Pan Tealight i Trzy Wszystko Siostry…

„Mawiają, że była kiedyś kobieta…

… znaczy wiecie, na pewno była jakaś i to jakaś niejedna, wiadomo, się ludzie z niczego nie biorą. Chociaż… Podobno można lepić ich z gliny, gludzi takich, a może z błotka można też, chociaż nie próbowałam, takich błodzi; albo z trawy ich pleść, niczym koszyczki takie miękkie, z polnych pasm i wiatrów po fasoli, gdyby można ciasno spleść, byliby tylko wrażliwi na ogień… wiatrudzie. Wiem że Wiedźma Wrona Pożarta krocząc poprzez swoje życie często przystawała, dlatego pewno tak niedaleko zaszła, ale gdy przystawała to obiecywała obie, by zapamiętać chwilę… w jednej z takich chwil usłyszała właśnie tę specyficzną opowieść. Historię kobiety, którą zapamiętano nie dlatego, że coś odkryła czy wynalazła, nie dlatego, że smok ją pożarł, albo została opętana przez dziwacznego demona. Nawet nie dlatego, iż miała jakiś dar, chociaż właściwie kto to wiedzieć może? Może i miała, ale go nie ujawniła? Bynajmniej owa kobieta jest tym, bez kogo nie byłoby tej historii… okej jedną z nich… Znaczy w tej opowieści, dla nich ona jest Nią… Matką. Która nie przetrwała.

Podobno jako pierwsza narodziła się Dotykalna, po niej Brzmiąca, aż w końcu ostatnia, Widzialna. Mawiają niektórzy, że była jeszcze czwarta siostra, niesamowita, idealna, co prawda mniejsza, kruszynka, którą nazwali Prawdziwa, ale niestety nazbyt szybko o niej zapomnieli przytłoczeni śmiercią matki, załamani, zmęczeni odpowiedzialnością. Dlatego malała w kącie, tuż przy piecu, niekochana, malała, kruszała, znikała aż zmieniła się w ziarenko maku… i zasiała się.

Siostry były zaskakujące. Z jednej strony podbne do siebie jak wody krople, a z drugiej inne… Dotykalna miała skórę niczym atłas, niczym jedwab, gładką, idealną, ciepłą, ale i letnią… niczym trawy, świeżą, miękką niczym pióro, niczym puch delikatną. Która zdawała się nie tylko pragnąć dotyku, ale też odpowiadać na niego specyficznymi, jedynymi takimi, iskierkami. Za to Brzmiąca… jej głos był wszystkim. Nie tylko prawdą, nie tylko najcudowniejszym brzmieniem, ale też pieszczotą. Udowadniał, że jesteś kim chcesz być, pięknem i dobrem, cudem najprawdziwszym. Potrafiła wszystko powiedzieć tak, że kochałeś to… Widzialna… była pięknem. Obrazem, w który chciało się wpatrywać, i znajdować tam samego siebie. Chciało się ją postawić i nie mieć już niczego innego przed oczyma. Ale nie dotykać jej i nie słuchać. Bo dotyk i głos psuły widok. I tak było ze wszystkimi siostrami. Widzialna była tylko od patrzenia, Brzmiąca tylko do słuchania, a Dotykalna od macanek.

Prawdziwa była nimi wszystkimi, ale kto by utrzymał cud w swoich rękach, w sercu, w ścianach swojego życia?

Nikt…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Nauczycielka z Villette” – … z przeszłości. Kobiety, mężczyźni. I jedni i drudzy noszą w sobie tajemnice, które zostają ujawnione dopiero, gdy ich nie ma. Straszne, przerażające… wstydliwe. Koszmary z przeszłości, które tak naprawdę stworzyły codzienność. Sprawy, o których tak wielu chciało zapomnieć i tak wielu wykreowało z nich własne demony…

Oto jest jedna z nich. Sprawa wypadku/morderstwa na przemiłej osobie. Nauczycielce, która dla tak wielu była wzorem. Któż mógłby chcieć ją zabić? Nie miała przecież wrogów. Miała tylko przyjaciół…

Szwedzki kryminał toczący się w Belgii. Z intrygującą, ale i dziwnie bezbarwną Martine Poirot. Z jej mężem i współpracownikami, którzy ponownie jak w: „Dziewczętach z Villette” są bardziej intrygujący. Znowu sprawa, w której bardziej ważniejsza jest przeszłość, niż dzień dzisiejszy. Oto nadszedł czas, gdy zbrodnie przeszłości w końcu otrzymują swój głos… koszmarne, wstrząsające, a jednak jakże podobne do dzisiejszych. Oto karta z historii Belgii, wielu nieznana. Ale i fikcja, która opowiada o prawdzie… o ludobójstwach w Rwandzie, o żołnierzach.

Nadal nie wiem co sądzić o autorce. Z jednej strony powieść jest jak najbardziej szablonowa, pisana jak inne, dziwnie bezduszna, z drugiej jest inna, jakby bardziej kobieca, i to nie tylko poprzez zbrodnię. Z jednej strony to ponownie to samo, a z drugiej coś mnie w niej tknęło… nie wiem. Czy sięgnę po następną powieść? Nie… zbyt wiele ryb tego rodzaju w stawie pływa i książka się nazywa!

Lato jak nie wiem co. Chyba już nawet się nie ukrywa. Golasy pedałują dookoła mnie… czuję się dziwnie nazbyt ubrana tylko przez to, że cycki mam pod bluzą. Ale w końcu ja nie jestem turystą, ja tutaj tylko mieszkam. Chodzę tymi uliczkami, które wy teraz uznajecie za swoje i patrzę. Też na was. Bo czemu nie? Dla człowieka nie używającego telewizora jesteście jedyną zmianą. Owymi gazetami zza wody, tymi opowieściami o innym świecie, bo mówią, że poza Wyspą jest inny świat. Chyba nie do końca w to wierzę, ale jak już jest i inni w niego wierzą, to niech sobie będzie. Co mi tam… Ja ciekawska nie jestem, ale jak przyjeżdżają, to się patrzę. Nawet jak nie chcę, to się nie da czasem nie widzieć. Turyści rzucają się w oczy.

Bo oni w końcu mają wolne…

Tak się zastanawiam jak to jest, mieć wolne i być na wakacjach… znaczy co się wtedy robi? Poza wstawaniem późno i łażeniem? Poza… nie no chyba całą resztę rzeczy i tak trzeba robić, kto dziś wakacjuje się be internetów i telefonów? Bez telewizji chyba też nie mogą, co nie? Więc od czego tak naprawdę turyścizna odpoczywa? I dlaczego ja serio nie umiem sobie odpoczywania wyobrazić nawet? Może na jakieś nauki się udać, może chociaż kazania są turystycznej sekty?

Błąkają się innomówiący osobnicy to w prawo to w lewo. Oczywiście nagle przybywa rozpędzonych rowerów, które zapominają o tym, że tzw. droga dla rowerka dzieli się na drogę kółkową i nożną. Ale nic to… w końcu to tylko przez ten czas, to przejdzie, się skończy znowu… sezony. Przeminą ludzie, wrzaski się skończą, znowu będzie cisza. Nie, wcale nie narzekam, tosz to taki koloryt jest, a i może ja sobie powrzeszczę, w końcu wszystkim wolno, co nie? Zresztą nie oszukujmy się. Turyści i tak wolą owe łatwiejsze ścieżki. Te tajemne, te ukryte, wciąż są jeszcze moje tylko, spokojne i dusznie zadufane w swojej dzikości. Ino nagle człowiek traw się boi, bo go straszą kleszczami. Piękne są dla niego trawy te, różnorodne takie, poczochrałby się w nich, potarzał, może i popląsałby… ale nie wolno.

Bo nastał i strach i omam, i zło.

No i jak mam dojść do maków i bławatków? Jak dobić się do krzaków dzikiego bzu, by sztachnąć się atromatem? By wciągnąć przy okazji z kilka czarnych robali do nosa, ot dietka się wzbogaci… Ale co z tymi trawami? Bo plenią się, rzecz oczywista. Cudne takie, architektoniczne mistrzostwa wszelakich płaszczyzn osadzonych na włosku. Buduary i gotowalnie, sypialnie i kaplice, tutaj piramida, tam znowu loggia. Balkoniki, haftowane ich obicia. Tutaj koronkowa robota trawiastego kamieniarza, tam znowu coś chyba spod igły i nitki aż. Tutaj ruiny, romantycznie obwieszone pajęcyznami, tam znowu coś nowoczensego, czyste linie i dużo szkła… w tym odbija się całe bogactwo zachodów słońca, w których odczytać można pogodę na jutro… znowu ciepło będzie, znowu raczej nie popada. No cóż, podlewanie… w końcu ja nie jestem na wakacjach.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.