Pan Tealight i Wiedźmy Odgłosy…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki idąc zawsze pobrzękiwała. Dzwoniła i specyficznie dźwięczała. Była jednocześnie jak telepiące się na wietrze tykwy, jak wirujące liścieje, ale też brzękliwe metalowe śmieci, zbyt rozwarte skrzypiace drzwi i stukające ramy okien. I była też jak tłukące się w szaleństwie szklanki, oraz butelki zbyt szybko opróżnione. I jak talerze była też, te, które nagle stykały się ze ścianą z prędkością narzuconą im przez damskie, drobne dłonie, choć zarazem wściekłe jak zgraja zakonnic, którym obcięto kieszonkowe… Była jak dzwonki, lekko rozklekotane i jak kamienie, mniejsze i większe, którymi bawiły się fale. Wabiła odgłosami terkoczących wiatraczków, upierdliwych i wkurzających gwizdków, pisków myszy i szczurzyc w amoku rodzicielstwa, oraz tym najgorszym, była odgłosem kredy wwiercającej się w tablicę, tuż przed przerwą, która znowu się ociągała z nadejściem! I była jeszcze jak tony biżuteri stukającej o siebie, które nagle uświadamiały sobie swoją tandetność i rozsypywały się… nikły w wdeptane w drogę, po której były niesione.

Pan Tealight uważał, że jeśli nie jej ciężar własny, zmienny i pełen aromatów fluktuacji, to doczepione zawieszki, wisiorki, łańcuszki, talizmany i inne brzękadełka były w stanie zatopić tego specyficznego Titanica na miotle! Ale nigdy nie powiedziałby tego głośno. Pewne rzeczy trzymało się tylko dla siebie. I dzięki temu zawsze było wiadomo co jej kupić na urodziny!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu książki na dziś: książki wymarzone i wyczekane, a jednocześnie  pierwsze na nowym domku. Wspaniałe uczucie, gdy poczta człowieka odnajduje. Zwykle wpadam w panikę, że coś się zawali i wiecie… zniknę z pocztowego planu. Że oni o mnie zapomną, że nic nie zasuka w mojej skrzynce!

Ale ja mam zestaw paranojów no!!!

Teraz pocztę przywozi pan na nader pyrkoczącym skuterku – czasem z przyczepką! Szalenie sympatyczny, ale widać po nim pewne, jakieś takie, no wiecie zadziwnienie-zdziwienie… czasem myślę, że moje zużywanie pocztowej przestrzeni sprawia, że ta poczta wciąż istnieje!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wielki Popłoch…

„Pan Tealight się skradał. Cały był wyłącznie cichaczem, szelestem i szeptem, wtapianiem się w tło i maskowaniem. Pochylony poniżej linii smakowicie serowych w barwie traw, właściwie czołgał swoją szarość po Wyesowanej Ścieżynce prowadzącej do młyna, w którym mieścił się teraz Sklepik. Łapczywie połykał sobą każdy zakurzony centymetr, by jak najszybciej znaleźć sie w Chatce-Kołysce Wiedźmy Wrony Pożartej.

Pan Tealight, choć wstyd się do tego przyznać, uciekał. Aczkolwiek starał się to robić z gracją i dyskretnie, to jednak dało się zauważyć popłoch w jego ruchach. Kołyszące się na trawach brzoskwiniowe owadzie oczy spoglądały na niego z lekkim uśmiechem błądzącym po złożonych skrzydełkach. W końcu był czymś nowym – rozrywką! On sam oddalając się od Seniora Windmilla w tempie przyspieszonym, bez przesiadek i taryfy ulgowej, chciał zostawić to wszystko za sobą.

Oj choć na chwilę, należało mu się!

Umknąć przed sprzeczkami i kłótniami, latającymi przedmiotami pragnącycmi posmakować definicji zbrodni i przed pytaniami w stylu: czy ja tu mogę zamieszkać, bo jeśli nie to… Przed tym całym zamieszaniem, gigantycznym popłochem zawartości niegdyś tak unormowanego życia. I przed sprzątaniem. Bo to wszystko robiło naprawdę straszny bałagan. No i przed Ojeblikiem – małą, uciętą główką, która z miną generała radziła sobie ze wszystkim tak dobrze, że Pan Tealight odczuwał mrowiący strach w koniuszkach stóp szarych.

Ale niestety gdy dotarł do Chatki Wiedźmy, gdy tylko podniósł się i spojrzał ponad Nigdyniestrzyżonym Żywopłotem i Strzeżonymi Czereśniami, zobaczył ją… Zobaczył Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki kołyszącą się rytmicznie nad Pobłażliwie Czernioną Wielką Plamą.

I wiedział, że będzie więcej!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane – „Taniec ze smokami” część 2 – czyli brnę dalej w ukochane przecież od lat wielu: smoki, wielu królów, zimę, mur i wiecie, całą tą wielką opowieść – pieśń.

I przyznaję się, że… z jednej strony mnie to już trochę nudzi, z drugiej nie sposób nie zobaczyć władowanej w to pracy. Coś intryguje, coś kręci, mania nie pozwala mi pozostawić opowieści niedokończoną. Ale czegoś jednak i brakuje, coś już nie gra. Jakby wielka pieśń pogubiła nuty na wyboistej drodze. Wszystko się ciągnie, wlecze, mota… przez to, że nie jestem w stanie, a raczej nie byłam, bo czytać zaczęłam tę historię wiele lat temu, brać wszystkiego na jeden gryz – no gubię się.

Ale i tak czytam. Bo w tym wszystkim wciąż coś jest, a może to tylko ja tak bardzo się rozkochałam w niektórych bohaterach?

Z cyklu przeprowadzka: obrazy wiszą na ścianach, a książki będą miały półki – oj no dobra, bez przesadyzmu, nie wszystkie się zmieściły i upchane na tych biednych półkach tak, że jeżeli mebelki mają jakiegoś adwokata, to pozwą mnie o nadgodziny, ale co tam… mam półeczki!

Cywilizacja chyba, czy coś?

Za to Gudhjem piękne tak jak zawsze. Po prostu je kocham!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wielka Przeprowadzka…

„Sklepik z Niepotrzebnymi uniósł się, skrzypiąc i śpiewając każdą starą deską i każdym otworem, którego zapotrzebowania nie wliczono w projekt… a potem uniósł się i nawet zbytnio nie bująjąc, poleciał. Wszystko nie trwało długo. Właściwie spora część mieszkańców nawet nie zauważyła zmiany. Ale wszyscy poczuli, gdy nagle Sklepik otrzepał się i otrząsnął z zawartości w głąb starego młyna. I wtedy Senior Windmill po raz pierwszy zaśpiewał!

A zawartość rozpoczęła kolejny dzień w całkiem innej sceneri.

Tylko i wyłącznie dlatego Pan Tealight był chyba jedynym, który nie widział nadmiernie specyficznego zjawiska. Zjawiska co najmniej intrygującego, magnesu dla oczu, aromatu dla szaleńczych zmysłów. Obserwować to mogli wszyscy mieszkańcy zawarci w obszarze Wyspy pomiędzy Listed a Gudhjem, niezależnie od tego czy byli to hobbici dosadnie tubylczy, czy też przybysze z posmakiem na turyściznę. Zjawisko eksponowało się drogą. Na czele była Mała Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, która szybko przebierając zaskakujaco szybko naprawdę krótkimi nóżkami… podążała ku sobie tylko znanemu celowi. Niebieska Kudłata Torba majtała jej się u ramienia. W dłoniach targała pióra i kamienie, do włosów przyczepiły jej się słowa. Za nią najpierw maszerowały misie. Pluszaki nie wydawały odgłosów, ale niosły ze sobą jakieś dziwne uczucia. Potem szedł Chowaniec Wiedźmy, a za nim Chochel – który próbował panować nad całą górą męskich gaci. A potem szły one… książki. Maszerowały chaotycznym rządkiem, niektóre biegnąc na pożyczonych nóżkach, inne zdzierając rogi, a jeszcze inne bezczelnie wykorzystywały turlające się i tak Weki na Turyściznę, oraz inne przedmioty zwyczajowego kultu kulinarnego. Zaniedbane przez Wronę Pożartą strasznie! A potem szły Nachalne Sprośne Obrazy. Te krzyczały i domagały się uwagi innych, narzucając się barwnie i kształtnie – na szczęście powiązane sznurkiem, musiały się poddać woli Niewymownej Miotły. Miotły, która egoistycznie postanowiła nie brać nikogo, coby jej się witki nie potargały.

Wiedźma Wrona maszerowała ku swojemu marzeniu. Marzeniu o własnej chatce, ogródku i drzewku… ale nie wiedziała, że na niewielkim stryszku jej wymarzonej Kołyski Marzeń – teraz zawierającej już sztuk jedną wiedźmę – mieszkały i czekały na nią Wietrzynoski. Dziwne stworzenia, tudzież definiowalnie raczej… no wiecie, biedne wzdęte i wydęte istoty, skazane na dietę fasolo-cebulowo-śliwkowo-kapuścianą.

Sporadycznie wybuchowe!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Przeprowadzki… gdy jest się Pożartą Przez Książki, są bolesne. Książki domagają się pieszczoty. Każda osobno i w ogóle. Mój kręgosłup i mięśnie obraziły się na mnie. Mam nadzieję, że nie na długo! Nie rozumiem jednak, dlaczego też oberwało mi się od jakiejś grypy, bezczelność powitalna?

Najgorsze? Cóż, na środku pokoju leży kupa książek, te do przeczytania są pewnikiem gdzieś tam… kurcze no!

Ale w końcu jestem w domu. Dziwne uczucie, takie przytulająco, milusiąco, kołysząco – ale bez wymiotów!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Trzęsienie Wyspą…

„Pan Tealight układał się do snu. Mościł swoją szarość w niedokończonym cybuchu wrzosowej fajki, gromadząc wokół siebie sny. Każdy z nich chciał być wyśniony w końcu do końca. Każdy pragnął, by to właśnie on i jemu podobni zawładnęli tą nocą. Bo sny też miały pragnienia… Jedne od razu zapominane, inne na zawsze zmieniały dnie, znaczyły strachem noce. Pan Tealight kochał je wszystkie po równo.

Tylko on nie przebierał.

Wiedźma Wrona Pożarta już nie tak hojnie rozdawała swoje noce. Nawiedzana przez duchy, raczej dość drastycznie reagowała na okropne wersje Mar Nocy i Dni. Ale Mary jęczały upierdliwie, błagały natrętnie by je śnić. I zwykle w końcu się zgadzała. Jednak dziś wszystkie były w Sklepiku. Jak nigdy, właściwie nikogo nie brakowało i Pan Tealight poczuł coś dziwnego. Jakby powiew, jakby niezrozumienie – miał już tego dość, bo owe nowości przydarzały mu się nazbyt często ostatnio, a przecież był jednym z Pierwszych, jeżeli nie Pierwszym tego świata!

I wtedy Wyspa się zatrzęsła i zatrząsł się sam Sklepik z Niepotrzebnymi… i przylegający do niego ogródek. Zatrzęsły się drzewa i kwiaty, otwarła się furtka, a biały płotek zaczął wyciągać po kolei swoje sztachety z ziemi… i Wygódka i Siwa Taczka, i od tej pory było tak samo, ale jakby inaczej. Wszystko to, co było niepotrzebne i niechciane, nadal pragnęło być tylko tu, a cała „sprzedajność” owej instytucji podległa nazwie była tylko ściemą. Niechciane, a stworzone, niekochane, zapomniane, niepotrzebne… pragnęły mścić się, ale też przynależeć. To miejsce musiało istnieć!

A Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki stała przed swoją chatką, spoglądała na skały i bała się. Bała się bać!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Pamiętam Cię” – oj… książka, która przeraźliwie mnie zawiodła na całej liniiiii!!! Od pierwszej właściwie strony.

Chyba się wkurzyłam!

Miał być horror… no i jest, aczkolwiek do granic wszystkiego przewidywalny i strasznie niestraszny! A przecież powinnam się bać. Owo skrzypienie, samotność, dzikość odciętych krańców świata, dłoń odciśnięta na szybie, której nie powinno tam być, cień dziecka, garść kości… Dwie historie, które łączą zwłoki, dwie zbrodnie, a może tylko dziwaczne pomyłki i dwie oszukane kobiety. Pomiędzy tym wszystkim zaś stracone marzenia, opadłe mgły naiwności. I kroki, oddechy, skrzypienia i cienie.

I wiecie co? No nadal nic! Pożądnie się zastanowię nad kolejną książką tej autorki, a tak ja lubiłam! Może to przez ten jakiś brak islandzkości, a może jednak brak tajemnic szeptanych? Nie wiem, ale czuję się oszukana.

A tak się cieszyłam na tę powieść!!!

A teraz ogłoszenia parafialne… Ogłaszam, że nic nie powiem do poniedziałku, bo ma się udać i tyle, więc nie pytajcie! Kurcze! Wytrzymałam tyle, wytrzymam te dwa dni jeszcze! No nawet nie dwa.

Żesz kiepska jestem w trzymaniu tajemnic własnych!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Siwa Taczka…

„Wielce Brutalne Życie Codziennecne bolało… więc było uzależnione od wszelakich środków przeciwbólowych. W rzeczywistości najczęściej było tak naćpane, że nie odróżniało swoich Bliźniąt: Rzeczywistości i Fikcji. A one, wredne małe dziewczynki o włosach jak koks i wstążkach jak świeże zioło, wykorzystywały to. I tylko gdy słyszały to skrzypienie, milkły. Drewniały, betoniały i nie były w stanie zdecydować się na to, która z nich ma poprowadzić Codzienność i Conocność, dwie rozdzielne dusze Życia Codziennegocnego…

Gdy Siwa Taczka wybierała się na spacer, Pan Tealight i Wiedźma Wrona Pożarta ruszali za nią. Zawsze kryjąc się w Troskliwym Cieniu rzucanym przez Osobliwość Nieznajomego. Spoglądali na plandekę w tulipanki i poruszające się pod nią niepotrzebne, nie szukające przeznaczenia. Poruszające się i rzucające klątwy. Na teggo wrzody, na tego zapalenie dróg moczowych… a temu niech zwiśnie, zwiśnie równo wszystko. Nic nie wstaje, nim mu w kościach zagraje! A Siwa Taczka, idealnie stalowa, przykryta błyszczącą, zawsze idealnie czystą plandeką w różowiutkie tulipanki, nosiła po Wyspie swoich zawstydzonych swą zbędnością i pozwalała im na zemstę.

I tak będzie zawsze, nawet po nocy, gdy spotkają Pana Lima. Gdy dziewczynka imieniem Popiół dokona wymiany, a Pan Miau Mjał zdecyduje się na zmianę.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Zabójcze umysły. Ostre cięcie” – opowieść, którą połknęłam, a przecież masa takich…

Seria zabójstw… ot zwyczajność. Problem w tym, że giną ci niepotrzebni, niechciani… bezdomni. Ale giną będąc znowu czystymi ludźmi. Czyżby ktoś bawił się tymi, którzy nic nie mają… niczego do stracenia?

Dobra, jest znowu zespół, jest seria zbrodni, ale jest i pomysł. Okrutny, obrzydliwy… morderczy plan. I słowa oddane temu, który pożera życia. Wciągające, kręcące, choć przyznaję, że zbyt szybko się domyśliłam prawdy.

PS. Recenzja: „Zatrute pióra” Antologia

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Hodowla Chowańca Wiedźmy…

„Chowaniec Wiedźmy był istotnym elementem wystroju świata Wiedźmy Wrony, i to elementem także dość zaskakującym, do czego Pan Tealight zdążył się już przyzwyczaić, a jednak… A jednak tym razem pokonał on nawet tak zdolny do nienaturalnych wyobrażeń umysł, jak ów właściciela Sklepiku z Niepotrzebnymi. Umysł potrafiący przecież z lekkością i wirtuozerią definicji, akceptować to, co dla innych nie tylko niepotrzebne, ale i niemożliwe.

Oj zwyczajnie Pan Tealight padł. Padł, gdy zobaczył Chowańca przed swoimi drzwiami, proszącego o pożyczenie szklanki soli – bardzo dużej szklanki, w wymiarze bliżej wiadra niż dzbanka. Słyszał o Hodowli Ślimaków Solonych na tarasie wiedźmiej chatki, ale nie przypuszczał, że ona się na to zgodziła. Musiał to zobaczyć sam. Dlatego pobiegł z odbijającą mu się od stóp małą, uciętą główką zwaną Ojeblikiem. Pobiegł za swoją solą. I podpatrzył…

A to, co podpatrzył było dziwne.

Na tarasie, pokrytym labiryntem białych, skrzących się śladów stał Chowaniec Wiedźmy i solił. Stał i solił. A solił dokładnie, jakby dbał, by każde ziarenko morskiej soli znalazło sobie odpowiednie miejsce w tej układance. Ale nie tylko chodziło o to, że on – prawdopodobnie wciąż człowiek, no solił. Bo porozkładane, niczym na plaży łaknące słońca białe ciała, leżały dookoła niego ślimaki. Odrzuciły ekshibicjonistycznie swoje różnokolorowe skorupki i soliły się aż furczało!

Pan Tealight czuł, że czegoś w tym idyllicznym widoczku brakuje dopóty, dopóki nie zobaczył cienia na tarasie. Wielkiego, z rozpostartymi skrzydłami, ostrym dziobem, który jednak dość szybko umknął, gdy usłyszał chmurne posykiwanie solonych… tak, coś było w tym wiedźmim krajobrazie nie tak. Jakoś nigdy nie przewidywał on większej ilości niepluszowych pieszczochów. I to tak obślizgle śluzowanych, choć solonych morską solą z Wyspy! ONA nie mogła się na to zgodzić, więc o co w tym wszystkim chodziło? Jakąż tajemnicę skrywały solone ślimaki, śluzowe labirynty i dziwnie przerażająco rozanielony Chowaniec Wiedźmy?

Ojeblik tylko westchnęła i pokulała się do spiżarni… która była niestety idealnie pusta. A tam wraz z Chochelem – chochlikiem pisarskim Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki zaczęła szeptać. Pan Tealight zaś udał się na plażę pomyśleć nad tym, że choć zdawało się, iż wie i widział wszystko, to jednak trzeba będzie się nad tym mocniej zastanwoić… nad tym, co wciąż przed nim ukryte i jak bardzo kiepskim jest uczucie zaskoczenia.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Demi-Monde Zima” – muszę przyznać, że kurcze czuję się mocno zaskoczona. Futurystyczna, nieprzewidywalna, rozbudowana, wciągająca i mocno szokująca. Brutalna, a jednak tak prawdziwa, pełna aluzji.

Światem komputerowy władają psychopaci, a postacie, które przesuwają się nam przed oczami intrygują swoją wolą przetrwania. Jednak przecież to komputer to TYLKO i wyłącznie komputer, iluzja… ale czy na pewno?

Przyznaję, że jestem i wstrząśnięta i zaskoczona.

Kolejna, to „Gorączka kości” – jak dla mnie zbyt wiele w tej książce tego tego, co już było w powieściach kryminalno-psychologiczno-sensacyjnych. Dodatkowo nagromadzenie wątków powoduje jakiś dziwny przesyt… Z jednej strony intryguje, z drugiej jakoś nudzi, denerwuje, choć i zmusza do powrotu. W pewnym momencie się zgubiłam, przyznaję, a nawet i pomotałam strasznie bohaterki… choć wybrnęłam. I jeszcze ten tytuł, który nie ma odbicia w treści. Nie wiem, pewno czepiam się szczegółów, bo przecież przeczytałam bezboleśnie.

Jak to mówią, że niby kobieca zmienność itp. kolejna przeczytana, to: „Nikt nie zna wszystkich jej imion” – piękna i inna Hatszepsut! Ta niewielka książka rzywodzi na myśl opowieść o Sinuem. Jest piękna i taka prawdziwa. Bardziej przypowieść i mit widziany oczami Egiptu Starożytnego, niż biografia.

Coś dla wielbicieli tematu!

Książka na dziś – wygrana od Syndykatu Zbrodni w Bibliotece, który oj no dobra, no kocham!!! I bardzo dziękuję, przeczytam łapczywie, pewno zaraz zacznę, więc no wiecie… dobranoc! A Wy, jak kręci Was zbrodnia, to dołączcie do nas! Mamy fajne konkursy i w ogóle pomagamy ukryć zwłoki i takie tam.

A na mojej pięknej Wyspie duchy zamilkły, uniosły korzenie drzewa i zastygły w oczekiwaniu…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Książę, który spał…

„Niewielu pamiętało kiedy tak naprawdę przybył. Choć Pan Tealight miał już serdecznie dość tego, że musiał karmić skurczybyka. Oj pewno, że doceniał to, iż Pani Wyspy zdecydowała się jednak posłuchać jego planu i ustawić go niczym drzewo. A już cała reszta mieszkańców, wkurzona jego chrapaniem i innymi odgłosami, które nadmiernie wydawał, zadbała o to, by obrosło go drzewo… ale i tak był to wyzysk! I to jeszcze trzeba było go podlewać tą ohydną, różową papką. BLEH! Która cuchnęła różańcami. Tymi okropnymi, trzymanymi przez starsze panie, o dziwnych, krwisto czerwonych ustach, jakby żuły w międzyczasie modlitwy bijące jeszcze życiem wątroby.

Nawet Pan Tealight miewał gorsze dni. Ale czy on – Książę, który spał – zdawał sobie z tego sprawę? Nie, no pewno, że był wielki i tak dalej. Pełen tych no tam, poświęceń i w ogóle… Pan Tealight targał wielkie, cynowe wiadro ozdobione wstążkami całkiem sam, więc mógł sobie mamrotać. Nikt mu nie chciał pomóc, nawet zdrajczyni Ojeblik, którą podejrzewał o potajemne wzdychania do drzewka.

Książę! kurcze. Wyglądał jak drzewo z wypryskami. Jego długie, brązowe włosy zmieniły się w dziwną, odłażącą korę, stóp nie było widać, tylko chyba kolana i inne te wypukłości. No i nos. Obryzgiwany teraz różową breją z grudkami. Pan Tealight był Wiedźmie Wronie wdzięczny za jej pracę. Tylko ona w jakiś sposób go wspierała, ale niestety na widok koronowanego nie do końca, jednak i ona dostawała drgawek. To nie był miły widok, więc… cóż, Pan Tealight jak zwykle sam nakarmił smarkacza. Odstawiając wiadro, a potem kopiąc je w dół drogi, by już ktoś inny je umył i przygotował do karmienia następnego miesiąca, zastanawiał się czy to takie wielkie coś rzucić się na wrzeciono i spać. Spać snem przyjemnym, gdy cholerna Księżniczka starzała się i umierała. Cierpiała. A on tu tylko spał i śnił dobre sny – cholerny bohater!

KŁAMISZ!!! Twoje imię jest Kłamisz, kurde Książę Kłamisz!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Wybór” Aleksandra Ruda – powieść, na którą czekałam, bo mnie pierwsza książka tej autorki mile posmerała w śmiechawcze elementy mej fantastycznej budowy!

Ponownie spotykamy się z pewną magiczką i krasnoludem – Mistrzami Artefaktów, oraz specyficznym nekromantą. Na dokładkę zwyczajowe powiązania rodzinne, problemy z matkami, siostrami, stłamszonymi ojcami, nadmiernie pobudzonymi facetami i tymi dziwnie oziębłymi, problemy szkolne, sercowe… no ot życie! Powieść powoduje miłe rozluźnienie i sprowadza na czytelnika lekkie oszołomienie. Wskazane spożywać z pewnymi procentami – no co, nie można tak stronić od oczyszczenia!!!

Czytać koniecznie po zapoznaniu się z tomem poprzednim: „Odnaleźć swą drogę”.


Kolejna przeczytana, to zwieńczenie cyklu o macaczce grobów, czy raczej tej co trupa zawsze zwącha… „Grobowa tajemnica” – tym razem trzeba oddać autorce, że szokująca do końca. Dotąd były to miłe, lekko kryminalne, lekko duchowe opowieści. Nieskomplikowane, choć z pomotanymi osobowościami bohaterów i pokręconym życiem, naznaczonym wieloma demonami.

Zakończenie dowala z grubej rury!

Oj pewno, że człek się domyślał o czym będzie ten tom, jak się sprawy potoczą… ale kilka rzeczy zaskakuje. I ten subtelny obraz USA! Szokująco dosadny i krytyczny. Zaskakujące! Może cykl nie powala, ale jakoś go lubię, za odwagę w mówieniu, że życie może być inne niż w telenowelach!

Książka na dziś? Wygrana, za co bardzo dziękuję Wydawnictwu Zysk i Ska!!! Na dodatek moja ulubiona autorka, którą pamiętam jeszcze z pierwszych wydań… taki skok do przeszłości.

A teraz coś specjalnego…

Coś, co tak naprawdę będę mogła wyjaśnić dopiero za tydzień!

Tajemnica…

Coś, co jest początkiem i końcem zarazem!

Choć czyż początki i końce nie mają zbyt wiele ze sobą wspólnego…

W końcu nie możemy być całkowicie pewni nawet następnej chwili, a co dopiero mówić o życiu?

A oto mój mały pomocnik w tym początku i końcu, co to ma nadejść… coś mi się zdaje, że stanie się bohaterem jakiegoś opowiadania. Może strasznego, co to sadzi nasionka w ludziach i wyrastają z nich obślizgłe demony?

Milusie co nie? I oto stał się on… wielce Seedling Lupin!!! Made by Taylored Curiosities!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Dziwna Pełnia…

„Wszystko było jasne. Nocy nie było. Jakby wzięła sobie wolne, tudzież zwyczajnie rzuciła tę parszywą robotę. Szeroki pas błękitu i smacznej łososiowatości, niczym iskrzący się rybny targ, pysznił się na horyzoncie. Bez wrażeń aromatycznych był do zniesienia. W końcu rybny aromat nie był może sporadyczny na Wyspie, ale co za dużo…

Może i nastrajał niektórych artstycznie – Ojeblik, mała ucięta główka w gustownym, czarnym, choć poplamionym, bereciku z antenką coś mazała po malutkich sztalugach w grządce Radosnych Kalarepek.

Jednak Pan Tealight coś wyczuwał. A nawet i zdołał dostrzec owo dziwne zielonkawe srebrzenie. W nadmiernie dziwnie łagodnej rozpuście czarnej szosy, bulgotały jeszcze gorące, wypalone dziury. Pąki niewielkiej, zdziczałej, aczkolwiek ogarniętej manią aromatyczności Herbacianej TeaRóży, zdawały się być nadmiernie naruszone. Poznaczone spiczastym nocem i… TAK… nasiąknięte Wiedźmimy Łzami – istotami wilgotności magicznej, które opuszczając wiedźmę stawały się wolne, jednakowoż kapryśnie niemożliwe.

Wszystko to mówiło Panu Tealightowi o Nazbyt Jasnej Pełni. O czasie pomiędzy pełniami, który zwyczajnie dawał Wiedźmie Wronie Pożartej w kość. I to nie naruszając magicznej, miękkiej powłoki. Zresztą, co jak co… ostatnio trudno było się przez nią przebić nawet komarom. W wyniku owej natarczywości Księżyca – tym razem była to jego średnia wersja: Serowy Zenon zwolennik diet mlecznych i wielbiciel krowinek – Wiedźma Wrona pluła nadmiernie jadem. Nie mogąc się zdecyodawać, czy zeżreć wszechświaty orbitujące wokół niej, czy też zniszczyć je bez połykania… pluła. Tak było łatwiej. Coś musiała zrobić! W końcu w takim oświetleniu NIKT nie wyglądał dobrze!!! A już jej w łososiach permanentnie do twarzy nie było – złośliwi mówili, iż łososie pasowały do innego, wiedźmiego końca, ale Pan Tealight wolał o tym nawet nie myśleć. Miał na sobie w końcu nową pelerynkę.

Doskonałą, by pozować do kolejnego portretu olejnego swej własnej szarości. Próżność była towarem deficytowym w tym miejscu, ktoś musiał nadgonić zapasy!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Krąg ognia” Michelle Zink – muszę przyznać, że raczej się zawiodłam zakończeniem…

Oj dobra, od początku była w tej historii jakaś przewidywalność i rozmemłanie, ale to mi się podobało. Ta drobiazgowość, dziwne rozpływanie się opowieści. Dobro i Zło, walka i rozmyte granice. Przenikanie światów… Jednak takie zakończenie, te wieczne opisy, które niczego nie wnoszą, permanentna oczywistość – nie ujęły mnie.

Zmęczyłam książkę i tyle. A mogło być lepiej, bo przecież cała historia miała jakiś intrygujący potencjał!

Ha! Ale za to mam co czytać – te wyśnione, wymarzone, no najbardziej wyczekiwane… oj pewno, że na liście mam co najmniej setkę takich „naj”… ale przynajmniej mam co czytać na razie.

Recenzja: „Łóżko” David Whitehouse – powieść, która mnie powaliła, podniosła, otrzepała, a potem znowu spoliczkowała. Chyba tak naprawdę wciąż leżę na tej ziemi… i myślę!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Dąb Samotnie Niezdecydowanych…

„Przyszedł… właściwie jak wszyscy. Nocą, dziwnie cicho, spokojnie, ciągnąc za sobą zapach lasu, szelest liści, garść świeżych robaków i te korzenie: splątane nici oblepionych ziemią przypominały włosy topielicy. Wiły się w poszukiwaniu miejsca, które mogłyby obmacać, sprawdzić, posmakować… a potem wgryźć się w nie! I znowu postawić gruby pień, dziwnie poukładane w warkocze gałezie i chłeptać Wyspę.

Karmić się tym, co było podobne mu wiekiem i mądrością.

Był stary, bardzo stary. Ale i tak nie to było najbardziej intrygujące. Gdy tylko Ojeblik i Wiedźmy z Pieca zabarykadowały się we wnętrzu Sklepiku z Niepotrzebnymi, Pan Tealight pokazał mu miejsce obok Wygódki. Zaraz zresztą przywlokła się i przepełniona Taczka. Stanęła pewnie, mimo kolein i świeżo rozdartej grządki, pod Starym Dębem Samotnie Niezdecydowanych, jakby znalazła w końcu swoje miejsce na ziemi. Ich tylko nie przerażała złoto-szaro-brązowa kora… wciąż się wijąca. Niespokojna. Pełna zatopionych w sobie ciał. Chudych, niepozornych… z jednej strony pragnących oddalić się od innych współkorowców, z drugiej, wciąż poszukujących siebie nawzajem.

I tych szeptów.

Bo on nie szeleścił, nie szumiał, nie trzeszczał też gałęziami. Tylko niósł te dźwięki z miejsca, w którym dotąd się ukrywał. Ten Dąb szeptał ciągle, bez przerwy, śpiewając połączonymi głosami. A raczej jego kora wydawała taki dźwięk. Jakby ciągłej modlitwy, a może spowiedzi… jedynego rozgrzeszenia.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Przeczytane: „Wykreślone imię” – powieść mroczna i wciągająca. Wykorzystująca motyw tabu i magii imienia, oraz zwyczajnej przeszłości, nieznanej… Młodzi bohaterowie, to tylko przykrywka.

W rzeczywistości to opowieść o samotności. Samotności, jaką można odczuwać, będąc członkiem normalnej, poprawnej politycznie rodziny. O własnej osobowości, która się buntuje i o tym, jak ważne jest, by być sobą… i jeszcze o sile wyobraźni.

A wszystko tak jakoś ładnie, choć przerażająco opisane!

Książka na dziś: „Łóżko” David Whitehouse – jedna z tych, których lepiej nie otwierać ot tak sobie, by powąchać, ot liznąć odrobinę treść. Takie jak ona mają tą dziwną manierę zmuszania nas, by przeczytać je od razu, niwelując swąd dobiegający z kuchni i potrzeby fizjologiczne.

A potem przewraca świat do góry nogami – recenzja będzie! I to chyba mocna, jak ta powieść!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wyspa Wiedźm…

„Może i Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki była jedyną w swoim rodzaju, a i warto nadmienić, że i w rozmiarze… to jednak Pan Tealight od dłuższego czasu odczuwał dziwne przewrażliwienie na punkcie tego, co wiedźmie i wiedźmowate. Czuł drażniący otoczenie – o czym niedelikatnie udawał, że nie zdaje sobie sprawy – pociąg do kociołków i mioteł, kręciły go dziwne, powłóczyste szaty oraz spiczaste kapeulusze… wybierając się na spcaer obarczał Ojeblika – małą, uciętą główkę naręczami ziół i innych chwastów, którego jego zdaniem, lub przeczuciem się przydać mogły. Bidula oczywiście rączek nie posiadała, więc ino wlokła te wianki i chabazie włosami.

Cóż… Wyspa zmieniała się. A może raczej to Wiedźma Wrona się rozprzestrzeniała i namnażała? Może reakcja, którą rozpoczęło jej przybycie, właśnie postanowiła zturlać się z wybitnie gładkiej i stromej górki, radośnie wrzeszcząc: LECĘ!!!??? I oczywiście maltretując wszystko po drodze, wałkując na idealne placki – dorzucając do tego zawsze osobisty wzorek – przyśpieszyć… tylko cóż miało znaczyć ogólne zwiedźmienie tego, co było tak bardzo zakorzenione w byciu sobą?

Pan Tealight był zakorzeniony w swej szarości! Nomen omen bardzo bardzo bardzo… ale poddał się.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane – „Bestiariusz Stracharza” – cóż, raczej nie tyle przeczytane, co w ciągłym, użyciu!

Bo trzeba się chronić. Co prawda może i mamy odmienne poglądy na świat, ja tam poluję na stracharzy, ale wiecie… każdy robi co kocha, co nie?

Bynajmniej… leksykon oczywiście powiązany jest z cyklem Josepha Delaney’a „Kroniki Wardstone” – i jest piękny. Ilustracje – biało-czarne, ołówkowe, subtelne, a jednak przerażające… takie jak strach przed tym, co kryje się pod łóżkiem! Wiecie, coś w tej książce jest, co raczej nie pozwala na wysunięcie stopy spod kołdry, bo istnieje pewność, że COŚ ją odgryzie!

Do tego opisy… Po prostu piękne wydanie. Nie tyle książka, co ech! rozkosz obcowania ze strachem!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz