Pan Tealight i Bestia i Bestia…

„Właściwie nie wiadomo jak się to stało… chwila nieuwagi, a może umyślnego gapiostwa. Ot przecież łatwo patrzeć gdzieś indziej, gdy to co ma zniknąć jest tym, czego widzieć nie chcesz? Ale przecież jej pilnują, no zwykle… zresztą kto by tam pomyślał, że ktoś by mógł chcieć, że mógłby zapragnąć, być szalonym na tyle, albo raczej, zwyczajowo skrzywionym, umysłowo nieporadnym…

Wiedźma Wrona Pożarta porwana.

Nie żeby tęsknili, no może ktoś zauważył, ale… to chyba Pan Tealight? Oj tak, a jak on, to na pewno jego wina… o czym to rozmawiali? Jak w malignie przecież szary człowiek powtarza…

– Problem z tym, że ona nie może go gonić. No wiesz może i inni mają ten feminizm i równecudownienia, ale jednak jak ona ma w tej kiecy i z kłakami w koafiurze biec? No za kija w tej wieży siedzi i nie będzie jej podkasywała i biegła za owym rumakiem karym, czy innej tam mazi… Nie, ona musi czekać, a on… zawsze istenieje owa niepewność, że przecież skurczybyk jeden zbłądzić może, a te krasnali, wiesz… krasnali to Zuo i Demony, a one wiedzą jak drogę pomieszać, jak doświetlić, jak zwlec, jak okrutnie zmaoitać i doprowadzić jej księcia bajki do tej zimnej suchoty w szklanej trumience – aczkolwiek podobno mawiają, że to było pleksi, wiesz!!!? No i wiadomo, faceci tacy są i od razu do całowania! I od razu, choć w niej nic nie bije, choć ona zombie, on nekromanta, ona jednak dobrze podkolorowana pośmiertnie no i jest… pocałuje ją, nie dotrze do mnie, do wieży. Nie wierzy mi, żem w wieży. Wiecie, ja… No po prostu serio, miłość to rzecz nierówności, rozdwajających się końcówek i wypadających cebulek.

Nie rozumieli co mówił i dlaczego mówił, nie pojmowali tej róży wbitej kolcami w jego tors, oraz dziwną szczecinę, która nagle zamotała się w jego szarość. Bo jak to zrozumieć? Jak poskładać do kupy? Dopiero wieczorem, gdy się wybudził, a wraz z wybudzeniem w Białym Domostwie pojawiła się Wiedźma Wrona, lekko sponiewierana, lekko wytarmoszona, ale też dziwnie uradowana… zrozumieli. A raczej nie tyle zrozumieli, bo zrozumieć tego nie można, po prostu… zostali poinformowani. Echm, no dokładnie to zaszczekani, ale tam…

Okazało się, że tym razem Pan Tealight zabrał Wiedźmę Wronę Pożartą na spacer ku Zameczkowi. A raczej pałacykowej, slotetowej budowli, co to na Wewzgóku nad Gudhjem sobie stoi. Nie przewidzieli tego, że ci, co to go byli ostatnio nabyli, wprowadzili się już… a raczej ów tajemniczy ON się wprowadził. I gdy Wiedźma w pozycji na płaskacza cykała zdjęcia, po prostu postanowiło dorwać to, co jego. Z okrzykiem: Petunia non omlet! Otosz moja Pucheryja!!! rzucił się na gości i niewiele myśląc, ot DNA zadziałao, ćpnął mityczną różą, a to bardziej ku dziewoi podobne… zabrał! I ubawił się widać, bo choć ją w końcu wypuścił… to jednak podobno teraz idzie tam dobrowolnie i to całkowicie i magicznie… SAMA!!!

I co o tym ma myśleć Chowaniec Wiedźmy? Czyżby Bestia z bestią jednak się zeszła? A może… nie!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ostatni bohaterowie” – … tom III „Legend Świata Wynurzonego”. Zakończenie. Ból i cierpienie. Jeśli marzą się wam happy endy, przestańcie czytać, rzućcie to w kąt, wsadźcie do lodówki, zapomnijcie, po prostu uciekajcie, odejdźcie… Bo tutaj przecież nic nie może się skończyć dobrze, a nawet jeżeli, to dobrze dla kogo?

Nasi bohaterowie przeszli daleką drogę. Z marzeń pozostał tylko pył, ze wspomnień tylko ból i blizny. Nihal, Dubhe, Adhara, Amhal i tak wielu innych… jedni przeżyli, inni już dawno odeszli w zapomnienie. Krwawe żniwo wciąż trwa, a Elfy… cóż, nie są takie, jak się wam mogło wydawać. Bo przeznaczenia nie można uniknąć i w końcu przychodzi czas, gdy można zrobić tylko i wyłącznie jedno… chociażby nie wiem jak bolało… można po prostu tylko się poddać. Poddać przeznaczeniu.

Oto opowieść o walce. Opowieść piękna, fascynująca, pełna zaskakujących bohaterów i przestrzeni, które rozbudzają nasze zmysły. Ale to też opowieść bolesna, która… po prostu wiemy, nie będzie ową romantyczną bajką… a jednak do samego końca nosimy w sobie nadzieję. Dziwną i raniącą. Ową świadomość, iż możliwym jest, że ci, których pokochaliśmy, mogą nie przetrwać, a ci znienawidzeni wprost przeciwnie. Ale jest coś więcej, ów niesamowity świat, który też jest nagle częścią nas… i w pewnym momencie staje się najważniejszy. Jednak czy jesteście w stanie znieść największy ból, oddać wsyzstko, by go ocalić?

Ponownie typowa narracja Troisi, lekko rozstrzelona opowieść, w której z łatwością odnajdzie się trochę młodszy czytelnik. Piękne, smutne zakończenie i doprawdy grająca nie tylko na uczuciach i zmysłach historia!

Wieje w końcu.

W końcu wieje! I nawet popadowywuje sobie… może i od niechcenia, może i dziwnie nieregularnie, może i chcemy więcej… ale nie ma. Wieczory po raz pierwszy są takie, że daje się oddychać!!! A w morzu masa wszelakich traw, brunatnic i innych sałat. Ot koniec lata, na to wygląda, a jednak… a jednak liście wciąż tak zielone!!! Gdy słonko wyłazi, pot się nadal leje. A jednak może zaczynam mieć nadzieję na wszelaką, znajomą, wyspową chłodność? Oj pewno tak! Kto to wie? Na razie większość wpatruje się w chmury. Będzie padać, czy jednak nie… bo na tamtej stronie Wyspy to pada, a u nas nie!!! Jakoś tak nigdy nie ma jednakiej pogody w każdej części. Z tej bardziej grzeje z tamtej bardziej znowu wieje. Tutaj na skałach przypieka, a tam w dolince to myśli się tylko o grubych gaciach, które nawet zimą nie są w użyciu. Ot ma Wyspa to do siebie, że po prostu uwielbia babą być. Zmienną i nietuzinkową, dziwnie niejednolitą, co to jak tu ją pomacasz to się roześmieje, tutaj znowu pogilgasz, to troszkę popuści, ale tam to jej nie dotykaj, się nawet nie staraj, nie śmiej!!!

Wyspa ma swoje humory i swoje uroki. Jest teź oczywiście sobą, co oznacza totalną nieprzewidywalność, ale w większości do płucka przytul! Jak nie broisz, nic ci nie grozi, znaczy się w większości, no sami wiecie jak to jest! I wpatrując się w te jej pofałdowane przestworza, tutaj w środkowej części, jakoś tak się wie, że owa izolacja wyspowa, owo otulenie falami i poszumami, owa wietrzność w górze i zielonkawość niepewna dołem, te kryształy i skał filuterne wybarwienia… wszystko to jest piękne i niesamowite. Aż się samemu chce nagle coś w sobie poprawić. Ale nie na sztuczno, nic z tego, na sztuczno to nie, nie tutaj. Bo tu natura rządzi!

A natura ma to do siebie, że też jej nie przewidzisz, w karby nie wsadzisz, nie obramujesz i w ogóle… więc może? Albo nie… lepiej nie.

Siedzę na trawie i gdziekolwiek spojrzę jest Wyspa.

I są drzewa i krzaczki, są pewno w nich robale, a może i fajna jaszczurka, może jakieś coś wężowego, a może bażant i lis? Możliwe, że w uścisku śmeirtelny, albo podgladani przez zająca, który dziwuje się wszystkiemu temu, bo go wychowali na pacyfistę. I nie jada żywych. Znaczy poza tym wypadkiem, poza owym ekscesem… biegł, leciał, po prostu ponad trawami się przesuwał, gdy nagle ona stanęła mu na drodze! W powietrzu magiczie stanęła, nie poruszając oskrzydłami i wpakowała się mu do pyszczka. Ot gwałt kulinarny na wege-tującej futrzastej kulce. Oj i może to był jej sposób na inne życie, może chciała pozwiedzać zająca od środeczka, ale no… jemu się ugryzło, przełknęło i wiecie co dalej. Jak u wszystkich!!! I od tego czasu zajączek serio miał problemy z łebkiem, nawet chciał sobie zrobić uszną operację i z długich, pięknych słuchawek zrobić skrzydełka, tak na muszą pamiątkę, ale mamusia mu nie pozwoliła… więc teraz by zorzumieć swoją potworność zajączek ma jobla i podgląda liska. A lisek mu na to, że nic a nic mu to nie szkodzi i dalej się ekshibicjonować…

Wam mówię z tych gorących noc i wielkiej buły świecącej na niebie, to każdemu się przewala pod mniejszym lub większym czachy owłosieniem. Zwierzątka w końcu w takim miejscu muszą też być wyjątkowe. Nie tylko ludzie mają takie możliwości rozwoju… znaczy no wiecie „rozwoju”. Lubię jak tak Wyspa w końcu lekko się wycisza. Rzeczywiście to większość małoletnia generuje wielkie wrzaski, krzyki i głośności. Dorośli chyba serio wolą się wyciszyć… joga, zen, te sprawy, dietki, wodne uciechy i wszelakie słońca przygrzewania… Albo może ten dziwny zapach, niezbyt przetrawionego wina i innych bąbelków, powinien mnie naprowadzić na ścieżkę odpowiedniej myśli? Aj no, każdy robi co lubi, ważne coby nie mi w ogórdku. Bo w ogródku ja lubię moje własne, cudowne świeżości. Nie żebym sama je produkowała, no weźcie no!!! Chociaż mawiają, że na zewnątrz można, no taka konstrukcja! I wiadomo, więcej warzywek i owocków, a niedługo kukurydza dojrzeje…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bestia i Bestia… została wyłączona

Pan Tealight i Mitologia Wyspy – Ten Las…

„Nie istnieje niemożliwe… jest tylko nieodpowiedni czas, by owo niemożliwe stało się taką sobą zwykłą codziennością, by przewróciło z uśmiechem definicje, zmiażdżyło podcasem żółtego kaloszka poglądy, by stało się zwyczajnością… nudą i brakiem ułudy. A wszystko po to, by każdy mógł być możliwym i niemożliwym, codziennym i błahym, oraz owym magicznym i baśniowym…

Tak o sobie zawsze myślał Ten Las. Pierwotność pierwszości, pierwszość zapomnianości. Ten, który był, gdy nie było tych, którzy mogliby go zapamiętać. Owe odważne orzekornie korzenie pieszczące kamienie, które poszukując choćby drobinki ziemi, zwyczajnie aczkolwiek delikatnie i błagalnie ją od nich wymuszały. Wżerające się pomiędzy granity i inne skamieniałości, bo chciało być… bo wtedy nie było niemożliwości. A on miał siłę i pragnienie. Więc po prostu rósł. Rozgałęziające się przestrzenności dolnych leśnych pokładów, powoli wywołały istnienie i góry. Z korzeni nagle wypełzać zaczęły czubki drzew, a te, dość zaskoczone tym, że sie udało, postanowiły dosięgnąć nieba… bo dlaczego nie? A wzrastając, może i powoli, może i trochę dla współczesności nawet i ślamazarnie, wydłużały się i poszerzały. Jedne zaczęły się rozgałęziać, niczym bliźnięta z jednej matki, które nie chciały się rozstać, ale też nie były jednym i tym samym już… inne znowu parły samotnie, nie zważając na tych dookoła, jak najwyżej, jak najprościej. A i były też owe pieszałe pnie, które pragnęły najpierw poznać każdego i z każdym pogadać, poooglądać kamyczki i trawki, ale też i pogadać ze ściółką, a w koncu i popodglądać sąsiadów bliższych i nad podziw dalszych… te wyrastały zaskakująco przekornie pokręcone. Z fantazyjnymi pniami i dekoracyjnymi gałęziami sprawiały wrażenie magicznych pięter, na których… wszystkie powierzchnie były do wynajęcia.

Ale… poza drzewami, poza owymi listkami i igiełkami, poza owymi zielonowatościami i burościami, dziwnymi niebieskościami niektórych pni i słonecznością, albo ogniem żywic, poza pniami i korzeniami, gałązkami i strząsanymi z nich szyszkami… wzrastało w lesie coś jeszcze. Coś nie tylko niespotykanego i niemożliwego, coś nie tylko pierwszego i całkowicie nieoczekiwanego, ale przede wszystkim COŚ…

Owe Coś było sobie samemu nawet dziwnie nieznajome. Zaskakująco lekko przerażone, ale i podekscytowane w tym samym momencie. Wiedziało tylko jedno, że jest… a poza tym, że wszystko przed nim. Że to całe wzrastanie, owe pragnienia kolejnych sadzonek je nie tyle stowrzyły, co wybudziły i ukształtowały, więc im podziękował… Rozglądając się po owej kamienistej w większości wyspowości, po owych zaroślach różnorakich, dolinkach i wzgórkach, porośniętych toniach i tych dziwnie stroniących od pływających roślinek, po zabawnych kształtach i zaskakujących kolorach… nie było jeszcze gotowe, o nie. Dlatego przycupnęło w małej jaskini i postanowiło jeszcze trochę się przespać. No chwilkę zaledwie, oj może tylko eon, lub dwa…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Córka krwi” – … tom II „Legend Świata Wynurzonego”. Zwyczajność tej, która już wie, kim jest. Już wie czego oczekuje od niej świat, do czego stworzone zostało jej ciało, a jednak… wciąż się buntuje. Wciąż wierzy, gdzieś tam w zakamarkach swojej egzystencji, że może powiedzieć NIE.

Jednak, czy na pewno? Czy można się sprzeciwić własnemu przeznaczeniu? Czy można być człowiekiem, gdy zostaliśmy nie zrodzeni, ale stworzeni? Zlepieni…

Oto „koszmar frankensteina”. Nasza bohaterka, która już wie kim jest i czego się od niej oszukuje, staje na przeciwko swoich własnych uczuć, których przecież nie powinna w sobie mieć. Na przeciwko dziwnych wrażeń i myśli… z jakąś radością podjęłaby każdą drogę, która pomogłaby jej odrzucić jarzmo bohaterki? Jak bardzo chciałaby po rpsotu tylko kochać. Ale jak? Ona to dobro, on to zło. Ona musi zabić jego, by wszyscy inni mogli żyć. W tym nie ma sprawiedliwości… jest tylko ból. Jednak czy kreatura powinna odczuwać ból? A co z tym fizycznym uczuciem i strachem… może lepiek odejść?

Drugi tom trylogii. Tym razem opowieść skupia się na Adharze. Tym razem to ona mierzy się sama ze sobą. Wie wszystko, a jednak… wciąż się zmaga ze swoim nagłym, jakże sprzecznym ze wszystkim… człowieczeństwem! Troisi okrutnie traktuje swoich bohaterów. Nie pozwala im odpocząć odbiera zdolność decydowania o sobie, wszelką wolność i… jakiekolwiek przyjemności. Po prostu skzuje ich na egzystencję bohaterów, a ta okazuje się być tylko koszmarem. Tutaj nie czeka na nich wieniec i pamięć, podziękowania i parady… oni mają tylko wypełnić przeznaczenie.

Troisi przedstawia pasjonującą opowieść, zamkniętą w osobliwym świecie. Ale jakże inną. Dzięki specyficznej narracji i językowi bardziej pasującą dla młodszego odbiorcy, ale problemami intrygującą… prawie każdego. Czy być bohaterem, czy nie? Czy bycie narzędziem to nagroda sama w sobie? Czym jest człowieczeństwo, miłość, czym jest prawda… czyż z każdej strony nie wygląda ona inaczej?

Uciekam przed ludźmi… a oni, jakby na złość mi, jakby po prostu wiedzieli, że ja jestem na nie, postanawiają mnie nawrócić na kontakty. Zuo i Demony Wam powiem, ale nic to… bo przecież zawsze można poudawać, że jest się kimś innym? Prawda wcale nie jest czymś co wyzwala, oj nie, może i z prawdą łatwiej się dyszy, ale…

… ale nie wyzwala.

Na przystankach stoją rzędy wymyślnych walizek, walizeczek, toreb i wszelako innych modernych nosidełek. Przy nich lekko oszołomieni ich kolorowością i chcicą podróżowania, stoją sobie ich – walizek – ludzie. Każda z nich ma chociaż jednego, chociaż nie, kłamię, odwrotnie, bo przecież jak się przypatrzeć, to czasem kilka walizek musi się dzielić jednym dwunogiem. Hmmm… ciekawe dlaczego? Czyżby wielożeństwo? A może sekta, lub zakon?

Czuję na sobie ich zaciekawione spojrzenia, jakbym była jedynym pieskiem bez smyczy, jedynym wolnym, nie zniewolonym, który przecież nie może się tak pałętać dookoła nieokablowany!!! Toż to zgroza, prawa są inne, religie i dekalogi zadecydowały za mnie!!! Więc nie ma ucieczki!!! Dajcie jej walizkę, niech nie chodzi tak bez niczego, zgubi się jeszcze, myśleć nie będzie, podróżować nie będzie, miejsc zmieniać, jęczeć, że wakacji koniec, że praca znowu… a to takie przyjemne, takie to jest miłe. Spoglądać na nas powinien wspominając miłe chwile, owej wolności na plaży, wstawania późno i wszelkiej kulinarnej depseracji… by czekał na coś, by tęsknił i kwilił nocami, że jeszcze tak długo do kolejnego urlopu. Tylko by to trzymało go przy życiu… oto jest walizkowy terror, oto jest owo smutne zniewolenie!!!

Uciekam przed goniącymi mnie walizkami z krzykiem i przerażeniem podążającymi za mną i przede mną. Nie chcemy wyjeżdżać, my mamy wakacje wiekuiste, to nic, że tylko na papierze i w marzeniach, to nic!!! Ale my mieszkamy tutaj, nie chcemy podróżować, mamy morskie choroby i ogólne mdłości, mamy też i lęki przestrzenne i latać się straszliwie boimy, a już do tunelu, to nigdy, ale to nigdy nigdy przenigdy się nie damy zagonić!!! Oj nie, my tutaj zostajemy!!!

Pakują się spocone walizki do autobusu i odjeżdżają ze swoimi ludźmi. Nie płacą za bilet, dumne ze swoich osiągnięć, ale i lekko wkurzone, widzę jak zgrzytają zamkami, że jednak nie ułapiły mnie, nie wmówiły, że szczęśliwym można być tylko w owym zieleńszym Gdzieindzieju. Gdzie podobno wszystko słodsze… A wiecie co, mi to się dziś raczej słonego i kwaśnego chce, więc… nawet nie sorry!!!

Pierwsza część sezonu się zakończyła. Od dziś dzieci do szkoły!!! Oj przyznam się Wam, że czuję niewyobrażalną ulgę w słowach: a ja nie muszę. Chyba coś jakoś tak szkoła mi się dobrze nie kojarzy. A myślałam zawsze, że jak uczyć się lubiłam, to powinno być inaczej… ale szkoła i uczenie nie zawsze mają ze sobą po drodze.

Ja zostaję w dziczy. Ptaszków znowu będę słuchać, ich kąpiele wrednie podglądać, polować z aparatem na jeże w żywopłocie i zwyczajnie po prostu być. Może i nie mam wakacji, może i wciąż ino jakieś zajęcie, ale… ja tam nie lubię leżeć i ciemnieć. Jakoś mi tak z tym nie po drodze. Jakoś mi z tym tak nazbyt ciepło. Ja wolę łazić, grzebać, przebierać i zaglądać. Wolę słuchać i wąchać… Wyspę. Siąść pod skałami i wciąż pozostając pod dziwnym wrażeniem ich potęgi, wielkości i dziwnego gigantyzmu – albo własnej mrówczości = po prostu je podziwiać. Wgapić się w każdy kryształek, rozpoznać odbicia z przeszłości, pomacać każde dziwne zagłębienie, wtulić się w ową magiczną różnobarwność. Po prostu nie tylko patrzeć, ale i widzieć. Nawąchać się cuchnących wodorostów, protestujących przeciwko wrzącej pogodzie i wietrznym opieszałościom, a potem znowu wleźć w ową lekko zatkaną dziurę pod modlitewną naskalnością i poczuć coś z przeszłości. Coś tak prostego, ale nie naiwnego, coś tak czystego, ale jednak nie zwyczajnego… coś, co już tak dawno stąd podobno odeszło…

… a potem, aj może i załapać się jeszcze na jedną morską kąpiel? Może się uda w mglistej nicości wszelkich vanmandów i bez smrodka rozkładającej się morskiej polnej uprawności…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mitologia Wyspy – Ten Las… została wyłączona

Pan Tealight i Wybór Główki NieZofii…

„Decyzje, decyzje, decyzje…

… wybory, rozterki, nóżki podkładania, po prostu dziwne skrzywienia, odliczanie na palcach, rzucanie monetą, owce wieczorną porą, a może i szkieleciki przez płotki skaczące, rzepki gubiące. Jak tutaj wybrać, choć się nie jest osiołkiem, chociaż ani owies, ani siano przeznaczeniem małej, uciętej główki nie jest?

No jak?

Ojeblik – mała, ucięta główka, miała dylemat. Znaczy ogólnie jej życie składało się z wielu dylematów, co to miały ciągoty do urastania do niewymownych rozmiarów, pokonywania barier, uciekania, pozwalania by o nich zapomnieć, a potem znowu powracania, wyskakiwania nagle zza zaułka i pokazywania swoich wielkich, kutych w krasnoludzkich podziemnych kuźniach zębisków i pytania: JAK LECI!? Odziane w dziwnie wkurniczające garnitury, tchnące nad podziw łatwo wydanym szmalem, wielkim szmalem, nie tylko doprowadzały do bolesnego zawału serca, nie tylko stymulowały hiperwentylację, albo po prostu odcinały dopływ powietrza z podejrzanym uśmiechem… ech! no co się tam martwimy, w końcu zawał główce nie grozi, czyż nie?

Kurcze? Znaczy się ona nie ma serca?

Ale przecież kochała. Kochała ponownie i namiętnie. Kochała znowu, a raczej jak zwykle kogoś jeszcze… bo jej kolekcja kochanków i osób zwyczajnie pociagających, ukochanych i ulubionych, rodziny prawdziwej mniej lub bardziej i tych z krwi, no i tych spomiędzy krwinek… było tego wiele. Ale ten, uważała, że ten jest inny, że może i jedyny z tych, których kocha się… TAK! Inaczej, mocniej, na zawsze, do końca, po żmierci pierwszą, druga i ostatnią…

Wiedźma Wrona Pożarta, która wraz z Panem Tealightem spoglądała na przycupniętą małą, uciętą główkę… tam w korycie wymęczonej suszą rzeczki… smutniała dziwnie. Mocniej, na szaro i zielono. Rozumiała i nie rozumiała tego. Od zawsze owa fantazyjna osobowość zamknięta w główce bez szyjki i innych elementów jej całkiem zbędnych, zadziwiała ją. Nie tylko ową kobiecością i barwnością, nie tylko dziwnością i odwagą, ale przede wszystkim osobowością, która pragnęła być tylko i wyłącznie sobą. Bo jak najbardziej jej to odpowiadało. A teraz… wisząc w owym smętnym etapie stanu zakochania, Ojeblik była… zagadką.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Przeznaczenie Adhary” – … niesamowite. A jednak… nie to! Nie wiem dlaczego, ale jednak nie to. Coś w pisaniu trzeszczy, coś mnie odpycha, a przecież sama historia kręci. Bohaterowie są jacyś, rozbudowani we wszelkie strony, barwni i wygadani, nietuzinkowi… no może nie wszyscy, ale jednak. No i to ciągłe pytanie, czy jeśli to przeznaczenie, to ja serio muszę?

„Legendy Świata Wynurzonego” tom pierwszy… opowieść o dziewczynie-kobiecie. Niezrodzonej, a stworzonej. O tej, która miała być tylko kreaturą, maszyną i ceną… a okazała się być… człowiekiem. O świecie w nagłym obliczu swego końca, o chorobie i klątwie, o planach i przestrogach i o miłości, bo w końcu jak możnaby inaczej opowiedzieć o ludziach? I oczywiście o rasach wszelakich, o pięknej różności i o odpowiedzialności. O dzielnej młodości i cierpliwiej starości… o przemijaniu.

Troisi serwuje nam piękną powieść. Zróżnicowaną, biegnącą różnymi drogami, zahaczającą o rozmaite postacie, by w końcu spotkać się w jednym miejscu. Bo przecież i źli i dobrzy pragną tego spotkania. O prawdzie i kłamstwie, ale też i o różnych stronach owej „prawdy”. O tajemnicach przeszłości, które naznaczają przyszłość bliznami… o przemijaniu i walce.

To opowieść pełna, fantastyczna. Mamy tutaj i rozmaite rasy i historię, która wyznacza ścieżki przyszłości. Ale też sposób pisania sprawia, że nie każdemu może się ona spodobać. Pewna nieskomplikowaność słów, dziwna ulotność, owo nieprzesadne epatowanie obrazami sprawia, że książka może być bardziej odpowiednia dla młodszego odbiorcy, że może znudzić tych, którzy oczekują lotnej epickości. Ale może czasem warto się trochę przełamać… bo tutaj nic nie jest takie, znajome do końca. Nic nie jest oczywiste tak naprawdę… to baśń, która nie kończy się dobrze…

… bo z baśniami to chyba już tak jest…

Grzmi.

Znaczy nie żeby jakoś strasznie, wciąż jeszcze mam odwagę by przejść koło okna, wciąż jeszcze włączony komputer i świeży powiew zza szybki… a jednak grzmi, więc coś się we mnie przewala, jak tam ponad chmurami. Bo w końcu nic chmurek nie rozrywa, nic nie zakłóca owego fioletowego błękitu poza ptasimy trelami, które to serio mają gdzieś, czy ja się burzy boję, czy nie? Takie nieczułe są… a może jednak powinnam się od nich uczyć zdrowego egoizmu? Bo jak sam się nie poczeszesz i nie przytulisz, no to kto cię pomuka tak, jak ty tego chcesz i jak lubisz. Nie no, wcale nie narzekam, mam tego kogoś, ale przecież nie da się przylepić tego kogoś do siebie tak na każdą chwilę dnia i nocy. No przeca ja lubię swoją prywatność czasem… w kibelku na przykład, albo zwyczajnie tak pośród głuszy, coby siebie posłuchać, a nie czegoś innego.

Życie sumowując wdzięcznie, dzieli się na to przed, w trakcie i po burzy!

Ale wiecie jak po burzy pachnie powietrze i zielonkowość wilgotna? Jak cudnie połyskują owe diamenciki tymczasowe na odświeżonych listeczkach? Może i sąsiadka znowu robi za Miss Mokrego podSzlafroczka, ale przecież i cóż w tym złego. A niech se kobieta poszaleje! W każdym wieku szaleństwo dostępne i zalecane. Zresztą owe współczesne czasy mają takie fajne pigułeczki od wszystkiego, że żal nie spróbować tak po prostu, no żal i pupcię uciska i w to mi graj cyganie!!!

No to grzmi. Grzmi sporadycznie, nieciągle, dziwnie leniwie… a ja sterczę w drzwiach jak ta Żona Lota i się zastanawiam, czy popłynę, czy nie? Czy spróbować tańczyć z piorunkami, czy jednak z powrotem pod stół się schować? Ech!!! Owe rozterki dnia codziennego, nie ma nic ponad was, ni dobrego ni złego, bo perły kamienie, a i wiek… ekhm niemłody, a i kurna brak urody, a miejsca czekają!!!

Ogólnikując… my to burzów nie mamy. Albo mamy, ale rzadkości w sporadyczności i wszelkie tam ino troszki! Coś się przewali, coś tam gdzieś jakby w kulki grało, albo w końcu upuściło tą całą układankę z gwoździ, która tworzyło przez wieki i teraz łka, a łzy zmieniają się w granitowe kropelki, i znowu grzmoty. A może po prostu to nie grzmoty, a tylko jakieś dziwne porządkowania w niebie. Po tych innych burzach, innych tornadach i wszelako innych huraganach? Bo takiej zwykłej burzy to tutaj jeszcze nie widziałam. Były wietrzności, były ostrzeliwania – no jak taka seria z kałacha, tudzież bombki jakieś ćwiczebnie latają, to serio można się posikać ze strachu – ale grzmotów i błyskawic straszliwych… chyba nie. I wiecie co, nie pcham się do tego, coby doznać owej burzliwej wyspowatości. Oj nie… ja się boję burzy!

Za to owa cichotność powietrza trochę bardzo męczy. Bardziej chyba niż ta kosmiczna letnia upalność. Dziwacznie, ale też i nadzwyczaj, zaskakująco może i bardzo szybko, Wyspa przyzwyczaiła mnie do wiatrów. Do małych podmuchów, co to sprawiają, że jak kucasz i sikasz w kszaczkach, to wiesz co cię osusza po pośladkach. Owych podwiewów i powiań, które bawią się z praniem, częściami naludzkimi garderoby oraz innymi lotnymi sprawami. Do większych, tańczących z konarami wiań, które potrafią wygrać na wszystkim zaskakujące melodie. I do owych wichur… co to sprawiają, że lepiej nie wychodzić, że auta na zakrętach stają na dwóch kołach, że porywają się wszelkie ciężkości i z okrzykiem: ja latam!!!, rezygnują z ziemi… na jakiś czas. I do wyziewów. Owych stanów pogodowych, co nagle nie tyle bawią się tobą, a biorą, przyciskają cię niewidzialną piąchą do ziemi i po prostu nie pozwalają się ruszyć. Wtedy nagle wszystko co na zewnątrz chce do środka, a środek, chce do innego środka, no i jakoś tak wszyscy się do wszystkich tulą. Łącznie z drzwiami, które piszcząc nie chcą już na to wszystko patrzeć…

Wyspa! Ma swoje grzmiąco-wietrzne uroki, co nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wybór Główki NieZofii… została wyłączona

Pan Tealight i Trzech Małozwykłych Ślepców…

„Wyspa posiada gołe miejsca. Ekscentrycznie, flirtująco niezakrywane… jakby chciała przypomnieć innym, że tylko odziewanie określa nagość, że tylko skrywanie przeraża ukryciem. Gdzie tak naprawdę, mimo owej widoczności, mimo całego ekshibicjonizmu niskich trawek i pojedynczych, dziwnie rzadkich krzewinek… wszystko wciąż jest ukryte. Na owych, najczęściej sięgających ku słońcu pagórkach i wzgórzach, pokryte porostami i mchami, oznaczone magicznymi kółkami dziwnie barwnych roślinek, kryją się tajemnice wszechświata. Ale kogo to tam obchodzi, czyż nie?

No kogo?

Chyba tylko ich. Nagich, a jednak dziwnie aseksualnych starców. Zwyczajnych, zaskakujących wyłącznie w owej nagości, w tych dziwnych porostach znaczących ich skrórę, w owych suchościach dotyku i oczach idealnie błękitnych, w których nie ma rozróżnienia pomiędzy białkiem a tęczówką. Zwykle siedzą pod krępą jabłonką czekając na turystów. Najczęściej dziwnie niewidoczni, najczęściej niezauważani, po prostu siedzą i wdychają szepczące historie. Nie obchodzą ich sami ludzie, ani to jak wyglądają, ani skąd są, ale zdarzenia, które ze sobą ciągną, owe duchy, które przyczepiły się do nich i postanowiły popodróżować. Owe opowieści, które wystukują ich stopy, te historie przyczepione do palców i uszów, te zamotane wokół kończyn anegdoty i dziwne, maleńkie nowelki u pasa. Te erotyki w obszarach wszelakich, owe wstydliwości i demony przedmiotów i przestrzeni. Trzech Małozwykłych Ślepców spędza czas siedząc i wdychając historie, które sami do nich przynosicie… ale nocą, nagle dziwnie widzący, nagle ożywienia wstają i niewielkimi, kamiennymi ostrzami ryją w granitowych powierzchniach kształty łodzi. Ryją koła i krzyże, odciski swoich dłoni, wspomnienie stóp, które mimo zakazu oparły się na jasnych kryształkach kamieni… wynajdują zakłopotane pośród traw, odkryte i zakryte, twarde przestrzenie i znaczą je okręgami. Jedne wyglądają jak łodzie, niektóre z podróżnikami, inne znowu niczym ciągnące na sobie dziwne posągi, może olbrzymy, może i trolle, może baśniowe armagedony… jakby serio grali w statki, albo prowadzili rejestrację portów? Inne znowu są niczym kropla, która rozpędza kółka na wodzie… niczym niepokój nagle burzący spokojność.

Wpatrują się nagle widzącymi oczami w niebo i szukają tam tajemnic, ale nie widząc ich ponownie przysiadają, teraz na skałach i wsłuchują się w sny… bo tak naprawdę właśnie w snach otwierają się dusze. Tylko tutaj nikt nie jest w stanie skłamać, nikt nie jest w stanie udawać, chociaż przybierają pozorne kształty, chociaż zdaje się im, iż są kimś w końcu innym, kimś wymarzonym, to jednak… nie kłamią.

Bo wyobraźnia, to element prawdziwości osoby…

A gdy nadchodzi znowu dzień, w lecie jakże zbyt szybko wszystko robi się okrutnie jawne, a dzięki temu dziwnie i kłamliwe dla nich, więc wracają pod swoją jabłonkę i obierajac z rosy małe, kwaśne owoce, zaspokajają swój niewielki głód… a potem hostoria się znowu toczy, bo jak już puścisz jej kółeczko, to co ma robić prawdziwie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kobiety Wojny Dwu Róż” – … kocham. Philippa Gregory przywróciła mi wiarę w pisanie nie tylko zgodnie z wiedzą, faktami, historią, ale przede wszystkim fantazją, która jednak opiera się wyłącznie… na kobiecości. Tym razem otrzymujemy tom, w którym kreśli biografie trzech dam, bohaterek jej ostatnich powieści. Jakobiny, Elżbiety i Małgorzaty… A dokładniej… opowiada nam, dlaczego dotąd nie powstały pieśni opiewające te silne kobiety? Opowiada nam o przeszłości, o wyobraźni i faktach historycznych, tłumaczy dlaczego i jak udało się jej dopaść najdrobiniejsze szczegóły tak zapomnianego życia… odkrywa przed nami cudowną opowieść o swoich, jakże pasjonujących poszukiwaniach, a potem zaprasza do trzech obrazów skreślonych z pomocą Davida Baldwina i Michaela Jonesa.

Ten tom, to poza obszernym wstępem i cudownymi bibliografiami, trzy eseje poświęcone niesamowitym bohaterkom tomów: „Władczyni rzek”, „Biała królowa” i „Biała księżniczka”. Trzy eseje nie tyle dzielące się z nami wiedzą, często wyciskaną gdzieś spomiędzy akapitów, ale przede wszystkim przynoszącym nam, często po raz pierwszy, prawdziwy obraz kobiet tamtych czasów. Modlących się, rodzących, a jednak i wciąż pozostających w granicach baśni. Często nie kochających i nie kochanych. Znienawidzonych, ale jednak prących do przodu, ku swojej wizji, ku dobru własnych dzieci. Przerażonych, zawsze niepewnych kolejnego dnia… przesyconych dziwnymi ekstremami tamtych czasów: religią i magią!

Fascynujące opowieści. Czyta się nie tyle jak podręcznik, co raczej słucha jak gawędy, albo najświeższych ploteczek!

Zmienności…

… cała Wyspa na nie choruje. Właściwie nie da się nie tylko wejść dwa razy do tej samej wody, ale dotknąć podeszwą tej samej ścieżki, czy w górze zobaczyć te same kształty chmur… znaczy się oto zaczyna się Duńskie Lato. Czyli w ogólnym zarysie czas, w którym możesz być pewny ino niczego. Przewidywane są: słońce i chmury, deszczu trochę i nieeszczu, powiewu i niewiewu… Serio czasem mi się zdaje, że wymyślił ową definicję sprytny synoptyk, co to już tak wiele razy podał złą prognozę, że po prostu postanowił jakoś kryć swoje plecki! I tak mu wyszło: all included zwane Duńskim Latem. Nie żebym jęczała… jak dla mnie to całkiem fajna pogoda. Chłodniej, nawet da się czasem odetchnąć, a wejście w morskie tonie nie działa paraliżująco. I już człek się nie poci tak, jak hipopotam w solarium, po dobrej kopie chilli con carne.

Tylko… że właściwie to nie wiadomo co założyć. W cieniu podwiewa, poza cieniem grzeje. Ot nie dogodzisz człowiekowi nic a nic. A może zwyczajnie jesieni się mi chce? Takiej barwnej i cudnej, zachwycającej kolorami. Takiej szeleszczącej przepięknie, zniewalająco szorstkiej, a jednak i miękkiej… jak uśmiech starszej pani, która widząc zakochaną parę przypomina sobie swoją pierwszą miłość i gąstwina zmarszczek nagle znika. I znowu jest tą dziewczyną, co upuściła butelkę mleka, rozbiła sobie kolano, a on akurat przejeżdżał na rowerze marki Ukraina i po prostu przystanął. I wyciągnął chusteczkę, lekko postrzępioną, w krateczkę drobną, z cudownie niebieskawym odcieniem po bokach. I po prostu się tak zwyczajnie uśmiechnął.

Powiedział, że przecież nic się nie stało…

Życie składa się z tak wielu momentów… większość z nich to przemieszanie z przeplątaniem. Takie wiecie, Duńskie Lato. Człowiekowi się wydaje, że oto było coś, co na pewno oznaczy jako: nacudowniejszy moment życia, a potem to coś mija i pojawia się coś nowego i… dopiero czas tak naprawdę jest godzien nadawać momentowm wymiar: naj naj naj. Bo jeżeli przyjmiemy, że to teraz jest najlepsze, najpiękniejsze i najcudowniejsze, no to kurde po co dalej żyć, przecież owo NAJ właśnie przeszło. Skończyło się i już nie ma, i już serio nie będzie, a wspominanie tego tylko otwiera jakąś dziwną ranę, o której nie mieliśmy pojęcia, którj nigdy nam nikt nie opatrzył, nie zabandażował, nie podmuchał, na nowo i nic już nie jest piękne i cudowne.

Nic nie jest warte noszenia w sobie na zawsze.

Wyspa ma to do siebie, że smakami i zapachami, kształtami kolorami w jakis sposób segreguje owe momenty. Potrafi dokładnie przetrząsnąć przeszłość i nagle dojść do wniosku, że nie był tam nic NAJ! Że wprost przeciwnie, na owe wszelkie i zmienne, owe przyciężkie i dziwnie cierpkie miejscami NAJe to trzeba jeszcze poczekać. I wiecie co… to tak jak z tą jesienią. Dobrze jest mieć na co czekać. Może to owa pokręcona, nowa nisza Panny Nadziei? Któż to może wiedzieć? Jedno jest pewne… wspomnienia, to nie zawsze jakaś prawdziwość. One też mają w sobie coś z Duńskiego Lata. Ową zmienność, patynę, którą obrastają przez wieki… Coś, niegdyś całkiem zwyczajne teraz jest dla nas cudem, coś co było cudem, po latach odarte zostaje z aureolki… ot postrzeganie człowieka zmienne jest, a Wujcio Czas? Cóż, ten to dopiero jest powalony…

… a może i nieistniejący?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Trzech Małozwykłych Ślepców… została wyłączona

Pan Tealight i Skup Połowic Niechcianych…

„– Kurde, a mówiłeś, że, no że nie oddasz jej? No tak się zarzekałeś, że nigdy, że ona taka inna, że jedyna i tak dalej, że się nie zmieni na całkie nigdy, że to miłość i inne używki w niej, a teraz widzę ciebie tutaj?
– Wiesz… promocja była!!! A baby, no toć one są wszędzie…

Aji i była promocja.

Promocja, jakiej nigdy naprawdę nie było. W ramach Dożywiania Gatunków Zagrożonych, Stowarzyszenia Małych Osadników Koszernych, jak widniało na reklamujących Skup Połowic Niechcianych plakatach i ulotkach, można było po prostu bez gadania i tłumaczenia się, bez łez i drapanych ran czy blizn… zwyczajnie oddać żonę, a w zamian dostać coś innego. Coś do domu, coś miłego, coś na ścianę, ale i coś do lodówki, wszystko co trzeba było zrobić, to dorwać żonę, związać ją i oszołomić, naćpać czymś, następnie dostarczyć do wskazanego namiociku, pobrać bilecik/kwit/dowód, a potem cieszyć się innym przedmiotem w zamian… Nie martwić się codziennością z nią w kuchni, albo łazience. Z nią obok, tak blisko, jęczącą, z nią malującą paznokcie, albo mającą znowu humory. Z nią po prostu, bo przecież żonę ma każdy, taki oto jest losu bieg, taka jego kolej, ot przystanek, na którym każdy się zatrzymuje…

Żona.

I po co komu taka nożna kula? Tosz z młodej podfruwajki zrobi się worek kości z tłuszczykiem, obwisły, kłapiący, zgorzkniały, więc po co? Przecież sam też taki będę, zgorzkniały, kłapiący sztuczną szczęką z przeceny o numer za małą, w butach, o których nikt nie powie, że dodają mi animuszu… więc po co?

Skup Połowic Niechcianych cieszył sie ogromnym powodzeniem. W zamian mężczyźni brali zwykle telewizory. Takie płaskie, albo dziwnie obejmujące oglądacza… kilku wzięło stoliki z piłkarzykami, trzech stół do bilarda, dwóch ten do pingponga, a jeden… poprosił o pianino. Dostawa darmowa, żeby nie było. Żaden z nich nie zapytał się co będzie z żoną. Żaden nawet się nie odwrócił.

Żaden…

A w kilka tygodni później w sklepach pojawiła się nowa mielonka w puszkach „Koneserka”. Dostępna wyłącznie dla specjalnych klientów… a jak to w świecie bywa, każdy kurcze chciał być „specjalny”.

A w bardzo odległej krainie, w bardzo zamotanej w chmurne zasłony krainie, oddalonej, oddzielonej, samotnej, ale jakże pięknej, łkającej o docenienie o uśmiech i radości… w krainie, o której nikt nigdy nawet nie pomyślał smoki po raz pierwszy miały na oku dziewczyny. One wiekowe jaszczury, zdolne przemieniać się w ludzi, po raz pierwszy miały kogoś, kogo mogły pokochać, a widzące, co zrobili im mężowie damy, po prostu dały sobie spokój z fochami i zaczęły rozmawiać. Mówią, że wkrótce rozpoczą się śluby, chociaż u niektórych to i chrzciny od razu… a konserwa pytacie? A widzicie, no tosz jak kochasz przedmioty, winieneś dokarmiać sobą świat…

Bo nic nie jest za darmo!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Pakt złodziejki” – … bleeeee. Podwójne i potrójne bleeeee też!!! A dlaczego!? A bo to już było, to po pierwsze, a po drugie, to zaburzenia chronologii nie zawsze są dobre, w szczególności, gdy nie posiada się daru opowiadania… Bo sama historia w sobie jest jakaś. Mamy bohaterkę, co to nagle jest w złym miejscu w złej porze. Bohaterkę z przeszłością dziwną i krwawą. A dodatkowo głos Boga w niej… dość sarkastyczny i pokręcony. Jak widzicie jest z czego czerpać, ale… ale ale… się zastanawiam, czy cała sprawa nie w tym, że autor to facet?

Bohaterka jest dziwna. Jakaś taka sucha, jakaś nienamacalna, dziwnie odstająca od swojej krainy, od swoich czasów… oj gdy przypominam sobie te powieści łotrzykowe, to mnie aż skręca. Jeżeli ktoś wam powiedział, że to coś w typie Scotta Lyncha, to nie dajcie się nabrać, oj błagam! Bo tej nowelce brak wszystkiego… Brak jaj, brak pomysłu, brak duszy i zacięcia. Owego dreszczyku, tego napięcia, które każe wam przerzucić kilka stron, by sprawdzić, czy ów nasz dopiero poznany bohater jednak wciąż żyw? A zakończenie, nosz boczki zrywać, ściana, łeb i ja…

Bardzo i nadzwyczajnie słaba… naprawdę nie warto!!! – wrzasnęła rozpaczliwie rwąc szaty swe…

Chmury mamy. A co, mamy je…

Chmury mam w zaskakujacych kształtach i konfiguracajch, aczkolwiek w tym roku, tot rzeba przyznać, że już same siebie w tej fantazyjności przeskakują. Bo i gorąc jest, niebiosa błękitniuśkie, albo lawendowe, albo lekuchno różowiuśkie, albo takie jak kupka po jagodach z buraczkami… a na nich chmureczki albo bielunie i niewinne – co oczywista ściemą jest, bo w dzisiejszych czasach to nawet chmury se mogą wszytko wybielić u plastycznego chmurchirurga – albo lekko szarawe, albo ciężkie, dziwnie stalowe, albo mieszane, w typie lekko mustang… Każda dumna z siebie, każda stara się chociażby musnąć to, co na ziemi. Tak jakoś, może konkurs mają, może po prostu takowy fetysz, a może to ich boskość chce naznaczyć ludzi? Nie wiem na razie… ale z głową w chmurach chodzić można bez skakania!

Kształty zwykle zauważyć można filuterne. Takie smocze to po prostu wiodą prym, albo w niebiesiech wyprzedaż była foremek chmurnych, albo modę taką mają, albo po prostu te chmurki, co nad Wyspą mają przepływać przechodzą przez jakieś drzwi bibczące i one tak je zmieniają… smocze dominują. Ale bez boja, tosz to wszelkie rodzaje smoków. Od małych jaszczurkowców i pełzaczy, po wielkie i latające, aż po te gigantyczne, co to ino na złocie leżą i się nim podcierają. Mamy smoki europejski i chińskie takie, mamy je długie, długaśne, w kształcie psiaczka, włochate, ale i te skórkowe, skórzane oraz te łuską różnokształtną kryte, zajebiście baśniowe. Są smoki, co to podobno potrafią się zmienić w człowieka, ale człowieków na niebie nie widzę, może się wstydzą swoich smoków pokazać? Albo coś? Są smoczki latające, są plujące i srające i te bardziej pływające, lub pełzające, co troszku straszą, jak nagle mordę rozewrzą nad ofiarą…

A poza smokami są Filutki.

Chmurki, co to lubią się gromadzić i w obrębie swej gromady cudowne obrazy żywe tworzyć. Z każdym powiewem wiatru, z każdym pierdnięciem, kichnięciem Filutka jednego, coś się w nich zmienia. Z każdym marzeniem nowym i każdą myślą… spomiędzy górzystych, dziwnie zamorskich pejżaży nagle wyłania się jeziorna dolina, co to pogłębia się powoli w suchy kanion znaczony po brzegach dziwnie poskręcanymi, cierpiącymi koronami, a potem, rozwiewając się u góry, ponownie przekształca się w jakąś wilgotność żywotną, w ową lesistość bajkową. W jakieś zapomniane przez wszystko uroczysko, co to cię teraz woła… ale nim do niego dojdziesz, bo rzucasz się w jego toń od razu, bez planu i przygotowania, to jego już nie ma. Ani niczego innego w tym miejscu, poza dziwnie nastroszonym praniem na poszarpanym sznurze do bielizny zaczepionym o dwie, proste, dumne sosenki.

Stoisz tak zmieszany, nie widzisz nawet, nie zauważasz, jak owe odbijające się w nadzwyczajnej spokojności dziś morskiej toni, powoli cię wciągają. One dobrze wiedzą co ci pokazały i dobrze wiedzą, że już jesteś ich. Ale nie bój się nie zginiesz. Nie utopią cię, ani nie pożrą, nie oskórują, nie rzucą na pożarcie innowiercom, tudzież nie wytrawią ci na powiekach lanserskich tatuaży od środka… one po prostu cię naznaczą. Byś już zawsze patrzył tylko na nie, tylko w górę, albo tylko przed siebie i zawsze dawał się im prowadzić… nigdy nikomu/niczemu innemu. Bo tak. Zwyczajnie. Bo dałeś się zwieść, więc juz jesteś ich. W końcu to, że nie dotarłeś do uroczyska, nie znaczy iż już w nim nie byłeś, czyż nie? A może jednak tak?

Oto i są chmury nad Wyspą… całkiem mniej zwyczajne niż w innych miejscach świata. W końcu my dostajemy tylko specyficzne normalności.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Skup Połowic Niechcianych… została wyłączona

Pan Tealight i Babci Czerwonego prawdziwa…

„… opowieść.

Oto i ona jest, tak tutaj, na wierzchu… Ukryta niegdyś, przed wzrokiem i uchem niepokornie grzesznych, zatajona, przed myślami owych nadgorliwych, przed ułudami i marzeniami niedozwolonymi, ale i przed tymi, co po prostu z urodzenia są niegodni, tudzież, mogliby nagle zrozumieć zbyt wiele i nie zginać już grzbietów pod batem, nie orać, nie łożyć, nie potakiwać… nie klękać.

Cóż, niektórzy wiedzą jak dbać o innych, bo o siebie, to wiecie, no raczej nie…

A prawda była taka, że ona, Babcia owa, tak wielbiona poprzez wieki, tak czczona, tak ukochana, tak dopieszczana żałością… otóż owa starowinka, no zwyczajnie kochała się w Leśniczym!!! Ale zdawała sobie sprawę z upływu czasu, ze swoich zmarszczek, ze swoich siwych włosów malowanych co prawda, ale siwych… A on? On był taki młody, przecież nie spojrzał na nią nigdy tak, nigdy nie dotknął TAK… nawet myślą, nawet po pijaku… więc zbałamuciła Wilka. I wykorzystała Czerwonego Kapturka, swoją wątpliwej nowości wnuczkę…

I tak jakoś bajka się sama zaczęła pleść. Bo jak już Najwyższa Bajka poczuje, co się marzy, jak już Najwyższej Bajce pozwolisz, jak nie dopilnujesz jej wszędobylskości, to zrobi wszystko, by jak pleśniak jakiś, jak nadwaga, jak kurcze weneryczne niedoskonałości… no się rozrastać i puchnąć. I oczywista Bajka postanowiła pozwolic Babci marzyć…

… to marzyła. Najpierw postanowiła przymusić córeczkę, coby wnuczkę do niej wysłała. Wredna symulantka!!! Po prostu nigdy nie uwierzę już staruszce, sobie w takim wieku tyż nie! Never!!! No więc babcinka zasymulowała chorobę, przed małżonką Wilka zasymulowała uległość i niedołężność, a potem bidulkę zarżnęła i w jej skóry się odziała. I pobiegła młodego Leśniczego szukać, coby chopoka zagnać do swojej chatki. I udało się jej, choć zmachała się. Potem poprosiła mrówki o ukrycie ścierwa po połowicy wilczej i do wyra od razu… a tutaj wpada Wilk! Oczywiście z pretensjami, że Genka nie wróciła, coby gotować. A Babcia mu na to, że przecież poszła po jej wnuczunię kochaną… i tak słowo do słowa już wiecie jak Czerwony Kapturek spotkał Wilka. Problem w tym, że z niej, widać takie w genach w rodzinie męty pływają, no i bidulek Wilk doświadczył wstydliwego, traumatycznego molestowania seksualnego… i poleciał się skarżyć, no bo przecież nie uderzy dziewczynki!!! I w sidła wrednej wpadł staruszki! Czekała na niego w skórze Genki, asz omamiła go wredna, aj usidliła, aj sponiewierała… a potem w szafie omotanego ostawiła. I czekała… bo wiecie, lepiej nie zostawiać na drodze młodszych, gdy już Leśniczego słychać, lepiej skryć naiwności miękkich ciał… I w ten sposób w skórze z Genki, wilczycy dzielnej znalazła się Babcia i Kapturek.

Babcia starała się w skórze poddusić Kapturka i prawie się jej udało… już wyciągała ręce do Leśniczego, co to ją z trzewi wytarmoszał, gdy nagle z szafy wypadł Wilk… i się wszystko spieprzyło. Bo nikt nie wiedział, że Wilk to ukochany, owa tajemna, całkiem sekretna, zwierzęca miłość Leśniczego… no co? I tak to się bidulek Wilk znowu na owe seksualne tarmoszenia nadział, wew trójkąty, animalistyczne czworokątny, nekromanckie skórzane uciechy… a jak się już uwolnił, zeżarł wszystkich, to z zażołości za wredną, ale jednak kochaną żoną spisał ową powieść…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Obsydianowy motyl” – … ona zrezygnowała? Zostawiła ich? Nie wybrała? Jak to, po prostu tak wyjechała. Bez niego i bez niego? Jak mogła? No jak śmiała? Jak… może teraz tak żyć i oddychać? Wrócić do pierniczonego pasa cnoty, bogobojności seksualnej?

A tak. Anita Blake rzuciła i wilki i wampiry. No może nie do końca, ale tak to wygląda. Naznaczona znakami, związana triumwiratem… olała ich! A może raczej po prostu miała dość kłamstw, intensywnego ściemniania ze stron wszystkich i owej seksualnej gorączki? Ech… kto ją tam wie? Bynajmniej stary „przyjaciel” prosi o pomoc. O pomoc w ujęciu mordercy… a może jednak potwora? Bo to, co Anita zastaje po przyjeździe do Edwarda/Teda, to koszmar większy niż widziała, a widziała wiele.

Kolejny tom cyklu i całkiem inna opowieść. Dziewiąty tom przenosi nas nie tylko do Santa Fe, w mroczność starych kultur, w ramiona obsydianowych ostrzy, ale przede wszystkim jest… eee bez seksu!!! Ha ha ha! No wiem. Ale serio, poza patrzeniem na męskie tyłki i kilkoma marzeniami sennymi, nie ma bzykania. A jak kobieta nie bzyka, to wiadomo, może być lekko marudna… znaczy wyposzczona, tym bardziej jeżeli uwikłana jest w związek, w magię, której podłożem jest seks. Tym razem nie tylko boi się potwora, dziwnych wampirów, niedopowiedzeń i swojego „znajomego”, który nadzwyczaj się zmienił ukazując nad podziw LUDZKĄ stronę… ale przede wszystkim osłabiona, walczy z tymi, których nie wie czy może uznać za stronników. Tak naprawdę nie ufa nikomu, co sprawia, że miota się i przestaje ufać nawet samej sobie. Akcja jak zwykle wartka zarzuca nas fascynującymi opowieściami z przeszłości, z historii konkwistadorów, ale przede wszystkim przynosi w sobie dziwną moc i fascynujące, suche budowle Santa Fe…

… dziwna i specyficzna, zaskakująca może mniej, przynosząca więcej cierpienia naszej bohaterece, ale co ważniejsze… dająca intrygujące podstawy nowym, miejmy nadzieję… przygodom.

Obiecali deszcze i ochłodzenia… i co!!!? A mylili się znowu sromotnie!!!

Zuo i Demony Wam powiem! Nic się chyba już nie poradzi na ową duchotę i upały. Czuję się oszukana, bo mojej ukochanej zimy to w ogóle nie było!!! No nic, trza oddychać i dalej kręcić owym kółkiem, znaczy pchać tą swoją łódkę, czy co tam… Oczywista turyści nie mają co narzekać. Mają i słonko i wrzące wody i ogólnie mówiąc błękity nieba… A i rozrywki mają, a co. Nie żeby ino ta natura i natura i natura obłażąca zewsząd, oj nie. Dziś na przykład w porcie w Gudhjem ludziska się unosili na wodzie. Nie żeby nie, no nic z tego, żadne tam proroki, czy też inne objawienia, żadne tam religijności poza zwykłą zabawą i uśmiechem. Bo my w porcie mamy taką wodę, że zwyczajnie się w niej bachać można, a co. A jak jeszcze dorzucą piłki, co to do nich człek wleźć może i niczym otumaniony karaluch nie utrzymując żadnej równowagi, tumanić się pośród skąpych fal… wygląda to zabawnie, dość trzeba przyznać wzmaga metabolizm, a już wszelakiej maści zwolenniczki wymiotów, to mogą zaszaleć naprawdę. No weźcie no, jako stara bulimiczka wiem co mówię. Nie wiem jak mogą się bujać, fikołkować i trząsać w owych piłkach, ale co tam… zabawa. Chociaż przyznać muszę, że nie wyglądało…

Dodatkowo były oczywiście ślizgawki. I takie trampolinowo-gumiaste cosie. No wiecie, najpierw ślizg do wody, po drodze kilka upadków na nosa, potem na kolnka, a potem, wciąż na wilgotnej, gumowej poweirzchni lekko w dół opadającej… powolny odlot. Potem oczywiście jakieś wybicie, ale do tego to trzeba mieć talent i buuuum wpadamy do wody. Oby ino nie na śledzia, nie na brzuszek, bo zaboli. Ale jakby co, no boja! Nic się wam nie stanie, a nawet jak coś, to ratownicy czekają i w wodzie i na lądzie. Wiecie, no bezczelny, a nie zaraz, to chyba… przezorny zawsz eubezpieczony.

Na trampolinie skacze sobie w piankę odziany dzieciak. Kukurydziane włoski mienią się mimo braku słonka. Skacze tak, skacze, skacze i dalej… ale nagle wybija się mocniej i po kilku obrotach laduje w wodzie śliczną bombą!!! Owacja tłumów, ludzie szaleją… ale młodziana już nie ma. Tylko w wodzie, wciąż spienionej, wciąż poruszonej… widać dziwnie ogromny, łuskowaty ogon…

I była tam paskowana, bułowato-budyniowa potwora. Niczym drzemiący smok rozłożona we wrotach portu. Śniąca o przeszłościach bitewnych, o wikingach rudobrodych, o mieczach i hełmach, o berserkach i cudach innych z przeszłości wiankach plecionych na starą modłę… oczywiście do czasu. Bo nagle na wysokiej, ajflopodobnej wieży coś się zaczęło kręcić. Ktoś się tam wspinał, ktoś inny tam coś kręcił, a inny ktoś jeszcze wodą w kierunku budyniowej podążał. Ale cóś się ma stać. Co robią owe dwunogi na szczycie wieży? Po co się tam wspięli w owych okowach upału bezsłonecznego? Dlaczego i na co? Może mają wypatrywać najeźdźcy, a może i męża dla potwory? Może to zapasy jakieś tutaj zmierzają… może…

I dzwon rozbrzmiał i tłum dookoła portu zamarł. Wydawało się, że nikt nie oddycha, że nie może, ale potem ktoś piernął i wszyscy zrozumieli, że dobrze nie oddychać… I zabrzmiał dzwon ponownie…

I rzucili się dwaj mężczyźni na potworę i w jej wielkie brzuszysko wpadli. Jakby kurcze umiejętnie hajmlicha jej robili, jakby lekką wypluwkę fundowali, albo masaż, czy coś tam jeszcze? A może to o to chodzi, a może ją karmili… NIE! Bo oto z drugiego końca budyniowej potwory wystrzelił człowiek! Oj znaczy się połkła go, czy co? A może zwiedzać potworę od środka można? Ciekawe po ile bileciki? A może jednak nie, bo człowiek ten z wielkim wywrotkiem w niebiesiech wysokich, z potnięciem o chmurkę, ze zderzeniem z młodą, zadziwioną tym co się dzieje mewą… z pluskiem sromotnym w wodzie wylądował i tam podłapany przez nurka, szczęśliwie ku ziemi powraca.

Usz… takie toto mamy zabawy. Do tego i targ i kiermasz, i sklepy, i restauracje, tutaj lodzik, tam zestaw kamieni, tu ponownie wciskają ci figowe drzewko. Nie dziękuję, co jak co, ale ja wolę się ubierać w bawełnę. Mi listki wszystkiego nie przykryją!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Babci Czerwonego prawdziwa… została wyłączona

Pan Tealight i Triumwirat Środka…

„Trzeba było przyznać, że wyglądała dokładnie jak jeden z indiańskich wojowników. Z tych czasów, gdy jeszcze można było użyć słowa „indiański”, gdy serio się walczyło i wiedziało o co, a nie ino załączało odpowiednią aplikację i dokonywało łupieżczych starań, starć i w jakiś dziwny sposób oduczało się, jak to można pogodzić realności codzienne z innymi realnościami… Imię jej by było na pewno Deszcz w Twarzy. A tak, padało. W dziwny sposób w końcu niebiosa się otworzyły i postanowiły serio pobawić się z ową niską i dziwnie drobiącą chodniczkiem osobą…

Ale od początku. Dzień wstał, w końcu co miał robić, płacą mu za to, a i natura taka, że jakoś sam wstaje się, no wiecie jak to jest, namiocik… Zrobiło się jasno!!! Dodatkowo okolica spowita była czymś, jakby gorącą, duszącą, cuchnącą skarpetami gotowanymi na wywarze z cebuli i kapusty z dodatakiem kalafiorków i szparagów. Taki wiecie, specyficzny aromat. Nie dla każdego. Nie oszukujmy się, po prostu ino dla wybranych, zwyczajowo określanych mianem: desperatów. Dla tych ze zniszczonym obszarem powonienia, ale też i tych, co odczuwali innymi strefami ciała… bo tego nie czuło się ino nosem. To wtykało się do ciebie przez każdy otwór, który świadomie, lub mniej świadomie posiadałeś… z którego korystałeś, albo po prostu uznawałeś za zapomnianą ideologię niebiańskiego piercingu… w końcu wiecie, wszystko możliwe.

A Wiedźma oczywiście miała natręctwa, więc drobiła dysząc. Dusząc się i ogólnie mówiąc zadając sobie wciąż pytania: po co ja to robię? A potem przechodziła obok powierzchni odbijającej i już sobie przypominała i przyśpieszała… Trzeba było dbać nie tylko o wnętrze, ale i o zewnętrze, więc truchtała, leciała, toczyła się i rozciągała. Ale oczywiście o kremie z filtrem nie zapomniała, a jak krem tylko zobaczył na co się wysmarował, jak tylko poczuł pierwsze potu strumienie… zbuntował się i postanowił po prostu zwolnić się z tej natwarzowej roboty! Korzystając z już ciurkających pędów, po prostu się dołączył, a dołączając się oczywiście zabarwił je na mleczno-białe. I w taki sposób, z owymi lekko przyklapniętymi, niesubordynowanymi włoskami… wyglądała jak wojownik… do czasu. Gdy nagle z całkiem nic niezdradzającego nieba spłynęły wcale nie lekko, ale brutalnie się z nią zderzając… krople! A wraz z nimi i opowieści.

Ta była o początku. O czterech siłach: Pani Północy i Pani Południa, Panu Wschodu i Panu Zachodu… i oczywiście o trójce tworzącej skomplikowanego i nietuzinkowego Władcę Środka. Bajer był nie w ciągłych romansach pomiędzy dwiema parami, w owych zawirowaniach, czy też obecnie kręci mocno Północ ze Wschodem, czy jednak raczej z Zachodem, co właśnie obrzydliwie znudził się Panią Południa, ale we Władcy Środka, który miał to do siebie, że nie był mężczyzną, nie był zresztą też kobietą ani nawet owym czymś bezpłciowym… A dokładniej był Zlepieńcem. Pierwszym i Jedynym. Ową próbą Duszy Wszechświata, która po prostu kiedyś opiła się soczku, nie bacząc na jego fermentację i trochę pokićkała próbki. I wyszło jej z przodu facet, z tyłu baba, a głowa ogólnie mówiąc z marzeń… ale Dusza czując się winną tego, co uczyniła, czemu nadała imię – Brzytomir – i zrobiła go Władcą Środka. Znaczy jego, znaczy ją zrobiła, znaczy ono niewiadomo, no ich no!!!

I teraz już wiecie, czemu świat stoi na głowie… i to cudzej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wyspa się wczoraj pociła.

Powiem Wam szczerze, że takiego cuchnącego cuchnaga na zewnątrz to nigdy jeszcze nie czułam. Znaczy no poza ekologią tak zwaną, co to w Listed bywa nader nadzwyczaj i konkursowo aromatyczna, się znaczy kupowo… ale to było coś dziwnego, ciężkiego, duszącego. Jakby ktoś pomieszał tlen i azot w powietrzu, a zamiast odświeżenia, tudzież jakiegokolwiek oddychania dali nam zestaw tych pierwiastków, za których zmieszanie i użycie w podstawówce bęcki były od nauczycieli i nagrody od uczniów. Bo w końcu i tak jakoś wszystko kończyło się brakiem lekcji przez tydzień (a tego chcieli wszyscy) i wielkim wietrzeniem… Ale kto poszalał nad Wyspą? Kto zapuścił u nas coś na kształt dusznej atomówki? A może znowu poszaleli w jakiejś fabryce kosmetyków i coś się ulotniło, a w powietrzu, na wolności stwierdziło, że jednakowoż nie podoba się jej jak się pachnie i dało po garach? Ech! Nie wiem. Ale to było tak, jakby zapakowali was jak mumię, potem w folię, a potem kazali biegać dookoła z dodatekim maski gazowej z przeszłości zajęć WOS… a tak, biegało się. Nienawidziłam tego!!!

A potem nagle z dziwnego nieba, niskiego, ociężałego lunęło… oczywiscie pewno, że lunęło tylko na mnie. Trzeba przyznać, że celność miało lunięcie doskonałą! I wiecie co, mimo strachu, mimo dziwnego zimna, a jednak wciąż braku ozonowego haju… było czadowo! I chociaż potem trzeba było się wyżymać… było czadowo!!! Miss Mokrego Podkoszulka i ogólnie mówiąc Ociekająca Magia w jednym! Wielkie krople nie tylko starały się strzaskać osobowość wewnętrzną, ale przede wszystkim dokładnie wymasować zewnętrze łącznie z wydrapaniem gałek ocznych… czy innych.

Gorąco i zimno w jednym, żadnych tęcz…

Ale ważniejsze było to, co wcześniej. Bo Wyspa się pociła…

Zwykle serio się nie poci. Jest damą, czasem trochę błyszczy, czasem oj ma lekką politurkę i lakierek nie tam gdzie trzeba, ale wczoraj pociła się jak człowiek. Nie jak bóstwo, którym jest, ale jak zwykły, śmierdliwy miejscami ludź!!! Pociła się w roślinkach, dziwnie przegrzanych, zmęczonych, nieruchomych, stęsknionych nie tyle wody, ale jakiegokowiek cienia, powiewu, czy pierdnięcia… Bo jak powietrze jest wrzące, to nawet cień nikogo nie ratuje! Ono jest wszędzie. Wpycha się nawet do lodówki, nawet w owe kostki lody w zakazanych pustych kaloriach… w lodowe otoczki, w owe mrożone smaki, we wszelkie bulglotliwości zroszone. Pcha się!!!

Też w skałach się kropliła Wyspa. W owych twardliwościach niesamowitych gnejsów i granitów. Tych zmiennościach łupków, piaskowców i wapieni, czy czego tam jeszcze. Wszystkie kryształki w poszarzałych tworach zawały się dyszeć zmęczeniem. Po prostu łkać na sucho! Nieruchomość i wilgoć… skraplanie. Więc sobie ociekali wszystko i wszyscy mocząc spragnione okolice słonością, a potem zaczęło lać. Tak po prostu. I wszyscy i wszystko się zadziwiło. No bo jak to? Tak bez ostrzeżenia, bez zapowiedzi, bez zaproszenia na prysznic na białym papierku zdobionym złotymi zakrętaskami, kaligrafowanym cierpliwie bardzo…

Ludzie się zatrzymali, niektórzy. Pod drzewami, nie bacząc na jakieś tam grzmoty, pod skałami, gdziekolwiek… albo po prostu parli nadal przed siebie, bo częściej zwyczajnie tylko to można zrobić, gdy natura się bawi w swoim towarzystwie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Triumwirat Środka… została wyłączona

Pan Tealight i Codzienne niesamowitości…

„Wiedźma Wrona Pożarta miała to do siebie, że się nie nudziła.

Czasem coś się jej chciało i nie wiedziała o co chodzi, czasem coś za nią się ciągło ciągle i ją męczyło, i starała się na to nie nadepnąć, a czasem, jak dziś, po prostu się tylko tuliła. Do siebie samej się tuliła i do magicznej, usypiającej chłodności… I pomyśleć, że gdy w końcu okrzepła z owej pierwszej radości, że może żyć tutaj, bo ta główna wciąż jej doskwierała i doprowadzała ją do szaleństwa i stanu niewiary: że tak, to ona tutaj może mieszkać!!! – to stwierdziła, że oj nie, no tutaj to nigdy nie będzie używała Cudnej Chuchawki – inaczej zwanej też Entrerprajzem – w drugą stronę, znaczy od dupy tylnej, onej zimniejszej, znaczy do chłodzenia…

Oczywiście potem natura stwierdziła, że grzać trzeba za mocno, za długo, za potliwie… najpierw zwodniczo, ale w tym roku już po prostu dała po garach i ekologicznie traktująca wszystko Wiedźma Wrona, jakoś inni skrupółów nie mieli, więc po prostu się poddała. Poddała się urokowi cicho otwierającej się paszczy. Owego szumu zwodniczego i cusownej, ciężkiej chłodności opadającej na skórę. Pieszczącej włosy… wszędzie, chociaż nie, no ona te włosy miała tylko tam, więc… no po prostu pieszczącej. Wtykajacej się wszędzie, nie jakimś powiewem, ale dyskretną mgiełką, cudowną, seksualną. Spokojną, ale jednak niemożliwą do niezauważenia. Po prostu niewidzialną, a jednak dotykową. Była jak pocałunki, jak pieszczoty. Nęcąca, ale i nęcona. Hołubiła, łachotała, obściskiwała. W dziwny sposób nie tyle chciała się przypodobać, co po prostu jak już miała swój cel, nie zamierzała go sobie łatwo wyrwać z chłodniwości…

Jest w temperaturach coś, co codziennie niesamowicie Wiedźmę Wronę wkurza, albo zachwyca. Oczywiście nie tak jak innych. No ona pragnie wiatrów, wichrów i deszczów, śnieżyc, tańczących, gwałcących ciszę płatkami niewinności… po prostu inność też ktoś musi kochać. Ale na razie niesamowitością był dla niej chłód. Cudowna odskocznia, dla innych oczywiście zwyczajność i cywilizacja, dla niej magia. Bo przecież w takim domu, w takiej Chatce, nic nie działo się bez Niesamowitości Codziennej. Bez owej kapryśnej, zwykle zwlekającej z uszczęśliwianiem mieszkańców, ale jednak choć nierychliwej, to może chociaż sprawiedliwej? To ona zaangażowała MikroPłanetników, zwolenników Lodowego Chucha, by zamieszkały w białym, magicznym pudełeczku z widokiem na trawnik i Lubczykowego Rozwiązłości Dzikusa. W pokoikach z łazienką i kuchnią, z lodóweczkami wypełnionymi płatkami i nektarem. A wszystko za ich dech, od którego chłodniej było Wiedźmie… wiecie, no skądkolwiek się on wydobywał. No przecież na takiej diecie, to pachnie wszystko, czyż nie?

Niesamowitości Codzienne w swej dziennej postaci (w nocnej podobno nosiła trujące papiloty i hodowała szczury, ale nikt jej nie przyłapał jeszcze w szlafmycy) przypominała dobrotliwą staruszkę, z ondulacją i zestawem szylkretowych grzebieni we włosach, z fartuszkiem, chociaż gotować nie znosiła i haftowanym kołnierzykiem. Ot taka odwalona, milunia pudernica, której jednak nie było dobrze ignorować, tudzież traktować z oka przymrużeniem… nie tylko mogła ugryźć, o nie, ona w owych kieszonkach i maluniej torebeczce z łatwością mogła przemycić ci do łóżka zestaw jadowitych węży, garść skorpionów i trzy pająki, które robiły za fikuśne haftki na jej, odprasowanej, zdobionej koszuli w łososiowe różyczki…

… cóż. Czasem się bierze co się ma. A czasem po prostu wiadomo, że codzienności urazić nie jest dobrze. Nigdy…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Druga pełnia” – … i nadal. Nadal Anita Blake egzekutorka, nadal wampiry, trolle, zmiennokształtni i magia… i problemy. Tym razem wpadł w nie Richard, a to oznacza oczywiście pomoc jednemu z ramion triumwiratu. Oczywiście pomocną dłoń wyciągnie Anita, ale przecież nie będzie sama. W końcu udają się na ziemie innego Mistrza. W końcu gdzieś tam na pewno jest ktoś, komu już nadepnęła na odcisk… no i przecież jest jeszcze rodzina Ulfryka, którą darzy wielką estymą…

Oto jest przygoda, pasja i wszelaka seksualność. Ale nie w całkowicie greyowej manierze! Wprost przeciwnie, w tej serii Anita – wierząca i praktykująca, lekko skrzywiona na punkcie seksu i nagości, wciąż niepewna siebie i swoich czynów, wciąż przerażona złem w sobie – stanie przeciwko sobie samej. Zmierzy się ze swoimi uprzedzeniami i może w końcu dorośnie do pewnych akceptacji.

Powieść potężna, dziejąca się w nieznanych ramach specyficznej miejscowości. W innej watasze, pośród innych ludzi, innych stworzeń, czasem zagadkowych, czasem całkiem nieznajomych. Pełna wyjaśnianych zagadek, nagle odrywająca plaster ze świeżo zasklepionej ramy, wyjaśniająca tajemnice, o których nie mieliśmy pojęcia, że istnieją, a które doprawdy mogą zmienić wszystko… szczególnie w życiu pewnego wampira, wilkołaka i egzekutorki. Oto opowieść o uczeniu się okazywania miłości, nie seksualności. O przyjaźniach i nienawiściach i o mocy…

… emocjonująca!!!

Woda. Niby coś zwyczajnego, a jednak…

Na Wyspie mamy wodę. Mamy ją w jeziorkach i cudownych źródełkach, mamy ją w bagienkach i stawach, mamy ją w strumieniach, potokach i rzeczkach, wodospadach i ciurkaniach wybrzęczających się ze skał… wszystkich na a! I mamy ją w morzu, aczkolwiek nie polecamy drinków z morskiej pianki! Najbardziej zadziwia to, że woda jest, bo wyspy jako takie nie słyną z wodnistości. Ale to w końcu cząstka raju i to tej bardziej wypasionej części, więc czemu nie? Omywane przez miliony lat skały wyprofilowały się w nader dowcipne kształty, ale nie o nich dziś myślę, ale o tym co w tych wodach, bo w końcu co nad nimi to wiadomo… mewy krzyczące, mewy przeklinające i bomby wszelakie na głowy zrzucające i to CELNIE!!!

W wodzie są cuda. Cuda owe są podobno jadalne. Nie zrozumcie mnie źle, jak każdy co się taplać lubi przez wieki opiłam się wody i obżarłam piasku, ale jednak wciąz z niepewnością spoglądam na wodorsty i porosty, na owe czadowe sałatopodobne pływy, na te włosy utopców falujące, uczepione do kamieni, tak dziwnie pieszczone przez fale, ale jednak groźne w owej swojej ruszalności. No i są oczywista rybki wszelaki, a nawet i foczki, aczkolwiek kawałeczek dalej… foczki są smaczne, słyszałam. A namnożyły się gadzinki tak strasznie, że w wodzie rybek brakuje, ale przecież kto by tam zabił foczkę, w związku z tym rybacy są na karniaku. Ogólnie mówiąc rzucają sieci i się przebranżowują, więc normalne jest, że rybę tutaj dostać raczej trudną, taką z wody. W wędzarniach aczkolwiek dymienie śledzi i makrelków oczywiście trwa w najlepsze. W powietrzu unoszą się dusze szepczące skrzelami tajemnice z morskich głębin… a mawiają, że ryby głosu nie mają!? Dobrze, że im nie uwierzyłam!!!

A jak już się przeżują, przetrawią, odbekną, a potem no wiecie, nawiozą swoimi ostatkami ziemię, to zostają kości i ości. I łuski na szczęście na pojedynczych, zielonkawych splotach sieci. Ale łusek nikt nie zbiera… jakoś tak, po prostu same się przylepiają do płaszczy i kurteczek, do owłosionych nóżek i kapeluszy, do parasolek i podeszw butów, do kaloszków i skarpet nawet. Bo one chcą przynosić szczęście, tak bardzo. Połyskują perłowo, mrugają do każdego, ale większość stwierdza, że ble… tosz to przecież czysty poganizm, czysty zabobon!!! Więc zrzucają łuski po przybyciu do domów, po wakacjach, po podróżach. A łuski nadal szukają… takie są w sobie twarde, takie są pewne tego, że mogą zrobić tak wiele dobrego, ale przecież wiecie, no nic na siłę!!! Oczywista szkielet rybci mało kto podn iesie. Chociaż fale się już nim zajęły. Przemieniły je w fascynujące cuda, klejnoty naturalnej biżuterii. Ale kogo to interesuje. Przecież to coś strasznego, coś okrepnego, a fe to jest, oblechność straszna…

I tak się marnuje i szczęście i klejnoty!!! Owe cuda za darmo, o których pięknie większość nawet nie wie. Bo jak to się tak pochylić i samemu podnieść? Przecież nikt tego nie podał, nie dorzucił gratisów, nawet nie zapakował i nie wręczył rachunku… bo przecież nikt nie kazał za to ZAPŁACIĆ!!! A szczęście i klejnoty na to nic nie mówią. Bo po prostu mają czas. Tak naprawdę w ich życiu świat się zmienia, ale jest to normalne, uszlachetnia, zmienia powoli, charakternie… czas oznacza bycie lepszym, bliższym innej doskonałości, bo przecie doskonałym się jest zawsze, czyż nie? W przypadku natury i jej dzieł, owych jej pomocnych cudowności, owych skarbów i pomocności… czas nie upływa. One tylko są inaczej doskonałe, inaczej niesamowite i silne.

Ale kto by się tam naturą martwił, czyż nie? Bo przecież w Galerii Handlowej są drzewka, więc wystarczy…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Codzienne niesamowitości… została wyłączona

Pan Tealight i Opowieść Chatki…

„Na białym klopiku, w całkiem dziwnej pozycji, radośnie machając nie siegającymi posadzki stopami w powietrzu i gwiżdżąc, oraz jęcząc coś pod nosem i między uszami, gdzie oczywiście kryło się aż nazbyt wiele myśli, obrazów i szaleństwa… Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki była po prostu sobą. Niski wzrost sprawiał, że po prostu mogła być tylko sobą. Zawsze zwiniętą, zawsze dziwnie ruchomą w nieruchomości, zawsze nieporządną, niepoprawną i niedorosłą. Kimś, kto uznawał podłogę za krzesło, fotel i łóżko, za miejsce pracy, zabawy i wszelakiej, grzesznej przecież, potliwej wilgocią rozrywki. Chatka tylko na nia spoglądała, po raz kolejny, dziwiąc się, że od tamtych wydarzeń, od tamtych dni upłynęły już dwa lata…

Dwa lata temu bała się, bo znowu wszystko się zmieniało, a domy tego nie lubią. Poza okazyjnymi sprzątaniami i malowaniem, no wiecie, taka tam zwykła kosmetyka. Ale dwa lata temu Ona odchodziła i dom wiedział, że tego już nie powstrzyma, że nawet nie może prosić o odrocznie. Magia miejsca nie tyle się wyczrpała, co po prostu ozwalała człowiekowi dołączyć do niej na zawsze. Do końca, w całości. Pragnęły siebie, tak po prostu, tak nawzajem. Po prostu przyszedł na to czas… Dwa lata temu też narodził się w Jej głowie Sen. Gdy już się ukształtował do końca, gdy dojrzał i zamyślił się nad światem, do którego przybył… powoli zaczął odrywać się od Niej i poleciał. Bez mapy i planu, wyłącznie kierowany mitycznym przeczuciem.

Potem mówili, nie wiem dokładnie kto, ani dlaczego, że wiatr był i ogólna burzliwość w eterze, że tak naprawdę Sen powinien był pognać gdzieś indziej, że gdzieś tam wielka magia, pełna odwłoków, krwi i ekskrementów go przyciągała, ale Wyspa się wkurzyła, bo cuchnęło i postanowiła pozwolić Przypadkom Nieprzypadków wziąć sprawy w swe liczne, bogato zdobione i cierpliwie malowane odnóża.

I wzięły one te sprawy… ale nawet one nie podejrzewały, nie mogły, a może po prostu nie chciały, może się bały… tego, że była tam wiedźma, która marzyła, łkała i pragnęła tego właśnie miejsca… Ale krwawa magia nie zaprzestała działania. Nie obróciła się nia drugi bok, nie załączyła sobie serialu w TV, nie upiekła ciasta i nie pożarła go razem z pięcioma pizzmi, lodami w ilości sześciu litrowych opakowań z polewką i sprinklesami, coby poużalać się nad przegraną. Owa magia powstała i wzięła się cichaczem ponownie do roboty. Nie słuchając Wyspy, nie licząc się z nikim. I mimo wszystko wciąż pełna ochoty na ten dom. Na miejsce, które wkrótce miało się zwać Chatką. I to ona pierwsza zaczęło się bać… Nie Ona, nie wiedźma, ani nie duchy, ale właśnie owe ściany, okna i drzwi, ów taras i dziwne autkowe schowanie i szopowanie… podjęły decyzję. I wszyscy nagle postanowili walczyć…

… i udało się. W końcu, po łzach, bólu i wkurniczeniach ściany zostały nazwane Chatką Wiedźmy i mocno ukochane. Ale jednak spoglądając na obecnie szorującą zębiska Wronę Wiedźmę to wszystko wciąż było dość… atypowe!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Całopalne ofiary” – … bo potrzebuję czegoś lżejszego. Owej sensacji i kryminału w ramach fantastyczny społeczności. Owego napięcia i mitycznej wszystkomożliwości. Po prostu rozrywki, zabawy, ale też zaskakującej pewności, że tutaj to nawet jak umrzesz, to żyjesz…

Laurell K. Hamilton poznałam wiek temu… nie zapałałam do niej miłością, ale coś mnie tknęło, żeby zapamiętać jej twórczość tak na potem. Bo czasem człowiekowi po prostu chce się szaleństwa, a nie lektury wymagającej, nie rozwałki mózgu i duszy, a po prostu czystej sensacji… i trochę świntuszenia?

Anita Blake jest egzekutorką, kochanicą wampira, byłą Ulfryka i ogólnie mówiąc z łatwością przychodzi jej pociąganie za spust. Ma niewyparzoną mordkę i niski wzrost. No  dodatkowo żyje w odrobinę innym świecie, ale nie aż tak odmiennym, by nie wyobrazić go sobie obok siebie… Wraz z nią wpadamy w coraz większe tarapaty, ale jednak dziwnie pewni, że naszym ulubieńcom nic złego się nie stanie. Ot najwyżej dłużej się poleczą, stracą trochę futerka i tyle. Bo w końcu tutaj moc to coś więcej, tutaj triumwirat pomiędzy kobietą, wampirem i wilkołakiem coś znaczy…

… a poza tym zawsze jest niepewność… niepewność nie zaskoczenia, ale tego kiedy ono na nas… skoczy!!! Pewność tego, że coś się wydarzy, bo tak być musi, ale kiedy i komu? Bo wszystko jest możliwe!!!

Tym razem większość opowieści (bo to siódmy tom cyklu) wampirza, moc się pleni, leni i walczy. Cała Wampirza Rada (wkurzona, różnorodna i niejako zboczona) na głowie małej wojowniczki, no i oczywista rozrywki sercowe… bo w końcu jak taka, może i mało zwyczajowa, ale jednak tylko, kobieta może być lupą? A na dodatek… nie tylko nią? I tak się toczy owa miejska fantastyka. Gdzie gatunków „magicznych”, czy też chorych/zarażonych jest cała masa. Gdzie właściwie zawsze może wyskoczyć coś nowego i niczego nie można być pewnym… ot po prostu opowieść nie do końca spójna, ale jednak budująca fajne senne marzenia! Rozrywka! Coś do poczytania, a potem pośmiania się w kułak z samego siebie…

Słońce sie schowało. Nie znaczy to oczywiście, że chłodek się nasunął, wprost przeciwnie. Jest duszno, wrząco i parząco, ale trawnik skrócić o głowy trzeba! Oto i zwyczajna niedziela. Trochę więcej leżenia w łóżku, może i spania, może i zakazanych rozrywek, może i spotkania ze znajomymi, trochę bardziej leniwie… i o to chyba czasem chodzi, co nie? No i jeszcze owa swoboda niemuszenia iścia do kościoła, tudzież wszelako innej przymusowej strefy modlitewnej. Nie żebyśmy kościołów nie mieli, no są przecież. Zabytkowe mniej lub bardziej, takie i inne, bardziej znajome i cudownie egzotyczne. Pod ilością takich placówek ugina się na przykład Tejn. Pewno dlatego moje diabły pod skórą tak bardzo nie przepadają za mieszkaniem tam – a mogły się o tym podskórnie przekonać lat temu kilka, a nawet samym przejeżdżaniem przez ową miejscowość. A może i zadziornym, bolesnym myśleniem o niej? Ech!!!

Ale jednak wycieczka do kościoła w niedzielę na mojej Wyspie, to nie do końca zwyczajowa sprawa, normalna, genetyczna, tradycyjna. To raczej dziwna, zaskakująca, zastanawiająca i niektórych mocno odpychająca rzecz… Niektórzy chodzą, żeby nie było. Czasem nawał samochodów przed zwyczjaowym budyneczkiem mnie oszałamia, dopóki nie uświadomię sobie, że to owo niewidzialne zwykle miejsce modlitwy, a jednak… jest w tym coś innego, coś bliższego piknikowi, nie modlitwie z umartwianiem. Coś spotkalnego, coś przyjacielskiego, zero biczowania, o chyba że ktoś bardzo przepada za owymi greyowymi potańcówkami. Większość zresztą przedstawia się tutaj jako osobnik spirytualny, duchowy, ale jednak niewierzący. Taki wiecie, niepiekielny. Jakoś nie bojący się potępienia, niesprawiedliwości ze strony niewidzialnych… bo przecież przy kamieniach się pokłonie, cukierka duchom ostawię, śweiczkę wypalę, więc czemu mnie karać? Wróżki są, elfy też, trolle i domowe krasnale, ale piekła nie ma!!! Bo przecież nie ma, no być nie może, tosz to by było marnotrawstwo przestrzeni i całkiem kiczowaty, mało skandynawski, wysrtój wrzącego wnętrza!!!

Alleluja!!!

Wyspa jest niesamowicie duchowa.

Zresztą, co się dziwić, przy takim nasileniu grobów na centymetr kwadratowy to chyba tak być musi. Pani Wyspy najczęściej po prostu uznaje całość za cmentarz i zgrywa się, nagle dziwnie filuternie zaskoczona, gdy uda się jej znaleźć kawałek siebie, ale nie naznaczony śmiercią. Zresztą nie oszukujmy się. Zgon, to naturalna część naturalności, aczkolwiek zwykle nieoczekiwana i kompletnie niechciana!!! No i te zmarszczki i obwisy skórne. Nie wiem, czy tortury ćwiczeniowe to jakoś udźwigną? Ale z drugiej strony, no wiadomo, kołem się wszystko toczy. Raz na górze, a raz pod kołem. Bynajmniej o czym to ja? Aaaa… duchowości. Są miejsca na Wyspie, których ona sama unika, no i są takie, o których po prostu wszyscy postanowili zapomnieć. Dziwnie tam jest. Po prostu czuje się, że coś jest nie teges, że coś powinno byc inne, nie tyle mniej mroczne, bardziej kolorowe, co zwyczajnie możliwe do oddychania i istnienia…

Nie wiem jak z religijnością u turyścizny, poza tym, ze czasem się niektórzy rzucają, że toto niby cywilizacja, a poslkiego księdza nie ma i mszy codziennie wieczorem… ale wtedy Pani Wyspy wpada w totalny kociokwik i dokładnie mówi, co o tym myśli. Bo tutaj to ona jest BOGĄ!!! Żyjcie z tym. Przybywacie pod jej skrzydła, jeśli złożycie ofiary i unikniecie nadepnięcia na jeden z wielu odcisków… przetrwacie, a nawet może będziecie się dobrze bawić i unikniecie poparzeń słonecznych i kleszczowych pijawek. Może nawet szczęśliwie i mało smrodliwie nie wdepniecie w końską bobę, podrzuconą pod namiot przez uczynne mewy, którym odmówiliście kawałka swojego wędzonego śledzia… lepiej wiecie, kłaniać się kamieniom!

Duchowość ma moc! Spirytualizm, te sprawy… jednak pamiętajcie, żeby czytać etykietki na napojach, niektórzy mają w sobie mniej duchowości!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Opowieść Chatki… została wyłączona

Pan Tealight i Urodzaj Religijności…

„Wybrali się na spacer.

Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, bo w końcu właściwie Wiedźma Wrona Pożarta nie ruszała się z domu sama… i chociaż było to towarzystwo wyraziście i czasem boleśnie jej narzucone, to jednak… tym razem raczej NIE BYŁA SAMA. Tym razem Pan Tealight po prostu chciał z nią porozmawiać. Chyba tylko POROZMAWIAĆ? Bynajmniej tym razem było jakoś tak pokręcenie inaczej. Po pierwsze był świt. Może i nie blady, ale jednak jak na życie tej części wszechświata, nadzwyczaj wczesny, bolesny i zaspany… Światło było ostre, wrzące i gorące od wstania, palące. Odbijało się od dziwnie płaskiego morza i raziło wszystko, co napotykało. Na czarnej drodze pełzały zapóźnione, niechętne domom, nielubiane przez wielką, ale nadzwyczaj ortodoskyjną familię, ślimaki. W rozmaitych kolorach i stanach skupienia, w samobójczej walce o jak najszybszą śmierć, czekali na kroki lub rowerów drapieżne, szybkie oponki.

Ale nie na nią… bo ona je omijała.

Zmienniecieplne cielesności Wiedźmy Wrony podskakiwały ponad trawkami i powojami, dziwnie zaciekawionymi, co też się wyrabia innego i nowego na Wyspie o tej niemiłosiernej porze? Pan Tealight posuwał się za nią z początku dość dzielnie. Nawet ubrał się odpowiednio, okrywając szarość białym kosmicznie tiszercikiem i krótkimi gatkami w zielone kropeczki, zawijającymi się cokolwiek niemoralnie, gdy zrobił dłuższy krok… Wiedźma ćwiczyła cielesność, a on po prostu ją gonił. W końcu dał za wygraną, pewien, że musi się w końcu zmęczyć, a potem po prostu ją gonił…

A mieli porozmawiać. O tym dziwnym świecie dookoła, gdzie wszystko stawało się bogiem, gdzie myśl od razu była religią spisaną na łamach brukowca… I makaron super cienki miał swoich wyznawców i ssak morski krążący wokół Marsa. I bieganie i medytowanie, i joga i jogurt… są wyznawcy mięska i ci, co uznają ino warzywny świat i chcą wyrżnąć mięsnych… nic już nie jest pasją, wszystko od razu ma swoich świętych, swoje działki, swoje odłamy, swoje poszturchiwania w ramach modlitwy. Swoich muezzinów wzywających na modlitwę i swoje walkirie.

A gdzie życie… chciał zapytać, ale ona wtedy na niego spojrzała. Tak dziwnie, smutno, nie groźnie i pogardliwie, ale smutno. I podała mu dłoń… więc ją dotknął. Bogę, wyświętną, całkiem niemożliwą… i nie pytał już o nic, jakoś tak po prostu wiedział, że wie wszystko, co musi, a cała reszta, o nią niech inni się martwią!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Biała księżniczka” – … cudowna. Piękna i niesamowita. Bolesna prawda o koronie i owych głowach, które tak bardzo pragnęły jej ciężaru… i dlaczego? Dla sukien i klejnotów? A może tylko po to, by zadowolić rodziny? A może jednak chcieli owego królowania. W owych zakamarkach szczątkowego DNA błąka się w nich wyrazistość berła i jabłka? Może…

Philippa Gregory – sorry, ale w polskim dubbingu czytali Filip Gregory i za nic nie moge się pozbyć rechotu – poprowadziła nas już poprzez zakamarki życia Tudorów, a teraz powoli się cofa. Bohaterką tej opowieści jest Anglia… oraz jedna z jej cór. Piękna i niesamowita potomkini Meluzyny. Elżbieta York, matka Henryka VIII. Pewna tego, że ma być królową, oraz tego, że jej własna matka skrywa przed nią cały wachlarz tajemnic… jednak czy lepiej wiedzieć, czy lepiej nie móc zdradzić?

Gregory jak zwykle miesza fakty historyczne ze swoją fascynującą wyobraźnią i kreśli obraz kobiety zakochanej i wydanej za innego, poniewieranej, zranionej, zmiażdżonej, by w końcu ponownie stanąć na nogach. Królowej, zwanej przez tak wielu „Dobrą Królową Elżbietą”. Młodej dziewczyny nagle zmuszonej by być żoną innego… króla. Oto świat cichnącej wojny róż, oto czas oczekiwania na Pretendenta. Bo wciąż nei wiadomo, czy rzeczywiście książęta z Tower nie żyją, a może tak naprawdę czekają tylko na dogodną chwilę, by powrócić na tron?

Oto opowieść pełna, historyczna, stylizowana, a jednak przeszywająca. Wzruszająca i targająca zmysłami oraz uczuciami czytających. Tutaj każda rana bohaterki odbija się w nas. Każda niesprawiedliwość, chociaż też nie do końca ją rozumiemy… bo jak zrozumieć kogoś, kto myśli inaczej…. koronowanie?

Ganiałam dzisiaj po plaży parasol. Piękny, cudny taki, nówka nie śmigana… znaczy teraz to już śmigana, co nie? Ganiałam go wytrwale cierpiąc, bo kamyczki były lekko ostrawe, a te w wodzie omszone i obglonione sałatką… z sosikiem. Ale ganiałam. Przetrwałam i złapałam filuternika, a potem… potem się dowiedziałam, że to obciach bo się na POLICE dzwoni. A tak, to nie żart, a może jednak żart? Ktoś zadzownił w sprawie dmuchanego krokodyla, co oczywiście dał dyla. Znaczy dyla dał przy pomocy wiatru, fal i całej tej naturalnej fizyki, a więc widać… zerwał się z niewoli i uprzęży, w długą poszedł, w giganta i ogólnie nawiał!!! Człowiek zaś zadzwonił. Z jednej strony rozumiem. Przywiązany był pewno do niego – aczkolwiek w brodę sobie pewno teraz pluje, że nie mocniej i nie bardziej cieleśnie? Że o rękę go nie poprosił, że nie oświadczył się w blasku zachodzącego słońca, na plaży, z diamentem w platynie i fiołkami w butonierce polo szirta… Że nie zawarli związku małżeńskiego, nie obiecali sobie, że na zawsze i do końca, że wierność, miłość, równość i braterstwo im nie obce… że on mu nie odgryzie, a on mu będzie piłował. Że deskę będzie podnosił, a i zmywał po sobie i skarpetki prał… I uczciwość małżeńską, oraz że cię nie opuszczę, aż do śmierci.

Serio! W sprawie krokodyla koleś zadzwonił na policję. I serio krokodyl był dmuchany. Znaczy bez szczegółów, nie wiem czy to miłość, czy coś innego, ale no dmuchany był. Jak na razie nie możemy przedstawić wersji krokodyla, gdyż poszukiwania nadal nie trwają. No chyba, że ów kochanek wynajął jakąś łódź, albo z helikopterka swojego nieprzywiązanego poszukuje? A może CIA wezwał? Fundację założył, stronę na Facebooku i apel na Twitterze?

Jeżeli pływając w Bałtyku i ciekach go otaczających spotkacie dmuchanego, pewno już wyblakłego gościa, niegdyś gryźnie zielonego… zgłoście się!!! Jest tutaj ktoś, kto za nim tęskni. No chyba, że sobie już dmuchnął innego. Wiecie, w dzisiejszych czasach ta miłość to tak niewiele znaczy…

Golizna znaczy wiele…

A tutaj wstyd. Znaczy tam, na Północy raczej problemów nigdy nie było z golizną. Ot wyłazi człek z pracy, zrzuca garniak, zmienia niewymowne na kąpielówki i do bahcadołka. Cóż, tak było kiedyś. Dziś podobno Północ zaczyna się wstydzić. Tylko kurde czego? Tego nie wiem. Ale owa dziwna, płynna zwyczajowa tutaj naturalność, ot nikt nie robi z siebie uciechy i nie przebiera się pod namiotem z ręcznika podskakując niczym gryziony mórkwami wielbłąd, a po prostu siada, ściąga galoty i zakłada porciaszki, naturalność owa cudna znika! Niby nie ma problemu. Ot będzie cyrk z wielbłądów na plaży… Jednakowoż… jeśli ów wstyd tak opadnie Północ do końca, bo to podobno młodzież teraz taka niedoskonała jest czy cuś, taka niemodnie niewychudła czy coś, jednak przecież to dziwny wstyd? A co jeśli wstyd tak okrzepnie, opadnie mackami i pajęczyną na wszystkich, wykupi nie tylko wczasy, ale na wieki wieków… zostanie?

To co będzie zez tym światem?

Bo… może to wina pornosów? Są wszędzie, więc już chłopaczki nie cieszą się na wycieczkę ze starszymi koleżankami. Nie podglądają, nie marzą, nie myślą, nie fantazjują, po prostu tak jakoś zwyczajnie poogladają sobie w necie… Tylko czy bez wstydu? Ech! No weźcie no, a co z zabawą w doktora?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Urodzaj Religijności… została wyłączona