Pan Tealight i Dzieciństwo Baby Jagi…

„Dzieci…

Problem z nimi taki, że zrobienie ich to nie problem. Tak serio, to cała robota zaczyna się potem. Jak już wylezą z damskiego człowieka – mimo całej równości faceci wciąż jeszcze nie doszli do tego, jak sobie je tm wsadzić… może się boją? A może jednak postanowili nie babrać się z tym? Cóż. Sprawa w dziećmi taka, że nie dość, iż trzeba utrzymać toto przy względnym, oddychającym, niezwampirzonym życiu, karmić, odziewać i rozwijać, to jeszcze domagają się jakiegoś wychowania, jakiś norm moralnych… A potem, jak już dałeś im wszystko, wyssały z ciebie i krew i inne płyny, pozbawiły włosów na głowie, a te na dalszej części ciała po prostu posiwiały… to one chcą więcej! Albo zaczynają się zakochiwać i to oczywista w nieopierzonym młokosie, synu znienawidzonej sąsiadki spod piątki. Tej z dziurą w jedynce i wprawionym w nią rubinem!!!

Ale jednak nikt Baby Jagi nie lubi, co nie? A taka cudowna w rozwiązywaniu wszelkich spraw. Oj przyznajcie, no weźcie… taka Jaga to przecież gatunek pod ochroną. Nawet do końca nie wiadomo, czy jeszcze istnieją. Wieść tajemnca, gminna jak najbardziej bo miast unikają, niesie, iż w lasach można je jeszcze spotkać. Oczywiście unikają ludzi i wyszczuplone, ot śmierci na miotle, no po prostu tycie staruszeńki, cienie bardziej niż postacie, przemykają się polanami, leśnymi strumieniami, ot do swoich chatynek. Porośniętych czymsięimudało… zakamuflowanych, zwyczajnych bytów leśnych, nie tworów ręki ludzkiej. Wciąż pracują, ale przy kiepskiej diecie składającej się z korzonków, pajęczynek, grzybków i uprzejmie wydelegowanych elementów zwierzęcej społeczności… marnieją!!! I czyja to wina?

A przecież Babie wiele nie trzeba. Ot dziecię na dziesięć lat. Jedno, nawet nie tłuściutkie, raczej marne być może, takie w typie tuszy rosołowej… w końcu to przecież tradycja, czyż nie? A tradycja rzecz święta!!!

… jednak. Powinno się wyjaśnić, skąd się wzięła. Powinno się? No dobrze, niech będzie… więc jakoś tak wyszło po prostu. Pryszła na świat wiedźma. Zwyczajna. Nie miała nawet żadnej gwiazdki nad sobą, żadnej zwiastującej ją burzy ani rodziny wysoko postawionej, ni głoszących przepowiednie przy kołysce bab… ot po prostu narodziło się dziecko w wiedźmiej rodzinie, w wiedźmim towarzystwie. Na imię jej dali Baba. Ot zwyczajnie tak, pewno po prababci, a może babci, a może jednak po chrzestnej ciote, co zapomniała o urodzinwoym podarku? Nie wiadomo… a jako, iż przyszła w rodzie Jagów, więc już zostało. Baba Jaga… co oznaczało, że kiepsko lądowała na spisie obecności. Jakby się nie gimnastykować, zawsze lądowała przy tablicy! Zresztą miała w sobie coś takiego, co sprawiało, że łatwo było ją zranić. I to nie tylko dorosłym. Dojrzewająca nastolatka, podszczypywana przez kolegów i tych o wiele starszych, miała problemy również z dziećmi… i nie rozumiała tego. Bo dlaczego? Dlaczego przechodzący, nieznajomy malec z lizakiem musiał wyzwać ją od „grubasów”? Dlaczego dziewczynka z kitkami pokazywała ją palcem i się śmiała… dlaczego…

Czara przepełniała się i przelewała. Często topiła Babę w smutku i oddalała ją od świata i wtedy zainteresowała się nią pewna Wróżka. Stara Zizi Guppa. Z dziurawymi skrzydłami, posiwiałymi lokami, podeszła nie tylko w wieku, ale i w uczynkach, zwyczajnie niereformowalna! Zwyczajnie i zaskakująco starożytna, wciąż ufromowana słowami: oko za oko… ząb za ząb.

I w ten sposób życzenie dziewczyny zmieniło się w klątwę w rozmarynowym sosie, z liśćmi szałwi i czosnkiem jabłkowym…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Egzorcyzmy Dory Wilk” – … i nie było? Znaczy serio demona nie było? No to jak nie było, toć być musi. Bo w końcu Teodora Wilk serce ma wielkie i przyjmie pod nie każdego. Znaczy w nie… oj no miesza się mi, ale sami pomyślcie. Nagle trup się zaczyna słać. Na dodatek ów trup ściele się wyłącznie w żeńskiej dzielnicy, znaczy zagrodzie i to tylko po ludzkiej stronie, ale charakteryzuje się dziwami takimi, że nasza bohaterka musi wrócić do pracy. Czyli blacha w dłoń, kabura pod ramię i do roboty… tylko czy można sobie tak po prostu wrócić? W końcu wiele się zmieniło. I tutaj w Toruniu i w jej życiu, a także w triumwiracie…

Piąty tom cyklu, strach pomyśleć, że jeszcze ino jeden i koniec. Planuję wprowadzenie się na łono naszej autorki i łkanie długie, bo nie wiem jak żyć dalej!!! I wszystko przez tych facetów no!!! Nawet nie przez Dorę, ale przez tych gości, którzy ją otaczają i nawet nie mam na myśli owych trzech najważniejszych, ale właśnie owych nader pobocznych, a nawet bójciesiębogi SKRZYDLATYCH!!!

Tym razem nasza bohaterka głównie zalicza ekstrema. Najpierw piekło, potem niebo, kościelny chłód i znowu do piekła. Na jej życie chyhają i wstydu nie mają! Czyli przez cały czas jazda bez trzymanki, a roli głównej ona i… BAAL. A wiecie, jak ON to robi… znaczy no wiecie, czy nie?

Cała seria skrzy się od akcji i tak naprawdę nie można tak ot po prostu się za nią zabrać, nie widząc ciągu dalszego. Na nasze szczęście Autorka pisze, a raczej już napisała tom ostatni, więc jeżeli jeszcze nie poznaliście wiedźmy od niechciane płodności, glinairki i detektywa o dziwnym drzewie genealogicznym, oraz jej Anioła, Diabła, Demona Tatusia i cąłej gromady fascynujacych postaci… to macie co nadrobić. Jadowska nie tylko czerpie z dobrze nam znanych cykli jak ten o Anicie Blake, czy powieści Patricii Briggs, ale przede wszystkim kocha Toruń i posiada wiedzę, przed którą winny klękać nie tylko narody. Na dodatek inteligentna jest i obdarzona sporą dozą samokrytycyzmu… tłumacząc: jaja ma na swoim miejscu!!! I mitologię zna. W zaskakujący sposób Jadowskiej udaje się łączyć nie tylko mity, nie tylko rozumieć różne aspekty bóstw, ale przede wszystkim nadać im ową osobowość… wcale nieludzką.

Tak dla rozrywki… i dla uśmiechu!

Fale są.

Podobno w owych falach są i morskie żywotności. Znaczy tam nie przesadzajmy, te, o których mowa, to jeżeli chodzi o ową żywotność, to raczej już marnie, ale są duchem i zdechlatym ciałem. Niczym niebiańskich panien pogubione implanty się unoszą w wodzie i mnie obrzydzają. Znaczy bez urazy. Lubie je, jak już pierwszy mrozik je zetnie, jak już po prostu można sekcję galaretkom zafundować milusią, jak można nie moczyć się wraz z nimi… ale tak pływać razem cuzamen do kupy? Nie wiem dlaczego, ale jakoś się boję. Cała martwieję, mam na myśli ALIENA 1, 2 i 3, oraz wszelako inne horrorowości. Wszczepiania bytów, monstrualne pomyłki lekarzy… no wiecie, się ma łeb na miejscu i niestety on ma to do siebie, że… działa!!!

Bynajmniej pływają te implanty już, w tym roku niestety wcześniej. Widać rzeczywiście cała aura postanowiła przesunąć się w czasie, a ponieważ wiosna zaczęła się w zimie, to widać i czas już na wczesną jesień i implanty morskie… Galaretkowe twory z koronkowymi, lekko brązowymi zdobieniami, które gilgotać można podobno. Nie żebym próbowała!!! Niestety media łapczywie donoszą, iż w tym roku zaobserwować można, a raczej może poczuć na sobie boleśnie, owe parzydełka. Nie urojone, ale czerwonoskóre, przybyłe z zamorzów, upierdliwe i jakoś tak nie stroniące od wciąz przecież chłodnawej cieczy morzem zwanej!!!

Ból jak ból, no wiecie, ale podobno reperować się trzeba za użyciem karty kredytowej, a ja w takowe nie jestem wyposażona!!! Więc cóż, jakby to ująć… gdyby coś się stało, to kto chętny mnie… no obsikać?

Morskość się pieni i bałwany na falach hoduje zaspane. Jakoś tak nie rwą się do roboty dziwni pieniści paniczkowie, więc zazwyczaj kończą w przybrzeżnej piance, ale nie narzekają, nie skarżą się w ogóle! Ogólnie mówiąc całkiem małomówne są takie. Jakby wystarczał im ów morza śpiew, ptaków zew, kamienista plaża, rzeka pośród drzew. Ów wodorostów dyskretny w powiewie zmienny ton, tych cudownych pływalności, lekko mdlący krąg. No takie mają życie.

Rodzi się Morski Bałwan na chwilę. Niczym takowa muszka owocówka, ino miejscówkę ma lepszą i mokrzejszą, bardziej słoną też pewnikiem? Unosi się na swojej matczynej fali. Najpierw wybiera się z łona potężnego, wzburzonego, niebieskościowego, a potem biegnie ku słońcu. Niczym urdzony serfer świadom tego, że na pewno nie zatonie. Przyczepiony do swego pływu. Spogląda na otoczenie i nie obchodzi go kto się jak nazywa, ani kto gdzie żyje, czy jakiej marki gacie ma na sobie… jedyne, co go interesuje, to owa podróż i on sam. I Matka Fala. A mamusia niestety ne jest wierna dziecięciu. Pewna tego, że zaraz i tak gnojka zrzuci w nabrzeżną zmienność, wie dobrze, że dzisiaj zaliczy jeszcze setki takowych ciąż. Czy akurat ów bałwaneczek jest dla niej kimś specjalnym? A któż to wie? Chociaż słucham fal, jakoś tak nie do końca je rozumiem…

Rodzicielstwo jest ciężkie. Jest jak owe chełbie bałtyckie. Upierdliwe, dziwne i seryjnie już raczej zdechławe! I doprawdy czepiające się wszystkiego i zdolne prztrwać nawet najgorszą sekcję w galaretkowatej całości…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dzieciństwo Baby Jagi… została wyłączona

Pan Tealight i Młyn Niewinności…

„Przebierając raźnie, aczkolwiek jak zwykle kiepsko do, wtłaczanego w dziwne w swej pojemności uszki, rytmu… widzicie, Wiedźma Wrona Pożarta miała coś z tym rytmem. No nie łapała go cieleśnie. Fałszowała. Zero umiejętności bębniarza, zero perkusyjnego wydźwięku, ale wrzeszczeć mogła… melodyjnie nawet, no i po swojemu chodzić… no więc kroczyła, po swojemu. Dwoma krótkimi, masywnymi odnóżami tykała podłoża, muskała Wyspę, a pot za nią tworzył fantazyjną mgiełkę aromatyzowaną magią, książkami i deo w kulce o smaku strikte kwiatowym, dziwnie odurzająco fioletowym…

A i dziwnie krwistym nawet…

Kroczyła więc rozmyślając o królach, władcach, religijnościach, tocząc z samą sobą dziwnie rozmowy… Na przykład takie: dlaczego nagle pewnego dnia się obudziła i już nie była w wieku serialu „Friends”, ale aż nazbyt w ramach „Desperate Houswives”? Albo czy rzeczywiście te portki na niej lekko się poluzowały, znaczy się całe to pocenie ma jakiś tłuszczowy w brakach wydźwięk, czy tylko zwyczajnie się ZNOWU przebiegle szmatka rozbiegła w praniu? Mimo wszystko, mimo książkowej diety, mimo owej całej magii, była też jednak troszkę człowiekiem… znaczy do czasu. Bo wystarczyły wielkie liście, by dojrzała Topielice kopcące trawkę w ramach dość podejrzanych zachowań wdechowych, ale też oczyszczających powierzchnię… a tam pod kamieniem chmara Podżarminiłaków. Maleńkich krasnalozwodniczych ludków ze skrzydełkami w okolicach półdupków, co to wyżerali wszelaki okruszek. Ale nie to było najgorsze, w końcu ino by wtedy sprzątali, oni wyżerali owe okruszki z palców, z ust, z policzków i nosa jedzącego jednocześnie… robiąc kupeczki!!! Nic dziwnego, że mało kto o nich wiedział. A potem napadła ją gromada Fruznajdzidek i ocaliły ją od zderzenia z drzewem, ale już z wielkim kamieniem niestety, lub specjalnie, nie.

Gdy jęczała wyczuwając na potylicy rosnący nowy świat, całkiem foremny i kulisty, a i zapewnie na kolorach nie oszczędzający przypomniał się jej nie wiadomo skąd Młyn Niewinności. Dziwne miejsce, stare i zapomniane. Strzecha pokryta różnokolorowymi mchami i niskopiennymi storktokami o zadziornych minkach, na sypiacej się z kamiennych i ceglanych murków skleconych ścianach. Ot dwie chatki, w jednej woda, w drugiej koło. W jednej ryby, w drugiej mąka… a za nimi wąziutkie wspomnienie wilgoci, a przed nimi zapomniany, dziwnie nieruchomy, nieodbijający niczego, staw ze śluzą. Dalej mostek i kilka młyńskich kół pokrytych rytami, na widok których się na wygolonej wiedźmiej skórze neiwidzialne i przeoczone włoski uniosły… Dlaczego jednak o tym myślała teraz, wraz z narastającym urazem, no nie miała pojęcia! Zresztą, wybaczcie niespójność umysłową! Ale jakoś tak nagle przypomniały się jej słowa, iż niegdyś młyn mielił niewinność, by dokarmiać tych skalanych, co sami nie potrafili poznać jej smaku, by tworzyć podstępne używki, co to zapewniać miały zmiany w duszach i sercach… ot manipulacja polityczna dla pań i swatek. Ale z czasem niewinność w świecie zanikła. Już nie tylko nie było jej nadmiarów, ale w ogóle zaczęła być rzadkością, aż w końcu młyn po prostu ucichł. Pozwolił pająkom zająć się wystrojem wnętrza i zewnętrza, mchom lekko uwypuklić piękno, a porostom poszaleć… i tylko owe drewniane elementy w kształcie smoczych łbów wciąż czasem jeszcze dymiły. Wciąż w wydłubanych oczach coś tam się czaiło, coś tam czekało… tylko, czy jest w ogóle na co?

Czy jest nadzieja?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Tern” – … niesamowitości. Same niesamowitości. I to niesamowitości miękkie i twrde, soczyste wszystkie, chociaż w postaciach sucharowe bardziej. Magiczne i zmienne, zaskakujące, ale przecież tak bardoz pełne i wspaniałe. Jest w nich to coś, co zwykle w powieściach określa się jako… niemożliwe. Piękne i doskonałe, a jednak skłonne do błędów, pomyłek i zwątpień…

… niesamowitości smaczne strasznie!!!

Nie chodzi tylko o głównego bohatera, wprost przeciwnie, bo tak do końca, to nie wiadomo czy to on im jest, czy może ona, a może ona, albo ten demon z dziwnie pokrętnym aparatem mowy? A może czarodziej, albo ten dziwny przeklęty świat? Zresztą, nie oszukujmy się, tutaj wszystko, każda strona, to coś nowego. Nowy element świata, nowy jego mieszkaniec, nowa rodzina, nowa opowieść…

Pierumowa poznałam lat wiele temu, gdy rodziły się powieści na bazie tolkienowego bumu. I zakochałam się. W owej jego baśniowości, światach do końca magicznych, w owym „wszystkomożliwejest”. Ten cykl jest na wskroś pierumowy! Pełen, piękny, niesamowity. Czerpiący ze znanych mitów i tworzący swoje historie. Przywołujący na świat nieznane dotąd rasy i byty. To fantasy w owej pierwotnej formie. Z bohaterem i drużyną, z moralnymi normami, kodeksami, z których co jeden to inny, dziwniejszy. Pełne różnorodności. Niedyskretne, ale jakże pejzażowe.

Cudowna baśń… gdy nie można już znieść świata, ale też nie można uciec od pewnej moralizatorskiej nuty, gdy prawda mdli, ale też nie da się polepszyc sobie nastroju byle głupotą. Bo oto jest opowieść… pełna i narowista. Humorzasta, niesłuchająca się czytelnika w ogóle, i dająca radość. To historia zaspokajająca owe wszelkie pragnienia zatopienia się w historię, uśmiechu i smutku, napięcia i drżenia… owych emocji, które zdają się wypełzać ze stron i opadać na nas. Postaci, w których naprawdę łatwo się zakochać, albo je znienawidzić. Nie można pozostać po prostu obojętnym, no i jeszcze ten świat. On też nas zdobywa każdym swoim dziwem i cudem, każdą opowieścią i tajemnicą… ale najlepsze jest to, że to dopiero początek!!!

Woda…

Na Wyspie mamy wodę. W jeziorkach, bajorkach, rzeczkach, strumyczkach… wodę, która od wieków, a i milionów czy co tam lat, dzielnie drąży sobie swoje pokrętne linie. Gdy poziom wody opada, co w dobie upalnej falii można z łatwością zaobserwować, wyłażą ściany i cuda ukryte na dnie. Owe skamieliny ukochane przez wilgotności. Owe dziwnie uformowane osady i wszystko to, co skrywane. Za każdym razem, gdy ulewa zmywa pola zdają się karmić, a gdy tylko susza odbiera wilgotność ukazują się w całej swojej krasie. Dziwy o sporej chronologii. Na małej mapce obok można odczytać dokładnie która warstwa ma ile milionów lat… Człowiek jakoś wcale nie pokornieje, gdy pokazuje się mu miliony. Jakoś bardziej czuł boskość błędną, gdy macał się z o wiele przecież młoszą piramidą! A jednak… coś smera w duszę.

Więc… wiecie Wyspy o wiek nikt nie pyta, ale większość rozumie, że wiele w życiu widziała i wiele przez swoje kamienistości wody przepuściła. Jednak bez obawy, nie oznacza to, że po niej zwyczajnie wszystko spływa, o nie!!! Nigdy!!! Bo ona pamiętliwa jest. Trzyma owe geologiczne cuda w sobie niczym perełki, klejnociki i inne świecidełka. I ogląda je, gdy tylko ma czas i sposobność. Tak po prostu, by powspominać. Na przykład ową ulewę, która wypłukała pływaka aż za Szwecję. Albo owe szczątki dinozaura, których nikt by nie zauważył, gdyby nie suchość, co to wtedy opadła na nią. Albo tą parę, która tutaj i wtedy poczęła… człowieka bez kompletnego znaczenia. Bo przecież pamięć może byc i wybórcza, ale Wyspa dobrze wie, co chce pamiętać…

A jak już coś ma jej o czymś przypominać, to zatrzyma to coś, lub kogoś, przy sobei na zawsze. Nie ważne, że w końcu się zestarzejesz, że w końcu jakoś tak zwiędniesz i ogólnie nie będziesz do życia, nie istotne, że w końcu ino pył z ciebie… Wyspa weżmie, no i wklei go do swojego pamiętniczka, bo dlaczego nie? Jak się już jest Bogą, to wszystko wolno. Bo jak się nie jest, to raczej nie i mogą się z ciebie śmiać… z bóstwa śmiać się lepiej nie próbować nawet. No chyba, żeś masochistą i zwyczajnie lubisz cierpieć. Ale wtedy okazać się może, iż owe bóśtwo wie o tym aż nazbyt dobrze i zmaiast pejcza daje ci miotełkę z piór i strój pokojówki, i wysyła cię do szkoły…

Znacie te sny, gdy to nagle stajecie przed klasą, pod tablicą, aż czujecie w ustach smak obrzydliwy tej cholernej, znienawidzonej suchej znowu gąbki, zielonej z rozerwanym bokiem, od czasu tej walki, i chrząst kawałków kredy pod nogami… i jesteście po prostu goli? Albo jest tam kibel, robicie kupę, a się nagle okazuje, że ścian nie ma i wszyscy to widzą, albo znowu jest klasa, tablica… no więc Wyspa umie to człowiekowi zrobić. Ot tak na jawie!!! Do końca!!!

A wody? One wciąż płyną. A już te dookoła Wyspy, to ogólnie mówiąc dziwnie są niesubordynowane. Jakby nie wiedziały? A może po prostu wiedzą więcej i znają owe tajemnice, które gdyby niczym oliwa… może wiedzą.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Młyn Niewinności… została wyłączona

Pan Tealight i Zmora Utajniona…

„Leciała.

Ciepłe powietrze sprawiało, że szybowała, nie męczyła skrzydeł, leniwie, zalotnie, bez namysłu, zamiaru i mapy, przestróg i kar… po prostu leciała, unosiła się spokojnie, bez planu i przeznaczenia. Ot zwyczajnie oczekując jakiejś wyżerki, a może turyści skuszą się na krzyk i opuszczą te troskliwie tulone talerze? A może ktoś coś wyrzuci na łąkę zbędną nadmierność? Może w ogrodzie znajdzie się jakiś kąsek?

Potem coś się wydarzyło. Potem już nie leciała, już nie szybowała, ani powoli ani zalotnie, nie bez mapy, już nie…

Z niewidocznego zagłębienia, zasnutego ogromnymi liśćmi wysunęła się blada, aż zielonkawa ręka. Wychudła, koścista, ze skórą prawie prześwitującą… i pobrała poczęstunek. Mloda mewa, szarawa jeszcze, nakrapiana dziwnie, malowniczo, kreślona w runy i mistyczne zawijasy, na której można było odczytać mapy światów ukrytych i drogi prowadzące do ich pokrytych kurzem, błotem i roślinnością żarłoczną i czepliwą, wrót, zaklęcia wybite na paurach, co pozwoliłyby je otworzyć… Oj owo wszystko to rozpłynęło się w soczystym mlaskaniu, gryzieniu, odgłosach siorbania, pochrapywania, dziabania sobie palcem w zębie, posypywaniu z dziwnej, grającej puszeczki, a potem pierza lataniu. Wysuszone, dobrze ogryzione kosteczki lądowały w niewielkiej szkatułce. Ot będą później koraliki dla oszołomów, myślała…

Dziewczyna, a raczej kobieta, bo chociaż szczuplutka, długa, to jednak wyraziście dorosła. Pozbawiona niepewności ruchów. Dziwnie twarda i ciemnoskóra, jakby opalona, ale  długich rękawiczkach teraz. To dzięki nim jej ręce zawsze były tak białe. Tak dziwnie śnieżne, nietutejsze i niedzisiejsze… Inne. Jakby doczepione z innej codzienności do kogoś, kto powiedział: Hmmm, nie wiem, no ale… aj no wiesz, aj no i może warto spróbować być innym…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Nieświadomy mag” – … i zaskoczenie. Czy spodziewałam się powieści tak pełnej, tak niesamowitej, bogatej? Takich osobowości? Nie! Przyrzekam, czuję się też jakby ktoś mi nosa utarł trochę!!! Bo… jakoś już nie wierzyłam, że można wciąż tak pisać. Tak epicko, tak głęboko, a jednak… fantastycznie. Bo przecież światy, o których mowa są zmyślone, a może nie? Nie wiem, jakoś trudno uwierzyć, by oni mogli nie istnieć. Jakoś trudno mi…

Oto jest inny świat. Świat, który wiele przeszedł w przeszłości. Świat Doran – magów i Olków – ludzi pracy, którym magia nie jest dozwoloną. Jakoś, otoczeni murem, poddani trosce swego władcy, trwają. On zawiaduje pogodą, a oni pracują. Oczywiście jest i legenda… legenda o magii właściwej tylko Olkom. O potędze i wybawicielu, ale i zwiastunie wielkiej wojny. Bo oto z przybyciem owego Olka pokój na tej ziemi ma zostać zamazany. Tylko kim jest ten wybawca? Czy rzeczywiście jest nim nasz bohater? Bezczelny, zadufany w sobie, dzielny i arogancki, wkurzający czasem… Asher? A może jednak to nie on? Może wszystko, to pomyłka…

Powieść niesamowita i już nie mogę się doczekać dalszego ciągu! Postacie pełne i wkurzające, piękne i brzydkie, skomplikowane, chociaż spragnione spokoju i prostoty. Z przeszłością i dopiero na ową przeszłość pracujące… Władcy i poddani, ci skrywający wielkie sekrety i ci, którzy w nie nie wierzą… Przepowiednia i miłość, młodość i dojrzałość, zawiść i nienawiść, wizje pięknego, silnego świata, oraz te, które jako silnych widzą wyłącznie tych, którym się śnią…

Szykuje się saga!!!

Książeczki, książunie, książuleńki i knigusie. Tomiska moje cuden, tomiczki i pozycje. Baśnie i powieści, opowieści i historie…

Wyspa ma piasek.

Mimo wszechobecnej wszędzie, pyszniącej się wielorakością barw, kryształów i spękań, tworzonych wzgórków i pagórków, kształtów przyjmowanych, dziwnie filuternych, dziwnie ludzkich, a nawet bardziej niż ludzie porażających, a nawet potwornych… tej roślinności ją porastającej, chociaż to tak trudne do wyłumaczenia, owych porostów, grzybków, cudów i wianków… morskich naleciałości i zesranych przez mewy cudów niewidów, stamtąd i stąd, a innych z nikąd nawet… więc jest i piasek. Jakoś tak. Zwyczajnie. Siedzi sobie gdzie niegdzie i udaje, że go nie ma. A kryształki ma rozmaite. Różniste i ciekawe. Jedne niczym mgiełka, niczym niesitnienie. Niczym coś, co byłoby, gdyby tylko ktoś o tym zamarzył, ale kto by zamarzył właśnie o czymś tak niesamowitym? Ten drobiusieńki, niczym tchnienie, myśl, marzenie, on wchłania się przez pory skór i zostaje. Tworzy w ludziach możliwość spełnienia, jeśli tylko mają odwagę. W swojej bieli wprost, niczym owcze runo, niczym tłuste mleko, po prostu jest…

Są i piaski ciemniejsze. Cuda poswstałe ze zmieszanych kryształków i połamanych, roztartych na pył muszli. Słone. Dziwnie szeleszczące, jakby miały coś do powiedzenia, ale głupio tak pchać się wszystkim do uszu i jak wleźć do uszu, gdy one najczęściej, no zwykle przytykają się od stóp strony? Trudno jest. Nikt nie obliże palucha, nie obtytła go w piachu i do ucha sobie nie wsadzi. Do nosa to i owszem, serio serio serio nawet całkiem często, ale jkoś do ucha im już nie po drodze… a on ma tyle do powiedzenia! Szkoda no… więc pogada do siebie sam, ale żeby nie było, żadna tam schizofrenia!

Piaski na Wyspie mają nie tylko różny rozmiar kryształków, i uwierzcie mi wcale się go nie wstydzą i bikini na sobie noszą bez skrupułów i fałdek wciągania pod żeberka, ale i różne kolory. Różnie się układają, różne hałdy tworzą i z rozmiaitymi dodatkami są spotykane. Te bardziej szare lubują się w gładszych kamyczkach, te jaśniejsze w owych dziwnie, zaskakujaco płaskich, sporadycznych i rzadkich, gładziutkich i dziwnie foremnych, ot gotowych by mozaiki z nich układać. By tworzyć z nich domy, a każdy niepowtarzalny… Tutaj wszelkie morskie trawy, glony i rosty, lubiją układać na nich, na owej gładkicej, wilgotnej, albo zamiatanej wiatrem powierzchni, cudowne obrazy. Owe nie do końca martwe natury, na pewno do końca wciąż poddawane zmianom. Wciśnięte w giętkie ramy, ale jednak nie uzależnione od podłoża i pływów. Po prostu kapryśne i zmienne. Po prostu wolne…

I są piaski przy granitowych odłamkach. Zaskoczone, wciąż trwające w dziwnej niepewności, a może i nawet strachu? Bojące się tego, że znikną? A może tylko zostaną przemieszczone? Zmiażdżone pod wielkimi skalnymi odłamkami, które każdą prośbę przetrawiały w sobie przez wieki. Nie żeby nie słuchały, bo kamienie mają to do siebie, że nie tylko są cieprliwe, ale przede wszystkim cudownie współczujące i wrażliwe… ale mimo iż utrzymają każdą z tajemnic w sobie na zawsze, to jednak oczekiwanie od nich odpowiedzi, może nie tylko przyprószyć was siwizną, ale przede wszystkim w popiołki obrócić i ogólnie wymazać z codzienności.

Łatwo być cieprliwym, gdy ma się na to czas, czyż nie? Piasek ma to do siebie, że chociaż składa się z miniaturowych wszechświatów skalnych, chociaż ma tajemnice i wiele do powiedzenia, to jednak cieprliwy nie jest… tu się przylepi, tam odpadnie, a potem szukaj go we włosach, jak za mocno się wgryzie… by spłynął.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zmora Utajniona… została wyłączona

Pan Tealight i Pićku Pićku…

„Pada w końcu.

Lekko nadmiernie podsuszona, spierzchnięta, a nawet może i suchotnicza, lakoniczna i kąśliwa ostatnio, ale wciąż, bez obaw ni boja się, kulista w swej niepokorze Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, wypełzła w zdecydowaną deszczowość. Oj padało równo już od kilku godzin, więc wiedziała, że może, że to czas, albo też pora najlepsza, by w końcu sprawdzić wilgotność i realność wygrywanej na szybach melodii? Dookoła słychać było nie tyle pluskanie, nie tyle taplanie, nie tyle krople zderzajace się z suchością, albo już lekko następującą wilgotnością, deszczowością i siąkliwością, moczoną cierpliwie roszonością, ociekającą soczystością, gdy zwyczajnie kropla o kroplę, kropla o kamień, kropla o drzewo… nie, tego nie było słychać.

Raczej grzdukanie, przełykanie, parskanie, plucie i siorbanie, chlapanie i bryzganie, chlustanie i zlewanie!!!

Wyspa piła. Piła całkiem niechlujnie, rozlewając, ulewając i puszczając nosem bańki, nawet w uszach jej bulgotało. Włosy miała całe zlepione ową świeżutką słodyczą, miękka krystaliczność robiła za całkiem baśniowy łupież. Otwarte usta łykały ile się dało, nie baczyły na czerpanie… po prostu piła. Wciągała wszystko w siebie. W obsuszone członki i szeleszczące wnętrzności, w owe dziwnie rozwichrowane myśli i zaskakująco łamliwe wspomnienia. W apatyczne i drętwe uszy wtłacza dźwięki, w dziwnie martwe i nieświeże oczy owe szklistości, w to wszystko, co w niej biło i tętniło, w burkliwe i nadwiędłe środkowości niewyglądające na zewnątrz… inność wtapiała.

Nie dbała o to jak teraz wygląda, jak brzmi i jaki cień rzuca…

To co było przekwitłe i przyschłe, od nowa miało nadzieję na odrodzenie. Znowu zaczynało wierzyć, ze będzie miękkością, blaskiem i życiem. Tym zapamiętanym. Surowość zwiotczała znowu marzyła o róży. O owym kolczastym krzaku, czerwonym i krwistym, aksamitnym i pięknym, z którego spadła… płatkami, rozsypała się i zaczęła znikać, zwijać się marnieć, wietrzeć i pękać. A teraz, z tymi kroplami, z ową mijającą dusznością dookoła, na wilgotnej trawie znowu była różą… przez chwilę.

Bo gdy Wyspa się napiła, beknęła, odbiła co miała do odbicia i wypuściła powietrze otworami, o których nie wypada mówić przy damie, a chmury przeszły, płatki wyschły i powróciły do ziemi…

… ale nie ważne to, bo ziemia to życie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Sen Kleopatry” – … się zawiodłam. Nie wiem właściwie czego oczekiwałam, na pewno czegoś więcej. Owej wyobraźni spętanej chronologią i sposobem myślenia Egiptu, no tego co zawsze dostawałam od Jacq! Jakoś tak dziwnie sucho tutaj! Bez człowieka, bez owej duszy… Kemet.

Nie, no pewno, że wiem na co się rzucałam, na znajomą historię, bo przecież o Kleopatrze powiedziano już tyle, a Jacq słynie z cudownego trzymania się faktów… ale jednak oczekiwałam owego więcej. Dyskretnej baśniowości, mitów, magii. A tych jak na lekarstwo. Spotkanie z Apisem, kilka ptaków, trochę małp… ot zwyczajne torowanie sobie drogi do korony… za mało.

Ale… stawiam Jacq poprzeczkę nader wysoką, więc może to tylko ja. Jakoś mnie znudziło, jakoś wtapianie się w to, co znane, kolejny raz mnie nie poniosło. Jakoś tak nazbyt sucho było, jakoś dziwnie nieludzko… Niby jest Kleopatra pełna swojej dziwnej, jakby nietypowej egipskości, pierwsza od tak dawna posługująca się i językami i inteligencją, pierwsza, któej się chce i ci, co są przeciwko niej. Brat i Arsinoe. Przebiegła i tłusty smarkacz. I oczywiście jest Cezar… bo ta historia opowiada o niej i o nim. Jeżeli więc nie macie dość opowieści z Egiptu, szaleństwa i walki o tron, o dobro państwa, o miłość do tego świata, przeczytajcie… poznajcie trochę inną Kleopatrę, niż mówią…

… Kleopatrę Egipską. Dziwaczkę dla tych, którzy władali… niesamowitą legendę dla tych, co żyją dzisiaj…

Podróżowanie.

Wiadomo, na Wyspę trzeba się jakoś dostać… a wpław nie da się przenieść wszelkich potrzebnych rzeczy (głównie tych niepotrzebnych, ale powiedzcie to komuś przed podróżą!!!), no i wiecie, na morzu pogoda zmienną jest, mokrą i wietrzną zwykle, i ogólnie mówiąc kłopotliwą… więc lepiej w coś wsadzić zadek i plecak, trzy torby, zestaw karimat, pięc walizek, parasolki, nadmuchiwanego wieloryba i gigantyczny namiot z przenośną toaletą. I jeszcze teściową… Po prostu lepiej się w coś wsadzić. Na przykład w samolot, ale wiecie, nie każdy dobrze lata, nie każdy ma skrzydełka i nie każdy jakoś tak umiejętnie się w metalową trumienkę wtłacza, a balon czy sterowiec to rzadkość! Albo lotnia, tudzież szybowiec? A może przytroczyć się do latawca, przy okazji beirzecie kluczyk i już udowodnione znane światu doświadczenie… więc wybierają łodzie. Promy rzadkie, ale da się coś złapać, balii nie polecamy, podobnie pontonu, ale znajomy z niezłą barką mozebyc przydatny. Lub taki katamaran, chociaż strasznie buja i ma dostęp do wyskokowych napojów, przez co potem Wyspa się bardziej kręci… i może stanąć w dziwnym miejscu o dziwnej porze i przy większej fali niczego nie dźwignie… więc może jednak wpław? Albo na drzwiach? Jak w filmie, mało romantycznie?

Prom ma to do siebie, że mniej buja, a i pojemny jest. Wsadzicie w niego nawet swoje autko i przyczepkę, więc raj dla duszy, ciała i kieszeni, gdy zajrzycie do sklepików na metalowym bohaterze. A potem… już na Wyspie wiadomo, ma się nogi, chociaż kto by tam nogi, tosz to tak bardzo niemodne gdy się nie biega, lub szpilek nie nosi, więc lepiej rower. Do niego przyczepka, do przyczepki kolejna, a za nia pies na lince. Albo hulajnoga, albo segwey. Aczkolwiek durnie się wygląda. A może jednak coś innego? Może wrotki? Deska? Albo po prostu turlać się z prawej na lewo? No jakoś do plaży trzeba dotrzeć. A może jednak autobusem? W końcu komunikacja działa i chociaż nie są to już pociągi, rozebrane, ale wciąż troszeczkę we wspomnieniach dyszące w eterze, jakoś tak romantycznie się mi za nimi ckni… to jednak autobusy jeżdżą. Jak już dechu brak, płacisz dwie dychy i jedziesz gdzie chcesz, chyba że się pomylisz, to wracasz, a potem znowu czekasz na kolejnego w rozkładzie. A nóż widelec trafi ci się akurat ten pomalowany przez artystycznego marzyciela? W dziwne kształty, koty miauczące i mlaszczące, w owe oczy, mazy i zrazy w polewce…

Cierpliwe i nadzwyczaj wyrozumiałe od wieków skamieliny i nieco wcześniejsze ludzkie pozostałości, łącznie z owymi mniej reprezentacyjnymi… tylko patrzą. Niesamowicie nie baczą na to jak je się gniecie, jak się na nich układa, jak bardzo się śmieci i jak całkowicie się ich nie zauważa. Były tu przed i będą po, choćby w innej, bardziej zmielonej formie, choćby w żyłach i kościach i mięśniach dinozaurów, co się odrodzą, ale w zaskakującej mikro postaci… milusie takie, wiecie można z nich kolczyki mieć i wisiorki i w ogóle, wpleść we włosy, może i gryzą, ale jakie cudne!!! Bo skamieliny nigdzie się nie ruszają, a szczególnie te wielkie u podstaw świata…

Przeszłość ma to do siebie, że nie podróżuje. No chyba, że w myślach dwunożnych, ale poza tym to nie. Przeszłość ma to do siebie, że jej nie zwisa i nie powiewa. Po prostu jest i umacnia się z każdą milisekundą. Rośnie w swojej cudownej opasności i po prostu… przeszłość ma to do siebie, że jest. Nie da się od niej umknąć, można tylko udawać, że was nie obchodzi, ale uciec się nie da. Można nadać jej imiona teraźniejszości, ale ogólnie mówiąc durny to jest pomysł. Bo jak się wie czym się jest i się to uznało, się to akceptuje, to seryjnie to wnerwia… a głupio tak wnerwiać przeszłość. Jeszcze pójdzie po rozum do głowy, przejrzy swoje członki i dojdzie do wniosku, że pewne sprawy może w sobie amputować… i nie, nie będzie twoim problemem nicość, ale to, że odrodzisz się z pełną teraz siebie świadomością w innym ciele…

… takim, którym pogardzałeś…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pićku Pićku… została wyłączona

Pan Tealight i Osobowyspa…

„Nie, nie, nie… nie znaczy to, że ciągła inwigilacja, że nawet jak gacie spuszczone, klucz rzucony w morze, jak nie przystoi i nie wypada, to ona wciąż patrzy… chociaż? Po prostu jesteś sobą, a potem nie jesteś sobą, a potem nagle znowu jesteś, ale nie do końca wiesz, czy tym co było, czy tym, co tylko pamiętasz, czy nie do końca? Krwawisz. Coś z ciebie odłazi, jakby wielkie, krwiste kawały, a jednak pewien wciąż jesteś, że nie spisywałeś się na dobrowolny skup żywca, więc dlaczego…

Nie chodzi o to, że Ona jakoś tak pilnuje, od razu zmienia ofiarę. Że nadmiernie przekształca, że tak naprawdę nie ufa temu, co przyjmuje? Że… w rzeczywistości od początku na myśli ma tylko rekonstrukcję wybranego przez siebie dwunoga na swoje dokładne i idealne, tylko podobieństwo? A może jednak nie? A może świat ma się całkiem inaczej? A może więcej…

Wyspa jest osobą. Boginią, twórczynią, a może nie ma baczenia na końcówki żeńskie, męskie i nijakie? Po prostu sobą jest. Wszystkomocą!!! Wszystko może, ot zdolności ma takie, pradawne, kaprysy by innoczyć świat swój… a reszty nie tykać, bo wiecie śmeirdzi może, a może i nie? I bajer w tym, że poza tym, że może i się jej chce, to czasem zwyczajnie wie i wtedy też siebie jakoś znosi, gdy jej się nie chce i nawet kamieniem ni chmurką nie kiwnie, by cokolwiek zrobić! Bo to jest moc największa, tajemnica znanych i nienznanych Wszechświatów małoległych, oto i jest taka w niej siła… by wiedzieć kiedy śpiewać i gdy się trzeba zamknąć!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Władcy czasu” – … o miłości. O podróżach w czasie i ich granicach, o prawach, które zawsze łamiemy, bo zdarza się nam miłość i o konsekwencjach, bo przecież cokolwiek zrobimy, jakkolwiek skrzydła motyla uderzą, one są… Ale przede wszystkim o miłości. O dwójce tych, którzy pokochali się nawzajem i o przeszkodach… No wiecie, romantyczność i tak dalej.

Na pewno coś dla młodych rozbuchanych emocjami dusz. Oj wiecie, takie typowe: zrobię wszystko dla miłości i na dodatek odkryję tajemnice przeszłości w mej rodzinie. I oczywiście, że okaże się, iż świat nie jest taki, jakim sie zdawał, ale nigdy nie mówił, że taki będzie?

Opowieść romantyczna, liryczna, z lekką nutką pewnej magiczności, z ową możliwością, którą możemy przerzucić i na naszą codzienność… po prostu pomagająca marzyć. Mała nowelka w istocie, nie powieść, skromna, niezbyt bogata, spokojna względnie, chociaż krąży w niej możliwość śmeirci nagłej… a jednak…

Właściwie to dla bardziej naiwnych… tych, co wciąż boją się zbić, kruchych z porcelany i szkiełka cienkiego, co to wciąż jakoś tak zadufani są w sobie. Oj dla dziewczątek karmiących się wzlotami i upadkami, dla których koniec świata to dzień, gdy on o mnie zapomni… naiwności słodka. Ech!!!

Wiecie co znaczy związek po polsku w Danii? A to znaczy na łapę kocią. Bez ślubu, bez papierka, a w ogóle ino na włosie powieszon… Podobno wzięło się to z czasów dawnych, ale Polakom na pewno wyda się śmieszne. W końcu Polska to kraj, gdzie najlepiej ślub brać, a religia wciąż stoi, chwieje się może czasem, ale stoi… więc dlaczego akurat ślub po polsku? A podobno historia się ma jak zwykle w historii. Gdy jeszcze tak zwyczajnie Polka za Duńczyka wyjść nie mogła, ale jakoś się tutaj znalazła, to po prostu tak żyli i już. Tylko, czy gdy się chce, a prawo okoniem staje, to jest to seryjna kocia łapa? Bo jakoś mi się nie wydaje, że jest, ale co ja tam wiem? Kamienie liżę, liście podglądam, jak się o siebie ocierają nie bacząc na problemy swiata okolicznego… więc co ja tam wiem. Ja mam swój papierek, obrączki mam, ogólnie mówiąc dinozaur ze mnie.

W lipcu szczególnie rodzinność na Wyspie wzrasta. Z powodów wakacyjnych się znaczy, oraz… bo w Danii wakacje są krótsze, więc jak chcesz wypocząc z trzódką domową, to masz ino lipiec. Więc pakujesz dzieci, żonę też, bo ktoś musi ciągnąć wózek trzeciego, adoptowanego dziecka z Chin i wynajmujesz sobie domek na Wyspie. Albo poprostu przyjeżdżasz z hukiem do włąsnego sommerhusa. Oczywiście zadbałeś o to, by ktoś ci kosił trawkę i zajął się aprowizacją, bo przecież sam zająć się musisz wakacjonowaniem, a to serio trudna sprawa. Nie dość, że sam musisz zażyć sportów wszelakich, to jeszcze jest i żona i dzieci!!!

I tak spojawiają się lekko otumanieni panowie i ich zziajane damy… niekoniecznie od serca, a otacza ich liczba dzieci najczęściej gdzieś w okolicach trójki… Nie żeby było aż tak trudno, w końcu wszelkich cudów dla latorośli świat pełen, ale wiecie sami jak to jest. Wkacjonowanie się, to ciężka praca. Tutaj zdjęcia, coby się familii pochwalic, tam znowu w internet coś wrzucić, wyglądać trzeba, formę trzymac trzeba, a jeszcze potem na pewno teściowie się zwalą na weekend… ech!!!

Na Wyspie ślub i papierek nie są najważniejsze, co nie znaczy, że panie w wieku słusznym nie pytlują. Bo pytlują, ale ciszej i raczej nie wytykając palcami. One wiedzą, że dzieci potrzebują czegoś więcej niż tylko mamusi, co chciała się rozmnożyć. Wiedzą, że dziecko potrzebuje i matki i ojca i owej wioski przysłowiowej, chociaż tutaj to raczej trudne… tutaj to dzieci chowają się same. Przy telewizji i w szkole, w której dostęp mają do wszystkiego, nie oszukujmy się! Może i dlatego dzieci się zdarzają. A jak już są, to jakoś tam żyją… a potem jest kolejne i kolejne, do kupy tak, do rachunku równego, albo bo zdarzenia lubią się powtarzać, czy coś, a potem często jest ślub. Po latach, ktoś by powiedział: a na co im to? No właśnie? Na co? A no na starość moi drodzy. Bo się okazuje, że dorastając, w okolicach kryzysu średniego wieku nagle wszyscy chcą być rodziną, wszyscy chcą mieć kogoś na gwałtu i na rety, na zawsze!!!

Bo przecież każdy kogoś chce mieć. Przy sobie, coby cieplej i taniej było, a może i milej czasami, albo coby do kogoś japę otworzyć, pokrzyczeć, pomarudzić, zwalić winę za podniesioną deskę w kibelku, tudzież zwalic sprzątanie w przyszłym tygodniu i pójść sobie na zakupy… Ale nie martwcie się, dzieci nie będą was nawiedzać na starość. Tutaj się tego nei uprawia. Jak dorastasz idziesz precz i tyle, chociaż ostatnio coś się zmienia. Coś ostatnio skrzeczy i kwiczy, jakoś już dorostki nie wstydzą się z rodzicami na golasa biegać na imprezkach plenerowych, razem jechać na koncert i razem jarać marihuanę. Co się dzieje z tym światem? Wyobrażacie sobie na zawsze być z rodzicami? Nawet ci fajni w końcu mają nas dość… chyba?

Nie ważne. Jak to w życiu bywa lipiec przechodzi, a to znaczy, że rodziny z dziećmi też, a zamiast nich pojawią się staruszki z Niemiec. Też ciekawa sprawa…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Osobowyspa… została wyłączona

Pan Tealight i Wakacyjni kochankowie…

„Jest takie drzewo gdzieś na Wyspie. W miejscu znanym niewielu, a właściwie to nikomu prawie. Tylko Jej i Zbieraczom Pociesznych Owoców. Tym, którzy żyli tylko raz, poprzez potrzebną światu chwilę, by nie zdradzić, by nikomu nie ujawnić tajemnicy… a one? Cóż? Większość z nich nie wiedziała. Dziwnie łatwowierne, podniecone ciepłymi, rozleniwiającymi promieniami słońca… dziwnie spragnione, tęskniące, udręczone… Dlatego pozwalały na wszystko.

Dlatego było aż tak łatwo!!!

Owoce z tego drzewa dojrzewają z końcem czerwca, chociaż w tym roku akurat ów „koniec” nastał odrobinkę wcześniej. Sucha aura, dziwnie wrząca i paląca, pobudziła soki do kumulowania mocy wcześniej, mocniej, jakby z większą desperacją, jakby gotowały się na coś nowe i nieznane, coś wymagające większych nakładów pracy, owoców słodszych i ponętniejszych niż zwykle… Oto i nadchodziła samotność, ból, opuszczenie i brak zrozumienia. Oto nadchodzili ci, którzy dawno już zostali po prostu oddaleni od codzienności. Oto nadejść miały w końcu one…

… Potulne Panny Niechciane.

– Dobra, dobra, dobra, wszystko rozumiem. Bierze taka jedna z drugą orzeszek, rozłupuje, a zniego wyskakuje cudowny młodzian, wiecie taki do kolorou do wyboru i ma już ona uciechę na wakacje. Ma kogoś do trzymania i wąchania, kogoś do rozpusty i wszelakich spacerów romantycznych. Kogoś, kto uplecie wianek, ale i będzie wiedział jak go zerwać bezboleśnie. Jak rozrzucić płatki, jak stępić kolce… jak wybrać małe, czarne robaczki z bielejącego bzu i wycisnąć soki z tego, co wysuszone. Ma więc tego kogoś przez turnus, tydzień, a może dwa tygodnie. Może i nawet miesiąc, ale co potem? Wspomnienia? Karmienie się nimi do końca życia? Czyż to nie wymyślna tortura? Zwykłe, cholerne okrucieństwo?

Właśnie dlatego wyrosło drzewo Wakacyjnych Kochanków. Bo im wystarczały marzenia i tylko ta chwila. Panny Niechciane nie miały wymagań w stylu forever. Po prostu przybywały i otrzymywały swój owoc. Skorupkę tłukły, lub sama pękała, drewniana i mocna, kokosowa, albo jabłczana w spiralkę obierana. A spod owej okładzinki wychodził on. Marzenie spełnione. Wystarczające „nazawsze”. Chwile i momenty, pocałunki i spojrzenia, pąki i pęki, stokrotki wsuwane za dekolt i dmuchnięcia w ucho, malinki i te… wszelakie melinki.

Jednak nie martwcie się. Drzewko rodzi dla każdej z was. Niezależnie od nominacji światowej, od marzenia i zapatrzenia… każda z was otrzymać może kochanka… na jakiego zasługuje!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Coś do stracenia” – … takie tam. No wiecie śmieszne, pocieszne, naiwne, miejscami wkurzające, mało zrozumiałe, dziwaczne. Właściwe tylko jednej fazie życia, a może… dopiero uderzy nas, że możliwe i później? Oj nie wiem. Nie moja bajka… chociaż, nie jednak nie moja.

Ona ma 22 lata i jest dziewicą. Nie sposób zroumieć jaki to dla niej ból! Przecież z tym żyć nie można… oj dobra, mój sarkazm!!! W sprawie dziewictwa mam chyba dziwne poglądy i tyle. No po prostu moim zdaniem się od niego nie umiera, ani się nie bzyka z kim popadnie ino coby zaliczyć… ale. Inne czasy, co nie? Cóż, mam prawo mieć je gdzieś, więc mam!!! A powieść? Ona chce stracić dziewictwo, ale wiecie, nie z kimkolwiek… znajduje jego. Ale się nie udaje, potem są następstwa, przewidywalne, a potem… seks.

Znaczy seks ino raz, więc nie ma obawy. Więcej w tym miłości, Szekspira, a wiecie jak na świadomych działają zakochani, to tak mniej więcej działa na mnie ta powieść. Ot czytadełko. Pośmiać się można ze znanych sytuacji, gołych babeczek w krzakach, szkoły, przyjaźni, zwrotów akcji… Nic poza tym, ale wiecie, czasem wystarczy właśnie nic, by powrócić do czasów swojej pierwszej miłości… więc może będzie to jednak powieść dla kogoś z was?

Na Wyspie jest kilka lodziarni. Znaczy lody jako takie wiadomo, kupić można w wielu miejscach z kolorowych chłodziarek, ale ja mam na myśli lodziarnie. Takie, gdzie każą gałkę ktoś ukręcił. Gdzie wchodzisz i pachnie nie tylko wanilią, ale i świeżo wypieczonym wafelkiem! Gdzie po prostu chce się posiedzieć, albo wystać swoje nie marudząc, bo nie ma dlaczego… po co i na co. Każdy dostanie swoją porcję. Z polewką albo posypką, z jakimś lukierem, likierem, czy czym tam. Pianką w kolorach tęczy, albo zabawnie uformowanym zawijaskiem z soczku. W kolejce spokój, ale są szmery. Ten myśli nad kombinacją czekoladowych z sorbetem cytrynowym, a tamten znowu tylko waniliowe i śmeitankowe. Ten z owocami granatu, a może i kiwi, tamten tylko banana split, do tego sorbet z kwiatów czarnego bzu. Toffi, czy może jednak znajoma cierpkość agrestu? A może jednak zwyczajowe jabłuszko, jeżyny, maliny czy truskawki? A może słynne figi? Listek do tego i można robić za rajowego tubylca!!!

Pójść w znajome, cyz nieznajome, ale w pudełeczku, czy moze raczej w wafelku… no i na ile kulek się skusić? Czy zaszaleć, czy po prostu kilka razy podchodzić?

W kolejce rozmyślania. Przy kasie rozliczania. A w lodóweczkach stoją sobie dumne, butne i klocowate krasnale. Każdy z nich wydęty i naburmuszony, odziany w kożuszek, kufajkę, do tego kaloszki z futerkiem i szalik w barwną siateczkę. Z frędzlami. Stoją krasnale i magii pilnują. Chłodnej takiej magii. Coby nie uciekła gdzieś wygrzewać sobie grzbietu, lodowata jej mość. Coby siedziała na miejscu i mroziła smaki, bo przecież łby chłodzić trzeba. Gdy nazbyt słonka przygrzeje codzienności wakacyjnej, szaleństwo gotowe. Gik Amok w natarciu!!! Coby złagodzić obyczaje… na słodko.

Deszcz lekko nawilgotnił Wyspę. Wszystko trochę pokiereszowane mocnym masażem kropelkowym, stara się jednak wyglądać aż nazbyt dumnie w promieniach nadal niepewnego słońca. Szybsze żniwa są już nie tylko zapowiedzią, ale właściwie się toczą… Co rusz dziwny odgłos łomoci pola. A pod moim oknem krzaki róż płaczą płatkami, co się dały oszukać kroplom, poderwał je ten deszcz, zbałamucił i takie mamy efekty. Zamiast trawnika cudowny patchwork z kolorów. Kremowe, łososiowe, żółte herbaciane i wszelkie odcienie czerwieni! Są i pomarańczowe i kremowe ciężkie dziwnie, a wszystkie zadziwione. Dopiero chwilę temu, no jeszcze wczoraj były kwiatami, a dziś są już pod krzakiem. Zmieniają się powoli w ziemię. Powoli stają się przyszłością nowych kwiatów. A może jednak tylko zwyczajnie się odradzają?

Popadało, ale nie pogrzmiało. Lekko się ochłodziło, ale tylko tak, że łatwiej daje się oddychać. I łatwiej wytrwać w kolejkach po lody. Nie skusić sie na fabryczne cudo na patyczku, czy w plastikowym pudełku, ale po prostu wyczekać w sznureczku, jeden za drugim, wymyślając kolejne kombinacje, na owe pilnowane przez krasnale, chłodne, ręcznie motane, smakujące zawsze wiatrem, plażą i marzeniami… niesamowicie słodkie cudowności. Albo cierpkie. Albo gorzkie, czy też soczyście owocowe… albo czekoladowe, chociaż to przecież też roślina. No po prostu…

… czas na loda? (wcale nie dwuznacznie!!!)

„Potrzebuję kawałka łąki,
by nim odgonić biegające pająki.
By nim omamić te wszelkie robale,
co mojej packi nie boją się wcale.
By się samej zagłębić w tej kwietnej słodyczy,
co miodowej miłości każdemu życzy.
A potem poleżeć, chmury policzyć,
zwyczajnie zlenić, bo na urlop nie ma co liczyć.”

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wakacyjni kochankowie… została wyłączona

Pan Tealight i Mistrzowska Zawiesina…

„Po prostu sedno sprawy.

Skrupulatnie oddzielona od plew i brudów cudowność. Esensja. Dno wszelkiego dna, środek wszelkiej mocy, szczyt szczytów, napar wszelkiego naparu, nasycenie roztworu. Lekkie odwirowanie, wyciśnięcie, ponętna gęstość, wstrząśnięta, w sobie specyficznie zmieszana. Podawana bez parasolki. Stan skupienia nie do opisania. Stan nośności, niezależny od wszystkiego. Tajemnica. Rozpuszczalna, ale… Pojawiała się raz do roku, zawsze zwiastowana, nigdy nie do końca pewna. Zawsze zapowiedziana, mały karteluszek z datą, godzina stukana Morsem w parapet kuchennego okna, list na liściu dziarany, wiadomość ułożona z chmur, stos lawendy sycący wieści w powietrze, mięta spętana z szałwią, która zawsze spełnia życzenia, ot pajęczynowe nieszczególności, piórkiem pisane, ołówkiem dziobane…

Mówili, że pojawiła się przy pierwszym oddechu Pani Wyspy. W czasach, gdy jeszcze nikt nie potrafił opisać Wszechświata. Ot tak zwyczajnie, bo każdy przecież musi mieć jakieś serce. Inaczej, to jak żyć i jak umierać? Ale w zwyczaju było, że serce należy ukryć. Najlepiej gdzieś, gdzie nikt go, no wiecie. Więc w jakiejś szkatule, w której jest inna, w niej pudełeczko, potem woreczek, a w nim jajko, w jaju puzderko, w nim łuska, a w łusce leży zamknięta muszla, którą otwiera tylko śpiew… Ogólnie mówiąc serio każdą z przeszkód trudno przejść. Woreczek może was udusić, szkatuła odciąć co ważniejsze członki, takie, które nie odrastają… NEVER!!! Oczywiście szkatułę należy też umieścić w jakiejś grocie na dnie dnów. Gdzie żyje potwór, który ma strażników, a w potworze jest lufcik zarośnięty, co się nie otwiera, i w nim wciśnięta szkatuła podróżuje po powtworze w cyklu półrocznym… od jednego końca do drugiego i przygody ma. Bo dlaczego ma ich nie mieć. Może i ma program ochrony świadków maksymalny, ale… zabawić się musi.

Więc oto jest i ono ukryte, serce. Serce Wyspy. Mistrzowska Zawiesina. Raz w roku zwaną Gienką.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Drużyna. Niewolnicy z Socorro” – … ech autorzy. Widzą, że coś się ludziom podoba, to kręcą więcej takich opowieści i jednym dają radość, a innym frustracje, czy co tam. Nie inaczej ma się z panem Flanaganem. „Zwiadowcy” podbili wiele serc. Młodzieżówka, ale bardziej przygodowa, niż wyłącznie nastoletnia w wyrazie. Prosta opowieść o dorastaniu, a z drugiej strony pełna tak niesamowitych postaci, że zadowoli każdego czytelnika. Jakoś każdemu łatwo się w niej odnaleźć… i to niezależnie od nastu czy dziestu lat!!! Czy pomysł się wypalił, czy nadszedł czas na zmiany nie wiem, ale oto rozpoczyna się panowanie Drużyny.

Czwarty tom…

… połączony ze Zwiadowcami. Bo dlaczego nie? Te same elementy, inne postacie, znajomi bohaterowie i ci, do których jeszcze nazbyt się nie przyzwyczailiśmy… Ponownie młodzi stają się dorosłymi, pokonują przeszkody w intrygujących okolicznościach zewnętrzności, cierpią, przegrywają i wygrywają. Uczą się… ot życie pełne niesamowitych rad, naprawdę niezłych, zabaw, uśmiechów i żartów, ale i owych bolesnych prawd, bo w końcu róża ma te swoje ciernie też…

Ci co kochają Zwiadowców przeczytają i Drużynę, ale czy ponownie autor wdepnie w tasiemca tomowego? Hmmm… zobaczymy? Jedno macie zapewnione… utarte ścieżki i nowe zabawy, ale cała reszta znajoma nadzwyczajnie, bo w końcu dorastanie, to zwyczajna powtarzalność. Ale przede wszystkim to opowieść o przyjaźni, niepewności jutra i naiwnej nadzie właściwej młodości…

Na Wyspie mało kto się schyla. Tak jakoś to mi się w oczy rzuciło, zadrapało, zajrzało głęboko w duszę, więc splunęłam i charchem przetarłam powieki… znaczy nie martwą podniosłam powiekę, żadnych mi Wieszczy tutaj dzisiaj! Po prostu się ludzie nie schylają. Zgubią coś, nie podnoszą… nie rozumiem tego. Nawet jak robią zdjęcia, to z daleka, jakby się bali, że coś ich użre, połknie, a może ino nadgryzie i zaleje ich kwasem… a może nadgryzie, zasmakuje i wtedy połknie… na każdej fotce szczerzy się para przytroczona do rowera. Jakby owe rowery były władcami, ot powtórka z historii i konkfisty. Ot konioludzie byli, więc mogą być i ludziery! Czemu nie? Dziś napotkałam takie dziwne stadko… dwoje dorosłych i najstarszy malec na rowerach, a do dorosłych doczepione wózeczki z pozostałą trzodą, a do nich różowe rowerki, jakby zmęczone, spocone, szczerze nie pragnące doświadczyć drogi i nacisku cielesnych…

Czasem się zastanawiam, czy nocą, gdy ludzie śpią, a rowery w końcu mogą robić to, co im się żywnie, łańcuchowo podoba… to ktoś tego wszystkiego pilnuje? A może przemieniają się w wolne, swobodne kapitalistycznie, dziwne jednorożce z pokrętnymi myślami i świńskimi ciągotami ku wyłącznie krwistej diecie z małą ilością błonnika oraz warzyw. Ot na śniadanie kaszanka, potem polewka czarna, a na koniec kilka porcji steków i deserek ze świeżutkiego tatara z ceulką?

O poranku zwykle wszystko jest jak było przecież… a pomieszane pedały można zwalić na wiatr, czy tam leśne stworzenia nocne, jak strzygi, topielice, wiedźmy niskopienne, trolle i skrzaty… zawsze jest na kogo zwalić…

Gdy w końcu po dniach spiekoty i wielkiej mej miłości, która wciąż się poszerza w kierunku klimatyzacji… chłodniej się zrobiło. Gdyby tak zamknąć oczy i pozwolić nogom iść, to mogłabym się nie zatrzymywać. Kierować się nosem, gdy wiatr wieje od morza i wszystko pachnie tylko solą, świeżością, morskością i falami. Ową dziwną mocą, siłą, której nie można się oprzeć. Tęsknotą za czymś tkwiącym głęboko w moich kościach i mięśniach, gdzieś tam pod skórą, gdzie nic nie dociera… gdzie jest tylko to, co darowane, ale zapomniane. Jak prezent od niezaproszonej na chrzest wiedźmy, która jednak zdecydowała się wysłać coś Fedexem, ale wiecie karteczka zniknęła, wszyscy o nim zapomnieli bo kokardka była taka mała, bo pudełeczko tylko zawinięte w serwetkę, bo takie niepozorne…

Jest we mnie coś, co tak mocno za ową dzikością, dziwnie we współczesnym świecie nasączoną ostracyzmami, tęskni. Jakoś tak łka wciąż roamantycznie… a jak nie dac mi porcji tygodniowej głuszy i pól, lasów i morza, to po prostu pluję jadem. Ale jak już się wypuszczę, to lepiej nie włazić mi w drogę… też pluję. Pokrętnie to wszystko jest takie dostępne, a jednocześnie dziwnie dalekie i nietykalne. Jak te święte krowy w Indiach, czy co tam… dziwność, której ktoś nadał jakieś tam znaczenie. Już bardziej rozumiem elfie kamienie w Islandii. Jakoś są dla mnie jaśniejsze, normalniejsze, dziwnie bardziej swojskie i sercu miłe! Religijność? Może tak naprawdę każde z nas jest tworem własnej religii, własnego demiurga, boga, jezuska i świętych… może sklecając siebie, tworząc od początku od nowa, poznając to co jest i wtykając pomiędzy to nowe klocki, jesteśmy… sobą? Bo czymże innym możemy być…

Ale jeżeli nie umiemy się schylić, to czy potrafimy uklęknąć… przed sobą?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mistrzowska Zawiesina… została wyłączona

Pan Tealight i Szpital im. Niezepsutych…

„W różowej skale skropionej rubinowymi łzami, ktoś na początku istnienia świata, nie wiedząc nawet, że ta część będzie Wyspą… wykuł szpital. Ot zwykłą jaskinię z kilkoma wygodami. Z szemrzącym, lodowatym strumieniem i cytrynowym mchem, z kochającymi mrok fiołkami o zniewalającym zapachu i makami, które nigdy nie zmieniały się w kwiaty – z ich muzyką, jakby delikatność budziła do tańca ziarenka piasku, niemrawe czasem, a czasem niczym naćpane, tak skoczne. Z oczkami wodnymi, które zasnuwały Szepczące Lilie i Jaśminowe Topielice, oraz skrzypowymi łączkami, miękkimi, pachnącymi zwodniczo i uwodzicielsko, pełnymi pasem światła przedzierających się tutaj przez Dzikie Kryształy rosnące w ścianach.

Ogólnie mówiąc wypas i degrengolada. Do jedzenia grzybki i mchy świetliste, fluorescencyjne powoje i dziwne kwiatki o jabłkowym aromacie. Maleńkie drzewka gruszkowe, ukochane w ciemności, rodzące niewielkie, ale przeraźliwie słodkie i winne zarazem grudki. Może i nieforemne, ale jak smakowały! No i były jeszcze te liany, do wszystkiego! Na gacie i koszulki, na maty i do wypchania siennika. Ot wszystko było w środku, wyłazić nie trzeba. A wiadomo w szpitalu to raczej nie chodzi o wypuszczanie, wiecie sami!!!

Lepiej trzymać zarazy w środku…

… i co do zarazy i co do choroby… I co do imienia, to sprawa była pokrętna. Podobno przybyli kiedyś Piękni Niezepsuci na Wyspę. I gdy tylko zauważyli szpital, od razu wiedzieli, że to ich miejsce. Utęsknieni inności, spragnieni brzydoty… ot zwyczajnie rąbnięci, albo co, ale świetnie nadawali się na imienników owej skalistej instytucji, czyż nie?!! Więc już zostali. Zresztą podobno poszukiwali tutaj skaz. Wszelkich iedogodności fizyczności. Bo jakoś co do wnętrza, to nie uznawali brzydoty, po prostu jej nie widzieli, ale zewnętrze… oni byli po prostu matematycznie idealni. Refleksyjnie harmonijni, tak dziwnie pasujący, a jednocześnie wybijający się z otoczenia. Przesadnie przystający w połowach swych cielesności, no zwyczajnie… nudni. Wiecie… same Washingtony za młodu. Albo i gorzej. Symetryczni. Możnaby ich w odbić i tłoczyć kolejnych zawsze takich samych wyłącznie od połowy…

Przyzwyczaili się do owej „niedogodności zewnętrzności”, ale jednak szukali skaz. Brzydoty. Owych nadgryzień, wysypek, wyprysków i piegów. Zapaleń, podrażnień albo chociaż strupków. Chcieli za nią oddać ułomki idealności… a ludzie ich zapragnęli. Ale jak to ludzie mają w zwyczaju, gdy ktoś im daje palec, po prostu użarli rękę, potem przeżuli kadłubki, nie wypluli nawet kości, ot zessali szpik, poddali obróbce szkielety i wypili w jakimś pokrętnym smoothie. Nie pozostało po nich nic… a nie, pozostały włosy i to je, a dokładniej umotane z nich laleczki pochowano w ogródku skalnym u szczytu komina szpitala. W tym miejscu, gdzie słońca było najwięcej, gdzie deszcz padał normalnie z góry na dół, a powietrze tańczyło tylko walca…

… legenda mówi, że powrócą po swoje ostateczności, że odbiorą je tym, którzy je przetrwaili, ale nikt już o tym nie pamięta, więc nawet jeżeli, to czyż jest jedna apokalipsa gorsza od innej…???”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Przysięga królowej” – … księżniczki z przeszłości. Zaprzeczenie słów, iż kobieta to puch marny i stokrotność delikatności. Kobiety, matki, żony, córki i wnuczki… tak naprawdę nikt nie zna prawdy, wszystko to, co mamy to ocena historii, a ta bywa okrutna!

… więc jak było z tobą Izabello?

Uwielbiam powieści biograficzne, w których autor nie tylko wkłada masę czasu w doszukanie się wszystkich faktów, nie tylko sam szpera i dotya kamieni, po których stąpali jego bohaterowie, ale przede wszystkim potrafi powiązać z nimi własną wyobraźnie. I przybliżyć nam idealnie tych, o których pisze. I tak jest z C. W. Gortnerem. To już kolejna z jego powieści, a ja wciąż jestem zauroczona. Może nie zastąpił mojej ulubienicy P. Gregory, ale jednak poruszył we mnie jakąś tęskniącą strunę… a już dedykacja dla J. Merkle Riley po prostu tylko we wszystkim mnie upewniła. Lubię go! Za… pełne oddanie męskości i kobiecości, za fakty, za pewną drobiazgowość, a jednocześnie jakąś osobliwą męskość wypowiedzi… nie jest tak drobiazgowy jak autorka „Kochanic króla”, ale jednak daje radę. Ma w sobie jakąś tajemniczą równowagę… coś, co nie odrzuca, nie nudzi, nawet jeśli to tylko owa zaprzeszła zwyczajność…

I jakby patrzy na świat inaczej.

Są w jego przywołaniach przeszłości, obrazach zapomnianych, jakieś elementy, które umykają innym autorom. Jakby ten pisarz był w stanie zobaczyć coś więcej, a może w tym zwyczajnym ujrzeć prawdę inaczej? Na pewno sięgnę po kolejną powieść! A wy, jeżeli kochacie historię, albo tylko chcecie zatopić się w obrazach z przeszłości, sięgnijcie po jego powieści. Po jego wizje tych, którzy mieli wpływ na losy świata, taki trochę większy… a może tylko zapamiętany/opisany?

Szemrzy wszystko na polach. W palących prmieniach słońca jakoś tak się złoci to wszystko, jakoś tak gra kłosami, gdy tylko wiatr się wybudzi i znowu zawieje… tęsknię za porządnym wianiem i padaniem strasznie! Wsio suche, w rzekach ino błotko, a już podlewania grządek mam serio dość! Jakoś tak spore, zielone kasztany spadają mi na plecy, sprawiając wrażenie zdesperowanych, lekko przyciężkich pająk, które wyssać chcą z tego na kogo opadną całą wilgoć. Oj, czyżby nie miało być brązowych kulek? No jak tak dalej pójdzie, to sianokosy przewidujemy już teraz! Pod moim oknem, przy wiatraku już pole skoszone, dumne cycki i klocki prężą się, połyskują swoimi równymi mniej lub bardziej krawędziami. Jakby to była ich zasługa kim są, a nie maszynki do ugniatania… ani kłosów, co same wyrosły, ani pola, ani Wyspy… Trywialnie aroganckie w swojej młodości dni kilku od stworzenia, pysznią się na ściernisku nieświadome tego, że poza tym miejscem, poza polem i niebem, tym skrawkiem, który widzą, jest jeszcze jakiś inny świat… ech, wiadomo, młodość dzielna i chmurna!

Co do cycków na polu, to trzeba im przyznać, że cudownie wplatają się w ową toczącą się dyskusję w sprawie seksualności. Dumne cycki, z odpowiednimi zakończeniami wycelowanymi w nieistniejące chmury po prostu są. Ot bo tak je uformowano, stworzyciel je takimi ulepił, więc są… i trzymają się w całości do kupy! Dwa wielkie cycki, niczym protest song, niczym jakaś rzeźba, której znaczneia nikt nie odgadł jeszcze, po prostu czekają. A może tylko chcą o czymś nam przypomnieć. Nie krzyczą przecież, nie obwiesiły się transparentami, nie wykupiły reklamy w necie… może mają nadzieję, że po drodze pedałujący dotrą do rozumu i sami się domyślą?

Ojjj… daremne nadzieje i próżny to jest trud, bezsilne to są wielkie, ale ciche dziwnie, niemrawe takie, wasze złorzeczenia… przeżytych kształtów tylko wiatr, zmusi do nieistnienia. Parafrazując oczywiście!

Na tych jeszcze nie skoszonych polach pysznią się tłuste kłosy. Gdzieś mają politykę odchudzania świata. One chcą pulchnych bułeczek i rżących chelbków, ciasteczek tłuściutkich i maślanych występków. I naleśników z serem i dżemem i może nawet placków ziemniaczanych? A może jednak pójść w torta? Co prawda dostaną tylko kilka kolistych placków do wykoanania, ale siedzenie pomiędzy lekko kwaskowatą masą i a ferią wszelakiej słodkości polewy, doprawdy może być dla wielu marzeniem. I czekolada? Dać się zatopić w niej, nawet w ziarenku, w końcu ludzie obecnie skorzy tacy ku ziarenkowej diecie, może tak trafimy do swego Królestwa Kłosowego? A może w kremy? Albo napitki bąblujące? Och tyle do wyboru, a pole tylko jedno, a kłos ino jeden i chociaż w nim nasionek zairenek tak wiele, to wciąż każdy tylko jeden… inny, samotny, zdesperowany, by po prostu zaistnieć gdzieś tam…

Jeszcze lekko zielonkawe, niskie dziwnie, jakby nie miały w sobie owego pragnienia wzniesienia się ku gwiazdom, szemrzą sobie nieskoszeni… nieskoszone, nieskoszono, dać zjeść się wronom…

A na ścierniskach mewy siedzą. Żadna się nie rusza. Siedzą niczym owe dziwne, porozrzucane bez ładu i składu rzeźby. Jakby artysta najpierw miał pomysł, ukochał go i wykonał w pocie i zmęczeniu, w kilku kurwach, splątanych przekleństwach materiału niedogodności, pomalował, wypalił, zeszklił, ucałował, ale potem, gdy już miał się światu pochwalić się coś w nim zmieniło i zwyczajnie pozbył się dzieł. Mewy… czekają. Nieruchome, ale czy groźne? Może po prostu wdychają zapach przyszłości? Może zwyczajnie w coś się zapatrzyły… w owego myszołowa, co jak szalony nas nimi kołuje, jakby miał smaka na jedną, ale stracił ją z oczu, dziwnie, magią, czy przypadkiem, i teraz nie wie, którą sbie upodobał?

A myszki na to? Niemożliwe!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szpital im. Niezepsutych… została wyłączona

Pan Tealight i Historia Chowańca…

„Historia Chowańca… jest długa, pokręcona, pełna tego, co Wiedźma Wrona Pożarta wiedziała od samego początku, a on do dzisiaj tak naprawdę nie wierzy w to, co się wydarzyło, że się wydarzyło i w ogóle!!! I chyba trzeba by zacząć od jakiegoś początku, ale pogrzebały go naleciałości i śmieci narzucone przez lata wzajemnych oddziaływań na siebie, oraz niedopowiedzenia… i rzeczy, które nie mogą zabrzmieć.

Ogólnie mówiąc, chodziło o księcia, a właściwie coś pomiędzy wojownikiem, w stylu Winnetou i Old Shurehanda, z domieszką Maradony – nie pytajcie dlaczego – i dziwnych innych, dla wielu nieidentyfikowalnych osobników. Tak sobie wymarzyła swojego chowańca, gdy jeszcze nie miała pojęcia o własnej magii… a właściwie miała, ale jej czysta intuicyjność, owo samodzianie się i seria niewyjaśnionych przypadków, nie mieściła się w jej wyuczonych definicjach. A może po prostu nie potrzebowałą wtedy określenia słownego na to czym była? Któż to może z nią wiedzieć… bynajmniej o NIM marzyła. Często potajemnie, sennie, dziwnie potliwie, dziwnie wielowarstwowo. Gdzieś pomiędzy Wikingami i władcami europejskich królestw zatrzymała się, okrzepła i doszła do pewnych wniosków… ale czas jak zwykle miał swoje zdanie!

W końcu nadszedł czas względnej, wyględnej samodzielności… i on się pojawił. Znaczy ponownie wszystko zaczęło się dziać jakby nie po myśli, a po wewnętrznym muskaniu we wstydliwych okolicach. Trzeba przyznać, iż o tym księgi do dziś wspominają całkiem skromnie i mało natarczywie. Bynajmniej Wiedźma Wrona zajęła się sobą, dziwnymi praktykami nekromanckimi, spaniem na prochach wykopanych i kościach przywołanych. Zabawiała się z siłami tych, którzy odeszli i całkowicie dała się opętać przeszłości… i była to serio nie jej wina, a tego, co w niej siedziało… Należy wspomnieć w tym miejscu, że wyrostka pozbyła się lat kilka temu, więc w tej ćwiartce podbrzusza nie działo się nic… mniej więcej niepokojącego! Nie były to też gazy! Wprost przeciwnie, jak już to niedożywienie. Nie oszukujmy się, ale marzenia w jej przypadku ZAWSZE eliminują uciechy żołądka! Więc… zwyczajnie i całkiem wstydliwie, skrywając wszystko to, co się z nią działo i oszczędzając na wszystkim po prostu o nim chyba nie myślała. A może myślała o nim jedna z nich… w końcu od zawsze było ich 3 w 1, co oznacza raczej cztery? Ech! Nie oszukujmy się, nekromancja nie wymaga wielkich równań…

A potem zdarzyło się coś!!! I to coś sprowadziło Chowańca na ziemię. I to na tą właściwą, w odpowiedni czas…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wierni wrogowie” – … od czasu wiedźmy chyba? Polubiłam ją po prostu… jakoś tak. I opisywaną krainę. Te postacie zawsze zadziorne, barwne, niepodporządkowujące się regułom. Każda z nich ma swoją historię i każda z tych historii stworzyła kogoś fascynującego… no i baby! Bo w końcu autorka jest kobietą, to wie, jak to z kobietami trudno być może… lub bywa! Zwyczajnie Ruda mnie sobie podporządkowała! I to z zaskakującą łatwością… a ten język!!!

A jednak po powieść związaną z tą bohaterką tylko światem, sięgałam z ową reklamową niepewnością… ot z lekkim łopotem serca, pewno tachykardia, czy coś? Arytmia jakaś, kto tam wie? Ale jednak się odważyłam. Chciałam chyba tego samego. Owej lekkiej opowieści, przygód nie do końca dla dzieci, z językiem swobodnym i cudownie niegrzecznym… i wiecie  co? Dostałam to!!! Dostałam bohaterów dziwnych, tajemniczych do końca, niejednoznacznych, po których można się wszystkiego spodziewać, ot wrogów, którzy na chwilę uzdrowili się nawzajem i postanowili poczekać na lepszy czas coby rozwiązać swoje zastarzałe, zadawnione winy, potknięcia i ogólne niechęci. I ją… przede wszystkim ją!!! Wilkołaczycę. Niesamowitą, dojrzałą, cyniczną i pokrętną. Pełną sekretów i zaskakujących umiejętności.

Jak łatwo się domyślić, z naszych bohaterów ufromuje się dziwna drużyna, której zima w oczy… oraz magia oczywiście! Bo świat ma problemy. A wiecie jak to mówią, że gdzie mag nie może, tam babę poślą… no to posłano!!! Ale kto przeżyje? I czy nie będzie z tego wojny? Albo czegoś gorszego? Wesela?

Fascynująca sceneria, cudowne postacie, bohaterowie doprawdy niespotykani… z nimi to po prostu niczego nie można być pewnym. Przygoty i oczywiście wszeakie rasy. Wiecie jak to jest… krasnoludy i elfy, trolle i wampiry, co tam jeszcze? Driady? Nimfy i kelpie? No i dziwni mieszkańcy małych wiosek…

Wciąga, fascynuje i karmi sny!!! Cudowna!

Gorąco…

… się smaży. Wyspa się smaży znaczy. Smaży się z prawa i z lewa, z góry i z dołu… wszystko ogólnie mówiąc zajęte jest dyszeniem, chuchaniem, dmuchaniem i sapaniem, topnieniem, rozmywaniem się, pluciem, smarczeniem, grzebaniem w uchu, do którego wleciała kropla potu i szalenie męczy… Nawet Miraż. Unosi się ledwo, ledwo, ledwo nad nad ścieżką rowerową, jakby spijał w desperacji przeraźliwie obrzydliwej wszelaką wilgoć po pedałujących, biegajacych i spacerujących. Trudno się mu jednak dziwić, czyż nie? W końcu serio gorąco!!! Radzi sobie koleś jak możne. W końcu to jego czas. Tworzy niskie obrazki, które można zobaczyć wyłącznie czołgając się, więc kto to tam je ogląda poza tymi, co wywiną orła, jaskółkę, albo oposa.

Gorąco…

Jako pierwsi smażą się już o świcie, bo w końcu wszelakie gorąco nie ma nawet przerwy na spanie, ci, co im pieski siusiu w sobie noszą. Znaczy no wiecie, trzeba przegonić gadzinkę. A jak już się założyło portki i buty, to lepiej i odwalić spacerek, czyż nie? W końcu podobno w południe będzie goręcej, czyż nie? Za nimi, od początku dysząc i mlaskając potliwymi połami skóry, bieżą biegacze. Klapią dość niemrawie, krok ich dziwnie chwiejny, niepewny, bez radości, bez ożywienia… ot biegną, ale jakby ino nogi się ruszały, jakby ich nie było w tych ciałach, surogaci… bo w końcu ich uzależnienie wzywa. Nie da sie inaczej. W powietrzu i Mirażowych obrazkach migają wypasione buciki, skarpetki w jasnych kolorach, porciaszki przylegające, oraz koszulki… co do tych ostatnich, to jak najbardziej jadowity kolor, tym lepiej!!!

Dyszy Wyspa.

Gdy już biegacze opuszczą ścieżki, wkraczają na nie rowerzyści.

No tym to chyba nikt nie powiedział, że w południe to słonko wali na dekiel. Plują zapamiętale dookoła, nie szukają cienia, skraplają się. Ich nadmierny ślinotok, powoli wycieńczający tkanki wyparowywuje w powietrzu… pocą się, jęczą, chrapliwy oddech przerywa ptasią ciszę. Nadmiernie używają dzwonka… biedny przechodzeń, całkowicie przypadkowy, z chęcią by im przywalił, ale nie ma siły. Słońce wypala wszelaką wolę ruchliwości. W każdym. Nawet w owym mały wróbelku, który postanowił sobie, nie wiem dlaczego bo przecież gorąco, wyłożyć sobie gniazdko futerkiem ubitej gadziny. Nie wiem czy to lis, czy kot, niewiele zostało, a przecież nie będę się babrać w owym dzikim DNA? Zresztą wróbelek zdaje się być serio zainteresowany pobraniem całej futrzanej zawartości padliny, coś ma w oczach takiego, że uciekam…

Serio, w tym upale wszystkie stworzenia, owe duże i małe, średnie, lekko wychudłe i te przytyte, stają się lekko nerwowe. Znaczy tam podenerwowane… wkurniczone ogólnie mówiąc bardziej niż zwyczajnie. Gdy rtęć nie rozsadza tutki na drewnianej podziałce. A rozszerzalność wszystkiego nie sprawia, że moje pierścionki wgryzają się w skórę na palcach. Bezczelność!!! Prawda… ciecz puchnie pod wpływem temperatury. Widać to gołym i okularnionym okiem!!! Zaparowanym, zasolonym,

Dziwne to wszystko, że człowiek się doprawia, gdy się poci. Taki posolony zdać by się mógł komuś, ludożercy, bardziej smaczny… ino ten zapach!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Historia Chowańca… została wyłączona

Pan Tealight i Latawica z Księżyca…

„Noc była zwyczajna.

No księżycowa znaczy się, trochę z chmurkami w niezbyt filuternych kształtach… nie żeby pełnia, nie przesadzajmy, zero nastroju wilkołaczo-mrocznego. Zero owej podobno wielkiej magii… jakby magia serio zwracała uwagę na takie rzeczy jak niebieskie ciała. Ech maluczcy wy! Wszystko się da wam wmówić. A najlepiej się Magia czuje gdy światła nie ma, bo jest kobietą i dobrze wie jak wychodzi na zdjęciach!!!

… więc było zwyczajnie. Nie żeby normalnie, bo tutaj trudno o jakąkolwiek powtarzalność pewną, by uznać ją za element normalności, ale jednak… większość była raczej niepowtarzalna i tyle. O czym to ja? A tak… była noc. Nadal była ta sama noc i ogólnie mówiąc nic się nie zmieniło. Nawet Księżyc wisiał na tej samej gałązce, na niższym stopniu Czereśni Strażniczki. Zwyczajnie… a jednak to właśnie tego dnia, a nie tej nocy… chociaż czy można być pewnym, a może to wszystko upozorowała? Może w rzeczywistości najpierw sprawdziła okolicę, a noc wybrała specjalnie? Hmmm, chyba nadto tych teorii spiskowych, ale takie czasy…

Zaczęło się wszystko od rumoru, stukotu i małego wybuchu… Nagle Białe Domostwo się zatrzęsło, nagle coś załomotało każdą dachówką, jakby uparcie starało się usprawnić swoje umiejętności w tańcu, a raczej łomotaniu w chodakach, podkutych i na dodatek jeszcze rozklekotanych i uzbrojonych w rozmaite, fałszujące dzwoneczki. Potem coś zaklekotało, rozległ się odgłos przetaczania tuszy wieprzowej, lekko już znoszonej po wielu krętych schodkach i w nowopowstałym otworze w kuchennym suficie, przebijając się przez pięterko… pojawiła się ruda, potargana, zdobna w jakiś wirujący wszystkim w nosach pyłek, na pewno jakieś GMO i halucynogeny, głowa.

Przez ułamek sekundy, ową magiczną chwilę zdolną się rozciągnąć w czasie i przestrzeni, chwilę, która mogła i trwać przez wieki, jak i zawinąć kota ogonem i tyle ją wszyscy widzieli… Wiecie, no tak wyłącznie według swojego, egoistycznie pokrętnego, całkowicie babskiego… widzimisię. Bynajmniej przez ową dziwnomierzalność każdy zobaczył coś/kogoś innego. Wiedźmy Z Pieca wredną uzurpatorkę, o której śniły w najgorszych koszmarach, Smok Z Komina nadpsute jajo podrzucone mu kiedyś w czasach szkolnych do teczki, Pan Tealight pradawną moc zaklętą w kamiennym otoczaku, której nikt nigdy i ogólnie wcale nie powinien był… dotykać, zobaczyć, doznać jej mocy… A Ojeblik – mała, ucięta główka, widziała tylko swoją grzywkę.

A potem w otwrtych drzwiach i przeciągu stanęła Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki i wrzasnęła przeraźliwie… i głowa zrobiła PYK…

…i już jej nie było.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Morderstwo Wron” – … ją kocham. Jakoś tak zwyczajnie, po babsku za babskość i za męskość. Za tą specyficzną filozofię uporządkowania różnic płciowości, za nie mieszanie, za cudowne wątki, za bohaterów i za tworzone światy… za owo wszystko możliwe!!! Za to, że każdy tutaj ma i duszę i ciało i serce, i po równi uznaje ważność wszystkich swoich części, a przecież mówimy o specyficznych bohaterach. Może i czasem wyglądają jak ludzie, ale…

Oto drugi tom serii INNI. Pięknej, tak po prostu, gdzie słowa: „bo cię zjem”, wcale nie są erotyczną, nadgorliwą odpowiedzią. Oto są zwierzęta, które potrafią udawać ludzi i ludzie, którym wydaje się, jak zwykle, że są władcami świata. Tego świata. Owej fantazji, mitów, ziemi podobnej do tego, po czym stąpamy, a jednak całkiem czegoś odmiennego. Gdzie ważne jest co i jak robisz i jak się do kogo odnosisz. Ale oczywiście nie jest to utopia, chociaż może w pewnym sensie mogłaby nią być?

Bohaterowie, których spotkaliśmy w pierwszym tomie mają problemy. Ale nie tylko je obserwujemy. Owa codzienność tej powieści otwiera się przed nami coraz bardziej. Coraz mocniej wydaje się nam, że przecież tak bardzo to wszystko mogłoby być możliwe… coraz bardziej wstyd nam za bycie ludźmi. Coraz łatwiej odnajdujemy swoje miejsce tam, w świecie stworzonym przez Anne. I nie chcemy zamykać książki. Nie chcemy wracać do znanej sobie codzienności.

Bohaterowie powoli się rozwijają, ich kontakty, problemy, wszystko miarowo rozwiera swoje płatki, ale wciąż jeszcze są tajemnice, wciąż jeszcze tyle niewiadomych, tyle wronich piór. Tyle głupoty ludzi… Naprawdę, jeżeli jeszcze nie spotkaliście książek Anne Bishop na swojej drodze, to nie wiem na co czekasz. Tym razem to nie durne young adult, wprost przeciwnie… tu ceni się dorosłość i dojrzałość.

Oglądam sobie ludzi. Są tacy rozmaici. Bo widzicie, gdy Wyspa zostaje tylko z tubylcami, to jakoś wszyscy są tacy… równi. Po prostu szaleni. Zakochani, jakoś tam omotani, chociaż część stara się o tym nie mówić, opętani Wyspą. Gdy rozpoczyna się sezon, szczególnie teraz w lipcu, gdy są wakacje, przybywają do nas rozmaici ludzie. W większości ogląda się ich słabo ubranych i to nie na plaży. Czego nei rozumiem, bo serio, ale na rowerku łatwo się spalić, gdy tak się jeździ, a wiaterek podwiewa… więc oni tak jeżdżą różni w swoich różnościach, albo biegają z nisko opuszczonymi gaciami i tak sobie myślę, że stoi to wszystko na głowie. Bez urazy, mnie uczono, że jak się lezie do miasta, to się zakłada koszulkę, ale wiecie, jam stara…

… spotkałam więc biegacza. Biegacza lekko spalonego, widać, że chyba dawno nie biegał, bo był raczej taki ruchliwy w wielu wymiarach, majtki miał na pół dupki, podciągnięte, jakoś tak skołtunione, zrolowane… i sorry, ale biust miał spory… i się on mu tak majtał i majtał i majtał. I serio, ale spróbujcie się nie gapić! Po prostu to przyciąga. Jakbym atawistycznie wspominała jakąś pradawność swojego własnego istnienia, gdy sorry, ale nie karmiono mnie cyckiem. Pewno dlatego taka jestem, wiecie ten brak matczynej miłości, niewykształcone uczucia macierzyńskie, pierdu pierdu pierdu!!! No i tak się gapiłam, na szczęście z cienia, wiecie skrycie, na ten biust. Bo gość dziwnie powoli biegł, jakoś tak skacząco, jakby chciał serio ów nadmiar wszelkiej nadmiarowości sobie przewietrzyć… w mieście przewietrzyć. Przewietrzyć i opalić? I te jego gacie zrulowane, ciągle pomniejszajace przestrzeń okrywaną…

… różni ludzie…

Gorąco się zrobiło.

A jednak kamieniste plaże, te które kocham najbardziej, bo ciekawe są, nie cieszą się popularnością. Oj taki masażyk z rzuconego przez fale głazu doprawdy potrafi nastawić człowieka optymistycznie, wam powiem… optymistycznie do pozostania w domu i sprawdzenia, czy łóżko nie czuje się samotnie. Ale jednak ta cała zieloność, owe złocenia na polach, te owoce jakże w tym roku pośpiesznie dążące do urodzajnej perfekcji… asz się zaczynam czuć winna projektów, na które jeszcze nie nadszedł czas, niedokończonych zaczętych, jakoś tak wiecie… na potem. W przyrodzie jakoś nie spowalniają. Prą do przodu, jakby coś wiedzieli. A może i wiedzą? Może ktoś powiedział zielonym, dziwnie włochatym teraz jabłuszkom, że we wrześniu to już będzie zima, więc czerienić się trzeba teraz, bo potem nic ni ma!? Maki tańczą w powiewach leniwego wiatru plącząc się z owłosionymi kłosami… zabawne są takie, ale i erotyczne. Makówki podzwaniają, bo się im grzechotać nie chce, zresztą wiecie, tutaj każdy może być każdym. Zmieniać się i zmieniać i zmieniać i dążyć do czegoś innego…

Ale jednak wszystko w końcu wraca jakoś do owej bezpiecznej pradawności. Często nawet dziwnie skrycie, z zawstydzoną miną, jakby nie było pewne, czy sąsiedzi nie zaczną się zaraz śmiać, czy nie zadzwonią do innych, a potem w sklepie całkiem obca osoba zapyta się, czy to ty jesteś tym gościem, co stał się dinozaurem? Bo ludzie uwielbiają zajmować się cudzym życiem, zbyt przerażeni wzięciem w karby własnego. Bo przecież jak tak będziesz naprawiał innych, to powiedzą, żeś taki dobry, ot kolejny jezusek, ot pomocna dłoń i nikt nie zrozumie biednej makówki, która nigdy nie widziała mamusi i tatusia zajętych naprawianiem chlebowatości kłosów.

Przybywają na Wyspę różni ludzie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Latawica z Księżyca… została wyłączona