Pan Tealight i Źródło Przeciwności…

„W głębi ziemi, wśród korzeni… a nie, to chyba nie ta opowieść, moja jest odrobinę odmienna, odrobinę bardziej dziwna. Zaczyna się raczej w głębi jakiejś dziwnej, zagłębionej tak, że już serio nie da się głębiej, bo tam już tylko owo straszne nieznane, zepchnięte z codzienności… dali głębnej, jakoś dalej, gdzieś mroczniej i ogólnie mówiąc deeper… Gdzieś w lasach, w sercu wszelkich serc, duszy wszystkich dusz, pokrętnej analizie tego, co możliwe do zanalizowania. Gdzieś w owej niekolorowej dali wszelkich dal i ostoi wszystkich ostój, albo ostojów?

Kurcze!!!

Dokładnie, to wiadomo nic, oraz to, że nic nie będzie wiadomo zawsze, bo w końcu byty wszelakie uwielbiają grać rolę Indiego J., znaczy nie psa, wiecie… ale na razie wiedza o miejscu ukrycia owego miejsca jest wyłącznie… przeczuwalna. Na pewno są tam kamienie i jest las. Dziwny las, z jednej strony wiekowy, pokręcony i wielopoziomowy, dziwnie zagłuszony, zagmatwany, nieuczesany, a z drugiej… z drugiej drzewa tam są niskie. Ot zaledwie niewiele ponad wzrost człowieka. Może dlatego dotąd udaje się mu ukrywać. W końcu rozmiar ma znaczenie, a jak coś jest niepozorne, to i jego znaczenie nabiera mikrzejszysz szans na wzrost. No i wepchnięcie się w takie splątane, gałęzio-trawowe ściski, raczej nikogo nie podnieca. Nawet tych wybrednych! Znaczy wybrednych w kwestii podniecania, nie gąszczy…

Gdzie leży?

Oj właśnie problem w tym, że nie leży na powierzchni, znaczy nie do końca. Po prostu jest w gąszczu, w dalekiej jakiejś mieścinie znak prowadzący donikąd, obdrapany, dla większości nieczytelny, dla reszty niewidoczny, nie wart splunięcia, obsikania przez chorego psa dingo z grzybicą… Za nim jest miasteczko, potem dwie rzeki, góra i trzy morza, a potem jest Wyspa oczywiście. Bo bez Wyspy nie ma niczego… i tam jest opisany lasek i kamienie, i kamień niczym ołtarz, dziwnie ukształtowany, proszący się o rolę, pokryty mchem… a pod nim maleńkie wgłębienie, a w nim dziwnie niebieska, niczym upojona wucekaczką woda bulgocze…

Mawiają, że Źródło Przeciwności zawiera w sobie największą mądrość wszechświata. Taką, której cholernie nikt nie chce. Bo ono nie kłamie. Po prostu nie umie, jakoś tego zwyczajnie nie potrzebuje.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Szczęśliwa godzina w piekle” – … piekło czy niebo? Pamiętacie taką grę? Kawałek papieru, wydarta kartka z zeszytu w kratkę, oj pewno nauczyciel zauważy i będzie bura, ale co tam… warto przecież. Bo w końcu piekło, czy niebo? A może i to i to? Czy jest taka możliwość? Żeby mieć wszystko. To co nazywają dobrem i to co zwą złem? A może nie ma i tego i tamtego…

Oto jest Boska komedia… ponownie. Oto jest on, Anioł, który pragnie odnaleźć swoją ukochaną w zaświatach. Niestety mowa tutaj o zaświatach bardzo określonych. O owych mrocznych, gorących i ognistych… złych? Tam jest ona, jego ukochana demonica. Hrabina. Tylko jak Anioł ma wejść do piekła? I kogo dostanie za przewodnika, bo przecież musi być przewodnik, czyż nie?

Tad Williams tylko na pozór stworzył cykl o aniołach i diabłach. O owej odwiecznej walce o dusze. Wiecie, coś w typie YA, trochę fantasy, trochę mitów… Wyszło mu coś więcej. Coś głębszego, większego, pięknego, poważnego. Oto jest opowieść… Opowieść wynikającą z bólu po stracie najbliższych. Opowieść o człowieczeństwie, o miłości, o buncie przeciwko temu, co nie pozwala być nam sobą. Opowieść z nadzieją, z ową linką bezpieczeństwa, która pozwoli mieć inną wizję końca… ale też historię dosłowną. Manipulującą zebranymi dowodami, by pozwolić nam podjąć decyzję w sprawach ważnych. W sprawach ciężkich dla psychiki. Tych, którzy odchodzą i tych, którzy zostają. Którzy muszą żyć w świecie, który się skończył.

Oczywiście możecie sięgnąć po ten cykl tylko dla zabawy. Czytać go jak rozrywkę o trochę innym zabarwieniu. Ot diabelsko-anielskie zakusy, pułapki i walki. Ot opowieść o miłości i samozaparciu… oraz o prawdach, które oczywiście często są różne w różnych ustach. O ludziach, którzy stali się czymś więcej i o specyficznej bezduszności… duchów i wyższych sił. Albo… przekonać się do czegoś więcej.

Wyspa ma kilka źródełek. Jak natura pozwala, obfitując w wilgotności, to nawet pewno i kilkanaście. A może i kilkadziesiąt? Kto to może wiedzieć? W końcu niektóre z nich są widoczne tylko dla tych urodzonych w marcu, a inne znowu tylko dla tych, co nie mają włosów pod pachami, albo zawsze zacinają się przy goleniu i to niezależnie od noszonej w sobie płci. Jedne z nich są tak bardzo zimne, inne wydają się gorące ale tylko tym o migdałowych oczach… bo czemu nie? Jedne aż szalenie ciurkają powodując łaskotanie pęcherza u każdego, inne znowu jakby się skraplały w powietrzu, jakby nie dotykały niczego i nikogo. Jedne dają się napoić i poją innych, a niektóre, cóż, jakby po prostu były nie dla wody, ale dla czegoś innego, czegoś więcej, czegoś, co serio nie przystaje źródełkom. Małe buntowniczki z ich, czy co? Wszystkim się wydaje, że są tutaj dla nas, ludzi, zwierząt, roślin i kamieni… ale prawda bywa zabawna w interpretacji swoich własnych dokonań. Jakoś tak lubi motać…

Źródła mają w sobie coś magicznego, coś takiego niecierpliwego, duchowego, ale też dziwnie pobudzającego cielesność i nie mówię tutaj wcale o wspomnianym wyżej pęcherzu! No bez przesady, magiczność nie tylko siusia! Magiczność ma w sobie te sprawy, które zabawnie łaskoczą i inne nasze członki. Ale jednak… jak zapytać źródełko o imię? Jak zapytać o przeznaczenie, o moce sprawcze, o etykietkę, datę przydatności do spożycia i jakiś taki skład organiczny? I ten mniej organiczny też? Albo o to, czy przed użyciem należy się skontaktować z lekarzem lub farmaceutą?

Czasem pojawia się we mnie taka myśl, że źródełka są tylko po to by być… ot tak po prostu sobie wymodziły, że będą dawać myślącym pole do popisu, ale potem znajduję owe wilgotne, omszałe kamienistości i już niczego nie wiem.

Woda… bo chodzi oczywiście o wodę. Nie da się bez niej żyć i to totalnie. I nie chodzi tylko o nawadnianie i cudowną, chłodną wilgoć, nie chodzi tylko o picie, wchłanianie, roślinne długie korzonki, owe macanie dookoła siebie, byle tylko ją znaleźć… nie chodzi o ową jej moc, o piękno kształtowania tego, co jest cierpliwe. O kroplę drążącą skałę, o strumyk o zmiennej potędze, który wie, że zawsze się odrodzi, jeżeli tylko chmury pozwolą. Jeżeli tylko woda spadnie z góry… A co z dołem? Nie wiem… niby jest to dowcipne i zabawne, jak ludzie chodzący w Australii do góry nogami, ale jednak coś w tym jest. Co z wodą z dołu. Ową drążącą tam, gdzie nikt nie widzi, gdzie tylko czuje… Nie wiem. Wiem za to jedno. Padało. A raczej nagle w nocy pojawiła się dziwna kurtyna wodna. I uderzała sobie we wszystko, gdzie tylko mogła, ale i tam, gdzie wszyscy myśleli, że nie będzie mogła… ona nie dawała za wygraną. Kłótliwa taka zołza? Może? A może po prostu ma swoje zdanie i woli wszystkiego doświadczać empirycznie?

Bynajmniej kurtyna z wody w okolicach kościołów zmieniła się w grad. Nawet spory, dziwnie mocny, sporadycznie nietopliwy. Jakby bardziej uparty niż inna postać wodnej rodziny? A może tylko tak zakompleksiony, że nie chce by ktoś widział go w innym stanie? No któż to tam wie tak do końca? Grad spadł sobie i patrzył na samochody, na zaskoczone pyszczki małych i większych zwierząt, na robiące „O” usta tych dwunogich ludziów. Na ich samochody, nagle stające w pół drogi, mniejsze lub większe pół. Na świat… jakby ktoś sobie w górze umyślił nagle turystykę pomiędzy porami roku.

A rzeki, owe cienkie, niezbyt burzliwe cieki nagle zmieniły się w dziwne, bure, polne pływy. Z twardej ziemi udało im się porwać tak wiele… a potem zepchnąć to wszystko do morza, które znowu ma tak wiele kolorów… ot woda.
Dziwny byt!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Źródło Przeciwności… została wyłączona

Pan Tealight i Przenośny Drepcząco Plusk…

„Przenośny Drepcząco Łiszingłell od dnia swojego spojawienia się, doprawdy z zaskakującą łatwością, odnajdywał się w codzienności Wyspy. Znaczy szlajał się samotnie, bez mapy, GPSa, oraz wszelako i bez kanapki (zresztą bez wersalki też), chlapiąc wodą z wiaderka gdzie popadło, wpadając w każdą szparę, każdą dziurę i udzielając wiglotnych ostatnich namaszczeń tym, co nie chcieli… i wróżąc oczywiście. Wróżąc bezczelnie i natrętnie, nie bacząc na stan wiary, status społeczny, dietę, czy też seksualne niedopowiedzenia… Bo poza tym, iż wrzucona – oczywista to nie takie łatwe, bo musiała być w tym celu specjalnie zrobiona, obrobiona i wygrzana, w ulubionym stopie studzienki, faworyzowanym kolorze, kształcie i z dziurką oczywiście, i tak dalej – ostatkiem zwątpienia moneta, mogła zapewnić, komukolwiek sprytnemu, zbyt mocno spełnienie marzenia… to jednak poza tym, umiał Łiszingłell też wróżyć!!!

Miał tylko jedną, jedyną, no całkiem maluśką słabość. Ot takie tam może i zboczenie, ot zwyczajnie no nie tyle wadę, nie przesadzajmy, co doprawdy przemiłą skłonność ku pluskającym wodom. Niestety w Chatce Wiedźmy, gdzie przecież mieszkał stało się tak, iż chlupało tylko jedno poza Bulgotem miejsce. Miejsce bliskie odpływowi prysznica, miejsce czyste, miejsce dziwnie jaśniejące, choć jakże wstydliwe… raczej co jak co, ale Bulgot swojej miejscówki nie ospuści, się nie oszukujcie… więc jeżeli Przenośny Drepcząco Łiszingłell nie szlajał się właśnie po mniejszej promieniem, tudzież większej nim, okolicy, można go było znaleźć tam.

… TAM!!!

Jak spoglądał w ową magiczność, w te ciurkania, skraplania, krople, łezki i przesmyki wodne, owe wiry i roztopy, owe niesamowitości, święte, krystaliczne, magiczne i jedyne czystości, zdolne zmyć każdy brud, każdą bliznę przekształcić w czystą, oczekującą skórę i pożreć każdy smród…

Ale pewnego dnia… Czy był to promień światła odbity w toni, który w jakiś sposób zsumitował jasne drewno i kamienną cembrowinę, a może wiatr mocniej zakołysał wiaderkiem, nie wiadomo. Wiadomo tylko, że dokonał się Plusk, a potem coś się zmieniło, chociaż nie było to wiele. Nie było to coś, co mogłoby od razu zaśpiewać, uczynić cud, coś, co mogłoby pokazać swoją moc, albo też raz na zawsze, w tej jednej chwili, odmienić swoją codzienność. Nie mogło uczynić niczego, w co doprawdy od razu wszyscy by uwierzyli, mogło tylko być… Pluskiem.

Łiszingłell na szczęście nic sobie nie zrobił. Nawet nie obdrapał wiaderka, ni nie nadgnił daszka, nie wyleciała mu nawet zaprawa spomiędzy kamieni, nie obsunęły się żadne drobinki roślinne… więc nic nikomu nie powiedział. Zresztą, nie było o czym, czyż nie? Nie było o czym…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Poza cieniem” – … i w końcu. W dziwaczny sposób jakoś tak w moim życiu się zamieszało, że po przeczytaniu pierwszego tomu trylogii nie dotarłam do kontynuacji. Mimo mojej fascynacji, mimo zauroczenia, mimo tego, w jaki sposób powieść mnie wciągnęła, jak nam było razem dobrze, jak się zakochałam, jak mnie wszystko to tak mocno zafascynowało… no po prostu naprawdę życie sobie poszalało!

Ale w końcu dotarła do mnie, co prawda nie czytałam środka, ale z takimi powieściami jakoś tak się da, jakoś tak można wkroczyć, bo autor wie co robi i nie rzuca tylko ogólnikami w typie: on ma rogi, bo tak. Bo jakoś tak pisze, że mimo potężnej liczby bohaterów, z których serio każdy jest ważny, nie gubię się. Jakos tak zwyczajnie, jakbym tam była wiem i widzę. Bo ta powieść to wprost epos. Ogromna, potężna, przeplatająca się, do końca nie wiemy, czy ten co żyje, żyje, a może jednak nie żyje, ino się mu umarło, a to tylko cień i echo grało…

Mniejsza. Kocham tę trylogię. Tak po prostu. Może i wymaga całkowitego stopienia się ze stronami, może i zabiera nas z codzienności, może i zmienia pozwalając spojrzeć na ową codzienność zwyczajnie inaczej… po prostu. Bo tacy bohaterowie nas zmieniają. Ich wybory kształtują inne spojrzenie na nas samych. Ich walki są naszymi, ich księgi stapiają się z naszą historią…

Bohaterowie dorośli od pierwszego tomu. Zmienili się namacalnie i w owych fragmentach swoich bytów, które nie do końca są dotykalne. Dorośli, zgrzybieli, zakochali się ponownie, albo podjęli decyzję, by być samotnikami. Dla jednych życie to tylko walka, dla innych coś więcej… ale są też owe okruszki poboczne, owe cudowne osobowości, któe mają na nich wpływ, i wobec których i czytający nie jest w stanie przejść obok…

… chyba dlatego tak bardzo lubię tę powieść. Bo jest wyzwaniem. To my musimy wybrać, a może raczej możemy wybrać? Autor daje nam pełną wolność oceny, pozwala spojrzeć na wszystko, i jest magia! Specyficzne konstrukty społeczności, które burzą nasze emocje, grają na naszych baśniach… na owych wplecionych w nasze myśli wzorcach, których nie możemy się tak łatwo pozbyć, lub ich zmienić.

Naprawdę ciekawy cykl… dla wymagających.

Ciepło.

Nudna pogoda mode rozpoczęty. Trochę wieje, ale co to tam za wianie. Nawet zbytnio morza nie burzy. Plaże wciąż jeszcze niezbyt zagęszczone golasami, ale już zaczynają być powoli zajęte!!! No przyjdzie czas, że nie można się będzie ot tak zwyczajnie wybrać na kamyki! Ech! Cóż, no sezon. Ale jednak… wciąż jeszcze nie siedziałam w falach, wciąż jeszcze nie pływałam, dlaczego? Może coś ze mną nie tak, bo z morzem raczej wszystko w porządku, a całe plemienia młodziutkich kaczek bawią się w: „utoń mnie, utonę cię”. Wzajemnie znikają wywracając się pod taflą lekko marszczonego kobaltu i nie ma ich i nie ma i nie ma… wprost już wyłażę z gaci, by skoczyć na ratunek duck al orange, gdy one nagle niczym piłeczki pingpongowe pod wodą wyskakują na powierzchnię, otrząsają się, gdaczą, kwaczą i znowu nurkują. Znikają niczym za machnięciem jakiejś różdźki, za zaklęcie… ale może i ktoś tam za mną macha, może i ktoś tam zaklęciuje małe, pluszowe, szarawo-grafitowe byty?

Co do łabędzi, to raczej nie biorą w tym udziału. Raczej wyglądają, jakby się chciały jak najszybciej pozbyć niedorostków. Wprost jakby pragnęły podać je na tacy srebrzystej, na warzywach, na owocach, na parze, ale z tłuszczykiem, a może i z pasztetowymi ciasteczkami dookoła? Hmmm? Nie mam rozeznania w ptasim, kulinarnym, atawistycznym i pewno zombiaczym w zamyśle tchnieniu… jakoś tak niezbyt owa wizja złożenia na kamieniu i ofiarowania demonom pierworodnych, lub raczej pierwowyklulnych, czy jak tam… No sami pomyślcie. A tak w ogóle, to z pierzem, czy raczej już opalone i obdarte?

Lepiej nie myśleć!!!

Wyspie trochę braknie kasy, więc w tym roku nie liczcie na dokładnie wykoszone ścieżki, na obkoszone drogi i inne takie frykasy i ananasy! Poza zamkniętymi oddziałami pocztowymi są i inne obcięcia. Nie będzie szmatek oznaczających najfajniejsze miejsca do podtapiania dupska, ani innych cudów techniki. Ogólnie mówiąc sodoma z gomorrią, jak ktoś serdecznie kocha techniczną cywilizację. Oto natura pobiera myto od nieplewienia, nieprzyciannaia i wszelakiej nieludzkości w swoich wymiarach!!! Ślicznie atakuje smołę, czy czym tam teraz te drogi wykładają. Od razu zrzucone, zeszłoroczne liście, pokryły się ciężką, brązową zbutwiałą cudownością, już tam ziarenka zaczynają kiełkować, nie bacząc na wilgotną ciemność. Ot załapią się na kilka porannych mgnień słonka i jakoś potrafią z tym żyć. Nie skarżą się! A może robią to tak cicho, że jak się nie wywalisz, nie potkniesz o rozwiązaną sznurówkę i nie wyryjesz nosem w glebę… no nie usłyszysz. A nawet wtedy, nie oszukujmy się! W końcu zaczniesz tak przeraźliwie wrzeszczeć, bo ubrudziłeś swoje nowiutkie adidaski, te z zielonymi i z pomarańczowymi wstawkami, co to kosztowały pół Afryki, że nie baczysz na słuchanie!!!

Tak w ogóle, jeśli już upadniecie na Bornholmie, to wstawajcie szybko. Nie leżcie, nie pieśćcie gleby nazbyt długo, nie spoglądajcie na robaczki, co to robią to, co robaczki lubią najbardziej… znaczy bzykają się. Bo jeżeli przegapicie swój czas, Wyspa zwyczajnie was w siebie wciągnie. Może i po wciągnięciu wciąż będziecie jakoś sobą, może i wciąż jeszcze będziecie, ale jednak… uważajcie. Dla nas nie ma już ratunku, my żyjemy w Niej, ale wy jeszcze możecie zdecydować… nie żeby było to złe życie, oj nie, ale zazdrość o Wyspę zmusza mnie do owego pokrętnego sotrzeżenia!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przenośny Drepcząco Plusk… została wyłączona

Pan Tealight i Wieczni Samobójcy…

„Na poboczu.

Widoczne nawet wtedy, gdy nikt na nie nie patrzy, widoczne przecież nawet wtedy, gdy nawet patrzy ten nikt, ale nie widzi, bo kto by tam zawracał sobie głowę… Stoją. Równo nierówni. Masywni, grubi, niscy, a jednak jakże potężni. Biali, klockowaci, prostokątnie prostopadłościenni, a jednak fantazyjni! Owe czerwoen czapeczki nałożone na czubeczki, bo przecież dzisiejsza moda jest tak pokrętna, iż takie sprawy należy wyjaniać od razu, czyż nie? Więc mają owe czapeczki, połyskują i wypełniają trawiaste pobocze i pole za nimi jest złote i lasy są, a nawet i rzeka lub dwie rzeki…

Stoją.

Proste.

Niektóre przechylone, inne znowu uderzone, dumnie noszące ślady kolejnych kroków ku śmierci. Te na zakręcie dziwnie zawsze bardziej bliskie szosy, powoli przedzierające się poprzez trawy ku czarniawej ostateczności. Ku swojej pełni życia, ku temu, co tak naprawdę jest całą ich historią, religią, całym życiem i wolą trwania, nim… trwania nim nadejdzie wszystko czarne.

Kiedyś było ich tak wielu. Kamienni i betonowi. Jakże potężni i pełni magii. Wtedy ich świat był inny, inne były marzenia i wierzenia. Wtedy pragnęli tylko życia dla siebie i tych, co stąpali czarną drogą, obiecywali bezpieczeństwo i byli wskazówkami, wytyczną życia, podróży… ale czasy się zmieniły. I nadeszły one… połyskliwe nawet wtedy, gdy nic nie świeciło, jakże giętkie, jakże chciwe bólu i zranienia, a jednak… nie do zdarcie. Zgniecione wciąż wstawały. Wciąż chciały, więcej i więcej. Po prostu. Lżejsze, łatwiejsze do postawienia na poboczu dziwnie już nie takiej czarnej drogi. Wyparły ciężkie klocki, białe z czerwonymi czapeczkami. Twarde i wiekuiste, a jednak przecież dla większości, wstydliwe, zaprzeszłe relikty przeszłości. Tylko czy owa przyszłość była lepsza, czy było się czym chwalić?

Dlatego się zmienili… porzucani, usuwani, wyrzucani, zmieniani na brukową kostkę, na krasnale ogrodowe, na dziwne formy, dziwne stoiczności. Ale gdzie niegdzie jeszcze są i czekają na ostateczność. Na zagubionych, wiejskich drogach, na tych mnie używanych, a może ukrytych przed wszytkim i wszystkimi… Potężni, refleksyjnie jakże bardziej przystający dla tych, co na drodze. Jakoś tacy milsi. Każdy z nich ma swoją osobowość, każdy ma swoją historię i opowieści szeptane, gdy słońce zachodząc skutecznie zmniejsza liczbę pojazdów na drodze.

Żaden z nich nie ma już nadziei, ale będą tutaj dla ciebie, na zawsze. Znaczy dopóki się nie rozsypią, albo ktoś ich nie wyrzuci do rowu… ale wtedy świat stanie się dziwnie mniej piękny, tylko jeszcze o tym nie wie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zrodzony ze srebra” – … i koniec? Znaczy co? Znaczy jak? Znaczy już nie będzie? A może jednak będzie? Bo z tego co wiem, to istnieją jeszcze trzy opowieści, ale czy je wydadzą? Oj pewno, że mogę przeczytać w oryginale, ale jednak tłumaczenie było nie tak złe… przyzwyczaiłam się!!!

Bynajmniej. Nasza bohaterka zdążyła do siebie jakoś tak przywiązać, przyzwyczaić, jakoś tak zwatahować nawet. Ale nie bójcie się! Oto nadszedł czas na pewne uporządkowania, na pewno posortowanie spraw, zarazem rozwiązanie niektórych, zakończenie, ale też oczywiście rozpoczęcie nowych… oto wkracza do gry świat wróżek. Oto jest i Królowa. Uzyskała taką moc, że zdołała stworzyć swój własny dwór… i oczywiście, że jakoś przez całkowity przypadek i kompletnie bez sensu wpadnie w jej ramiona nasza nieustraszona zmiennokształtna. Ale nie tylko to… pewien wilk ma depresję, pewien jest zakochany, więci się rwą, wampiry nadal tutaj są, do tego Szarzy Panowie, łowcy nagród, oraz na dokładkę księga, czyli Zrodzony ze srebra.

Oj no pikuś!!!

Czyli ponownie jazda bez trzymanki i chociaż serio wydaje się, że większość problemów wyskakuje ino po to, bo chcą strasznie być w książce, no sami wiecie! Nasza bohaterka znowu umrze i ożyje, inni zostaną wykopani, kolejnym przebaczymy, oj zwyczajowy czas w wilkołaczej społeczności!!! Na dodatek komuś w końcu się spełnią marzenia i poukłada pod sufitem. A innemu… cóż, też się ułoży. Jeden zginie, a może i więcej niż jeden, a inni strasznie dostaną wpier… znaczy po łbie.

Jeżeli jeszcze się wam nie znudziła, to na co czekacie?

WYGRAŁAM!!! A co piękniejsze wygrałam i dostałam nagrodę, co się nie zdarza wcale często!!! Dlatego serdecznie dziękuję sprawcy: Wydawnictwo In Rock/Wydawnictwo Vesper!!!

A wygrałam cudownego klasyka! Mrocznego, pięknie wydanego, nawet z obrazkami!!! „Golem” – Gustav Meyring.

Czyli czas na ciemność, czas na mrocznych jeźdźców, wszelkie tam demony, diaboły i strachy… ciary na plecach i gdzie tam jeszcze…

A jak przeczytam, to powiem jak było!!!

Duchota w powietrzu, gorąc dziwaczny, nie daje się oddychać, a termometr wciąż uparcie pokazuje 15 stopni. Znaczy nie żeby było ciepło, bo ciepło nie jest, ale dusi człeka tak, jakby nagle na jego klacie zmory wszelakie zrobiły sobie zmoremodet i w odróżnieniu od folkemodetu jednak postanowiły dojść do czegoś… i zadusić tego, na którym siedzą. Wyciągają więc swoje wszelakie macki, wyciągają te przeróżne odnóża i po prostu macają, i zwyczajnie duszą. Półdupki mają ogromne i zatykają wszelkie inne oddychające w człowieku otwory, tak by ci się wydawało, że możesz paszczą czy nosem dychać, ale to nie są te dwie dychy, co uszami wychodzą!!!

One o tym wiedzą i duszą cię i miażdżą. I właściwie nie dopuszczają do ciebie myśli, do owej myśli myśli nie wpuszczają, skąpanej we wszelakiej naukowości, któa serio stara się odpychać od siebie to, co inni zwą fantastycznością, czy też dziwaczności wymysłem… no mniejsza o szczegóły, po prostu nie dychasz, ale jednak nie przyznasz się do siebie samego, że to zmory!!! Że to dziwności. Że to coś, do czego się nie przyznasz przecież w trzeźwej świadomości. A może raczej i w owej upitej też nie, bo przecież serio się nie da, nie da się, nie da!!!

… więc one duszą! Po prostu duszą, bo mogą, bo wiedzą, że są na szczycie łańcucha pokarmowego, że nikt im nie zagrozi… poza nią. Bryzą. Ożywczą, cudowną, lodowatą, muskającą kość ogonową skąpaną w gorzko-słonym, dziwnie ruchliwym łaskocząco, dziwnie ciężkim pocie…

No to pogodę mamy, jaką mamy. Deszcz pada, słońce nagle wyskakuje, moczy promienie, wkurza się, krzyczy nawet, okłada małymi złotymi piąstkami chmury… wkurzyło się strasznie!!! Ale co ma poradzić na to, że okolicy doprawdy brakuje wody!? No cóż, pada, ale jakby nie padało, w rzekach wciąż ino ciurka: ciur, ciur, ciur… jakby nie tylko nie chciało, nie tylko nie mogło, ale ogólnie piekło zamarzło i serio im się tam na dole owo zimno spodobało i postanowili nie wracać do pieców, do ognisk i stosów i do wielkich, bulgoczących kadzi ze smołą, asfaltem, czy czym tam innym. Chociaż no nie wiem, czy serio można jeszcze używać słowa „asfalt”? No i czy tak w ogóle piekło zwracała uwagę na TAKIE sprawy, co to ostatnio serio rozpierdzielają codzienność wszystkim? Uniemożliwiając nie tylko bahcanie się na gołego, ale też jedzenie krówki i spożywanie świnki i wszelaką niekoszerność, czy co tam jeszcze…

Wyspa serio ma już dość. Jakoś tak pozostając w odcięciu od codzienności innych, zajęta tym coby przetrwać, by krówkom, owieczkom i konikom było smaczno i wygodnie, by ptaszki miały gdzie świergać, pieklić się i seksić, żabanty gdzie przewrażliwie wrzeszczeć, kicajce się macać po puchatych ogonkach, mewy wciąż się kłócić, a cała reszta zwyczajnie czym oddychać. By im się podobało, no wiecie, takie sobie zapewnianie lepszego samopoczucia. Kobietą jest w końcu Wyspa!!! I chce by ją kochano i podziwiano i podglądano i komplementowano ile wlezie, a nawet lepiej jeszcze, aż się z tego nadmie i porodzi mocniejsze wulkany i wypuści…

Gdy w sezonie obcość nawiedza Wyspę, wszystko się serio zmienia. Nagle dziwne rzeczy stają się ważne, a nieważne te, któe powinny być ważne, bo są nasze, bo nas dotyczą, bo są dla nas dobre i wspaniałe!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wieczni Samobójcy… została wyłączona

Pan Tealight i Lort Fok Legend…

„Nieprzyzwoita totalność. Zmasakrowana wizualistycznie i wszelako inaczej. Po prostu to, co jest, albo tego nie ma, a może i jest, ale z powodu pewnych braków w podsufitce tak zwykle ujmowana za zwyczajną wzrokowość, kłamie. Chyba, że mówi prawdę, ale jeżeli nie mówi, tylko patrzy, to czy w lesie ją słychać?

Właśnie tak postrzegała siebie pewna Legenda.

Gdy się narodziła, dookoła właśnie wszystko się pierzyło. Ptasie puchy pokrywały i skały i niskie trawy, nadając im cudowny, z goła niesamowity kształt. Jakby w ciągu chwili, a jednak uporczywie nie poddając się niszczącym powiewom powietrza, wszystko postanowiło nagle latać. Jakby każde źdźbło trawy, każda kępa trzymająca się kamieni, rzęsa na wodzie, porosty, a i same kamienie, postanowiły latać. Najdziwniejsze było jednak nie to, że wszystko zdolne było się pierzyć i owo pierzenie utrzymać nie kichając, nie drapiąc się, a nawet nie czochrając… ale to, że one cały czas przywierały. Przez cały czas trzymały się owych nowych, nieznanych powierzchni, bez strachu, bez ułamka niepewności, bez jakiejkolwiek zmiany zdania. Dziwnie bezklejowe, bez masy łatwoprzyczepialnej, bez pomocy wszechświata, a może właśnie za jego sprawą, któż to mógł wiedzieć… Wyspa! Tak, to ona pierwsza zwróciła uwagę na to wszystko i zapragnęła owej miękkiej, zawsze ciepłej fruwalności także dla siebie.

I wtedy narodziła się umowa w Legendzie. Że po każdym wykluciu się cały puch oddawany będzie właśnie jej. Wszystkim kamieniom, rzekom, drzewom i trawom, jeziorom, skałom, naroślom i porostom. I że kiedyś, bo w końcu czas w postrzeganiu Wyspy pojmowany jest inaczej, dziwnie kuliście, spiralnie, a czasem nawet w liniach łamanych, ona poleci. Po prostu się uniesie, przesunie, pofrunie, uwolni, ale też i zniewoli w innych strukturach…

A Lort Fok na to – LORT, NIEMOŻLIWE!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Znak kości” – … wampiry, duchy, laska, wilkołaki i najgorsze… MAMUSIA! No co, wiecie, jakoś tak każdy chyba reaguje, nie? Niezależnie od posiadanych mocy, wszelkich magii i inności. Jakoś mamusia pozwala podskoczyć najwyżej nawet tym co od ziemi się nie odrywają. A nasza bohaterka – to już czwarty tom jej przygód – skacze całkiem nieźle!!!

Kolejny tom przygód Mercy i nowe problemy. Jeden duch, z którym trudno się dogadać, dziwna rodzina, rezolutny młodzian, no i nader stary krwiopijca. Do tego kijaszek, bez którego zdaje się już nigdy nie będzie mogła istnieć… no i wilkołak, który kocha. I to kocha do końca, a to oznacza watahę!!!

Tym razem nasza bohaterka wkracza w całkiem nieznany teren. Miejsce, które wcale jej nie chce, ale którego nie pyta przecież o zdanie i… chcąc pomóc dziecku, sama wpada w ogromne kłopoty! Na dodatek jej przynależność do watahy wciąż się… waha. Napady lękowe, do tego krwiopijcy spragnieni dziwnej sprawiedliwości i więź z wampirem… oj sami wiecie, jak się wali, to wali się do końca. Czyli… nie można się nudzić. I jeśli pragniecie jazdy bez trzymanki, miejscami nazbyt szalonej, miejscami dygoczącej, nie pozistawiającej miejsca na śniadanie i siusiu, jeśli nie boicie się znaków wszelakich, a i dziwne spojrzenia nie robią na was wrażenia… to będziecie się bawić.

Bo to właśnie takie fajne czytanie dla rozrywki. Gdzie wiecie, że raczej nikt do końca nie umrze, a nawet jeżeli, no to chyba się da go jakoś wskrzesić. Gdzie nic nie jest końcem, a wszystko jest początkiem, a co najważniejsze… bohaterowie są zawsze krok przed nami. Dzięki temu wciąż żyją i to w jednym kawałku. Znaczy wiecie, każdy żyje w swoim kawałku, znaczy no… momenty też są!!!

Cykl Briggs aż prosi się o ekranizację!!! A przede mną jeszcze jeden tom… ech! te namiętności, te spraw rozwiązania!!!

Czasem się zastanawiam jaką książką byłaby Wyspa. Na pewno opasłą… no nie, nie mówię żeś tłusta, no przecież weź no, w życiu tak nie mówiłam, wprost przeciwnie, moim zdaniem jesteś idealna, chociaż może bym trochę cię utuczyła… Zastanowisz się Moja Droga nad wprowadzeniem do diety większej ilości kalorii? Wiem, że nie chcesz o tym rozmawiać, ale weź no! Nie możesz tak zanikać miejscami, a na dodatek deszczu co na lekarstwo, więc trzeba o siebie dbać!

Znaczy o Ciebie…

Oj piękną księgą jest Wyspa. Doprawdy już sama okładka sprawia, że chcesz ją mieć. Te pożółkłe, zrubinowane skały, owe cudowne odcienie błękitów, niebieskości, szmaragdów i seledynów w wodnistości… te kryształowości i cuda wszelakie. Owa dziwna spokojność na nich, bo w końcu młode powoli wylatują w świat. Wciąż jeszcze trzymają się dorosłych, wciąż jeszcze nazbyt często wpadają na obiad i prać pióra, ale oczywista zaczynają już na swoje skrzydło działać. Dla niech rozrywki i dla nich używki. Dla nich to wszystko dookoła, dla nich to jest nowe, ekscytujące i cudowne. Przestają się słuchać matczynego dzioba, powoli odrywają się dalej i dalej i dalej… coś ich woła, a starsi mówią, że jak woła, to na pewno nie jest to nic dobrego… Więc jak zwykle starzy dziobią i kraczą, znaczy tam wrzeszczą, bo mewy to akurat głośne są przeraźliwie i ciągbąć pisk mogą w nieskończoność swą. Ale młodzi nie słuchają, bo tak już jest, jakby słuchali, to nie byli by na tyle odważni, by zdecydować się na przemijanie jakiekolwiek… na bycie starymi.

Usz tak to świat jest zbudowany.

Dziś wpadłam w nieznaną, a jednak jakże bliską część Wyspy. Piękną nad znane mi piękności. A wszystko przez te skały i dzikość. Przedzieranie się poprzez owe dziwne głębie i wypustki, kępki traw na kępkach kamieni, owe korzenie, dziwnie zagmatwane, drzewa pojedyncze, które zdążyły zająć tak wielką powierzchnię nabrzeża, że postanowiły nawet urządzić je po swojemu. Dlatego najpierw mamy głęboki i szeroki basen, a potem kępka kamyczków tu i kępka kamyczków tam, a wszystkie się ruszają oczywiście. Gdziekolwiek nie staniesz, tam gleba… znaczy nie do końca gleba, bo raczej woniejąca mokrzystość, dziwnie się wciąż poruszająca, zachęcająco mrugająca, przerażająco śpiewnie puszczająca bański. Pomiędzy nimi grube, mięsiste, więźlowate konary i korzenie. Tego się przytrzymasz, tamto puści, no i nawet na czworaka się nie da. Tutaj dołek twej wysokości, tam znowu górka całkiem niezdolna do zezwolenia na wspięcie się. Dziwnie głaskana, dziwnie nazbyt zamknięta w sobie… nawet nic jej nie obrosło. No nic, ominąć się nie da. Z jednej strony morze, o śliskich głazach, z drugiej zarośla kłujące, oraz paszcze wilczaków, oraz jaszczurki, wilcy, niedźwiedziowie i inni…

A w wodzie, co się zdaje być tak płytką, lasy rosną. A pomiędzy nimi stworzenia, co całkowicie patrzące są, a nie są widzialne. Ubaw mają ze mnie jak tak stoję na skale i wiem, że ni do przodu ni na boki, ani już do tyłu się nie da. Stoję tak i wiem, że ruszyć się trzeba, słonko wypala mózg, wodę ze mnie wysuszają… ale jakoś nie mogę. Albo się przełamię i wejdę w tą dzicz pode mną, dziwny pas wielkich, olbrzymich, szpeczących i spragnionych dotykania kogoś tataraki i inne wodę zdradzające wzrosty. Szuwary i podwary są jak najbardziej na czasie. Może lekko podsuszone, może i nawet nazbyt łamliwe miejscami, ale ich liście wciąż aż nazbyt łatwo przecinają skórę i spijają krew… a jak krew jest, to przybywają nowi. Na dodatek nie ma tam czegoś, co określić by można jako grunt. Tylko kilkuletnia warstwa starych liści. Układa się, giętka taka… trzeba po niej biej, nie stać, bo wciągnie i nic z tego, nie odda już jak kogoś złapie.

Jak złapie, źle ci nie będzie, ale czy jesteś gotowy na wieczne, wiekuiste głaskanie i pieszczoty dnia i nocy?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Lort Fok Legend… została wyłączona

Pan Tealight i Mokry Notynajs…

„Ogólnie mówiąc zdania były podzielone.

Znaczy w zależności od tego, czy mówione otwarcie w pełnym przekonaniu o niepodsłuchiwalnej wolności, czy jednak lekko zdopingowane obecnością tych, wobec których winno się było zachować ostrożność bręczącej wypowiedzi… albo i w przypadku obecności bohaterki rozmowy w stanie bardziej obecnym i trzeźwym, no wiecie. Chyba jednak mniej lub bardziej się zgadzali, że była grzeczna i stara. I właściwie chyba tylko w tym się zgadzali… Oni.

Wszyscy.

Czy Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki w ogóle miała to na uwadze… cóż, zranić ją było łatwo, właściwie nie trzeba było używać do tego ni ostrych przedmiotów, ni prądu, ognia, wody, ziemi… no wiecie, tych wszystkich przedmiotów, które super robią bzzyyyy… i tak dalej, ale słowa, one bolały ją chyba najmocniej. I pewno dlatego tak bardzo wolała milczeć. Bo tak było łatwiej. Udawać niemowę, nie patrzyć, nie widzieć, znikać coraz bardziej i bardziej i bardziej… ale czasem coś się wynurzało z nicości, coś nagle przebiegało jej drogę, albo wprost przeciwnie, zawadiacko nurkowało znienacka pod mostem, którym właśnie przechodziła… I jakoś tak, mimo wystraszenia, mimo dość zniewalającego, podskoku, mimo zatchnięcia powietrznego, braku wymiany Wyspa-Wiedźma, mimo tak wielu i wielu, wielu więcej… jakoś nagle zaczynała mówić. A ten, do którego mówiła zmieniał się w coś, kogoś, czymś, jakoś innego. Dziwnie myślącego o wronach, zachęcająco spoglądającego na kamienie i… od razu wsłuchanego, chociaż serio nie ma uszu, chociaż akurat jeśli chodzi o Mokrego Notynajsa, to uszy miał.

Na szczęście w jego przypadku natura uprzedziła wiedźmi zamysł…

Pluskało coś najpierw, potem zerwało się do biegu niczym jakiś jeden z Jezusków, plemienia stąpającego po toniach i falach, po piankach morskich i po Wenuskach z muszli wystających, po owych z jednej strony powierzchniach, meniskach, a zdrugiej ot kamień w wodę i chlup… no więc owo coś, mokre, owłosione, połyskujące młodo, dziwnie naiwnie… umknęło pod mostem, podskoczyło Wiedźmę Wronę, a potem pokazało się jej znowu, jakby chciało zwieść jej i tak słabe obronne cuda, owe bariery i granice, owe dziwaczności magiczne, co i tak na psu kość, jędzę w nędzę. Zwiodło ją, więc wydawać się by mogło, że tym razem i uszy i natura w jedność się zespoiły. Może i wiedziało, może i chciało… doprowadziło ją ogonem macając kamyki aż do morza i tam ona zwyczajnie, jakoś tak po prostu zaczęła mówić. Słowa wypadały z niej w dziwnej czcionce, niespójne, wilgotne dziwnie, jakieś takie kursywą, ale i ogonem węża… śpiewne i twarde, dziwnie głazowate. Uderzające w stworzenie i kształtujące je od nowa… I tak narodził się z mokrego wełniaka Notynajs Mokry… Ale co jeśli on tego chciał? Jeśli przewidział? Jeśli COŚ w nim zaplanowało to wszystko, więc co teraz?

Co będzie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Pocałunek żelaza” – … się nie zakochałam. Znaczy w pierwszych dwóch tomach, no jakoś nie. Żeby nie było, ciekawie i zabawnie miejscami, ale jakoś tak… No i w końcu gdy dorwałam kolejne, jakoś tak ponownie się zapytałam, czy dobrze mi z tym żwiatem, czy nie… i wiecie co? Chyba jednak lepiej. Może to zależy od wewnętrznych potrzeb mnie czytacza? A może nie? Ech! Z babami no wiecie, to się nawet baba sama ze sobą nie dogada, nie da rady!!!

Jakoś tak wyszło, że potrzebowałam czegoś prostszego… żadnych tam bohaterów filozoficznych, ani wkładania na siebie nowych szat cesarza, więc wróciłam do Mercy. I dobrze się bawiłam pomiędzy wilkołakami, wampirami, a i wszelako magicznym ludem. Tym bardziej, że teraz czas na magicznych! I na zaostrzenie pewnego uczucia. A raczej dwóch uczuć, z których jedno powinno sobie zdać sprawę z tego, że nie istnieje, a drugie, że w końcu należy o nie walczyć… chociaż tak właściwie, to się wzięło z przypadku. W środku wszystkiego oczywiście ona – zmienna w nastrojach, zmienna w skórach i wszelako niezmienna w przyjaźni. Jeśli o to chodzi, umarł w butach jak już kogoś kocha, jak wplotła go w rodzinę, to się nie da wyrwać.

Miła, lekko czasem niespójna może… ot rozrywka, co zapewni szalone sny na czterech łapach. Ot taka sensacja, trochę kryminał, trochę przygoda, opowieść łotrzykowska, a na dodatek jakieś tam splątania uczuć. Czyli to, czego czasem kobieta potrzebuje, jak akurat nie chce nikomu łupnia spuścić.

Oto i jest pogoda typowo wyspiarska. Znaczy typowo jeśli chodzi o tą moją, piękną i cudowną, boską i w ogóle… Wyspę!!! Mamy ciepło niby, ale jednak wieje, więc chłodno, ale jednak na kamieniach można się powylegiwać, ale już w krzaczlach na maślaczkach to podwiewa. Dookoła kwitną przeróżne zapachy. Jak się człowiek zdoła wyswobodzić z ludzkich kazamatów, to ino natura w swej dzikości go aromatycznie omiata. A że turyścizny jeszcze nie ma w zbytnim nadmiarze, w końcu lipiec dopiero za dni kilka, z nim duńskie wakacje, krótkie na szczęście i rodziny z małymi dziećmi… więc można poszaleć przez te kilka dni jeszcze. Jeszcze wciąż lekka cisza gdzieś tam pod pachą szepcze, coby pobyć sobą do końca. Bo jak się zjadą nader młodzi, to trza będzie uważać na nieuważnych rodziców, nie czytających nalepek, coby potomków trzymać na smyczach…

… a tak, a mamy takie nalepki, a bo co?

No to za kilka dni oficjalnie wakacje. Znaczy dla niektórych, no sami wiecie jak to jest. Dla mnie oznacza to… inność w powietrzu. Obserwacje czynione z ukrycia. Ale przede wszystkim więcej chowania się. Łażenie w przycupnięciu, tak w zgiętych kolankach, po trawach, za krzaczkiem, za złamanym konarkiem. Za owcą co trawkę skubie, za krówką w brązowym tonie mlecznej czekolady, za konikiem z gęstą, jasną kitą, który oczywista akurat teraz musi walić boby!!! Natura wam powiem piękna jest, ale jeśli chodzi o aramoaty to ze skrajności w skrajność, panie dzieju!!!

Na zagubionych ścieżkach pojawią się większe ilości tuptaczy. A na innych i jeżdżaczy. Niech ino jeżdżą spokojniej, bo nasze drogi odzwyczaiły się przez Czas Względnej Spokojności od nadmiaru aut na drodze. A i zajęcy jakoś tak więcej w tym roku… i żabantów wam powiem. Wrzaskliwie to dziedziny! Nie śpieszcie się… ale jak już chcecie oglądać Wyspę, to kurna zatrzymajcie się, a nie jedziecie 10 na godzinę!!! Niektórym się na obiad troszku bardziej spieszy. Z drugiej strony, to czy serio? Czasem się mi zdaje, że widząc turystów tubylce od nowa po raz pierwszy patrzą na swoją Wyspę. A i ona ze zdziwieniem może na nich zerka. Nosz co to się porobiło z nimi przez te lata, zmamłeni jacyś tacy, jacyś lekko nadtoczeni zębem czasu, a może i nawet całą szczęką z diamentowych wstawek? Ot kopnąć ich trzeba, niech znowu poczują, że mają za co dziękować dzień w dzień i noc w noc…

Bo tutaj nigdy nie jest normalnie i zwyczajnie. Nawet coś takiego jak sezonowość, owe w końcu stałe, może różne w ilości, ale stałe napływy i odpływy leżakowalnej ludności, jakoś tak wcale nie podpierają się zegarkami. W odłogu mają też i kalendarze. Jakoś tak nie bchodzi ich co i kiedy… ino gdzie jest ważne. Gdzie złożyć cielesność, coby spoczywała i odpoczywała, gdy dusza pohula sobie, bo w końcu wiecie, to jedno Wyspa mówi każdemu: PIEKŁA NIE MA!!!

No tak… ale wiecie, wcale to ciałom dobrze nie robi, a i dusze jakieś są takie zagmatwane. Nagle się okazuje, że każdemu tego piekła potrzeba…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mokry Notynajs… została wyłączona

Pan Tealight i Mister Grzmytołaz…

„Szwendała się ostatnimi czasy Wiedźma Wrona bardziej daleko i bardziej potliwie niż zwykle. Znaczy oj pewno, że w końcu jest lato i raczej wolno się wszystkim skraplać mniej spolegliwie, ale jednak… damom to nie przystoi. I chociaż Wrona Pożarta do damy ma daleko, tak bardziej w latach świetlnych mierzone niż kilometrach, to jednak wiecie, powinna nad sobą pracować.

Nie pracowała nad sobą w tym wymiarze wcale a wcale ostatnio. Gorzej, opuściła się nawet w powtarzaniu tego, co wystarczało tylko utwalić… I znowu była sobą, i znowu łaziła. Taką pociągającą nogą, z ogonem czasem rysującym się pod portkami, a no właśnie i PORTKAMI!!! Do tego zwykle czarna była z dziwnymi napisami i ogólnie mówiąc mało zainteresowana kobiecością na twarzy malowaną. No i nie tylko na twarzy. Jakoś tak w ogóle mało krzepko się do tego wszystkiego zabierała, a kiedyś było nawet całkiem nieźle, znaczy nawet była i sukienka!!!

A nawet dwie!!!

No mniejsza. Ojeblik – mała, ucięta główka, która była wybredną zwolenniczką kobiecości, co prawdy ino tej górnej części żeńskiej, ale jednak była… – starała się nawet nie przyjmować owych wspomnień z dni, gdy jeszcze nie była sobą. Ogólnie uznawała, że to, co przed nią, to niebyło!!! Dlatego usilnie starała się pomóc Wiedźmie Wronie Pożartej, oczywiście nawet mimo jej jadowitych protestów. Wiecie, raczej trudno denerwować się na uciętą główkę! I to małą…

I dlatego była wkurzona, był wkuta i całkowicie purpurowa, ale co mogła zrobić… gdy przedstawiono jej na Kurhanach Przodków Mistera Grzmytołaza. Stał tam rozparty w swojej maskuliności, znaczy umięśniony, natarty chyba jakimś połyskiem, a może lakierem spryskany, bo wiatr mu błysku nie niszczył. Stał na dodatek niszcząc ową jej ukochaną, bezcenną, lekko zaburzoną pagórkowatość. Niby brzuszki wzdęte niedzielnym obaidem, w którym dominował bigos i śliwkowy piernik. Albo też tort był znowu na wagę i można było najjeść się ile kto chce, a jak zapłacone, to szkoda wywalać, no sami pewno wiecie jak to jest!!! Drogie było i w ogóle… nie zagryzać.

Wielki był, masywne miał nogi i dziwnie pokryte jakimiś włóknami, brzuch taki, że zastanawiała się przed chwilę nad swoim marzenie o drewnianych podłogach, a ramiona to zasłaniały jej słońce, no kompletnie nieproporcjonany był. Brzydki był, czy ładny, no nie wiedziała, bo w końcu jej wzrokowy zasięg zatrzymywał się… TAM. A tam było raczej niewiele. Ale wiecie co mówią… że nie ma to znaczenia. Chociaż nie do końca wiedziała, ale zaśmiać się mogła, czemu nie! Się zaśmiała, a potem jej przeszło i znowu była tylko wkuta i purpurowa… i wtedy nadleciał ptaszek. Świadkowie, wcale do muru nie przyparci i ogólnie nad wyraz chętnie dokumentujący to, co widzieli, przyznają, że wyglądał on jak młodziutka wronka, ino taka wiecie szarawa, taka niewyrośnięta przesłodko z plamką niebieską na łebku… choć może było to tylko słonko? Ot nadzwyczajnie zakrzywiony promień, któremu się tak, a nie inaczej odbiło?

Maleńki ptaszek tak po prostu chyba nie patrzył gdzie leci, bo odbił się od odblaskowego czoła Mistera Grzmytołaza i z zadziwieniem dziwnym, zaskoczeniem skocznym zawisł wbrew regułom kolibrów nawet, na dłużej w powietrzu. A może to tylko echo grało? Bo widzicie, jak przywalił, to się dźwięk dziwny rozszedł nad Kurhanami Przodków. Niepokojący, zaskakujący, dziwnie nieznany… a potem wsio powoli zaczęło pękać. Drobniutkie kawałeczki świadomej niewielce obrzydliwości zacząły krążyć w powietrzu układając się w nigdy niewypowiedziane myśli, nigdy niewyśnione obrazy. Ale wtedy Wiedźma Wrona Pożarta zamknęła oczy… a gdy je otworzyła zaprosiły ją wszystkie wrony na ucztę, lecz nie skorzystała.

Ojeblik tylko fuknęła, potrząsnęła warkoczykami i zafurkotała wstążeczkami, potem kopnęła wielki paluch, który złapał jakis ptak i poleciał… a potem dziwnie mrucząc udała się w drogę do domu. Za Wiedźmą, za innymi, co to serio nie mieli dzisiaj ochoty na łyskającą mielonkę z cielesności.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wyprawa w Góry Księżycowe” – … smuteczki. Zawsze tak jest jak się cykl kończy, tym bardziej, że tom środkowy naprawdę mnie podkręcił. Wszystko się poukładało, wszystko mogło być inaczej, mniej boleśnie, mniej krwawo, mniej żegnalnie, ale tak się nie stało.

Ten tom chciałabym zapomnieć, wyminąć i jakoś inaczej zakończyć ten cykl, jeżeli już w ogóle muszę. Jakoś tak mnie nie przekonał, zarzucił skakankami po chronologii, ową niespójnością linii, jakoś tak rozbił, wymotał, strasznie zdołował. Nie, no nie zrozumcie mnie źle, to nadal dzieło, a i umiejętności trzeba mieć niemałe, by tak wszystko posklejać, ale w pisaniu zawsze musi byc jakaś nadzieja na zmiany, na inność możliwą i dostępną, na wybór czytelnika do jakiej ostatecznej balii chce wlożyć swoich bohaterów, a tutaj… tego nie ma. Wszystko zieje depresją, upadkiem, zniechęceniem. A brak nadziei na samym początku wyprawy zawsze na mnie kiepsko wpływa. Wiecie, mnie uczyli coby raczej nie zapeszać, bo jak się Zapeszacza wezwie, to po grzybkach i kwiotkach!

Nasz sir Burton wraca tam, gdzie chciał. Ale nie tak jak chciał. Nie ma szukać źródeł, ale raczej czegoś innego, czegoś mistycznego, owego więcej, które namotało w czasie. A wszystko po to, by naprawić… no właśnie, czy można naprawić czas? A i w ogóle jeżeli go naprawimy, czy nic się nie wydarzyło? Już o pradziadkach nawet nie wspominam. A i prababciach też nie…

Cała opowieść rozdziera się w czasie niczym stara szmatka, która chociaż intryguje, to rozłazi się wątek po osnowie. Z jednej strony wiemy już na początku jak wszystko się skończy, bo inaczej byc nie może, nic już nas nie zaskoczy, ale przecież wciąż jakaś nadzieję mamy, iż może komuś jednak czas zezwoli na istnienie. Maszyny coraz bardziej przerażające, świat wyblakł z kolorów, wszędzie śmierć i zniszczenia… zło wygrało i coraz lepiej sobie z wygraną daje radę. A nasz bohater… też jakby mu ktoś soków upuścił. Smutek, żal i ból… zwątpienie.

Jeżeli nie musicie, nie czytajcie. Zostańcie przy nakręcanym człowieku…

Płoną ognie, płoną i płoną. A mi się tam na stos nie pali, więc siedzę w domu i obserwuję zaskakujaco chłodny dzień. Pierwszy raz od kilku lat nie popływam sobie po raz pierwszy dziś w morzu. No serio, tosz mi dupsko odpadnie mimo własnej ochronnej warstwy tłuszczowej! Tej zbieranej, tej wychuchanej, utwardzanej i formowanej, tej od siedzenia i od kopania, no i od stania też… A jednak nawet na mnie jakoś za zimno. Dookoła mnie pedałują turysty. Niektórzy odważnie w dziarskich wdziankach firmowych, z nalepkami, otagowani jak na bazarku trzoda, w obciskających galotkach i koszulkach w typie skóry farbowanej. Ale większość z nich wstydliwie trzyma coś za sobą, zamotane na pleckach, na pasie związane, gdzieś na bagażniku pieszczotliwie usytuowane, równo złożone sweterki i kurtki puchowe. Nawet czapki niektórzy mają i rękawiczki!!! No czyż to nie przesada? Nie włażę do wody, bo zwyczajnie mnie łupie, starość wiadomo boli…

… ale co oni robią?

No widać jednak im zimno. Pewno owe kilka dni narobiło smaka na gorąca przedwczesne i proszę, teraz się ludzie jakoś rozdmuchali, wychuchali i trzęsą kościami pod skóreczką cienką. A mówili nie golić się, nie depilować zbyt często? Takie misie i inne futrzaki, to pewno nie mają takich problemów, co nie? Ale u nas to wiecie jak na razie to jeden miś i to drzewniany z tych w większym rozmiarze. Rzezany śliczny jest, ale jednak mało raczej ruchawy. Na rower się mu nie spieszy…

Co do sierściuchów dzikich, to poza ostatnio w gik amoku szalejącymi Szwedami oczywiście mamy żuberki. Ot jak myślałam spodobało się im opuszczenie Polski i kolejny rok na Wyspie przywitały… w zwiększonej ilości. Malutkie, już urodzone tutaj, z obywatelstwem świeżym i duńskim, można oczywiście podziwiać ze stosownej odległości w Almindingen. Trzeba przyznać, że nie mają sobie równych. Wielkość niesamowita, ryk i wena na miejscu. Jest w nich z jednej strony coś dostojnego, a z drugiej coś takiego… wiecie jakby tu pasowały, jakby tutaj było ich miejsce. No i jeść mają co, a i miejsca cała masa!!! Ino się mnożyć. Strach jednak pomyśleć co też opinia publiczną zwana powie, gdy populacja nadmiernie wybuchnie płodnością, no i trzeba będzie ją ukrócić? Bo w końcu sama tego nie zrobi… Ech! Współczesność wymyśliła dziwne sprawy, na które baczenie mieć trzeba. A ja sobie myślę, że jakby podobnie jak świnki hodować krówki w lesie, to fajno by było… a i tak mięsa tyle żreć nie trzeba. Lepiej mniej, a za to jakie wybrykane i wyseksowane by było! No moc!!!

Na razie żubraki brykają sobie po lesie. Spoglądają na nie różnokolorowe krówki i byczki… czy z zazdrością? A kto je tam wie. Spotkałam ostatnio stada białych i nad podziw dziwnych egzemplarzy o małych… no tych tam wstydliwie dolnych elementach. Niby człek wie, że krówki są różne, oglądał za dawnych czasów owe programy rolnicze i poza szczepieniem drzewek i płodnością koni zna się też w dziwny sposób na mućkach misnych, mlecznych, no i tych nijakich… pewno dlatego tak się ich boję. Musi mi się wydawać, że tą moją wiedzę na ryju mi widać i zaraz się zaczną ze mnie bulgotliwie żując śmiać, że to jednak nie od tej strony się robi…

Ech, ta wiedza to czasem jest uciążliwa. No a co do krówek, to wiecie, może jednak będzie mleko czekoladowe?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mister Grzmytołaz… została wyłączona

Pan Tealight i Flaszka Niemiaszka…

„Nie wiadomo dlaczego i do końca wciąż nie wiadomo jak, ale się toczyła. Dziwna, kanciasta flaszka, niewielka, kieszeniowa, wzmocnieniowa. Ot na chwilę, która przeminie, ale która jednak wyłączy pijącego, wciągajacego jej esencję osobnika z obiegu smutków. Na moment, ot upojenie, dwa łyki, lekkie zamieszki na podniebieniu, bulgot w żołądku, a potem szybka praca flaczków… i toaleta. Ale jednak owa chwila odkupienia, to zapomnienie wszystkiego, wzlot ponad opary ludzkiego zgęstnienia w te absurdalnie lotne, warte jest następującej po nich bolączki duszy…

… i klasyczności czerwonego noska.

Czworokątna z krótką szyjką, bez zakrętki, a jednak chlupocząca niewylewalną, mało widać i wylewną… zawartością. Ot może kolejna tajemnica stateczków w buteleczkach? A może jednak nie. Od portu wciąż biegła pod górę, dziwnie jednostajnie, chociaż nie, raz się zatrzymała przed wystawą modeli żaglowców, ale nie patrzyła na pływające monstra, a na wielką, pomarańczowo-czerwoną boję. Z tęsknotą odblaskującą w szkiełku… lekko niebieskawym, lekko tęczowym niczym owe benzynie łzy sprzed wieku… kiedy świat zatrzymywał się w kolejce…

Flaszka ogólnie mówiąc nie miała ni celu, ni wytyczonej drogi. Raczej szukała sobie ofiary. łyskając na wpół zdartą naklejką ze srebrzystymi brzegami nie pozwala odczytać napisu, więc nazwali ją Niemiaszką. Że wiecie, niby tutaj to nie ma takich, a obecnie turyścizna głównie z Niemiec, więc jakoś tak się zrymowało. No i wydawała ten dziwny odgłos przywodzący na myśl miechy niechętnie dmuchające chętnych dmuchania… tak więc została nazwana.

Ale nie zatrzymana.

Wiedźma Wrona Pożarta natknęła się na nią po raz pierwszy siedząc w porcie gdzie, ku uciesze mogącej w końcu wykręcić 112 gawiedzi… gadała z mewami i parką kawek, stołujących się na przybyszach. Coś w jej ślepych ślepiach nagle zabłysło, coś silnie łypnęło z odblasku, przywaliło z nadmiaru światła skupienia i już przy niej była, już dziwnie się łasiła, dyszała, niczym szczeniaczek odkrywający radość męskiego istnienia. Tutaj szyjką się otarła o krótką skarpetkę, tutaj brzuszkiem machnęła, potem chlupnęła i już się nie chciała od niej odczepić. Zaczęła łazić i drażnić wrony, bo przecież jak łyska to się błyszczy, a jak się błyszczy to musowo do wron, srok i kawek należeć powinno. Jak te zielone kamyczki co je Wrona Ptaszydło pomalowała farbką i co raptownie z miejsca na tarasie zniknęły by odnaleźć się na dachu… gdzie akurat ta niska wiedźma dosięgnąć by nie mogła. Raczej nie mogłaby never!!!

Początkowo Wiedźma Wrona nie zwracąła uwagi, znaczy starała się nie zwracać, ale jednak lekka niebieskawość ją skusiła i tak jakoś, po kilku zdjęciach i wzajemnych ocieraniach Flaszka Niemiaszka została. Z jednej strony po kociemu zawsze w ukryciu, z drugiej po psiemu łasząc się i chlupocząc. Czasem znikała na miesiące, czasem jakoś tak wracała na częściej… ostatnio widziano ją toczącą jakąś podejrzaną, lepką kulkę… nie zarejestrowano jednak, gdzie się udała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Zdumiewająca sprawa Nakręcanego Człowieka” – … 1862 rok. Świat jest inny, ale i inny całkiem niż jest być powienien. No cóż, jak pewnie wiecie po lekturze „Skaczącego Jacka” tak naprawdę niczego nie można być pewnym. Magia, spirytualizm, maszyny i genetyka, wolna myśl w swoich najlepszych czasach.. nikt nie mówi, iż coś jest niemożliwe, po protu jest to tylko coś, na potem…

Londyn, znaczy jak mgły opadną, to nawet coś można zobaczyć. Sir Burton, jego przyjaciel i poeta Swinburn… właśnie wpadają na trop czegoś nowego. Czegoś, co jednak wyda się im znajome aż nazbyt. To ten sam świat, a jednak wciąż rozwijający się więc, nie do końca taki sam. To znajome ulice i władze, chociaż niektóre nazbyt kombinują ze swoją zewnętrznością. Te same mury, ale zawsze można je zawalić… te same pragnienia i to coś, to uderzenie skrzydeł motyla, który tak naprawdę doprowadził do tego, ze jesteśmy tutaj i teraz i w tym miejscu… przed wojną.

Przyszłość i przeszłość zderzają się. Z jednej strony nie mogę się oderwać od owej przygody i sensacji, od tajemnic i zagadek, a z drugiej cały czas drąży mnie robal pewności, że jest w tym jeszcze coś więcej, że to tylko oddech przed ostatnim, trzecim tomem cyklu. Że to taka przygrywka, odpoczynek, trochę zabawy, ostatni posiłek nim zaprowadzą na miejsce już nie tortur, ale końca. A jednak… bawię się. Uwielbiam tych bohaterów, ich zaciecie, drażliwość i wrażliwość, ową różnorodność postaci. Bawię się ich światem, ową innością i znajomością zarazem. Po prostu się bawię. Jestem w tym świecie, gdzie niemożliwe nie istnieje, bo istniej nauka, a w niej i to tajemne COŚ więcej. Ale przede wszystkim są ludzie, których mózgi gotują się od pomysłów dosłownie i w przenośni. Owi twórcy i „tylko” myśliciele… ludzie, którzy nie mogą tak po prostu życ, bo mają marzenia i wyobraźnię, która nie pozwala im zwyczajnie zjeść na obiad krupnika.

Wszystkie trzy tomy cyklu są niesamowite, ale ten jest moim naprawdę ulubionym… pewnie przez filozofa!!!

„Frozen” – Bo lubię kreskówki. Zwyczajnie je lubię. Z jednej strony pozwalają się oderwać od codzienności, z drugiej najczęściej wciąż niosą w sobie owe uniwersalne prawdy… czasem mi się zdaje, że tylko one jeszcze potrafią umknąć ponad tym, co dziś się uważa za tolerancję i polityczną poprawność. A przynajmniej niektóre.

W tej bajce jest to, co kocham… zima, ale też taka masa sprzeczności, że zwyczajnie wszystko jest absurdalnie baśniowe. Jest i magia i zwyczajność, porywy młodych serc i cała ta tam moc zacietrzewiania się. I jest miłość… niekoniecznie tylko ta do pięknego księcia, tudzież barwnej księżniczki. I jest muzyka… może i zabawnie to wygląda, gdy człek nagle plewiąc ogródek próbuje o tym śpiewać, ale co tam!

I jest owa słodka niepoprawność polityczna, szczególnie w polskim dubbingu… ech! Jak sobie człowiek przypomni owe dubbingi z przeszłości, cóż, ludzie odchodzą. Ale mamy coś w zamian, oskarżenia skierowane do producentów, że w bajce jest nazbyt wiele… BIAŁEGO! Och!!! Cudnie, widać biel zakazana… No mniejsza, w dzisiejszych czasach każdy od razu czuje się obrażony! Ważne jest to: OGLĄDAJCIE BAJKI!!!

Jasność.

Przyznaję, że mieszkałam w wielu miejscach, ale dopiero na Wyspie w pełni uzmysławiam sobie doskonałość jasności. Dziwnie mnie ona dotyka. Muska po wygolonych i bardziej zarośniętych miejscach w ten nader nieprzystojny sposób… aż się wzdrygam, by nagle uświadomić sobie, że przecież to nie jest nic złego, nie jak owo inne, całkiem złe, bolesne, koszmarne wciąż. Tutaj nawet golizna zdaje się być okej. Jakaś taka dostępna, na miejscu, niezbyt strasząca. Jakby w rzeczywistości to nie w świetle słońca, ale właśnie w owej jasności każdy winien się kąpać, każy winien się pluskać, opływać, zmywać i nawilżać, nawadniać i napajać. Tylko owa jasność, która zarazem wypełza z niebiesiech jak i z piekieleś, z prawej i lewej i kierunków pokrętnych. Wydusza się jakoś z pni i zielonych liści, z kwiatków, z płatków i ich słoneczkowych środeczków. Z traw lekko nazbyt przyciętych i tych, których nikt nie rusza. Z krzaczków kwitnących, z bzów wciąż białych nie czarnych, upajających zapachem… z wiciokrzewów pnących się, mocnych, zwodniczych w swojej słodyczy, dziwnie seksualnych w kształcie… podobno przynoszą finansową zapomogę, gdy tylko je o to poprosić, więc proszę.

W jasności. Stoję i się nie ruszam, bo jak zniknie, to załapię doła. Jakoś tak, przewidywalnie dziwnie. Jak inni… a może nie? Może tak naprawdę tak mnie owo rozbielenie członków zniewala, że boję się je uszkodzić. Bo przecież ono zniknie. Spierze się ta jasność, jakby ino na tarze ją w strumieniu odświeżali. Jakby nie znali owych wynalazków współczesności, co wybielą każdy grzech, każdą przewinę wytargają, zamalują, usuną, nie ma, nie było… i już.

Najdłuższy dzień, najkrótsza noc… głupio tak iść spać z kurami, zresztą tych to ogólnie mało widać. Nie no są jakieś, muszą być, czasem coś zapieje sezonowo jako wiecie tam występy dla gawiedzi z Kopenhagi, ale poza sezonem cisza jest. Milusia jest cisza i cudowna. Pełna odgłosów. Bo w końcu cisza ciszy nie jest równa. Ta moja dziś ma w sobie ocierające się o siebie, gotowe na lato liście i kwiaty. Wszelkie gałązki gotowe na przekształcenie się w owocki. Jabłuszka zieloniutkie pokryte dziwnym meszkiem, mało wstydliwie pokazujące swoją włochatość. Jakieś jagódki pęczniejące, powoli fioletowące swoje powierzchnie, czerwieniejące się, niespodziankowe. Niektóre trujące i co tam, w końcu i tak musi być. Szalej na przykład śliczności takie. Aż by się chciało w takowym wianku pohasać choćby raz ostatni…

Szumi wszystko tykane wiatrem. Tak podchodzi on uciesznie każdą możliwość poruszenia, każdą możliwość pofalowania, że aż się człowiekowi śmiać chce, że aż nagle zwyczajnie jakoś tak sam się daje popychać, poruszać, podryguje niczym wiązka niepowiązanych ze sobą, wolnych we wszystkim kłosów. Uczesać się nagle dajesz i nawet nie wiedziałeś, nie podjerzewałeś, że w tej fryzurze może ci być do twarzy, albo do czegoś tam innego… ech! wiedzą lepiej!!!

Naturalność ma się dobrze w przebłysku lata. I choć może wszystko jakoś tak trochę spłoszone, jakoś przypalone trochę, dziwnie za mało wyrośnięte, to jednak wyczuwa się dziwne oczekiwanie w powietrzu. Jakieś takie niespodziewane, dziwnie nowe, nienormalne, albo moze tylko inne… jakby tym razem pory roku zdecydowały się nie przechodzić płynnie z jednej w drugą i kolejną. Jakby jednak pczekiwały na granicy czasu, by okazać dokumenty, podbić się wzorem z pieczątek, dać się poduszkować całej tej gliptyce, a w końcu podpisać cyrograf… na rozwój przemijania…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Flaszka Niemiaszka… została wyłączona

Pan Tealight i Męski Pan…

„… nie była tolerancyjna.

Ogólnie mówiąc uciekała od owego nowomodnego słowa jak ino daleko się dało. Wywaliła je ze słownika, podeptała, obsikała, obsypała popiołem i wapnem palony, solą doprawiła i grzybkami, a jednak i tak jakoś wciąż się ono jej czepiało. Znajdowało pokrętne sposoby i drogi. No bo sami pomyślcie. Jeżeli ktoś żyje w dziwnym świecie, więc dla niego nie ma niczego co by trzeba tolerować, dziwne jest normalne, inne jest normalne i pożądane i nie w szafie. A jeżeli wszystko jest normalne, to nie ma czego tolerować, czyż nie? Wiedźma Wrona Pożarta mieszkała z Chochelem i znała się nazbyt dobrze z Ojeblikiem, która zakochiwała się w każdym i w ogóle… i na dodatek miała własnego i to ludzkiego, nie kociego, Chowańca, więc…

Na grzyba jej jakaś tolerancja!!!?

Niby ma być tolerancyjna do gości w sukienkach? Ale dlaczego, ona ma Chochela, a ten wiadomo, że do garderoby ma stosunek unikalny! Tolerancyjna do ludzi o różnych ciałach? Ale Ojeblik jest uciętą główką, nie tylko najlepszą przyjaciółką… więc? No i kolory, że niby? Pan Tealight jest szary!!! SZARY!!! Szary i włóknisty, więc o co chodzi? Po co mi tolerancja, jak inność jest tutaj normalnością? Wiedźma Wrona serio nie lubiła słowa TOLERANCJA. Bo zwyczajnie uznawała je za niepotrzebne. Nieistotne. Ludzi brała właśnie innych na spojrzenia i spytki, nudnych,  innych światach zwyczajnych raczej unikała… nie prowadziła wobec nich krucjaty, czy czegoś. Nie urządzała pielgrzymek w ich imieniu i nie nazywała dnia, a nawet polowań nie zwoływała. W weki też się brzydziła raczej, chociaż mówiła, że to problemy z jelitami i Wrzodami Żołądka, które miały się całkiem dobrze i ostatnio były nawet na wakacjach i zdecydowały się na dobudówkę przy domku! Tym z różowym płotkiem…

Tak serio nie interesowało ją w ludziach wiele. Właściwie, to wolała spokój, drzewa i inne magiczne stwory. Były tak bardzo normalniejsze dla niej, tak bardzo niesamoiwcie interesujące i zmienne przepięknie. I właściwie w tym wszystkim nie było żadnego ALE poza tym, które pdoobno w piwniczce pod Rzeczką o Zmiennych warzył Chochel z jedną z Wiedźm z Pieca… poza tym, że jakoś wszystkim dookoła to przeszkadzało, a już najwyraziściej Męskiemu Panu, który spojawił się dwa dni temu na horyzoncie wiedźmich zdarzeń.

Był wysoki i przeraźliwie chudy, odziany w dziwny damskiego kroju komplet w typie garsonka-spodniukm, z górą zalotnie rozpostartą, makijażem klaty powiększającym jego wydepilowany biust, ale i skarpetą w części spodni, tej części. Wąskich bardzo wyraziście spodni. Do tego były buciki na obcasie. I szal w kolorze chabrów, maków i jabłoni, gdy zielenieją się na niej owocki maleńkie, włochate. Nad głową trzymał transparet: Jestem męski, jestem sobą.

Stał taki dumny i wyprostowany, zasłaniał Wiedźmie Wronie Pożartej Przez Książki jej własny świat, zaśmiecał swoją osobowością jej własny trawnik… ale stał prosto, nieruchomo, wciąż dziwnie czysty… więc postawiła mu na głowie ulizanej, na loczkach i grzywce na oczach, miskę z wodą dla ptaków, a do łokci przyczepiła doniczki ze znienawidzonymi pelargoniami… Co jak co, ale chyba niewykorzystanych możliwości mogła by nietolerować, więc to zrobiła.

I już było lepiej.

A potem wróciły mewy i wrony z oblotu po nowej Turyściźnie, coby zebrać haracz i zrobiły to, co zwykle robią… i było super!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Para w ruch” – … jajko na twardo. Kanapki warstwowe, które chciało się pożreć od razu i herbata w termosie. Ludzie. Tacy, których nie trzeba się było bać i zawierane znajomości. Jakoś tak było inaczej. I ten stukot kół, rytmiczny, usypiający, dziwnie zapewniający, iż mimo opóźnień wszystko będzie dobrze. Obrazy zmieniające się za szybą, gwizd i świst… A potem drzewa. Dziwne, wysokie, znajome i tak bardzo wyczekiwane i ramiona babci, szal, chusta i już. Koniec podróży. Ale w dłoni wciąż ten twardy kawałek kartonika z wypisaną trasą i dziwnymi znaczkami, przedziurkowany magią i oczekiwaniem… bilet.

Dobra, tak było kiedyś. Ale właśnie to kiedyś można odnaleźć w najnowszej powieści Mistrza Świata Dysku!!! Świata, do którego w końcu na dobre wlazła para. Żeby nie było, wcześniejsze próby zostały zauważone, ale nic z tego nie wyszło… zbyt wiele zniszczeń, wybuchów i tak dalej… ale tym razem Żelazna Belka zpanuje w życiach, sercach i duszach wielu, na zawsze. Jednak czy jest to bóstwo, czy też TYLKO maszyna? A może coś, byt, którego nikt nie jest w stanie ogarnąć?

Witajcie w nowej erze znajomego świata. Z nowymi bohaterami, ponownie  w natarciu Pan Wilgotny… znaczy się Moist w natarciu no!!! A wraz z nim gobliny. Oto stary świat w nowym ujęciu i z nową… dostępnością. Czyli w rytmie żelaznej drogi!!!

Ta część serii jest inna, wypełniona większą tęsknotą, nasycona sentymentem tak, jak chyba nigdy dotąd. Nie ma w niej też owego zaskakującego zakończenia, bo ci co czytali poprzednie, dobrze znają tajemnice krasnoludów. Jest tylko ta tęsknota… smutek jakiś, ale i uśmiech… i fascynujący goblini przewodnik! Jakoś tak nie do końca mogę się pozbierać po tej lekturze. Z jednej strony pewno, że można ją czytać tylko jako przygodówkę, ale nie widzieć pewnych przenośni, to jak utracić głębszy sens, sedno i serce tej historii… może jednak tak byłoby łatwiej…

… to treść, którą trzeba jednak długo w sobie powykręcać, przemyśleć, podotykać, poskładać w te i wewte…

Wakacyjna pogoda, nie ma co.

Nudna, monotonna, jednostajna. Ciepło, słonecznie, trochę wietrznie, czasem trochę mniej… ale co to komu przeszkadza, co nie? No mi czasem. Bo z jednje strony robota fajna jest, ale z drugiej zewnętrze cudne wzywa. Drzewa się kłaniają, trawy mlaszczą z zachwytem nad nowym smakiem czystego powietrza… zazdroszczę im może? A może po prostu kręci mnie spróbować owej czadowej wakacyjności? Ech, chyba jednak nie, w końcu i tak zwykle zamieniam ją w pracę! Więc tylko popatrzę na wakacyjność zza okna. Niby jestem w niej, a niby nie. Dotykam owej spowijającej wkacyjnych ludzi otoczki. Taka jest dziwna, niemrawa, powolna, a jednocześnie dziwnie chciwa. Z jednje strony wie, że może po prostu uwalić się na piasku i nic nie robić, ale z drugiej pęd świata ją przytłacza, czuje, że coś traci… wstaje więc i pedałuje ona, poznaje okolice, pożera kilometry… Tak naprawdę wcale jej nie zależy na widzeniu tego, co może sobie obmacać w internecie, ale jednak to robi. Bo siedzenie w miejscu jest niemodne i drażliwe!

Czy turystyka jest modna? Czy bycie na wakacjach też obwarowane jest Za I Przeciwami? A może są jakieś reguły, których nie można przeskoczyć, wyminąć i udawać, że wcale się o nich nic nie wiedziało? No i obowiązki… chociaż pewnie nie ma w nich wysyłania kartek, co nie? Bo nam właśnie poczty pozamykali, bo podobno nierentowne, niemodne i ogólnie passe…

Czasem mi się wydaje, że obserwuję Turyściznę nie tylko z owym atawistycznym, wielce głodnym spojrzeniem, ale i z jakąś tęsknotą za czymś, czego nie znam. Nie żeby mnie kręciło poznanie tego, bo dobrze wiem, że ja i wolny czas jakoś do siebie nie pasujemy, a już leżenie plackiem i opalanie to moja wizja piekła… ale jednak jest to coś, czego nie mam. Jakiś dziwny odłam świata, do którego za Chiny Ludowe nie mogę dopasować swojej niskiej osobowości. Chyba mnie to fascynuje… a może tylko jakaś babska zazdrość we mnie się rodzi? Nie wiem. Ale nadal będę ich obserwować, niczym zwierzątka w klatkach zwiedzajacych zoologi. Niby wiesz, że chcą cię zjeść, ale przecież są w klatkach, więc może przeżyjesz… Wrałłł!!!

Czy autochtoni gryzą? No wiecie, jak się nas nie karmi, to czasem może, ale tylko troszeczkę i tylko chętnych, wiecie… ekologia, te sprawy! Zresztą, przecież autochtoni też wyjeżdżąją na swoje tubylcze wycieczki. W świat daleki, nienasz, w którym mogą sami być Turyścizną… Bo co wolno wojewodzie, to i smrodzie też wolno, a co! Się nie będziemy ograniczać. I czasem mi się wydaje, że tylko ja nigdzie nie wyjeżdżam, że tylko mi Wyspa wystarczy za Maroko i Rzym. Mam tutaj i swój Wielki Kanion i moje ruiny, niejedne. Mam swoją magię i dyscyplinę, piaski i kamienie, góry i łąki. Są jeziora w kolorach do wyboru i strumyczki, rzeki i ich ujścia, a nawet KILKA spadochronów, znacz tych no… wodospadów!!! KILKA!!! To dość fascynujące, co nie? KILKA na tak niewielki w końcu kawałek skały nad powierzchnią morza!

Wszystko tu mam. Wszystkie kolory, szalone odcienie. Ciepło i zimno… a nawet ptaszydła i potwory z morskiej pianki i jeszcze smoki i olbrzymy i krasnale… trolle kamienne i mostowe i te całkiem specyficzne… więc może to moje wiekuiste wakacje? Ech! Może ja przez cały czas jestem na wakacjach?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Męski Pan… została wyłączona

Pan Tealight i Trzy Wszystko Siostry…

„Mawiają, że była kiedyś kobieta…

… znaczy wiecie, na pewno była jakaś i to jakaś niejedna, wiadomo, się ludzie z niczego nie biorą. Chociaż… Podobno można lepić ich z gliny, gludzi takich, a może z błotka można też, chociaż nie próbowałam, takich błodzi; albo z trawy ich pleść, niczym koszyczki takie miękkie, z polnych pasm i wiatrów po fasoli, gdyby można ciasno spleść, byliby tylko wrażliwi na ogień… wiatrudzie. Wiem że Wiedźma Wrona Pożarta krocząc poprzez swoje życie często przystawała, dlatego pewno tak niedaleko zaszła, ale gdy przystawała to obiecywała obie, by zapamiętać chwilę… w jednej z takich chwil usłyszała właśnie tę specyficzną opowieść. Historię kobiety, którą zapamiętano nie dlatego, że coś odkryła czy wynalazła, nie dlatego, że smok ją pożarł, albo została opętana przez dziwacznego demona. Nawet nie dlatego, iż miała jakiś dar, chociaż właściwie kto to wiedzieć może? Może i miała, ale go nie ujawniła? Bynajmniej owa kobieta jest tym, bez kogo nie byłoby tej historii… okej jedną z nich… Znaczy w tej opowieści, dla nich ona jest Nią… Matką. Która nie przetrwała.

Podobno jako pierwsza narodziła się Dotykalna, po niej Brzmiąca, aż w końcu ostatnia, Widzialna. Mawiają niektórzy, że była jeszcze czwarta siostra, niesamowita, idealna, co prawda mniejsza, kruszynka, którą nazwali Prawdziwa, ale niestety nazbyt szybko o niej zapomnieli przytłoczeni śmiercią matki, załamani, zmęczeni odpowiedzialnością. Dlatego malała w kącie, tuż przy piecu, niekochana, malała, kruszała, znikała aż zmieniła się w ziarenko maku… i zasiała się.

Siostry były zaskakujące. Z jednej strony podbne do siebie jak wody krople, a z drugiej inne… Dotykalna miała skórę niczym atłas, niczym jedwab, gładką, idealną, ciepłą, ale i letnią… niczym trawy, świeżą, miękką niczym pióro, niczym puch delikatną. Która zdawała się nie tylko pragnąć dotyku, ale też odpowiadać na niego specyficznymi, jedynymi takimi, iskierkami. Za to Brzmiąca… jej głos był wszystkim. Nie tylko prawdą, nie tylko najcudowniejszym brzmieniem, ale też pieszczotą. Udowadniał, że jesteś kim chcesz być, pięknem i dobrem, cudem najprawdziwszym. Potrafiła wszystko powiedzieć tak, że kochałeś to… Widzialna… była pięknem. Obrazem, w który chciało się wpatrywać, i znajdować tam samego siebie. Chciało się ją postawić i nie mieć już niczego innego przed oczyma. Ale nie dotykać jej i nie słuchać. Bo dotyk i głos psuły widok. I tak było ze wszystkimi siostrami. Widzialna była tylko od patrzenia, Brzmiąca tylko do słuchania, a Dotykalna od macanek.

Prawdziwa była nimi wszystkimi, ale kto by utrzymał cud w swoich rękach, w sercu, w ścianach swojego życia?

Nikt…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Nauczycielka z Villette” – … z przeszłości. Kobiety, mężczyźni. I jedni i drudzy noszą w sobie tajemnice, które zostają ujawnione dopiero, gdy ich nie ma. Straszne, przerażające… wstydliwe. Koszmary z przeszłości, które tak naprawdę stworzyły codzienność. Sprawy, o których tak wielu chciało zapomnieć i tak wielu wykreowało z nich własne demony…

Oto jest jedna z nich. Sprawa wypadku/morderstwa na przemiłej osobie. Nauczycielce, która dla tak wielu była wzorem. Któż mógłby chcieć ją zabić? Nie miała przecież wrogów. Miała tylko przyjaciół…

Szwedzki kryminał toczący się w Belgii. Z intrygującą, ale i dziwnie bezbarwną Martine Poirot. Z jej mężem i współpracownikami, którzy ponownie jak w: „Dziewczętach z Villette” są bardziej intrygujący. Znowu sprawa, w której bardziej ważniejsza jest przeszłość, niż dzień dzisiejszy. Oto nadszedł czas, gdy zbrodnie przeszłości w końcu otrzymują swój głos… koszmarne, wstrząsające, a jednak jakże podobne do dzisiejszych. Oto karta z historii Belgii, wielu nieznana. Ale i fikcja, która opowiada o prawdzie… o ludobójstwach w Rwandzie, o żołnierzach.

Nadal nie wiem co sądzić o autorce. Z jednej strony powieść jest jak najbardziej szablonowa, pisana jak inne, dziwnie bezduszna, z drugiej jest inna, jakby bardziej kobieca, i to nie tylko poprzez zbrodnię. Z jednej strony to ponownie to samo, a z drugiej coś mnie w niej tknęło… nie wiem. Czy sięgnę po następną powieść? Nie… zbyt wiele ryb tego rodzaju w stawie pływa i książka się nazywa!

Lato jak nie wiem co. Chyba już nawet się nie ukrywa. Golasy pedałują dookoła mnie… czuję się dziwnie nazbyt ubrana tylko przez to, że cycki mam pod bluzą. Ale w końcu ja nie jestem turystą, ja tutaj tylko mieszkam. Chodzę tymi uliczkami, które wy teraz uznajecie za swoje i patrzę. Też na was. Bo czemu nie? Dla człowieka nie używającego telewizora jesteście jedyną zmianą. Owymi gazetami zza wody, tymi opowieściami o innym świecie, bo mówią, że poza Wyspą jest inny świat. Chyba nie do końca w to wierzę, ale jak już jest i inni w niego wierzą, to niech sobie będzie. Co mi tam… Ja ciekawska nie jestem, ale jak przyjeżdżają, to się patrzę. Nawet jak nie chcę, to się nie da czasem nie widzieć. Turyści rzucają się w oczy.

Bo oni w końcu mają wolne…

Tak się zastanawiam jak to jest, mieć wolne i być na wakacjach… znaczy co się wtedy robi? Poza wstawaniem późno i łażeniem? Poza… nie no chyba całą resztę rzeczy i tak trzeba robić, kto dziś wakacjuje się be internetów i telefonów? Bez telewizji chyba też nie mogą, co nie? Więc od czego tak naprawdę turyścizna odpoczywa? I dlaczego ja serio nie umiem sobie odpoczywania wyobrazić nawet? Może na jakieś nauki się udać, może chociaż kazania są turystycznej sekty?

Błąkają się innomówiący osobnicy to w prawo to w lewo. Oczywiście nagle przybywa rozpędzonych rowerów, które zapominają o tym, że tzw. droga dla rowerka dzieli się na drogę kółkową i nożną. Ale nic to… w końcu to tylko przez ten czas, to przejdzie, się skończy znowu… sezony. Przeminą ludzie, wrzaski się skończą, znowu będzie cisza. Nie, wcale nie narzekam, tosz to taki koloryt jest, a i może ja sobie powrzeszczę, w końcu wszystkim wolno, co nie? Zresztą nie oszukujmy się. Turyści i tak wolą owe łatwiejsze ścieżki. Te tajemne, te ukryte, wciąż są jeszcze moje tylko, spokojne i dusznie zadufane w swojej dzikości. Ino nagle człowiek traw się boi, bo go straszą kleszczami. Piękne są dla niego trawy te, różnorodne takie, poczochrałby się w nich, potarzał, może i popląsałby… ale nie wolno.

Bo nastał i strach i omam, i zło.

No i jak mam dojść do maków i bławatków? Jak dobić się do krzaków dzikiego bzu, by sztachnąć się atromatem? By wciągnąć przy okazji z kilka czarnych robali do nosa, ot dietka się wzbogaci… Ale co z tymi trawami? Bo plenią się, rzecz oczywista. Cudne takie, architektoniczne mistrzostwa wszelakich płaszczyzn osadzonych na włosku. Buduary i gotowalnie, sypialnie i kaplice, tutaj piramida, tam znowu loggia. Balkoniki, haftowane ich obicia. Tutaj koronkowa robota trawiastego kamieniarza, tam znowu coś chyba spod igły i nitki aż. Tutaj ruiny, romantycznie obwieszone pajęcyznami, tam znowu coś nowoczensego, czyste linie i dużo szkła… w tym odbija się całe bogactwo zachodów słońca, w których odczytać można pogodę na jutro… znowu ciepło będzie, znowu raczej nie popada. No cóż, podlewanie… w końcu ja nie jestem na wakacjach.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Trzy Wszystko Siostry… została wyłączona

Pan Tealight i Piwonia z Niesmutków…

„Rok temu jej nie było…

… a może była dwa lata temu, tylko ukryta? Może próbowała się wysmyknąć na świat? Pokazać, zakrzyczeć, zatańczyć. Może? Bynajmniej się nie udało, chyba. Ręka Chowańca, a może mściwa nienażarcie Dekapitatorka Stokrotek sprawiła, że niczego z niej nie było. W końcu, a może jednak…

Był listek, pączek niby i tajemnica.

W tym roku nie dała za wygraną, nie pozwoliła się ściąć, nie pozwoliła siłom oklapnąć, mocom się rozejść. Wzmocniła się, stężała i zawzięła. I wyszła. I zakwitła. I oszołomiła. Trzeba wam wiedzieć, że Wiedźma Wrona Pożarta to prosty człowiek. Orchideą jej nie skusicie, wprost przeciwnie, ucieknie. Nie zrozumie mocy jakowyś zagramanicznych cudów, ale dajcie jej fiołka, jaśminu i bzu i stokrotkę… i zwykłe polne, kwitnące zawzięcie tałatajstwo i chabazie zebrane z rowu i te chwasty niechciane, dziwne i trujące może, bez metki, bez nazwy, pewno jadalne… niezapominajkę jej dajcie, a nawet i mleczyka, a będzie wasza. I piwonię.

Bo w piwoniach właśnie Babcia Małęj Wiedźmy zaklęła swoją moc dawno temu. Kiedy zdecydowała, że dla dobra świata będzie tylko człowiekiem, oddała wszystkie siły i umiejętności właśnie tym kwiatom. By nikt ich nie wziął tak po prostu, nie poskromił, a nawet nie poznał. Rozrzuciła ich kłącza po świecie, ale te najważniejsze trzymała zawsze blisko swojej kamienicy, w której mieszkała, na wciąż pomniejszającym się, atakowanym przez pokrętne moce, trójkątnym spłachetku Wszelkiej Ziemi. Kwitły tam dumne, różowawe, purpurowe, białe i wilgotnie fuksjowe. Rosły i kwitły wzbijając się jak najwyżej. Z jednej strony skromne, z drugiej oszałamiające dziwnym aromatem, zwodzące, strzeżone przez Plemienia Mrówek od początku swego czasu.

Od dnia, gdy Babcia Małej Wiedźmy je przywołała swoją prośbą, a potem za ich szumną zgodą, złożyła w nie swoją moc.

Gdy jeszcze była tak wielu nieświadoma, tak wolna od owej przytłaczającej, człowieczej wiedzy… Mała Wiedźma lubiła siadać w wysokim oknie, gwoździem i paznokciem rysować labirynty w wielokolorowej ścianie, odkrywając przeszłe farby, zapomniane kolory ścian, wdychała zapach babcinej plantacji mocy. Gdy tylko uwalniała się na chwilę od mocy Złej Królowej, gdy nikt jej nie ranił, gdy nagle życie zdawało się być mniej bolesne i mniej przerażające… patrzyła jak wiatr i przepływające myśli powoli wprawiają w taniec owe ogromne pąki.

I śniła… że kiedyś, chociaż niedorosła, chociaż wciąż będzie tylko sobą, bo tak jest wygodniej, bo znajome tak nie przeraża, będzie miała swoje piwonie, które przybędą do niej z Mazianej Krainy Niesmutków. Którym będzie można powiedzieć i powierzyć wszystko, a jednak odpowiedzą tak, że to nie zaboli. Zawsze będą blisko, ale niekoniecznie tak ludzko, tak gadająco…

Po prostu, zwyczajnie, bezpiecznie będą.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Dziewczęta z Villette” – …i taka utopijna. Nie oszukujmy się, nadal postrzegamy pewne kraje jako te, gdzie złe się nie dzieje. Gdzie mleko spływa rzekami, okraszone miodem i zestawem pierniczków… Belgia zdaje się być jedną z takich spokojności, które w pewien sposób utożsamiał sobą zawsze pewien znany detektyw, Hercules Poirot.

Nie, nie ma tutaj Herculesa, i nie, nie jest to podróbka królowej kryminałów… to coś innego, coś w czym wszystko jest i owego wszystkiego nie ma. Opowieść, trochę po macoszemu potraktowane śledztwo, bohaterka, do której nie mogę się wciąż przekonać i jej intrygujący małżonek. Ale przede wszystkim jest zbrodnia. Obrzydliwa i brutalna, przejmująca i niestety przypominająca pewną sprawę z przeszłości…

… czyli nic nowego, można rzec, czyż nie? W końcu kryminały przyzwyczaiły już nas do takich zabójstw, że serio nie da się chyba… chociaż może nie wywołujmy wilka i w ogóle lepiej nikogo nie podjudzać… Jeszcze wezmą to za wyzwanie. Mniejsza… nasza bohaterka prowadzi śledztwo, a raczej po prostu istnieje, a śledztwo gdzieś tak ją omiata i opływa. W rzeczywistości o wiele lepiej poznajemy jej męża i znajomych, a trzeba przyznać, ze są intrygujący. A ofiary… cóż, nie żyją.

Nie wiem. Z jednej strony powieść czyta się szybko, z drugiej główny wątek zdaje się z czasem jakoś tak wymierać, całkowicie tracić na ważności. Ale może to tylko ja? Może nazbyt dałam się porwać wątkom pobocznym? Może nie wzruszyła mnie zbrodnia, bo otoczona nimi staję się powoli ślepa… Nie wiem, ale przeczytać można, czy jednak coś ta historia w was zmieni, nie mogę tego zagwarantować.

Lato… jeszcze kilka dni, ale wyczuwa się je w powietrzu. Tą dziwną, żarzącą się słoneczność, która zdaje się wysuszać wszystko. Z jednej strony daje ludziom ową żółtą radosność, a z drugiej… zabiera tak wiele. Nagle skóra się marszczy, nagle prężnieje, czerwienieje i brązowieje. Traci wodę, ale zdaje się, że i coś więcej. Słońce, niczym zła królowa najpierw daje jabłko, a dopiero po chwili robi dziwną, zaskoczoną minę, gdy obdarowany pada i brudzi jej podnóżek. Urażona parska, oburzona, że zamiast podziękowania za swoją sztuczkę, ma tylko kłopot. Bo przecież trzeba wezwać służby, które posprzątają, a ci znowu będą sarkać i unosić się nieprzyzwoicie, bo przecież to już piąty w tym tygodniu, a mamy dopiero wtorek!!!

Może to tylko owe przerażające użytkowników telefonii komórkowej zmiany aktywności, a może jednak słonko mocno się odmieniło? Wcale się mu nie podoba, co dzieje się dookoła, a już w szczególności to, że tak o wsio je oskarżają. Chyba po prostu nagle się obraziło, wściekłość się w nim gotuje i pali więc… w końcu musi gdzieś ową energię wyrzucić z siebie, a kopać działki nie pójdzie!

Niby temperatura jest znajoma, niby nie wydaje się być bardziej wysoka, gorąca, ale jest w niej coś nowego, coś całkiem nieznajomego, coś jakby bardziej suchego, coś całkiem obcego, odbierającego oddech, wilgoć i sny…

A może Wszechświat specjalnie pochyla się właśnie nad moją Wyspą. Jej ekosystem zdaje się kreować wszelakie dziwaczności i wyziewy pomieszanej kreatywności, oraz twory przewianej wyobraźni. Jest się na czym karmić, naprawdę. Byty ze wszystkich stron, z prawa i lewa, pośrednich kierunków, dołów i gór wszelkich, niebios i piekieł, drzew kolejnych gałęzi, korzeni gryzących kamień i ziemię… przybywają na własnych lub wynajętych chmurzastych parostatkach i niewidzialnych jaszczurkach, na maleńkich smokach oraz na własnych skrzydłach, lub przy pomocy rozmyślnych, żyjących silniczków… przybywają na ucztę. Bo trzeba wam wiedzieć, że mimo iż mogą sie karmić na Dzieciach Pani Wyspy, to jednak lubią, gdy zmieszać ich intensywność z turyścizny niespodziankowością. Inaczej nie do końca można zwyczajnie przełkąć ową soczystość i nagromadzenie treści. Lepiej jednak najpierw czymś zagryźć i przegryźć, czymś przygotować trzewia, zapić… zwyczajnością, smaczną, pożywną, a jednak poprzez znajomość nie tak dotkliwą dla wrażliwych żołądków.

Wyspa przecież nie może być tylko i wyłącznie wyspą zwyczajną, piękną, ale jednak tylko wyspą. Nie może być ot ino przechowywalnią bagażu owych magicznych i udaremnionych. Wyłącznie miejscem odpoczynku stworzeń zagadkowych i mitycznych. Kultem samym w sobie, miejscem narodzin wszystkich religii. Musi być więcej, inaczej byc po prostu nie może. Inaczej się zwyczajnie nie da… Więc może się karmią jej Dziećmi? Zsyłane przez Panią Wyspy sny zmieniają nas w końcu, wszystkich. Po jednym i grupowo. W parach i trójkątach. Rodziny i tych samotnych, świadomych świata i tych, którzy wolą zamknąć na niego wszelkie istniejące i nieistniejące otwory…

Zmieniają nas fale i wiatry… może i promienie słońca, może jednak istnieje jakaś umowa pomiędzy Nią a Onym Słońcem? Może jest coś, o czym lepiej nie wiedzieć, bo w końcu nadmiar wiedzy nie bywa wygodny, nadmiar władzy też.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Piwonia z Niesmutków… została wyłączona