Pan Tealight i Umierodziny…

„O nie, wcale nie bali się wyjść, nic z tego, mieli swoją dumę by do pewnych spraw się nie przyznawać, a i one do nich też nie. Może i znosiła ten dzień Wiedźma Wrona Pożarta dość zwyczajnie i babsko, może i dąsała się na siebie samą, na obwisy i zwisy, zmarszczki i oklapnięcia, nadmierne merdania skórne, które w jakiś kosmiczny sposób uzyskały dostęp do większej manewrowości… może. Bardziej jednak chodziło o problem natury… no semantykę obraźliwą.

O to, że się nie urodziła…

Pan Tealight łamał sobie nad tym fenomenem głowę od dnia, w którym się poznali… a dokładniej od tego momentu, gdy usłyszał jej historię, który to moment skierował jego baczną, nagle zwichrowaną uwagę, ku antydepresantom, wzmacniaczom nastrojów, a nawet i barbituranom. A najlepiej ku całej mocy wszelakich groszków, pigułek, tabletek i syropików. I nalewek, tak nalewki i zioła z Ogródka Co Sam Sobie Grządki Kopie, znajdującego się w Zagubionym Zakątku Przypadkowego Lasku… ogólnie mówiąc miejsca niełatwego do odnalezienia, były najbardziej pożądane w jego skomplikowanym i dziwnie niestabilnym nastroju rozumowania. A może tylko zwyczajnie był współodczuwającym to, co działo się we wnętrzu lekko oczadziałym Wiedźmy Wrony Pożartej?

Problem jednak, jak to z problemami bywa, miał też swoje dobre strony. No jeśli się nie urodziła, ino poszła do innego światła, to grzechem najwyższej miary byłoby jej naliczać za to rachunek, czyż nie? Więc nie naliczali. A jak wiadomo babom bez matematyki lepiej się oddycha… aczkolwiek tortu nie dostali!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ukryte talenty” – … i tak toczy się życie. Bo niezależnie od wieku wciąż jesteśmy ludźmi. Z marzeniami, pragnieniami, ucieczkami od rzeczywistości, albo wprost przeciwnie, powracającymi do niej. To, że nie jesteś już prężną dwudziestką nie oznacza trumny, kaszkietu i ciągłego przepraszania za to, że się wciąż jeszcze oddycha jakoś! Życie jest różne, rozmaite, skomplikowane i możliwe do użytku do końca… znaczy no do śmierci, a potem jeszcze!

Tym razem bohaterowie nwej powieści James to dusze artystyczne. Pragnące przelać na kartki to, co umościło się w ich wnętrzach. Oddać stronom swój świat i rzucić go na pożarcie stworzonym przez nich samych bohaterom. Ale poza tym, poza światem pisanym, który pozwala im oddychać w tzw. realnym… jest jeszcze zwykłość życia. Ból, miłość, odrzucenie, niezrozumienie, poświęcenie i przemijanie. Czyli wszystko to, co wyznacza ostateczne atapy na drodze każdego człowieczeństwa.

Ponownie przemyślana fabuła, dopracowane postacie. Może nie wszystkie ujmą nas od razu, może niektóre tylko będziemy odsuwać od siebie, ale resztę zwyczajnie da się pokochać. Zrozumieć ich zwyczajność, ale i nadzwyczajność postępowania. Na tacy podane nam zostaną te wspaniałe postacie, które można obrać za wzór, ale i te, które najchętniej zgnietlibyśmy pod obcasem, na betonie krościstym, najeżonym rozbitym na ostry mak szkłem…

Czy Wyspa zważa na wielkie ludzkie emocje? Oj na pewno tak. Wydaje się, że gdy ja płaczę, to i ona coś tam roni, gdy się śmieję, to zwyczajnie odczuwa ulgę, bo z uśmiechaniem jakoś się tak dobrze czuje. Gdy mnie boli, to i jakoś ją tam coś mgli pod żołądkiem, współczulna taka, a gdy serio dół mnie zalewa, bo on ma już tak w zwyczaju i lubi swój zwyczaj, więc się nie zmienia… no to nawet wtedy ona coś tak szarzeje i smutnieje i raczej się smędzi. I jakoś tak zwyczajnie stara się zrobić zupełnie wszystko żeby z ludziem zdołowanym zrobić porządek. Znaczy wiecie, no wyrównać w nim ubytki, zalać, zasypać, zabetonować… ale nie butki!

Ale czasem jakoś tak się zaczynam zastanawiać, no czy naprawdę czuję to co czuję, to co owe ja czuć powinno, co ma wpisane w DNA wrodzone, zapożyczone i to szczątkowe, które lubimy najbardziej? Czy jednak w jakiś dziwaczny i pokrętny sposób, naoliwiony i wzmocniony nitami, jakoś tak weszła Wyspa w krew i nie puszcza. Więc czuję to co ona. Ona ma zły dzień, to i mi jakoś tak wolno leci. Ona ma doła, babskie dni, to i mnie nagle krew zalewa… a jak jej ktoś nadepnie na odcisk, to wtedy umarł w butach na amen i do końca. Zero wskrzeszenia, żadnego dla ciebie nie ma zbawienia, dusz wędrówki, tudzież duchowości…

… no kompletnie nic, ino słodka zemsta…

Zatracenie to element życia na Wyspie, w Wyspie i z Wyspą. A może raczej to czyste niewolnictwo, do którego próbuję tylko dopisać piękną definicję, dorzucić mądrych słówek, bo w tym internecie cuda znaleźć można! Bo przecież bez niej nie można oddychać, bez niej się nie da myśleć i tworzyć, bez niej po prostu umarł bez butów i nudy wszelkie w grobowcu się ma!

A na dodatek na pewno jakieś robactwo się lęgnie, całkiem i to zajebiście, no totalnie niekumate!

To już nie jest nawet coś, co czujesz jako oczy wciąż w ciebie wpatrzone, głosy szepczące, wiatr nad czołem robiące… nie! To coś więcej. Jak trzecia noga, ogon wielce chwytliwy, jak trzecia ręka, dodatkowe, wymienialne palce, jak może i ze trzy głowy na długich szyjach i jeszcze moc ziajania ogieniem, jadem i możliwością zmieniania każdego w muchomorka w zielonym kapturku, pieluszce, chusteczce babci w wielkie lubelskie kwiatki i jeszcze może z łapką na muszki? Do tego kolczyki podróbki, kilka metek źle przypiętych, plastikowe klapki, skarpety frotte…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Umierodziny… została wyłączona

Pan Tealight i Pciowości…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, pomimo wszelakich świadczących przeciwko temu potknięć, słów będących w jej nadmiernym użyciu, awersji ku koronkom, perełkom, sukieneczkom, buciczkom, bobaskom w pieluszkach i kupeczkom, wstążeczkom, różowatościom i w nich włochatym, pulchnym koteczkom… a już wszelakim zdrobnieniom – tosz cholerunia bierze!!! – no więc pomimo… była kobietą. I choć to przerażająca i odganiająca nadmiernie od niej jest myśl, kobietą była, która wymagała „lady traktowania”.

Znaczy się coby drzwi otwierali. Jej zamysły odgadywali z wyprzedzeniem najlepiej przedsprzedażowym. Kłaniali się, usuwali twarde kamyki, chyba że fajne kamyki, to niech oddają natychmiast! By błoto z jej stópek białych ocierali, by najzwyczajniej w świecie dębem się stawali na jej widok, w końcu lasów to nigdy nam dostatek!!! Traktowali jak księżniczkę, ale nie rzucali groszkiem, od groszku ma przecież wiatry, a wiecie damom to nie wypada popuszczać. Znaczy wiać spod kiecy… szczególnie słyszalnie i nazbyt aromatycznie.

Bo cichacza to nie wiem, może i nawet damie można?

Bynajmniej prawda była taka, że w obecnym świata układzie, w owych dziwnych przetasowaniach, wszelakiej poprawności politycznej, owym nie możesz być kobietą-powinnaś być kobietą, mężczyzno być facetem nie musisz, ot tutaj masz rurki, tutaj piersi i karm dziecię, co z twojego silikonowego łona wyszło… no więc pomimo lekko odchudzonej części tylnej Wiedźma Wrona Pożarta nie mieściła się w tym dziwnym przeczącym jej jednemu, samotnemu jajnikowi świecie. W owej teraźniejszości gdzie nie można ino w różowym, ino w kuchni, gdzie nie można byc supermenką, bo przecież każda z bab jest już od urodzenia. Rajstopki i pelerynkę dostają przy poczęciu, a potem umarł w butach całkowiecie! Chcesz być Bodiczeą, ale przeca serio pośród takich samych się już nie wyróżnisz!!!

I wiecie co? No nagle Wiedźma Wrona Pożarta nie jest już dziwna. Bo przecież jeżeli wszyscy w jakiś sposób są… to zostaje jej ino normalność, której nikt nie tyka, bo właściwie nie wiadomo czym ją jeść? Czy otwierać drzwi przed mężczyzną, czy uśmiechnięcie się to już seksis, a podniesienie fallicznego przedmiotu wiąże się nie tylko z podbiegającym psem, ale i oskarżeniem o molestowanie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Małe szczęścia” – … i nieszczęścia. Jakoś tak jest, że czasem dopada nas coś, z czym niełatwo się zmierzyć. Niełatwo też czasem zrozumieć, że ktoś przeżywa to inaczej niż my, że nie potrafi wstać i iść dalej. Popłakać, zajeść, wyzłościć, wykrzyczeć… że czasem tylko się milczy. Ot życie. Każdy z nas inaczej mierzy się z przeciwnościami. Ale czasem, cóż czasem jednak przychodzi coś takiego, z czym nie można wygrać. Nie można się zmierzyć…

… i o tym jest ta opowieść. O ludziach, którzy mierzą się ze stratą. Śmierć ukochanej córki zmienia wszystko. Ale my obserwować będziemy tą rodzinę przez kilka miesięcy. Osierocone dzieci, siostrę, która przestaje ufać w jakiekolwiek dobro, rodziców. Próby wydostania się ze skorupy cierpienia.

Oto opowieść o bólu. O życiu po stracie. O odszukiwaniu ponownie pewnej normalności. Jakiegoś rytmu codzienności. O najmłodszych, którzy nie rozumieją, ale i starszych, którzy zachowują się ponownie, chociaż powinni wiedzieć więcej. O kobiecie, która już przestała marzyć i pragnąć, o tej, która postanawia nigdy więcej nie opóścić pozornie bezpiecznego domu. O mężczyźnie, który pragnie zmian, ale tęsknota i smutek, dziwna niemoc, nazbyt go przytłacza… I oczywiście to też opowieśc o tych, którzy stykają się z tym bólem. Którzy starają się, lub nie… zrozumieć.

Smutna, prawdziwa, wzruszająca… jak zwykle u Erici James.

Aaaa… Niektórzy mnie kochają!!! Czasem mnie to zaskakuje, no dobra właściwie to zaskakuje mnie zawsze, ale dziś chcę podziękować Elficy za mój cudowny prezent i kartkę odlecianą!!!

Ech! Z Tobą moje urodziny są już piękniejsze, choć jeszcze do nich dni dwa i wciąż mogę się cieszyć niższą określającą mnie liczbą, cyfrą, wyrokiem…

Wyspa się nie starzeje. Ona po prostu czasem zrzuca wężową skórę i od nowa jest świeżutka i cudowna. Jakoś tak jej to uchodzi. Oj pewno, że się zmienia, ale czy do końca? Czy dogłębnie? Niektórzy wytykają jej, że ma w korzeniach tak wiele wieków minionych, że po prostu nie da się uznać jej za wiekuistą młódkę, ale wtedy ona wyciąga swój własny kalendarz, w twardej okładce, zdobiony metalowymi gwoździami, obiciami z kamieni twardych i dość chropowatych, z kolcami na przedniej okładce, nasączonymi jadem, od których dostaje się serio koszmarnej wysypki… takiej wiekuistej, co powraca, gdy tylko znowu nastąpi się na nie ten kamień Pani Wyspy…

No więc wyciąga ten kalendarz i po prostu wali oczerniające ją niby ludzkie, tudzież innorodne podobieństwo prosto tam, gdzie najbardziej boli. Jakoś zawsze wie, gdzie boli najbardziej. Ma taki dar, radar, czy co tam jeszcze natura wymyśliła. A może po prostu mapę w stylu: odwiedź gwiazdy tam, gdzie boli? Czego to ludzie nie wymyślą, któż by pomyślał. A może lepiej i nie myśleć. Czasem to pomaga. Ale na ból to wiecie, no raczej chyba nie!!!

Wyspa od początku była dla mnie kobietą.

Ale nie jakąś tam po prostu babą, ale ową kwintesencją: siłaczki, baby przekupki, kramarki, barmanki, sprzedawczyni, selekcjonerki, sekcjonerki, garncarki, supermenki, kocicy i warczącej suki, puchatej małpeczki zwinnej ponad wszelakie ludzie wyobrażenie – bo zwierzęce to raczej nie – szkieleta, a i zarazem grubaski apetycznej… tej co wiąże, pęta, ale i tej co ulega. Owej, co z łatwością zlizuje śmietaną, ale i tej, co jak zahaczy kłem, to rozdziera… Matki, kochanki, dziwki, kucharki, sprzątaczki, niani i pielęgniarki… Królowej i poddanej. Tej na traktorze i tej pod nim, znaczy się wiecie, no na snopku. Tej na wozie i tej na tarczy i jeszcze tej specyficznej, co ją potem na gnoju i na taczkach, albo topią w strumieniu.

Wiedźmy i wyniosłej królowej, pieszczotliwej wiecznie dziewczynki i tej, która mrozi samym odciskiem wąskiej stopy w piasku. Oto ona, moja Najpiękniejsza. Oto jest i Pani Wyspa. Ta co się kurcze nie rozdrabnia, co ma zawsze kontrolę nad wszystkim, ale i ta, która serio nie skąpi. Tą zbierającą okruszki, a potem palącą w piecy diamentami, topiacą w occie perły, czy co tam jeszcze. Kleo, Bodiczeą, Katarzyną wielce wielką, Antośką, Anulką B… i Bordżią forever!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pciowości… została wyłączona

Pan Tealight i Starsza Dama Samotności…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki stała w kuchennym oknie… Ale nie żeby jakoś romantycznie, z chusteczką białą, krochmaloną w jednym żaglowym kształcie, oczekując kochanka, czy coś w ten deseń. Dokładnie to trzęsła się umiejętnie, jak to tylko ona potrafi, łamiąc reguły anatomiczne, skulona pod sufitem, na kuchennych szafkach, jedną nogą w zlewie, a drugą w pobliżu fiołka alpejskiego, co przekwitnął… I podglądała. Podglądała na całego samą będąc aż nurtująco widoczną na Wędrującego Upierdliwie Sąsiada. W rzeczywistości podglądacza i agenta sił wszelako nieźle porąbanych, należących do Rodziny, która zamieszkiwała okolice Chatki Wiedźmy i wciąż nie mogła uwierzyć w jaki sposób ta krótka osoba, o nader dziwacznym postępowaniu… dostała pozwolenie na wprowadzenie się tutaj

… i wciąż jeszcze żyje…

Ale nie to ważne kto i gdzie stał, o czym myślał i komu chciał urżnąć łeb oraz wydłubać oczy… sprawa w tym, kogo ona obserwowała. A była to leciwa, uśmiechnięta dama w szkarłatnej, zadartej kiecce, w srebrzysto-siwej koafiurze na głowie, poskręcanej w grubowałkowe pierścionki, w bogatej biżuterii, nawet na gołych nogach, powiewającym szalu z długimi frędzlami, z parasolką zaczepioną na ręce… i na wężu. Znaczy się babcia, dla obeznanych zwana Starszą Damą Samotności jechała na swoim wężu. Który właściwie zwał się Pucuś, od krągłych policzków i nader zwykle wzdętego niepokornym posiłkiem odcinka brzuszka. Ale nie czujcie się oszukani. Był to w rzeczywistości najbardziej groźny, najżarłoczniejszy potwór wszechświata… to nic, że różowy, z wstążeczką na ogonie i dzwoneczkami u szyi! Po prostu trendy! I namiętnie niezaspokojny w żądzy… wszystkiego.

Starsza Dama Samotności przybywała z prezentem urodzinowym dla Wiedźmy Wrony. Tym razem wcześniej, by zwyczajnie zrobić wejście, a i wykorzystać fakt, że jak nigdy na uliczce roiło się od gawiedzi. A ona uwielbiała szokować. Uwielbiała zgiełk ją otaczający, ludzi wytykających ją palcami… a jednocześnie ową pustkę, w której od zawsze marynowała swoje ciało. Tak jak solenizantka. Miały tak wiele wspólnego. Lekko obwisłą skórę, dziwne plamy na dłoniach, namiętności w kierunku nieztuzinkowego odziewania się i… cóż, prezenty!!!

Ne przytuliły się na powitanie, nie było miśka, obcałowywania, dyskretnego wycierania szminki cudzej, ni ploteczek. Nie mogło przecież być. Starsza pani zwyczajnie się uśmiechnęła udając, że nie widzi skulonej postaci, nagle dziwnie bardziej dygoczącej i lekko, z garcją pochylając się, zostawiła na progu Chatki Wiedźmy wielkie pudełko, a potem odleciała.

I nikt nic nie widział, bo widzieli przecież wszyscy.

A skulona w oknie wspomniała: I spodobało się Niechciane Dziecię jej, Damie Samotności. Gdy przechodziło przez siatkowy płot po prostu wyciągnęła po nie ręce i przyciągneła do siebie. Było dziwnie ufne, ale i przerażone. Tak wciąż świeże, a już zniszczone. Oplotła je szalami z mchów i pajęczyn, z traw i starych liści koronkowych, i obiecała mu wygodną nicość. A ono się zgodziło. Chociaż nie wiedziało do końca na co się godzi. Że nie będzie musiało nosić niewygodnych butów i staników, że będzie mogło być rozczochrane, nieumalowane i nieumyte, dziwnie nieoprawione. I Dziecię ponownie się zgodziło, a potem jeszcze raz, by dopełniła się umowa. I tak żyło. Czasem próbowało tego świata, czasem nawet dotykało ludzi, ale potem zawsze się myło, zdrapywało skórę i czekało w cieniu, aż mu odrośnie…

Możnaby pomyśleć, że współczesność to raj dla Starszej Damy Samotności, ale to nieprawda. By była samotność, musi nastąpić decyzja. Nie mają na nią wpływu przedmioty ni nagromadzenie dusz na centymetr sześcienny. Bo samotność nie zależy od ludzi, ale od człowieka. Zresztą temu bóstwu serio nie zależało na popularności. Ona jakoś zawsze zdobywała swoich wyznawców.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Obcy” – … i niesamowita. Piękna i przebogata. Jakby ktoś zebrał z naszych najbardziej szalonych sennych marzeń postaci i wynalazki, ową dziwną spokojność, ale i horrorowość… fantastyczność, ten świat przekształcony, nie tylko zwierzęta mówiące w miarę ludzką mową, ale i pokrętnie nazwane, noszące w sobie zaskakujące umiejętności. Przedmioty, które czują, oraz domy, co do których nie można mieć pewności, czy drzwi to okna, a okna tylko wyjście do toalety…

I elegancka. Jakaś dziwnie dostojna, starodawna… jak drzewiej pisali? I jak odkrywanie nowych światów, gdzie kolory są w użyciu, gdzie ilość basenów nie powinna być mniejsza niż naście i wszystko jest inaczej. I gdzieś umyka strach o wszystko, albo i tylko o prawie wszystko i gdzie poczucie humoru jest w dobrym tonie!

Powoli czyta się ową przestronną opowieść. Smakując słowa, postacie, stworzone przez umysł autorki cuda. Wkracza się tam, by zwyczajnie szwendać się po ulicach, bo i dlaczego nie? Bohater i jego przygody to tylko przewodnik, chociaż pałamy do niego sympatią. Jakoś tak dziwnie od początku. Do owego trzydziestoletniego wciąż chłopca, który jednak nie zatrzymał się w swoim dojrzewaniu, który ma cel, który w końcu odnalazł swój dom… a co najlepsze, ten dom też odnalazł swojego bohatera.

Cokolwiek powiem… nie będzie dość. Jeżeli macie ochotę na wyprawę w inne miejsca, światy, na poznanie niesamowitych postaci, na co czekacie?

Wyspa posiada cztery dialekty, ale w rzeczywistości każdy mówi tutaj swoim językiem. Stonowany uśmiech, mrugnięcie, ruch nadgarstka, poręczna mała kusza, bat, bicz, fryzura i ubranie, buty i skarpetki… porozumiewanie się to sztuka. Ale też dowód na to, że ów niewielki świat jest nad podziw dobroduszny. Nad podziw zaskakująco tolerancyjny dla ludzkich sfiksowań. I dziwnie jajca ma z tego, że ludzie nie są w stanie się zwyczajnie ze sobą dogadać. Ubaw po paszki, skałki, rogate dusze, po gołe półdupki, drewniane trepy i masy wątrobowe…

A może chodzi tylko o uśmiechy i spontanicznie wyskakujące z każdego, radosne dziwnie mimo aury… HI!? Nie znają się, ale idąc po tej samej drodze, ścieżce, deptaku, plaży, czy przekraczając drogę w niedozwolonym miejscu, witają się. Wszyscy. Ludzie, chociaż ich uszy wypełnia muzyka, ptaki, zaganiane w poszukiwnaiu materiału na gniazda, kwiaty, dziwnie ruchliwe, drzewa i kamyki… Uprzejmość? A może jednak jedyna możliwość by porozumieć się naprawdę?

Do końca?

A może tylko odruch?

Kto to może wiedzieć? Pani Wyspy raczej nie odpowie. Ona po prostu nader ponad wszystko lubi takie zabawy.

Pani Wyspy bawi się ludźmi niczym mała dziewczynka zapraszając na herbatkę stosownie odziane lalki i misie. Figurki, ale i kawałki drewna, patyczki i mniej lub bardziej antropomorficzne ziemniaki i marchewki… nawet te w dwuznacznych dla dorosłego kształtach! Po prostu przy stole musi być pełno, zresztą pani domu się przecież nie odmawia, zdejmu buty na progu i w grubych skarpetach, dziwnie pasujących do skomplikowanej koafiury, siedzi.

Oj tak… Wyspę najlepiej poznawać na bosaka. Jakoś tak ekologicznie, niczym w kościelnej sadybie, jakiejkolwiek religii, która zwyczajnie akceptuje nagość stóp. I nie nadaje im nazbyt erotycznego wymiaru, chociaż jeżeli chodzi o nagie damskie kostki, to wszystkie religie wciąż o tym dyskutują. Nawet są plany, by na kostki zakładać specjalne staniki w ciemnym kolorze, albo nie wiem… jakieś berety?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Starsza Dama Samotności… została wyłączona

Pan Tealight i Kamienne Łzy…

„Niewielu o tym wie, że one pamiętają. Niewielu pochyli się i posłucha jak dźwięcznie uderzają o inne kamienie. Niewielu w ogóle wie o ich istnieniu i wielkiej, pradawnej mocy. Krzemienne, kuliste łzy. Odziane w ciemną, czarną, niebieskawą, lub żółtawą a nawet białą korę… łzy, które stwardniały, by unosić swoją szklistość do dnia, w którym znowu będą mogły popłynąć… Popłynąć i nawodnić i rozproszyć swoją moc w miejscach, które jej potrzebują.

Intuicja roniła łzy często. Jako jedna z Pierwszych Najświętszych była tym z Bogów Uśpionych, Panów Śniących, którzy nawet nie byli uznawani za bóstwa. No po prostu musiała być, musiała istnieć, bo inaczej, to klęska, lody, szatany i pomory! Więc wiecie, nie można nazwać jej bogiem, gdy jest aż początkiem, aż pierwotnością, aż owym pomysłem, który płodzi inne pomysły, a one nie uznają pozycji matki.

Ona była czymś więcej niż bogiem, więcej niż początkiem i pierwotną potrzebą człowieka. A jej łzy trzymane w Zatopionej Świątyni niegdyś wydzielano tym, którzy charakteryzowali się wolnymi umysłami. Tym, którzy mieli w sobie dość odwagi, by zwyczajnie… poprosić.

Tylko w świecie, który zapomniał o początkach prąc jak najszybcie do wyimaginowanego celu, nikt już nie zwracał uwagi na krzemienne łzy. Na owe ogniste początki, na krzeszące iskry zapowiedzie możliwości… A jeżeli mowa o nic i nikt, to oczywiście Wiedźma Wrona Pożarta się pojawia! Ta to ma serio wejścia we wszystko co cała reszta świata uznaje za zbędne, tudzież wystrój wnętrza i zewnętrza, na którym nikt nie zawiesi oka, ni parasola, ni nawet starego, mokrego płaszczyka. Czy nawet tupecika… albo protezki zębowej.

Dlatego co jakiś czas wlokła się krokiem pokrętnymi, nie trzymając się lini prostej ku swojej plaży, tej jedynej, co pachniała odpowiednio i zbierała do włochatej, puchatej niebieskiej torby… krzemyki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Sekret Tudorów” – … a gdyby. Bo przecież tak wiele wciąż skrywa zapomnienie, tak mnogich wątków nie zdołaliśmy jeszcze rozwiązać w przeszłości zbyt zapatrzeni w teraźniejszość. Zbyt nienamacalni dla przyszłości. Zbyt zabiegani, by w owej przeszłości odnaleźć mądrość. A jednak gromadzimy owe opowieści o przeszłości wokół siebie, lubimy w nie wkraczać, używać niczym przebrania na wysmakowany bal… na pewno z drogimy biletami… I co z tego?

Autorzy tacy jak C. W. Gortner przynoszą nam opowieści z owej przeszłości, zawsze z morałem, zawsze bacznie obserwując to co było, badając najważniejsze postacie… a potem dorzucając do niej odrobinę fantastyczności. Ową niezwykłą zwykłość, która zmieni ją w coś bardziej pasującego nam niekoronowanym. Dotąd zwykle wybierał tych, o których się nie pisze, owych nieintersujących w mniemaniu tak zwanej wyższej historii i to ich ustami opowiadał o przeszłości, ale tym razem… jest inaczej. Bohaterem jest podrzutek, ot nic… wychowany w kuchni, niepotrzebny, w końcu dostaje się na dwór gdzie umiera młodziutki władca. Tutaj poznaje Elżbietę i trafia na trop wielkiej zagadki, misternie utkanej, w której dziwnym zrządzeniem losu, a może jednak pomysłowością znanej mu kobiety, to on stanowi istotny pionek!

Powieść jak zwykle cudownie opisowa, lekko rozwleczona. Ponownie opowiada o zwykłych ludziach i o tych, których daty narodzin i śmierci ktoś nam wtłoczył w głowy. Ponownie wkraczamy śmiało w nieznany nam świat i czujemy się tam doskonale, bo autor serwuje nam smakowite opisy. Może i powieść trochę słabsza od poprzednich, ale zwyczajnie się ją połyka! I wiecie… może to fantazja w dużej mierze, ale jednak… jakże niesamowicie możliwa fantazja!

Wielkie fale noszą ze sobą głosy z innych miejsce, kawałki drewna i szkiełka, które pieczołowicie naznaczają swoim dotykiem i słonością, ale i kamienie… jakby chciały wszystkim powiedzieć, że mogą. Że noszenie czegoś tak ciężkiego wcale im nie przeszkadza, właściwie nie robi różnicy. Czy to zwłoki nieostrożnego pływaka, czy takiego, który z całą ostrożnością próbował po prostu połączyć się z wilgotnością na zawsze… pokochał i pragnął zapomnienia… Cokolwiek morze niesie, to naznacza, zmienia pieczołowicie niczym doskonały artysta wsłuchany w moc głosu duszy materiału, nad którym pracuje. Bo morze nie zmienia. Ono zwyczajnie tylko wydobywa na zewnątrz prawdę.

Prawdę, o której większość nie chce myśleć. Nie potrafi, nie pamięta, a może po prostu zwyczajnie się boi uwierzyć w to, że owo wszystko, ową doskonałość, pragnienie, spełnione marzenia, a nawet więcej… zawsze nosił w sobie. Zawsze będzie w nim… nawet jak odmówi szukania. To takie proste. Zwykła nauka Matki Natury. Ta wyszeptana w momencie najważniejszym, tym gdy po raz pierwszy jej dotykacie.

Gdy smakujecie jej duszę i ciało. Gdy Was przyjmuje, chociaż tak naprawdę, to przyjmuje wszystkich, więc się nie ma co bać.

Ma morze to do siebie, że mokre jest i gloniaste i wodorostowe. I jeszcze słone i falowe jest morze, a jak się nabierze go zbyt wiele w siebie, to człowiek bulgocze i ogólnie mówiąc jest w nim więcej morza, niż człowieka. Ogólnie mówiąc nie jest to zły pomysł, by wypełnić ludziów morzem, ale jakoś kiepsko to znoszą, a już skóra co się im tak marszczy i dziwnie odbarwia, to jest przerażająca. Morze strasznie nie przepada za taką namokniętą skórką, ale od czego ma rybki? Te gryzące, wiecie, no ludziożerne, albo te co zwyczajnie nie wybrzydzają przy stole?

Mniejsza. Wystarczy właściwie sztachnąć się aurą nadmorską i już durne myśli umykają z wody. Niczym Domestos do durnoty… albo WC Kaczka, czy co teraz w modzie jest? Kostka, a może żel jakiś? No wiecie, chodzi o lekkie odkażenie człowieczeństwa z… no ogólnie mówiąc człowieczeństwa, bo w przypadku szkiełek i drewienek to nie trzeba, one są doskonałe przed i po morskiej kąpieli. A jeżeli chodzi o kamyczki, no cóż. One są niesamowite!!! Gdy wpadają do wody, wtedy poddają się falom lub nie, a nawet wtedy gdy tak, to i tak zmiany zachodzą wyłącznie w owych uzgodnionych miejscach i tylko przy uprzedniej konsultacji…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kamienne Łzy… została wyłączona

Pan Tealight i Po Części Usługa…

„Podobno kobiety wydają kasę na buty! Pan Tealight nie rozumiał dlaczego, sam miał tylko kaloszki z futerkiem, różowe w zielone słoniki i tęczowe baloniki, i słodkie paputki pluszowe, znaczy kapcioszki… w liczbie 568 par!!! Jednak od zawsze był zwolennikiem nagich korzeni i damskich, małych, jakże skomplikowanych podwójnie skomplikowaności noszących. Znaczy się stópek! Może nie był nazbytnio rozrzutny w szafowaniu uczuciami, ot jedna Choinka miłości nie czyni, a z Panią Zimy, to właściwie wciąż nie wiadomo, dawno się nie widzieli… bynajmniej, gdy Ojeblik – nader żeńska, aczkolwiek wciąż mała, ucięta główka, poprosiła o dodatkowe finansowanie projektu ukrytego wiedział, że chyba buty może w tym przypadku wykluczyć.

Coś trzeba było zrobić, bo może i Ojeblik kobietą wymagającą nie była, to jednakowoż owa główka umiała prosić i szklić oczy i kapać, przeciekać, no i ogólnie słonością sarkastycznie na sumienie działającą, powietrze męczyć. Dlatego wymyślili nową, po części usługę, dla bardziej wymagających, przewrotnych, ale i posiadających sarkastyczne i nieumiarkowane poczucie humoru… panów wszelako raczej koronowanych. Ale i dla hodowców smoków, jaszczurek i wszelkich pełzających żmijców, panów anatomie lubiących i innych. W końcu wiecie, nikt nikomu nie będzie w garnek zaglądał. Chociaż akurat te gary, wielkie, złote i srebrne, genetycznie nadmiernie bulgocząco modyfikowane, pachnące fiołkami, bratkami i bzem, pod dowództwem Zgromadzenia Panienek Księżniczkowanych… prowadziły nadmierną produkcję części do nich samych zamiennych. Teraz już nigdy w odpowiedzi na: ale jak to nie tylko ręka w nagrodę? nie usłyszycie zdziwienia, oraz trzasku płonącego stosu i rechotu szczerbatej dziewicy z wyłysiałym kolanem!

Wszyscy wiecie jak to z bajkami bywa… Jest On i Ona i się może nie mają ku sobie, ale jednak coś tam zachodzi, jakiś konkurs, jakiś potwór, jakieś stajnie, czy inne Gorgony, a i jakiś tatuś, co dość ma już starej panny w domu, więc pojawia się w nim pomysł: a sprzedam te dziewczynę na części. W końcu taka część z dziewicy, to cudowny artefakt jest! I tak najpierw rączka, potem nóżka, pół kilo wątróbki, a może i płucka. Wiadomo, niczym dziewczę z dziewictwa ogłupiającego je skrupulatnie wyjdzie i zajarzy o co chodzi, no jest już w potrzebie. Wtedy na pomoc przychodzą właśnie one, niejednoznaczne, porzucone, czyli Panienki Księżniczkowane Zgromadzenie ZOO i USA i OPD? Tutaj i tylko u nas w takiej jakości, w takiej ilości, w takim świata stanie… nabędziesz części zamienne do księżniczek nadgryzionych ojcowską koronowaną leniwością, macoszą zawistnością, albo zwykłym strzeżącym smokiem, tudzież zazdrosną o twe włosy wieżą, albo i lawą skropione nadmiernie, odmienione w potworę…

Bez zbędnych pytań!

– Burek!!! Burek, oj nie!!! BUREK!!! Pogryzłeś mi Królewnę!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Miłość i medycyna sądowa” – … bo teraz rozbiór trupa jest w modzie. Wiadomo wszelkiego rodzaju CSI, czy Bones i każdy wie o co chodzi. Ale w tej powieści nie dostaniecie opisów krwawych cięć Y w rejonie klatki piersiowej, ani nostalgicznych poszukiwań w rejonach puszki mózgowej… za to będzie kryminał, miłość oraz… Włochy. Gdzie ludzie zachowują się trochę inaczej niż możecie być… ekhm, no przyzwyczajeni!

Oj tak. Niczym ta włoska historia nie powala tak, jak włoskością. Specyficznymi manierami, bliskością ciał obcych, lekkością codzienności i… no a cała reszta jest jak zwykle. Młoda pani doktor, robiąca specjalizację, która zdaniem profesorów całkiem się do tego nie nadaje, pewne zwłoki, które zdają się być znajome, a przez to wzmagają potrzebę odnalezienia tego, który uczynił je zwłokami, zagubione zwłoki – całkiem inne, humor, lekki japoński koloryt, młody facet, dziwnie znajomy… miłość, rozstania, wątpliwości pod prysznicem, kilo lodów i piękne kobiety. Bo widać we Włoszech to wszyscy są wiekuiście piękni i odziani w marki przeróżne i kosztowne.

Wszystko do kupy tworzy lekką, miejscami przyjemną opowieść, w której jednakowo z chęcią kopnęlibyście w tyłek główną bohaterkę. Albo zwyczajnie urwali jej głowę, umieścili w charakterze zwłok w lodówce… no serio niech ją ktoś uderzy!!! Bo jak wisi nad nią miecz Damoklesa, to ta zamiast do roboty się zabrać to ryczy, albo patrzy na inne baby w co są odziane… Serio PANI DOKTOR? Ogólnie dla rozrywki można przeczytać, dla wścibskiego nosa, oraz intrygującego zakończenia. Oraz właściwie braku medycyny sądowej? Ekhm, ale miłość jest, jednak bez opisu momentów!

Siedzę na drzewie. Wiatr nim tak porusza, że moja choroba lokomocyjna ma się świetnie, super, wprost tyje w swojej uroczości, jest jej więcej i więcej i więcej… No i właściwie to nie wiem dlaczego tutaj siedzę. Coś musiało mnie do tego zmusić, ale nie jestem sobie w stanie przypomnieć co to było. Łeb mi pęka, zatoki pączkują grzybnią, która na moje nieszczęście nie jest halucynogenna, a przydałoby się naprawdę! Ale jakoś widać mi nikt, nawet własne pieczarki nie otrą mi łez z otworów przeróżnych. Rozglądam się. Nie widać zagrożenia, mogłabym zejść… ale się boję. Bo w końcu mam też lęk wysokości. Właściwie nie ma chyba sprawy/rzeczy/miejsca, którego bym się w pełni nie bała? Taka ze mnie składnica wszelakich lęków.

Sèvres od strachów.

Jak widzicie, no się nie ograniczam. I siedzę na drzewie. Czereśni dokładnie. Tej, która stoi i strzeże mojego życia. Ma malutkie pączki, ale kwiatków jeszcze nie. Za to potężne płaty kory w zaskakująco ciemnym, czereśniowym, lekko buraczkowym, trochę kardynalskim odcieniu odsuwają się od pnia. Jak listy, które gotowe są by je przesłać dalej, do odbiorcy, który od dawna czeka.

W ustach czuję dziwny posmak… znajomy. Spoglądam na palce, zdziwiona, że przez cały czas coś w nich zaciskam. Znaczki. Malutkie, zębate, z dziwnym rysunkiem, na temat którego wolę się nie wypowiadać, wstrzymując w żołądku kolejny popisowy kolaraż mojej lokomocyjnej niedyspozycji. W drugiej ręcę, tej która ramieniem ściśle obejmuje grubą gałąź – ale w zdrowym masy gałęzi tego znaczeniu – mam koperty. Zaasresowane maczkowym pismem, którego nie jestem w stanie odczytać. Ale widać to nie moja sprawa. Nie od tego jestem…

… a kawałki czereśniowej kory odrywają się i szybują ku mnie, nie zwracając uwagi na wiatr, który powinien je rozgonić, porwać ponad fale, zanieść tam, gdzie mu się żywnie i wietrznie buzująco podoba. Nie, one nie poddają się darmowej przesyłce. One chcą swoich kopert i znaczków. Powoli zapełniam i zalizuję prostokątne, białe śnieżnie papierowe nośniki. Kora powoduje, że robią się milusio poduszkowate, a przez to naklejenie znaczków wcale nie jest łatwe.

Ale ma sie tę wprawę.

Owo uzależnienie…

Tylko co teraz? Kto je wyśle? Do jakiej skrzynki włoży?

I wciąż się nie budzę…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Po Części Usługa… została wyłączona

Pan Tealight i Kontrująca Jabłonka…

„Ekologia ekologią, ale ten współczesny świat już nie tylko stał na rzęsach i klaskał uszami tupiąc kłykciami – całkiem nie do rytmu – opuchniętych, dodatkowych paliczków, ale przede wszystkim sam sobie zaprzeczał. Jednak, jakoś mu to nie przeszkadzało w toczeniu się dalej. Pan Tealight uważał, że to wszystko przez Wiedźmę Wronę Pożartą, która doprawdy nie była nawet w jednym porównywalnym procencie… no jak inni. Więc w jakiś dziwny i pokrętnie szalony sposób, to wszystko się wyrównywało… jeśli ktoś spoglądał na wszechświat poprzez matematyczne wzory. Ale w środku, w owym jego stalowo-szarym, grafitowo miękkim ciele coś wciąż szeptało, brzęczało, bzyczało i dziwnie nagliło, wymuszało myśli, jeździło kredą po tablicy – że jednak nie jest dobrze, a nawet może i jest, no całkiem serio źle?

Cóż, czasem zwyczajnie, a już w szczególności, gdy jest się taką wieczyście wiekową osobą jak Pan Tealight, byt uczy się nie zwracać uwagi. Nie przejmować się, zwyczajnie nie kłaść sobie tego na głowę. Bo… w końcu wszystko przeminie. Nawet jeżeli w malowniczym, nie dziewiczym wcale, apokaliptycznym rumieńcu, wybuchu wciągającej, uzależniającej supernowej, tudzież zwyczajnej, pospolitej epidemii… głupocie, jaka zaczęła cechować ten ganiający swój ogon i uznający to za wydarzenie wszechczasów… dzień w dzień, wszystko zniknie.

Przeminie i odejdzie w zapomnienie.

Tak. Wszystko to naprawdę leżało Panu Tealightowi centralnie na wątrobie Ojeblika – małej, uciętej główki, która z wiadomych anatomicznych ułomności, no jej nie miała, więc… problemu więc wielkiego nie było. Bynajmniej i tak poszli z Wiedźmą Wroną do Kontrującej Jabłonki. Dumnego, zapomnianego drzewka, które serio zawsze chciało dla świata i nacji wszelkich, cywilizacji, jak najlepiej. A jednak współczesność zmusiła ją nawet do zmiany imienia!!!

Kontrująca Jabłonka była piękna, goła, kostropata… i stała na podeście ze skał i liści, po których spływały dziwne, pełne zielonkawych wodnych mchów, strumienie. Jej srebrzystą korę pokrywały grzybki i porosty ułożone w zasadniczą, dziwnie hipnotyzującą mozaikę. Nagie, powykręcane gałązki rzadko oddalały się od głównego, uformowanego w smocze ciało – ale jednak wychudłe ciało – pnia. Całość drzewka, która zachwycała kształtem, formą i specyfiką powykręcalności, nie była jeszcze skażona nawet pączkami. Ale wszyscy przybyli wiedzieli, nawet Wiedźma Wrona, która ponownie zaliczyła glebę i wybierała sobie właśnie dżdżownice z uszu, że to drzewko zaoowocować może w ciągu chwili. Gdyby tylko zbliżyło się do niej rumiane dziecię, albo dziewica przez macochę udręczona, w ciągu sekundy okryłaby się liśćmi i kwiatami, a i owocami… pięknymi, o srebrzysto-żółtej skórce, zawsze pocałowanej malinowym uśmiechem, z ogonkiem filuternie zakręconym. Pachnących, nęcącyh, pełnych miłości, jaką charakteryzują się ciasta zrobione przez pomarszczone dłonie ukochanej, jedynej Babci. Znaczy. Żeby nie było, cała Babcia też bierze udział w robieniu ciasta, nie tak, że ino te rączki tak skaczą po stole… nic z tego.

Bo jabłonka owa miała to do siebie, że truła.

Taka była. Ostatnia na świecie. Truła bez proszenia, bez błagania, niezależnie. Obsługiwała i dzieci i młodzież i nawet brzydkie macochy i te całkiem jeszcze ładne, chociaż pokryte zmarszczkami zazdrości… krasnale i skrzaty też obsługiwała, bo chłopaki lubili sporą rotację pośród swoich nałożnic, a i nawet inwentarz domowy, który jako jeden wiedział jak z owoych owoców zrobić nalewkę dla krów, po której dawały czekoladowe mleko w jagodowe ciapki!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Poza czasem” – … jest piękne. Cała książka, opowieść, bohaterowie, historie plączące się pomiędzy okładkami, nadzieja na więcej… Nie oznacza to opowieści ciężkiej i wymagającej, ale raczej historię miłosną, nie do końca wyjaśnioną, która w złaknionej takowej podniety duszy może wywołać cudowne obrazy. Subtelną, sympatyczną, z młodziutką bohaterką, kilkoma tajemnicami z przeszłości – które jednak się nie wyjaśnią w tym tomie oraz światem… w którym wszystko było inne, ale też dziwnie do siebie podobne.

Oj pewno, że dialogi są jakie są, a i całe słownictwo i opisy do końca nie powalają, ale jest owa delikatność, jakiej czasem babskość we mnie potrzebuje. Jakieś to rozmarzenie… a zakończenie powala. Zakakujące, to raczej niedopowiedzenie. Owa subtelność, ta senna możliwość, że naprawdę wszystko stać się może i powinno, jeżeli tylko będziemy mieli zamknięte oczy. Owa baśniowość subtelna, zabawa z tajemnicami zaklętymi w niezwykłych artefaktach i… miłość.

Ową podróż w czasie odbędziemy dzięki siedemnastoletniej bohaterce. Dotąd jakże szczęśliwiej dziewczynie, której nagle zawalił się świat. Która staje przed wymagającymi poświęcenia wyborami, czy kochać… czy jednak, gdy niemożliwe jest bycie razem, pozwolić temu, kogo się kocha na szczęście. Oto opowieść z wyższych sfer, szelest sukien, rękawiczki, wnętrza sal balowych oczywiście w zestawie. A do tego jeszcze ów powiew świata, w którym wszystko było… inne.

Jeżeli potrzebujecie lekkiego oderwania się od codzienności, to jak najbardziej polecam. Jeżeli nie zużył się w was ów senny transformator, owa świadomość tworzenia za zamkniętymi oczami światów, w których możecie zatonąć bez zbędnego wysiłku, to oto pewna pożywka… A poza tym, no czasem zwyczajnie potrzebuje człek takiej romantyczności.
Z łzą lub dwiema…

Ptaki się rozwrzeszczały na Wyspie. Świergolą i trzeszczą, skacząc z gałęzi – wciąż gołej – na gałąź – też jak najbardziej nieubraną – łączą się w pary, a może i pierun wie nawet haremy zakładają. W końcu tuta nikt nikogo nie ogranicza. Tutaj każdy kochać może każdego, przynieść sobie czy kamyk czy drewienko, odziać je i położyć w łóżku. Pokochać możesz roślinkę i element mniej wymagający podlewania. Może to być i złożona z wielu – dla tych bardziej rozrzutnych uczuciowo – elementów natura tudzież raczej martwa, ale może być i człowiek. Wiecie, dla tych bardziej… no staroświeckich. Takich przywiązanych do tradycji…

Ale jeżeli chodzi o ptaki, to mają one takie miejsca, gdzie drą się jak opętane. Niektóre z nich wydają takie odgłosy, że człekowi się zdaje, że to dżungla. Tudzież nazbyt głośno włączony odcinek National Geographic, lub swojsko bardziej z dzieciństwa… „Z kamerą wśród zwierząt”? Ale w tak pustym lesie, pełnym zeszłorocznych liści, błotka i skał, na których owo błotko i listki tworzą dość poruszającą się powłokę, która oczywiście kilka razy złapała Wiedźmę Wronę i na płasko zbliżyła ją do wyspowego naskórka, te głosy naprawdę odbijają się od owej nagości. Zaburzonej tylko gdzie niegdzie pojedynczymi listkami i pączkami, które wciąż zdają się nie być wiosną.

A wszystko to jest mocno owiatrzone. I zastanawia się wstydliwa, dla reszty świata wątpliwa seksualność Wiedźmy Wrony, jak oni to kurde robią? Jak owe ptaszeczki w tych wszelkich drganiach, bujaniach i trzęsieniach dochodzą do konsensusu no… konsensusus jajecznego? Że też im się nic nie pobija w trakcie i niepoobija? Tak naprawdę, że im owe jajeczka takie równe wychodzą? To ogólnie mnie najmocniej intryguje, że wieje niemiłosiernie, że aż człek nie ma pojęcia jak się utrzyma na powierzchni, gdy tak go unosi nad Wyspą… a oni robią równe jaja?

Czasem nakrapiane nawet?

Ale nie o to chodzi. A o to, że odgłosy dzisiejsze przypominały walczące o ostatniego gumowego banana i dmuchaną lalkę, pawiany. A przecież co jak co, ale to jest Północ. Nie mamy lwów, hien, tygrysów i wszelakich małpowatych poza autochtonami i turystami?!!! Chyba nie? Człowiek już zaczyna być całkiem niepewny otaczającego go świata oraz tego wszystkiego, co w nim żyje.

Ech!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kontrująca Jabłonka… została wyłączona

Pan Tealight i Dziecię Przewrotnego Boga…

„Pogrzebowy, milczący, obleczony kirem pochód, niespiesznie zbliżał się do Chatki Wiedźmy. Nie spieszyło się im ani ani ani… właściwie opóźniali ile wleźcie… ale i tak, jak zwykle byli na czas. W końcu Czas miał z tego największy ubaw no i on… Przewrotny Bóg. Dowcipniś nadprogramowy i wykolejony dziwak, nawet na tej stacji, na której wykolejenie było stanem praktykowanej i doprowadzonej do perfekcji przewlekłej zabawowości. Jego nie ruszało, że czasami może być nawet popularny, chciany i wychwalany… ale swoje Dziecię, Wiedźmę Wronę Pożartą ukochał jednak za coś innego…

Za mistrzowskie umęczenie!

Bo była umęczona. Umęczona myśleniem o tym, że wyjść musi ze swojej bańki bezpieczeństwa i udawać normalną, dorosłą, a co a tym idzie, pełnoprawną i dzielną kobietę, żonę, a na dodatek to coś wyzwolonego, czego serio do końca litościwie nie pojmowała i unikała ku zdziwieniu całej współczesności. Trzęsła się tak, że łapały to wszelkie czujniki podejrzewając jak zawsze sejsmiczne podskoki i przewalania się wewnątrz ziemskich trzewi. Dodatkowo zmora na jej tchawicy, która to zwykle była kudłatym, milusim zwierzaczkiem, teraz dusiła ją i wbijała w przełyk dziwne, na pewno zatrute szpile… Ogólnie nic nie mogła. Spać nie mogła, jeść nie mogła, pić nie mogła, zresztą i tak miała w tym pewne luzy uczelniane, czytać nie mogła, oddychanie jej nie szło, pierdzenie i inne też niezbyt. Nie wiedziała, czy da się siedzieć, czy dalej ma skakać, a jeżeli skakać, to czy cycki do końca jej nie opadną?

No bała się, bała się iść do żywych, być normalną, udawać i kłamać… bo wbrew wszystkiemu serio w kłamaniu nie była najlepsza. Wszystko w niej w jednym momencie się nawadniało i wysuszało. Te dziwne targania wilgotności wpływały oczywiście na malowniczą zieleń, którą przyoblekła się jej cera, nawet ta na dupsku! A na dodatek coś się działo z wylegującymi się jej pod czachą językami, które kompletnie się wymieszały i nie zwracały uwagi na poprawność fleksyjną, lingwistyczną i nacjonalistyczną. Ot Babel jak się patrzy!!!

Tyle, że w niskiej Wiedźmie Wronie.

Pochód, który dziwnie, dość pokrętnie przypominał raczej coś na kształt procesji z podskakującym Ojeblikiem – małą, uciętą główką na początku, która oczywiście podskakiwała całkiem smutno i z dostojeństwem jej przypisanym, oraz Panem Tealightem, który zawinięty szczelnie w swoją pelerynę, mimo ciepła dookolnego i słonecznych promieni, przypominał jakosik mrocznego świątka… No wyglądali dziwnie. Ale zrobili co musieli. Przynieśli wielką igłę, by przy wyjściu przebić wiedźmą bańkę, a potem pozabierać z Wrony wszystko to, co nazbyt nietuzinkowo niecodzienne. otrzepać ją ze śmieci, powybierać muszelki i wodorosty…

Aby na świat oficjalny wylazła kobieta… aczkolwiek całkowicie dziwnie cicha, smutna, pusta i bezbarwna. Bo trzeba oddać Pokrętnemu Bóstwu, że stworzył coś ponad owe dziwaczne i nietuzinkowe. Coś, co tak naprawdę istniało wyłącznie w kąciku oka, w cieniu i promieni migotaniu… a może w rzeczywistości nigdy jej tak do końca nie było? Albo była i się zmyła? Albo serio sprawdzimy jak wróci… jeśli wróci ze świata przerażających ludzkich żywych dwunogów!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Słońce… wali jak nie wiem co, jakby mu premię obiecali, do tego domek z basenem, ogródkiem i służbą, no i ogólną wiekuistą, wspomaganą zestawem kolorowych draży radość wszelką z serca bicia. A może jednak wali, bo wkurzone takie, bo nie dostało do tego stadniny i kompletu wypoczynkowego z rosyjskiej sosny klejonej? Wiecie, niektórym dajesz palec, a tu i po ręce i pół główki odpadło. No jak się dziwić Słonkowi, jeżeli w Hameryce go nie chcą ino ta zima i zima i zima, więc się bidulstwo może chce wykazać na Północy?

Ale tak naprawdę, to dziwi mnie coś innego… krokusy jakoś wypełzły mikre, przebiśniegi dziwnie długo stały w ograniczonych własnych konsystencjach, ale co do reszty, to kurcze pąki nie mają się zamiaru rozpączyć z opakowania zatępczego do owocka. Jakby tak serio coś podejrzewały, jakby w powietrzu wisiało coś poza lekkim odorem nawozu i morza, a może mają informacje z lepszej grządki? Pierun je wie, forsycja milczy, inne liściaste twory też, więc się boję. Trzęsę za dużymi portkami, bo to teraz dla dziewuch są te wielkie, a dla facetów rureczki podobno, no i nie wiem co robić.

Plewić czy nie?

Nie żeby mi się chciało nadmiernie, ale…

A nie plewię.

Ot ino poleję wodą, bo sucho, a niech się krzaczą, pączkują, rosną albo nie, no przecież co ja mogę? No wiele mogę, ale nie mój cyrk, nie moje małpiatki. No wiecie, raczej to ich sprawa. Aczkolwiek mam taki żal, że winogronka maleńkie nie wystartowały ku gorącu. No wiecie te takie granatowe kuleczki skupione wokół spiczastego gronka. No cudaki takie pachnące… kocham je! Takie tam widać zboczenie w kierunku GO GREEN!!! And never come back.

Wyspa zdaje się być taka skonfundowana. Co się jej wcale nie dziwie. Po owym planetowym seksocholiźmie, co nam niebiesa zapodały przez ostatnie dwa miesiące, to się kobieta lekko zakręciła. Już nie zliczę tych jej kochanków, nie żebym żałowała, a gdzież tam!!! Never!!! Raczej chodzi o to, że się nagle urwało Wyspy kocenie. Owe miauczenia, owe bażantów wrzaski tracą swoje melodie, jakby robiły w sferze głosów miejsce dla kogoś/czegoś innego… Ale no serio, jak nie robią go ino dla wron, które wiadomo, że piekielnie dziwnie krzyczeć o miłosnych uniesieniach, a potem na młode potomstwo się zalić umieją…

… to ja się boję!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziecię Przewrotnego Boga… została wyłączona

Pan Tealight i Bożek Fatnessu…

„Właściwie to Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki nie była zbytnio sportowo uzależniona, usposobiona, czy nawet biernie-wrzeszcząco obserwująca. Telewizji bała się przeraźliwie, więc odpadało ostatnie. Na widok płaskacza na ścianie – co go wyczuwała przez mury i granice, okna z firankami, zazdrostkami, doniczkami lub bez, kotary i story, płoty oraz górskie skaliste występy – dostawała wysypki w miejscach intymnych, lub pluła jadem i pokrywała się liszajem, albo dech traciła, niczym wtedy, gdy pod kościół ją opacznie podstawiono… no taki chów, zboczenie, uroda, tudzież budowa zmieszanie genetyczna.

Ale co jak co, no łazić lubiła. Lubiła łazić dużo, z przekąsem, podskakując i śpiewając na cały regulator, karmiąc trolle, budząc Śpiących Bogów i pojąc myślami kurhany, gdziekolwiek łazić, ale z sensem, z jakąś przewodnią myślą, przysiadami co sekund pięć by cyknąć zdjęcie dziwnie skrzywionej stokrotce i kamyczkowi bez dziurki. I co jeszcze dziwniejsze, nakłaniający do niepoprawnego odżywiania, uwielbienia tłustych pieczeni z ziemniaczkami, wielu deserów i zasmażki na dokładkę, egzystencji kanapowo-fotelowych zastałych zawsze z miską czipsów… czyli Bożek Fatnessu, chodził z nią. Jakoś im się może tak… no zgadało? Nawet porannie odwalali razem swoje rozciągania, podskoki i naciągania, wszelkie pielęgnacje i owe inne sprawy.

Te obrzydliwe też.

Dziwną tworzyli parę. Ona niska, rozczochrana i krępa, z wielką torbą włochatą, z butelką ze specjalnym soczkiem i szalikiem, którym zmiatała porzucone marzenia z chodników i ścieżek, on znowu wysoki przesadnie i dziwnie egocentrycznie, do tego chudy jak szczapa, z wystającymi gnatami, skąpo owłosiony, zawsze w dresiku… A jednak było im kurcze po drodze. Pan Tealight był nawet lekko zaintrygowany tym, że chyba odczuwał zazdrość. Ojeblik – mała, ucięta główka nie była zaintrygowana, raczej wkurzona, bo Bożka dosadnie nieznosiła.

O czym rozmawiali… nie wiadomo. Chociaż może nie rozmawiali. Często wydawało się, że egzystują zwyczajnie nazbyt blisko siebie, a nie idą razem. A niektórzy nawet nie zauważali jednego z nich. Co dziwne, o wiele częściej zwidywał im się Bożek Fatnessu niż owa niska Wiedźma Wrona… Może o to jej chodziło, gdy przyciągnęła do siebie owego sucharowego mocarza? Któż to może wiedzieć, może i miała w tym jakiś ukryty cel, co to dopiero w dalekiej przyszłości wyjdzie na jaw i dzienne światło?

Czasem naprawdę uświadomić sobie radosną nowinę… iż możliwe jest, że tego po prostu nikt z nas nie dożyje?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Serce Gryfa” – … podobało mi się. Zaskoczyło mnie, zauroczyło i nawet nie drażniło owym porównaniem do Wiedźmina na okładce. Bo chociaż i język podobny do Sapkowskiego dzieła, stary i cyzelowany na fantastyczny, owe opisy, że zatonąć można, ten bohater, którego do końca nie wiadomo czy człek lubi, czy chce go niczym potworna głodem potwora zeżreć… No dobra podobny jest do Wiedźmina, chociaż magii tutaj nie tak wiele. Raczej facet, co w nic nie wierzy, co wkurza, denerwuje, wciąż chce udowodnić, że jest tylko sobą…

Opowieść rozpoczyna się przed ukończeniem przez naszego bohatera wspaniałej szkoły – a raczej klasztoru szkolącego wszelkiej maści potworobójców, wróżów i uzdrowicieli… To tutaj poznajemy Gryppina. Młodego, zadufanego w sobie kandydata na kreczownika i jego niewielu przyjaciół. Nie wierzącego w potwory i nadmiernie ufającego w swoje możliwości. Przyjdzie myu zmierzyć się ze światem, który tak naprawdę wcale go nie kocha, chociaż dał mu miłość pięknej kurtyzany. Ze światem, który zmusi go do czynów i przewartościowań… a potem oczywiście rzuci w wir życia.

I tak najpierw obserwujemy mało szkodliwego młodzika, z czasem dojrzałego, lekko zgorzkniałego mężyczyznę. Śledzimy nie tylko jego poczynania, ale przede wszystkim owe potyczki, które wpływają na jego wewnętrzną przemianę… Z jednej strony kropla w tym Wiedźmina, z drugiej i cykl Niecni dżentelmeni. Jest w niej owa lekka naiwność młodzieńczości, a potem zgorzkniałość dojrzałości… ale przede wszystkim jest niezła, pełna opowieść. Świetnie zilustrowana, tętniąca od magicznych opisów, przyrody i świata, w który łatwo wkroczyć, bohaterów, którzy intrygują…

Czytałam tę powieść powoli, a raczej smakowałam ją. Dziwnie nie chciałam skończyć, bo przecież kurcze nie ma drugiej takiej, a mi dobrze przy tym wkurzającym bohaterze, przy potworach tak innych… jakoś tak udało mi się z łatwością w nią przenieść, chociaż tylko  roli obserwatora, jakoś tak oderwać się od codzienności. A ostatnio w książkach to cenię najbardziej… a może zawsze tak było?

Nowe do pożarcia… takie wakacyjne i lekkie, chociaż pewno raczej nie do końca, malownicze i rozleniwiające.

Dawno, dawno, dawno temu, kiedy Wyspa pełna była całkiem innych potworów, stworzeń, czarów i legend wypowiadanych połamanymi żuwaczkami… żyły sobie Pierdliwce Kręgosłupowe. Plemię dziwnych osobników o trudnej obecnie do opisania osobowości, trybie myślenia, czy zachowaniach… bo wszystko co po nich zostało, to odciski. Tutaj mamy kręgosłup, dziwnie giętki, filuternie naszyjnikowy, misternie powiązanych ze sobą koralików. A tutaj prawdopodobnie uszko, chociaż naukowcy dopatrują się w owych muszlowych, zawiniętych pieczołowicie kształtach całkiem innych części anatomii… ale to wszystko nader wyraziście, aczkolwiek mozolnie stare zboczeńce, wam powiem!

Serio!!!

Patyk im pokazujesz, a od razu pozew o molestowanie.

Ale najważniejsze są owe mgliste muśnięcia, jakże trudne do odkrycia na powierzchniach biało-szarych skamielin, splątane z jeszcze starszymi odciskami i elementami kośćca przeszłości. To obłoczki gazów. Wydostające się z badanych obiektów z ogromną prędkością i potężną siłą… zdolnych zabić, w zależności od mieszanki i zabarwienia wydobywającej się kompozycji!!!

Nie wiadomo dlaczego, ale właśnie skamieliny owego zaprzeszłego przodka nawet pomysłu o tym, by wydać na świat coś takiego, jak Wiedźma Wrona Pożarta, a nawet przodków, którzy w końcu doprowadzić mają – o szczegółach czego nikt serio nie chce nawet myśleć – odejdźcie obrazy zła – bo to straszne – do jej przybycia na ten świat… czepiały się owe skamieliny Wiedźmy. Targała je ze sobą wszędzie, przyczepione do szalika, zagubione w traktorowatej powierzchni jej ubłoconego kamaszka…

Na pewno miały w poszukiwaniu owego taniego, ale pokrętnego sposobu do transportu jakiś cel, ale jaki nikt nie wie. Zresztą na tej Wyspie większość, jeśli nie wszystkie, do czego nikt przecież się nie przyzna, spraw odbywa się na intuicję, Na nosa, serca bicie, tudzież jakiś inny organ… no po prostu rozum z owej pogoni ku pracowniczym stołkom najwyższym jakoś wykluczano.

A może na Wyspie rozum w każdym jakoś tak opadał, lub wznosił się, lub szedł w śledzionę? Albo w oko, no na oko wielu żyje, lub w kocią łapę? Chociaż to tak raczej dziwnie brzmi, no jak te królicze łapki czy coś na szczęście. Coś la kogoś, komu zielony kamyk nie wystarcza?

No mniejsza, tak naprawdę to owe skamieliny nie są jakoś najbardziej dziwną żywotnością na Wyspie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bożek Fatnessu… została wyłączona

Pan Tealight i Urwane Sny…

„Pan Tealight przemykający pomiędzy domami i drzewami, między uśpionymi uliczkami i ścieżkami, zamkniętymi kielichami kwiatów i całkiem wygaszonymi świeczkami, dziwnie uśpionymi latarniami… Cały taki dziwnie jednolity, w głębi swej kompletnej szarości cielesnej i czerniości płaszcza z głębokim kapturem… był niewidoczny. A może raczej i pora była taka, że głupio by było ją zarwać i podglądać, obserwować wnikliwie coś, co oko wykol, a i tak nie zobaczysz. Wydłub je, wystaw na zewnątrz, a zmrożone rankiem długo będziesz musiał rozgrzewać.

Ci co nockę zarwali zdążyli już wrócić do domów, opróżnić żołądki i usnąć, a ci, co zasnęli o bardziej przepisowej porze tkwili w środku koszmaru… mniejszego lub większego, bardziej lub mniej skomplikowanego, a czasem wprost komicznego lecz nie nam to oceniać. Ale on nie spał. On miał spotkanie z Panią Urwanych Snów. Mistrzynią Niedokończenia. Tą, co nie pozwalała zapomnieć, ale do końca życia zaszywała w każdym owo pytanie: a co by było dalej? Mistrzynią Wkurzenia. Tą, której siostrą była Zapominaczka… ta, któa zawsze wiedziała, że słowa mające na celu wspomóc zapamiętanie snu, znikną z twojej głowy, gdy tylko spojrzysz w okno, gdy ziewniesz, gdy chociaż nagle na chwilę przestaniesz o nich myśleć. Nawet jeżeli zapiszesz jakieś słowo, nauczony doświadczeniem… i tak nie będziesz pamiętał o co chodziło. I tylko czasem, w dziwnych chwilach swego istnienia podejdą do ciebie owe obrazy, ale nie będziesz potrafił ich połączyć… będziesz tylko czuł, że coś co zabrano…

Pani Urwanych Snów jak zwykle siedziała na niskim dębowym stołeczku przy piecyku. Piecyku, który nigdy nie zaznał ognia, ale za to wypchany był starymi szmatami. Jedną z nich, koronkowe majteczki w cukierkowym różu trzymała właśnie w dziwnie białych, szklistych dłoniach i drżącą ręką wypruwała z niej kolejne nitki… Znaczy drżącą i prawą i lewą… nie żeby miała trzy, albo odczepiała sobie… Klęłą przy tym niemożebnie, popisowo i raczej artystycznie i barokowo, wrzucając w to całą swą duszę i serce, ale na szczęście jak zwykle była sama. Sama poza swoją hodowlą miniaturowych, szkliście czarnych ślimaków, ale im to raczej nie przeszkadzało. Żyli ze sobą już od tak dawna, właściwie od początków świata, ale kto by tam wypominał… więc się przyzwyczaili. One gotowały swoją cuchnącą potrawkę z bliżej mało identyfikowalnych roślinek w sosiku z zagęstnikiem, a ona klęła i paliła swoją cuchnącą fajkę z czereśniowego drzewa. Z tego samego, które gdy się zawaliło spowodowało Pierwszy Koniec Świata.

Cóż, do wszystkiego z czasem można się przyzwyczaić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Stąpam po grubej, chwiejnej dziwnie poduszce z liści. Zdawałoby się, że powinny już zgnić, zniknąć… ale wciąż tutaj są. Jakby nie były w tym roku pewne, czy chcą w ogóle odejść. Jakby owe młoge, zieloniutkie pączki pojawiające się na ICH gałęziach… zdawały się wrednymi uzurpatorami. Ot zwyczajowe konflikty pokoleń. A i sprawa zimy, która nie pozwoliła roślinkom wyśnić sobie umierania…

… bo umieranie trzeba wyśnić. Oswoić je jakoś. Ów dziwny, pierwotny, znajomy każdemu strach okiełznać, wsadzić do sporej klatki wysadzanej pstrokatymi, wybujałymi w swym ego diamencikami i zdobionej brokatem i chwościkami… A potem odziać go jeszcze w dziwaczny strój, śmiesznie prześmieszny, gacie koronkowe i szlafmycę… a potem spojrzeć na to ponownie i już się nie śmiać. Już uznać to za kolejny etap, jakąś przygodę, co do której nie mamy żadnej pewności… poza tą, że ona na każdego z nas czeka i biletów nie trzeba rezerować.

Spacerując pomiędzy kurhanami, brodząc w owej gęstej liściastej zupie, pomiędzy nagimi drzewami, srebrzystymi pniami… potykając się o resztki omszone, lądując dupskiem w bagienku umiejętnie zakrytym cieniutką warstwą złośliwej szeleszczości… No jakoś tak mi dobrze. Szepczą umarlaki, wbrew temu, co się innym może wydawać, nawet jak są w proszku, to gadają. Jakoś widać taka zwykłe urna ma dobrą akustykę, czy coś? Nie wiem, sprawdzę? Oj nie… ja chcę po prostu polecieć! Rozsypać się w proszek i polecieć. Tak by zawsze latać nad Wyspą. By być w mgłach i chmurach, w deszczu i gradzie, w wietrze i burzy, w Wiośnie, Lecie, Jesieni i Zimowej Zawiejce…

Po prostu. Bo jakoś tak nie chcę do końca odchodzić. Chcę zostać z kurhanami i krzemykami, z kamieniami i drzewami, wciąż kąpać się w owej przeszłości, w starości akceptowalnej z łatwością, przebywającej w rzeczywistości… w owych ruinach i zapomnieniu, w legendach i tym, co zarosło… w owych kamiennych rytach, wciąż nieodnalezionych, w tym wszystkim. Taki tam recycling i w ogóle. Żadne powolne rozkładanie, żadne zamknięcie trumny. Po prostu zwyczajnie, ale elegancko rozsypać się i polecieć.

A potem wrócić i zznowu polecieć…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Urwane Sny… została wyłączona

Pan Tealight i Swędzące Patyczki…

„Pajączek Rzężączek miał czkawkę. A że na taką czkawkę jakiej on się na owej wietrznej pajęczynce, oj o wiele wiele wiele więcej niż kawalerskie powiem, nie surowe M1 z garażem i basenem pod rynną, nabawił pomagała ino woda z dolnego, wartkiego, lekko już morskiego i solonego biegu Znajomej Rzeczki… więc udał się w drogę. By nie czkać więcej. Oczywista najpierw uplótł sobie intrygujące wdzianko z otworkami, coby w świat taki nie iść gołodupcem… w końcu tutaj narzeczona wisieć może na każdym rogu i pod każdym okapem… Potem dołożył do tego spadochron haftowany w śnieżynki, poczekał chwilę na odpowiedni wiaterek, wybrał linię z ulgą 50% i już…

… i wieje…

Podróż trwała krótko, ot dwie i pół sandwicza z muszką bez skrzydełek, bo wiadomo mania odchudzania i w pajączkowym świecie, a już jest na miejscu. Lekko opada na zgarbioną wierzbę wpatrzoną w morze i osuwa się do rzeki. Jest tak blisko morza, że czuje na włoskach słone powiewy, ale czkawka męczy, więc łyk jeden z małego żółtego listka i drugi łyk, potem przebieżka po piasku, turlanko i jeszcze łyk. I po wszystkiemu! Zdrowy i nieczkający pajączek rozgląda się… a tam coś ciemnieje wielkiego na plaży. Dziwnie drży, porusza się czasem, ale w większości niczym wielki wieloryb z baśni straszących pajączki w jajeczkach przy maminych odwłokach… Ciekawość może u pajączków też ma śmiertelny wymiar, ale w końcu to jakby wakacje dla Rzężączka, więc powoli na niewielkiej lotni podlatuje do owego plażowego bytu. I nie rozpoznaje go, chociaż prawdę mówiąc jest oczytanyn pajączkiem. Owa czarność ma cztery odnóża, które dziwnie łapczywie zagarniają do siebie zwykłe morskie patyczki… te same, których rechot, bo zawsze swędzą je kamyczki piasku, wdzierają się w dziureczki po gryzakach, tak mu przeszkadzał w dzieciństwie. Oj pamiętne dni, kiedy jeszcze jako jajo uczono go o ich wstydliwych chorobach, o przywarach i cnór braku. Patyczki – pajączek spluwa z odrazą, a potem wraca do wierzby, pakuje się i do domu… Po drodze spotka panią swego życia, która jednak po trzeciej ciąży odgryzie mu łeb i tyle z małżeńskiego szaleństwa, ale on o tym nie wiem i się nie dowie, znacy do czasu wiadomego się przecież nie dowie, więc żyć będzie w łagodnej, szczęśliwej nieświadomości…

… bo czemu nie!

A że Wiedźma Wrona Pożart dobrze gilgocze, łachocze i ogólnie pozbawia męczącej powłoczki Patyczki Swędzące, tosz przecież wcale nie jest tajemnica! Znaczy nie do dziś…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Plaże nadal puste poza kilkoma, wiadomo zmuszonymi do załatwiania się po zawietrznej psiakami. Ale w końcu nie szukam ludzi… bo i po co oni. Tuaj lepiej wpatrzyć się w to, co inni uznają za nicość zapomniawszy czasy dzieciństwa. Kamyczki i patyczki, skarby wielce falami wylizane. Przetrawione przez słoność i słoneczność, wypodróżowane w prawo i w lewo, a i na wskroś też. Cudowne. O kształtach takich, że trudno uwierzyć, że to nie rzeźby, że dla większości to śmieci, nic takiego, nie skarby ani nie kości… nie zapomniane, a wciąż poszukiwane legendami tajemne cząstki bereł, rzeźb bez nich nieskorych do wypowiedzenia słowa czy ruchu zaznania…

Aż człek nie wie, czy czołgać się, czy jednak zachować pozory spacerowania? Może udać, że coś się zgubiło, że tak naprawdę nie chodzi o te, na które inni nawet nie spoglądają. No chyba, że wysikanemu czworonogowi coś trzeba w otchłanie rzucić, coby się wybiegał, w domu potem nie jęczał… A co tam, nie będę udawać kogoś innego, kogoś dziwnością nie ukrzywdzonego… znaczy tam naznaczonego. Bo i jaki w tym cel? Moja to plaża w tej chwili, moje królestwo i mój czas i moi poddani…

Kochane patyczki połączone w dziwnym tańcu. Jakby pragnęły usilnie narobić nowych patyczków, ale jakoś im nie wychodzi. Może i układ planet nie ten, a może zwyczajnie otworki piaskiem zaszły, zatkały się kraniki? Ale co ja mam na to poradzić? Tosz nieznajomam w rozrodzie patyczków! I czy nie miały robić tego w wodzie, tosz ja gołą ręką je dotykam! Dotykam i głaszczę. Macam obrzydliwie zachłannie szukając dotykiem kształtów dziwnych, innych, najbardziej zaskakujących, najbardziej mamiących, perfekcyjnie wypolerowanych, gładkich niczym owo wstydliwe i owo wyłącznie co szeptane… myślami.

Czy naprawdę obchodzi mnie co robią? Biorę te, które chcą ze mną pójść, które po prostu kleją się do dłoni, muskają skórę, chwytają frędzle szalika. Zwyczajnie złaknione czegoś innego, a może czegoś raczej zaskakująco nudnego? Chcące być czyconymi, na postumencikach, dyndającymi u szyi, tudzież zamotanymi w skrzydła całkiem ukoślawionego amuletu…

… biorę je do Chatki, a potem nocą udaję, że ich nie słyszę…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Swędzące Patyczki… została wyłączona