Pan Tealight i Wiedźmy Zaniepokojenie…

„Coś się działo.

Coś wisiało upierdliwie w powietrzu donośnie pierdząc i bekając, dumne ze swojej tajemniczości, pewne, że i tak niewielu spodziewa się po nim akurat TEGO. Miało w sobie jątrzącą włądzę. Upierdliwą, jak dojrzały strup, który swędzi i swędzi i swędzi i ttlko chciałoby się go drapać, ale na babie podobno blizny są niezbyt odpowiednie. Owo Coś miało wymiar oczekiwania. Ale było też okrutnym zaniepokojeniem. Tym samym, które jednych pcha ku pełnej lodówce, a innych ku skurczom żołądka. Tym, które powoduje bulimię i przywołuje wilki głodu.

Pan Tealight był pewien, że jak zwykle za wszystkim stoi Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki. Kompletnie niewidoczna, w końcu należała do gatunku wiedźm o nadmiernie miernym wzroście, nieistotnym, aczkolwiek wyczuwalna. Nie, no z higieną nie była na bakier, raczej chodziło o aurę. Aurę pełną strachu, oczekiwania, zaniepokojenia, często boleśnie obgryzanych paznokci, maltretowanych skórek, pogryzanych kciuków i wyłamywanych palców.

Choć nie, akurat od tego bolały ją zęby.

Nadchodziła Zmiana i Coś. Pełna niedopowiedzeń, lęków, a jednocześnie tych cholernych, spełniających się Marzeń, które zawsze, ale to przeraźliwie zawsze, i zawsze okrutnie i przebiegle, same wybierały sobie czas spełnienia.

I wszystko to już zaczęło się dziać.

I ktoś odliczał już dni…

I…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Piosenki dla Pauli” – jedyny powód, dla którego ta książka wciąż jest w kupie… to te serduszka na okładce. Przydadzą mi się do zdjęć… No i wiecie, mieszkanie jest wynajęte, spora kaucja, a to ciężkie tomisko wyryłoby wielką dziurę w ścianie.

Czuję się oszukana i zdradzona przez słowa, choć muszę zwrócić uwagę na nietypową narrację, wspomnieć o szalonym pomijaniu wszelakiej równoległości zdarzeń, a nawet pisania w różnych osobach… Wkurzyła mnie ta książka. Zirytowały postacie. A przecież ja lubię powieści dla nastolatków?

Tylko, że tutaj wciąż miałam wrażenie, jakby autor kogoś naśladował. Splótł kilka filmów i książek, omaścił Julką i Romeem… ale to nie to. Płytko jak po odpływie! Rzadko to mówię, ale szczerze nie polecam. Słowa mnie zgwałciły.

A teraz coś specjalnego. Moje słów kilka o Sarze Blaedel. Wliczając w to WYWIAD!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Świniopasiarek…

„Mieszkał w pobliżu. Na tyle zbyt blisko, by odrobinę męczyć powonienie okolicznych mieszańców-mieszkańców, na tyle jednakowoż i daleko, by wciąż być dla nich rozrywkową tajemnicą.

Świniopasiarka nikt właściwie nie znał – dogłębnie i do końca, ale wszyscy wiedzieli o nim aż nazbyt wiele. Ta cała historia z Księżniczką Zmysłowo-Węchową. Ten jego osobisty, nerwicowy i natrętny zmysł konstruktorski, no i miłość do zwierząt – no dobrze, może ukochał jeden gatunek, ale jednak była to miłość doszczętna! Nikt go nie rozumiał – sam tak twierdził tłumacząc zawsze innych. Nie dziwota, że mu kurde ta bajkowa  Księżniczka zwiała. Nie zlukrowały jej powonienia bajeranckie nakręcane ptaszki – choć podobno dźwięczały i stały dzielnie – pozytywki i mamrotanki, grzechotki, bębenki i dźwieczyduszki, te dyndaczki douszne śpiewajace arie i garnuszki kręcące toffi. Nie wytrzymała i nawiała furkocząc spódnicami i wachlując się zdartą z włąsnego tyłka krynoliną. Nie wytrzymała… nie tyle zapachu, co tej jego miłości do blondynek i tych rudawych, do czernionych i podpalanych…

A już spania ze świniami za nic nie mogła w przysiędze przyobiecać.

Za dużo tych bab, oj za dużo – Pan Tealight to rozumiał!

I tak został ów Świniopasiarek, dziwnie rozgrzeszony, w sporadycznym i rzadkim lesie, ze swoimi ukochanymi. Już się nie krył z wielką miłością. Zgrywał tylko wybitnie zranionego i odrzuconego, niezrozumianego i artystycznie powiązanego w supełki, ale Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, co to ostatnio była go i poznała – niestety… westchnęła tylko – oczywiście po powrocie do chatki i trzech kąpielach w lawendzie i jaśminie.

Westchnęła tylko ZNACZĄCO…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane – „Drużyna. Wyrzutki” John Flanagan – opowieść przygodowa i wspaniale nastoletnia!

Książka, w której znajdziecie przyjaźń i rywalizację, piękną Skandię, oraz klimat dość surowy. Świat, gdzie „męskość i dorosłość” mierzy się siłą mięśni, a siłę umysłu trzeba podrzucić innym dość umiejętnie.

Bohater to młody Hal, który zwyczajnie ma pod górkę. On potrafi myśleć i tworzyć. Na szczęście znalazł przyjaciół, na których może liczyć… niestety ma też wrogów, na których też może liczyć, że utrudnią mu życie. A dorastanie to ciągłe pasmo udowadniania wszystkim, że nie jest się ofermą.

I o tym jest właśnie ta historia. O inności, która wygrywa, choć i obrywa często boleśnie w dupsko!

Ha! Wiedźma Wrona ogłasza wobec i wszem – wszom tyż – że ma smoka i ostrzega lojalnie, iż będzie on w użyciu częstym, nadmiernie upierdliwiym, no i w ogóle!!!

Boski jest!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Sankt Hans…

„Nie, to nie była rywalizacja.

Właściwie potrafili żyć obok siebie… problem w tym, że istniała pomiędzy nimi taka pewna zazdrość. Nie tyle wielka, co raczej tak wyrazista, soczyście prężna, bogata w doświadczenia i przebiegła, tak nadzwyczajnie przytłaczająca… że było im wszystkim razem trudno, no tak wiecie w trójkę. Cały problem tkwił jednak w niej. W owej zazdrośnie strzegącej swego między nimi miejsca, Zazdrości. Choć może tak sobie tylko ubzdurali? W końcu Sankt Hans anektował Wyspę wyłącznie na jeden-dwa dni, miał swoje wiedźmy, prosiaka, stosy i ogniska, wodę święconą i uświęconą… a Pan Tealight żył z nią ciągle. I też swoje miał. A nawet więcej miał.

Ale jednak Zazdrość istniała nazbyt namacalnie.

Burzyła i mąciła.

Spalenie jej raz w roku na stosie nie zmieniało nic! Ale jednak to robili. Rok w rok. Pod osłoną zbyt jasnej nocy – tak to było w czerwcu na Wyspie – pakowali uśpioną, naćpaną do granic możliwości i rozpadu nagłego szwów ją wieńczących, Zazdrość do środka kukły zatkniętej na ognisku i dziwnie zjednoczeni, tylko i wyłącznie tego wieczora, uciekali. Paliła się świetnie. Pan Tealight twierdził, że to zasługa jadu… Sankt Hans wolał milczeć. Ale ona potem wracała.

Odradzała się i znowu stawała się jedną z nich.

Nas!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Łowca czarownic. Szubienica o zmierzchu” – czyli ciąg dalszy opowieści o Jake’u Harkerze.

Historii pełnej magii, świata niby współczesnego, a jednak przesiąkniętego czarami. Tutaj władają wiedźmy i czarownicy, demony dostają się przez wrota, by potem ofiarować swoją siłę innym… w imieniu zła oczywiście. Poza tym świat jest zwyczajny. Całkiem nadzwyczaj normalny i nudny.

Ale są i ci sprawiedliwi, którzy walczą. I oczywiście jest Jake. Koszmar, z którym musi żyć ten chłopie, oraz nie do końca „jego” przeszłość. To już drugi tom jego przygód i nie można nie zauważyć rozwoju powieści, narracji, narastającego strachu, coraz większych potworów, przebiegłości i przerażenia. Hussey wraz z dojrzewającym bohaterem, dorastającym do tego, z czym się właściwie urodził, wprowadza nowe elementy.

Dorasta…

Tak, to prawdziwa „straszna opowieść”… Choć muszę przyznać, że akurat mi osobiście czegoś w niej brakuje. Zbyt wiele wtórności. Wciąż szukam tego „czegoś”, co pozwala się do końca rozsmakować, zatopić… Słów! Plastyczności. Bo nie wystarczy napisać, że oczy wypłynęły z głowy… one powinny mnie ochlapać!

Ha! Moje najnowsze powieści… czyli coś do czytania na teraz. Specjalne podziękowania dla Ani Klejzerowicz!

A teraz wracamy do Syndykatu Zbrodni w Bibliotece!!!

Oczywiście chodzi o najnowszą powieść wspaniałej autorki – Yrsy! Jednej z moich ukochanych, bo piszących o Północy. Piszących w ten dziwny sposób, w którym zbrodnia i kara nie rozdzielają się gwałtownie, ale raczej wciąż pozostają połączone cieniutkimi nićmi naczyń krwionośnych.

Bo wciąż są jednym organizmem… Bo ci co karzą, też popełniają zbrodnie, bo wszystko jest kołem życia!

Jej „Lód w żyłach”, to opowieść zimna. Mroczna i zakręcona. Wewnętrzna. Tak specyficznie osobista, a z drugiej strony opowiadająca tak śnieżną, zimną, jednolitą, niezwykłą-zwykłą historię. Pełną wspaniałych, charakterystycznych osobowości i oczywiście Thory!

A wszystko dzieje się na Grenlandii. Pięknej, pustej, dziwnie wciąż pierwotnej… pełnej trupów w szafkach – no dosłownie serio! I jeszcze kości w szufladach, starych demonów, które pragną krwi… albo by tylko być usłyszanymi?

OFIARY?

To chyba etnografia mnie tak kręci w jej opowieściach. Ten folklor, który na Północy nigdy nie jest wyrażany używając czasu przeszłego. Bo tam nawet jak umrzesz, to wciąż żyjesz… duchy nigdy nie odchodzą!

BUUUUUU!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźmy Midsummer…

„Była tam. Wszyscy wyczuli jej pojawienie się na lekko sfatygowanym, dziwnie cierpiącym sznurze do prania. Tym razem nie flankowały jej kalesony czy wielkie, białe gacie. Była tylko ona. Zawstydzająco mała szmatka. Wiła się i prężyła, w pełni swych niepoznawalnych zawartości materiału, z którego była stworzona. Z jednej strony dumna i wolna, z drugiej dziwnie przerażona, pozwalała wiatrom się muskać, a słońcu rozgrzewać do granic rozpuszczalności.

Poczucie Dobrego Smaku załkało żałośnie i umknęło pod półkę. Słychać było stamtąd tylko zwyczajowe odgłosy kompulsywnego pochłaniania pokarmu. Ojeblik wzuszyłaby ramionami, ale w związku z pewnym brakiem masy w rejonach występowania zwyczajowego powyższych, przymierzała przed lustrem czepek za czepkiem. Dobrze wiedząc, że i tak żadnego nie będzie nosić. Bo i po co, jak można tak dobrze włosami straszyć turystów!

Pan Tealight rozumiał. A raczej starał się być jak najbliżej owego uczucia. Aczkolwiek jednak choć i mała, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki posiadała wystarczającą masę wiedźmowatości, by przytłoczyć małą szmatkę. Jednak, cóż było robić? Midsummer i pierwsza morska kąpiel Wiedźmy musiały się odbyć zgodnie z tradycją. A COŚ jednakowoż lepiej żeby Wiedźma na sobie miała, czyż nie? No i lato miało się ku swemu nagłemu początkowi…

Morze wymownie milczało!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

„Midsummer, Dear Gold Midsummer!
Thank You for the past.
Please be gentle with it what is coming!” Ch. J


Z cyklu przeczytane: „Cień przeznaczenia” Joseph Delaney – już ósmy tom cyklu „Kroniki Wardstone”.

Przyznaję, że trzyma w napięciu. Cykl dorasta wraz z bohaterem… właściwie nic już nie ma prawa byc białe lub czarne, odnosić się do dobra, czy zła. Coraz więcej staje się zmianą. Nowością, która starego Stracharza przeraża, ale też z którą stara się on pogodzić. To Thomas jest głównym bohaterem owych pamiętników i to jego przemianę głównie obserwujemy. Subtelne dorastanie do wielkiej odpowiedzialności, przeznaczenia. Ale też tych, którzy mu towarzysza. Tym razem Irlandia. Magia, która była unicestwioną powstaje, a Alice… cóż, ma poważna problemy.

Zresztą, kto ich nie ma?

Ósmy tom, przyznaję, przeraził mnie bardziej niż poprzednie – ale co najważniejsze, połknęłam go piorunem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Lustro Prawdziwego Odbijania…

„Zobaczył je, lekko zagłębione, tuż obok kamienia, na którym lubił siadać i ogarniać rzeczywistość. Bo choć może i był Przedwieczny, Pradawny i ogólnie Prawie Pierwszy, to jednak nawet i on zbyt często nie rozumiał tego świata.

Pan Tealight wychodził zawsze o określonej porze i nigdy sam. Tym razem, poza Ojeblikiem – małą, uciętą główką – towarzyszyły mu Wiedźmy z Pieca. Wszystkie dziwnie rozochocone, dziwnie korpulentne i powykręcane, przypominały różnokolorowe twory, które łączyły wyłącznie miotły. Niewielkie, sklecone z czegokolwiek. No i były jeszcze koty. Pojawiały się nagle, niczym rozkochani amanci, garnąc się do Wiedźm. Gdy on myślał, one zbierały drewno i wszelakie rzeczy, które morze miało, zmieniło i oddało Wyspie. Potem plotły z niego dzwonki – koszmarne urządzenia, o dźwiękach słyszalnych tylko dla głuchych, ślepych i ogólnie zbyt dziwnych. Tych, którzy widzieli światy w kropli deszczu, oraz tych, żywiących się krwią; tych, co majtali się dziwnie zarumienieni w pobliżu herbacianych róż, oraz uzależnionych od mięty.

Najgorsze były te z białego drewna.

Srebrzystość pomiędzy szarym głazem, ziemią, a zielono-żółtym polem trawiastych porostów, zaskoczyła go, gdy myślał o tworzonych przez Wiedźmy koszmarkach. Była tak bardzo nie na miejscu, a z drugiej strony przecież nie było odpowiedniego dla owej połyskliwości miejsca.

Czyli właściwie wszystko było chyba w porządku?

Wiedźmy w tym czasie, gdy on się tylko i wyłącznie przyglądał, wyrwały z ziemi ową błyskotliwość, otuliły ją w chusty i zaczęły się bawić w Śnieżkę. Potem Ojeblik przytargała skądś dziwnie niewyrośnięte jabłuszko i wszystkie zgodnie umarły. Z braku całujących, dorwała każda ze Śnieżek po kocie i wykorzystała go niecnie… reszta byłaby milczeniem, gdyby nie fakt, iż owa srebrzystość była poszczątkiem Lustra Prawdziwego Odbijania – na szczęście z wadą wymowy – za co Pan Tealight podziękował donośnie, choć w milczeniu, kompletnie nie odbijającej mu się, stojącej w dyskretnej oddali, Wiedźmie Wronie Pożartej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Bóg Zegarów” Alan Campbell – finał opowieści o Piekle, Niebie i miasteczku zwanym DeepGate.

Zakończenie historii, w której właściwie największym bohaterem jest wyobraźnia autora… ale też największym wyzwaniem dla czytelnika. Campbell wymaga 100% uwagi i nie dopuszcza zwątpienia w swój rozmach. Niestety na ten tom musiałam czekać zbyt długo i zbyt wiele mi umknęło… muszę przeczytać raz jeszcze. Raz jeszcze zanurzyć się w ten świat pełen niuansów, subtelności, mediacji z naszą współczesnością i przeczytać wszystko ciurkiem. Bo warto. Warto oddać się temu rozpasaniu postaci, owemu: „wszystko jest możliwe”… światom gdzie czas i materia nie ma definicji.

Warto!

Recenzja: „Czego pragnie Maryla”


I nagroda od Zbrodnia w Bibliotece!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Problem Duchowy…

„Były niczym te pieski i kotki, słodkie, niegdyś szczeniaczki mięciutkie i cudne; kocięta, których dziwnie miauczący urok rozbrajał. Upragnione prezenty, wymarzone, wymodlone, wybłagane i wyjęczane… puchate kulki z różowymi języczkami, które niestety jak wszystko – dorosły i stały się zbyt nudne i zwyczajne.

Pospolicie dorosłe.

Niestety też niewymienialne!

Dusze.

Przybywały gromadnie, zajmowały mało miejsca w starej, drewnianej beczce na śledzie, którą Wiedźma Wrona wyłożyła mchem i ptasimi piórami. Wymościła zaklęciami, żeby tylko spały nie śniąc. Nie dbały o przestrzeń życzeń i właściwie byłyby niezauważalne – gdy już człek pzyzwyczaił sie do smrodu beczki – gdyby nie to, że śpiewały. Bo Odrzucone Wakacyjne Dusze śpiewały. A wtedy, jakby prowadzony ich dziwnymi głosami, nadchodził Wyrzut Sumienia. Golem, którego liter nikt nie mógł zamazać. Ogromny, zbudowany z setek miliardów „usprawiedliwionych czasem wolnym”, z „mi się też coś od życia należy”, „wierność jest przereklamowana”, „on ma to ja też chcę”, „on może, więc dlaczego nie ja?” – i tym najbardziej zakłamanym: „jestem wolnym człowiekiem i korzystam z życia, bo mam je jedno”.

Golem Usprawiedliwionych Sumieni nadchodził z łoskotem. Ale też nagle, jakby zawsze wiedział, gdzie ona jest. A tak naprawdę nie jej przecież szukał. Tylko cienia. Cienia Starej Duszy Wiedźmy, a przynajmniej jednej z nich… wtedy prąc na przód, niepowstrzymany, wchodził w niego i wtapiał się, niczym lody o znienawidzonym smaku – przerażając, że ktoś jednak zmusi nas do wylizania tej plamy. Robił się mniejszy i mniejszy. I choć odradzał się tak szybko, jak szybko ktoś pomyślał: „i ja mam do tego prawo”, jako jedyny ulegał recyclingowi. I tylko Wiedźma Wrona Pożarta zmieniała się. Jej oczy przeobrażały się w sztormowe krzemienie i bursztyny, a dłonie poruszały się szybciej i szybciej, szukając jakiegokolwiek zajęcia…

O myśli Wiedźmy nikt nie pytał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Zabójczy żart” Peter James – kryminalnie i przewrotnie. Glina z problemami, przeszłością, która wciąż boli i trumna – ot takowy żarcik, słodka zemsta, nic coby zranić!

A potem śledztwo i brud, który wypływa z ludzi.

Bo ludzie są brudni. Wydaje się, że z tylu powodów można popełnić zbrodnię, iż tak łatwo zyskać to, czego się pragnie… i tak łatwo jest ufać, kochać, oddychać, żyć…

Na pewno wciągająca – mój Admin rzucił tylko: dobra? i zostawił mnie w spokoju – zajęła mi dzień. Zaskoczyła. Opowiedziała o przewrotności ludzkiej, walce o życie, oraz o tym, że karma to ścierwo. Ta książka to historia największego okrucieństwa i najbardziej bolesnego kłamstwa… ale może Wam uda się znaleźć w niej coś innego?

Ha! Nowy konkurs z Syndykatu Zbrodni w Bibliotece – powiedzieć coś o Yrsie Sigurdardottir. Jak to COŚ powiedzieć? Co ja mogę powiedzieć poza tym, że obgryzłam paznokcie, pierwszy raz od kilku lat, bo TAK STRASZNIE czekam na jej kolejną powieść? Co powiedzieć poza tym, że wszystkie jej poprzednie pożarłam i odchorowałam. Nie, nie ze względu na zawartość rtęci w papierze, ale ona tak pisze, że za duszę szarpie. Wiecie, taki kurcze typ skandynawski! Zbrodnia to jedno, zło, wymierzenie kary… u niej tak naprawdę nie śmierć, a życie jest najważniejsze.

I ci jej bohaterowie, no i Thora!!!

Najnowsza powieść „Pamiętam Cię” gorąca na półkach!!!

A we mnie się kołacze myśli…
jak tu dorwać ją już dziś!

Recenzja: „Handlarz śmiercią” Sara Blaedel – pierwsze tłumaczenie powieści duńskiej Autorki! Książka ukaże się 26 czerwca nakładem Wydawnictwa Prószyński i Ska.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Makowa Panienka…

„Była jak wkurwiająca płachta na byka: świeżutka, taka nieużywana, którą chciało się, gdy ino w kącie oka mignęła… wytarmosić. Przeraźliwie słodka, nadmiernie ociekająca przymilnością. Upierdliwie uśmiechnięta, aż się ją chciało trzasnąć i zaznajomić z co bardziej wymyślnymi torturami – koniecznie o długim okresie męczenia.

A może po prostu BYŁA?

Nie, to raczej przez jej nimfomanckie zachowania, te ciągłe przytulanie, głaskanie, zdrabnianie. To straszna zboczenica jest… – Chochel, chochlik pisarski Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki poprawił jak zwykle opadające, czerwone gacie z Mikołajem mało Świętym… należące do Chowańca Wiedźmy i zamyślił się. – Albo dragi. Przecież to ćpunka, zawsze odlotowo dowalona… a co gorsza, się nie dzieli z innymi! Sknera! – chochlik splunął i oddalił się w kierunku Wygódki. Pan Tealight spojrzał na niego, ale wolał nie wiedzieć, czy akurat to ona dysponuje mocami dilerskimi i czym tak naprawdę diluje.

Ona jest tak cholerycznie, bezczelni szczupła i pewno piękna, jak ktoś lubi taką ulotność, niepewność bytu, którą można niechcący przecież, przydepnąć. I tak cudownie durna. To odświeżające… – Wiedźma Wrona siedziała na Skrzypliwej Furtce (w tym momencie nadmiernie skrzywionej i umęczonej) i dłubała w nosie. W prawej dziurce wielkiego, wiedźmowego kichola. – Myślisz, że ma w ogóle jakieś problemy? Takie zwyczajne? Czy tylko zmienia te cholerycznie czerwone kiecki, plecie czarne owłosienie… to pod pachami pewno też, a może ma owłosione stopy? – nie zwracała się do Pana Tealighta, w ogóle wszyscy go dziś ignorowali, ale do Ojeblika, małej, uciętej główki, która naburmuszona przycupnęła na najmniej zaostrzonym elemencie Białego Płotku. – Założę się, że ma robaki. No musi mieć. Choć chyba i one jej unikają? Nie wiem doprawdy dlaczego? Ja bym ją ugryzła. Przeżułabym ją, zdeptała, potem nadmuchała i znowu miażdżyła…

Ojeblik spadła ze sztachety i potoczyła się ze zdziwieniem, coraz słabiej w miarę oddalania się, malującym się na jej twarzy. Czasem tak niewiele człowiekowi, chochlikowi, wiedźmie, czy innemu niepotrzebnemu do życia wystarczy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane i pokochane: „Flawia de Luce. Zatrute ciasteczko” – opowieść nad wyraz gotycka, choć może i wiktoriańsko „zjerzona”, choć akurat król Jerzy podobno na żartach się nie znał…

Historia to nader kryminalna. Inteligentna, niewybrednie rozpustna w słowach, a przez to tak strasznie plastyczna! Po prostu wypas! Bohaterka może i młoda, ale problemy świata zna. Za rumaka ma dzielną Gladys, mieszka w fascynującej, starej posiadłości i wszystko wokół niej ma swoje opowieści. Problem to trup w ogórkach – nie kiszonych, ale dopiero sadzonych! oraz Tata, który ma tajemnice! No i znaczki i chemia i dwie dodatkowe siostry o dość wymyślnych problemach, usposobieniach i… natręctwie wymagającym pakowania naszej bohaterki do szafy.

Szafa jest normalna… chyba?

A TUTAJ znajdziecie moje opowiadanie „Miłość pachnie mokrym psem, czyli opowieść Łabędzicy”, które 1 maja wygrało konkurs na portalu DużeKa – i przez które mam troszku ostatnio przerąbane. No bo nagrody jak nie było, tak nie ma, a ja cholernie zaczynam nie mieć co czytać!

Ale za to dostałam cały wachlarz zakładek od Rysi, teraz ino skombinować do każdej książeczkę! Zawsze je gubię. Potem w książkach mam źdźbła trawy, liście, kwiatki, papierki… teraz mogę je zostawiać w książkach.

Na trochę wystarczy!

Na szczęście wczoraj przyszła: „Czego pragnie Maryla?” autorstwa duetu od Wintera, przez którego zaśliniłam i zamokrzyłam sobie kocyk przy czytaniu! Po prostu rozwalił mnie na łopatki i sprawił, że machałam ogonem… hmmm? ogonem? Znaczy co? Znaczy, że ja mam ogon?

Recenzja tutaj! gwoli przypomnienia, a coś o samej Maryli na pewno na stronie Wydawcy!

Ja coś powiem, jak przeczytam.

Ej… jeszcze 32 dni, oby się nie zawaliło, oby się nie zawaliło, oby się nie zawaliło… trzymajcie kciuki!!!


To wszystko ostatnio strasznie jest stresujące, też tak macie? Wiem, że Mars mi wali w okno, ale co się dzieje z tym światem?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Zapiski Wiedźmokretne…

„Nielotne Pióro przeraźliwie skrzypiało. Miało w tym nadzwyczajny talent powodujący ból zębów i skręt kiszek, oraz kompletny brak słuchu, pomimo zawieszonej na jednej z idealnie białych chorągiewek, maciupeńkiej trąbeczki. Ale pisało pięknie. Żłopało niebieskie atrament niczym smok na kacu, a potem wyrzucało go z siebie w idealnie równiutkich liniach.

Pan Tealight wymagał tylko tego.

„Niektórzy uważają, iż wiedźmy nie mają serc. Że pojawiają się na świecie z oddechem smoka w piersiach. Jednak moje najnowsze badania dowodzą zarazem nieprawidłowości, jak i pełnej prawdy wyrażonej w owej legendzie. Nie dopatrzyłem się jednak w niej demonów, które to podobno zawiadują wiedźmimi ciałami, ani też owej równomiary, do której mógłbym przyrównać poddane badaniu. Wiedźmy są przese wszystkim żywiołem. Ową tajemnicą, której nikt do końca nie odkryje. Bo nawet jeżeli to mu się uda, eksplodujące nagle wnetrzności nie pozwolą na spisanie wniosków, a i sama „wewnętrzna tajemniczość” zwielokrotni się poprzez pączkowanie, lub inny dziwaczny proces namnażania.”

Pan Tealight powoli zapełniał kartki w grubym notatniku, nie zwracając uwagi, na bawiącą się z rozentuzjazmowanym dziś nazbyt Ojeblikiem, małą uciętą główką, Wiedźmę Wronę Pożartą.

Ona i tak wiedziała zbyt wiele… a bulgoczące na ogniu aromatyczne danie wyjaśniało wszystko.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Ha! Serduszko pietruszkowe w wodzie z proszkiem o aromacie borowikowym chyba, albo coś w ten deseń – słodziak! Akurat idealne pod właśnie zamykaną przeze mnie, z lekkim wahaniem, książkę.

Z cyklu przeczytane – „Cesarzowa Józefina. III część Trylogii o żonie Napoleona” – pamiętnik piękny. Opowieść o miłości. Takie niby nic pisanie, a jak bardzo boli. Emocje wylewają się na zewnątrz pomiędzy knowaniami jednych a chciwością drugich…

Jest to i historia delikatności i pełnej napięcia epoki, ale przede wszystkim miłości. Strachu przed jej utratą, walki o każdy jej przejaw, każdy oddech… aż w końcu najwyższej ofiary. Historia, która przecież wiemy jak się skończy – tym razem zaskakuje! Zachwycająca opowieść, pełnia emocji zaklęta w minimum słów.

Ona chciała tylko kochać! I być kochaną. Przyznam, że jakoś nie mogę się pozbierać po tej lekturze. Ale o to w dobrych książkach chodzi!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i NiewzywajImieniaWiedźmy Nadaremno…

„Pan Tealight tylko oddychał całą swoją szarą eminencją. Spoglądał na wirujące w powietrzu maciupeńkie kurzowe potworki i próbował przeczekać. Odnaleźć i staw i lotos i doczekać.

A Sklepik wrzał w sobie i poza sobą.

Niski, korpulentny facecik z wielkim notatnikiem i równie mikroskopijnym ołówkiem – w ramach równouprawnienia długości – notował i zadawał pytania. Dotykał i macał. Naruszał prywatności i swobody, idealność układów i profesjonalizm podziałów… Przychodził taki raz w roku i powodował popłochy, ruszenia, zwolnienia oraz ucieczki.

Przychodziło i sprawdzał! Liczył i wciąż skrobał na cierpliwych kartkach poznaczonych błękitnymi liniami. Pan Tealight raczej wyczuł, niż zobaczył, furkoczący papierowy samolocik z małą, uciętą główką zwaną Ojeblikiem, jako pilotem. Poprzednia próba zamachu się nie udała. Okazało się, iż nauczony doświadczeniem, Brodaty Kontroler Przedwiecznych dostosował swoje obuwie i chronił się przed pogryzieniem małymi, metalowymi płytkami. Samolocik wykonał piękną beczkę i… nie wcelował. Ojeblik potoczyła się i jęcząc schowała się za Zasłonką. Zasłonka zaś drżała. W końcu tutaj każdy ma swoje tajemnice. Trup papierowego samolocika starał się odczołgać jak najdalej od Kontrolera i schować pod Starą Ślepą Miotłą.

Nie zdążył.

– Ekhm, podobno macie tu jeszcze Wiedźmę? –

Pan Tealight uśmiechnął się w końcu całą swoją szarością i odetchnął. Czekał i czekał i teraz mógł w końcu przestać. Bo wraz z tymi słowami stało się TO… A TO należało tylko do Wiedźmy!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane i mam schizę – „Nakręcana dziewczyna. Pompa numer sześć” Paolo Bacigalupi – powiem, że prawdę ktoś powiedział, iż dobrze, że facet choć ma takie nazwisko, z którego se jajca można robić, bo w pisaniu cholernie doskonały… zielonooki monster we mnie wrze, ale człowieczeństwo czytelnicze gigantycznego, monstrualnego doła łapie!

Książka jest potężna. Nie tylko dlatego, że ma ponad 700 stron, ale przede wszystkim potężna jest wizją. Tym świństwem, które robimy ze swojego życia. Bacigalupi opowiada o przyszłości. Okrutnej, pełnej sprzeczności, przerażajacej… i tak bliskiej, ot na wyciągnięcie leniwej ręki, której dawno już nie obsługuje mózg.

Tej przyszłości, którą przecież sami pierniczymy!

Jest… dosadny. A jednocześnie umie pisać!!! Potrafi wleźć do środka człowieka, zadać dziwne pytania, a potem i tak brócić go we wszelkie strony, by ten zwyczajnie zwątpił w to, co uznawał za słuszne…

Okropny to autor co zmusza do myślenia, czyż nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźma Wiedźmy…

„Tradycją jest, że każda Wiedźma ma Wiedźmę, ta znowu swoją Wiedźmę, ta kolejną… i tak wiecie, aż wam się w głowach zakręci i zrozumiecie permanentną głupotę tego pomysłu – więc nikt nic nie wyjaśni. Bo po co? Ale Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki i w tym zakresie odbiegała od i tak sprzecznych wiedźmich norm. Ona miała ich Trzy! Choć Pan Tealight podejrzewał, iż liczba onych, owa dziwna ta, zdolna była fluktuować z wielką chęcią i obrzydliwym entuzjazmem, komplikując to, co i tak było skomplikowane! Często zbyt bezczelność przybiera różne formy…

Czasem, gdy Wiedźma Wrona siada na Gulehaldzie – Żółtej Dziwnie Skale Przodków – i myśli… co jej się niestety nadmiernie często zdarza… Taka niewidoczna, a jednak obecna. Wtedy nie ma jej, ale są one. I wtedy ich myśli układają się w obrazy, które wirują, plączą się i łączą, nie bacząc na konwenanse. Rozsnuwają się nad morzem, bawią a chmurami i plączą ścieżki ptakom. Podobno żywią się wiatrami, ale nikt nigdy nie starał się tego udowodnić, obawiając się nazbyt dwoistego wymiaru… tych no ekhm! wiatrów! Złe myśli mają kształt odświętnych stołów i sztywnych przy nich ludzi w sztywnych ubranakch przy sztywnych potrawach – poza galaretką, ta się zawsze kolebie… Są przerażające! Zawsze gdzieś kształtuje się Zła Królowa i wtedy z ich Trzech robi się tylko jedna Wiedźma Wrona. A dobre… oj tak, dobre myśli mają kształt smoków i potworów. Są jak opowieści, barwne i trudno chwytliwe.

Gdy tak siedzi niby sama jedna Wiedźma, widać, że ma dziób i skrzydła. Widać jak czasem gubi pióra i literki.

A gdy gubi tak siebie, znowu wystają z niej one Trzy.

Co widzi Wiedźma Wrona gdy tak siedzi i myśli? Nie wiadomo, ale myśli mają to do siebie, że łatwo się je wiąże w kłębki. Pan Tealight zdejmuje przędzę myśli z kominów i drzewa, z płotów i traw i na drutach robi z nich skarpety. Bardzo ciepłe! Nie do zdarcia! Bo wiedźmie myśli najlepiej jednak czują się w dolnych rejonach…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Łowca czarownic. Świt demonów” William Hussey – opowieść z wiedźmami, klątwą, demonami i przeznaczeniem!

Młody bohater, który ma dość specyficzne – choć jak dla mnie wcale nie – zainteresowania, jest odludkiem. Kto by chciał się bawić z dziwakiem. Ma życie takie zwyczajne, pracujących rodziców… ot nuda! A potem, potem wszystko się zmienia. Rzeczywistość zmienia się w tą nieistniejącą poza komiksami i książkami, a zwyczajność staje się… inna. Pełna przeznaczenia, niedopowiedzeń i wkurzajacych dorosłych.

A potem nadchodzą demony.

Powieść szybka, trzymająca w napięciu, choć przyznam, że jak dla mnie zbyt młodzieżowa i nie wymagająca większego wtopienia się w treść. Za to film byłby z tego świetny! Pewno ktoś już nad nim myśli!

Aaaa!!! Dostałam planowaną na 26 czerwca powieść „Handlarz śmiercią” duńskiej autorki Sary Blædel! I od razu zabrałam się za lekturę, oczywiście z czystego fanatyzmu i patriotyzmu, a co! Opowieść jak najbardziej kryminalna, dwie bohaterki, intrygi, morderstwa i zwyczajne życie!

I może szansa dla mnie, żeby przeprowadzić wywiad z Autorką? Oj korci mnie korci!!! Tym bardziej, że jest ona i Wydawcą!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz