Pan Tealight i Żerte Mściwe Kotydże…

„Owe osady, miasteczka, wioseczki i wszelkie tam ludzkie, tudzież innych mieszkalne stałoarchitektoniczne umiejscowienia… szalały na Wyspie kolorami. Skłonne były odziać się w tynki cieliste i owe bardziej wyraziste, w te całkiem szalone, jak róże, wzorzyste połyskliwości, czy ostre żółcenie… i wciąż wyglądały fit i chick, albo w granaty i chłodne zielenie oraz niebieskości. Im wszystko jakoś tak pasowało i do dachu i do komina i do furtki, a i do płotka.

Tak po prostu.

Piękne są owe mieszkalności. Czy mały czy większy, każdy domek, budynek, każda chatka i każdy ościaniony zakątek, ma w sobie owo coś. Pięknego coś, baśniowego, dziwnie przytulnego, tudzież zmuszającego do wyobraźniowej aktywności… tego, co pozwala zasnąć z gwiazdami, kołysać się przy falach, lub wciągać w płucka wilgotny, choć lekko i rozgrzany zapach świerków i jodełek.

Jakoś tak można kroczyć ulicami i tulić je. Nie da się po prostu przejść obok tych chropawych ścian, obok drewnianych obrąbień, zdobień i wielkich donic z bratkami. Obok kołyszących się pojemniczków ze stokrotkami, dziwnie zawsze zadziornie wirujących wiatrowskazów. Czy to kogut, czy ryba, czy łódka, czy smok… zawsze są w końcu w ruchu. Chociaż wiatru nie wskazują…

… więc co?

Nie ważne. Ważne są te ściany, grube, postawne, ceglane i kamienne, jedne szachulcowe, inne znowu dumne i twarde pierwotnością głazów i zaprawy… jedne jeszcze pamiętają daleką przeszłość, te młodziutkie, wciąż są zadziorne, gotowe i naiwne w formie bardziej modernych cegiełeczek. Do tego owe okienka i drzwi. Kolorowe, obsadzone cudami. Na każdym parapecie ołtarzyki dla wszelkich bogów, w każdym świeczka, by oni wiedzieli dokąd powracać. I światy maleńkie zaklęte przez często przypadkowe złożenia ceramicznych figurek, patyczków, kamyczków i dzbanuszków. Do tego sezonowe dodatki, krasnale i choinki, kwiatuszki i wstążeczki, koronki… ale bez firanek, bo i po co. W końcu i świat do środka czasem zajrzeć musi.

I światło…

Dom, to w końcu tak wiele, a czasem nawet i wszystko. Miejsce by schować skarby i ukryć siebie samego, by czuć się zwyczajnie, swobodnie oddychać, jakoś tak nie udawać, bo w końcu to mój zamek i mój smok przy drzwiach, więc mogę nikogo tutaj nie wpuszczać, wolno mi!!! Ja tu w końcu rządzę i prawa ustanawiam. A jednak… to też miejsce, gdzie ludzie się gromadzą, gdzie wiedzą co mogą znaleźć i co na nich czeka, nawet jak to cholerne dziecko niespodzianka. Ale należy pamiętać, że dom to też żywy organizm, i nie chodzi tutaj o sezonowe pojawianie się mrówek i innych dreptaczy, o porody w trollowej społeczności, czy częste napady kolki u krasnoludka. Chodzi o same mury, komin i w murach otwory. Chodzi o ziemię, co tęskni za człowiekiem, co nie rozumie, że odwiedza się ją od niechcenia tylko w sezonie.

Dlatego boję się Sommerhusów. Bo, szczególnie te starsze, te co kiedyś były domami, co odebrano im codzienność tupotów i pojękiwań, parzonej herbaty, kawy i obiadu, straszne są. Narasta w nich z latami ogromna tęsknota, rodzi się wielki balon pustki, który potem przytłacza drapiąca zgryzota. Samotne są. Czują się tak dziwnie odrzucone i niechciane… i chociaż zdawałoby się, że płakać mogą, w końcu kto zauważy, to jednak w końcu już nie mają łez by zraszać szczecinkę dachu.

Podobno coraz częściej widzi się je przechadzające się ulicami. Jęcząc. Dziwnie poszczękując niedomkającymi się okiennicami. Sypiące duszący pył z nieużywanego komina, bo nawet jak ktoś do nich zajrzy, to nie na tak długo, by rozpalić ogień. Nie dbają, nie myślą, nie chce się im… Klekocząc ciągną fundamenty za sobą. Pustymi ulicami, rechocząc na tłuste koty i te chude też, zazdrośnie spoglądają na inne domy, które zaciskają okna, by tylko nikt nie dojrzał jarzącego się w nich światła i tańczących, żywych cieni… Chodzą, by znaleźć człowieka. Jakiegokolwiek. Żywego, tłustego, krwistego człowieka. By pożreć go na surowo, z dodatkiem słonej fali i odrobiny trawy, powoli by cierpiał… a potem duszę zamknąć w piwniczce, by chociaż ktoś jęczał, jeżeli już nie może mieszkać w nich nikt…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Wijec” – … a myślałam, że mnie nie zaskoczy. Właściwie, to byłam nawet pewna, że raczej nie, że się nie da, że przecież to cykl dla młodzieży no do jasnej, tudzież ciemnej strony!!! Nie wymyśli nic więcej. No nie może, dyć czy jest sposobność na inne przedstawienie tej historii?

I się okazało, że jest. Że owo moje starcze ciało, co to serio nie jest targetem dla owej serii ścisnęło się, wcisnęło i wystraszyło niemożebnie! Bo powieść jest niemożebna, niesamowita, zaprzeczająca utartym schematom i cudownie czerpiąca zarazem ze starej baśniowości, jak i z owej nietypowej, rozrywkowej, w dziwny, mroczny sposób. Naprawdę mroczny…

Wijec to osobnik zaskakujący, nietypowy. Z jednej strony baśniowy, z drugiej… wcale nie aspirujący do bycia czymś na kształt człowieka. I to jego życie, oraz trzech dziewcząt, z którymi los go powiązał, dane jest nam obserwować. Jak zwykle w formie pamiętnika. Ale to nie tylko jego głos słyszymy, ale także mlodziutkich bohaterek i pewnej, znanej wam na pewno, wiedźmy.

Cokolwiek powiem, będzie nazbyt wiele… więc jeżeli pragniecie mroczności, jeżeli nęci was owa druga strona mocy, pozbwiona skrupułów, poddająca się własnemu kodeksowi (nawet jeżeli nie znacie serii) to czytajcie!

Wyspa jest spragniona. Aż tak bardzo, ponad wszystko co dla niej znajome i zrozumiałe. Oj pewno, że może być gorzej, ale o tej porze co roku potrzebuje więcej wilgoci. Więcej dla listków i kwiatków, i tych małych puchatych, dopiero co zrodzonych kuleczek. I jajeczek co im skorupka wysycha i innych. Dziwacznie wysoka temperatura i mroźny wiatr serio życie konfudują. Nie wie owo życie, czy już stukać do skorupki bram, czy jednak wciąż pozostać w swoim dziwnym obłym niebie? A światłość dookoła kusi. Przesącza się całkiem niedyskretnie przez pory otoczki i obiecuje złote góry i pierzaste skały, krainę słodyczą płynącą i wolny wszelko czas. Obiecuje to wszystko, co dotąd się ino wam w zamknięciu śniło… a co wierzycie, że musi być prawdą.

Bo jakto nie?

Światło wariuje. W dziwnych bezwilgotnych oparach dnia, które nęcą goliznę słoneczkiem, by potem uszczypnąć dziwną mroźlinością powietrza, natura myśli. Myśli, że zwykle przecież nie jest łatwo, ale też iż dziwnie ową Wiosnę tegoroczną musieli refundować, jeżeli bestia taka bardzo długa? Tak się puszy, jakby czas miała na zmurszenie każdego płatka, na wyprasowanie każdego listka i rozplątanie młodziutkich korzonków, które potem w koński ogon lub kłosa i krajkę na to.

Ale chyba i Wiosna dość ową suchością niezadowolona. Dlatego w końcu dogadała się z Panią Wyspą i razem wynajęły sprawnych Naganiaczy Chmur. Gołe, radosne, dziwnie malowane chłopaki przybyły – serio dość wyraziście męscy są – i nie mówię tutaj o włochatych stopach czy półdupkach!!! Wynajęły speców i doczekały się panie skutków (znaczy niektóre mogą mieć kilkumiesięczny opóźniony zapłon, lecz nie wnikam, promocja?), które opłaciły w niewiadomy mi całkiem sposób. I sobie nie życzę coby mnie uświadamiano, ale jeśli znowu ktoś będzie mnie podglądał w kąpieli, to to serynie straszliwy zboczeniec być musi, to się winno leczyć!!!

Chmurki nad Wyspę nadgoniono. Opieszałe takie, dziwnie drżące, rozpalone jakieś. Piękna Pani Wyspa dłonie wyciągnęła wysoko, i wyżej i bardziej jeszcze, w końcu dotknęła chmurek i zaczęła je, najpierw pieszczotliwie, potem z większą zgrozą malująca się w oczach, z większym lękiem, a podenerwowaniem w drgających łokciach, zaczęła je naduszać. Wyduszać i nimi potrząsać. Powoli chmurki zaczęły protestować, najpierw im się chyba podobało, potem wzdrygając się wypuściły kilka kropli pochodzenia wątpliwie niewiadomego, aż w końcu zaczęły się pruć. I takie poprute zaczęły umykać, chować się, mimo braku wiatru odpływać.

I nic z owej chmurkami obiecanej deszczowości. Stoi Pani Wyspa i łka, ale z pustego nawet ona nie leje…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Żerte Mściwe Kotydże… została wyłączona

Pan Tealight i Zbrodnie Jofilizowanych Światów…

„W Białym Domostwie, gdzieś pod pajęczyną piwnic i piwniczek, dziwnych tuneli i jaskiń… pod plątaniną rurokształtnych kombinacji i korzennych splątań, tam, gdzie właściwie nikt nie zagląda, a nawet niewielu wierzy, że może być coś więcej… W obitych srebrną folią kamiennych katakumbach stoją metalowe półki. Na nich ktoś porozkładał zielonkawe słoiczki. I niebieskie i dziwnie mleczne, jakby ktoś od środka urozmaicił je olejną. Wszystko stoi w ciszy, dziwnie głębokiej, nieprzenikalnej i nieprzeniknionej, dziwnie niewątpliwej, ale też jakby grzesznej…

Tutaj nie słychać właściwie niczego. Ni skraplającej się wody, ni drążących tuneli robaków, ni pająka obutego w podkówki, tudzież jęku jego ostatniej ofiary. Nie słychać szumów ni pisków, ni błagań, ni modlitw, ni pieśni. Tylko ową ciszę, która wciska się i boli niczym niespełnione pragnienie, to którego w żadnym wypadku i żadnymi sposobami, nie można, nie da się zapomnieć.

W owych szklanych pojemniczkach, w świecie, któremu odebrano swiatło dzienne, nocne i to z czasu pomiędzy stoją śniące Jofilizowane Światy. Pełne dźwięków i życia, pełne marzeń i wspomnień, pełne wszystkiego, co tylko można przyporządkować życiu i tego, czego nawet niewybredna wyobraźnia nie jest w stanie sobie opisać… ale pozbawione owej esencji życia, owej wilgotności zdolnej pobudzić i utrzymać w działaniu wszystko i wszystkich, owej iskry, powiewu i pędu… zostały zatrzymane. Za popełnione przez nie zbrodnie, za zaniedbania i odmowę poddania się Pierwszym Prawom, co na celu mają tylko rozwój i czerpanie z siebie, za lenistwo… zostały uśpione. Bo tego, co stworzone nie można odtworzyć, tego co zrodzone nie można wymazać z życia. Zawsze ktoś lub coś będzie pamiętać. Ale jeżeli odbierze się im wilgotność, wtedy powoli wykruszą się z pamięciu innych, powoli opadną niczym źle położony tynk, zastąpią je nowe barwy i nowe ożywcze pomysły. Każdy będzie wiedział, że było coś przed nimi, bo musiało przecież, ale nikt nie uzna poszukiwań za istotne.

Moglibyście powiedzieć, że to nie jest sprawiedliwe, że nie można karać całego świata za takie przewinienie… cóż, można!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Polowanie” – … a on jest tylko człowiekiem. Dlatego się ukrywa. Nie może pokazać, że się uśmiecha, że pożąda, nie może się zaczerwienić, a nawet spocić. Bo ludzie tego nie robią. Tak… jest człowiekiem, ale to oni są ludźmi. Rasą dominującą, poddaną nocy, uciekającą przed słońcem, kochającą krwawe obiadki i… tęskniącą za posiłkiem z heperów. Tylko, czy heper to człowiek? A może tylko zwierzę? A może tak naprawdę to wszystko, to tylko mit…

Kto jest kim? A kto jest tylko wspomnieniem?

Powieść mnie zaskoczyła, wciągnęła i chociaż skojarzyła mi się od razu z podobnymi, to jednak nie mogłam się oderwać. Do końca. Do zakończenia, które zaskoczyło mimo wszystko!!! Mimo iż domyślałam się, że pewne sprawy muszą przyjąć taki, a nie inny obrót, to jednak… mimo pewnych niedociagnięć, czytało się to świetnie. Książka mimo młodych bohaterów trzyma w napięciu, nie jest nudna, za to na pewno pełne zwrotów akcji strony przykuwają, a pełnia niedopowiedzeń, cóż… do końca tak naprawdę nie powinniście być pewni niczego! Odrobina miłości, walka o przetrwanie, świat, w którym niby wszystko jest w porządku, a jednak…

Bohater główny nie zaskakuje, ale też i nie zniechęca, w jakiś dziwny sposób mimo wszystko stajemy obok niego i wkraczamy w ten dziwny świat. Niby wampirów, niby nietoperzy, świat pełen uczuć wyrażanych przez przemoc, gdzie człowiek musi być jak inni… właściwie to dlaczego oni tak wyewoluowali? W jaki sposób… Te pytania zostają i rodzą nowe historie, bo ta sensacyjna opowieść tak naprawdę się nie kończy. I to jest w niej najbardziej chyba niesamowite, chociaż też i frustrujące.

Jeżeli chcecie przemyśleć ponownie istotę człowieczeństwa, zastanowić się nad tym, co wyróżnia nas od innych zwierząt… a do tego lubicie ciągłą adrenalinę, to dlaczego nie? To dobra powieść!!!

Zieloność wkracza na nagie gałęzie. Wszystko się zapełnia. Tym razem całkiem się nie krygując, wprost przeciwnie, będąc z tego w pełni dumną, Wyspa tyje! Puchnie całą tą rozrodczością, pyszni się i puszy. Powoli znikają z dolności zawilce, przylaszczki i pierwiosnki. Powoli przejmują trawy nadwonne kaczeńce i inne zażółcenia. Trawy wzbijają się coraz wyżej i wyżej i wyżej. Ludzkie dłonie wspomagając się pierwotną maszynerią pakują do spulchnionych grządek wszelkiej maści cebulki, flance i ziarenka. I liczą, że świat ponownie zataczy koło, jak co roku… ale też jak zwykle przez chwilę coś ich ściska w dołku, coś przypomina, że to może się skończyć.

Ptaki trelują teraz w innych tonach. Jakby były mniej nastroszone, jakby miały chwilę wolnego nim wszystkie skorupki pękną, nim świat zatrzyma się w rozwrzeszczeniu: ja chcę jeść, jeść, jeść!!! W końcu jedzenie oznacza dalszy wzrost, a wzrost nowe możliwości, no i to latanie, kiedy w końcu pozwolą nam latać, kiedy w końcu wyrosną nam skrzydełka? Może po tym tłustym robaczku?

W zapomnianych krzakach opóźnione gałązki dopiero wybuchają białymi płatkami i zbijają z nóg aromatem. Nikt nie może przejść obojętnie obok nich, dając dowód na to, że czasem spóźnić się należy, ale wiecie, wyłącznie z fasonem!

Stoję nad rzeką i karmię trolle. Niby nic wielkiego, człek w końcu myto światu czarownemu, ludkom podziemnym jest winien, płacić należy! I nagle spod lekko podmokłych stóp umyka mi wydra ni szczur ni pies, albo coś w ten deseń… Pierun wie. Przez chwilę patrzymy na siebie zadziwieni własną, teraz nagle wzajemną obecnością. Chwila trwa. Powietrze skrzy się od śmieszków i uśmieszków, od rechotów tych, Co Zawsze Obserwują, ale my ich nie widzimy, nie słyszymy. Po prostu jesteśmy nagle na tej samej płaszczyźnie… Rudy zwierzak, młodziutki, taki świeży, szybko w końcu decyduje się na ucieczkę, a ja znowu oddycham. Wiem, że powinnam włączyć aparat, ale po co? Tego wrażenia nie opiszę. Strachu, przerażenia, zatrzymującego się serca, oddechu i włosków stających w dziwnych miejscach… A potem pluję sobie w brodę, gdy uświadamiam sobie, iż ów mokry ssak przez cały czas mnie obserwuje spod kępy dzikiego misiowego czosnku. Cwaniak jeden…

Nie zdążę z powrotem włączyć aparatu. Tylko patrzę jak śmiejąc się do rozpuku i ksztusząc się wodą płynie dalej, w swoich sprawach… więc wspinam się na moją ścieżkę. Na owa dziwną, zagubioną miedzy polami, której nikt tak naprawdę nie zna. Na ścieżkę teraz pełną zielonych, soczystych, młodziutkich pędów i błękitnego nieba. Już wkrótce zielone zmieni się w złote, a potem w dziwną, ciężką prawie kremową biel… i chlebek. Bo w końcu bogactwo jest niczym, nim nie napełni brzucha. A głupio tak pogryzać ino monety, co nie? Zresztą, jak potem załatwić wywóz takiej kupy?

Ścieżka jest nagrzana, z jednej strony parna ściana, z drugiej dziwny, mroźny, szalenie sopelowy powiew… ech! Wyspa jak zwykle robi co chce!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zbrodnie Jofilizowanych Światów… została wyłączona

Pan Tealight i Walpurga Wątpliwości…

„– Bo ty to mnie w ogóle nie kochasz!!! – rzucone w nieistniejące przestrzenie, przytupnięte, siąpnięciem nosa przygwożdżone i na dodatek trzaśnięte drzwiami… pozostawiło wszystkich mieszkańców Chatki Wiedźmy w niemym osłupieniu. Bo trzeba przypomnieć, że mieszkańcy owej znamienitej budowli, poza Wiedźmą Wroną Pożartą, byli ściśle i protestująco bulwersująco, zapatrzeni, niereferomowalnie… męscy… więc nie dziwota, że ich oszołomiło takowe wyzwanie rzucone spod zachodzącego słońca, ale nie zdziwiło.

Oczywiście, że wszyscy, począwszy od Tuptaka w lodówce, poprzez pluszowe misie i obrazy, przez dziwnie witalne śmieci w toalecie i towarzyszącego im Bulgota, poprzez Chochela i Tajemnicze Stęki Kuchenne… Trolle Skryte z podsufitki i oczywiście samego Chowańca Wiedźmy, który jednak nie był z największych się zastanawiających, przez Ducha Pewnego Mężczyzny i Dziwne Inne Byty, wszyscy myśleli, że na pewno TYM RAZEM nie może chodzić o nich!!! Ale i tak się bali. I gdy tylko Cień Wiedźmy troskliwie podążył za nią, zabierając po drodze kamienie i nieodłączną butelkę, oraz pluszową torbę z posiłkiem wielu stron… zaczęli się uciążliwie, i boleśnie biczując wszelkie wspomnienia, zastanawiać.

Bo jeżeli nie o nich, to o kogo, a jeżeli o nich jednak?

A tymczasem sprawczyni owego pomieszania z zaplątaniem była już w połowie drogi do celu, chociaż tak naprawdę nie wiedziała dokąd idzie. Nie miała planu, zwyczajnie coś ją pokusiło, coś ją przydusiło, coś załkało we wnętrzu zagraconym, coś zaliczyło kolejnego dołka jedną piłeczką… więc uciekła Wiedźma Wrona. Od siebie. Od wszystkich trzech siebie… przed samą siebie oczywiście. W Wyspę. A ta już czekała. Bo w końcu nie działo się tutaj nic, o czym Ona by nie wiedziała. Byłoby to doprawdy niegrzecznie, tak się bezczelnie dziać na niej i w niej bez uprzedniego powiadomienia, zaproszenia i wysłania kosza z odpowiednimi przekąskami.

Ogniki Postrzelonych trzaskały lekko poruszane nieistniejącymi siłami, tymi, które jeszcze nie były zdecydowane na narodzenie się i ujawnienie w tej płaszczyźnie, ale uważały za całkiem zabawne takie zabawy z krzemykami, ponad dziwnie gęstą, zawodorostowaną powierzchnią wciąż jednak aksamitnej wody morza. Ona zresztą też tak uważała… w końcu dlaczego nie?

Nikomu przecież nie szkodzili…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Dziecię ognia” – … i sensacja. I po mordach i kilka rozwałek. magia wiruje w powietrzu, ale nie stacza się, nie tworzy wielkich zaklęć, unika pokazowości… ot kilka wilków, trochę plucia ogniem, odpadające głowy i dziwne miasteczko. Oraz fabryka zabawek, a to już jest poważne!!!

Oto miasteczko, które zapomniało, że istnieje na świecie coś takiego jak dzieci i płomienie, oraz magia, o której niewiele mowy, poza tym, że istnieje, że kiedyś coś zrobiła, że nasza dwójka głównych bohaterów jest nią jakoś obdarzona. I tyle. Wiele pogoni, wiele walk, ciągła niepewność… i to wszystko. Bo magia to tylko taki dodatek, ot sprawczy ciąg, od którego wsio się zaczęło, ale kiedy co i dlaczego… cóż, nieważne. I choć nieważne i nieopisane, to i tak wciąga.

Bam bam bam… w łeb, po łbie, ale przeżyjemy przecież. Bo kto jak nie my? No nie ma takich innych mocnych!

Nie wiem co mnie wciągnęło, ale wciągnęło. Może to te niedopowiedzenia, może owe nieścisłości, brak magii, dziwy i ochłapy, może ten ciągły pęd i niepewność… nie wiem, ale wciągnęło, pożarłam książkę i tyle. Nie wzbogaciła mnie, nie rozwinęła, ale dała rozrywkę. Nie zakochałam się w bohaterach, bo dajcie luzu, nawet nie można ich naprawdę poznać, nawet z tych rzuconych półsłówek udało mi się stworzyć tylko luźny obraz ich życia i osobowości… ale mimo pewych braków, bawiłam się.

Dla tych co lubią jazdę bez trzymanki, ciągłą adreanalinę i wybuchające latorośle i robaki. Tych co wybierają sensację… nawet jak nie przepadacie za magią, nie bójta żaby, nikt tutaj nawet gwiazdki wam nie narysuje!

Zapada mrok. Powoli, leniwie. Jakby utyty na dziennym wikcie, bo kto to widział jeść podczas snu no!!!??? Ano więc taki utyty rozlewa się on swoim owym opasłym brzuszyskiem po wschodzących już, ostrą zielenią budzących się, zbożach i kwitnących krzewach… po owocowych drzewach, które już wypuściły liście i teraz zabierają się za różowawe pąki, po latarniach, które powoli się żarząc opowiadają sobie wzajemnie straszne historie: o wisielcach, co ich sznur łaskotał i topielicach, które za nic nie mogły wziąć ostatniego łyka i o gałęziach, co zamieniają się w koty, robia wielkie kupy pod oknami, a potem świat znika…

No tak, bo mrok ma to do siebie, że ekologią wonieje. Bo zboża co jak co też mają hopla na punkcie budowy masy, owych prężnych trzonkach, ostrcyh kłosikach, krawędziach drażliwych i kolorach dobitnych. I potrzebują… no kupki. Takosz więc pachnie, właściwie mniej więcej dzień w dzień pod niu… Mrok na Wyspie kupą. Strasznie się znaczy wali silnie gówienkami, zapach zdaje się nie tylko wchodzić do nosa, ale czepiać się skóry i włosów, a nawet paznokci, a na dodatek bezczelnie przeciskać się przez naskórek, do skóry właściwej i dalej…

… no śmierdzi strasznie! Ale ekologicznie!!!

Mrok Wyspy powoli oklapuje, już się nie posuwa, jakby przysnął, może ukołysany ostatnimi ćwirknięciami, kraknięciami i świrgusiami. Opada na wszystko i wszystkich, i lekko poddusza, a mimo to wciąż niebo jakieś takie jasne, niebieściutkie, jakby buntowniczo pokazywało język, grało na nosie i ogólnie sprzeciwiało się przymusowemu zaciemnieniu. Cwaniak! Cała reszta kieruje się już ku jakiemukolwiek posłaniu, ku jakiejś miękkości, znajomym zapachom i wygięciom mebli, znajomemu ciężarowi koca i kołderki. Pieśniom piór. Może jeszcze książka przed snem, może jakiś film, ostatnia przekąska, tylko coby za mocno mie nakruszyć… pilling nocny niewskazany!

A za oknem budzą się ci, co wolą noir. Jeże szaleją, jakby im się coś pokićkało we łbach. Jeden przyszedł do Chatki Wiedźmy i za wszelką cenę, choćby miał wygryźć zaprawę, poluzować cegiełki, ogólnie poruszyc i nieba i ziemie wszystkie, chciał się dostać do środka. A gdy już ktoś się go zapytał o co mu chodzi i kogo zapowiedzieć, to zdębiał lekko, zbrzozowiał, osowiał się, ale nie zwinął w kłębek, leciutko tylko zapiszczał i szepnął: chyba to pomyłka?

Może i jasną nocą stwory noir jakoś tak lunatykują? A może to jednak owa ekologia w powietrzu?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Walpurga Wątpliwości… została wyłączona

Pan Tealight i Uciekająca niePanna Wiedźma…

„Nie żeby ją ktoś związywał, czy inaczej motał, zaszywał jej członki lub ekscytująco istotne, grzeszne otwory, upijał dekoktami, raczył naparami spowalniającymi, tudzież pigułkami, groszkami owymi odbierającymi całkowicie świadomość… wiecie, akurat z tymi ostatnimi to serio nie należy przesadzać, bo jak traci się jedną świadomość, to istnieje spore ryzyko zainfekowania obiektu całkiem inną, całkiem rąbniętą może i bardziej dziwacznie skonstruowaną, brudną i niepoukładaną, ogólnie obcą i serio obstrukcyjnie ohydzką… No wiecie, lepiej nie przesadzać. Czasem lepiej przecierpieć. A nawet i żartować o tym tak niezbornie. Bynajmniej, znaczy jak dotąd, bo po dziś wiele się zmienić może, Wiedźmie Wronie Pożartej nikt niczego nie ograniczał, ale i nie ułatwiał jej nadmiernie, ale i nie ograniczał…

Poza nią samą oczywiście.

Bo dziś ona się wymknęła. Znaczy wymknęła się wszelkim strażom, nawet owym pluszowym, które lekko zmęczone jej nocnym zatrusiem… spowodowanym oczywiście przez magię złośliwą, podrzuconą coby jej bytność ukrócić forever and ever… Dokładnie mówiąc chodziło o złote, zaczarowane ząbki Biltzkriegowej Kukurydzy. Podrzuconej przez Zawszoną Wściekłą Dłoń.Większość nie poddaje nawet urosnąć w sobie myśli, że coś poza fasolą i różami, jabłkami w starczych dłoniach i może pętem kiełbasy, może być zabójcze, ale cóż, magia też nie śpi. Często macki zanurza w tym, co zdrowe i bez cholesterolów, wiedząc jak ku ntemu wielu łaknie… i zmienia w brońc wszystko od listka sałaty po pomidorka i ziemniaczka. I w ten sposób dostała się do wnętrza Wiedźmy Wrony Pożartej. Jako zdrowie… I dzięki temu wnętrze Chatki Wiedźmy ujrzało spektakularną fontannę. Połączenie nosorożca z rzygaczem, wypełnione wszelkimi kolorami nietęczy. Czasem to aż mury i okna nie mogą się nadziwić jakże bogate mają wnętrza ci, którzy w nich mieszkają. I jakże nieczęsto je pokazują, pewno z powodu owej ich specyfiki…

Możliwe iż właśnie wciąż unoszona ową trucizną jeszcze dławiącą jej wewnętrzne kartki… może nakryła sę Cieniem Ostatecznym? Nie wiadomo. Bynajmniej wysmyknęła się im jakoś. Nawet Chatka była pewna, że nie wychodziła, przez żaden z jej otworów… Ale jakoś przecież chyba wyszła, przepełzła, przeniknęła. Nie żeby jej ktoś bronił, bo to serio może tak brzmi, ale nie o to chodzi… raczej o to, że zwyczajnie, przez wredny przypadek, przez całkowite skołowacenie losu, no coś mogło się za jej przyczyną zacząć… a potem skończyć całkiem niefajnie!!!

Powlokła się – zgodnie z zapisem przypadków – na polanę. Na polanę, na której właśnie odbywał się zlot Melkebottenów. A ci panowie ze słonecznymi, puchatymi główkami są aż nadmeirnie goscinni. Aż nadmiernie chciwi wszelkiego towarzystwa, w swej elegancji i prostocie, zdolni są zrobić wszystko, byle tylko zwabić do siebie JAKĄKOLWIEK kobietę… a potem ją zwyczajnie zjeść.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Książki na dziś – znaczy wiecie, dokarmianie ptaków zalecane nie tylko zimą… Ptaszydeł szczególnie, znaczy tego jednego, bo w końcu taka może być ino jedna, z większą ilością świat by się nie kulał!!!

Z cyklu przeczytane: „Takeshi cień śmierci” – … aż się napaliłam. I do końca nie wiem dlaczego. Mój związek z literaturą Kossakowskiej zawsze był burzliwy. Raz powalała mnie na łopatki, potem znowu wznosiła pod niebiosa. Ostatnia jej powieść, kosmicznie-kulinarna, poprawiła mi tak humor, że postanowiłam ponownie postawić na Maję Lidię Kossakowską.

I nie wiem co powiedzieć…

Z jednej strony powieść ogromna, widać, że było to marzenie autorki, subtelnie pokręcona i niesamowita, wydanie piękne, rozpisanie, układ, fabuła, wszystko jest… i zaskakuje. A z drugiej, nie wiem, ale może to nie moja po prostu bajka? Chcoiaż w niektórych bohaterach się zakochałam, skaradli mi serce, sponiewierali i już jestem tylko ich… a cała reszta? Cóż, krainy wiśni wciąż pokwitających nigdy mnie nie ujęły, w Kill Billu też się nie kochałam, więc… a jednak mimo wszystko mnie zaintrygowała, wciągnęła, zawiała owym kimonem, mieczem ogłuszyła. Może to poprzez owe tajemniczości? Umiejętność rozkładu akcji tak, by wciąż trzymać biednego czytelnika w szachu… że jak nie zostanie do końca, to się nie dowie?

Nie wiem, ale coś w tym jest. Może to ta współczesność w języku i ruchach bohaterów? A może jednak skąpe krajobrazy, cudnie surowe jak być powinno… Moim zdaniem znajdzie się wielu, którzy się w tej prozie rozkochają, ale i wielu, którym coś nie podejdzie. Ale w końcu o to chodzi w literaturze, o wybory i dostępność zadowalaczy dla każdego. I choć to nie moja historia, za bardzo przewidywalna, trochę przyciężka miejscami, potem znowu skacząca pod powałę w kolejnym krwawym rozbryzgu… to jednak polecam. Bo w tym coś jest… a coś, to często dziś zanikający byt.

Miejscami wiosna przekształciła się już w listki. Jedne dziwnie są nieśmiałe, inne znowu wściekle pewne siebie i zadziorne. Jak się zbliżycie nazbyt nagle, to rozedrą wam skórę bystrym pociągnięciem. Dopiero w domu, pod prysznicem, ostry ból w ramieniu uświadomi wam, że owa woskowo zieloniutka niewinność też m pazury. I całkiem sprawny układ zębowy! Dlatego nie należy wierzyć Wiosence. Oj nie… tym bardziej, że w tym roku serio jest z niej podejrzana baba!

Cała reszta Wyspy tkwi w kwieceniu się. Tutaj przylaszczki i zawilce dopiero się roztwierają, lekko zaspane, zdziwione, że spóźniły się na tort i zapomniały wziąć ze sobą prezentów. Na krzakach porozpierały się Wszelako Młode Panny. Maleńkie bielutkie gwiazdeczki kwitną szybko, powoli i dostojnie opadają płatkami na trawę, a potem nikt już o nich nie pamięta. Ale przez chwilę były wszystkim… głównie to dla siebie, dla siebie na wzajem. I wystarczało im…

… ale za zakrętem, za zakolem, dzierżąc w jednej oszronionej macce potęgę Wszelkomożliwości i w drugiej z milionów bicz Bosięmitakpodoba… jest on. Przemrozek.

Oj tak, w powietrzu czuć Ją. Zimę. Co zabawniejsze, w oczywista pokręconym ino moim umyśle, to nie czuć jej było tak w grudniu! Nie przeszywała tak płuc dziwnym, czystym i ostrym tchnieniem. A przecież teraz… przez chwilę wydawało się, że to Wiosna pomyliła perfumy i spryskała się nie tym co trzeba. Ale teraz, jakoś po tym całym czasie, nie wydaje się to być pomyłką roztrzepanej… więc o co w tym wszystkim chodzi? W majówce, która całkiem iż możliwe, że stanie się śniegową? No dobra, może nie na Wyspie, ale i tutaj tyłki może nocką zmrozić. Czy to dlatego teraz tak słońce pali? Wszystko stara się dotrzeć jak najdalej w płodzeniu, by po prostu nie nadganiać potem?

Nie mam pojęcia, ale korzystam. Korzystam z jasności i światła, z owych nocy, które już powoli stają się tak dziwnie jasne, z owych prysznicy branych w ramionach zachodzącego słońca i dziwnie ciepłych płytek na tarasie. Ale też jednocześnie staram się pamiętać, by schować tyłek, bo czasem Przemrozek się przepchnie, zawieje i capnie za dupsko!!! Zboczeniec! Może i to ino brat bliźniak Pryzmrozka, ten, którego mamusia nie kochała i ogólnie mówiąc ma tylko mnie… bo jak dla mnie to Zima jest tą najpiękniejszą… ale i tak… boli capnięcie!

Wyspa rozbrzęczała się pszczołami, w dziwny sposób, strasznie natrętnie ganiają mnie wielkie bąki, jakieś chiba na GMO pędzone… więc mówię wam, ten rok nie będzie zwyczajny, oj nie!!! Tylko szkoda, że nie wiem, czy owa niezwyczajność będzie okej bardziej, czy mniej okej? W tej sprawie jak na razie moja Wyspa milczy przekornie… ech, przekomarza się, czy co?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Uciekająca niePanna Wiedźma… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmiej Zbrukaności Przypadki…

„Nie chodziło o czystość rasy… nawet jeżeli możnaby uznać wiedźmowość za takową rasę, rodzinę, grupę, podgrupę, stan niezbyt do końca faktyczny, miejscówkę do wariatkowa wliczoną od narodzenia… Bynajmniej nawet gdyby, w końcu Wiedźma Wrona Pożarta, zwana Ptaszydłem, też ocierała się często o przeróżne Twarde Komisje i Uciążliwie Wielce Etykiety, ale jakoś się nie przyczepiały, wystarczało poczekać aż przyschną, potem zdrapać i voila!

Znowu jest w 99% czysta!!!

Chodzi o zwątpienie. Zwątpienie, które ogarnia takie dziwne, niewierzące w siebie kompletnie jednostki, w których nadzwyczaj dzielnie starają się zamieszkiwać różne osobowości i w ogóle… Wiecie, no chodzi o to… Że prawdą jest, iż takich jak ona, to chyba nie ma. Należy to przyjąć i przejść nad tym do porządku dziennego, czy też nocnego raczej, ale… problem w tym, że jej to nie wystarczało. Bycie takim cudnym dziwactwem nie miało dla niej tego wymiaru, jaki miało dla otoczenia. Owego dziabania patykiem i sprawdzania c zrobi. Czy ma łaskotki, czy jednak nie, a zje tę kupę?

A w ogóle to czy to jest jej otwór gębowy? A może nie?

Dzień w dzień Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki brukała się myśleniem o byciu… no o byciu niesobą. O przymierzeniu jednak tego jarmarcznego pantofelka, a nawet samobójczej misji z wrzecionem… o tym jabłuszku, kuszącym w ręku dziwnej, wrednie straszliwej starszej pani, o butach za wielkich i schodzonych, o kapeluszu – a dokładnie czapeczce i o stoliczku, o chuście… O obrazach co gadają dziadem i ścianie, co się nie odkłania i o górze, tej od allejkum i tej co przyszła w końcu, bo tak miało być… I oczywiście też o lustrze. O lustereczku… i o pierścieniu, który tak łatwo obraca się na palcu. Raz, dwa i trzy… i więcej.

Bo przecież mimo wszystko, mimo stworzenia, mimo wszelkich mocy… nikt i nigdy i w ogóle, nie powinien przestawać marzyć. Chociażby w końcu tak serio, to ten ktoś strasznie się wstydził tego, co robił. Tego, co pragnął. Owej skóry, którą wyciągnął z narniowej szafy i jednak postanowił… przymierzyć.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Wszystko zostaje w rodzinie” – … i już. Wsiąkasz tak jakoś. Zżymasz się, że to lub tamto już było, ale jednak przecież nie puszczasz, co nie? Bo jakoś cię ci bohaterowie trzymają w swoich mackach… znaczy się tam skrzydłach, co nie… no i nie puszczają. Może czasem i niektórzy ząbkiem zadrgają nad aortą, ale przecież gatunki na wymarciu dokarmiać należy, co nie?

A te, no raczej mocno wymarłe…

Bo sprawa się ma jak zwykle między wampirycznymi, no tak mają lekko przegibane, oraz futrzanymi, tymi od Czerwonego Kapturka, czyli wiecie, pamiętając z poprzednich tomów… chodzi o wszelkich z naszą Dorą spokrewnionych. I ponownie bawimy się w magicznej części świata… okej kto się bawi, to się bawi, ale jest namiętnie, okrutnie i pewien piekielnik robi jajeczniczkę!!! O czym to ja? No wiecie… Dora ponownie bierze sprawy w swoje kły, łapy i dłonie!

Wiem, wiem wiem… po poprzednim tomie nie byłam pewna, czy brać się za kolejny, ale mam nerwicę natręctw i słabość pewną do niektórych bohaterów tego cyklu stworzonego przez Anetę Jadowską… Bardzo grzeszną mam słabość. Przyznaję się! I nie, nie będę tego leczyć! Never! Po prostu dobrze mi robi, bo jakoś tak wiem czego się spodziewać i chociaż pewne sprawy działają mi na nerwy, to jednak się bawię. Wczytuję się i jakoś mi magia lepiej potem we krwi krąży!

Tym, którzy nie znają cyklu szczerze nie polecam! No serio, jak chcecie czytać, to od początku, zaopatrzcie się w pierwszy tom, a potem pogadamy. Tym, którzy cykl o Dorze Wilk znają, cóż, albo polecać nie trzeba, albo zwyczajnie wiedzą, z czym się ową osobniczkę jje… znaczy, ekhm, chyba że ona zje was.

Jakby tak można po prostu iść. Przemierzać Wyspę nie martwiąc się ni o aprowizację, ni o wydalanie… gdybym w jakiś dziwny sposób mogła być w każdym miejscu jednocześnie, w każdym momencie, w każdej chwili… Gdy tylko słońce wyłoży akurat owe specjalne złote, głębokie promienie w lesie, albo muska kamienie, jak szalony i całkiem nadgorliwy zboczeniec. Gdy fale są takie, jakby ich nie było, a powierzchnia morza wygląda po prostu jakby głęboko spała oddychając równiutko. Albo gdy słońce nie przedziera się przez ciężkie deszczowe chmury, a tylko wyrzuca jakąś taką połyskliwość z siebie i po prostu wszystko obsrebrza…

Bo każda chwila się liczy. Każdy moment jest jakoś najpiękniejszy, szalony, niesamowity i jedyny. I głupio by było tak je stracić… a jednak, przecież nie mogę się rozmilionowić, co nie? A z drugiej strony, może bym mogła? Ale też i po co? Gdybym wszystko zobaczyła, wszystkiego doznała, wszystko odczuła, to za czym bym tęskniła? O czym bym marzyła? Na co byłyby mi te dziwne, szalone sny. Jak dziś ta zimowa aura, dziwny las przy drodze, chatka na górce, a na drodze zaprószonej staruszka z koszykiem jajek barwionych naturalnymi sposobami. Buraczek, zioło, cebulka… I książka zakopana w ziemi. A potem i złota kaczka…

Cóż… szaleństwo!

A jednak wciąż i tak próbuję. Zobaczyć to i tamto. Poznać każdy pąk, każdy korzeń, każdy rodzący się listek. Być Matką Wychrzestną dla każdej pestki, każdego nasionka, nawet tego, które nosiłam przez pół dnia na policzku pod okiem. Bo czemu nie? Przecież żyjąc tutaj głupio się tak ograniczać. Mając mniejszą powierzchnię można jakoś tak zwyczajnie i nadzwyczajnie zobaczyć PRAWIE większe wszystko. Nawet jak tak szalenie co roku jest inne. Nawet jak tak potrafi zawsze zaskoczyć… nowym kolorem zawilców, no kto to widział, coby w fuksję się ubierały?

Wszystko tutaj jest możliwe. I chociaż tak naprawdę to przeraża, to jednak można się przyzwyczaić! a raczej trzeba, bo nie ma sensu nie wierzyć. Tak zwyczajnie, nie ma całkowicie sensu! I nie chodzi o zaskoczenie i niespodziewajki, po prostu nie warto zatracić ową dziwną, pozwalającą zobaczyć wszystko… umiejętność. Bo jeżeli wierzy się tylko w to, co opisane, co udowodnione, to jednak zamyka się oczy na to, co jeszcze jest cudowną, słodką tajemniczością.

Czy chcę wszystkich informować o moich odkryciach? A ni HU HU HU!!! Po prostu taka jestem zachłanna. Nie dzielę się swoimi tajemnicami. Są moje, tylko moje, wszystkie są po prostu… moje!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmiej Zbrukaności Przypadki… została wyłączona

Pan Tealight i Życie Wymykane…

„Welu mogłoby pomyśleć, całkiem mylnie zwiedzeni ową wizją popapranego wiedźmiego umysłu, kłamisza niezbornego, że Chatka Wiedźmy stała na całkowitym Mniejszym Krańcu Świata. Wiecie, odcięta, odseparowana, odludziona, całkiem wydepilowana z żywotności człowieczej, wstydliwie skryta i unikająca kontaktu z innymi elementami architektury, mniej czy bardziej, nieruchomej… Ale w rzeczywistości było to owe widzimisie ich obydwu… znaczy Chatki i jej Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki. Cóż, każdy żyje w innym świecie… Ale dla większości widoczne było, że przy wąskiej uliczce, podglądającej z jednej strony pola i lasy, z drugiej ciągnącej ku morskim falom, chatek stało kilka.

No wiecie, stać sobie mogły, bynajmniej nie musiały znajdować się w polu widzenia, dziwnym i zmiennym, ani Wiedźmy Wrony ani Chatki. Pierwsza udawała, że poza jej maleńkim domkiem i ogrodem, poza drogą i polami, lasami i rzekami… tak serio to są tylko budynki takie, jakie akurat są jej przydatne. Bo przecież pamiętajmy, że Wiedźma domy kocha szalenie, współczująco, głaszcząc elewacjie i mrugając do okien. Nadmiernie mocniej niż ludzi, a już ogólnie nie uwzględniających tych, co wciąż żyją… albo tak im się wydaje. Cóż, wolno jej…

Jednak… obydwie zdawały sobie sprawę z owej obecności oddechów, duchów, snów i cieni. Wielkiej, dziś na przykład szalenie bombardującej, wstrząsającej ziemią i migoczącej ścianami, wprawiającej szyby w dziwne, lękliwie i rozpaczliwie pozbawione podniecenia drżenie. I dlatego dzisiaj wymknęły się życiu. A dokładniej wymknęły swoje życie, zabrały je pod pachę, jedna podciągnęła portki, druga tynki, zrzuciła fundamenty i poszły sobie zażyć życia… życia wymykanego.

Tego, które się łapie, jak już się nie daje trzymać. Tego, po które się sięga, chociaż tak naprawdę nic nie można już wcisnąć… tego, które doprawdy przelewa się przez pełne i dziurawe, a jednak wciąż go nie brakuje!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Demokrator” – … ej rzeczywistość. Nie da się przejść obok niej jakoś tak nieświadomie. Musisz zareagować. Możesz się wkurzać, rzucać jajkami, zgnitymi kartofelkami, tudzież jakąś inną skupioną, w momencie uderzenia wymykającą się smrodliwym rozbryzgiem mazią… albo możesz trzymać to w sobie i udawać, że ciebie to nie rusza.

Albo wyśmiać to w diabły!

Opisać tak, że człek z jednej strony się pokłada, a z drugiej, gdy fala głupawki przemija, jakoś tak się zaczyna zastanawiać nad wszystkim i nagle… nic już nie jest śmieszne. Właśnie to mi się przytrafiło przy czytaniu powieści Piotra G. W pewnym momencie jakoś mną tak przywaliło, że nie mogłam się ruszyć… bo gdy nagle zyskacie pełnię obrazu, obrazu owego dziwnego świata, obrazu strasznego i odrażającego, jakoś tak no odechciewa się wszystkiego.

Oj tak, porównują go do Pratchetta, ale… to nie to. To opowieść, która miesza w sobie wtręty rosyjskie, z okresu świata wybitnie poprzedniego wieku, komunistyczne szturmówki i wszelako pochwalny obowiązek wobec narodu z owym ckliwym abdsurdem naszej współczesności, co to miała być złotym wiekiem czy czymś w ten deseń… no i na dodatek jeszcze coś, co przypomniało mi Krainę Oz. Tia, wszystko w jednym garze, zamotane kopyścią i jest powieść. Powieść, która jest ogromną robotą. Pewnym cudem literackim, ale i wkurzającym kopniakiem w dupsko… to dupsko co wolałoby nie wiedzieć, nie myśleć, nie robić nic. Autor stworzył nie tyle inną krainę, ale zwyczajnie wydobył wszelkie lęki z przeszłości i przyszłości, wszelkie absurdy i durnoty… i opowiedział o nich podrzucając nam intrygujących bohaterów. Jednemu brak serca, drugiemu odwagi, trzeciemu mózgu… a czwarty jest kobietą. Poza nimi jest oczywiście świat. Owa utopia na rzut oka pierwszy, ale drugiego już lepiej nie rzucać.

Czy polecam? Jako literaturę tak. Jako poczytankę dla nadmiernie inteligentnych… ech, no niekoniecznie, chyba że naprawdę jesteście silni, jeżeli potraficie odrzucić wrażliwość i tylko się śmiać. Bo mimo owej dowcipności, cudownie rozrysowanego świata, spójnych historii, niesamowitej spostrzegawczości autora… można serio popaść w niezłą depresję! A latających małp brak…

Wzburzone wody ostatnio strasznie targają Wyspą, ale jednocześnie Państwo Wiatrostwo się na niej nie pokazują… więc liście zeszłoroczne trzeba posprzątać samemu, nie ma co. Wiatr za nas ich nie wywieje! Szpaki Nakrapiane jak szalone klekoczą, dumne, że po owych wietrznych zimowych dniach i nocach troszkę się gałęzie i drzewa przerzedziły i głośne oraz zadziorne, płodne Wronie Plemię, musiało odpuścić kilka lokalizacji. Prawdopodobnie dostała się im nawet Czereśnia Strażniczka, bo ostatnio jakoś… Wiedźma Wrona chyba nie tylko z powodu Chowańca wyspać się nie może.

Za niektórymi płotkami pojawiły się znowu kury, zmartwychwstały skądś koty i jeden strasznie szczekający upierdliwiec. Oj tak, bo u nas na Wyspie, to sporadycznie ktoś na kogoś zaszczeka… W powietrzu burzą się niecierpliwością bzykacze, w szczególności bąki w tym roku strasznie lubią istoty magiczne. Jakby coś wiedziały, ale wydusić z nich jakieś wiadomości, to wiecie… po trupie. Prawdopodobnie raczej ich trupie, bo mimo mikrości w ludzkim świecie, jednak dla takiego bączurka Wiedźma Wrona była jakimś tam obrzynem!

Znaczy no… olbrzymem!

Ogólnie w powietrzu wre robota, więc może i wody się wzięły za sprzątanie? Wywiać stare wodorosty, poczesać te wciąż w użyciu, jakoś pogilgotać owe nowe, niech rosną na chwałę Podwodnych Mocy? Stare, zmurszałe, z odpadającą łuską i ością na zewnątrz, syrenice na przemiał, a nowe… cóż, no nowe to pewno trzeba sobie dopiero zrobić? Podobno jest nowa teoria, że Syreny, zwane tu często Portowymi Damami, to tak naprawdę Utopce. Ale te, co to strasznie się zapatrzyły w swoje odbicie w momencie pierwszego utapiania się! Cała reszta zostaje zwykłymi, tymi o poplątanych włosach i zawsze obciekających szatach, pociągających ku toniom, dziwnie skąpym, gdy chodzi o poważne rozmowy… ale te, które z ostatnim oddechem wciąż widziały tylko siebie, uświadamiając sobie, że nic więcej im nie trzeba, zostają syrenami.

Na Wyspie Portowe Panny są niezmiernie ważne. W końcu recyckling Turyścizny przebiegać powinien dobrze, bo i po co się mają na pięknie wzburzonej toni jakieś niemalownicze szczątki kołysać?

I tym właśnie one się zajmują.

Niektórzy mówią, że czasem są nawet nadgorliwe, ale co tam, młódki to są przecież niewinne… jak im się młodzian spodobał, to co nam osądzać? Damy mają jednak już inne zadania, nim zmienią się w Staruchy. Mają uczyć i nagbywać tych, co głupotą łyskają. A Staruchy? Cóż, one są rozrywkowe… nim przemienią się w syrenice, nim dopadnie je rozpad ostateczny i odejście, nim dotknie je Pani Skamielin, właściwie nikt im niczego nie narzuca i niczego nie zabrania… dlatego każdy nie może się doczekać właśnie owego etapu. Wolność!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Życie Wymykane… została wyłączona

Pan Tealight i Rumiane Jabłuszko…

„Tym razem o całkiem jak na nią bezecnej porze, czyli w okolicach południa, Wiedźma Wrona Pożarta zapakowała się we włochatą torbę, wzięła do ręki nieodłączne akcesoria i chwiejnym, dziwnie niepewnym krokiem… lekko zawianym, udała się nad Bobkową Rzeczkę. Z jednej strony coś ją goniło i pchało, z drugiej coś wzywało głośno i chrapliwie, z trzeciej i czwartej czuła przymus równowagi, a z góry i dołu, no cóż, raczej nacisk był obecny, jak zwykle.

Dlatego jednak, mimo niechęci wewnętrznej i lekko drgającej zewnętrznej, zebrała się w sobie i poszła…

Należy przypisać nazbyt wczesnej i ciepło-rozleniwiającej porze to, że niczego nie zauważyła wcześniej. Że zaszła aż tak daleko. Owemu bezchmurnemu niebu, kwitnącym drzewom, białym płatkom powoli opadającym, w dziwnie ostatecznym tańcu, na jej policzki. Owej bliskości zieleniących się pól, a jednocześnie i granatowi szumiącego morza. Tym ciężkim i lekkim zapachom zmieszanym w drgającej aurze, nadpływającym tak nieregularnie, zrywami, otumaniających wszelkie zmysły…

Trzeba przyznać, że Wiosna znała się na swojej robocie. I to aż nazbyt dobrze, ale jaki miała w tym cel? I jeszcze wybrać akurat taką broń? Tak dziwną, tak niepasującą do okoliczności, tak nadzwyczaj niepozorną, a jednak zaskakującą w owych okolicznościach natury… i dlaczego teraz? Dlaczego tyle zachodu o jedną, zwyczajną, nawet serio niepozorną, całkiem dostępna dla każdego…

… wiedźmę?

Małe i nadzwyczaj podejrzanie rumiane, aż jakby palące się, jabłuszko toczyło się za dziwnie kluczącą między drzewami Wiedźmą Wroną. Ściskając w ogonku, dyskretnie zaznaczonym urokliwym, niby woskowym listkiem, opis i trasę jej prawdopodobnej marszruty. To je wezwano, a Wiedźmie dostarczono podrobione zaproszenie do udziału w urodzinowym podtapianiu nowego Utopca, i to dlatego, chociaż zwykle tego nie robiła, szła sama, bez zwykle nieodstępującego jej w takich sytuacjach ani na zawiany krok Chowańca, wzdłuż Bobkowej Rzeki. Szła bojąc się i jednocześnie topiąc się w dziwnej, niegrzecznej fascynacji. Jakby serio robiła coś, czego nie powinna była

… jakby popełniała dziwne wykroczenie…

Jakby to wszystko się skończyło? Gdyby nie ta dziwna gałąź, gdyby nie podmuch wiatru, gdyby nie Los… I słoik, do którego wszystko skrupulatnie posprzątano, a potem przewiązano szmatką i wstążeczką w kropeczki i dołożono do pewnej wiekowej wekowej kolekcji…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Wiosna. Dziś było tak gorąco, że serio można było rozłożyć skrzydła, wymotać się z szalików i nawet olać długie gacie! Ułożyć się na nagrzanych kamieniach i piasku, przykryć wodorostami troszkę i w takowym parującym ciepełku zwyczajnie zastygnąć. Słuchać ptaszków jak morderczo się zmagają z wykarmieniem przyszłej rodziny, jak walczą o każdy kęs, jak trelują, by wyrwać jak najlepszą… ogonkę? Każdy chce mieć kogoś, chyba? No mniejsza, ja leżę. Wściekam się, że jednak nie zrezygnowałam z kurtki, ale teraz za późno. Przecież jej nie odniosę. Ciepło mi…

Po prawej rozłożyła się rodzina trolli. Powiększona o noworoczne bliźnięta. Tatuś uczy dzieci, coby nei przyjmowały od rozochoconych turystów wszystkiego… ale jak nagabują, to lepiej brać, a potem dyskutować. W końcu zawsze można odnieść na wysypisko… A urazić człowieka, ech lepiej nie. Zawsze można go sklątwić, zawsze, ale w takim ataku jeden na jednego cóż, zawsze coś może się przytrafić, bo człowiek to sprawa całkowicie nieobliczalna. No chyba, że ma przy sobie czeki i karty, to wtedy da się jakoś go podliczyć skrupulatnie!

Gdy tylko skończył nauki, pozdrawiając, zabrał swój niewielki traktorek i zaczął kosić trawkę dookoła mostu, bo przecież o interes dbać trzeba.

I tak po owych świątecznych dniach zebrali się wszyscy męscy osobnicy, rodzajów wszelkich możliwych, a i kilku dodatkowych na Wyspowym Wysypisku. Tutaj Bliźniaczki Złuskie przyjmują co jest i więcej. Panowie zebrali się ze wszelakimi workami i pudłami. Z jednych dobiega skowyt zdekapitowanych stokrotek i mleczyków, z innych niewypełnionych opowieści o owocach, do doszły ino do pozycji pąku i kwiatu… Cóż, czas pracy w ogódkach uznajemy za rozpoczęty! Trawki przystrzygane od dziś będą co tydzień na przepisową, równą niewiarygodnie wysokość i czesane wiatrem, a co, porządek być musi! Ordnung się znaczy! Pewnych kwiatkom pozwala się rosnąć, ale nie ma się co wychylać, a pąki na gałązkach prosimy już o kwiecenie się, bo to najwyższy czas. Może i wiosna w tym roku dziwnie powolna i rozlazła, ale robota zając i serio ucieknie, jak tak będziemy zwlekać…

Bo serio wiosna jakaś taka w tym roku powolna. Zwykle dzień, dwa, a tu już wszystko wybuchło zieleniami, na większość kwiatków nie ma co liczyć, bo żywot mają wot ino dobowy i jak się człeku obudzisz, to już po wszystkiemu… wita cię ino płatkowy śnieżny taniec przejścia w owocowość… Ale w tym roku załapałam się i na te i na te, zawilce i przylaszczki czekają, nie uciekają, podobnie jak wcześniej śnieżynki i przebiśniegi, zdają się cieszyć ową dziwną powolnością, jakby ktoś czas rozłożył i nie wiedział jak teraz puzzle z powortem w całość zlepić. Kąpię się w owej lekkiej, prysznicowej, powolnej przemijalności, czując, że czas może i dla mnie zwolnił, może w końcu przestał lecieć i pozwoli mi się jakoś no… dogonić?

A może nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rumiane Jabłuszko… została wyłączona

Pan Tealight i Cherlawy Dżin…

„Wiosna.

Właściwie to całe owo podskakiwanie, omiatanie, wyginanie się w niesamowite strony swiatów, przeczyszczanie dziurek na klucze odrzwi prowadzących do miejsc, które może kiedyś odwiedzi, a może i lepiej coby pozostały zamknięte? Potem klamki i parapety, podesty, schodki i drabinki. Przycinanie pajęczynek, zdobienie muszych szkielecików, przeczyszczanie kotów, kręcenie trawkom loczków i patyczkowanie się ze stokrotkami było właściwe dla tej pory…

… a jednak…

Nie żeby to lubiła, nie przesadzajmy niewielu chyba to lubi, znaczy kompulsywność oczywista była w domu, znaczy w Wiedźmie Wronie Pożartej, ale tyż nie kręciło jej sprzątanie. O wiele bardziej chciała znowu prostować chwościki przy szmatkowych dywanikach z IKEA. Każdy co tam lubi, no wiecie. Ale posprzątać trzeba było! No bez przesady no!

Problemy zaczęły się przy kolekcji Dzwonków z Zakurzonymi Duszami, jakoś się zawahała, splątała, jakoś tak dziwnie oklapła, ale to przy Misie z Runami wszystko wybuchło! Jak nigdy dotąd, jakby czekało właśnie na ten moment, na ten czas, na szmatkę z dziwacznymi niebieskimi wzorkami…

W tym całym zamieszaniu, dziwnym osłabieniu, owej nudnej, miernej i przeraźliwie niespontanicznej wiosennej krzątaninie, misa wybuchająca chmurką w barwach znienawidzonej ostatnio fuksji… nie była niczym aż tak zaskakującym. Zresztą w tym stanie, wskazującym na przedawkowanie wersji „Dobra Pani Domu” jakoś Wiedźma Wrona nie była sobą. Gorzej, nie była nawet nikim znajomym. Nikim, z kim chciałoby się kraść te konie, nie wiem po co i tak latają gdzie im się chce i robią kupy, by jeść wielkie torty, łkać na ramieniu…

Dżina nie zauważył nikt. Zresztą serio? Z miski? Z Tybetańskiej Miski? Kto wybiera sobie, nawet nieświadomie, taką kurde lokację?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Brudne ulice nieba” – … bo lubię. A raczej chyba uwielbiam Tada Williamsa. Jak na razie przeczytałam prawie wszystko i mam swoje ukochane opowieści. Takie, do których planuję wrócić, które plątają mi się pod kopułką, gdy tylko zmaykam oczy, które sprawiają, że w codzienności łatwiej odnaleźć fantastyczność. Ale przyznam, że okładka z aniołkiem troszkę mnie zaskoczyła. Nie wielce… ale odrobinę. Dopiero wczytując się w dedykację, zrozumiałam…

Bo czasem autor pisze nie tylko z siebie, ale przede wszystkim do kogoś. Dla kogoś, przez kogoś…

Oto opowieść o aniołach i diabłach. Ale dorosłych, o tych walczących o dusze, o skomplikowanych stosunkach piekło-niebo, oraz o ludziach, którzy tutaj to tak słabo się liczą. Ale przede wszystkim o nadziei… o tym pragnieniu bycia czegoś, co jest PO. Czegoś, co nie mówi tylko: skończyło się. Poruszająca, lekko sensacyjna, humorystyczna, inteligentna, z jak zwykle niesamowitymi bohaterami. Tutaj nic nie jest jasne, przejrzyste, poddane definicjom. Po prostu… jest. Jest tym, czego szukamy, gdy mówią, że kogoś już nie ma. Gdy chcemy by ktoś nam wytłumaczył.

Cokolwiek.

A z drugiej strony, abstrahując od wszystkiego, to po prostu dobra opowieść. O świecie i światach. O duszach, o skomplikowanych stosunkach pomiędzy ludźmi. Powieść fantastyczna, mająca miejsce w jednym i wielu miejscach, pełna historycznych ciekawostek i niesanowitych osobowości. Dobrze napisana. A jednak niektórym może się wydać zbyt powolna, nazbyt mało wystrzałowa… ale warto się przekonać. Nie rzucać książki od razu, nie odpuszczać…

Dziś fale były tak uroczo wyprasowane. A raczej nie… dokładnie to do dziś nie mam pojęcia jak to robili, ale pamiętacie plisowane spódniczki? To właśnie takie były fale, cudownie plisowane. Czasem dzięki mocy cząsteczek, wiatru, tudzież jak mówią inni miniaturowych wiatraczków montowanych na syrenich grzbietach, unosiły się dość wysoko na ułamek sekundy, niczym się załamią, pokazując wszystko. Znaczy się serio wszystko, o wiele więcej niż zobaczycie pod taką spódniczką z poprzedniej epoki. I znacznie bardziej ciekawe rzeczy! Całe połacie złotych i złoto-zielonkawych pól dojrzałych pereł, pałace i zamki, fosy ze zwierzakami, którym właśnie robiono muszelkowy manicure, oraz syreni świat z baśni i wizji tonących…

Oj tak. Mimo rozpuszczonego słońca, co sobie hasało na niebiańskim wybiegu dziś golusieńkie bez żadnej okrywającej go chmurki, bez staniczka na owłosionej klacie z pierzynek, no i bez deszczowych biżuteryjek na głowie… więc mimo ciepełka wiaterek raził dość chłodnawy, a jednak im to nie przeszkadzało. I wszelakie Syreniate i Diobły i Utopce wylegiwały się gdzie popadło. Pierwsze okupowały nagrzane granitowe konstrukcje. Trochę uwierają w ogony i gołe piersi, ale wiecie, zawsze to taki pilling, nie? Za to Diobły i Utopce, jak zwykle pospołu w najbardziej namolnie bulgoczącej wodorostową polewką przybrzeżnej, zadymionej i zasnutej wyziewami watpliwymi, grocie, zażywały tego, o czym lepiej nie mówić, serio…

… nikt nie chce znać szczegółów.

Patrząc na owe wszelkie cudowności Wyspy, miałam wciąż przed oczami wyłącznie owe plisowane spódniczki. Szkolne, w tym dziwnym pieruńsko piekielnym, mrocznym odcieniu granatu, który mi tak ciążył… nienawidziłam go. A teraz spoglądając na fale, które miały ten całkiem inny, dziwnie miękki i atłasowy, ów ciepły, chociaż nader zwodniczo tłumiący mój odruch uciekania przed falami… a trzeba było uciekać, w końcu zmoczyłam się aż nie powiem gdzie! Bo pomimo owej atłasowej niebieskości, morze wciąż jeszcze jest przechłodne!!!

A jednak owym stworzeniom wilgoci to nie przeszkadza. Pod mostem siedzą trolle przejedzone czekoladowymi jajkami i króliczkami, dziwnie nieruchawe i rozleniwione. Oj tak, zaczęła się dla nich sezonowa rozpusta! Myślałby kto, że pogonią może jakąś syrenkę, blondyneczkę z kucykami do płetwy, ale nic z tego. Jeden zaklajstrował się jakąś carmelkową mazią i przyczepił się do kamienia. Ale nie przeszkadza mu owo falowanie, ani nawet lekkie podtopy pływów. Owa całkowita zmienność poziomów. Jest zwyczajnie szczęśliwy! I chyba podobnie z całą resztą wyspowych stworzeń. Bo Wyspa je zmieniła. To, co pojawia się na niej już nigdy więcej, tak naprawdę nigdy nigdy więcej nie jest już takie, jak było przed spotkaniem Wyspy.

Tylko rzadko kto to zauważa na czas i wiąże fakty…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Cherlawy Dżin… została wyłączona

Pan Tealight i Słodka Gębusia…

„Tam gdzie nabrzeże dźgają ostre kamienne włócznie, gdzie malowniczość wody zdaje się zespalać z niebiosami, więc nawet jeżeli komuś przypadnie w udziale piekiełko, to spokojnie tutaj może zmienić swój przydział… Gdzie pierwotność ospale postanowiła nie brać udziałyu w modnej współczesnej codzienności… Dotykając drogi, która oddziela ją od morza, w niewielkim zagajniku, pomiędzy drzewami i łódkowymi w kształcie zrębami grobów… mieszka kamienna Słodka Gębusia. Miejsce składania ofiar, wszelakich złych mocy, miejsce powstałe jeszcze wtedy, gdy Wszelaka Boskość nie wzięła pod uwagę rozdzielenia wód od niebios, nocy od dnia.

Tak naprawdę, to Słodka Gębusia był smokiem kamiennym, który zasnął w momencie formowania się Wyspy, i możliwe, że coż przegapił, że była gdzieś smoczyca, osmicznie wkurwiona, która wciąż na niego czekała, no i na to mleko, które miał przynieść… A on tylko chciał odpocząć. Po prostu mu się przysnęło, gdy przycupnął na falach, gdy pozwolił się im unosić i kołysać… i to trwało troszkę dłużej niż mu się wydawało, niż miał zamiar, zresztą smoki, które są wieczne, jakoś nie dbają aż tak o czas. I bajer w tym, że wciąż się nie obudził…

Wydawałoby się, że to tylko kamienie, pokryte jaskrawym mchem, niczym milusią, włochatą powłoczką. Wielka głowa, otwarta, czasem można usłyszeć jak chrapie, czasem zamlaszcze, potem tułów lekko rozbity na kolejne segmenty i ogon, który niknie w gmatwaninie pni i kłączy. Wydawałoby się, że nic tutaj się nie rusza, że zasnęły statkokształtne grobowce, popioły wciąż jeszcze niewystygłe, że wciąż duchy nie oderwały się od ciał…

A jednak, gdy Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki zbliżyła się do kamiennej, cichej, spokojnej i nieruchomej totalnie, omszonej wiekuiście Gębusi, gdy zaszeleściła sreberkiem z czekoladowego jajeczka… gdy tylko się pochyliła w krzywym, lekko nazbyt rozkrocznym przysiadzie… coś zaburczało, coś nagle zabulgotało, niczym serio bolesna obstrukcja i w załomie otworu ukazała się czerwono-purpurowo-żółcieniowa dziura. Z zębiskami ostrymi, zionąca aromatem bez tictaca… Ale Wiedźma widząc ową nagłą zmianę w ciemności, tylko zamlaskała z rozpaczą, pogłaskała spierzchłe usta dziurze, zamruczała słodko, podejrzliwie…

– Ti, ti, ti dziubasku misiaczku… –

Dziura w odpowiedzi westchnęła i machnęła ją po licu miękkim, ciepłym, lekko szorstkim po brzegach, dziwnie rozdwojonym, ale przyjaznym jęzorem i cmoknęła. Właściwie bardzo elegancko wciągnęła i czekoladowe jajeczko i to marcepanowe w słodkiej, zielonkawej polewce, potem wsłuchało się w szepty i błagania, marzenia zlizało z łzami, westchnęła i zniknęła w załomie, powróciła do snów…

… bo świat to więcej, niż się nawet wiedźmom zdaje.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Łowca złodziei” – … asz się nastawiłam. Nie wiem właściwie dlaczego, ale tak było. Nauczona cudownymi opowieściami o złodziejach, wprost rozpieszczona przez tego potwora! Strasznie cudownie piszącego Scotta Lyncha, no dałam się naciągnąć… i dostałam po łbie. Nie chodzi o to, że opowieść jest kiepska, zwyczajnie nie jest TAK dobra. Raczej lekko nudnawa, przewidywalna, dziwnie dziecięca, i to nie przez małoletniego, głównego bohatera… ale poprzez całą fabułę, narrację dzienie nienadążającą za bohaterami…

Za owo „cliche”!

Ech! W fantastyce, szczególnie tej łotrzykowskiej, człek szuka wciąż czegoś więcej, bohaterów, którzy zaskoczą, zmienności, nieprzewidywalności… a tutaj po prostu ciągnie się powoli opowieść. I ciągnie się i ciągnie. Jakoś tak w połowie czytalnik wie już co było i co będzie i pomimo kilku intrygujących momentów i krótko niestety ukazujących się postaci… przemęczyłam ją. Po następne nie sięgam… zwyczajnie może to nie dla mnie literatura, a może jednak potrzeba jej trochę modernizacji?

Wylęgli się ludzie na ulice. W dziwny sposób nagle horyzont przesłoniły mi kurtki firm rozmaitych, pewno fancy, ale ja tam nie rozpoznaję. Oj wiem, żem niska, no ale może jednak nie… może to ci ludzie na konserwantach tak bardziej jakoś wyrośli? Pną sie ku niebom, wcale nie wiedząc po co i na co? Każdy z nich trzyma w ręku jakieś jedzenie. Dziwnie zagubieni, jakby czując, że coś niecierpliwego wisi w powietrzu, że coś dziwnego wciąż po nich pełza, że tak naprawdę powinni być goli i na plaży gorącej sączyć te drinki z palemką…

… a tu przecież wciąż wczesna wiosna! Wciąż od czasu do czasu zimniejszy powiew się w powietrzu wzburzy, wlezie pod owe skwapliwie motane na ciałach okrycia, porwie do tańca Pannę Gęsią Skórkę… zabawi się, a człowieka znowu zatelepie, zakicha, zakaszle i zasmarczy… No było jednak zippera trzymać zamkniętego, a nie dać się zwieść słonecznymi promieniami! Tosz to nie lato jeszcze! Chociaż lodziarnia otwrta kusi zapachami i smakami, zawiniętymi rożkami, które każdy może mieć, jeżeli tylko nie wisi nad nim rodzic, albo nietolerancja… Zresztą nawet z nietolerancją lody są dla każdego. Dla grubych i chudych, dla tych co ino wodę, czy ino śmietankę, dla tych bezcukrowych i tych bezczekoladowych…

… choć dla tych ostatnich, to piekieła na ziemi!

I nagle świat jakoś staje sie pełny, tak z dnia na dzień. Wyspa dość dumnie chyba, nalicza sobie kolejne kilogramy, fale dookoła docierają wciąz wyżej i wyżej. Świat mi się zagina i ugina. Uciekam. Ale jednak, mimo wszystko mam nadzieję, że innym się powiedzie, że Turyścizna nakarmi Wyspę i da się jakoś przetrwać kolejny sezon, bo przecież o to chodzi w życiu, by przetrwać. I chociaż wydaje się, że Wyspa jest w stanie swoim dzieciom dać wszystko, to jednak… ej, to jednak są i towary z wymiany, co nie? A i przecież inni też żyć muszą…

Bo choć wydawać się może, że tubylcy turystów ino trawią, że pożują trochę i wyplują, że nie chcą by ci tutaj między zębami zostawali na zawsze… bo wiadomo ta próchnica i choroby dziąseł to kicha straszna, to jednak… sezonowość jest piękna. Pozwala uciekać i chować się, zgrywać turystę i kłamać, oszukiwać wszystko dookoła, że jest się kimś całkiem innym. Na przykład w tym roku będę Czerwonym Kapturkiem i kto mi zabroni? Tubylcy nie zauważą, a turyści… przeminą.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Słodka Gębusia… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmie Sprawozdanie…

„Przez ostatnie kilka dni Wiedźma Wrona Pożarta przemykała się przez Wyspę. Zliczonie niezliczona ilość Turyścizny zdawała się deptać nie tylko po jej śladach, ale i po obdartych od nowych butów piętach. A czasem nawet nadeptywać na palce! Te same, z których niegdyś paznokcie nie chciały zejść, a wprost przeciwnie, postanowiły zrosnąć się z książkowością Wiedźmy Wrony na zawsze…

Jajeczny Turnus objawił się w całej swojej okazałości. I chociaż wyznanie, znaczy się cała ta skomplikowana i rozpasana religijność Wiedźmy Wrony Pożartej nie do końca mieściła się w wielkajajonocnych zabawach, w owej pisankowości, odrodzeniu, krzyżykach, pobudkach i spacerach z monstrancją… no dobra na Wyspie ogólnie mówiąc świętowano właściwie ino Łapankę Jajeczną, buzowano emocjami wokół otwartej w końcu Lodziarniowni, spacery, wycieczki, znoszenie całodzienne mniejszych ludzi, czyli ogólnie czas wolny, rodzinny, wysypianie się i lekko więcej ciasta! No i oczywista świętowano powrót turystów na łono konsumpcyjności. No i Cukierkownię świętowano i Czekoladownie wszystkie i jeszcze trollingi na rybkę… chociaż to wiecie, no nie każdy, co co rzygają na łódkach to raczej nie, albo mdli ich od ryby i fal? Ogólnie mówiąc raj spacerów, żarełka nie zmechaconego chemią i lenistwo! A w tym, szczególnie w tym ostatnim niestety Wiedźma Wrona dobra nie była.

Wydawałoby się, że powinna mieć jakieś predyspozycje, wprawę z powodu wyuczonego i wciąż wykonywanego cząstką duszy zawodu… pić też powinna umieć jak gąbusia, a jednak nic z tego! Odszczepienica jedna!

Poganka Ptaszydło!!!

No nie można było jej, nawet węzami, chorobą, czy też twarzowo-skórnym ohydztwem wrzodowym i wytryskującym przy większym powowiewie wiatru… jakoś odwlec od roboty. Nie spała, ino dumała wciąż o zajęciu. A gdy pracowała, chociaż pot kapał jej z nosa, co wciągała bueleleeeeeeeeee… no więc nawet wtedy myślała, co potem. A jednak… a jednak była pewna sprawa, co do której uniki stosowała. Jakoś nie potrafiła się za nią zająć i to potwierdza regułę o jej postępującej chorbie psychicznej, która sprawia, że ni jawy ni rzeczywistości naprawdę tykać nie może!!! Że poza Wyspą, gdzie wszystko jest możliwe, nie była w stanie przynależeć…

A jednak…

Tą sprawą było coroczne, przymusowe i konieczne: Wiedźmie SprawOZdanie. Którego nie składała od lat wielu… I podobno miarka się wystarczająco przebrała, by w końcu ktoś ją dopadł i ukarała za to przewinienie. Aczkolwiek kto się na to odważy? No kto? Kto wystarczająco…

Ałaaaa!!! Tylko drapałem się po plecach!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane i recenzja! – „Prawie siostry” Maria Ulatowska

Dziwnie zapełniają się ulice i ścieżki. Nagle człowiek nie jest już tylko biegnącym dodatkiem do przemiłego psiaka, czy zamyślony dżogingowcem, ale też dziwnie rozkojarzonym i zmarzniętym turystem. Plątają się pod nogami, przystają w nietypowych miejscach, nagle znalezienie miejsca parkingowego dla kółkowych jest wydarzeniem na miano Nobla! Ale przede wszystkim jest milimetr głośnie. Wyspa ugina się lekko pod nowym ciężarem masy i dźwięków. Zadowolona, gdy ją podziwiają, wkurzona, jak tylko komuś coś się nie podoba.

Bo dla jednych ptaszki za głośne, fale za mokre, zieleń nazbyt zielona, a kwiatki zbyt blisko podłoża. Zginać się nikomu nie chce… chociaż są i ci nietuzinkowi. Na przykład dzisiaj widziałam pierwszego Samotnego Opalacza. Znaczy wielkiego, owłosionego osobnika płci wyraźnie męskiej, pozbawionego mimo wietrznej, szczypiącej aury, innego niż własne urodzinowe, odzienia. Leżał jako jedyny przed zadziwionym domkiem letniskowym, tym co ma na imię Pikuś, po dziadku, i się opalał na leżaku jednocześnie czytając coś, co przypominało nazbyt kolorowe pisemko!

Spotkanie kogoś takiego jak on, to jak pierwszy motyl, pierwszy słowik, skowronik, czy co tam trela, znaczy wiosna!

Niby człek przywykł do sezonów od urodzenia, jakoś tak młodziej się z ową cykliczną zmiennością czuje… z nowymi ludźmi, których trzeba unikać, z nowymi modami, autami, wrzaskunami. Z ponownie zatłoczonymi samotniami i dziwną ciągłą dostępnością miejsc, których nie odkrylli i nigdy nie odkryją…

… bo widzicie, Wyspa kocha swoich autochtonów. Kocha ich tak mocno, że olewa kasę i napływ nowości, te wszelkie poduszkowce i rakiety i po prostu zawsze zostawia coś dla swoich. Jakieś miejsca, jakieś żywności, smakołyki, którymi z nikim innym się nie dzieli, choćby jej obiecali polerowanie głazów, nowe paznokcie, makijaż, botoks na fale i jeszcze kilka plastycznych zmian plaż. Ona woli jednak schować specyfiki dla swoich. Dla tych wkurzających, upierdliwych dzieci ciągle karconych, trzepanych przez ucho, co wytrzymują jej humory i kochają ją ponad wszystko i wszystkich!

Czasem mi się wydaje, że jak większość kobiet z jajami, Wyspa chowa więcej, niż pokazuje. Że owych tajemnych, sekretnych, cudownych miejsc wciąż przybywa… a może to ino skleroza? Cóż, w takim miejscu możliwa jest i baśń i utopia i horror… zgrabnie upchnięte w tej samej definicji!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmie Sprawozdanie… została wyłączona