Pan Tealight i Historia Chowańca…

„Historia Chowańca… jest długa, pokręcona, pełna tego, co Wiedźma Wrona Pożarta wiedziała od samego początku, a on do dzisiaj tak naprawdę nie wierzy w to, co się wydarzyło, że się wydarzyło i w ogóle!!! I chyba trzeba by zacząć od jakiegoś początku, ale pogrzebały go naleciałości i śmieci narzucone przez lata wzajemnych oddziaływań na siebie, oraz niedopowiedzenia… i rzeczy, które nie mogą zabrzmieć.

Ogólnie mówiąc, chodziło o księcia, a właściwie coś pomiędzy wojownikiem, w stylu Winnetou i Old Shurehanda, z domieszką Maradony – nie pytajcie dlaczego – i dziwnych innych, dla wielu nieidentyfikowalnych osobników. Tak sobie wymarzyła swojego chowańca, gdy jeszcze nie miała pojęcia o własnej magii… a właściwie miała, ale jej czysta intuicyjność, owo samodzianie się i seria niewyjaśnionych przypadków, nie mieściła się w jej wyuczonych definicjach. A może po prostu nie potrzebowałą wtedy określenia słownego na to czym była? Któż to może z nią wiedzieć… bynajmniej o NIM marzyła. Często potajemnie, sennie, dziwnie potliwie, dziwnie wielowarstwowo. Gdzieś pomiędzy Wikingami i władcami europejskich królestw zatrzymała się, okrzepła i doszła do pewnych wniosków… ale czas jak zwykle miał swoje zdanie!

W końcu nadszedł czas względnej, wyględnej samodzielności… i on się pojawił. Znaczy ponownie wszystko zaczęło się dziać jakby nie po myśli, a po wewnętrznym muskaniu we wstydliwych okolicach. Trzeba przyznać, iż o tym księgi do dziś wspominają całkiem skromnie i mało natarczywie. Bynajmniej Wiedźma Wrona zajęła się sobą, dziwnymi praktykami nekromanckimi, spaniem na prochach wykopanych i kościach przywołanych. Zabawiała się z siłami tych, którzy odeszli i całkowicie dała się opętać przeszłości… i była to serio nie jej wina, a tego, co w niej siedziało… Należy wspomnieć w tym miejscu, że wyrostka pozbyła się lat kilka temu, więc w tej ćwiartce podbrzusza nie działo się nic… mniej więcej niepokojącego! Nie były to też gazy! Wprost przeciwnie, jak już to niedożywienie. Nie oszukujmy się, ale marzenia w jej przypadku ZAWSZE eliminują uciechy żołądka! Więc… zwyczajnie i całkiem wstydliwie, skrywając wszystko to, co się z nią działo i oszczędzając na wszystkim po prostu o nim chyba nie myślała. A może myślała o nim jedna z nich… w końcu od zawsze było ich 3 w 1, co oznacza raczej cztery? Ech! Nie oszukujmy się, nekromancja nie wymaga wielkich równań…

A potem zdarzyło się coś!!! I to coś sprowadziło Chowańca na ziemię. I to na tą właściwą, w odpowiedni czas…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wierni wrogowie” – … od czasu wiedźmy chyba? Polubiłam ją po prostu… jakoś tak. I opisywaną krainę. Te postacie zawsze zadziorne, barwne, niepodporządkowujące się regułom. Każda z nich ma swoją historię i każda z tych historii stworzyła kogoś fascynującego… no i baby! Bo w końcu autorka jest kobietą, to wie, jak to z kobietami trudno być może… lub bywa! Zwyczajnie Ruda mnie sobie podporządkowała! I to z zaskakującą łatwością… a ten język!!!

A jednak po powieść związaną z tą bohaterką tylko światem, sięgałam z ową reklamową niepewnością… ot z lekkim łopotem serca, pewno tachykardia, czy coś? Arytmia jakaś, kto tam wie? Ale jednak się odważyłam. Chciałam chyba tego samego. Owej lekkiej opowieści, przygód nie do końca dla dzieci, z językiem swobodnym i cudownie niegrzecznym… i wiecie  co? Dostałam to!!! Dostałam bohaterów dziwnych, tajemniczych do końca, niejednoznacznych, po których można się wszystkiego spodziewać, ot wrogów, którzy na chwilę uzdrowili się nawzajem i postanowili poczekać na lepszy czas coby rozwiązać swoje zastarzałe, zadawnione winy, potknięcia i ogólne niechęci. I ją… przede wszystkim ją!!! Wilkołaczycę. Niesamowitą, dojrzałą, cyniczną i pokrętną. Pełną sekretów i zaskakujących umiejętności.

Jak łatwo się domyślić, z naszych bohaterów ufromuje się dziwna drużyna, której zima w oczy… oraz magia oczywiście! Bo świat ma problemy. A wiecie jak to mówią, że gdzie mag nie może, tam babę poślą… no to posłano!!! Ale kto przeżyje? I czy nie będzie z tego wojny? Albo czegoś gorszego? Wesela?

Fascynująca sceneria, cudowne postacie, bohaterowie doprawdy niespotykani… z nimi to po prostu niczego nie można być pewnym. Przygoty i oczywiście wszeakie rasy. Wiecie jak to jest… krasnoludy i elfy, trolle i wampiry, co tam jeszcze? Driady? Nimfy i kelpie? No i dziwni mieszkańcy małych wiosek…

Wciąga, fascynuje i karmi sny!!! Cudowna!

Gorąco…

… się smaży. Wyspa się smaży znaczy. Smaży się z prawa i z lewa, z góry i z dołu… wszystko ogólnie mówiąc zajęte jest dyszeniem, chuchaniem, dmuchaniem i sapaniem, topnieniem, rozmywaniem się, pluciem, smarczeniem, grzebaniem w uchu, do którego wleciała kropla potu i szalenie męczy… Nawet Miraż. Unosi się ledwo, ledwo, ledwo nad nad ścieżką rowerową, jakby spijał w desperacji przeraźliwie obrzydliwej wszelaką wilgoć po pedałujących, biegajacych i spacerujących. Trudno się mu jednak dziwić, czyż nie? W końcu serio gorąco!!! Radzi sobie koleś jak możne. W końcu to jego czas. Tworzy niskie obrazki, które można zobaczyć wyłącznie czołgając się, więc kto to tam je ogląda poza tymi, co wywiną orła, jaskółkę, albo oposa.

Gorąco…

Jako pierwsi smażą się już o świcie, bo w końcu wszelakie gorąco nie ma nawet przerwy na spanie, ci, co im pieski siusiu w sobie noszą. Znaczy no wiecie, trzeba przegonić gadzinkę. A jak już się założyło portki i buty, to lepiej i odwalić spacerek, czyż nie? W końcu podobno w południe będzie goręcej, czyż nie? Za nimi, od początku dysząc i mlaskając potliwymi połami skóry, bieżą biegacze. Klapią dość niemrawie, krok ich dziwnie chwiejny, niepewny, bez radości, bez ożywienia… ot biegną, ale jakby ino nogi się ruszały, jakby ich nie było w tych ciałach, surogaci… bo w końcu ich uzależnienie wzywa. Nie da sie inaczej. W powietrzu i Mirażowych obrazkach migają wypasione buciki, skarpetki w jasnych kolorach, porciaszki przylegające, oraz koszulki… co do tych ostatnich, to jak najbardziej jadowity kolor, tym lepiej!!!

Dyszy Wyspa.

Gdy już biegacze opuszczą ścieżki, wkraczają na nie rowerzyści.

No tym to chyba nikt nie powiedział, że w południe to słonko wali na dekiel. Plują zapamiętale dookoła, nie szukają cienia, skraplają się. Ich nadmierny ślinotok, powoli wycieńczający tkanki wyparowywuje w powietrzu… pocą się, jęczą, chrapliwy oddech przerywa ptasią ciszę. Nadmiernie używają dzwonka… biedny przechodzeń, całkowicie przypadkowy, z chęcią by im przywalił, ale nie ma siły. Słońce wypala wszelaką wolę ruchliwości. W każdym. Nawet w owym mały wróbelku, który postanowił sobie, nie wiem dlaczego bo przecież gorąco, wyłożyć sobie gniazdko futerkiem ubitej gadziny. Nie wiem czy to lis, czy kot, niewiele zostało, a przecież nie będę się babrać w owym dzikim DNA? Zresztą wróbelek zdaje się być serio zainteresowany pobraniem całej futrzanej zawartości padliny, coś ma w oczach takiego, że uciekam…

Serio, w tym upale wszystkie stworzenia, owe duże i małe, średnie, lekko wychudłe i te przytyte, stają się lekko nerwowe. Znaczy tam podenerwowane… wkurniczone ogólnie mówiąc bardziej niż zwyczajnie. Gdy rtęć nie rozsadza tutki na drewnianej podziałce. A rozszerzalność wszystkiego nie sprawia, że moje pierścionki wgryzają się w skórę na palcach. Bezczelność!!! Prawda… ciecz puchnie pod wpływem temperatury. Widać to gołym i okularnionym okiem!!! Zaparowanym, zasolonym,

Dziwne to wszystko, że człowiek się doprawia, gdy się poci. Taki posolony zdać by się mógł komuś, ludożercy, bardziej smaczny… ino ten zapach!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.