Pan Tealight i Wszystko Co Niemożliwe…

„Pan Tealight, co zdarzało mu się kosmicznie rzadko, a może nawet jakby NIGDY… nie mógł dzisiaj znaleźć Wiedźmy Wrony Pożartej. Szukał jej w ogródku i za podszeptem Chatki Wiedźmy na ulicy, szukał w zakamarkach miasteczka, oraz zaułkach wszelakiej lesistości. Dopiero po dłuższej chwili pacnął się boleśnie w głowę – natrafiając na siedzącą mu na ramieniu małą, uciętą główkę – Ojeblika, i udał się na Słimu. Powinien był zacząć od tego miejsca, ale coś go powstrzymywało. Może atawistyczne podszepty, które tak naprawdę nie chciały jej znaleźć?

Żeby nie było, tam też jej nie było, ale ze wzgóza uczynionego przez roztropnie niezbyt skłaniające się ku wilgoci pożółkłe porostami skały, wypatrzył ją. I było w tym coś dziwnego. Dziwnego i niepokojącego zarazem. Jakby świat nagle nie tyko stanął na głowie i załopotał uszami, ale też zatańczył kankana robiąc szpagat na migdałkach. Rozrośniętych aż nadto!!! I jeszcze w różowiutkiej tutu, baletkach przyciasnych i zestawem dzwoneczków wokół… zębów!

Wiedźma Wrona biegła.

A raczej… cóż, jakby to łagodnie i w miarę mało brutalnie ująć: wymachując elementami doczepionymi – na stałe mniej, lub bardziej – poruszała się podskakując nierytmicznie, falując nadmierną swoją osobowością i starając się nie zahaczyć o kolczyki w uszach… kobiecością górną.

Wielu z was, tych świadomych ograniczeń i niechęci Wiedźmy, na pewno już spakowało podręczny bagaż i kieruje się w kierunku bunkra, tudzież schornu. Inni pewno mają helikoptery, a nawet rakiety… ale powiadam wam: nie lękajcie się!!! Nasza uwielbiająca piesze rozładowania wkurwa osobniczka nie umyka przed czymś, z czym sobie nie poradzi, przed ostatecznością, albo sukienką i makijażem, tudzież butami na obcasach, zegarkiem z kukułką lub balonikiem. Ona po prostu zażywa sportu… Nadmiernie i boleśnie niszcząc wszelkie złudzenia zgromadzonej gawiedzi.

Pan Tealight myślał, że nic go w życiu nie zaskoczy, ale to go dogłębnie poruszyło. Usiadł i spoglądał jak Wiedźma dobiega do swojego miejsca i nie zwracając na nic i nikogo uwagi zaczyna bawić się kamieniami. Uzbierawszy poręczną wagę pobiegła w kierunku swojej, na pewno nie przygotowanej na to, Chatki. Musiał to przemyśleć, dlatego powoli pozbierał siebie i Ojeblika do znikomo znajomej kupy i wrócił do domu. Po drodze starał się nazbyt nie ekscytować, ale… coś mu podpowiadało, że czas znowu zwariował. Możliwe iż bardziej malowniczo, niż dotychczas… Pełnia, 13 piątek i Merkury, co pomylił ścieżki swej roatcji musiały wpłynąć i na Wyspę.

ALE ŻEBY ZMUSIĆ JĄ DO BIEGANIA?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Lato drugiej szansy” – … wyrosłam, a może nie. Raczej chyba nigdy nie dorosłam, jakoś nie potrafiłam odnaleźć siebie i swojego świata w powieściach dla nastolatek. I nadal nie potrafię. Te historie dzieciaków i młodych dorosłych za każdym razem nie są moje.

Oto jest opowieść, w której się nie odnalazłam, ale też… zryczałam się na końcu niczym nawrócony krokodyl. Jest w niej i rodzina, gotowa na pożegnanie i dziewczyna, która nie do końca wie, jak egzystować. Zresztą, nikt z nich nie wie tak naprawdę jak żyć. Wszyscy się boją, a przed nimi ostatnie wakacje. A przed naszą bohaterką wyzwanie/wyzwania, któremu może nie sprostać. Które dla niej może być zbyt wielkie, oraz o popełnionym błędzie, który sam do niej powróci, domagając się przeprosin… a może tylko zadośćuczynienia? Ale czy można odpowiadać za takie błędy, błędy dzieciakowych, rozproszonych uczuć?

Oto jest opowieść o pożegnaniu i szansach. O tym, jak łatwo zapomnieć i jak trudno pamiętać. O młodych ludziach, którzy nie są gotowi na codzienność i rodzicach, którzy muszą pozwolić młodym odejść i żyć. Z jednej strony codzienność, z drugiej strony świat, w którym jakoś nie wszystko jest na miejscu. Może odrobinę utopia, może i niesamoiwty bajeczny realizm, ale… chyba wielu odnajdzie tutaj cząstkę siebie. Może niektóre z was odwrócą się i spojrzą na świat z innej strony? Cofną się wspomnieniami wstecz, jakoś zwyczajnie zatopią się w zapomnianych kawałkach przeszłości?

Niby się chmurzy, niby nie. Wiatr sobie wieje, za co jestem nadmiernie aż wdzięczna, bo jakoś bez powiewów, to Wyspa nie jest sobą do końca. Zwyczajowa pogoda u nas, to żar i wiaterek chłodny, tudzież grom z jasnego nieba, deszcz z totalnego błękitu, poziome opady i mgły o własnych zamysłach przestrzennych… więc, to jest to. Dotąd przyzwyczaiła nas Wyspa do tego, że żar z rozgrzanego jej nie bucha, że zawsze jest miejsce na sweterek i bluzę, ale od zeszłego lata przeraża ukropem. Nagle człowiek zacyzna doceniać to, że jego urządzenie ogrzewcze działa też wspak. Nagle rozumie po co inni to mają i dlaczego fajna ta cywilizacja, w tym wymiarze. Że jakoś tak można oddychać, docenia, chociaż wciąż uznaje za zbrodnię zamknięcie drzwi. Bo przez zamknięte to wiater się gorzej przeciska, nie żeby w ogóle, wiecie dobry w te klocki jest.

… więc wieje. W powiewach zaklęte zdają się być wszelakie opowieści. Bo u nas wiatru się słucha, a zatoki bolą od nadmiaru słonka, nie od przewiania. Wiatr jest najlepszą plotkarką, baśnioopowiadaczem i zmyślaczem usypianek. Jak tak pędzi poprzez nieboskłony, to zbiera ze świata wszystkie wypowiedziane słowa i splata je, jak się mu podoba, tak od Sasa do Lasa, a czasem i Bora, Czecha i Rusa. Jakbyście mieli problemy z tymi pięcioma osobnikami, to byli sobie niegdyś, całkiem rozbierzni ze znanymi wam i zagubili się na mokradłach. Podobno zjadły ich Rusałki – plemię homoseksualnych żab i przez to dziś kumkają i mają długie języki, ale źródło nie do końca determinuje następstwa owej diety…

Ech… Na Wyspie właściwie nic nie dzieje się przewidywalnie, albo codziennie. Skołowane, uczące się latać ptaszki bombardują okna, świadome tego, że nie ma co się tam dobijać, ale tradycja, to tradycja, wiecie. Dziadek to robił i pradziadek i wszelkie pociotki płci odmiennej to robiły, a i inni, więc i ja. Bo wujek to nie, widzicie wujek został nornikiem. A co, wolność jest w końcu. Co jak co, ale akurat wolności na Wyspie nie brakuje. Idzie sobie człowiek i im bardziej się spowalnia, tym bardziej wolny jest. W lesie ptaszki, listki i wszelkie gałązki nagle przejmują jego ciało i już nie jeste sobą i już serio gdzieś ma tą całą wolność. Bo być na Wyspie i pozostać nudnym sobą nie jest w końcu możliwe. A nawet nie jest zalecane…

Na razie zjechali się ludzie wszelacy i radzą co tu zrobić, by uradzić, a się nie naradzić. Cóż, życie w przybliżeniu normalne też się w końcu tutaj zdarza. Jak i rozkopane ulice. Szczególnie jak się autochtonom internetów zachciewa! Ale niestety poczty pozamykali! Mojego ulubionego listonosza nie ma… tęsknię!!! Niech mi ktoś coś przyśle, bo na głodzie lsitowym jestem! Najlepiej coś fajnego, jakkolwiek w tym to serio łatwo mnie dopieścić… wiecie, takam roztropna. Może mój ulubiony listonosz, dokarmiany czekoladą i rozpieszczany kartkami, zawsze uśmiechnięty, uradowany z tych największych paczek i zaznajomiony z tym, żem o poranku raczej niekumata… że należy mnie wepchnąć za drzwi, bo inaczej po prostu do domu nie trafię… wróci???

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wszystko Co Niemożliwe… została wyłączona

Pan Tealight i Pożartej Upławy…

„Tego nie przewidzieli. A może jednak? Może coś, a może ktoś, Pokrętny Los, albo wszelako Świrnięte Przypadki Niefrasobliwie Niepowtarzalnych, a może Pijane Fatum… któreś z nich mogło przecież maczać w tym łapy, macki, ogony, chwytaki, tudzież inne, mało definiowalne końcówkie wszelako chwytne… Bo w rzeczywistości tej nie ma przypadków. W dziwnym, pokrętnym na pewno, zamyśle rzeczywistość Pani Wyspy została ich pozbawiona. Przypadki są mi zbędne – pewno pomyślała. A może jednak, może wykminiła coś takiego, co wybrzmiałe sprawiłoby, iż nikt by nie przyszedł na jej świat? Ha!!! Bójcie się!!! Szczególnie, gdy Pożartej Upławy w świat pełzająco, brocząco, płynąco się wybierają…

Oj tak, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki nie tolerowała upałów. Właściwie nie oszukujmy się, ogólnie ciepełko znosiła ino wtedy, jak ją nieźle wcześniej coś mocno wymroziło!!! Kochała wszelakiej maści miękkie kołderki i kocyki. Najchętniej przetrwałaby wszystko zawijając się w bułę nieforemną i wglapiając się w świat literek. Ale przecież tak nie dałoby się wypełnić świata… a może warto spróbować?

Tylko jak? Jak to zrobić, gdy nagle dupa w jendym miejscu siedzieć nie chce, a ciągłe przeciągania jej po rozmaitych powierzchniach, bolesne są? Co, gdy nogom też sie ckni za butami, za kilometrami, za zwykłym marszem, biegiem nawet, a potem pełzaniem, truchtem, aż w końcu czymś, co sprowadza język do funkcji trzeciej nogi? Oj tak, goniło coś Wiedźmę Wronę ostatnio w dal. W spacer, z dala od techniki, od komputerów napawających ją strachem najgorszym, od pikaczy, bipaczy telefonów. Czasem gdy tak szła zdawało się jej, że nie przestanie, że już tak będzie na zawsze, że nie zwolni, że się nie zatrzyma… ona.

Pan Tealight nie był w stanie zrozumieć owej prozdrowotnej aktywności, ale wiedział jedno, ani z modą, ani zdrowotnością nie miało to nic wspólnego. Musiało być w tym coś więcej. Dlatego raz wybrał się za nią. Po prostu, nie tłumacząc, nie ukrywając się nawet, pewien, że i tak go widzi, ale zwyczajnie olewa to co widzieć powinna i widzi tylko to, co jej jest miłe i znośne… Kurcze! Po pierwszej górce miał już dość. Spocona szarość jego ciała przylepiała się do pelerynki, a znużone truchełko uciętej główki – Ojeblika, majtało się mu w okolicach półdupków. Na szczęście ona wracała, a i jakiś przystanek na stercie kamieni widac zaplanowała… wtedy podkradł się i zobaczył to. Te rureczki wydobywające się z Wyspy, owe dziwne połyskliwe macki wdzierające się w jej jestestwo niezauważone… czy coś wtłaczały, czy zabierały?

Karmiły się, czy ją zmieniały?

Zapomniał co widział, nie pamiętał nawet jak wrócił… Upławy Pożartej miały moce, któych Wiedźma u siebie nawet nie zamierzała w marzeniach ustalić, umiejscowić, zezwolić na budowę… Ale na pewno dadzą w końcu o sobie znać, gdy nadejdzie ich czas, gdy się skończy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Mary Poppins” – … wszystkie. Znaczy wszystkie książki w jednej, oczywiście ilustrowanej, twarda oprawa do tego… coś, co przypomina mi cudownie wydaną „Królową śniegu”, albo „Klechdy domowe”. Taka dziecięca Biblia, taka na zawsze, któej nic nie zagrozi, w którą się zawsze wierzy, której nie można tak po prostu wyrzucić, zapomnieć, nie wracać do niej. Po prostu. Mary… dla wielu z nas wciąż fruwa tam za oknem, stuka parasolem i jest niesamowicie zadziorna i całkowicie niepoprawna!!! Jedyna w swoim rodzaju!!!

Oto jest książka potężna, malownicze i niesamowicie magiczne tomiszcze, które z chęcią ułoży się obok waszego łóżka by służyć uśmiechem, nadzieją, oraz opowieścią. Bo znajdują się tutaj te książeczki znane, zebrane w końcu w jeden tom, ale też i te, które nie były jeszcze tłumaczone na język polski, czyli „Mary Poppins w kuchni” oraz „Mary Poppins od A do Z”. Oto jest podróż bez biletu, niesamowicie bezpiecznie niebezpieczna, ale i towarzysko ukształtowana. Znajdziecie tutaj tych znajomych, po których wiadomo czego się spodziewać, ale też osoby i sytuacje, w których serio nie wie nikt… poza Mary, jak się zachować.

Znam kobiety małe i małe choć duże, które z chęcią wracają do Mary. Czy są czytając znowu dziećmi, czy jednak matkami i siostrami, ciotkami i babciami… nie wiem, wiem jednak jedno, Mary nie pozwala usnąć w nas dziecku nawet jeżeli przed nami leżą podatki do rozliczenia!!!

Cudowny człowiek… znaczy się można i takich poznać w Internecie!!! Żeby nie było, może i mam stosunek do technologii jasny – odpychamy się wzajemnie, ona wyzywa mnie od drzewoprzytulaczy, a ja zwyczajnie nie rozpoznaję w jakim języku do mnie gada – no więc mimo owej technologii można poznać cudownych ludzi. Takich wiecie, co juz przestaliscie wierzyć, że są na świecie…

… i nie chodzi ino o to, że przysyłają prezenty!

Raczej o to, że słuchają, czytają… jakoś tak wysilają się coby poznać człowieka. No dobra i przysyłają książki. Wymarzone tomiszcza, co to je można dostać ino w sklepie początkowo, a wiadomo w Wiedźmie gore już coby przeczytać…

Sami popatrzcie zresztą na tytuł!!! Wrony muszą czytać o sobie… A już szczególnie kolejną powieść niesamoiwtej ANNE BISHOP!!!

Dziękuję Elfico!!! LOWJU!!!

Pada… znaczy popadało troszkę. Co prawda zmieszało się padanie z parnością szaloną, ale jednak dziś nie trzeba podlewać ogródka. Hmmm… człowiek wie, że dorósł, gdy nagle susza jest dla niego zmartwieniem, a nie powodem do wyprawy nad jezioro. Ech! Z drugiej strony na Wyspie nie da się nie myśleć o przyrodzie. Wyspa nią jest… nie do końca ludzka, zawsze pokrętnie dzika. Nieprzewidywalna. Może jednak nadchodzące lato mnie nie roztopi do końca? Może się choć troszkę ulituje? A może po prostu Wyspie się znudziła deszczowość spowijająca ją w przeszłości i nagle zachciało się jej pustynności? Może się zmienia i Sahara postanowiła przenieść się do nas. W końcu tutaj tak pięknie, piaskom się też należy widok niesamoiwty i inny… A może nie? Może w rzeczywistości w okolice sprowadził się Smok, a raczej Smoczyca. Na dodatek okaz to ogniowy, a nie wodny, więc klimat się dostosował?

Cokolwiek się nie zmieniło, kolejne dni mają być znowu gorące, wrzące i palące. Czyli nie ma co, trzeba się pocić. A jak pocić, to i oczywista nawadniać! A na Wyspie pije się w ramach nawodnienia kawę w wielkich ilościach, wodę prosto z kranu się dudli – bo taka najlepsza – no i oczywista wszelakie bąbelki. W końcu jeżeli się mamy odwadniać, więc z pustego sami wiecie, Salomon już wiedział jak to rozwiązać. Pijcie więc co się da!!! Pijcie w wielkich ilościach. Wyspa bogata jest w rzeki. Ich brzegi najczęściej stare jak świat. Układane na nich warstwami malowniczymi łupki i inne cuda opowiadają historie z tak dalekich czasów, że aż tudno uwierzyć, iż wtedy już istniał świat… ale słuchacie. Słuchacie kąpiąc się i pijąc. Mieszając paluchami w kamieniach i zabawiając się w trawach, wdychając powietrze błądzące między gałęziami i oczywiście pozostając kompletnie ślepymi i nieświadomymi… i tak słuchacie.

Czyż to nie przerażające?

Gdy włóczę się rzecznymi wywijasami atakuje mnie geologia. I to ta fantastyczna, niesamowita, jakbym w końcu oglądała obrazki w naturze. Jakbym mogła dotknąć nie tylko to, co wykonane ręką człowieka, ale naprawdę stąpała po pi drzwi oko miejscach, które niezbyt zmieniły się od eonów. A może po prostu dzięki ludzkiej, nagminnej ostatnio ślepocie, tej samej, która zmusza każdego do szukania dziwnych autorytetów, które wytłumaczą im jak się sika… jak się oddycha, bo przecież żadne z nas raptownie się tego nie nauczyło odkrztuszając wodę… bo przecież tak naprawdę żadne z nas nie jest człowiekiem, z intuicją, z wolą przetrwania, czystą biologią popędzaącą nas wciąż dalej i dalej i dalej… Nawet już nie jestem chyba sarkastyczna. Raczej po prostu wszystko mi opadło i pozwoliłam Wyspie mnie podnieść. Bo to ma sens. Pierwotny, naturalny, niesamowicie dla mnie odpowiedni. Może i magiczny, może i leczący zarazem ciało, jak i duszę, może… Ale to odpowiedź na moje pytania.

Wyspa pokazuje, że nie trzeba być przykładem, nie trzeba uczyć, że każda myśl o tym to już jakiś egoizm, wyższość wredna i nęcąca tak wielu, którzy zapominają, iż władza wiąże się z odpowiedzialnością. Że można po prostu żyć, olewając przyszłość. Bo przyszłość sobie poradzi jak mnie już nie będzie. Radziła sobie od tak dawna, a nawet jeżeli nie, to czy mnie to będzie interesowało? Więc o co chodzi z tym życiem? Może tak naprawdę o nic? Może można je przespać, przegadać, przemalować, prześpiewać, przetańczyć… co tam się komu podoba. Może chodzi tylko o bycie. Po prostu kolejny rzezany pionek na starej świata szachownicy. Inny, niepowtarzalny, który w końcu ktoś zbije…

A może… chodzi o całkowite NIC? Podoba mi się ostatnio myśl o tym, by nie być przykładem, odkrywać i się tym nie dzielić… nęci mnie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pożartej Upławy… została wyłączona

Pan Tealight i Pastelowa Stara Panna…

„Wiedźma Wrona Pożarta nie przepadała za kotami.

Znaczy, no wiecie, zdawałoby się, że jako wiedźma powinna odczuwać do nich jakiś sentyment (przynajmniej tak wieść gminna niesie), ale będąc Ptaszydłem, znaczy po większej części wroną trudno byłoby ją posądzać aż o taką tolerancję żywieniową. No bez przesady!!! Nie było w niej nic z Jezusków… a i zmartwychwstania się po niej nikt nie spodziewał, więc warczała na koty. Znaczy one sobie nic z tego nie robiły i zwykle i tak załapały się na jakieś kudlania, ale jednak częściej warczała i pluła jadem… szczególnie na takiego Osrańca, co postanowił sobie zrobić z jej świata kuwetę.

Chyba wolała raczej psowate… Chyba?

No mniejsza. Gdy na progu Chatki Wiedźmy stanęła w pełnym umundurowaniu Pastelowa Stara Panna… po raz pierwszy w życiu, po raz pierwszy w historii wszelakiego istnienia, Wiedźma Wrona po raz pierwszy zwyczajnie zatęskniła za czymś nieznanym. Za wspomnieniem z dzieciństwa, gdy wydawało się jej, że bycie kimś innym będzie wygodniejsze, gdy spoglądając na ludzi widziała w nich opcje na swoją egzystencję, jeszcze wtedy, gdy wydawało się jej, że ją ma… Gdy jeszcze wydawało się jej, że wolna wszelako wola coś znaczy. Że można tak zwyczajnie kaczątko w księżniczkę, łabędzia w świniopasa, a miłość i tak ich znajdzie…

Pastelowa Stara Panna była cudem nad cudami. Przede wszystkim była idealnie pastelowa. Była kwintesencją definicji owych barw, odcieni i szaleństw. Ubrana w nie, właściwie nie tyle je nosiła, co uzupełniała je wszystkie swoją spokojną, malowaną twarzą i włosami wyrażającymi sprzeciw w kierunku słowa „stara”… chociaż dziś są takie cuda do malowania, że wiecie sami. Potem była panną. Nie żeby była jakoś kostropata czy coś, wprost przeciwnie, wciąż nieźle się trzymała, tylko miejscami trzęsła tłuszczykiem, miejscami obwisła, ale poza tym była rajcowna i bystra, zaskakująco urocza, z grzywką i okami zatkniętymi za ucho. A jednak wciąż była panną, zatwardziale, dziwnie trwożnie i pełna dumy była panną. Może i dziewicą? No i stara… tak była stara. W okolicach siedemdziesiątki, może nawet osiemdziesiątki. Pomarszczona jednak tylko lekko, a stopą obutą w bucik na szpilce mogłaby serio kogoś zabić…

… więc…

Dlaczego pojawiła się w jedynym progu, który nie tolerował pasteli, uznawał ich istnienie za baśń i mit, potwora spod łóżka… Dlaczego? Czy chciała nawrócić Wiedźmę? Jeżeli tak, to Madejowe Łoże jej od razu dla odpoczynku! Ale co, jeżeli chodził o coś innego? Nie miała w dłoni ni jabłka, ni pantofelka, miała tylko kremową, srebrem okutą torebeczkę i parasolkę w róże…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Błękitnokrwista wampirzyca” – … i ostatni tom cyklu. Chociaż? Któż to może wiedzieć w dzisiejszych czasach. Ja wiem na pewno, że nie czytać bez zapoznania się z poprzednimi tomami. Bo inaczej to serio, niczego się nie domyślicie. A opowieść jest pokręcona, a z drugiej strony prosta. Dziwnie rodzinna tym razem, niesamowita miejscami, a czasem troszkę jakby domagała się jakieś nudy… Bo czy można tracić siły przed wielkim skokiem? Chyba się nie powinno? Ech! Nie lubię braku konsekwencji!!! A w tym tomie jest go aż nazbyt wiele i owo parcie ku dobrym zakończeniom, całe te nieścisłości… wcale nie marudzę.

Nasza bohaterka ma na głowie kolejną, straszliwie pokręconą sprawę. Właściwie to jak zwykle ma kogoś zabić, ale to w końcu jej zawód. Na szczęście ma przyjaciół i to oni są chyba najbardziej niesamowitą częścią tej historii! Bo mieć tak barwnych przyjaciół oznacza doprawdy wiele.

Fabuła zabiera nas w niesamowite okoliczności Włoch, skąpo dawkowane, mało opisane, jakieś bezbarwne. To tutaj spotka nas jedna z największych niespodzianek tej opowieści, a także wiele jej zakończeń. Znaczy się… nie wszyscy do nich dotrwają, sami wiecie jak to jest! Ale nasza bohaterka musi przygotować się na walkę i na odpowiedzi, niektóre całkiem niefajne!!!

Ogółem… cały cykl niewymagający, przegadany, mało opisowy, przewidywalny, ale dla niektórych osobowości można przeczytać!!! Ja chcę mojego własnego cudnego, niesamowitego się znaczy, demona!!!

Wyspa. Czasem się zastanawiam, czy ona ma wolne? Czy tak naprawdę czasem odpoczywa? Czy rezerwuje sobie dzień na chodzenie w piżamie i spolegliwe dopieszczanie powierzchni łóżkowych, płaskawych i wzburzonych? A może raczej po prostu siedzi w wannie przez cały dzień i odmaka z przeszłości? Albo popija bąbelki w wysokim kiesliszku, filuternie odginając mały paluszek? Czy chodzi do fryzjera? A może ma swoją kosmetyczkę i masażystę? Albo… A jeżeli nie ma w ogóle wolnego? Bo przecież ona jest i Panią i załą Wyspą, bogiem i człowiekiem, przeszłością i przyszłością i teraźniejszością i ogólnie na pewno ma masę na głowie!!!

Chyba nie ma wolnego, ale gdyby miała na pewno robiłaby coś niesamoiwtego. Jak na przykład okłady ze zroszonej rosą pajęczyny na pośladki!!! No dobra, może coś mniej ekstrawaganckiego, ale na pewno nic, co nie spowodowałoby przynajmniej uniesienia brwi i taktycznego przełknięcia śliny. Bo w końcu Wyspa ma fantazję. Pokazuje to zrzucając na nas parne, duszne i ciężkie dni. Może nie ma wolnego, ale widać zamarzyła się jej sauna. Cóż, trzeba będzie to przetrwać. Ale niestety ciężko mi idzie. Co gorsza nadmiernie mnie wkurzają wiaodmości prognozowo-pogodowe. Wciąż obiecują oberwanie chmury, wielkie lanie i wszelakie gradobicia…

A tu wciąż susza.

Wyspa się zapełnia turystami, a mieszkańcy powoli kołują nad planami wakacyjnymi dla siebie… a mi tak naprawdę poza Wyspą nie potrzeba ni Hawajów ni innych tam spraw wyjazdowych, chociaż wciąż mam fioła na punkcie suwenirów. Bo patrzcie, nieumyślnie w traktorach włazicie na wulkan, kamyczek się wam zaplącze przy podeszwie i już pech gotowy!!! Chociaż z Wyspą tyż nie jest tak po maśle. Potrafi być wredna, gdy ktoś jej na odcisk nastąpi, albo obiecuje coś, a potem olewa, wnioskując, że wszystko to była tylko jego milusia wina… Ale co tam się będę innymi przejmowała. Wyspa ma swoje legendy, wciąż jeszcze przede mną i miejsca, których jeszcze nie obejrzałam. Te schowane w trawach, niedostępne w lecie, nazbyt wystawione na żar i nazbyt głeboko przykryte zwałami naroślin… i te, które można odwiedzać tylko wtedy, gdy codzienność trochę się uspokaja, oddycha bardziej miarowo.

I wciąż mam motyle w brzuchu, gdy znajduję miejsce, w którym jeszcze mnie nie było. Wciąż jeszcze mnie to kręci. Wciąż jestem jak szalony odkrywca, tudzież dziecko, które nagle dopuszczono do strzeżenia skarbczyka ze słodyczami. Całkowicie zlecając mu jak najdokładniejsze jego oczyszczenie, bez winy, bez kary. Tak po prostu i bez podstępu jakiegokolwiek. Czuję się jak szaleniec, któremu nagle otworzyły się oczy… ale nie tylko oczy. Jakby nagle wszystkie zmysły zaczęły działać jak należy, a może i mocniej, jakbym też zdobyła nowe moce, których nie potrafię jednak nazwać.

Czasem mi się wydaje, że każdy z nas przynależy do jednego miejsca, ale nie rodzi się w nim. Ono go woła, ale nie do końca tłumaczy jak odpowiedzieć na to wezwanie, jak rozgromić ową tęsknotę w sobie, jak znaleźć mapę? Jeżeli je odnajdziesz, jeżeli ci się uda, nagle jesteś w domu, nagle bezpieczny i szalenie kompletny.

Nagle, po raz pierwszy w życiu jesteś tylko sobą…

Czy ja je znalazłam?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pastelowa Stara Panna… została wyłączona

Pan Tealight i Kosmaty Kaszalot…

„Wiadomo… morze.

Szumi toto, robi fale, zmienia się ciągle i bawi się ze światłem. Raz gubi wodorosty, niczym łupież i nagminnie, pewno nerwica natręctw, czy coś w ten deseń, zabawia się kamieniami. Potem znowu wszystko wciąga. Już nie wiadomo, czy po prostu na kamieniach gra, czy stara się je ułożyć zgodnie z jakąś, tylko jemu znajomą regułą. Może kolorami, może kształtami, a może jednak poziomem morskiej gładkości? Nie wiadomo. Bo mimo hałasów, morze milczy. Bo jednak przede wszystkim jest przecież wielkim, fascynującym domem, a w domu to nie gwizdać, bo nieszczęście, pająka nie zabijać bo deszcz i pod drabiną nie przechodzić… a już w ogóle buty ściągaj!!!

Znaczy się nie wiemy czy powodem zaistnienia Wielkiego Kosmatego Kaszalota było uczynienie przewinienia w stronę owych domowych praw, ani czy tak naprawdę zgubił się, właśnie rozpoczął natarcie na Wyspę, czy też zwyczajnie jest w odwiedzinach i tak go widoki zmyliły, że zapomniał adresu… bynajmniej kilka dni temu Kosmaty pojawił się na plaży. I to oczywiście musiał wybrać tą, którą Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki ukochała sobie najbardziej… no ostatnio miała kobieta widać wielkiego i wszawego pecha!

Natknęła się na niego spocona i lekko skropiona nader skąpym aczkolwiek chłodnym deszczykiem. Właśnie odbywała swoją dziwną spacerobieżkę, coby nie skostnieć i wciąż odnawiający się wkurw wewnętrzny na świat cały z siebie wypocić… i jak go zobaczyła, to serio jej nie przeszło. Świadoma narastającego napięcia pod nosem rzuciła wiązanką, która spłoniłaby urzędnika Izby Wytrzeźwień, a potem spojrzeniem swoim skropiła kilka najbliższych kamieni, które zapłonęły jasnym płomieniem i zamieniły się w rdzawy, względnie farbujący popiołek. A potem ochłonęła trochę i zadziwiła się nad potęgą wszechświata, który zdolny był na takową bezczelność, coby jej coś znowu na łeb zwalić. No dobra, może nie na łeb, a na plażę, ale jednak… a potem zauważyła łzy. Znaczy chyba łzy, wypływały z czegoś, co można było wziąć też za nosy, ale…

To były jednak łzy. Wezwane na pomoc Utopce, dziwne, pokręcone i wszelako niepewne w stosunkach międzynarodowych… były realnie i zaskakująco zadziwione, że zapomniały o psikusach, a zajęły się czesaniem. Zajęło im to kilka godzin, ale jednak się udało. Przez ten czas dziwny, ogromny, włochaty i kręcony, wszelako rybi, a jednak może nie do końca, któż to może wiedzieć… nic nie powiedział. Poza łzami, czy czym tam to było, nie wydalił ni dźwięku, ni innego produktu przemiany materii… Ale dopiero gdy całe jego ciało znaczyły wstążeczki z traw, porostów i kwiatów, gdy stał się nienaturalną, ale jednak intrygującą interrakcją artystyczną, mogła na niego spojrzeć naprawdę. Znaczy w jedno oko, bo w obydwa się nie dało. W jedno wielkie, wilgotne, czarne, z turkusowymi plamkami oko. Pozbawione dolnej powieki, szkliste, niesamowite…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Młot” – … zaskoczenie. Czasem człek chwyta powieść, no niby jakoś wie o co chodzi, okładka coś mu mówi i opis, a potem czyta i już niczego nie jest pewien. Historia bierze go w swoje dziwne, pokrętne moce i zabawia się jego uczuciami. Już nie wiesz czy to powieść ino, czy rzeczywistość? Czy chcesz ją czytać, czy jednak walnąć nią o ścianę i poszukać może czegoś prostszego, łagodniejszego, nie tak zakorzenionego w mitach i przeszłości? I co to w ogóle jest? Tylko fantasy, czy jednak coś o wiele wiele wiele większego?

Większego na pewno!

Oto powieść potężna, pokręcona… z jednej strony niby hostoryczna wtypie „co by było gdyby”, z drugiej czysta fantazja. Historia ludzi, którzy zamknięci w dziwnych, nieznajomych ostajach muszą przeżyć. Jednym udaje się to całkiem nieźle, inni znowu wciąż nazbyt pamiętają przeszłość… pośród nich jest nasz młody bohater. Wkraczający właśnie w czas, gdy pytamy się siebie o to, co zrobić z życiem.

Jest tutaj i przyjaźń i miłość i obowiązek. Jest dziwna, młodzieńcza, niesamowita narracja, ten czas, kiedy bać się nie trzeba nikogo, gdy śmierć zdaje się być baśnią, oraz legendy przeszłości. I w końcu są też rdzenni mieszkańcy… zagubieni w okolicy. Dziwni, wciąż jeszcze nieświadomi… Są próby, kary i nadzieje, ale przede wszystkim są w niej… konsekwencje. A poza tym, no właśnie…

„Młota” nie czyta się ot tak. Z jednej strony intryguje i korci, z drugiej przytłacza. To ciężki kawał lektury. Nasycony, soczysty, dziwnie wilgotny od tajemnic i słów, a z drugiej strony opowieść o dorastaniu i braniu życia w swoje ręce, o decyzjach. O dorosłości, której się nie zdobywa, ale którą trzeba wywalczyć… Może i powieść nie dla każdego, ale nawet czytana z przerwami, wynagrodzi wysiłek.

Gorąco. W końcu kilka wolnych dni – Witaj Pinse!!! A to oznacza niewielkie grillowanie, koszenie trawników i takie tam… Chociaż jeżeli chodzi o koszenie, to chyba raczej nic z tego. Mimo kilku niebiańskich łez, susza dookoła. Wszystko żółknie… pustynia cię choroba! Wszystko zaczyna przywodzić na myśl wrzący kisiel, który cię oblepia i dokładnie dba o to, byś się nie mógł ruszyć. Wiem, że są tacy, co upał uwielbiają, ale nie ja. Tym bardziej, że na zimie mi też w tym roku poskąpiono!!! A co jeżeli lato znowu będzie tak upalne, że morze zakwitnie? Ja się nie zgadzam!!!

Oj pewnie, że zdaję sobie sprawę z tego, że akurat w tym aspekcie Pani Wyspy mnie nie wysłucha, ale… chcę deszczu i chłodu. Osz nie mówię przecież o mrozach, po prostu nocnego chociaż chłodku, bo w ciepełku sny mi wariują bardziej niż zwyczajnie… No i wciąż trzeba kogoś i coś podlewać, no i te muchy, no a jeszcze bez zimy pająki są w natarciu!!! HILFE!!! Proszę!!!

Oj pewno, że lato idzie, wiem o tym, ale jak troszku nie popada, to kurcze nic nie wyrośnie i w jakich krzaczkach będą turyści przebierać swoje blade, lub już sfajczone na prosiaczkowy róż, ciała? Nie wiem, czy jestem przygotowana na parady turystycznych nagusów. Jakby co to od razu mówię, że nie jestem wyzwolona aż tak, by machać cyckami w sezonie… a nawet i poza nim!!!

Wiecie co, się muszę do tego przyznać. To, że boję się telefonów, nienawidzę internetu i panicznie umykam przed zegarami to jedno… ale serio nie do końca rozumiem wspłćzesny świat. Nie dziwota, że wylądowałam na jego mniejszym krańcu. Ale jednak podpatruję turystów. Lękliwie, niczym zbity piesek, z muzyką w uszach, udajac, że mnie nie ma, że jestem częścią ściany, dziwnym szaleństwem zboczonego i na prochach rzeźbiarza, tudzież podporą za starego już dachu… ale jednak podpatruję ich. Są dla mnie jak nieznana osobliwość, jak plemię do zbadania, inna nacja, alieni i zombie, jak całkiem inna kultura. Z taką łatwością przychodzi im korzystanie z cywilizacji, z taką biegłością odnajdują się w jej pipkaniach, blipkaniach i innych melodiach, ale… przynajmniej tutaj nie mają nosów cały czas w telefonach. Co prawda pociesznie wyglądają robiąc zdjęcia potężnymi tabletami, czy innym tam ustrojstwem, no sorry trudno umieścić toto pod stokrotką, co nie? Ale jednak… żyją po staremu! Więc może z tym światem nie jest tak źle?

A może tylko się maskują?

Może tak naprawdę to ja jestem po drugiej stronie klatki, szybki zaplamionej, zaglonionej, w moim prywatny aqua zoologu/wiedźmologu? Chociaż nie, no się nie oszukujmy, to byłoby już nadto zboczenie, świata tego na to jeszcze nie stać, nie na takie poświęcenie, nie na taką ekstrawagancję. Chyba? Lepiej może nie myśleć… nadal się będę chować i mrużąc powieki po prostu patrzeć. Rzadko i sporadycznie. Raczej raz w miesiącu może, cześciej nie dam rady… wciąż wolę głuszę. Świat, który Wyspa ofiaruje w każdym seonie. Może teraz trochę suchy i napuchły, zieloniutki, lekko przechodzony i zmęczony, trochę zrobaczony… ale jednak bezludzinowy!!! Tylko nasycony wronami i innyi skrzydlatymi ak komarzyce i wszelako innorobalice.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kosmaty Kaszalot… została wyłączona

Pan Tealight i Brązowa Pleśniawka Malowniczej Zbrodni…

„Właściwie no takie czasy.

Każdy chce się pokazać, zcelebrycić. Każdy od razu jest wielkim znawcą tego, czego jest znawcą właściwie. Ot budzi się z łona z wrzaskiem pełnym mądrości i już… nic nie jest ważne, nic nie ma wartości. Ni dokonania przeszłości, ni ludzie, którzy wciąż jeszcze żyją, oddychają, działają… Ci sami, którzy zdążyli już to przeżyć, którzy zaliczyli te same wpadki i wzloty. Jakby ktoś przy narodzinach, wciskając im guzik PLAY dołożył też złudne oprogramowanie, że niczego nie potrzebują więcej, że wszystko mają, wszystko wiedzą. Ach! No przywilej młodości, czyż nie?

A jednak… inaczej jest.

Brązowa Pleśniawka Malowniczej Zbrodni ogólnie nie była zadowolona ze współczesnych złoczyńców. Dziwni tacy, pozbawieni finezji… jak już coś to wzroują się na grach, czy telewizyjnych serialach, ino patrzeć jak cynaderki podrożeją, jak nereczki i jąderka w sosiku pójdą w górę, jak gardziołka w nalewce nie spędzą mroków nocnych mar, jak galareta z nóżek będzie bez paznokietków, jak już nie będzie można sobie pozwolić na zwykły, zdrowy posiłek ze swojskiej ludziny!!! Cóż, nie można było już ufać współczesności, ale jeżeli nie, to co zrobić? Tardis nadal w naprawie TimeLordzi nie chcą współpracować, bo coś im tam z etyką nie styka… więc w końcu wylądowała Brązowa Pleśniawka u Wiedźmy Wrony Pożartej. Nie dlatego, że ta się w krwistości lubiła bawić, ogólnie mówiąc ani przytulancka ani dotykowa Wiedźma raczej nie była, ale jednak… z powodu wszelakiej niespójności widzenia, jakoś tak coraz częściej ostatnio łapami babrała się w ostatkach, chłodnych ochłapach wcześniejszego życia, trawienia, lub po prostu w ogólno dostępnych śmieciach. Bo w końcu jej kamyczki czasem podłapywały jakiegoś… grzyba. Ale nie o to chodziło Brązowej Pleśniawce Malowniczej Zbrodni… a o jej słynną Spiżarnię!!!

Może nie zabijała malowniczo, ale na pewno posiadała w sobie stosowne aspekty i zachowania, myślała Pleśniawka przeżuwając wyśmienite kciuki w zalewie z zeszłorocznego miotu. Może i Wiedźma Wrona sama nie jadła, ale siedząc przy chwiejnym stoliku wraz z Panem Tealightem i Ojeblikiem – małą, uciętą główką – nie żeby ona siedziała, no raczej się bujała… Pleśniawka Malowniczej doskonale rozumiała, że oto moze w tym niskim ciele, w owych dziwnych skóry i tkanek ozdobach, w bliznach tych…

… kryła się jej jedyna nadzieja? Przerażająco to myśl, czyż nie, może ją lepiej zagryźć i zapić nalewką na naskórkowych wałeczkach… Ech, przyjdzie się w końcu zdewaluować i przebranżowić, czyż nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Elita” – … a może kobiecość chce się wyzwolić? Może tak naprawdę wcale nie poruszają was hasła: baby na traktory? Wydaje mi się, że część pragnie, i to nie tylko w okresie dojrzewania, po prostu być kochaną. Przeżyć owe motyle w brzuchy, mieć kogoś, kto obroni, kto będzie i księciem i bohaterem…

Drugi tom cyklu (pierwszy to „Rywalki”) jest o wiele cięższy. W dziwny sposób owa niepewność młodej bohaterki, owe wahania nastrojów, ciągłe krążenie wokół dwóch mężczyzn, miesza jej w głowie. Cóż, nie dziwny sposób, ale zwykla logika… jakoś tak pamiętam coś z czasów nastoletnich uniesień. Ale teraz też wkracza historia krainy, w której toczy się akcja. Świata podzielonego, niesprawiedliwego, wciąż jeszcze nie do końca dopasowanego do współczesności… i oczywiście ci, którzy pewni są tego, że mogą coś zmienić – aktywiści/terroryści. W tym wszystkim cukierkowość wyborów – teraz z tylko kilku książę ma wybrać jedną, przyszłą następczynię tronu, małżonkę – ale… Ta, którą wydaje się, że kocha, kocha kogoś innego, a gdy jedna nie może się zdecydować, gdy osiołkowi w żłób każdy dano… cóż wtedy może się pojawić taka, która już kocha i wie, że może oddać się tylko tej miłości.

Z cukierkowej, ckliwej opowieści wyłażą ciernie. Ta róża dojrzała i pokazuje swoje wszystkie strony. Nagle pałac to nie tylko suknie i obiady, ale też polityka, ciemne strony osobowości wszelkich dorosłych, rodzina, prawo, zdrada… Kiera Cass może i stworzyła opowieść dla naiwnych i buzujących hormonami dziewczątek, ale jeżeli w ten sposób pragnienie odkrywać tę historię, cóż, możecie się zawieść. Trafić na cierpienie, brutalność, ból, na które nie jesteście przygotowani.

Na Wyspie wybuchły pola. Jedne dają cudowne, właściwie już lekko słone ziemniaczki, pachnące i piękne w każdym kształcie, inne znowu czekają. Te dotąd żółte zaskakująco szybko zmieniły się w zieleń. Jakoś tak w tym roku rzepakowi się nie poszczęściło z pełnią kwitnięcia. Za ciepło mu było, za szybko mu przeszło, podobnie zresztą z dumnym, fioletowym, mechatym szczypiorkiem. O tak, mamy szczypiorkowe pola. Jedni mieli marchewkowe, a my lecimy szcyzpiorem, a co! Jak czosnek może zapachniać świat, to dlaczego nie puchate, słodkie, pluszowe prawie szczypiorkowe kwiatuszki? Wszystkim wolno przecież. No i są jeszcze pola łubinu. Oj te to są szalone. Niebieskie, a dokładniej błękitniuśkie, świecące taki i fioletowe, potem wszelako czerwone i pomarańczowe w różnych odcieniach, do tego kremowe i takie co mają trochę tego i trochę tego. I ciemne, granatwe prawie, dziwnie głębokie… i jeszcze żółciuteńskie, kurczaczki takie… a pachnie to wszystko upojnie. Przyznaję, że nigdy nie udało mi się wpaść w takie pole i tak się go owdychać. Do dzisiaj.

Dzisiaj pływałam sobie w łubinie…

No i są jeszcze zielenie. Wszelakie dojrzewające zboża, kukurydze i inne szaleństwa ziemi jadalne. Te zieloniutkie wprost świecąco, tamte znowu lekko srebrzyste na krawędziach, te w dziwnym odcieniu lekko skisłej zieleni, tamte znowu bardziej żwawe, jakby wciąż były w ruchu. Są zgniłe zieleni i te swieżutkie, młodziutkie, cudownie, lekko woskowo tak naiwne, wrażliwe i wierne. Są zielenie głębikie i te płytkie, zdolne wedrzeć się w myśli i od nowa poukładać komuś życie i takie całkiem dziwne, nieprzystające do niczego i do nikogo właściwie… Zielenie tylko czekające na wzrost i te, które wykształcą z siebie żółcienie i pulsujące złota…

Ot, zwykłe pola.

A pomiędzy polami są skały. I skały też kwitną, a co sobie będą żałować, jak wszyscy to wszyscy, co nie? I na owych szarych i różowych chropowatościach, na owych krystalizacjach w odcieniach zaskakujących od niebieskości po biele i prześwity, i gdzieś tam jeszcze po karminy i niemal czarne czerwienie. Piękne są te skały gołe, ale jak już założą żółcienie i szarości, zielonkawości i wszelakie osrebrzenia porostów i innych cudów zdolnych z kamienie wycisnąć życie… wszystko tańczy i buzuje. A na owym wszystkim są oczywiście ptaki. Znaczy głównie agresywne nadzwyczaj w tym okresie mewy… wiecie jak to jest, jak się pilnuje gniazda i dzieciarnia na skrzydle staje, to jakoś nie da się dla każdego mieć miękkiego dzioba!!!

Oj piękna jest Wyspa.

Piękna jest w każdym czasie, w każdej aurze… czy to havgus się szlaja i bezwietrzność kisi mi pranie, czy jednak popada odrobinkę. Po prostu jest piękna, w owej wypracowanej, naiwnej dzikości, takiej bardziej na pokaz, gdzie wróbel serio myśli, że ten dom ma dach i rynny dla niego tylko i fajno jest tupać w buciorach z podkówkami i z przyczepionymi dzwonkami, z kamiennymi obcasami… no szaleją ptaki!!! I śpiewają, bo przecież dzień nie wstanie bez ich treli, a zresztą młode potrafią serio dopieścić wnerwa!!! Siedzę pod oknem i patrzę na mrok. Mimo późnej pory nie ma go jeszcze tak naprawdę, zresztą, w czerwcu właściwie światło jako takie nie odchodzi. Nawet w te kilka godzin ciemności nie są pełne, miękko głębokie, zdecydowane. Jakby jednak czasem sobie odpuszczały całe to mroczkowanie, jakby brały urlop może?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Brązowa Pleśniawka Malowniczej Zbrodni… została wyłączona

Pan Tealight i Wyprowadzaczka Kamiennych Serc…

„… nie, żeby miała czas, znaczy się ten wolny. Nic z tego, serio!!! Właściwie, to go nie miała w ogóle od zawsze, znaczy od zawsze bojąc się zegarów, a do wszelkich kukułek mając stosunek ambiwalentnie wybuchowy. Nie żeby nie miała dojść do źródła, co jak co, ale posiadała dziwne nieznajomości… wiedziała gdzie nacisnąć, by wyskoczyło, jak poruszyć, by nie nastąpiło, ale też wiedziała, że nie warto. Że tak naprawdę lepiej się do pewnych spraw nie mieszać, więc, gdy Pani Wyspa spytała, podchwytliwie całkiem, tylko kiwnęła głową, dziwnie aż nazbyt dzielnie, skromnie, a nawet i… potulnie.

Cóż, może planety jakoś tak nabroiły i ustawiły się w spolegliwość wzmacniające formy, a może jednak Wiedźma coś kryła, może miała w sobie jeszcze jakąś tajemnicę, któej nikt się nawet nie domyślał? Bynajmniej… w ten sposób została dodatkowo i całkowicie bezpłatnie: Wyprowadzaczka Kamiennych Serc.

Moglibyście myśleć, że AJAJAJAJ, przecież to nic takiego. Idzie na plażę i tak, liże te kamienie, więc co tam jej szkodzi przy okazji zakręcić się koło kamienno uformowanych łupków, gnejsów i granotów? Wokół kryształków samotnych, dziwnie dzikich i krzemieni? Wokół zlepieńców czarownych, zielonych, czerwonych, a nawet i lila? A no zdawałoby się zero problemów. A jednak… chodzi o to, że robota wpisane miała w listę obowiązków też i przedszkole serduszkowe. Czyli użeranie się z gromadą nie do końca uformowanych maluchów, które kurcze już chciały do ludzi. Tych całkiem jeszcze nie dorosłych, a jednak przekonanych o własnej ważności i woli zbawiania świata… I jeszcze jeden problem. To, że były małe znaczyło tylko to, że były młode i jeszcze nie gotowe by sercowo zbawiać świat, więc należało je przysposobić do powrotu w formujące, uczące fale. A spora część z nich, była jakby to łagodnie ująć… rozmiaru głaza!!!

I jeszcze były one… kamienne serca zgubione. Trudne do odróżnienia, tak bardzo pragnące znowu stać się kamieniami, serca porzucone, wydarte z piersi, niechciane tak bardzo, że poluzowały się na spawach i dawno przestały bić. Dotykanie ich bolało tak bardzo, tak bardzo bardzo bolało…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kobieta, która wyszła za chmurę” – … ostatnio mi się z Carrollem nie ułożyło. Jakoś tak wydawało mi się już, że kicha, że więcej w nim romansu niż nieba, niż niepewności baśniowości, owych wędrówek pomiędzy welonami zdarzeń, światów i czasów… A tu nagle to. Tomik, tomiczek, zbiorek opowiadań, które nie trzymają się reguł, nie bazują na niczym, co uznawałam za stałe. Są niespodzianką. Miniaturami, które mogą doprowadzić was do neiznanych cząstek waszej duszy, musnąć podświadomość, pozwolić znowu uwierzyć, że jest więcej…

To wytchnienie.

Taka proza, która pomaga uwierzyć, że wciąż są autorzy w pełni tego słowa znaczeniu, sztukmistrze słowa, którym życie ofiarowało już większość bólu, by mogli to przenieść na strony, ale też i wszelkie szczęśliwości, bo jedno bez drugiego…

… nic nie warte…

Ale opowieści oczywista o miłości, samotności, zaufaniu… o owych podstawowych potrzebach ludzkości. O tym czymś więcej, czego nic nie jest z nas w stanie wykorzenić!!! O tajemnicach, które nie zawsze powinny być głośne i o niepewności. O owycm strachu przed nadmierną nudą i zwyczajnością, a zresztą… tak naprawdę wydaje mi się, że akurat ten autor dla każdego tworzy osobną opowieść, o tym, o czym musisz, a może tylko potrzebujesz posłuchać/przeczytać.

Niebiosa i Piekiełosa się nade mną zlitowały i w końcu mam co czytać! I alleluja i wszelakie ave i ogólnie hosanny niech sobie wybrzmiewają!!!

Aaaa… MAKARENA!!!

Wielka Bogini Wilgotności zlitowała się nad nami i wszelako pokropiła. Pani Wyspy jest jej oczywiście ponad normy wszelakie wdzięczna, ale nie żeby jakoś nadmiernie to okazywała, no wiecie kobietom nie dogodzisz, co nie? Z własnego, coby nie było, doświadczenia to wiem! Pokropiło i popadało, zakryło palące słonko, jakoś tak trochę ochłodziło, milusio powymiatało pewne elementy wystroju z plaż i wszelako cudownie odświeżyło. Aż mi się kurcze zmarszczki prostują od owej deszczowej mgławistości. Aż jakoś w kościach już piach nie skrzypi… Oj cudnie!!! Wypełzłam więc oczywista na spacer, bo co sobie będę żałować, nadejdą później parne letnie szaleństwa, a ja jeżeli o ciepło chodzi, to wiecie, lód wolę!!!

Wychodzę na tlenowano, ozonowano azotanowanowe powietrze, znaczy oddychalne, wiadomo i dobrze mi. Ocieka ze mnie krem, ale jakby co, to wiecie, nie pot to ino deszcz. Mokre mam gacie, ale wiem, że pada, więc nie ocenia mnie nikt. Zresztą, teraz jak przez przypadek w morzę wzburzone wejdę, to znać nie będzie, żem aż tak szalona. Bo w końcu woda jeszcze chłodnawa, znaczy nie żeby AŻ TAK… ale może jeszcze sobie odmówię kąpieli, może? Ślizgam się po mokrych kamieniach z wodorostowymi galaretkami, wiem, że w końcu zaliczę bolesność, ale co mi tam. Pięknie i mokro jest i zimno jest i cudownie wilgotnie jest!!! Jak mawiają raz się żyje, chociaż kto to tam wie jak to z tym wszystkim jest? Może byłam już sobie robalem, albo stokrotką łysą?

W kamieniach na plaży wypatruję kształtów i kolorów, a może raczej słucham? Wyciągam dłoń, rozpościeram palce i zwyczajnie, po prostu czekam, aż mnie dotkną. W jakiś dziwaczny sposób moja intuicja przesącza się przez skórę, przez palce i odciski… te od pędzla, od ołówka, od kamieni… Na owe stwrdniałe ślady po wszelako naiwnej, tak bardzo, działalności. Tej, która chciała być czymś więcej niż tylko słowami i obrazami. Bo przecież każdy chce pozostawić po sobie coś… chociaż nie, może dlatego naiwnej, bo ja nie chcę? Bo moim zdaniem to nie ma sensu, bo ja to tylko ja, część Wyspy, a ona sobie beze mnie poradzi, jak już przyjdzie czas.

Wyspa leczy człowieka z głupoty, z dziwacznej naiwności, z owych egocentrycznych głupkowatości, z cholerycznej potrzeby mesjanizmu… Bo nie oszukujmy się. Nasze życia zdarzają się i tyle. Nie oznaczają od razu wielkich zmian, nie mają na celu tylko i wyłącznie zwykłe, codzienne, no życie! Takie całkiem normalne. Całkiem mało niesamowite. Bo historia to zapamięta to, co będzie chciała. Nie prawdę, nie kłamstwo, ale to co jej będzie wygodne. I sorry, ale kiepski mamy na to wpływ. A pamięć, ech… powierzanie jej ludziom nie ma sensu, lepiej wyszeptać siebie do końca w trawy i drzewa, w morskie fale i jeziora, w strumienie wartkie i stawy… a w końcu w kamienie. Oni zapamiętają, one na zawsze narastając w kolejnych warstwach zachowają cię, jeżeli taka twoja wola i marzenie. Ale… tak serio, to po co?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wyprowadzaczka Kamiennych Serc… została wyłączona

Pan Tealight i Kuszenie Losu…

„Najpierw chyba były babeczki.

Cudownie zdobione, kolorowe z parasolkami, pachnące, czekoladowe z posypką, malinowe, waniliowe i cytrynowe. Były takie z miękkim nadzieniem i takie z twardym, które cudownie trzeszczało między zębami gryzącego. Były tam cukierki domowej roboty i czekolada w sporych blokach, którym nie żałowano ni bakalii, ni wszelkich bąbelków. Były ciasteczka, nawet w cudacznych kształtach z glazurą i orzeszkami, były takie posypane cukrem i takie, które w środku odkrywały miękkie, cudownie świeże nadzienie! Były takie, które kryły w sobie pieniące się na języku niespodzianki i takie, któe dopiero po pewnym czasie odkrywały swoje zawartości. Były wszystkie ciasta, jakie tylko można było sobie wyobrazić i bar cukierkowy, gdzie świat mienił się od karmelków i draży, od polewek i cukrowych kryształów. Miękkie i twarde, lizaki na pachnących patyczkach i zwykłe, zawinięte w papierki zagadki. Na wagę i już popakowane, rozsypane i ułożone w tradycyjne dziwnie stabilne piramidy.

Były też orzeszki i migdały, w cukrze, prażone i zdobione, były pestki łączone w skomplikowane smaki i samotne w swoich czekoladowych ubrankach. Były cukrowe, karmelowe cuda i te stworzone ze skórek. Były i sypiące się groszki, które garściami należało ładować sobie do paszczy i takie, których jeden kawałek nie zmieściłby się w żadnej chyba…

Były…

Mała kuchnia Białego Domostwa wprost puchła z własnej do siebie dumy! Jednego tylko nikt nie rozumiał… w jaki sposób nic jeszcze się nie spaliło, nic jeszcze nie wybuchło, nic jeszcze nie przeistoczyło się w byt nad podziw żywotny i trudny do ukatrupienia? W jaki sposób obecność namacalna Wiedźmy Wrony Pożartej, która do ciastek ręki nie miała, nogi zresztą też nie miała, ni głowy ni niczego innego, co występowało w spisie inwentarza, więc dlaczego? Zresztą co do gotowania, pieczenia i innych zwykle uprawianych w kuchni codzienności, serca tyż nie miała. Dlaczego więc? Dlaczego siedziała tam i się ewidentnie, nadprogramowo pociła, a nie wychodziła/wybiegała z krzykiem z alienem uczepionym do twarzy… i czytała gazetki z gołymi częściami kobiet, wystawionymi nad podziw na pokaz. W ręku zaś, drżącym, trzymała zestaw biżuterii z zadziwiająco zwodniczym błyskiem.

– Ale dlaczego się mówi „kusić los”, przecież to chyba nie chodzi o TAKIE KUSZENIE? Przecież… – Ojeblik – mała, ucięta główka, spoglądała na nią pogryzając orzeszki w cukrze i soli, tocząc się pokracznie wokół miseczki.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Stop prawa” – … pamiętam. Jakoś utkwiły mi w głowie opowieści o fascynującej kulturze magów metali. O przyciąganiu i odpychaniu, o tworzeniu i niszczeniu, o lataniu… „Zrodzony z mgły” mnie porwał, „Studnia wstąpienia” i „Bohater wieków” dopełniły dzieła zauroczenia. Kurcze cudowna trylogia! A już poczucie humoru Sandersona, oj perełeczka!!! Dlatego musiałam sięgnąć po tą nowelkę. Cienkusza… opowieść PO. Taką, która dzieje się, gdy wszystko to, co zawarte w trylogii jest już właściwie mitem, religią…

Oto nasz bohater, po przejściach, z historią, zmuszony do działań, któe mu nie pasują, które umieszczają go w koszmarnej, chociaż wygodnej klatce. Świat, w którym żyje łączy magię i maszyny, cuda techniki i lekko steampunkowe klimaty. Ale przede wszystkim sfery i pieniądze. Chociaż nie… przede wszystkim ludzie! Dowcipni, niesamowici, odważni, a nawet brawurowi! Przede wszystkim jednak, każdy z nich to intrygująca osobowość. Porywająca, jedyna w swoim rodzaju, wstrząsająca… Każdy z nich to mały wybuch poruszający lawinę…

… początek nowej opowieści, mam nadzieję.

Ale jeżeli początek, to czy warto? Warto! Dla bohaterów i dla świata, dla intrygi i dla osobowości. Dla szaleństwa i dobrego pisania, dla niesamowitości i zaskoczenia, które nadejdzie, gdy zamkniecie tę opowieść. Po prostu, zwyczajnie, dla dobrego pisania, niesamowitego złożenia zdarzeń…

Havgus przewala się przez Wyspę. W dziwny sposób, aczkolwiek na pewno wyjaśnialny przez klimatologów i wszelako innych naukowców od zjawisk mgły, pary, temperatur, wilgotności i innych wszelako dogodnościach… Bo w Havgusie jest coś takiego, coś takiego niesamowitego, coś dziwnie duchowego, a może nawet ludzkiego? A może raczej coś bardziej mądrego niż ludź, bo z ludziami, to ostatnio całkiem nie wiadomo. Coś o wyższej świadomości, ale też… coś o nader rajcownym, nieprzewidywalnym i szalenie rozpuszczonym poczuciu humoru!!!

Podchodzi, kłębi się pośród traw i nagle cichaczem wdziera się poprzez wszelkie zdobiące człowieka tekstylia w niego samego. Przebija skórę, dostaje się do owych szybkobieżnych dróg wszelakich żył i tętnic, zapładnia każdą komórkę… ale, czy przewiduje, co się z nich wykluje? Czy wie? W jakiś sposób zdaje mi się, że on jednak wie, a może mam tylko taką nadzieję, bo nie chcę się bać. Bo mi się to podoba. Bo zwyczajnie mnie kręci wchodzenie w pozornie mglisty świat, a tak naprawdę w całkiem inny wymiar, który jest niestały w swojej geograficzności. W nim czuję się bezpieczna i chcę by tak zostało. Lubie jak mnie odcina od wszytskiego, jak otula i zmienia…

… nie tylko wilgotność, ale przede wszystkim ów dziwny stan widzenia i niewidzenia. Stan całkowicie jedyny w takich szaleństwach. Niesamowity. Jakbyś na nowo miał ofiarowany dom, ale tylko, gdy Havgus jest przy tobie…

A Havgus jest niestały. Podróżuje. Czasem zwyczajnie otula mnie i trzyma, jakby miał juz nigdy nie wypuścić, a potem… znika. Przewala się, buduje dziwne bałwany i krajobrazy, wczepia się w gałęzie i trawy, bawi się nimi, czesze się i czochra. Dobrze mu, więc może i korzysta? Wie przecież, że nie może tutaj zostać na zawsze, nie tak, nie w tej postaci, w któej czuje się w pełni sobą, w której może mieć wszystko. Być i panem władcą i niewolnikiem bez posiadania. Wolnym i zamkniętym w złotej klatce, świadomym swoich granic i całkowicie ich pozbawionym…

Jest w nim taka wolność. Dziwna i niestabilna, gotowa by ją brać, gdy jest, a potem zostawiająca mnie tylko ze wspomnieniem. Świadoma tego, że będę na nią czekać, znaczy czekać na niego… Na owo odcięcie od świata, nawet tego ukochanego, na owe tunele w mglistej świata odmienności, na spacery i tańce, biegi dziwnie swawolne i rzucanie mglistych kulek, bo Havgus jest jak śnieg. Tylko śnieg lżejszy, bardziej niestabilny, powietrzny niż wodny bardziej. Na dodatek o zmiennej temperaturze. Najpierw dziwnie mroźny, szczypiący policzki, targający włoskami na karku, a potem zmieniający się w parną, duszną zasłonę. Duszący, wydzierający mi spod skóry ostatnią namacalną wilgotność, wszystkie zapachy i każde dostępne ciepło… a potem znowu mróz, szron, szadź i wszelkie z Północy powiewy.

Kocham Havgus za nieprzewidywalność. Za ową niepojętą zdolność tworzenia obrazów z cukrowej waty… za wszystko.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kuszenie Losu… została wyłączona

Pan Tealight i Dzień Niebowpierdnięcia…

„Od rana Pan Tealight był nadzwyczaj niepochmurny i zaskakująco różowy, oraz dziwnie pogodny. Z niewielkiej kuchni wypełnionej nim samym, zza dziwnie postrzępionej dziś i ociężałej dziwnie Zasłonki, dobiegały do każdego budzącego się w Białym Domostwie… dziwne, posępne, nisko biegnące przypodłogowo, aromatyczne wonności… Dziwne, zaskakujące, burzace niepokoje, wybudzające pierwotne instynkty, nakazujące wsadzać głowę w piasek i ciosać kamień nagrobny. Tym bardziej podejrzane to wszystko, iż dziś Pan Tealight nikogo nie zbudził swoim porannym szuraniem, wysupływaniem się z fajkowego cybucha, otwieraniem kopert, czesaniem swojej szarości i parzeniem ziółek… Nikt nie przeczuwał, nikt nie wstał nim to wszystko się zaczęło, a to mogło znaczyć tylko jedno. Znów nadszedł ten dzień…

„Za twe zbrodnie,
za twe zbytki,
już paszełśty do nieba,
nawet jakżeś brzydki.
Tam cię dziś chcą,
tam dziś cię przyjmą,
chmurką ugoszczą,
może i płynną…
Tylko rozpędu nabierz
nie hamuj,
prosto do góry,
nie skręcaj, nie spamuj!!!”

Podśpiewywał Pan Tealight mieszając w garze kapustę z grochem, w innym fasolkę po bretońsku, a stopą przytrzymując blaszkę ze śliwkowym ciastem. Był przygotowany, nawet nadzwyczajnie przygotowany tym razem… Reszta domu spoglądała na niego dziwnie niepewnie, raczej z zakamuflowanego ukrycia, ale chyba nie obchodził go ów specyficzny Big Brother. Nie krygował się, zajęty swoimi własnymi planami, więc na kogo czekał? Na kogo się szykował? Komu zgotował TAKI LOS? A może raczej, na kogo się tak kulinarnie i wzdęciowo nastawiał?

Czyżby ktoś mu ostatnio bardziej zalazł za mechatą, grafitową skórkę? A może podprowadził mu ulubione kapcie? Tudzież zdemolował cybuch mieszkalny? A może chodziło o NIĄ?

Dziwny był to dzień, chociaż co roku, to jednak niebo dla każdego nie było czymś, do czego można się ot tak przyzwyczaić, nad czym nie trzeba myśleć, ot łatwizna… Wystarczy garść fasoli i kapustka młoda, jakś burak, jakaś inna rewolucja, rodzynki i banana i lecisz bez biletu, bez zapowiedzi w ubraniu jakim wygodnie! Każdemu wolno, jeśli się postara, oto dzień otwarty, przyleć i zostań. Tylko dziś do domku niebiańskiego komplet pościeli w cherubinki gratis! Sama się prasuje!!!

Wpierdnij się do góry, wyżej zajdziesz, wyżej wlecisz…

Zadecyduj, że pragniesz nieba. Owych aniołków w przykrótkich szatkach, owych pieśni i hosann, owych psalmów i trąb niecałkiem jerychońskich. Owej wiekuistej rozkoszy i bliskości boskości, braku myślenia o czymkolwiek, braku pędu, chyba że akurat jest konkurs na nowennę, czy kto szybciej odmówi różaniec? A może jest w owych niebiańskościach coś, za co warto się upaść wybuchowo?

Wiedźma Wrona Pożarta dzielnie bardzo i nawet szybko przebierała krótkimi odnóżami. Szła polną dróżką i już była przy Seniorze Windmillu, gdy coś się stało. Do dziś nikt nie wie jak było to możliwe, jak coś takiego akurat na ten czas, na to miejsce… przecież takie rzeczy wydarzają się tylko w opowieściach z pierwszych stron kolorowych szmatławców!!! Znaczy się do dzisiaj… i przez nikt już się nie dowie co i jak i dlaczego. Co by było gdyby jednak TO nie miało miejsca. Czy Pan Tealight zastawiał się na nią? A może jednak nie… a może na nią i w szale niespełnienia znalazł inną ofiarę? Któż to może wiedzieć? Skarg nie było, tego dnia Wiedźma Wrona z lekko, aczkolwiek boleśnie, skręconą kostką ciagnięta przez Chochela wróciła do Chatki, nie docierając porankiem do Białego Domostwa…

… i światu znowu się nie udało. A może jednak nie? Któż to może wiedzieć, co prawdą, a co nie, co dobre, a co złe, co zapisane, a co wymazane… Serio? Cała ta niebiańskość za bardzo mąci nam w głowach! Przecież te haleczki musi podwiewać!!! Wiecie jak często baby potrafią sikać?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wołanie z oddali” – … kryminalnie mnie nie ujęło. Takie to poprawne, takie dziwnie sztampowe. Ot nic nowego. Nie mówię, że złe, ot cudny skandynawski kryminał spod wycinki. Spod planu, kolejnego kursu opłaconego przez zapobiegliwych rodziców… spod jakiejś miarki. Bo jest i Szwecja i nader pomieszany gliniarz, do tego stosunki społeczne, cała ta polityka, czyli to, co już właściwie było, a dokładniej to, co spotkać można w każdej tego typu książce.

Czy odradzam? Oj nie… jeśli pragniecie intrygującego śledztwa, jeżeli wciąż wciąga was codzienność, brutalność i nieczystość dotąd „świętej, cudnej” Skandynawii… jeżeli zwyczajnie podoba się wam ten schemat, to zapraszam. Bo to dobra powieść, chociaż niektórych może zniechęcić pewna powolność akcji, to jednak… dobra. Tym bardziej jeżeli wciąż nie macie dość owego odzierania Północy z mitów. A jeżeli już wprost ubóstwiacie bohaterów z problemami, to jest tutaj jeden dla was specjalnie…

Powieść potężna, drobiazgowa, majstersztyk problemów współczesności. Do tego powiązania chronologiczne, naprawdę można się zaczytać. To co prawda drugi tom cyklu, ale w tym przypadku można się skusić na akurat tę pozycję. Chociaż może lepiej zacząć od początku? Ech, no jak lubicie?!!!

Wyspa trochę się ochłodziła. Pozwoliła wszystkim nabrać trochę powietrza w płuca czy tam w chlorofile, w skrzela i inne szczątki dychające… Jakoś tak się udało. Przez dwa dni nieźle przechłodziło wszystkim portki. Ale gdy w końcu słońce wyszło zza chmur wielki żar jednak nie powrócił. Wieczory pozostały chłodne i chociaż poranek od razu wita nagrzanymi płytkami tarasu, to jednak… to jednak jakoś tak lepiej się myśli. Nachodzi człowieka Wielka Wyspowa Wena. Zdaje się, że każdemu chce się coś zrobić, pomalować, wyrzeźbić…

Byleby tylko pozostało po nas owo coś cudne i niezmienne, szalona pamiątka po zapomnianym istnieniu.

Turyścizny przybywa. Trzeba przyznać, że sezony to coś odświeżającego. Wymiana ludzi, ciągłe nowe twarze. Świat nagle daje możliwość bycia kimś innym, kimś całkiem niesamowitym, w sezonie możesz być tym komu się wszystko wybacza… turystą. Zagubionym, gapiącym się, kupującym pierdoły rozweselające na chwilę i nadmiernie opalonym. Takim, co to nie dba o to jak wygląda i wiecznie chodzi oszołomiony pięknem świata. Cykającym fotki, poszukującym toalety albo sklepu… Jest w tym owo dziwne wyzwolenie. W pewien sposób mimo wszystko możemy być na wakacjach przez kilka miesięcy. A przynajmniej bawić się w udawanie. W picie herbaty pod parasolem, wieczorne spacery, oglądanie ludzi i świata. Tego, co wciąż się zmienia i zmienia i zmienia… Po prostu oddychanie. Patrzenie. Zaskakująco jest to tak bardzo odświeżające. Pozwala odrzucić ową smutną codzienność innych…

Udawanie turysty pozwala popełniać błędy i nie wstydzić się za nie za nadto. W końcu na wakacjach wszystko może być wybaczone, wszystko jest w miarę dozwolone. Wszystko jakoś tak ot wydarzyć się może. Ale udawanie to też konsekwencje… chociaż w tym wypadku nie takie straszne. To raczej tylko czucie czegoś, na co nie można sobie pozwolić. Zresztą, przecież mieszkam w najpiękniejszym miejscu w moim świecie, po co mi inne wakacyjne miejsca. Mogę posiedzieć nad wodą i pogapić się na budujące gniazda łabędzie. Mogę posłuchać trelujących ptaków, albo posiedzieć w krzakach i podpatrywać bażanty. A obrodziły złociszcza w tym roku jak nie wiem co! Podobnie zresztą i zajęcza rodzina nieźle się rozprzestrzeniła. I fajnie! Dzicz żyje i ma się chyba nieźle! Aczkolwiek polujące drapieżniki też… To w końcu natura. Jedni się rodzą inni umierają, jedni jedzą, by inni byli zjedzeni. A jeszcze inni zaprzeczają podstawowym prawom…

… ludzie. Są szaleni i przerażający. Niestety wyjeżdżając na wakacje nie pozostawiają swoich religii i dziwnych norm etycznych w domu. Przynoszą je ze sobą. Domagają się swoich kościołów i nie jedzenia świnek, nie jedzenia krówek, albo ogólnie unikania mięska. Nie ubierania się w wełny i wyrzucenia miodu. A może wpieprzania ino surowizny… Co kraj to obyczaj, niestety wakacje sprawiają, że w pewnym sensie wszystkie światy gromadzą się u nas. Niestety próbują zmieniać to, co widzą, co czują, czego jednak nie rozumieją. Szkoda… o wiele łatwiej byłoby zwyczajnie otworzyć się i poznać, nie oceniać, nie tolerować, po prostu poznać nim otworzy się paszczę, by nauczać tzw. swojej, jedynej znanej mądrości…

… boję się innych światów.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dzień Niebowpierdnięcia… została wyłączona

Pan Tealight i Wietrznisty Kochanek…

„Stanęła Wiedźma Wrona Pożarta na skałach omszonych, na suchych i chwiejnych, nad swoim Miejscem Duszy, i załkała. Przyprowadzona tam przez Chowańca, który oczyswista zajął się swoją własną bułą z pomidorem i makiem, a nie jej wenętrznym skrywanym bólem, czuła się dziwnie opuszczona, samotna nie w tym wymiarze, w którym by chciała, a na dodatek… głodna. I strasznie spocona. Istotności jej własnej magii zdawały się przesączać poprzez gacie zielone, wersja maskująca tłuszczyk i gdyby zaszła potrzeba i dupsko w krzaczkach, poprzez spodenki czorne, co osiągnęły ostatnio dziwną długość, skarpeteczki bielutkie i adidaski ze zbyt dużymi sznurówkami. I długimi… zresztą i same butki miały rozmiar stumilowy. Przez koszulkę rozciągnietą i wszelkie inne wymiary okrywalności magicznej mniejszej. I ryczała tak Wiedźma Wrona porami wszelakimi skóy i oczami, aż ją on w końcu usłyszał i wysłuchał, wylazł z kąpieli z bąbelkami, odstawił filiżankę z herbatką, przegryzł ciasteczko, potem się otrząsnął, wytarł się i ogolił, założył wyjściowe wdzianko i…

… przybył.

Rozwiał się wzywany lamentem zbolałym… ów Wietrzny Kochanek Wiedźmy po Wyspie, całkiem zazdrosnej o jego względy dla tej niskiei i małej… znaczy mendy. Wiecie, nie mógł tak od razu ino dla niej wiać, te pozory trzeba zachować dla tych co słyszeć i patrzeć nie umieją, nie mógł tak tylko nad nią się unosić, ino ją smyrać. Ogólnie mówiąc sam się dziwił owemu zboczeniu i odczuwalnej na jej widok chcicy, ale nie mógł z tym walczyć, a może nawet, obrzydliwie się mu to podobało? Zawirował w końcu stęskniny i dziwnie zniecierpliwiony nad miasteczkiem, w porcie rozrzucił niewolników, coby Grzywaczom owłosienie cielesne strofowali, no i jemu samemu gitary nie zawracali, a i zwyczajnie co za wiele oczu do wydłubania i jęzorów do wyrwania, to roboty nadmiar… a sam przycupnął w swojej napiętej, twardej i potężnej, skorej do dawania, większej mierze nad Chatką Wiedźmy. Wcisnął się, jak to tylko on potrafi do środka, po cichu mocami swej potęgi niewidocznej sprawdził, czy Chowańca Wiedźmy już odprowadzono do pracy – bo fanów mu nie trzeba i tłumów nie uznaje – i wcisnął się pod ciężką, wciąż jeszcze osnutą snami kołdrę oblepiającą Wiedźmę…

A wtedy pod kołdrą zaroiło się od westchnień i wzruszeń, od niewypowiedzianych tęsknot i niewyśpiewanych serenad. Zebrały się tam wszelkie poemy i zwykłe rymowanki, wierszydeła i trele… Nagle w końcu miały gdzie wybrzmieć, wymienić się, wypluskać w czynach. Bo Wietrznisty Kochanek to nie pierwszy lepszy latawiec, to nie zwykła mara i powietrzne wzburzenie. To wszystko to, co jest snem, ale i nim nie jest, to co kocha, co oddaje wszystko, ale zdolne jest się też przekomarzać i stawać okoniem! A może flądrą, czy inną makrelą, no bynajmniej świeży jest, więc rybą nie trąca. I gorący gdy być trzeba, chłodny, gdy inaczej nie można. Zaopatruje wszelkie miejsca i wszelakie, nawet owe wymarłe języków alfabety…

Bo może wszystko, a co dziwniejsze, no chce mu się!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Tracato” – … podobno są co nie czytają. Znaczy nie czytają sag, bo czekać trzeba, bo historia rozwija się powoli, bo przywiązują się do jednego świata, jednych bohaterów. I może mają rację… bo ta opowieść jest jak życie, kolejne życie, które dostaje się na chwilę, na otwarcie okładki, na szmer stron. Na te kilka godzin w ciągu dnia, kiedy możemy brać udział w czymś innym… historii nie do końca swojej, ale też nie do końca obcej. Bo już kochamy tych bohaterów, już jakoś są częścią nas, więc…

… jeżeli nie chcecie innego życia, nie czytajcie.

Nasza główna bohaterka – Sasha gwałtownie zderzyła się z rzeczywistością tej części swojego świata, który uznawała w pewnym sensie za lepszy, może nawet i za doskonały. Niestety tworzą go zawsze ludzie, a tym nie można ufać do końca… nigdy. Na dodatek… kocha, a miłość zawsze wadzi sprawie. Tym razem udajemy się z naszymi bohaterami do Tracato, a wraz z nami… wojna.

Powieść jest niesamowita, znajomość poprzednich tomów wymagana. To potężna historia, splątane dzieje różnych osobowości, ras, wierzeń, nakazów i praw. Gmatwanina rozmaitych zasad etycznych. Tutaj każdy właściwie stanowi osobną historię, ale w obliczu wojny wszyscy stają obok siebie, ale nie wszyscy pragną tylko małych zwycięstw. Ambicje jednych będą krwawą zemstą dla innych… Do tego znakomity rozwój głównej bohaterki, która z silnej dziewczyny, przekształca się w krótkim czasie w dorosłą kobietę. Znającą już zbyt wiele, by z łatwością podejmować decyzje, by nie myśleć, spokojnie zasypiać. Zdaje się, iż kolejne „grzechy” innych przeciwko wyznawanym przez nią prawom, w pewien sposób niszczą jej specyficzną czystość. A przecież nie jest już od dawna dzieckiem… ale czyż każdy z nas nie pragnąłby by choć coś było stałe i niezmienne?

Nie można tak po prostu przeczytać trzeciego tomu sagi. Nie bez wkroczenia w nią, wsiąknięcia w strony… i bycia przez nie naznaczonym.

Wieje… aż się chce oddychać no.

Chociaż spoglądanie na dziwnie osowiałych, błąkających się po sklepach niedobitków z turyścizny, no odrobinkę tak śmieszy. Poowijali się w kurtki puchowe, czapki ponasuwali na nosy, dzielnie starają się jednak łazić, udawać, że zwiedzają, pożerać swoje lody i trzymać w garści torebeczki z cukierkami. Rozumiem ich… wygolasili się przez cały tydzień i teraz zwyczajnie w szoku są… ale te fale takie piękne! Zieloniuśkie takie i szmaragdowe i niebieskie i ultramaryna! Wielkie fale, cudnie chlastają po ryjku deszczem z ożywczych słonych kropelek. Zawijają się i zwijają. Niczym wielorybki tańcują lekko ociężale, by potem nagle wybić się do góry niczym delfinia baletnica.

Siedzę w porcie w Gudhjem sama. Wiatr raz w prawo, a raz w lewo mnie szarpie nie zwracając uwagi na kamienie, którymi wypchałam kieszenie. Oparta o ścianę fabryczki czekolady patrzę we wzburzoną dal. Patrzę jak czeszą się grzywacze, jak tapirują sobie grzywki, jak nagle grupka zwolenników koka łączy się w romantycznym wirze. Jak w końcu wszystko na ułamek chwili milknie, by zaraz powstać, jakby tylko zwyczajnie wymieniali zawodników, albo po prostu byli na szybkim siusiu…

A tutaj fala z kitkami. Wodorosty nadają się świetnie na kokardy, nie ma co… trzeba się zbierać, bo jakkolwiek stoję w tzw. bezpiecznej odległości, to wodność zdaje się napierać i przymilnie przybliżać, łasi się, a to nigdy nie jest bezpieczne.

Bo jest w morzu coś takiego co woła i kusi i chociaż na powierzchni, w znaczeniu pływania w łódkowym, wstydliwym wielkieczym, mnie strasznie zawsze mdli, ogólnie rzyga i cokolwiek sponiewiera… to pływanie, te fale uderzające, a pod nimi owa spokojna dziwnie toń rysująca na piasku nowe światy… korci mnie. Mogłabym tak wskoczyć, zanurkować i już nie wyłazić, skryta pod głazem. Bo jakoś pod powierzchnią i cieplej i lepiej, i spokojniej i jakoś tak dziwnie wszelako oczywiście. Może i tylko dla mnie, a może i nie? Bynajmniej jest Morze dookoła Wyspy niesamowite. Obecnie otoczone nader matczyno usposobionymi mewami i łabędziami, bo kaczki co jak co, ale tak przechodnia czy przepływani nie atakują…

Oj tak mewy i łabędzie obecnie w stanie wojny. Znaczy nie ze sobą, znaczy pewno ze sobą troszkę też, ale głównie chodzi o jaja. Bo jak się wysiaduje i włości pilnuje, to jakoś trudno być zarazem uprzejmym i poprawnym politycznie. A przynajmniej ptaki problemów takowych nie mają. Albo ja przeżyję, albo nażresz się ty. Powoli znowu włączają się im umiejętności gadania w różnych językach, a drapieżnemu spojrzeniu trudno się oprzeć i już konsument rzuca pogryzaną makrelę czy śledzia, fryteczki się mu sypią niczym Grzesiowi groch z dziurawego worka… Bo mewy to szczególnie nachalne być potrafią. To chyba przez te ich słoneczne dzioby… jakoś tak drszcz po plecach leci od razu i wszelako zostawiasz wyżywienie w mocy fruwających.

Ale póki jaja niezbyt wysiedziane, póty możesz turysto spokojnie Sol over Gudhjem przełknąć. Potem nie będzie już tak łatwo, o nie!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wietrznisty Kochanek… została wyłączona

Pan Tealight i Niemowlę…

„Od jakiegoś czasu coś leżało Wiedźmie Wronie Pożartej na wątrobie. Coś, dziwne i niedefiniowalne, ale już naznaczające przyszłość kopem w wiedźmią tożsamość, czasem nocą spędzało nie tylko sen z jej powiek, ale przede wszystkim nasączało otoczenie wyziewem – nie nie tym wyziewem! – dziwnego, tnącego, duszącego i skalpującego z przerażającą umiejętnością, radosność podejrzliwą, strachu… Miała nadzieję, że Panna Wiosna, jak to ma w zwyczaju, wkurzy ją ową swoją młodzieńczością, ową plastycznością, wszelaką nadpobudliwością… ale tak się nie stało. Za to nagle wrzące i duszące dni, wprost przeciwnie, skonfundowały ją. Nie była w stanie rozpostrzec stron, jakoś tak ich rozłożyć, nasączyć odchodzącą wiosną, jakoś tak zwyczajnie przyzwyczaić się na przyszłość… znaczy na lato i całą tą lepkość…

Chyba dlatego nie pomyślała o tym wszystkim. Jakoś nie wzięła pod uwagę, umknęło jej w krzaki, potem wiosna krzaki oliściła i gówno widać! Znaczy może nie tyle widać, ale cuchnie jak nie wiem co… nie żeby ludzkie, no nie, ale kot sąsiadów zwany Przekąska przez Chochela i pilnie reaktywowany przez Pana Tealighta, gdy tylko się zdarzy pisarskiemu chochlikowi zbłądzić, znaczy za każdym razem, łatany z części spiżarniowych i w ogóle… znaczy mu się pobłądzić… no po prostu jak zwykle zostawił prezent wyraziście i bardzo niechciany. Aromatyczny…

Dopiero kupsko, a potem nagły, rozdzierający ryk przypomniał Wiedźmie Wronie, że sąsiadów jej przybyło!!! W znajomą hałaśność, do której zdążyła jakoś, mniej lub bardziej boleśnie przywyknąć, wdarły sie nowe dźwięku. Potęgowane żarem i wietrzonymi Chatki oczami… I za jakie grzechy?!!! Nie wiedziała, ale świadoma po wszelkie czasy swojej nieustępliwie pobłąkalności, zwyczajnie… westchnęła.

I teraz, o zwyczajnie śpiących porach drze się jak opętany, wystawiany, widać, że serio wcale go w domu nie chcą, omiata wrzaskiem niebotycznym okolicę… Kurde młody gniewny, czy co? Kot z nerwów sra gdzie popadnie, Chochelowi gacie trzasnęły na półdupku, gdy przyłapał go wrzaskun na niecodziennych czynnościach… wszyscy chodzą podenerwowani. A o poranku, gdy dopiero każdy zasypia, gdy tak naprawdę najlepsze się śni… Niemowlę Cudzej Niechcianej Nieopieki i Rozpaczy otwiera paszczę i budzi… niczym kogut, którego chcesz zwyczajnie potraktować cegłówką. Bez współczucia, w amoku niewyspania, w owej sile prawa dżungli, które serio nawet nie notowało, że po pierwsze: NIE BUDZIĆ!!!

I nie budzi się dzieciątko w wiedźmim łonie, ale masakrastyczny łoczy roztwiera Wkurw Wielki Armagedoniczny… Ten sam, co nie obudził się na drące się worny, nie ocknął, gdy stado mew na dachu kankana ćwiczyło, gdy ponownie stadko wróbli w rynnach utkało sobie gniazda i młode dziwnie skołowane, w szybki Chatki bębniące na świat wypuściło… Nie, dopiero wrzask tego niemowlęcia, narzucony i niechciany, otworzył wrota jego ostatecznego przejścia…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Tonąca dziewczyna” – … są takie powieści, które w nas zostają. Pośród owych przeczytanych są i takie, które nas zmieniają, udowadniając iż mimo mijających lat wciąż jesteśmy zdolni do czegoś… więcej. W końcu są takie, których nie można połknąć na raz, ale wkraczając w opisany świat pozostawia się tam za każdym razem cząstkę siebie. Ową znaną, albo tą, której nigdy nie będzie nam dane już poznać. Są powieści, które bolą i targają naszą codziennością wymiany tlenu na CO2. Są też takie, które czytamy długo, z przerwami, dozując, jakbyśmy dostali na receptę skomplikowany antybiotyk…

Oto jedna z nich.

Tutaj nie ma głównej bohaterki, znaczy jest, ale tak naprawdę jest nią coś innego… oniryczność. Znaczy tam baśniowość wszelaka, przenikanie się czasów i przestrzeni, życie i nieżycie… To, co sprawia, że wszystko jest możliwe i nic nie jest. Zmienność i sprzeczności, miłość i nienawiść, pragnienie i otrzymanie…

Ale najważniejsze jest to, iż ile czytelników, tyle wersji tej książki!!! Tyle opowieści w opowieściach, mitów w legendach, poezji w pieśniach… Bo przecież każdy z nas jest inny i każdy widzi świat odrobinę inaczej.

Wszystko nagle wybuchło zielenią i się zrobiło letnio-letnio.

Czuję się cholernie oszukana, serio. Najchętniej pzakrzyknęłabym: wal się i wyłączyła ową wysoką temperaturę. Bo mi to wcale jakoś całkiem nie pasi. Bo mi jeszcze potrzeba wiatrów i deszczów, zawijasów mgły i przemoczeń, nawodnienia, nawilżenia i lekkich powiewów, które znowu nauczą mnie latać. Dobra, może tylko się unosić ze sznureczkim z tamponu zamotanym wokół Czereśni Strażniczki. W końcu jeszcze odlecę i co będzie? Reszta świata sobie nie poradzi z moja dziwacznością tak, jak jakoś znosi mnie chyba Wyspa? A może?

Chyba serio nadmiar ludzi działa mi na spokojność wstrętnie. A może tylko jakoś wokół mnie się ostatnio pałętają? Pierun ich wie, prawda jest taka, że Gudhjem pełne turyścizny, a jak człek się przejechał do Sandvig… to tam na ulicach pustki. Ja już nie wiem, czy to takowa wybiórczość przedsezonowa, czy co, ale fakt pozostaje faktem. Może i sezon z pwoodu braku zimy – co dało straszliwy amount spiderów dookoła i w środku – przywołał spragnionych większej ilości relaksu ludzi? Kto ich tam wie, jednakowoż u nas wciąż rurki gładą, lulki spawają i tańców ni swawoli na ulicach nie będzie!!!

To zaskakujące, jak nagle Wyspa ujawnia swoją codzienność nudnistą. Ową pełną kabli, ogrzewań, internetów i kupki do czystości spławiania. Dopiero co wielkie larum się podniosło, że gówienka w wodzie pływają… Ech widać ludziszcza nigdy własnej kupy w ręcach nie mieli, coby się no tak sromotnie obmylić? Żeby nie było, empirycznie Wiedźma Wrona Pożarta się przyznaje do babrania sie w kupach… i to nie tylko średniowiecznych! Owa cała głośność oczywista była wywołana durnym statkiem co sobie chyba ładownie przeczyścił, świntuch jeden no! Chociaż może miał sraczkę, czy się mu ulało, no nie wiadomo… ale coby gówno z olejem pomylić? Co ci ludzie jedzą? Albo raczej, czym oni srają?

I tak wielka klęska fekalików kąpanych umilkła. O nurku z Polski tyż już nikt nie wspomina. Jak więc przypadkiem zobaczycie unoszące się gdzieś ciało, albo ino kosteczki w modnym wdzianku, to nie krzyczcie, niech sobie bidok żyje w podwodności Wyspy. W końcu komu oceniać co się komu podoba? Komu bronić mieć własne zdanie i upodobania? Chociażby mało zrozumiałe?

Uprzejmie melduję też, że przetrwałam zawirownia nadmiaru cyklistów. Jakoś. Zwyczajnie gorąco było to nie wychodziłam. Jeszcze mnie najedzie taki, a we mnie łatwo trafić… dla 3 tysięcy koron durnie zginąć!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niemowlę… została wyłączona