Pan Tealight i Odnowa Biologiczna…

„To było bardziej uczucie niż odczucie. Choć jak to do końca rozróżnić? Czy są wiarygodne, mądre nadzwyczaj i poruszające definicje na te zadygotania wnętrza? Poza oczywiście pasożytami i alienami… ale nie, to było coś ważnego. Wdzierało się do Sklepiku z Niepotrzebnymi i powodowało zamieszanie. Filiżanki z obtłuczonymi rączkami niespokojnie drżały, co mogło spowodować zwiększenie ilości produktów w dziale „mozaiki”… I oczywiście wiedźmy w piecyku. Klekotały. Jakby obluzowano im klepki, których nie miały prawa posiadać.

Pan Tealight musiał się podnieść z fotela i nawet nie zerkając przez okno z całą mocą swej dzielności i odpowiedzialności, oraz dziwnie rechoczącą małą, uciętą główką u stopy… otworzył drzwi. Uczucie buchnęło na niego. W mig przeczyściło półki i zabulotało. Ktoś zaczął się krztusić, a ktoś/coś inny zapiszczał dziwnie. Ojeblik zemdlała, co spowodowało zamieszanie na grządkach, na które się wtoczyła tracą i tak dziwną równowagę. Łodyżki oklapły, a wielka, gigantyczna kupa na srodku ścieżki, tuż obok dziwnie obruszonej, białej furtki, zabulgotała.

Naprawdę była wielka. Skupiona w sobie, ale i półpłynna. Niejednolita. Nie rozlewała się, ale też nie zachowywała pewności co do swych kształtów. Było o totalnie Gówno Niezdecydowane.

– Jeżu Kolczasty, na którym przypadkowo Matka Wyspa usiadła – największe przekleństwo Wyspy wymknęło się myślom Pana Tealighta, gdy z kupy wyłoniła się mała dłoń, a w końcu cały niewielki, poprawnie ukształtowany mężczyzna.

– Odnowa Biologiczna! – powiedział całkiem poważnie. – Poprawa stanu skóry, oczyszczanie porów i aromaterapia!

Mały człowieczek wyciągnął w stronę Pana Tealighta… a nie, raczej w stronę Sklepiku, który zakasał ściany i zmykał w kierunku morza, niewielką, zaskakująco białą w swej bieli wizytówkę.

– Wieśniaki. Z kim ja muszę pracować, przecież zamówienie było!!! – zawołał, a potem zanurzył się z powrotem. Nie miał zamiaru się ruszać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Przeczytane – „Żelazny cierń” Caitlin Kittredge – klimatyczna to naprawdę mało powiedziane. Zresztą, co sądzić po powieści, w której jedną z ról głównych gra miasto zwane Lovecraft?

Oto świat, w którym maszyny są religią, a magia, baśń i legenda czystą herezją. I oto wirus, który sprawia, że jedynym o czym może myśleć nasza bohaterka, jest strach przed urodzinami.

Czy stanie się szalona jak matka, wyklęta jak brat?

Cóż, wszystko staje się dziwnie nieważne, gdy musi podjąć pewną decyzję i otworzyć drzwi do tego, co zakazane.

Wraz z bohaterką – Aoife poznajemy jej świat, wpadamy w szpony przygody i pozwalamy się zwieść emocjom. I choć w moim przypadku domyślenie się tego, co określa „c.d.n.” nie nastręczało wiele trudu, to dałam się porwać. Bo Autorka pisze tak, że widzisz i czujesz! Żyjesz książką, a potem sam pragniesz dopisać sobie zakończenie… bo ten tom, to dopiero początek. Znaczy jest jakiś dalszy ciąg, prawda? Nie możecie mnie zostawić w TYM miejscu!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźma Patrząca…

„Widać było ją z daleka.

Choć niska, zwinięta w kulkę, to jednak odcinała się na tle radośnie błękitnego nieba. Niczym jakaś szalona Czarna Dziura z odwrotnością myślenia. Zamiast wciągać, odpychała. Pan Tealight dobrze wiedział, ale wiedzieli chyba i inni, że w takim czasie nie wolno było się zbliżać do Żółtej Hałdy – Gulehalda… To był czas Wiedźmy Wrony, czas na wpatrywanie się, wglapianie, patrzenie. Co widziała tak naprawdę, nie wiedział nikt. W końcu nagminnie potykała się o swój nos, a gdy czytała druk pojawiał się jej na czole. Nie oszukujmy się, jej oczy dość szybko zrzekły się pracy na rzecz innych organów wewnętrznych.

Ale Wiedźma się wpatrywała. Pożerała coś, co znajdowało się na horyzoncie. Coś ukochanego, namacalnego, czego jednak nie mogła przyciągnąć do siebie. Wyglądała żałośnie, jak porzucona, niechciana kupka szmat. Artystycznie upozorowanych na coś, co kiedyś było człowiekiem, a teraz zdawało się mieć skrzydła.

Tylko Pan Tealight wiedział, że do tego siedzenia na twardym, granitowym, nemożliwie boleśnie postrzępionym podkładzie trzymała ją Tęsknota. Tęsknota Dusząca za miejscem, które Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki ukochała najbardziej. Bo choć miłością obtuliła cała Wyspę, to nawet Pani Wyspy wiedziała dobrze, że pewne jej części Wiedźma kochała bardziej.

Nie godziła się z tym, ale cóż było poradzić. Wiedźmy są zwyczajnie niereformowalne. Mimo diety i operacji, nie da się ich nawrócić na coś innego… A tamto miejsce sprawiało, że w małych, dziwnie obrzuconych bursztynowymi plamkami wiedźmich oczach pojawiało się spojrzenie szczeniaka, kota ze Shreka i diamentowe łzy. Dość niebezpieczna mieszanka… Wyspa musiała coś z tym zrobić. Tym bardziej, że Gulehald znajdowała nadzwyczajnie niebezpiecznie rozkoszne uczucie z oplepiającej ją wiedźmiej cielesności. Cóż, czasem pupa to coś więcej…

A stos rósł. Przebywanie Wiedźmy w jego pobliżu nie było wskazane. Nie, gdy zbliżał się Czas Palenia Wiedźm! I nie chodzi o podstawianą pod publiczkę radosną wieść o wysyłaniu wiedźm na wczasy w góry… ogień to ogień. Wiedźma Wrona odczuwała w jego kierunku dziwacznie destrukcyjne zapędy!

A susza nie ustępowała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Emancypacja Mary Bennet” – książka co zawodzi. Nic na to nie poradzę, ale się zawiodłam. Niestety w przypadku takich powieści czytelnik ma pewne oczekiwania.

Nie da się inaczej, to w końcu ciąg dalszy klasyka!

Pokładałam w niej i wielkie nadzieje i rozważną romantyczność… Czułam dumę, gdy ją dostałam w swoje ręce, a teraz mam w sobie ino uprzedzenie! To nie Jane Austen. Choć pomysł dokończenia historii świetny. Początek zaskakuje, w środku troszkę się wynudziłam, a zakończenie mnie uradowało, to wciąż… książka jest słaba. Wskazanie istotnych przemian, babskich kłopotów – intryguje, ale samo wykonanie, a potem pewne dłużyzna, mnie nie przekonały. Ale z drugiej strony cieszę się, że ją przeczytałam! Teraz mam podstawy by samej dopisać sobie koniec dalszy „Dumy i uprzedzenia”… choć wiecie co, chyba niewarto. To jak powiedzieć co było z Kopciuszkiem czy Śnieżką! Nie chcę ich problemów łóżkowych.

Chcę pewnych „świętych” bohaterek!

Ale nic to… Teraz gwoli pewnych wyjaśnień. Nie zjeżdżam książek. Zwyczajnie. Nie robię tego. Staram się w każdej znaleźć coś, co w myśl: każda potwora znajdzie swego amatora – przybliży książkę tzw. możliwemu targetowi. Wiem jak wiele duszy często Autor wsadza w swoje dzieło-dziecko. I nie zmienię się.

Za stara jestem i za długo już piszę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Planowanie Wiedźmy…

„Tu Cię zabiję, przygotowałam kamienie. Niebieski sznurek, cóż, wciąż jestem tylko sobą. Ale tu Cię zabiję, inni pomyślą, że wyjechałeś, zdradziłeś, a Ty od dawna będziesz pokarmem dla ryb.

Oszukałeś mnie i zraniłeś, nauczyłeś też, więc jednak ozdobię Cię najpiękniejszym granitem. Malowniczo zamotanym u stóp na trzy węzły: za przeszłość i teraźniejszość i przyszłość, byś nie wrócił. I jednym u szyi, bo dlaczego nie. Ironicznie pochowam Cię w pięknym miejscu. Twoje rozpadające się szczątki będą dzielnie znosiły pływy, ale nie oddadzą Cię powietrzu. Pozostaniesz w wodzie, a ja… odejdę. Znajdę innego. Znów będę czekać.

Choć, może najpierw pocierpisz? Tutaj nikt Cię nie usłyszy, stukotu stóp, kroplami wygrywającej muzykę krwi. Paznokci drących kamienny murek, strachu, który upija. Będziesz konał powoli, całkiem świadomy… tak, by zwyczajnie mi było lepiej… bym poczuła się spełniona. Oczyszczona z bólu niedotrzymanych obietnic. Z pustych poranków, pomarańczowej nadziei.

Pan Tealight wparował zamyślony do chatki Wiedźmy i od progu poczuł dziwną atmosferę. Ojeblik, mała ucięta główka skrzywiła się i zatrzepotała włosami – miała fazę skrzydełkową, ponownie, więc skrzyła się anielim włosiem… Coś wisiało w powietrzu. Nie to, to też nie… tak, to musiało być to.

Orgia wyobraźni. Aromat wszystkiego co możliwe i tego możliwego, co przyniesie ukojenie wściekłości i zawiedzionym oczekiwaniom.

– Listonosz znowu nic nie przyniósł – szepnął wymykając się przez uchylone, kuchenne okno Chochel.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Wpis powstał całkowicie konkursowo dla SYNDYKATU ZBRODNI W BIBLIOTECE!!! Konkurs trwa do jutra – 31 maja!

Prosty – pstryknąć zdjęcie!

No, kto spróbuje?

Może macie wspaniałą kolekcję zbrodni na półce, trupa w szafie, zwłoki pod powałą, takie wiecie forma suszki nieruchawe chyba, że zawieje zamiecie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Gość Wiedźmy…

„To była pora na wekowe ostatki.

W Zaborczej Spiżarni Wiedźmy Wrony ostały się ino te największe słoje, więc by nic się nie zmarnowało, w kuchni zebrali się wszyscy. Znaczy ci, którzy się mieścili, reszta musiała liczyć na wylatujące z okna, wydzielane niechętnie, konserwowane szczątki turyścizny. A świeżutcy, aromatycznie upasieni kontynentem turyści, już przybywali na Wyspę.

Na razie nieśmiało, niewinnie wtłaczali swoje aromaty w świat Wiedźmy Wrony Pożartej, ale… ona wiedziała. Przyszedł czas by dokładnie oczyścić Spiżarnię i umyć weki! Nowa dostawa była w drodze. Nowe pomysły, nowe smaki, może zaskakująco egoztyczne tym razem? Azja?

Jednakowoż najpierw należało je opróżnić. Nie dbała o to, kto wyjada resztki, byleby nic się nie ostało. I byle nikt nie zawracał jej głowy, dlatego to pukanie ją zaskoczyło. Właściwie nie otwierała drzwi. Ot czasem dopadała Radosnego Listonosza, ale on wyrażał na to przyzwolenie. Wprost więcej wyrażał, ale Wiedźma raczyła nie dopuszczać tego do swych i tak skołowanych myśli. Ponieważ wszyscy byli zajęci, a słój z marynowanymi klopsikami z blondynek, w polewie z czosnku niedźwiedziego był wciąż jeszcze pełny, oblepiony chciwymi spojrzeniami i dziwacznymi odnóżami, oraz aparatami gębowymi… cóż, wstała i spoglądając z wyrzutem na dziwnie radosną szarość Pana Tealighta, otworzyła drzwi.

– Czy przyjęła już pani Jezusa? – usłyszała w swym pierwszym pożartym języku. Rozejrzała się po zatłoczonej kuchni widocznej z korytarzyka, po ulicy pełnej dość nietypowych stworzeń i działań, każdy mógł się tu zagubić, a może, spojrzała na słój… i pierwszy raz w życiu zemdlała.

Cóż, może nie znamy każdego z imienia i nazwiska, ale czasem obciach nie zapraszać tych, którzy tego tak pragną… nawet w weki!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Przeczytane – „Ocaleni. Życie, które znaliśmy” Susan Beth Pfeffer – „W sumie trochę żałowałam, że nie widziałam burzy. Z tego co słyszałam, nie nadeszło żadne tornado, tylko rozpoczął się koniec świata, a ja nic nie zobaczę, bo każą mi siedzieć w korytarzu. W takiej chwili.”

Wiadomo, koniec świata widzi się tylko raz, a raczej większość z nas tak powinna mieć, miała lub będzie miała. Obciach trochę go przegapić – ot taki problem. Bo codzienność ma małe problemy. Szkoła, bal, łyżwy czy pływanie… mama czy tata i jego nowa rodzina? Zjeść masło ozechowe czy jednak hamburgera?

Ot zwyczajne życie dzień po dniu. Śmierć istnieje, ale zawsze po niej jest kolejny dzień, zawsze.

Gdy zwyczajność nagle się kończy następuje wariactwo i próba szukania w nim „normalności”. A potem… cóż chyba nawet strach nie istnieje.

Co byście zrobili, gdyby nagle świat się ZACZĄŁ kończyć? Stanęliście w obliczu zagłady, dość powolnej, bo trwającej niecały rok. Choć nie, wy o tym nie wiecie. Nie wiecie co będzie jutro, gorzej, czy włączą prąd, a może zniknie woda, słońce, czekolada… może zostaniecie sami na świecie? Zamknięcie w małym miasteczku, zakuci w zimno i marzenia?

„Co jest najgorsze w końcu świata? Że kiedy się zacznie nigdy się nie kończy.”

Powieść Pfeffer zaskakuje. Zwyczajna, normalna. Bez wybuchów i ratowania. Bez cudów i wielkich bohaterów. Ot pamiętnik nastolatki. Takiej, która przeżyła swoje, dotknęła śmierci, zaznała odrzucenia, ma wszystko przed sobą. Błędy może naprawić. Jej i całego miasteczka, kraju, świat się kończy. Świat się kończy. Błąd w obliczeniach i nagle pojawia się to, co niemożliwe. Ona ma matkę i dwóch braci. Uczy się głodu, zamknięcia, odcięcia. Braku przyszłości i kąpania się w snach, marzeniach.

Buntuje się.

Próbuje…

Autorka świetnie dociera do czytelnika. Młodszemu uświadamia jak wkurzający są rodzice i dlaczego… starszym, przypomina jak widzą ich dzieci. Wszystkim, jak bardzo zależni jesteśmy od techniki, jak wiele straciliśmy, zapomnieliśmy, jak wiele nie umiemy!!! Jest tak wstrętnie, przeraźliwie naturalna i prawdziwa, że budzi strach. Każe patrzeć w niebo i nagle chomikować zapasy… a przecież świat się nie kończy, prawda?

A może tylko o tym nie wiemy?

Recenzja: „Czarownica” Anna Klejzerowicz

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Zamawiacz Snów…

„Nie lubili go.

Nikt go nie lubił.

Nikt nie pamiętał o urodzinach, małych prezentach, codziennych przyjemnościach. Omijali go z daleka nie pozdrawiając, nie pytając się jak mu leci, jak się ma i czy czegoś mu potrzeba. Czy mogą pomóc? A może chce przyjść na kawę i ciasto? Nie zapraszali go na śluby, ani na pogrzeby – choć wtedy myśleli o nim. Nie interesowało ich to, co kocha, czym się fascynuje i jakie ma pasje. Co teraz robi?

Właściwie nie istniał.

Dla nich.

Przypominał starą, podartą, idealnie burą szmatę do podłogi. Kwintesencję burowatości. Taką, która wytarła już wszystko i zdechła, straciła pracę nie mogąc wciągać więcej wody. Czepiały się jej każde włókienka i włosy, sierść starych myszy i kłaczki kaszlących padalców. Ale nic już jej nie opuszczało. Tak był właśnie taką szmatą. Prawie niewidzialną… Bo choć twierdzili, że nie istnieje, to jednak wiedzieli, czuli, że jest blisko. Każdej nocy na niego czekali. A czasem i w ciągu dnia. Przynosił ze sobą inne życie, to toczące się za zamkniętymi oczami i spokojnym oddechem.

Był Zamawiaczem Snów i najstarszym przyjacielem Pana Tealighta.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Książka na dziś – „Santa Olivia” Jacqueline Carey – opowieść, która pozostawia mnie niezdecydowaną…

Jacqueline Carey pokochałam przez Kusziela. Tak po prostu pokochała. Na zabój i na zawsze. Każdy tom pochłaniałam i do dziś pamiętam to uczucie wtapiania się w historię, w opowieść dla wielu obrazobórczą, brutalną, seksualnie nazbyt wyzwoloną.

Dla mnie to była przygoda. Dlatego, gdy Wydawnictwo Piąty Peron poinformowało o wydaniu „Santa Olivia”, czekałam niecierpliwie. A teraz nie wiem co czuję. Właśnie ją zamknęłam. Ma fascynującą okładkę i w rzeczywistości opowiada nie o tym, do czego ludzie są przyzwyczajeni. Jest historią życia po końcu świata. Po tym, gdy codzienność geograficznie ogrodził mur. Jest tam miasteczko i ludzie. Nie mają super mocy, właściwie nie wiadomo po co jeszcze żyją. Czy są chorym eksperymentem? A może tylko zapomnianą społecznością? I kim jest główna bohaterka? Najpierw dziewczyna/kobieta/matka, potem jej córka?

Autorka nie wyjaśnia co się stało. Nie ma tu teorii spiskowej, choć może jest, jest tylko wola przetrwania. Próba życia, w tym co się ma, ale też miejsce na marzenie… i jest śmierć. Z jednej strony tak naprawdę nic się kupy nie trzyma, ot historia się toczy sama sobie, jak jej się to podoba. Najpierw bohaterką jest matka, potem nagle cudem staje się córka. Jedni znikają, inni się pojawiają. Czy to ma sens? Z drugiej strony, wydaje się, że Carey wie o czym pisze i eksperymentuje na nas, czytelnikach. Jak zwykle sprawdza nasze przywiązanie do konwenansów, religijności, stawia wewnętrzny świat na głowie… a z drugiej, coś ukrywa. I to zmusza do pokonywania kolejnych stron. Choć przecież wiemy jak to się skończy.

Bo życie ma określony i początek i koniec.

Sny… moglibyście żyć bez nich? Bez tej możliwości naprzemiennego koszmaru i wyzwolenia? Bezgranicznej miłości i tego, co możliwe, choć na wskroś niemożliwe? Bez szansy?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźmie Oczekiwanie…

„Pan Tealight obudził się i skwapliwie wyciągnął się cały z niedokończonego cybucha Zapomnianej Fajki. Poczłapał w kierunku miejsca, do którego zwykle większość się rankiem udaje – umył ręce – wyczesał włosy małej, ucięte główki – Ojeblika, a potem zajął się śniadaniem. Potem przyjął na stan dwa bliźniacze Suspensoria, które nikomu nie były już potrzebne od dawna – teraz ludzie rozdzielali syjamskie bliźnięta – i zaparzył herbatę. Gdy siadał w fotelu zaczynał coś sobie uświadamiać, ale opowieść Twardego Sęka była tak zajmująca, że… domyślił się, iż coś się stało dopiero gdy zmrok nie zapadł. Gdy filiżanki przygotowane dla Szarugi i Ciemności, szalonego rodzeństwa, nie zostały napełnione, a wszystkie kostki cukry nadgryzione. Nikt też nie podał mu ciasteczek z galaretką limonkową – ohydnych zresztą, ale codziennych.

Pan Tealight wstał nagle – Twardy Sęk był w momencie, gdy Księżniczka zjadała Księcia począwszy od pieczonych półdupków, i już tam pozostał – i wybiegł ze Sklepiku. Nie sprawdził, czy Ojeblik toczy się za nim. Wiedział, że cały Sklepik ruszył do chatki Wiedźmy Wrony. Właściwie cała Wyspa, cały świat zasysało to jedno miejsce w kosmosie. Bacząc na wszelkie światy mniej lub bardziej równoległe, zależne czy też umysłowo niezrównoważone. Te wyważone dawno zostały pożarte.

Była tam. Stała na samym szczycie Żółtej Skały. Pośrodku dziwnie cichego morza. I zasysała świat. Czekała…

Niczym Najświętsza Panienka… czekała.

A świat, ot w ramach okrutnego eksperymentu tym razem postanowił nie przyśpieszyć. Sekundy zmieniły się w dni. To co nadchodziło zbyt szybko teraz się zakorzeniło w oddaleniu. Czas eksperymentował, wtapiał się w Wiedźmę i karmił się jej niecierpliwością. Szydził z oczekiwania i pragnienia.

– Nikt nie będzie podgryzał naszej Wiedźmy. Cokolwiek się dzieje, to nasza Wiedźma! – wymruczała Wygódka, która przytargała się tutaj trzeszcząc i elegancko podkasując deseczki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Książka na dziś – najnowsza powieść Anny Klejzerowicz „Czarownica”

Już po okładce człowiek nabawia się ciar… jak przeczytam, to oczywiście opowiem. Jednak juz wiem, że to nic z tego, do czego ta Autorka nas przyzwyczaiła.

A teraz coś na co czekał świat, w znaczeniu mojego świata… czyli antologia „31.10” w swej pięknej, wzruszającej papierowej magiczności.

Chcecie wiedzieć jak to się zaczęło? Jak w bajce…

Once upon the time… Się znaczy dawno dawno dawno temu, prawie rok, no nie trochę mniej… stało się. Dawno, dawniej wiele od tego czasu narodziła się myśli, zebrali się ludzie, połączyła ich: krew, flaki, duchy i wiedźmy, strach i dynie, klekoczące kości i wszelaka przeraźliwość. Stare legendy zwiały gdzie pieprz rośnie, albo i gdzieś dalej, w całkiem inną galaktykę gubiąc po drodze myśli…

A potem była już tylko książka – ebook.

Teraz będzie ciąg dalszy, ale to już na stronie Halloween po polsku!!! Znajdziecie tam konkurs dotyczący tomu drugiego, pierwszy tom oczywiście do ściągnięcia za darmo… i mnie w pewnej wiosce.

Szukajcie Czarownicy imieniem Wiedźma, choć kto ją tam wie!

A ja chcę serdecznie przeraźliwie podziękować Magdalenie Mińko za moją, wyczesaną na maksa w nieboskłony i mgławice, ilustrację ♥ misiowa, co nie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Człowiek Dom…

„Był raz sobie Zwykły Dom, który postanowił umrzeć wraz z człowiekiem i była Wiedźma, która śniła cudze sny. Śniła też swoje sny, ale akurat w tej opowieści prywatne wiedźmowe śnienie lepiej żeby nie brało udziało. Mogłoby zbyt raptownie stać się głównym bohaterem i przytłumić historię… Wiedźma nie była normalna, bo właściwie w wiedźmowatości normalność jest zboczeniem, ale chciała być szczęśliwa. Problem w tym, iż szczęśliwość pojmowana wiedźmowym okiem – rzadziej dwoma, bo w końcu wiedźma w jednym momencie wiele ma na głowie – była dość osobliwa. Dziwiła innych, nawet – co zaskakujące – inne wiedźmy.

Gdy Wiedżma Wrona poznała Zwykły Dom – dzięki dyskretnemu podłożeniu nogi (prawej) przez Pana Tealighta i styku wiedźmowatości z twardym podłożem, oraz dwoma ślimakami – była sobota. Dzień tygodnia nie był ważny, ale gwoli ścisłości dobrze, że nie była to niedziela. Wiedźma nienawidziła niedziel. Ponieważ była to tylko sobota, poczuła się zaintrygowana…

Dom – cóż, zdziwił się. Po raz pierwszy od dnia, w którym zmarł Jego Człowiek, Ojciec i Matka, Pan i Stwórca, Brat i cała rodzina… Ten, który ułożył w nim każdą cegłę i każdą drewnianą belkę, tynkował ściany i delikatnie je malował, wprawił oczy – okna, oraz drzwi ze szklaną szybką, zajął się ścianami, sufitami i podłogami… Ten, który dał mu pierwszy oddech, i z którym wszystko odeszło, nawet mądrość trwania domów… Po raz pierwszy Dom pomyślał, że ludzie są zaskakująco różni i pojawiają się. I choć nie planował żyć, tylko umrzeć na wieki wieków, nie chciał być domem dla innych, postanowił pozostać w dyskretnym stanie zdziwienia.

I znowu zacząć oddychać.

Bo tak naprawdę domy są jak ludzie. Rodzą się i umierają. Są jak cierpliwi rodzice, znosząc kolejne dzieci – rodziny, mieszkańców, obsikiwanie przez psy, sranie kotów i wszelakie trutnie, oraz bolesne korniki. Ale też, o czym nasz bohater nie wiedział, zakochują się… a tamtej soboty, tego dziwnego wiosennego dnia, w którym nos Wiedżmy Wrony uśmiercił dwa ślimaki, Dom się zakochał.

A nocy poprzedzajacej ten dzień, Wiedźma śniła nie swoje sny. Śniła o oczach. O tych, które nazywają zwierciadłami dusz, dziwnych rzuconych spojrzeniach, łapczywie złapanych błyskach i wybałuszeniach; o życiu odbijającym się w matowych szybach i marzeniach o śmierci.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Recenzje: „Wiatr z północy” Susan Abulhawa

Wieje mi Wyspa, wieje. Morze postanowiło zaskoczyć wszystkich i zamienić się miejscami z tzw. ziemią. Ale ziemia się nie daje i rzuca w niego granitem… i tak w kółko. Chyba dobrze się bawią.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Podszczypywacz Wiedźm…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki stała przed małym, białym kościółkiem i drżała.

Drżenie objawiało się nie tylko wszelaką ruchliwością samej Wiedżmy, ale też nazbyt szalonem torem lotu ptaków na niebie, dziwną zastygłością ździebeł trawy – jakby nazbyt niemożliwym stało się dla nich zsynchronizowanie z jej krótką postacią, nieobecnością ludzi i ucieczką turystów z miejsca drżenia, oraz zwyczajnym rozsypywaniem się. Bo drżąca Wiedźma oznaczała śmiecenie. Drżąc gubiła literki, a nawet słowa. Gdy nabierała tempa i zaczynała przypominać coś, co wsadziło język do kontaktu, pojawiały się w powietrzu całe zdania, a gdy zaczynała zanikać… na pylistą ścieżkę opadała kartka. To dlatego Pan Tealight stał w dyskretnym od niej oddaleniu, a tym razem dziwnie spokojny i kompletnie goły, coby się nie rozpraszać, Chochel – chochlik pisarski Wiedźmy miał przy sobie teczkę. Bo każdą kartkę należało zebrać i umieścić na powrót w wiedźmowatej cielesności. Inaczej świat mógłby upaść na głowę, albo co gorsza zmądrzeć i zacząć głowy i głów nadmiernie użytkować.

A wszystko to przez Podszczypywacza Wiedźm. Spojawiał się taki na Wyspie w sezonie i męczył. Aj macał o dotykał, głaskał nadmiernie i przytulał – bez zaproszenia – każdą napotkaną wiedźmę. Bo choć Wiedźma Wyspy była tylko jedna, to przecież nie można było wiedźmowatości wypleniać w chętnych. Cóż, zwykle po kursie takiego gościa natężenie wiedźmowatości leciało na łeb i szyję, a furkot mioteł w powietrzu wzbudzał sztorm, ale… nic nie można było na to poradzić. Bo Podszczypywacza chronił Pewien Bóg. Dziwny Bóg i pełen sprzeczności, ale też spryciarz cholerny, coto niegdyś z Wyspą zawarł kontrakt… i nie można było się go pozbyć.

Ale tym razem Wiedźma Wrona miała powiedzieć: dość! Znaczy obiecała sobie, że dosyć tych zuchwałych macanek, ona w końcu nic nie podpisywała, no i że gościa, który tym sposobem wszelaką wiedźmowość chce ze świata wyplenić, należy się pozbyć i to raz a dobrze.

Ino że… Wiedżma Wrona bała się ludzi, więc nawet jak dotarła na miejsce… tylko drżała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Książki… wiecie nie, to nie jest uzależnienie, ale wcale a wcale, po prostu nie może być. Książki, to po prostu czysta biologia organizmu. Może i organizm Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki dziwny i już tam wiekowo obwisa miejscami, ale wiecie, nadmiar wiedzy czasem szkodzi. Lepiej nie włazić w takie tematy jak namacalna anatomia wiedźmowata…

Recenzja: „Zaginione wrota”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Chowaniec Wiedźmy…

„Pan Tealight boleśnie zdawał sobie sprawę z tego, że najpotrzebniejszą, w rzeczywistości najbardziej istotną i niezbędną – a co za tym idzie totalną przeciwnością zawartości „Sklepiku z Niepotrzebnymi” – był Chowaniec Wiedźmy Wrony. Dziwny mężczyzna, który mieszkał (podobno dobrowolnie i z własnego wyboru) z Wiedźmą, i stanowił mało subtelną przeciwwagę dla jej szaleństwa.

A przynajmniej próbował? Tego Pan Tealight wciąż nie był pewien. Widział jak Wiedźma, z pierwotną, szaloną i dziką łatwością, z przebiegłą wirtuozerią go wykorzystuje. Jak spalata w nim zaklęcia, jak spędza w niego to, z czym sama nie może sobie poradzić. Jak go używa i zużywa… i jak on się jej daje i poddaje. Nikt nie wiedział, czy chciał tego, czy nie… ale nie krzyczał, nie protestował.

Jak Pani Wyspy go podziwia i boi się… bo gdyby nie, ów bufor, wiedźmie esencje rozlałyby się po Wyspie powodzią i potoczyły lawiną. Nikt nie mógłby zapanować nad tym żywiołem.

Ale tego dnia, owa dziwna, kryształowa, nagle zobjawiona cisza wygoniła Pana Tealighta z ogródka, w którym starał się przekonać Taczkę, by pozwoliła się przetoczyć. Ot kawałek, by tylko gromadzie nader zbyt dawno Zapomnianych Stworzeń, łatwiej było toczyć swoje magiczne kulki pamięci i opowieści. Cisza sprawiła, że Mięsny Tulipan wyrwał cebulkę z ziemi i umknął pod Wygódkę. Taczka nagle stanęła dęba, a potem zmieniła kolor… Ojeblik, mała ucięta główka, potrząsnęła stojącymi na sztorc włosami i zamilkła widząc wpadającego przez białą furtkę Chochela – chochlika pisarskiego Wiedźmy Wrony.

– Zrobił to! – zakrzyknął piskliwie, rozcinając ciszę skalpelem zdziwienia… albo coś w ten deseń. – Zrobił TO!!! – czerwone gatki męskie rozmiaru L z Mikołajem załopotały na chudym zadku chochlika wyrażając poparcie i potęgując prawdziwość słów.

Hmmm… i świat się nie skończył? – pomyślał Pan Tealight i na tyle, na ile pozwalały mu chude, szare nogi, pobiegł bezszelestnie do chatki Wiedźmy. Tak! Siedziała w ubikacji razem z dwiema książkami i butelką wody.

Sama!

Zamknięta.

– Powiedziała, że zacznie pluć na ludzi i ją zamknął… chyba ma dość, albo będzie strajkował, albo coś obmyśla, choć nie wiem czy on samodzielnie myśli… –

Chochel trajkotał, Ojeblik gwizdała, a Pan Tealight zastanawiał się nad mocą Chowańca Wiedźmy czerpiąc garściami ze spiżarni z wekami – kopmpletnie nie pilnowanej. W końcu Chowaniec Wiedźmy w magię i wiedźmy nie wierzył, a już w sklepiki i ich dziwnych subiektów, na pewno… ”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Przeczytana… właściwie dawno nie było książki, która tak bardzo by mnie pożarła, zmieliła, przetworzyła, zmieniła… a przecież historia znana, wiadomo jak się potoczy, jak zacznie, skończy.

Napiszę recenzję, bo o niektórych książkach trzeba powiedzieć więcej… nie da się tak po prostu wziąć oddechu, przetrawić i sięgnąć po następny świat w okładkach i literkach. Zwyczajnie nie da się.

Recenzja tutaj!

Moja Wyspa kwitnie i szepcze. Wiatr przynosi historie o płonącym stosie i kobiecie, która skłamała, a może nie skłamała?

Któż je wie te kobiety?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Kochanek Pani Wyspy…

„Pan Tealight pamiętał ten dzień. I choć było ich więcej, to on jednak zespolił wszystkie uczucia, które się z nimi wiązały, całe to szaleństwo i niebywałość, niepewność i wariactwo, w jedną kostkę owego doskonałego bulionu… opowieści o pewnym uczuciu.

Bo Pani Wyspy miała niegdyś Kochanka.

Przybył on w sieci utkanej przez Wdowie Pajęczyce, w splątanych, oblepionych wodorostami okach, które odbijały miliony opowieści z przeszłości, przyszłości i nie baczyły na teraźniejszość. Zwinięty, poobijany, ale i doskonale zasolony… głośno odetchnął, gdy fale wyrzuciły go tuż obok Domu Tego Boga. Czy to los, czy coś jeszcze potężniejszego, czemu poddana nawet może być ONA, a może ot przypadek, choć nie, one nie istnieją jak poczucie normalności w skarpetach co dają się wepchnąć do sandałów… nie, to musiało być owo COŚ WIĘCEJ.

Owo nieopisywalne i niedefiniowalne… musiało!

Cóż, tego wieczora, spoglądając na gałązkę sciśniętych pąków białego bzu, Pani Wyspy siedziała w Małym Porcie Domu Tego Boga. I obmyślała bzowe zaklęcie. Obmyślała słowa, które jak co roku miały pozwolić gałązkom wybuchnąć i zalać Wyspę słodkim zapachem, szelestem płatków i magią z nimi związaną. Miały dać spełnienie życzeń zaklęte w tych pięcioramiennych… ale nie dane jej było wypowiedzieć słów. Nie dane było powiązać brzmień, gdy na kamieniach, tuż obok ławki pojawił się on. I wtedy bzowe pąki zadrżały rzucone na trawę, szelst sukien zbliżył się do wody… a ona go zobaczyła. Wysupłała zasolone szczątki z siecie i nie zważając na dziwny, gniewny, ale i przerażony szum fal… zakochała się. Zakochała w wizji, nie bacząc na niezdarność Kochanka, nie bacząc na jego wygląd, ani brak słów.

Ot zakochała się w samym zakochani. W umiejęstności latania, lekkości pocałunków, uczuciach wypełnienia, a owej doskonałości. Zrozumiała, że tego pragnęła, tego jej brakowało. Już nie ważne były bzy… On zaś był mokry i zziębnięty. Dziwnie skruszały i pomarszczony. Pan Tealight pamiętał, że wydał mu się dziwnie brzydki, ale Jej to nie obchodziło. Była wtedy jeszcze młodziutką Panią Wyspy. Smok dopiero co zamknał swoje oczy, a bzy… bzy były dzikością. I nie lubiły, gdy się je pomijało, albo odrzucało niczym niepotrzebny nikomu, gnijący wiecheć.

Ale ona nie baczyła ani na bzy, ani na wiosnę… ni na lato. Zastygła tak na jedną i drugą porę roku. Zastygła w zakochaniu. A potem on odszedł. Choć niektórzy mówią, że tylko zniknął z tego świata. Że tak naprawdę zamknęły go w sobie twarde pąki bzów, które otworzyły się pewnej nocy. Pożarły po kawałeczku, a nie mogąc zniszczyć… schowały głęboko w gałęziach i korzeniach, rozpuściły w liściach…

Gdy zniknął, Pani Wyspy podniosła zapomnianą gałązkę bzu, nie zauważając nawet, iż ta nie zwiędła, że z białej stała się krwiście fioletowa… i odnalazła zagubione zaklęcie. A Kochanek? Powrócił i powraca przed każdym nowym zaklęciem, które ma otworzyć bzy… i zawsze będzie powracał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


POCZTA!!!

Kocham kocham kocham łapczywie namiętnie własnego Listonosza, co zakrawa może i na dziwactwo, skrzywienie jakieś mur beton… ale kocham gdy w poniedziałek zjawia się u mych odrzwi z książkami – I ZAWSZE SIĘ UŚMIECHA!!!


Tym razem dwie powieści – czyli opis tego jak bardzo kobieta zmienną jest i jak różne książki lubi czytać. Autora pierwszej przedstawiać nie trzeba pewnie… kurcze człowiek zaczynał od wytartych, tanich tomików o Alvinie Stwórcy – wiecie jeszcze jak dinozaury po ziemi chodziły. Druga powieść to moje pragnienie doszukania się prawdy w tym co piszą i mówią – o świecie za chustami.

Na Wyspie na bzy czekam… i na to, że w końcu ktoś mi powie gdzie tutaj znajdę konwalie, a szukam ich już długo – jaśminy i fiołki same mnie znalazły. No bo muszą gdzieś być? A może nie ma, może ma ktoś w doniczce? Przylaszczki, zawilce i inne czorty z dzieciństwa też tu sa i purchawki… magiczne koło się zamknęło.

Bzy zaś, cierpliwiej i dostojniej ode mnie oczywiście, czekają na rozkaz by rozpuknąć swoje ściśnięte pąki.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz