Pan Tealight i Casting na Trolla…

„Dzień wstał deszczowy, chociaż z powodu Pełni Ka wielu zastanawiało się, czy w ogóle kładł się spać. Może w rzeczywistości gdzieś popił w niedzielę, przekimał się odrobinę w jakimś rowie, umył w porannym deszczyku… Wraz ze świtaniem zamówił coś na wynos, jakąś jajeczniczkę na bekonie, potem puścił pawia… wspomóg się klinem, klinikiem, oj maleńkim, dopasowanym haustem spolegliwego wspomożenia nie całkiem jeszcze umarłych i… do roboty!? Któż to może wiedzieć? Efekt był taki, że jasno było, słonko dawało świateła z przekonaniem o własnej godności i mądrości, wyższości wszelakiej, ale bez ciepełka. W tym poskąpiło. Ale cóż, wiosna dopiero się zaczynała. Młoda i dziwna pląsała gdzieś tam, gdzie wody w Rzeczce o Fikuśnym Bobkowym Imieniu nie miały wiele do powiedzenia…

A Most bez Trolla stał tutaj. Przerzucony bez pytania ponad jej pływem wiązał ze sobą to, co zawsze miało był połączone, więc nikt nie protestował. Ale jednak bez Trolla? Jak można postawić most bez Trolla? Jak można tak zniesławić, tak na opak kopnąć w półdupki Boginię Myta? Jak można tradycji nie uszanować, jak można zwyczajnie olać to, co serio nieolewalne!!!?

No nic, nadszedł dzień naprawy. Po latach w końcu most miał zyskać swojego opiekuna, konserwatora i ciecia, dozorcę w wielu mocach sprawczych i poborcę oczywistego, takiego no anioła, no wiecie!

Pan Tealight przy doprawdy nikłej pomocy Ojeblika – małej, uciętej główki oraz Wiedźmy Wrony Pożartej, która nie pomagała, ale jak zwykle zniknęła na pobliskiej plaży, coby sobie polizać kamyczki… ale jednak przyniosła ciastka, więc jej to od razu wybaczono, chociaż były bez czekolady, więc foch był doprawdy na miejscu i sens miał… postawili na polnej drodze prowadzącej do wodospadni mały stolik, wyciagnęli papiery i ołówki i czekali. Przybyło kandydatów wielu. Każdy dostał oczywiście ciasteczko, bo co jak co, ale nie wynagrodzić trolla za wszystko co było i nie było nie jest logiczne… ale żaden się nie nadawał. W większości byli za mali, albo za wielcy, woleli pracę suchszą, albo też bardziej urozmaiconą, jedni chcieli mieć w pobliżu krowy, a tutaj dostępne były tylko owce i sezonowo czosnek niedźwiedzi, więc uczuleni musieli zrezygnować. Ale w końcu stanął przed nimi imponujący Naprawdę Ładny Głaz. Troll w rozmiarze mostowym, stary, dojrzały ponad wszelką miarę, taki, który przespał ostatnie kilka lat, więc serio miał siły do działania. Trzeba przyznać, że Wiedźmie Wronie od razu przypadł do gustu i razem zaczęli rozmowę o zróżnicowaniu krzemiennych aromatów. Diobły i Utopce wprost się w nim zakochały i to płci obydwu, a Rzęsowe Wróżki omdlały dyskretnie na świeżutkie listki kaczeńców.

Ale był pewien problem… brak książeczki zdrowia. Ponieważ Głazio, jak pieszczotliwie nazywały go kobiety, od dawna nie pracował, wszystko się mu przeterminowało. A głupio tak walic turystów z jakimś kiepskim grzybem na maczudze. Dlatego wezwano Dziadka Wywrota. Osobnika krzepkiego, chudego jak nicość, brodatego jak pozostawiony na długą chwilę placek ze śliwkami, i sprawnego jak nikt inny. To on wyleczył wrastające wstydliwie paznokcie Wiedźmie Wronie i kołtuna spędził Chochelowi… szczerze z miejsca, o którym nikt nie chce myśleć, poza nim… Ten przybył w swojej szacie barwy kłótliwej, spornej i ogólnie niedefiniowalnej i od razu przybił Głaziowi kilka erek, znak jakości i pięć uśmiechniętych buziek, a w końcu i wyposażył go w grzyby i inne cuda dopuszczone w EU. Bo może i jesteśmy Mniejszym Krańcem Świata, ale przecież i u nas są i obowiązki i prawa…

Myto pobieramy w słodyczach i monecie wymienialnej.

Zawsze płać za przejazd! Głazio planuje założyć rodzinę! Nie odmawiaj mu miłosnych grzmotnięć od połowicy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Lare i t’ae” – … i fantasy. Jakoś tak ostatnie lata umykają od owej tolkienowskiej, elfowo-krasnoludzko-ludzkiej, stworowo nasyconej roztworem… no nader nasyconym… chowają się, kryją, wybierają jakieś pokrętne, ludzko-magiczno-miastowe opowieści, zapominając o esensji. A mi się chciało właśnie owej gęstej, czarnej, namiętnej, pierwotnej mocy.

Dlatego sięgnęłam po drugi tom dylogii Eleonory Ratkiewicz.

Pierwszy może nie powalił na kolana, ale miał w sobie intrygujące momenty. Był jakiś, lekko przesycony, lekko nazbyt gęstawy, nieprzewidywalny i potem nagle przeiwdywalny… chciałam spróbować co będzie dalej. I nie jest źle. Powieść jest fantastyczna, bohaterowie znani, mocni, regularnie wyrysowani, silni… fabuł prosta, ale świat tak bardzo skomplikowany, ściera się taka moc charakterów, że czytelnik się gubi. I to gubi się, raczej nie odzyskując oddechu, mapy żadnej jej anioły nie zrzucają. Tutaj wydaje się, że każdy, nawet najmniej ważny element jest istotny, by potem nagle zaginąć i już się nie pojawić. Każda postać zostaje tak opisana, że spodziewać się powinniśmy kolejnego G. R. R. Martina, a przecież powieść niewielka… I dochodzę do wniosku, że talent jest, obserwacja i opis świata jest, ale redakcja by się przydała. Albo ktoś, kto pchnąłby ową historię w wielotomowe przestworza wydawnicze. I kto dorzuciłby jeszcze wątków, a nie opierał się wyłącznie na suszy…

… więc fantasy jest. Ale niezbyt wybitne. Niezbyt wciągające, monotonne, męczące, nadmiernie ludziami opisane, zbyt mało zdobione uczuciami i przewidywalne niestety. Dziwnie nadmiernie szlachetne, za mało łotrzykowe. Ugrzecznione takie, niewystarczająco cwaniackie. Czegoś tutaj brakuje, a jednocześnie wprost brodzę w niesamowitych osobowościach, których jest tak wiele, że każda zasługuje na osobną historię. Inaczej… mamy masę bohaterów, którzy nie zostali wykorzystani, masę opowieści, które chociaż ciekawe, nie mają związku z fabułą… taki bałagan.

Szkoda.

Lubię jak deszcz bębni o dach, a dach nie przecieka oczywista! Lubię to, bo przez wiele, wiele, wiele lat nie słyszałam owego odgłosu. Nawet deszcz zacinający o szyby był rzadkością. Jak człek zamyka się w blokowisku, nawet takim w pięknych okolicznościach przyrody, przy rzece, w starej miastowości, przy parku… to przestaje słyszeć ową niesamowitą muzykę. Otrzymywać owo rozgrzeszenie od natury za kolejne minuty spędzone w ciepłym łóżku, za kilka dłuższych chwil pod gorącym prysznicem, za w końcu przestanie… odrzucenie stanu wiekuistego zamartwiania się o wszystko, a i najczęściej wszystko to, na co nie mamy wpływu.

Tym jest dla mnie desz grający na dachówkach. Te krople spływające po szybie i pozostawiające po sobie słone, łzawe ślady. Jakby nie tylko odwaliły spowiedź, rozgrzeszenie zmyło z naszych dusz wszelką nadwagę, ale jeszcze na dodatek odprawiły pokutę. Odbębniły zdrowaśki, przeszły się na kolanach do tej, co się tak często chowa, a może i zbudowały jakąś kapliczkę?

W końcu przecież grzeszymy rozmaicie?

Mówią, że życie nie daje nam więcej, niż możemy unieść? Ale czy grzeszności też dowala nam tyle?

Deszcz ma w sobie tak wiele mocy. Nie tylko nawadnia, poi i oczyszcza, ale przede wszystkim zdaje się uwalniać nas od wszelkiego złego… chociaż może nie od wszelkiego, bo na Wyspie balans jest najważniejszy. Musi być i smaczne i ohydne, to gorzkie i to słodkie, musi być owo pieprzne i to całkiem grzeczne… bo inaczej się nie da. Dla jednych złamana noga to koniec świata, gdy inni widzą w tym tylko uniknięcie czegoś gorszego. Bo w końcu czy masz szczęście, czy nie, któż to może wiedzieć?

Czy owo kamienne osuwisko to tylko problem budowlańca, czy jednak odkryta jaskinia pełna smoka?

Dlatego świat nie może żyć bez błota i bez deszczu. Bez grzechu i krótkowzrocznej świątobliwości. Bez czerni i bieli razem ze sobą tańczącej. Bo inaczej serio byłoby niesamowicie nudno! Bez dachu i podłogi, bez deszczu śpiewającego, bez skraplania i mglistości…

Wyspa ma to do siebie, że lubi przekręcać pojęcia i właściwie wszystko tutaj jest… raczej nieoczywiste! I jest w tym jakiś dziki posmak normalności i bezpieczeństwa. Aczkolwiek pojmowalny tylko dla tych uzależnionych… od Niej.

Od Wyspy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Casting na Trolla… została wyłączona

Pan Tealight i Amorre Wiedźmijjo…

„Wiosenność ma to do siebie, że wszystkich budzi.

A może raczej tak się jej wydaje? Zapatrzona w siebie, młoda, o różano-porankowej cerze, bez pryszczy, z maleńkimi uszami, długimi, świetlistymi włosami, niedziwnie zauroczona samym swoim postępowaniem, owym krokiem pola roszącym, owymi paluszkami pączki trącającymi, płatkami tańczącymi w powietrzu ukatrupianie białego łabędzia, zauroczona swoim odbiciej w kałuży i podniesionych wodach strumienia, wąchająca się, liżąca, wzruszona kształtem swoich stóp odbitych w świeżym błocku…

No wiecie, ogólnie to chyba raczej czas dla optymistów. I dla tych co raczej na pewno nie kochają spać.

Wiedźma Wrona Pożarta kocha spać i tyle. I śnić. Bo bez śnicia, to jej nie ma i innych rzeczy też nie ma. Ale wiadomo, i ją dopada to cholerstwo… znaczy zwyczajnie nadmiar słońca usuwa ją z posłania. Kopie w zadek, spycha głowę z poduszek, drażni miśki, które wybudzone od razu są głodne i raczej rozsierdzone nagle przypominają sobie o całkiem nieważnych, ale dziwnie pilnych sprawach… więc Wrona Pożarta wstaje. A raczej zwleka się, najpierw na czworaka, potem wersja koci grzbiet, pote ręce w końcu decydują się odstąpić od podłogowego oparcia… I wlecze się smętnie siąkając nosem, na lekko uginających się, oskarpetkowanych nogach do łazienki. A jak wiecie, ma ona problemy z widzeniem. Znaczy przyszłość i przeszłość widzi świetnie. W każdym, cholernie swędzącym szczególe, ale co do teraźniejszośći, no tutaj wykazuje niespójności i braki. A jak to bywa u wiedźm, czego nie widzi nie słyszy, to se kurna sama wymyśli…

… ale ta wiedźma jest tego świadoma, dlatego gdy widzi cień, ciemnawą plamkę poruszającą się po mlecznych kafelkach, znaczy takich bardziej tłusta śmietana… to nadal siedzi na kiblu. Nie przeszkadza sobie. Znaczy do chwili, gdy ta plamka zaczyna się nadmiernie szybko poruszać i to jeszcze w jej kierunku, i wraz z owym przybliżaniem się można rozpoznać nadmiar nóg, owłosienie… wtedy Wiedźma Wrona Pożarta wyciąga swój świetlny miecz, który powoli przełącza na Kosmiczną Łapkę Ostatniego Dotknięcia, tę co się nigdy nie myli i zawsze trafia – a może odwrotnie? Bynajmniej zwykle rozlega się huk spadających pośladków, kilka wrzasków, ryk, jęk i takie tam podobne… Tak, oto jest wiosenność we wnętrznościach urokliwej, jedynej takiej Chatki Wiedźmy.

Ale to nawet i lepiej, bo widzicie… Ten gigantyczny pająk, co sobie trwałą na tę okazję zrobił i jeszcze na dodatek podmalował siwe kłaczki i założył obcasy… był posłańcem wiadomości może nie do końca dobrej. I raczej kolejnego nie wyślą. To on miał przy sobie te składane skrzydełka Amorka, ów Łuk Miłosny, pył wielce kochliwości, no i powiadomienie o wybiorze na Tegowiosennego Amorre… Ale i tak pewno by się wściekła, bo przecież wyobraźcie ją sobie w kawałku prześcieradła, ze skrzydełkami i łukiem, z TAKIM WZROKIEM!!! Poślubi krowę polnemu konikowi i to jeszcze dołączy im gratulacje od Matki Chrzestnej!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Rzeki Londynu” – … i magia. Bo magia istnieje! I to nie w sposób wyłącznej wiary nią atakowanego, także nie tylko wtedy gdy ona w nas wierzy… po prostu jest częścią tego świata. Inaczej byłoby nudno. Albo co gorsza… zwyczajnie i pozornie mgliście mdło. Tak bez cudów, bez niespodzianek, które sprawiają, że codzienności nagle znowu zbroi się w możliwości…

Oto Londyn. Opisywany, nie tylko uliczki, ludzie i smog nad dachami, ale pełen historycznych smaczków. Oto opowieść o jego duchach i bóstwach, o siłach nim władających i pewnym porozumieniu. Porozumieniu, dzięki któremu nasz młody bohater staje się jego częścią i trzeba przyznać, z ową swoją sarkastyczną, specyficzną naturą, nieźle się w niego wtapia. Oto policja, która jak to zwykle bywa łoi złych i ratuje tych, którzy źli nie byli w tym czasie, ale i tych kilku wtajemniczonych, którzy wiedzą, że sprawcą nie był szaleniec… ale magia.

Wydawałoby się, że to kolejna opowieść z owego nurtu miejskiego fantasy, pełna starych mitów i nowych, które wtopiły się w elektryczność i wszelkie urządzenia stworzone przez cżłowieka. Niczym maleńkie stworzenia, atakują każdy wynalazek, by się tam zagnieździć i stać się jednością. Bo tym jest magia, elementem, składowej życia. Ale jednak jest coś, co „Rzeki Londynu” odróżnia od innych powieści tego typu… i nie jest to tylko bohater, ale cudowna dbałość o szczegóły i miejskie mity oraz fakty historyczne. To bardziej wycieczka z fantastycznymi elementami, niż tylko historia… niż tylko opowieść o duchu ze znanej opowieści, który domaga się sprawiedliwości, ani o walczących ze sobą bóstwach Tamizy, to nie tylko historia skomplikowanych dopływów, ale przede wszystkim niesamowita opowieść o opowieściach i cudach, o bohaterach i magii, która tak naprawdę ukształtowała to miejsce.

Wciągająca…

Nie posiadam się ze zdziwienia, gdy ktoś mówi, że magii nie ma. Rozumiem, że można w nią nie wierzyć, ale ma ona tyle definicji i wariacji w sobie, że chyba bez sensu wykluczać jej istnienie. Ale nie zmuszam. Bynajmniej jeżeli przejeżdżacie postem ponad Bobbe A, bądźcie ostrożni! Znaczy nic wam nie grozi, serio serio serio, przecież w nic nie wierzycie, a Trollas jest już wiekowy i ma limit na spożycie turyścizny w tygodniu… oj lepiej nie wierzyć, serio wam mówię, w nic!

Nawet z to, że gdy gania się Pannę Havgus, to ona nie ucieka. Wprost przeciwnie, jakby nie oglądała filmów, pcha się w ramiona oprawcy, otula go swoją mglistością, zabiera z ową szarpiącą chłodem nagłością całe słońce, błękit nieba i wszelkie odcienie zielonek i granatów z morza… I pozostawia tylko siebie. Wysysa z ciebie każdą kropelkę ciepła, każdą myśl i każde marzenie. Po prostu się karmi i nagle to nie ty jesteś oprawcą… ale czy ona nim jest? A może to tylko natura? No przecież ostatnio wszyscy winni być tacy wybaczający, wiatropylni i ogólnie mówiąc spolegliwie tolerancyjni, więc nic z tego… musicie pozwolić się jej karmić. Tolerancja ludzie!!! I mgliści i potwory i zombie i ci nadmiernie jedzący kapustę z grochem i cebulę z czosnkiem i ci wielbiciele własnego aromatu…

Ech!!!

Cóż. Jak już jest to całe równouprawnienie, to ja mogę się wybrać na lody. W końcu od czasu do czasu coś jest otwarte i cały nasz maleńki świat zdaje się być lekko mocniej doludniony. Nie żebym poszukiwała materiałów na weki, chociaż oczywista, że już się rozglądam, dobra gospodyni powinna, czyż nie… po krótkiej chwili krzytuszenia się ze śmiechu i pięciu Hejmlichach… Jakoś lubię ów czas, gdy cała Wyspa, w dziwny i pokręcony sposób należy tylko do mnie. Asz taka ze mnie egoistyczna osobowość. Ale w końcu czyż zdrowy egoizm nie jest okej?

Ważne, że lody na wyciągnięcie ręki… I mogę w końcu wykorzystać ową jedyną dobrotliwość wynikającą z bycia w pewnym sensie dorosłym… Kupuję największego i rozgladam się za dziećmi. Ach! Wiem, że to ze wszech miar świństwo i w ogóle, ale przecież te smarkacze wychowywane bezstresowo i tak dostaną swoje poduszkowce, a ja… a ja tylko mojego loda…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Amorre Wiedźmijjo… została wyłączona

Pan Tealight i Przedwczesny Wytrysk Turyścizny…

„Do końca to trudno powiedzieć co w życiu jest niespodzianką, a co ino czymś co wynikło z czegoś, co zostało dziwnie, flejtuchowato i głupkowato niezauważone, więc właściwie nie ma prawa mieć w sobie znamion niespodziewankości, ale raczej konieczność… ino że wiecie, jak ślepy chce zobaczyć, to widzący głowę w piasek! Skomplikowane to… Mniejsza, więc nie do końca można mówić o przedwczesności, ale z drugiej strony, gdy wciąż jeszcze w tyłek podwiewa, gdy kurtki odkładać daleko nie można, a rękawiczki należy trzymać gdzie się da, to raczej turystyczny ruch nie wydaje się być tożsamy z wysoko notowaną przez wielu codziennością…

Bynajmniej Wyspę okupują jajka. Toczą cię po skałach, jakby kurcze każda płaszczyzna nie tylko do nich należała, ale też im się należała, no i w ogóle była ich! Spojawiają się wszędzie tam, gdzie ich się człek nie spodziwa i straszą. Najpierw te samobójcze zrzucają się z gałęzi i dachów… tak, coby przechodzący oczywiście myślał, że to jego wina. Rozbijają się telepiąc wnętrznościami na prawo i lewo. Tutaj rozleją białko, tam upłynnią żółtko z malowniczym zawijasem. Rozbiegany wzrok tego, którego wykorzystały szuka zarodka. Owego kwilenia tej maleńkiej niewinnej duszy, której nie pozwoliło się narodzić, wykluć znaczy, dojrzeć. I pewno znajduje. Jeśli napadł cię akurat ten najbardziej sprawny, to wszystko zostało przygotowane. Na pewno jest tam jakaś laleczka, pacynka, jakaś no problematyczna część jajeczka…

Inne jajka, malowane, zmienne, dziwnie otrzaskane w owej kamienneh codzienności Wyspy… szykują się na Turyściznę, która oczywista rzecz na ten okres spojawiła się przedwcześnie. Bez ciepłej pogody, bez morza i wszelakiej rozbieralności. Ale owe podmioty Turyścizny w większości mają tutaj swoje domki, swoje kąty, swoje zazimowione, opuszczone ściany. Stęsknione domy, które nauczyły się już jednak, że czasem ludzi tam nie ma, ale jednak nie pogodziły się ze swoją sezonową samotnością. Bo z tym nie można się pogodzić… ani z tym, że tak naprawdę ludzie przybyli, powrócili, by ganiać jaja po skałach, a nie całować ich utęsknione drzwi, osamotnione framugi i zapłakane tapety! Żaden z domów nie rozumie owej jajecznej pogoni. Owego samobójczego zewu, który ogarnia te dziwne przedmioty. Ani ptaków, które zdają się nie zwracać na to wszystko uwagi.

Przedwczesny Wytrysk Turyścizny musi się jakoś wiązać z tym nalotem jajek, ale jak? Co robią oni, że trafia się ta pielgrzymka nabiałowa tylko na Wyspie? No musi być przecież owo COŚ… ale dziwnie niepożądanym zdaje się myślenie nadmierne o tym. Czcijmy w tym wymiarze swobodną niewiedzę. A jednak… Wiedźma Wrona Pożarta spoglądając na ów deszcz jaj, z ukrytego schronienia, o którym wiedzieli wszyscy, ale udawali, że jest inaczej, na owo samobójcze wezwanie, na te skorupki, na miękko i twardo, po benedyktyńsku, kluseczki jajeczne, na owe krojone w sałatce i oczywista sadzone i jajeczniczkę, no jakoś tak źle się czuła. Na te skąpane w farbkach, ale i te wysadzane w burakach, cebuli i zbożach… kurkumie, kawie i czerwonej kapuście. Bo przecież dla każdego coś miłego. Ale i na te białe i bardziej cieliste, w piegi. Jakoś tak nie były jej… w smak.

Tylko dlaczego?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Życie to cyrk, czyli prosiaczek Fryderyk i miś Freginald” – … opowieść inna. Opowieść bez Prosiaczka właściwie, chociaż w pewnym sensie wciąż z nim. Ale inna. Znaczy się nie dzieje się w okolicach czytelnikom znajomym, ale w owych całkiem odmiennych i za bohatera głównego ma… misia. Misia o imieniu LUIZA!!! Tak, właśnie tak!!! LUIZA.

Jeżeli już czujecie się lekko skonfundowani, to nie ma sprawy. Ponownie kolejna, cudownie wydana, ilustrowana, świetnie przetłumaczona, dopracowana książka Waltera R. Brooksa to zabawa dla małych i dużych. To dla jednych powrót do dzieciństwa, słodkiej naiwności i ufności, a dla drugich radość z przygód i nauka, jak zmagać się z przeciwnościami, jak walczyć o marzenia…

W tych małych książeczkach za każdym razem udaje mi się odnaleźć owe proste mądrości, ową cudowną dziecinność, ale nie głupotę, nie opowieści, które w nikłym poważaniu mają czytelnika. Wprost przeciwnie. Brooks nie tylko wymaga od czytelnika pewnej inteligencji, ale też cudownie wpływa na jej rozwój! Wystarczy ziarenko, a on już użyźni ziemię, podleje, no sami wiecie!!! Jakoś w owych „starodawnych” w wymiarze chronologicznym opowieściach, jakoś łatwo i przebiegle może, zamknęły się prawdy, które nie poddają się upływowi czasu. Owa urocza staroświecka normalność, której polityka wtedy nie tykała.

Owe uniwersalne iskry zdolne pomóc każdemu.

No i tak… Påske.

Powoli na Wyspie spojawiają się turyści. Ci wiecie, tacy odważniejsi, co się nie boją zmarznąć, podmoknąć, co mają tutaj swoje sommerhusy… co zwyczajnie nie dbają o ciepłe morza i oczywiście o te zoperowane kobiety, co były mężczyznami, ale mikrego wzrostu. I co serio chcą by się nimi zainteresować. Oj nie, z Wyspy raczej nie przywieziesz sobie skośnookiej pomocy domowej. No chyba, że któraś z chęcią umknie dawnemu panu, a u nas rozwody to sprawa zalogowania się na odpowiedni adres WWW i już po ptakach. Znaczy po ptaku…

Bynajmniej turyści. Lekko przemarznięci, lekko dziwnie roztrzepani, jakoś tak po prostu nietutejsi. Niby woleliby się umieścić w kąpielówkach, ale przecież im obmarzną wszystkie członki. A może i coś więcej? Człowiek potem znajduje te wszystkie zagubione Ciuszki Mocy i nawet nie podejrzewa, że tam przecież coś może jeszcze być. Coś całkiem do turysty nieprzytroczonego. Coś, co wybrało własne życie w inności, dzikości Wyspy, co zapragnęło się uwolnić!

Hmmm… nie wiem, czy chcę o tym myśleć.

Bo wiecie, teraz szczególnie, na Wyspie spojawiają się ci, którzy choć oszołomieni, to nie mogą być tutaj forever and ever, więc… może części ich cielesności decydują się na odłączenie od macierzy? Tak, by w ten dziwny sposób po prostu jakoś połączyć się na zawsze z tym miejscem? Aczkolwiek nie jest to coś, o czym człowiek chce myśleć, gdy zmrok go osacza. Bo przecież do jasnych nocy jeszcze czasu kawał… A po nich znowu zima nadejdzie.

Okres jajeczny w tym roku niestety ma już przekwitnięte bazie. Za to drzewka owocowe się starają, ale też jakoś tak powoli, jakby wciąż na coś czekały, jakby się bały, jakby nie były pewne, czy to odpowiedni timing? No nic, Gudhjem szykuje się do jajecznych maratonów, do gubienia jajek i znajdowania jajek, do wygrywania ich i oczywista do przegrywania. I do jedzenia! Bo przecież w końcu po przerwie otworzą się sklepy, znowu więcej stóp będzie przemierzalo drogi, ścieżki i chodniki. Znowu pojawi się urozmaicenie w napisach na rejestacjach… No tak, sezon nadchodzi. Nie wiem, czy jestem na niego gotowa? Może nie jestem? Może… a co tam, będę sobie gotowa!

Kto mi zabroni!!! Tylko dlaczego do dzioba mają najechać nas motorowcy? No dlaczego!!!??? Ja nie chcęęęę!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przedwczesny Wytrysk Turyścizny… została wyłączona

Pan Tealight i Czas Pierwszych Przetworów…

„Na Wyspę opadła Wiosna.

Opadła lekko, malowniczo, ale i dostojnie, no i trochę niepewnie, jakby niewinnie, ale wdzięcznie. W tym roku Wiosna żeńska, dziwnie dziewicza, wstydliwa, rumieniąca się już na sam fakt pewnej możliwości… od początku zaczęła opóźniać, dziwnie spowolniać, przykrywać wszelakich kopulujących mgłami… I tych w gniazdach i tych pod nimi, tych we wciąż chłodnych bajorkach, na gałązkach – tych nader nadzwyczaj sprawnych fizycznie, fantazyjnych, nie bojących się spaść – na kępkach trawy i na kamieniach… no wiecie, gdzie się dało!!!

W Rzeczce o Fikuśnym Bobkowym Imieniu wezbrały czyste, przejrzyste, dziwnie lustrzane i chciwe odbić wody. Omszone kamienie błyszczą się rzadkimi kropelkami porzuconymi przez Zwolnione Płaczki. Siedziały teraz wszystkie, wychudzone, z rozpuszczonymi włosami i ubrudzonymi twarzami, odziane w kiry i przybrudzone szarości na powalonych jesienią drzewach i słuchały… Upojone nie łkały, zauroczone słuchały rozkochanych, rozochoconych ptaków w gałęziach, szepczących, trelących, śpiewających swoje napiękniejsze, uroczo zwodniczo, uwodzicielskie arie.

Na mszawo-czosnkowym brzegu, lekko odchylone od fal i rozbryzgów, pyszniły się swoją niewinnością pokrętną… przylaszczki. Wojsko do wynajęcia, któremu raczej nawet ci dobrze płacący nie powinni nigdy ufać. Bo Przylaszczkowa Armia w tym roku, jak zdarzało się to raz na wiek, nosiła w sobie zaskakującą niespodziankę. Przynoszącą jednym koszmary, innym znowu myśli, które zawstydzają nawet po wiekach… nigdy nie pozwalając o sobie naprawdę zapomnieć…

Owe piękne dzwonki, mleczno białe, szaro białe, lekko różowawe, dotknięte jagodowymi promieniami, ale i te prawie żółte i zaskakująco purpurowe… sklejone rosą wyciśniętą Spod Welonu Wieków… nosiły w sobie zarodki Wszetecznych Wróżek. Najbardziej poszukiwanej mocy na świecie. Najrzadszej, najbardziej niebezpiecznej, ale i owej, bez której nic nie mogło się kręcić… bez której tak naprawdę wszystko mógłby trafić Szlag, gdyby kolega wywodzący się z Pierwszych i Wiecznych, w końcu nauczył się celować i wstał z tej wytartej kanapy pełnej pudełek po pizzy i daniach na wynos, podejrzanie śmierdzących, no i gdyby doprawdy mu się chciało, a tak serio mu się nie chce, bo ogląda kolejny odcinek „Vampire’s Diaries”. Czy coś tam innego, może jakieś Kardaszyjany, albo „Breaking Bad”? Nie wiem, dawno go nie widziałam. Chociaż przysłał kartkę Wiedźmie Wronie na urodziny, zawsze o niej pamięta, co trochę ją przeraża.

… wróżek, które właśnie Chochel – chochlik pisarski Wiedźmy Wrony i Ojeblik – mała, ucięta główka nie należąca tak naprawdę do nikogo, zbierali skwapliwie i pieczołowicie do słoiczków ze złotymi wieczkami. Do pojemniczków, które zdolne były zniszczyć każde marzenie czegokolwiek smacznego, by potem na żywca zalać suki wrzącą, słodką polewą, poddusić aż one przestaną się motać, dodać wanilii, trochę lawendy i kory z czereśni… i wekują na wieczność.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Prosiaczek Fryderyk. Wielka wojna o imbryk” – … bo bycia dzieckiem nie można tak po prostu zakończyć, odrzucić, wyplenić z siebie. Ale można owo bycie zagubić w zwyczjaności. To do człowieka zależy, czy zachowa w sobie ową słodką naiwność, czy pozwoli sobie na więcej, na życie nie pozbawione uśmiechu, szaleństwa skakania po kałużach, pląsów w deszczu, czy uśmiechu na widok wiewiórki i fikołków, zwierząt, które mówią, lodów, i baśni właściwie miejących wciąż miejsce, może i nawet tuż za progiem?

Chyba dlatego tak doceniam owe przepięknie wydane powieści Waltera R. Brooksa. Ilustrowane, w twardej oprawie z okładką, dziwnie prosto, z uroczą lekkością słów, podstępną mądrością opowieści zakradającą się do duszy i doprawdy przeniesamowitymi postaciami… zarazem zwierzęcego, jak i pokrętnie ludzkiego świata, one po prostu ujmują. Dałam się im porwać.

Dzięki nim z łatwością, dziwnie miękko, z poślizgiem powracam do świata, w którym bajki miały na celu uczyć. Nie zajmować się poprawnością polityczną, czy dziwnie obecnie pojmowaną łagodnością obyczajów i pokrętną akceptacją wcale nie nowoczesnej odmienności. Po prostu oto opowieść o ludziach, o ich przywarach i zaletach, o nagradzaniu dobra, ale i o źle, które nie zawsze musi być stłamszone, ale czasem zwyczajnie można mu wybaczyć, a nawet je odmienić!!!

Polecam wszystkie opowieści! A w tej szczególnie zakończenie!!! Ową ponadprzeciętną inteligencję fabuły, ludzi pełnych niesamowitych wad i zwierzęta, które są w stanie nauczyć człowieka… jak nim naprawdę być!!!

Wiosna.

Znaczy do końca to wiecie co… no nie wiem!!! Dziś przez kilka godzin było tak parno i duszno, że można było wyciągnąć stare kości, wciąż jeszcze z mięskiem na nich i urządzić niesamowite barbacue. A potem wszystko się odwróciło ogonem i psem, i w ogóle na opak, że można mu było tkanki w środku porachować i zaczęło wiać jakby gromada potępionych dusz zatańczyła w powietrzu zaraz po nadzwyczajnie kapuściano-brukselkowo-cebulowej uczcie. I aura dziwnie zgęstniała. Chociaż zdaje się, że powinna była się jak ma w zwyczaju, przewietrzyć, co nie?

A nic z tego…

Jakby ktoś przysiadł na tym czymś co robi świeże powietrze i ryczał i wiecie, no nikt nie wie jak tutaj powiedzieć przygnębionemu, że zaraz nas udusi, bo przecież on wciąż te słoności roni i roni i roni…

Oddechu!!!

No nic, po deszczu znowu słońce i w końcu można oddychać! Tylko, czy to serio jest wiosna, czy jednak coś, czego jeszcze nie było? A może w rzeczywistości to całe ziemskie dojrzewanie, które wciąż ma miejsce, szykuje dla nas jeszcze więcej niespodzianek. Może lata nie będzie?

Ech, albo znowu wydusi z nas wszystkie ciecze?

Najważniejsze, że w końcu liście wyłażą, a wszelaka kwiatowość leśna podnosi się dzielnie i prze ku wróżkowości. Bo w owej świeżutkiej zieleni młodziutkich, bobasowych listków, w owej miejscami pozostałości jesieni, wszystko wygląda właśnie tak full fairy. Że oglądając się nie tyle mamy wrażenie, że wróżki właśnie obsrały nam włosy, ale po prostu chcemy psiknąć wróżkozolem. Bo przecież ich tam nie może NIE BYĆ, co nie? Na pewno są, w takich okolicznościach natury… i własnej, przebieglie rudej zwykle lub blond, wrodzonej przebiegłej napastliwości.

Wredne są!!! Penwo z powodu tych cienkich talii i ogólnie wszelkiego wychudzenia i wycieńczenia…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czas Pierwszych Przetworów… została wyłączona

Pan Tealight i Dziura Ciemnych Wielce Mocy…

„Jeżeli jesteś na tyle odważny, na tyle masz mocne nogi, serce, duszę, ale też obuwie, no i oczywista, że pęcherz i stawy wszelakie, gacie, skarpetki… cóż, zwyczajnie jeśli ci się chce, jakoś ci tam idzie i leci, to możesz dojść spokojnie brzegiem Wyspy, kamienistym, piaszczystym, wilgotnym, tak przy użyciu raków, linek, zaklęć magicznie stosowanych, przekleństw i zestawu pierwszej pomocy… możesz samoręcznie dojść do Dziury Ciemnych Wielce Mocy.

Jest to zabytek, ale i wciąż obiekt użyteczności publicznej, o którym nikt nie zapomniał, ale też niewielu przyznaje się, że o nim pamiętają. Zabytek i miejsce przerażające, który Pani Wyspa przyjęła, pokochała, zaakceptowała i umieściła we Wrzosowej Dolinie swej własnej Czołowej Północnej Zmarszczki. Miejsce dziwnie skomplikowane. Z pionowymi ścianami dookoła wilgotnej, dziwnie na pierwszy rzut oka płytkiej dziury, z malowniczymi ogródkami skalnymi obsadzonymi brzózkami, na tyle sprawnymi genetycznie, a i odważnymi, a może zwyczajnie specjalnie specyficznymi, wolącymi ową wszelką mroczną niegrzeczność i ofiary z czegosięda… no bynajmniej rosną na skałach, z jagodami wokół korzeni i im to jakoś tak pasuje.

I są tam jeszcze dziwnie, zapomniane wrzosowe polanki powyżej i poniżej, i kamienie, które tylko czekają aż im ktoś da pretekst, nogę podłoży, by potoczyć się w dół ku strumykowi, ku czystej krawędz stawu… Co jest tam też, w dolinie, za kamiennymi ścianami. Ku owej wszelkiej namokniętości, co toczy się drżąco z drugiej strony owej studni, gdzie każdy może zostawić swoje zbędne moce… zbędne i ciemne… Ku dróżce elfickiej, przylaszczkom i innym… maleńkim, cudnym, słodkim i owym wszelakim i magicznym.

Wszystkim najmilusiniejszym.

I właśnie tam udała się dzisiaj Wiedźma Wrona Pożarta. I wzięła ze sobą cukierki dla wszelkich pomijanych w atlasach i encyklopediach bytów, oraz dziwne coś, niby lustereczko… srebrzystą podwójność zdobioną kwiatuszkami. I gdy tylko doszła do Dziury Ciemnych Wielce Mocy… wyciągnęła dłoń i z dziwną ulgą widoczną w desperackim ruchu, rzuciła ową srebrzysto-kwiecistą okrągłość. Ową błyszczącą złość i wkurwiczność, ot totalne nieporozumienie, pudrową nieświadomość, odbijalność sprzeczności. To, co najpierw zawisło w powietrzu, wbrew wszystkiemu, co wpajano Wiedźmie Wronie na lekcjach, nie wpadło w toń, ale jakby najpierw było obracane, sprawdzane ponad powierzchnią i dopiero po pewnym czasie, gdy już i toń przypatrzyła się temu do jej darowano, ale i tej dziwnej, niskiej kobiecie z pluszowym polarnym misiem i wielką, włochatą niebieską torbą… z zadowoleniem w głośności i smacznym mlaśnięciem, pożarła srebrzystość jej ofiarowaną.

I odbeknęła głośno. Bo tak naprawdę owe białe i czarne moce, owe magiczności dobre i złe, to seryjnie bullszit jest… Ale sama moc zawsze ma w sobie fantazyjny smak. Jednym zło kojarzy się z lustereczkiem, innym znowu z kamiennym bożkiem krwią spłukanym, jednym z koteczkiem puchatym, innym kołkiem bieżącym ku piersi wznoszonej łkaniem niewiasty grzesznej wielce i wampirycznie ssącej…

No wiecie. Co i kto i jak to lubi!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Cześć Księżniczko!” – … i nie rozumiem. No nie pojmuję tego świata, gdzie wszystko w stanie są opisać marki i owo dziwne pragnienie posiadania i wyglądania, a nie wiedzenia, czy też bycia… I sorry, ale nie, nie przekonują mnie historie o kurna przemianach pokoleń, bo głupota, to raczej nie przemiana, to cholerna, turbulentna degradacja.

… więc jest to opowieść o produktplejsmencie! O dżinsach, telefonach i appach. O różnych sprawach, które serio nie powinny być wyznacznikiem życia nastoletniego. I o seksie, dupach, tyciu… Rany Julek! Czy serio nikt już nie miesza wiedzy w dojrzewanie? Oj bez przesady, pewno że pamiętam jak to było być nastolatkiem… no mniejsza, miało być o książce. Mamy więc młodych ludzi, co nie mieszczą się w dżinsy, tych zakochanych, tych szukających miłości, tych co chcą odbić jedno drugiego… a wszysto w owej hiszpańskostronniczej melodramatyczności. I mamy też ciągle pipczące telefony i wiadomości, i kurde, kiedy oni mają czas na bzykanie?

Si, oto jest powieść. Co ma serduszka ze skrzydełkami. Dla wielce tam typowych nastolatek. Takich wiecie, przykładowych, definicyjnych i w ogóle. Ja umywam ręce, szaty rwę i tak dalej…

Wlokę się po Wyspie czasem. Jakoś tak wciskam swój nos, a i podążający za nim większej mocy zadek, wszędzie. Znaczy gdzie się da, gdzie się zmieści i w ogóle. Bo wszystko tutaj warto zobaczyć. Wszystko dotknąć, poznać, znaleźć to, co nikogo nie interesuje, bo przecież nie pipka esemesami o swej obecności. I udało mi się poznać specyficzne, magiczne, elfie miejsce. Co dziwne, umiejscowione dookoła zaskakująco przerażającej czarnej toni. Otoczonej pionowymi granitowymi skałami w różnych kolorach i schodkowo opadającym po prawej stronie uroczym, ale dziwnie groźnie zerkającym na nietopiącego się przechodnia… ogrodzie z brzózek.

Przyznaję, że nie wiem kto miał pomysł na ułożenie takowej ikebany, ale wszystko to otoczone wrzosami, mikrymi krzewinkami i omszonymi kamieniami w niewielkim lesie… jest doskonałością. Miejscem, w którym Stary Havgus ma używanie!!! I gdzie słyszałam dziś krzyk Szalonego Lisa…

Przewalające się kłęby dziwnie mrożącej mgły, zdają się niwelować nikłe słoneczka promienie. Dookoła płoży się wszystko to, co płożyć się może. Kamienista dolina jednak mimo skąpej ziemistości wydaje na świat mnogość wrzosową. Niczym na owych wichrowych wzgórzach, ino tutaj jakoś mniej wieje, otaczające prawie pionowe ściany zdają się chronić, ale i zazdrośnie napierać na każdego, kto odważy się na zwiedzanie owej dziwnej okolicy. Gdzieś w oddali śnią ruiny Hammershus. W remoncie… cały czas czekam na moje M1 tam. Z łazienką…

Idę. Dziwnie najpierw żwirową, łagodną ścieżką, a potem robiąc za kozicę… taką lekko wściekłą, zdolną najpierw zanurkować pomiędzy korzenie w poszukiwaniu przylaszczki, a potem wybić się, bo w górze coś świergoli. Moje ADHD ma wysoki poziom własnej świadomości, nie ma co. W oddali miga jakieś jeziorko, po lewej szemrzy strumyk… i niby wiem, że woda jest cierpliwa, ale wciąż mnie to zaskakuje.

Odkrywam nowe… całkiem nieznajome. Baśniowe, elfie, cudownie sarkastycznie niesamowite. Moje niemoje.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziura Ciemnych Wielce Mocy… została wyłączona

Pan Tealight i Mały Krzemień Wielkiego Wzniecenia…

„Pan Tealight ostrożnie zamknął drzwi Białego Domostwa i nie uginając się pod ciężkimi podmuchami, powoli udał się w stronę Gudhjem. Ojeblik – mała, ucięta główka – obrażona za brak kakaowej posypki, z której Smok z Komina zrobił sobie Prącą Nalewkę oświadczyła, że nigdzie dziś nie idzie i opluła mu ukochaną pelerynę, dlatego musiał wziąć tą wyjściową. Dziwnie sztywną i mało ruchawą, taką nieprzytulną dziwnie, krochmaloną, wymagającą wyprostowanej postawy i poważnej miny. Chochel – chochlik pisarski Wiedźmy Wrony najpierw obiecał mu, że będzie dobrym, chociaż wstydliwym towarzyszem, ale potem gdzieś sie zapodział. Co gorsza gacie Chowańca Masława zostawił na parapecie przy kuchennym oknie, więc wszystkim zrobiło się dziwnie. No cóż, chcąc nie chcąc, Pan Tealight musiał pójść sam… i pamiętać, by zrobić zakupy, czego szalenie nie znosił.

Właściwie to mu się nie chciało wychodzić. Coś mu siedziało na wątrobie, znaczy jeżeli ją w ogóle miał to tam coś go mgliło, męczyło strasznie i trąciło zgagą, no i w powietrzu jakaś dziwna ciężkość zasłoniła ciepło słoneczne, więc serio wiało mu po długich nogach. I ta dziwna samotność, jakiej nagle doświadczał, była serio nietypowa. Rzadko mu sie zdarzało, jak nigdy… by od czasu gdy Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki spojawiła się na Wyspie, gdy Pani Wyspy w końcu wybrała sobie kolejną ofiarę… znaczy tam no Widzącą, Mającą i ogólnie Jedyną, ale jednak wiecie sami, że nie miała nazbyt z czego wybierać, więc trudno ocenić sam wybór… Ogólnie od dnia stworzenia przez te ostatnie pięć lat był strasznie zaganiany. Zawsze coś miał na głowie i to nie tylko czapkę, chustkę, albo perukę… tudzież wiązankę papieru toaletowego, bo opacznie przysnął na rysunku jednej z Wiedźm, co jej się wcale nie spodobało. Jakoś nie miał czasu wyłącznie dla siebie, bo nawet jeżeli już zajmował się swoim hobby, jednym z wielu, znaczy czymkolwiek, to jednak robił to pod czujną obserwacją i zawsze w związku z czymś co miało się wydarzyć, albo wydarzyło. Tak po prostu było.

Minął wielki Biały Wiatrak, Kotwicę, która podobno coś wciąż trzymała, kotwiczyła i nie puszczała, ale nikt nie widział co, knajpkę Nie Pod Piratem i kino, w którym wciąż biło Serce do Wynajęcia. Dziwnie niepewnym krokiem szybko zbliżał się do portu, chociaż zdążył na chwilę zatrzymać się koło wciąż zamkniętej Piekarni… nostalgicznie. Koło Plackarni przystanął na dwa z szynką… Potem spędził chwilę pod wystawami kilku sklepów i galeri, i zahaczył o Bibliotekę Dostępną, by przy okazji wypożyczyć coś dla Piszczałki. Nowego, który wciąż nie wiedział co ze sobą zrobić, a żywił się dotykiem… dłoni, które czytały. W Porcie Głębokim porozmawiał z Niewidzialną Syreną i Zadziornym Utopcem, parą rodem z Głębia Piekła, która wciąż miała problemy z pozyciem. Ale tak już jest jak jedno z zakochanych niewidoczne, a drugie nie wie w co wsadzić ręce. Poszemrał z kamieniczkami, zasolonymi i samotnymi, a wciąż jednak barwnymi, z przykurzonymi szybkami, bo wciąż dziwni wiercą w drogach rowki szukając Wszystkiego Nienazwanego, stęsknionymi już za sezonowym ruchem i żarem kamieni… Wciągnął w siebie całą słodycz wtopioną w falochron przy Czekoladowej Rozkoszy i wrócił, by pogłaskać remontowaną Karmelkownię. Tak dla porządku i z nostalgii. A potem zajrzał do Północnego Portu po drodze głaskając Śniące Kroczące Po Wodzie. Które nie mogły się doczekać, gdy znowy wypłyną… Wiedźma Wrona go o to prosiła.

Ale jednak tak idąc, przez cały czas czegoś szukał. Szukał jego. Niewielkiego, czarnego, twardego, w kształcie jajeczka, które z jednej strony ktoś mocniej wypolerował, a nawet ukryształowił. Małego Krzemienia Wielkiego Wzniecenia… który strasznie, ale to przestrasznie nabroił! Nie dość, że sfajczył, nie dość, że rozpuścił, to jeszcze serio sobie dogodził!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Aż po horyzont” – … w drogę. Bo tak trzeba. Bo przecież świat może się skończyć w każdej chwili i to niekoniecznie apokalipsą, której każdy będzie świadomy. Tak naprawdę, każde życie ma całą masę swoich apokalips. Małych zakończeń świata, który dotychczas znaliśmy, nagłych przebudzeń. I chyba właśnie o jednej, a może wielu, z każdym spotkaniem innego świata rodzących nową wrażliwość w naszych młodych bohaterach… jest ta opowieść.

Dwójka młodych ludzi, podróż przez Amerykę… naiwność i jej brak, słodkie postrzeganie codzienności innych, fascynujące elementy jakże odmiennej geografii przyrody i ludzkich postrzegań. Po prostu opowieść drogi. Przyjemna, fascynująca, taka, po której sami nagle będziecie mieli ochotę na własną. Na ową oczyszczającą, specyficzną, miejscami nawet może mistyczną przygodę. By po prostu wsiąść w samochód i zwyczajnie oderwać się od wszystkiego.

Codziennie być gotowym na nowe.

Do tego masa odręcznych zapisków, mapy, zdjęcia… i świadomość, że autorka naprawdę obyła taką wycieczkę. No i oczywiście oni. Roger i Amy, Amy i Roger… tak naprawdę przecież wcale nie znający się, powoli odkopujący swoje osobowości i życia. Kolejne rozmowy, kolejne ścieżki dźwiękowe, kolejne fazy dorastania. Świat jak się okazuje potrafi sam wywołać w nas tak wiele emocji…

Wietrzność wszelaka znowu nad Wyspą. Fale rosną, jakby ktoś serio dosypał im czegoś do śniadania, albo wkurzył wystarczająco mamusię i po prostu wolą uciec z domu na jakiś czas, więc pchają się ku brzegom i pchają, i pchają… i znikają powoli lub szybciej. To, co po nich zostaje, to tylko poszarpana pajęczyna porozrywanych grzywaczy. Ale tak to jest, gdy naprawdę chcesz ucieć od wkurzonej mamusi. Takiej, co przypaliła obiad i teraz serio nie da się odejść od stołu nie zjadając go, bo przecież się rozryczy, a to serio jeszcze gorsze, niż latające talerze…

Fale mają to do siebie, że się odnawiają. Znikają tylko po to, by się pojawić znowu i tak się zastanawiam, czy ta ich mamusia o tym wie… Czy po prostu wieczorem spierze swoje fale za to, że tak nabroiły, zniknęły i odrodziły się same, czy jednak kurcze fale małe i duże po prostu najzwyczajniej w świecie dodadzą Mamusi Od Fal roboty? No bo znowu będzie je musiała urodzić? Nie odrodzą się tak same z siebie z owej morskiej pianki, śpiewania kamyczków, ino ponownie zaaplikują wielofalową ciążę własnej rodzicielce. Tej wkurzonej, co rzuca talerzami… jak się tak głębiej nad tym zastanowić, to kurcze nie dziwota, że się rzuca. Też bym się wkuła.

I wiecie, wychodzi na to, że fale są raczej męskiego rodzaju?

Pogoda niby słoneczna, niby grzeje, a jednak wychodzi na to, że zimno niemiłosiernie. Wiatr niby północny, a przecież podobno miał się zająć przenoszeniem piasku z Sahary nad Danię… więc kurcze zdaje się, że coś nie tak? Zresztą, z drugiej strony ostatnio wsio jest jakoś tak na opak. Już nawet nie stoi na rzęsach i nie klaszcze uszami… wprost przeciwnie… pyta się, czy musi w ogóle oddychać, by żyć, bo przecież coś mu się na pewno tam pomarszczy, zestarzeje się i w ogóle! Więc czy ma oddychać, czy jednak nie? Bo się nie chce zestarzeć. Chce być zawsze piękny, nic nie robić, po prostu podłączyć się do sieci i grać innym na wkurwach…

Jak czerwień piasku nadejdzie i niebo zapłacze szkarłatem… Wyspa na pewno wykorzysta to na swoją korzyść. Może zrobi sobie opakowanie pomadki do ust? A może jednak ufarbuje zestaw kwiatków na pola? Albo zbierze ile się da, a potem ozdobi nim najbardziej niegrzecznych turystów, którzy przez rok będą musieli chodzić po świecie swoim własnym, z wypisanym na czole imieniem swojej winy (imieniem, Peselem, Nipem i mianami rodziców oraz wymiarami tyż!!!).

Bo Wyspa ma przecież fantazję, a fantazja jak wiedzą wszyscy jest od tego, by bawić tych, co ją mają!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mały Krzemień Wielkiego Wzniecenia… została wyłączona

Pan Tealight i Pani Kasiora…

„Siedzi Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki na podłodze i przędzie zawzięcie. Wbrew wszelkim regułom, wbrew jej wyrywającym się myślom, kręci się koło, szczękają przęśliki, na wiele rąk tak przędzie, na obolałe palce, na odarte skórki, wyschnięte dłonie, rozdwojone paznokcie… na obolały krzyż i protestujące nadgarstki. Siedzi i tak dziwacznie, niezwykle, wyciągając ręce przed siebie, jakby ktoś inny poruszał za sznurki, rozpostartymi palcami, przędzie.

Ze słomy przędzie złoto… śpiąc.

Czy ukłuła się wrzecionem? A może jednak to tylko wywołana przez monotonię stuknięć hipnoza? Trans wymarzony przez kogoś innego, ot dziwna cisza w eterze, bo przecież śpi… ale w końcu nie śni. Nie ma przy niej ni karła z dziwnym imieniem, ni księcia nad podziw dzielnego i urodziwego, ni króla, który doprawdy wciąż w to nie wierzy, chociaż przecież widzi…

Właściwie, to gdzie ona siedzi? W jakiejś wieży, czy też lochach? A może jednak w miłej spa okoliczności, która jednak domaga się zapłaty za swoje usługi? W niewoli u smoka, co się mu zamarzyła kolczuga na utyte ciało, zdobna i strojna z najcieńszego pozłotka, a może jednak w niewoli u czarownicy, której kochankowie powariowali i zakochani obecnie tylko wzajemnie sami w sobie, domagają się od swojej wciąż Pani… zbędnych fatałaszków? Któż ją tam wie… wypatrując oczy Ojeblik – mała, ucięta główka kierowana przez Chochela – chochlika pisarskiego, w gaciach w zeberkę, z podwiniętymi nogawkami i wypchanym frontem… nic nie widzi. Wiedzą, że Wiedźma Wrona i jest i jej nie ma. Może żyje, ale tak doprawdy czyż to jest życie…

A jednak ona wciąż przędzie. Złote kłębuszki zwijają się same u jej nagich stóp. I nagle słychać kroki. Wrzeciono milknie, koło się zatrzymuje. Głowa Wiedźmy opada na wznoszącą się spazmatycznie pierś odzianą w skąpą koszulkę. Nie widzi, nie słyszy, nie zdaje sobie sprawy z tego, że Pani Kasiora nie jest zadowolona ze splotu dzisiejszej nici, jak zwykle… I ponownie Wiedźma Wrona Pożarta nie zostanie ni księżną o złotym skarbcu ni burżujską celebrytką.

Nic z tego.

Wracaj staruszko do swojej przytulnej, ale jednak malutkiej Chatki, dla ciebie nie ma dziś dobrej nowiny…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Morze spokoju” – … bo życie boli. Ale jakoś dorosły po przejściach wydaje się być czymś bardziej zwyczajnym, niż młody człowiek. Młodość nie kojarzy się nam z przebytą drogą przez mękę, raczej z oczekiwaniem na to, co się stanie. Początkiem, który nie jest świadomy tego, jak rozwinie się jego droga.

Młodzi bohaterowie Millay jednak wydają się być aż nazbyt dorośli. Przeżyli swoje, a jednak nie użalają się nad sobą. Zmienili się, wykształcili pewne systemy obronne i prą dalej wbrew wszystkiemu, często też i wbrew samym sobie… Odczuwają strach, boją się do końca, ale jednak skrywają większość tych uczuć. Nie rozpylają ich w powietrzu, brak im owej „dramy”… ale są też inni. Pozbawieni owej nastoletniej pewności bycia władcami świata.

Oto opowieść o trójce przyjaciół. O ludziach u początku swej dorosłości. Opowieść wzruszająca, współczesna, nie stroniąca od typowego im języka, a jednak inna. Szokująca miejscami, rozdrabniająca nasze wnętrzności, zaskakująca… a potem, wraz z zakończeniem, przynosząca nowe emocje. Właściwie cokolwiek powiem, będzie aż nadto. Polecam nastolatkom i tym trochę starszym. Ale nie po to, by szukać rozrywki, raczej by wejrzeć w człowieczeństwo, poznać nagłą dorosłość, zrozumieć „systemy obronne”, które nie zawsze są tylko i wyłącznie hormonalnym szaleństwem… by ujrzeć prawdę. Zrozumieć, że tak często wielu z nas musi się narodzić od nowa, od nowa nauczyć się mówić, chodzić i ufać i kochać…

… pozwolić sobie na wolność od myśli…

Na białych płatkach porozsiadały się Plotkary.

I szumią. Plotkary mają to do siebie, że są małe, względnie jednak rozrosłe w swym gatunku i głośne. Oj głośne ponad wszelką miarę. Siedzą gromadnie przy herbatce, kawce i ciasteczku, przy chwiejnych srebrnych stoliczkach z filiżankami w pulchnych dłoniach, poubierane w zwiewne kiecki. I szemrzą… na każdym płatku buchającej pięknem i aromatem czeremchy, wielce tam owocowej drzewności i wszelkich innych gałęzi, które stać na owo baśniowe, balowe rozdmuchanie w kreacjach…

Plotkary to wróżki gaduszki. Ich całe życie nie tylko polega na zbieraniu plotek z całego świata, ze wszelkich jego wymiarów, na wsłuchiwaniu się w nie, zapamiętywaniu, ale też na tworzeniu ich. Szemrzące głosy wbijają się w podświadomość przechodzących ludzi i nnych stworzeń, w sny śnione i te, które dopiero zasypiają, w marzenia i dziwne zamyślenia, w nosy wąchających i zamyślenie tych nie zwracających na nic uwagi, zamkniętych w swoim czasie i ciasnej przestrzeni.

Wydaje się wam, że na was Plotkary wpływu nie mają?

A takiego kabanosa!!!

A jednak w zimowe i późnojesienne miesiące, Plotkary ucichają na rzecz Bajarek. Jakoś tak im się lepiej życie układa, gdy po prostu żyją obok siebie, a nie wzajemnie sobie na głowie. Zsuwają się Plotkary z jabłuszek jesienią, z gruszeczek i śliweczek i pełne owej słodkości w większości zasypiają… poza Najstarszymi Strażniczkami, zdolnymi przekazać wszystko co się dzieje każdej ze swego plemienia. I Bajarki, zakutane w kożuczki i szale, moszczą się w swoich puchowych gniazdkach, zdolne przetrwać każde zimna tchnienie. W pobliżu progów domów i okien, przy rynnach, a już przy kominach to najchętniej… zwolenniczki dymnej diety, sprowadzającej najlepsze wizje snują swoje, zbierane po światach wszelkich, opowieści.

Bajarki tak naprawdę nie różnią się od Plotkarek. Też gromadzą się zwykle wspólnie, ale u nich prym wiedzie Babucha. Najstarsza, niektórzy mówią że Pierwsza w Wielu Postaciach, Matka. Dziwnie zawsze zaspana, wyposażona w fajkę ze zdobionym, zaskakującym wiekością cybuchem, swoistym berłem swej władzy, ma w sobie ziarna tak naprawdę najważniejszych opowieści, ale i miejsce na nowe, zawsze… Zimową porą jakoś plotki nie są najważniejsze. W blasku świec, ognia i wszelkich, nie bojących się zimnych wiatrów świetlistych, baśnie toczą swoje nici, plotom niczym wielkie pajęczarki najpiękniejsze, najbardziej niesamowite opowieści…

… niektórzy mówią, że każda z nich kiedyś się wypełniła, lub dopiero będzie miała miejsce, więc słuchajcie… suzmu wiatru, grania w kominie, świerszcza pod podłogą… każdego szpetu, każdej nuty…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pani Kasiora… została wyłączona

Pan Tealight i Ślepa Dziurka…

„Zasadził Pan Tealight Dziurkę… w ogrodzie.
I chodził ową Dziurkę podglądać… co dzień.

Dziurka cudnie rosła. Wprost od początku zyciem tętniała. Z maleńkiego wysianego, w końcu przeobraziła się w sadzonkę… a w końcu i znalazła się w przygotowanym dla niej Leśnym Ogrodzie. Miejscu specjalnym, magicznym, dziwnie pustym i pełnym jednocześnie. Świadoma dookolnego świata, jednak tak naprawdę wierzyła tylkow swojego Szarego Ogrodnika i samą siebie i huk rozbryzgujących się na omszonych kamieniach wodnych potężności…

Podlewana, odplewiana, osłaniana, dokarmiana, głaskana i szeptaniem uspokajana przez długi czas była wstydliwym sekretem szarego mężczyzny. I chociaż pora roku wciąż na zbiory wczesna, dzielna rosła i marzenia miała. Ale nie zdradzała się z nimi. Jakoś tak nie wypadało. Na owej pięknej grządce, otoczona starymi świerkami, tuż przy wodospadzie… rosła.

On odwiedzał ją często. Właściwie gdy tylko mógł i karmił ją historiami o dziwnej małej wiedźmie, o częściach ciała wolnych i niepokornych, o stworzeniach i cudach, o niecudach i planach. Zwierzał się jej ze wszystkiego, a gdy tylko zmęczona w końcu usypiała kołysana jego mało brzmiącym głosem… on patrzył. Bo Pan Tealight nie robił przecież niczego ot tak po prostu. Nawet hobby miał zawsze dopasowane do potrzeb swego kompleksowego szaleństwa.

Dziurka wyglądała jak jabłonka. Tylko, że zamiast jabłek miała dojrzewające na złoto kluczyki, a zamiast pnia wielką dziurkę od klucza, zdobioną fantazyjnie dookoła, z której wyrastały konary w kształcie niezdecydowanych dłoni. Ale wciąż no jak jabłonka, znaczy w duszy, wiecie… marzenia. Gdy zasypiała, klucze nagle się budziły i poruszały w dziwnym rytmie tylko przez nich słuchanych melodii, a Pan Tealight przytykając niewidzącą zwyczjanie głowę do jej pnia spoglądał w to, co jeszcze niestworzone. Co dopiero miało zostać wymyślone, na coś ktoś za godzinę mógł wpaść… ale z powodu nadmiernej emancypacji mediów, nie miał na to czasu…

I podziwiał.

I karmił się możliwościami, a potem smutniał… wiedział, że nie może o swoim tworze, owej cudownej roślince powiedzieć nikomu. Bo w końcu żałość, którą odczuwał po każdych odwiedzinach… była nazbyt bolesna.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Black Out” – … dla mnie fantasy. Dla innych czysta codzienność. Czy wciąż kogoś dziwi, że do mnie nie można się dodzwonić, że wiem gdzie jest mój telefon – stary model co ino dzwoni – gdy mu się bateria wyczerpuje? Ciebie? A może ty mnie rozumiesz? I to, że nie oglądam TV, nie czytam gazet, aspołecznie nudzę się na spędach ludzkich i robię rzeczy inaczej niż inni? Komputer znoszę, z bólem i ogólbym wkurzeniem, nie umiem się nim bawić i cieszy mnie to, że pisać i gapić się jednocześnie na niego nie muszę. Nie odnajduję w nim rozrywki zraniona plastikiem i brakiem papieru. Brakiem dziwnej czułości…

Podobno jestem dziwakiem, ale to wyjaśni Wam, dlaczego ową współczesną sensacyjną powieść uznaję za fantasy. Bo dla mnie wszystko ponad laptop to fantasy. Okulary googla, cuda ajfonowianki… po prostu.

Nasi bohaterowie są młodzi. Rodzeństwo, którego ojciec oskarżony został o najgorsze zamachy terrorystyczne, oraz młody haker. Potrzebują siebie nawzajem, ale czy są gotowi na prawdę? Czy czip w mózgu może spowodować brak człowieczeństwa w człowieku? Brak innościm odmienności, indywiduwalności? A może tylko i wyłącznie… brak bolesnej samotności?

Bo „Black Out” to opowieść o rodzinie, o potrzebie bliskości… gdzieś w tych najgłębszych pokładach, przykrytych rozmyślaniami na temat współczesności, techniki wyskakującej już teraz z każdego miejsca. O człowieku, który nie potrafi być sam ze sobą. Ale też o ludziach, którzy chcą żyć inaczej, o potrzebie wolności i życia zgodnie z naturą. Ale przede wszystkim historia o indywidualności. Może i przeznaczona dla czytelnika wkraczającego w dorosłość, ale napisana tak dobrze, że moje stare ja naprawdę pożarło tę powieść w wieczór… i teraz znowu zbyt wiele myśli. Bo po przeczytaniu nie odkładacie tej powieści. Nie zamykacie jej… tak naprawdę to ona otwiera coś w was. Potok pytań, potok myśli, dziwne spojrzenie na telefon, laptop, sieć… dziwną świadomość ludzkiej głupoty, odrzucenia tego, co naturalne i możliwe nawet bez techniki! Owego zwykłego, ludzkiego geniuszu, który jest w każdym z nas jeśli dobrze poszukać.

Ale przede wszystkim to jedna z mądrzejszych opowieści o współczesności. Naprawdę polecam. Warto!

Wyspa kąpie się w słonecznym prysznicu. Wydaje się, że promienie zaczynają wiązać się w małe kuleczki i bombardują jej powierzchnię. Czy mają działanie oczyszczające, czy też przywracają blask na nieoranej jeszcze powierzchni? Pierun dokładnie wie, ale świnia z niego i nie odpowiada na moje poknięcia i smsy! Dlatego wiąż pokutuję w mojej skrytce pełnej nieświadomości. Ale może i to lepiej? Jeszcze bym się dowiedziała na co te kulki oddziałowywują i postanowiła się odmłodzić? A przecież serio wiedźmie to raczej nie wypada, co nie?

No chyba nie?

Bynajmniej pączki trzaskają i pierwsze kwiatki rozchylają na gałązkach swoje płatki. I oczywiście listki wychodzą. Znowu takie nowe, wilgotne dziwnie, błyszczące niczym lakierowane. Cud się dokonał ponownie? Bo to jest cud. Dziwny, powtarzalny, zaskakujący po zimowych miesiącach… a przecież przewidywalny? Chociaż zawsze czuję ową dziwną niepewność. To drżenie żołądka, niczym po bigosie z dawnych czasów… tłustym, mięsistym, wietrznym… to drżenie, mówiące że pewność to błąd, że nawet wschód słońca nie jest pewnikiem, jeśli nie zaśpiewają ptaki. Mogą być nawet worny, wschód słońca ma kiepski słuch i słonie na małżowinach…

Bo to jak z tym motylem, co sprawcą jest tsunami, trzęsienia ziemi, czekoladowego mleka u krowy, tudzież i dziwnego plackowatego łysienia na pośladkach i psów… a może u mężczyzn, nie wiem. Zdania na pewno są podzielone, jak ze wszystkim, Bozia kazała się dzielić, więc oddawaj ten ostatni placek! Z jagódkami? A skąd masz? Nie, no na pewno jagódki same nie przypełzały…

… tak, tak, tak… słonko wpływa wylewnie i potliwie na mózg. No rzuca się. Może bipolar jest, a może to tylko nerwica natręctw, a może po prostu czekoladki się mu skończyły w tajnym schowku? Pierun wie… ale jak mówiłam, do niego to raczej po odpowiedź nie ma co lecieć, zamknięty taki w sobie.  No i mieszka w dziwnej dzielnicy. Same tam różowe i fioletowe domki ze złotymi zwieńczniami, barokowe mebelki łyskają przez polerowane szybki i raczej mdli.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ślepa Dziurka… została wyłączona

Pan Tealight i Przesyłka Priorytetowa…

„Dziwnie, na pozór całkowicie nietypowo, a nawet dziwacznie, Białe Domostwo cieszyło się wiosennym słonkiem. Wystawiało do niego swoje zmarznięte, wciąż jeszcze smagane mroźnym wiatrem ściany i dach, mrugało wyczyszczonymi szybkami, wdzięczyło się, pyszniło odmalowaną, drewnianą ozdobnością… Schody wprost zdawały się zapraszać, by na nie wejść, nacisnąć klamkę, może wcześniej zapukać…

A jednak dziwny mężczyzna w czerwonej kurteczce, kasku i… niebaczących na wietrzne zakusy krótkich spodenkach odkrywających owłosione golenie, nie zdecydował się na zapukanie. Jego paliczki nie rozstukały się po drewnianej powierzchni drzwi, nie zgubiły rytmu kosteczki na równej powierzchni. Raczej cichaczem podczołgał się i ostrożnie, nawet nie oddychając, chociaż jego twarz zaczęła przyjmować iście śliwkowy odcień, ułożył na pierwszym stopniu, ale równiutko, paczkę. Pudełeczko niewielkie przewiązane nad podziw nie wygniecioną i ogromną kokardą.

Srebrną… w różowe serduszka.

Może i nikt by się o nią nie potknął? Może i by jej nie zauważyli… ale jednak ostatnio Wiedźmy z Pieca, cokolwiek niespokojne, dziwnie rozanielone, a potem wkurzone, czysty borderline jak nie wiem co… rzucały się po wszystkich pokojach, półkach i szafach i nadmiernie sprzątały. Serio farba na ścianach zaczęła się głośno domagać wyzwolenia od owej katorgii wiecznego przecierania, mycia, poprawiania, ozdabiania i innych, wszelako domagających się milczenia, czynności. Dlatego, gdy ino szron spełzł z kamieni i traw, z rozpękających się pączków i pierwszych kwiatków… Wiedźmy gromadnie wylazły z Domostwa z zamiarem umycia ponownie schodków, wypielenia co tam jest do wypielenia i może, no upchnięcia gdzieś jeszcze kilku zapomnianych przez wszystkich cebulek?

I natknęły się na pudełko.

Pan Tealight miał tego dnia nie wstawać z łóżka. Po prostu obłożyć się poduszkami, spać, jeść, czytać i pisać, nie opuszczając tego miejsca… takie miał marzenie od zawsze i jak zwykle coś mu przerwało jego wypełnienie. Babski rwetest, koszmarne wrzaski, latające za oknem kawałki szmatek, a czasem i coś bardziej namacalnie cielesnego… jakieś miotły, jakieś wachlarze, welony… całe stadko podpasek, zapasek i dziwnie spętane wzajemnie plemię pończoch…

A gdy wyszedł ukazało się jego niewidzącej fizjonomi piekło. Prawdziwe. Najprawdziwsze. A w środku jego, spokojnym okiem cyklonu spowita stała Wiedźma Wrona Pożarta zapatrzona w rzezany i kryształowy, lekko skonfundowany w piórkach, wyposażony w oczy, usta czerwone i uszy z kolczykami, zębiska kłapiące i lekko obity, niewielki obcas… kapeć na swojej prawej stopie!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Pożywienie… Znaczy się książki prezentowe od Dobrych Duszków takich, wiecie co postanowiły dać mi wymarzone i coś do poczytania…

Na Wyspie ludzie się budzą. Nie, wcale nie znaczy to, że spali przez zimowe miesiące… no może tylko niektórzy, ale jakoś tak budzą się wewnętrznie. Wypełzają z domków, trzepią włosy i kołdry, pozbywają się przeszłości i domagają się przyszłości. Łakną cudownie niewiennie nowego. Czegoś, co będzie nieokurzenie nieznajome. Czegoś, co pozwoli i im na kolejną szansę… na odrodzenie.

Tak, wydaje się, że co roku ludzie tutaj oczekują odrodzenia. Szansy na coś, co nigdy się im nie przytrafiło. Snu spełnionego. Tego przygodowego, nawet jeśli trochę strasznego, to przecież nie szkodzi… kolorowego, zmiennego, gdzie wszystko jest możliwe. Tego, gdy nie wie się, że wciąż się śni, ale jednak strach nie paraliżuje do końca. Jednak nie wiąże, nie pozbawia oddechu. Pozwala mieć nadzieję na zwycięstwo, na równe szanse, na wszelaką sprawiedliwość, chociaż nie do końca wie o co się prosi.

Bo jeżeli prosisz o nieznane, powinieneś pamiętać, że twoje reguły nie będą tam działać. Nie będą nawet postrzegane jako możliwe. Raczej jako coś, co nadaje wszystkiemu co robisz dyskretny posmak egzotyki.

A jednak…

… a jednak przecież co roku ludzie łaknęli odrodzenia i je otrzymywali. I wiecie co, chyba nawet nie narzekali na to, co dostali. Chociaż może niektórzy narzekali, ale tak cicho, że nikt ich nie wysłuchał? Nie wiem. Większość przyjmuje swoją szansę. To, o co prosili. I wkracza w ową nowość.

Nie bojąc się.

Raczej z dreszczykiem zaskoczenia, że znowu jakoś im się udało!!!

Wysupłując się z zimowych pieleszy… z obrzydzeniem i smętnym poczuciem, że o czymś chyba zapomnieli, rozrywając pajęczyny, krzaki róż, któe co poniektórzy wraz ze skaleczeniem od wrzeciona znaleźli na swoim progu, w kominie i pod oknami, myjąc zęby, zdrapując zakładki z oczu, obcinając paznokcie, coby jednak sobie ich nie wydłubać, potem dyskretnie sprawdzając stan czystej bielizny… Po prostu budzą się. Do końca. Na dobre i na to, co możliwe, że początkowo wcale takie nie będzie, a potem no sami wiecie, jakoś tak się okaże…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przesyłka Priorytetowa… została wyłączona

Pan Tealight i A Po Nas Co…

„Przemijanie.

Pan Tealight we wszelkich, skomplikowanych i dziwnie jednobarwnych wymiarach swojej nieprzemijalności, bytu pierwszego który wynalazł kapcioszki króliczki – no cóż, co prawda pierwszy model był ciepły naturalnie, ale wiecie, trudno było go utrzymać pod łóżkiem, uciekały – tego, który nigdy nie twierdził, że coś było, by tylko być… No właściwie kogoś, kto nigdy nie umrze, zginie, zmarnieje, postarzeje się, tudzież dostanie zmarszczek i obwisów i… no wiecie sami… bynajmniej, Pan Tealight nie doświadczał przemijania. Tak sprawy dookoła niego zmieniały się, był tego świadomym. Rosły, malały, jęczały mniej lub bardziej… były rozbijane, były składane, zszywane i prute ponownie, łatane i ogólnie mówiąc prane, farbowane, haftowane i dziwnie zmieniające swoje przeznaczenie. Jak od ślubnej sukni do szmaty…

A jednak czasem nawet owego szczupłego, szarego, bosko ustosunkowanego osobnika, jakoś tak opadało zwątpienie. Szczególnie, gdy Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki doprowadzała go do szewskiej pasji… oraz rzeźniczej pasji i szczególnie architektonicznej też. Znaczy doprowadzała go do tego samym spojrzeniem i milczeniem, i jeszcze oddychaniem, mało subtelnym przetwarzaniem O w CO… a nawet i dwa i trawieniem, nawet jeżeli trawiła tylko sama siebie. Znaczy z trudnością znaczy się nawet ona, no mniejsza…

Chodziło o pomniki.

Znaczy te dziwne, właściwie nikomu niepotrzebne, jeśli nie były z czekolady lub magicznie po każdym gryzie, na kruchym spodzie i obsypanego cukrem pudrem, odnawialnego sernika… Te stojące, leżące, pełzające nocą ciemną… rzeźby. Dziwnie straszące odpadającymi z czasem nosami, łuszczącą się farbą, błędnie opisanymi fundatorami, tudzież tymi, którym postawiono… na stałe to coś, co teraz warto byłoby obalić, bo i tak nikt nie pamięta.

Więc dlaczego nagle Pan Tealight spoglądał na Wiedźmę Wronę Pożartą i czuł, że to ona. Ona jest jego galaretowatym pomniczkiem. Statuetką wielkości takiej, że nie da się jej trzymać w łapie, nawet takiej genetycznie modyfikowanej, i z uśmiechem udzielać wywiadu dla zjeżdżających się kosmitów…

… a jednak…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Wyspa ma się dobrze. Chyba? Po tych wszelkich wiaterach doprawdy przetrzebiło nam zalesienie. Na dodatek kilka z moich ulubionych drzewek niestety nie przetrwało. Będę strasznie za nimi tęsknić… Wiem, że to zwykłe przemijanie, ale jednak tęsknię. Bo przecież były i ich nie ma… No dość tego rozmiękczania się na drobne.

I to bez płynu do płukania, no jak można? Odrobinę godności w tym jakże podeszłym wieku mi się należy!

Ale na nowe drzewka tak długo trzeba czekać! Aż będą wielkie i potężne i takie twórczo przerażające, grające konarami w berka z prakami, uczące liście tańczyć, albo tudzież być zwyczajnie pomocą dla tych, którzy pragną ich towarzystwa. Bo bez drzew to serio łyso jest. I wcale czacha Wyspy nie wygląda bardziej od tego męsko! No piękna jest i kształtna, ale bez przesady!!! A może to tylko ja mam do drzew stosunek taki… matczyny? Nadmiernie pieszczotliwy. Dziwnie przytulacki i ogólnie mówiąc no nadpobudliwy? Przecież nie mam korzeni?

A może już je mam…

Połączenie z Wyspą mam.

Gorzej, to jakby odnowiona pępowina. Ino ta jest z żelaza, stali, hebanów i serc z kamienia, łez z krokodyli i butów z metalowymiw wstawkami i tych cementowych. No ogólnie metali i betonów wszelakich, co się ich ni rdza ni miotła ni siekiera żadna nie ima. Uciąć się tego nie da. Przerwać ni przegryźć też, chociaż zdaje się, że pożuć można, bo dziwnie smaczne… czyż to nie jest kanibalizm? Hmmm? Totalne niewolnictwo. Na dodatek tak naprawdę bardziej bliski mi jest tylko jeden skraj Wyspy.

Jakby nie umiała oddychać gdy się od niej nazbyt oddalam.

Paranoja i fanatyzm? Oj oczywiście, że tak! A dlaczego nie? Też mam prawo do bardziej popularnych zboczeń!!! Zaszaleję!!! Coś mi się od życia należy, nie będę walczyć z ową niewolniczą miłością, z tym uczuciem przygnatającym, przyszpilającym mnie do kamienni, do skał i fal… za stara jestem!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i A Po Nas Co… została wyłączona