miejscu. Zieleniejące się listki, trawki wyzierające się boleśnie z uśpienia, pączki i trele morele ptasie. Wronie gniazda i wszelaka słoneczność…

A jednak coś było nie tak!!!

I wtedy rozległ się HUK!!!

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki zderzyła się z Radosną Pozieleniałą Suką, się znaczy Wiosną, bardzo boleśnie. Zderzenie miało mieć ciąg dalszy, który nastąpić miał w kolorach fioletów i niebieskości. A obie, mniej więcej panie, spoglądały na siebie nazbyt długo. Niska, dziwnie obarczona Wiedźma, z przydużej bluzie i kompletnym braku wszelakich kolorów poza kobaltowym i ona… Suka, się znaczy Wiosna. Kurde nader Radosna! Barwna i filuterna. Nadzwyczaj rozpłodowa i radośnie trajkocząca… choć wciąż nie do końca zorientowana seksualnie. Miaucząca kocio, wyrywająca małym ptaszkom piórka i strojna w co popadnie. Do tego oburzona, że nie wszyscy postanowili być gotowi na jej przyjście.

To był nader zły pomysł, by przyłożyć Wiedźmie srebrzystym, oplecionym zieleninką i płatkami kosturkiem. To był bardzo nader zły pomysł. I Pan Tealight o tym wiedział. Wiedźma też wiedziała, ale nic nie powiedziała. Wiedźma milczała, a kolory rozpływały się jej na twarzy. Dziwne, podobne tatuażom, niczym wronie skrzydła, objęły jej policzki… Wiedźma ciemniała. Wiedźma cierpiała. I Wiedźma Wyspy i Pani Wyspy wiedziały, że Wiosna nadejść musi, że natura tak chce, iż potrzebuje… ale żadna z nich nie zamierzała ulegać powszechnej płodności. I wtedy coś się stało. Niebo dziwnie pociemniało, ptaki ucichły, Wrony zebrały się do kupy, Słońce zadarło kiecę i nie zdążyło krzyknąć: lecę… zwiało.

Pan Tealight zaparzył herbatę i rozwiązał tasiemki z Ojeblika.

Herbata jest dobra na wszystko. A już na babskie zapasy w szczególności – no sorry, ale Kisiel i Budyń byli wyszli!

To mogła być naprawdę intrygująca Pora Roku.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane „Dwie królowe” P. Gregory. Moja kolejna podróż do Anglii króla Henryka… Henryka śmierdzącego, tłustego, uznającego się za boga jedynego. Tego, który wie co dla innych najlepsze. Nie ma w nim już nic z księcia, którego pokochała Anglia. Młodego, zabawnego, uwodzicielskiego.

Czas przemija, ale któż to powie Henrykowi?

Bogów lepiej nie drażnić.

Fascynujący obraz krótkiego czasu przedstawiony trzema parami oczu: Królowej, Królowej, oraz Wiecznej Zdrajczyni. Mimo braku natłoku faktów, Autorka jak zwykle potrafi czytać między wierszami. Kreśli portrety kobiece z jednej strony bacząc uważnie na to co twierdzą pisma, z drugiej, dobrze wiedząc, że kobiecość, to przewrotność. Pozwalając sobie spojrzeć na jedną sprawę ze wszystkich możliwych stron… i zostawiając też to, co niedopowiedziane. Jak zwykle subtelna, drobiazgowa, piękna w owych elementach historycznych, nie oddaje intrygującej historii, porywającej, takiej, o której nie wiemy jak się skończy, ale… pozwala nam poznać kobiety.

Te, którym najczęściej encyklopedie poświęcają może jedno zdanie.

Recenzja: „Telefony do przyjaciela” Anna Łacina.

WOW!!! My Monsters are here. Finally after 20 days of being in a nasty prison my cute monsters are with me!!! Evil Post! You did not feed them!!!

Love my monsters, please meet Piterman – blue one and Demetrius!

I just love love love them, and of course they are from Monsters Etc

I want more!!!

But Ruti – the maker – also send me this letter, and I am a bit scared now… Well but I also have an opportunity to mention MY BIRTHDAY IS ON 25TH MARCH… SO I am ready for gifts!!! 🙂 LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zderzenie Wiedźmy Wrony… została wyłączona

Pan Tealight i Wrony…

„Pan Tealight unosił się w mleku. Bez kożucha i grud zdawało się być aksamitne i specyficznie ciepłe, jak na tak wczesną porę. Unosił się nadzwyczaj spacerowo i jak zwykle elegancko. Znał ten nastrój Pani Wyspy. Znał go aż za dobrze. Nadzwyczaj kobieca, w obliczu okrywającej jej Wiosny, Pani Wyspy wstydziła się zeszłorocznych liści i burych barw. Wolała ją ukrywać, butwieć szybciej, zasypywać ziemią, zakrywać świeżością. Ale nie powinna była, w końcu zieleń już jej totalnie odbijała. Odbijała za wszystkie lata, za wszelkie niepewności i stokrotnie na szczęście.

Jednak Pana Tealighta nie interesowała zieleń i żaroczne Żonkile. On spoglądał na Wrony. Zawsze je obserwował w tym czasie baczniej, podobnie jak pilnował swojej kolekcji kolorowych, miękkich włóczek. A Wrony pracowały. Jako jedyne widoczne w mglistej, mlecznej powłoce otulającej Wyspę, budowały swoje M1. Każda para swoje. Ciężarna, obarczona. Każda nosiła patyczki i piórka. A potem w ciągu kilku chwil spojawiało się w Aleii Pradawnych Lip kolejne gniazdo.

Jak co roku. Wiatry niszczyły gniazda poza jednym Wielkim Miejscem Przodków, a potem one powracały.

Nowe, jednorazowego użytku.

Ale przynajmniej zawsze nadążały za modą. Zawsze!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Czerwona królowa” P. Gregory – kolejna opowieść z cyklu: Anglia jaką była. Znowu historia kobiety, jak to zwykle bywa w przypadku tej Autorki, a raczej kobiety-fanatyczki. Przenikliwej, ale tylko w granicach swego pragnienia. Marzenia, by nazywać się Małgorzata Regina. By być królową. Gdy tymczasem jej świat staje w ogniu. Walą się utarte ścieżki. Oczekiwania płoną.

Marzenia… nie chcą się ziścić.

Jak zwykle u tej Autorki więcej w całej historii psychologii, odkrywania prawdziwej twarzy postaci historycznej, owej subtelnej kobiecości, siły… niż fascynującej akcji. I mi to odpowiada. Właśnie owo pełne opowiedzenie o tym, co kryje się za zakurzonym portretem, za wydłubanym graffiti z okresu Wojny Róż. Ta subtelność Philippy Gregory, owa natrętna drobiazgowość. Owo poszukiwanie prawdy, a jeżeli jej brak, jeżeli źródła zawodzą, wyobraźnia, zrozumienie, okruszki niczym w bajce o Jasiu i pewnej… Małgosi.

Philippa Gregory jest naukowcem, ale przede wszystkim gawędziarką!

Czy Wam na Wiosnę też tak odbija?

No nie chodzi już o sprzątanie i nadmierną kreatywność, ale kurcze wciąż mi się czytać chce! Nie żeby to było coś złego, ale pokarmu mi nie starcza.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz