Pan Tealight i Latawica z Księżyca…

„Noc była zwyczajna.

No księżycowa znaczy się, trochę z chmurkami w niezbyt filuternych kształtach… nie żeby pełnia, nie przesadzajmy, zero nastroju wilkołaczo-mrocznego. Zero owej podobno wielkiej magii… jakby magia serio zwracała uwagę na takie rzeczy jak niebieskie ciała. Ech maluczcy wy! Wszystko się da wam wmówić. A najlepiej się Magia czuje gdy światła nie ma, bo jest kobietą i dobrze wie jak wychodzi na zdjęciach!!!

… więc było zwyczajnie. Nie żeby normalnie, bo tutaj trudno o jakąkolwiek powtarzalność pewną, by uznać ją za element normalności, ale jednak… większość była raczej niepowtarzalna i tyle. O czym to ja? A tak… była noc. Nadal była ta sama noc i ogólnie mówiąc nic się nie zmieniło. Nawet Księżyc wisiał na tej samej gałązce, na niższym stopniu Czereśni Strażniczki. Zwyczajnie… a jednak to właśnie tego dnia, a nie tej nocy… chociaż czy można być pewnym, a może to wszystko upozorowała? Może w rzeczywistości najpierw sprawdziła okolicę, a noc wybrała specjalnie? Hmmm, chyba nadto tych teorii spiskowych, ale takie czasy…

Zaczęło się wszystko od rumoru, stukotu i małego wybuchu… Nagle Białe Domostwo się zatrzęsło, nagle coś załomotało każdą dachówką, jakby uparcie starało się usprawnić swoje umiejętności w tańcu, a raczej łomotaniu w chodakach, podkutych i na dodatek jeszcze rozklekotanych i uzbrojonych w rozmaite, fałszujące dzwoneczki. Potem coś zaklekotało, rozległ się odgłos przetaczania tuszy wieprzowej, lekko już znoszonej po wielu krętych schodkach i w nowopowstałym otworze w kuchennym suficie, przebijając się przez pięterko… pojawiła się ruda, potargana, zdobna w jakiś wirujący wszystkim w nosach pyłek, na pewno jakieś GMO i halucynogeny, głowa.

Przez ułamek sekundy, ową magiczną chwilę zdolną się rozciągnąć w czasie i przestrzeni, chwilę, która mogła i trwać przez wieki, jak i zawinąć kota ogonem i tyle ją wszyscy widzieli… Wiecie, no tak wyłącznie według swojego, egoistycznie pokrętnego, całkowicie babskiego… widzimisię. Bynajmniej przez ową dziwnomierzalność każdy zobaczył coś/kogoś innego. Wiedźmy Z Pieca wredną uzurpatorkę, o której śniły w najgorszych koszmarach, Smok Z Komina nadpsute jajo podrzucone mu kiedyś w czasach szkolnych do teczki, Pan Tealight pradawną moc zaklętą w kamiennym otoczaku, której nikt nigdy i ogólnie wcale nie powinien był… dotykać, zobaczyć, doznać jej mocy… A Ojeblik – mała, ucięta główka, widziała tylko swoją grzywkę.

A potem w otwrtych drzwiach i przeciągu stanęła Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki i wrzasnęła przeraźliwie… i głowa zrobiła PYK…

…i już jej nie było.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Morderstwo Wron” – … ją kocham. Jakoś tak zwyczajnie, po babsku za babskość i za męskość. Za tą specyficzną filozofię uporządkowania różnic płciowości, za nie mieszanie, za cudowne wątki, za bohaterów i za tworzone światy… za owo wszystko możliwe!!! Za to, że każdy tutaj ma i duszę i ciało i serce, i po równi uznaje ważność wszystkich swoich części, a przecież mówimy o specyficznych bohaterach. Może i czasem wyglądają jak ludzie, ale…

Oto drugi tom serii INNI. Pięknej, tak po prostu, gdzie słowa: „bo cię zjem”, wcale nie są erotyczną, nadgorliwą odpowiedzią. Oto są zwierzęta, które potrafią udawać ludzi i ludzie, którym wydaje się, jak zwykle, że są władcami świata. Tego świata. Owej fantazji, mitów, ziemi podobnej do tego, po czym stąpamy, a jednak całkiem czegoś odmiennego. Gdzie ważne jest co i jak robisz i jak się do kogo odnosisz. Ale oczywiście nie jest to utopia, chociaż może w pewnym sensie mogłaby nią być?

Bohaterowie, których spotkaliśmy w pierwszym tomie mają problemy. Ale nie tylko je obserwujemy. Owa codzienność tej powieści otwiera się przed nami coraz bardziej. Coraz mocniej wydaje się nam, że przecież tak bardzo to wszystko mogłoby być możliwe… coraz bardziej wstyd nam za bycie ludźmi. Coraz łatwiej odnajdujemy swoje miejsce tam, w świecie stworzonym przez Anne. I nie chcemy zamykać książki. Nie chcemy wracać do znanej sobie codzienności.

Bohaterowie powoli się rozwijają, ich kontakty, problemy, wszystko miarowo rozwiera swoje płatki, ale wciąż jeszcze są tajemnice, wciąż jeszcze tyle niewiadomych, tyle wronich piór. Tyle głupoty ludzi… Naprawdę, jeżeli jeszcze nie spotkaliście książek Anne Bishop na swojej drodze, to nie wiem na co czekasz. Tym razem to nie durne young adult, wprost przeciwnie… tu ceni się dorosłość i dojrzałość.

Oglądam sobie ludzi. Są tacy rozmaici. Bo widzicie, gdy Wyspa zostaje tylko z tubylcami, to jakoś wszyscy są tacy… równi. Po prostu szaleni. Zakochani, jakoś tam omotani, chociaż część stara się o tym nie mówić, opętani Wyspą. Gdy rozpoczyna się sezon, szczególnie teraz w lipcu, gdy są wakacje, przybywają do nas rozmaici ludzie. W większości ogląda się ich słabo ubranych i to nie na plaży. Czego nei rozumiem, bo serio, ale na rowerku łatwo się spalić, gdy tak się jeździ, a wiaterek podwiewa… więc oni tak jeżdżą różni w swoich różnościach, albo biegają z nisko opuszczonymi gaciami i tak sobie myślę, że stoi to wszystko na głowie. Bez urazy, mnie uczono, że jak się lezie do miasta, to się zakłada koszulkę, ale wiecie, jam stara…

… spotkałam więc biegacza. Biegacza lekko spalonego, widać, że chyba dawno nie biegał, bo był raczej taki ruchliwy w wielu wymiarach, majtki miał na pół dupki, podciągnięte, jakoś tak skołtunione, zrolowane… i sorry, ale biust miał spory… i się on mu tak majtał i majtał i majtał. I serio, ale spróbujcie się nie gapić! Po prostu to przyciąga. Jakbym atawistycznie wspominała jakąś pradawność swojego własnego istnienia, gdy sorry, ale nie karmiono mnie cyckiem. Pewno dlatego taka jestem, wiecie ten brak matczynej miłości, niewykształcone uczucia macierzyńskie, pierdu pierdu pierdu!!! No i tak się gapiłam, na szczęście z cienia, wiecie skrycie, na ten biust. Bo gość dziwnie powoli biegł, jakoś tak skacząco, jakby chciał serio ów nadmiar wszelkiej nadmiarowości sobie przewietrzyć… w mieście przewietrzyć. Przewietrzyć i opalić? I te jego gacie zrulowane, ciągle pomniejszajace przestrzeń okrywaną…

… różni ludzie…

Gorąco się zrobiło.

A jednak kamieniste plaże, te które kocham najbardziej, bo ciekawe są, nie cieszą się popularnością. Oj taki masażyk z rzuconego przez fale głazu doprawdy potrafi nastawić człowieka optymistycznie, wam powiem… optymistycznie do pozostania w domu i sprawdzenia, czy łóżko nie czuje się samotnie. Ale jednak ta cała zieloność, owe złocenia na polach, te owoce jakże w tym roku pośpiesznie dążące do urodzajnej perfekcji… asz się zaczynam czuć winna projektów, na które jeszcze nie nadszedł czas, niedokończonych zaczętych, jakoś tak wiecie… na potem. W przyrodzie jakoś nie spowalniają. Prą do przodu, jakby coś wiedzieli. A może i wiedzą? Może ktoś powiedział zielonym, dziwnie włochatym teraz jabłuszkom, że we wrześniu to już będzie zima, więc czerienić się trzeba teraz, bo potem nic ni ma!? Maki tańczą w powiewach leniwego wiatru plącząc się z owłosionymi kłosami… zabawne są takie, ale i erotyczne. Makówki podzwaniają, bo się im grzechotać nie chce, zresztą wiecie, tutaj każdy może być każdym. Zmieniać się i zmieniać i zmieniać i dążyć do czegoś innego…

Ale jednak wszystko w końcu wraca jakoś do owej bezpiecznej pradawności. Często nawet dziwnie skrycie, z zawstydzoną miną, jakby nie było pewne, czy sąsiedzi nie zaczną się zaraz śmiać, czy nie zadzwonią do innych, a potem w sklepie całkiem obca osoba zapyta się, czy to ty jesteś tym gościem, co stał się dinozaurem? Bo ludzie uwielbiają zajmować się cudzym życiem, zbyt przerażeni wzięciem w karby własnego. Bo przecież jak tak będziesz naprawiał innych, to powiedzą, żeś taki dobry, ot kolejny jezusek, ot pomocna dłoń i nikt nie zrozumie biednej makówki, która nigdy nie widziała mamusi i tatusia zajętych naprawianiem chlebowatości kłosów.

Przybywają na Wyspę różni ludzie…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.