Pan Tealight i Pan Cumtojfel…

„Pan Cumtojfel obudził się tego ranka nadzwyczaj rześki i radosny. Zaniepokoiło go to dość mocno, gdy ani razu nie wylała mu się woda na herbatę, a nawet nie wykipiała, a co gorsza nie była ani trochę przypalona! Gdy już nie wysypał na podłogę herbaty, jak zwykle się mu zdarzało, za co wdzięczne były wszelakie mikre stworzenia, a i nie zapomniał jej posłodzić, gdy ciasteczko namoczyło się w niej dobrze i nie rozpadło w zagęszczający napar pył… zaczął odczuwać silne mrowienie w żołądku. A prawda jest taka, że mrowienie w żołądku w przypadku osobników takich jak Pan Cumtojfel, znaczy aż nazbyt wiele. Niektórzy po takich odczuciach toczyli wojny, grzebali zmarłych, a nawet doprowadzali do krańca wszelakie świate… Może i nasz przyjaciel nie miał aż tak wielkich aspiracji, ale jednak… odczuwał coś. I bardzo go to odczuwanie intrygowało, bo nie przypominał sobie niczego, co mogłoby do owego odczuwania doprowadzić. Nic się wczoraj nie wydarzyło, ale to całkiem nic.

Jak zwykle rano poszedł do pracy, a należy nadmienić, że robotę miał nad podziw zwyczajną. Ot stał na jedynym takim rozstaju polnych dróg na południe od Białego Domostwa i czekał… Czekał na tych, co pamiętają. Na owych z kurzajkami, z których serio można było zrobić cudowny napar nasenny dla kur, tymi z życzeniami i klątwami, za których spełnienie mógł dostać wszystko, oraz tych zagubionych całkiem, niemiłosiernie zmęczonych, znużonych… szukających czegokolwiek. Czekał zawsze przygotowany. Odziany w swój wyprasowany strój, z całym kuferkiem specjałów, dzięki którym był takim profesjonalistą od czasów swojego ojca, dziadka i pradziadka. Czyli wiecie, od początku świata właściwie. Znaczy od momentu stworzenia owego rozstaju dróg. Od narodzin tej mocy, której przeznaczone było mieć ich rodzinę za Strażnika. I tak naprawdę nie zastanawiał się, dlaczego od tak dawna nikt nie przyszedł. Dlaczego nikt nie prosił, nie krzyczał, nie błagał…

Po prostu pracował i w owej specyficznej rutynie odnajdywał spokój i swoje, może i monotonne, przeznaczenie… czy do tego dnia?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9286

Z cyklu przeczytane: „Wilcze przesilenie” – … Anne. Ja rozumiem wiarę i brak wiary, a potem ponownie ucieczkę w jej ramiona… Tylko co teraz? Co z nami? Z Morphenkindami? Co z Reubenem i jego nową rodziną? Co z jego starą rodziną? Matką, ojcem, bratem… i kobietą, która miała być jego żoną?

Anne Rice powraca w nowej opowieści. Królowa wampirów, autorka opowieści o czarownicach, ale i niesamowitych erotyków, czy niewielkich historii, tak bardzo wzruszających jak „Skrzypce”… tym razem powraca ku… no właśnie ku czemu? To drugi tom serii, a ja nadal nie mam pewności o co w tym wszystkim chodzi? Najpierw pogańska, szalona i niesamowita Anne, w pewnym momencie, ze zrozumiałych powodów, powróciła w ramiona chrześcijaństwa. Mimo zmiany tematyki, wciąż jednak jakoś ujmowała. Była nowa, inna… A teraz? Po ponownym nawróceniu na religię dawnych przodków, próbuje chyba przywrócić sobie dawną sławę… i nie jestem pewna, czy jej się udaje. Bo niby mamy znowu intrygującego bohatera, jego nowe życie, pasjonujący świat, wzbudzający nowe marzenia dom, wilkołacze zwiastowanie nieśmiertelności…

… ale co poza tym?

Na pewno Rice ponownie przenosi nas w świat, w którym tak bardzo nie trzeba się lękać śmierci. Mierzy się w tej opowieści o miłości, magii, owych postaciach kroczących w cieniu, o duchach, oraz wszystkim tym, co dla wielu niemożliwe… z owym pierwotnym lękiem przed ciemnością, zgaszonym światłem i odebranym oddechem. Daje nam świat stworzeń, wikołaków/zmiennokształtnych, które mają właściwie wszystko. Żyją bez strachu, zawsze, wiecznie, bez większych ludzkich zmartwień… otoczeni przez nieśmiertelnych. Kto z nas chciałby przestać bać się umierania, starzenia? Ja na pewno, a jednak ta powieść jakoś mnie nie ujmuje. Jakoś nuży… Bo to już było. Nie ma tutaj nic nowego poza nazbytnim owłosieniem bohaterów. Ale też… jest to coś, za czym część mnie tęskni.

Można czytać to jako fantasy, można jako opowieść o miłości, o ludziach, którzy w końcu potrafią stawić czoła złu tego świata… można się zatopić. Zresztą, sprawdźcie sami. Zacznijcie od „Daru wilka”.

IMG_1397 (2)

Dynie i klocki, słoma i dynie. Gdzie niegdzie wystaje lekko zwichrowana, przyschnięta gałązka kukurydziana, z kolbą też. Żółciuteńkie takie ma kukurydza zębiska, jakby serio pijała wiele barwnika z moczu, a skąpiła na szczoteczce i paście. Oj cudownie połyskliwa jest, dziwnie taka lakierowana…

Znaczy tak, u nas się zaczęło Halloween. Przez to, że maluchy mają tydzień ferii, znowu Gudhjem zaroiło się turystami. Ponownie w tej przepięknej osadzie, pośród kolorowych chatek, powieszonych duchowości i podgryzanych lodów, szaleją języki, a i sami ludzie, skacząc po słomianych klockach w niskim i przewidywalnym labiryncie. Ale nie ma boja. U nas to serio, wszystko pod aktywność fizyczną od razu podchodzi. Jedni na snopku, drudzy pod snopkiem, jeżeli marzą się wam jakiekolwiek zakupy, to ostatni na nie dzwonek. Nawet niektóre sklepy są otwarte! A poza tym… coś w powietrzu dziś takiego przytłaczającego, jakby owe wszelkie dynie łkały… bo każda z nich chciała być ciastuszkiem, albo tam wekiem, czy innym drzemem, a tu co? No nic nie ma! No kurcze nie da się… ino rola ozdobnicza. Wpychają im na dodatek w brzuszki różnokształtne świeczki, a te je podpalają, a i ocieplają, nagle się wszystko w dyńce gotuje i jak się dobrze nagrzeje… to owa dyńka się zmienia w potwora. Tego, który tęskni za swoimi ziarenkami, a z owej tęsknoty, nie pomny, że one zniknęły już pomiędzy siekaczami i kłami ludzkości, postanawiają je odnaleźć. Niczym matki, które zagubiły swoje liczne dziatwy plątają się od łódki do łódki, od kutra do kutra. Od chatki do chatki, do drzwi do okien, od piwnic po dachy… Mewy dobrze wiedzą na co się szykuje, gdy tylko w porcie się nazbyt wszystko pomarańczy, więc nawet nie starają się im przeszkadzać. Bo widzicie, może i dynia was nie pogryzie, może i nie wyjje wnętrzności, nie wychłepcze z was do ostatniej kropelki krwi, ale coś może… może zbutwiałowością swą wewnętrzną was oblać, a owa ciecz musująca wciąż szybko weżre się wam i w oczy i pod skórę zajdzie i już nic i nigdy nie uczyni was pachnącymi. Na zawsze tchnąc będziecie aromatem zdechłych jaj…

Wcale nie kłamie. Pamiętacie tego gościa, któy zwykle się bachał w porcie w wannie? A właśnie, a zauwazyliście dziwny siarczany posmak ostatnio w powietrzu… Podobno się rozpuścił od nadmiernego mycia i starł od szorowania!!! BUUUUU!!!

IMG_3535

Ogólnie mówiąc w szarości dnia dzisiejszego we łbie się człowiekowi mąci i tyle. Z jednej strony te przepiękności liściowe, owe czerwieniowości wszelakie, pomarańcze i żółcienie, ostatnie, lekko wymęczone zielenie i te pnie srebrzyste z w końcu pootwieranymi oczami i owe gałązki fikuśnie powykręcane, a i te szalone kory drażnienia… Wszystko jest takie niesamowite. Jakby gotowe do jakiegoś balu, czy coś? A może, gdy zmrok zapadnie, bo teraz to wcześniej zapada, wiadomo, gdy wszyscy usną, gdy cisza będzie jedynym dźwiękiem nagle Wyspę opadnie muzyka i wszyscy popłyną w dziwnym korowodzie. W takim, do którego każdy jest zapraszany, ale nie każdy ma śmiałość dołączyć? A może jednak to ino mrzonki… nie no, coś wisi w tlenie. Czy raczej małej przeraźliwie azotowości i się recholi z ludzisków. Strasznie!!!

Bo widzicie… po sezonie sezon ma natura. Jak już ludzi mniej, a i Tubylcy bardziej skorzy do przymykania na wszystko oczu, a i zostawania czasem w domach w kocach i przy ogniu, albo wprost przeciwnie, nagle tak bardzo zaskakująco podnieceni wyrywają się w głuszę nieznane i znajdują wszystko to, co nieodkryte… Co tak naprawdę nie dotknięte, nie wymodlone, śniące i śpiące… I wtedy Śpiący Bogowie, Pradawni i Śniący ponownie słyszą swoje imiona. I wiedzą, że ich czas tak naprawdę nigdy się nie skończy, bo wiara to coś więcej niż kościoły i reguły.

Wiara to tak wiele i nic zarazem. Szczególnie taka… Taka, gdy po bóstwie stąpasz, spożywasz go, gdy ono cię tuli, ale czasem w swej nieopatrznej, a może przebiegliwej jednak, kapryśności chłoszcze swoimi urokami. Ot Wyspa… Cud wszystkiego, wystarczy tylko chcieć. Bo przecież serio, ona nie jest aż tak skomplikowana. A może jest aż tak skomplikowana, ale warto się owej skomplikowaności poddać? Warto ją poznać, nauczyć się jej… oddać wszystko.

Dzisiaj w Gudhjem można było zapytać o to w jaki sposób przeprowadzić się na Bornholm. W jaki sposób zamieszkać w Gudhjem… Ciekawe. Czy ktoś się zdecyduje? A może jednak nie? A może…

IMG_1400

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Cumtojfel… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmolokacja…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki była lokowana na prawie ogólnie wiedźmowym. A raczej może swoiście wiedźmowym, no trochę wiecie tak bez namacalnej autopsji i wszelkich organów pobrania trudno zdefiniować, ale raczej można być chyba pewnym. Jakoś tak specjalnym prawie, że dla kogokolwiek z nią chronologicznie i terytorialnie niezbieżnym, była enigmą. A nawet tym blisko i teraz, wiecie, raczej też niezbyt jawna.

No tak po prostu.

Układ ulic w niej był może i chaotyczny lekko, tak, że i sama się w sobie gubiła nawet z lampką, GPSem i motkiem włóczki, oraz mapką codziennie aktualizowaną przez drukarnię mieszczącą się w pobliżu prawej nerki, tej nadgryzionej, znaczy to drugie prawo Mondziole!!! Tej prowadzonej przez Gnoma Owsika… no i właśnie to lokowanie prawdopodobnie tak silnie na nią wpływało, znaczy na jej skomplikowane zachowania, całkowicie niepowtarzalne i aspołeczne, niezależnie od terenu. Znaczy, jeżeli chodzi o Wyspę, to wiecie były wrony. Zresztą bez urazy, ale tutaj nawet jak się zgubisz, to wystarczy iść po prostu do przodu i w końcu się gdzieś, nawet dość szybko… no dojdzie. Ale jednak wrony wiele ułatwiają. Zwykle śledzą i serio niewiele za to biorą. A jak coś, to tak cię obsrają, tak obwrzeszczą, tak zaczną dziobami kłapać i skrzydłami łomotać, że chcąc niechcąc i tak, dość pośpiesznie i zlękniony, podążasz w poprawną stronę. Znaczy tę, którą one za taką uznały… Zwyczajnie, nie możesz się im sprzeciwić. I chociaż nigdy nie jesteś pewny, co takiego wymyśliły…

… jakoś im ufasz.

Jeżeli chodzi o Wiedźmę Ptaszydło, to nawet w sobie sklepy przy uliczkach miała bez ładu i składu układane, i na wszystko, ale to serio wszystko naciekały drzewa, porosty, krzaki i inne cuda zielone i naturalne. Sklepy były malutkie i zawsze dziwne. Kin w sobie jednak nie miała, ni ulic jako ulic z samochodami… I plastiku nie było w niej wcale. A domy, oj tak. Wnętrze jej ulic i dróżek, ścieżynek i innych tam ustroni, zajmowały niekiedy domy, albo i szałasy, ziemianki i półziemianki półdziewice. Mieszkały w nich te książki, któe po prostu chciały mieć dom. A każdy z tych domów inny był oczywiście. Tutaj, na tej lekko pochyłej uliczce, której nazwa wciąż się zmieniała, stały te domki, które zapamiętała jeszcze wtedy, gdy była, tylko li i aż, Małą Wiedźmą. Tam po prawej, gdy poszło się za żeberka nadgryzione pieczołowicie oszczepem czasu, była uliczka domów wymarzonych… oczywiście różnych tak jak wszelkie części wiedźmowatości, a i czas, który na nią naskakiwał. Były tam nie tylko te, o których już zapomniała, że chciała w nich żyć, ale i te, które dopiero nadejdą. Były tam ścieżki z teraźniejszości i przyszłości, te lekko pokryte zapomnieniem, ale i te, dziwnie połyskujące nadzieją…

… tylko na co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2281

Z cyklu przeczytane: „Na tropie wampira” – … ajajajaja. Gryzą! Sssają, życia wiecznego jednak kurniki nie dają? Ech! No cóż, czasem trzeba i zębiastego przycisnąć. Co nie? Szczególnie w taki wieczór, a i noc… znaczy witamy na Manhattanie w noc Wszystkich Świętych, znaczy Halloween!!! Jednakowoz pamiętajcie, że gościmy u dziwnego detektywa J. J. Mallory’ego, którego biuro nie do końca mieści się na tym Manhattanie, który znacie!!!

Ponownie, jak w opowieści o poszukiwaniu jednorożca, mamy określone ramy czasowe i terytorialne. Nie wytkniemy nosa cieleśnie poza Manhattan magiczny, a zmieścić musimy się z poszukiwaniami winnego… oczywiście do świtu! A kogo szukamy? A tego, który użarł krew z naszej krwi… no dobra, nie do końca, dokładnie to powinowatego naszego nieocenionego Porucznika. Znaczy właściwie pani Porucznik. Biedulek dotarł na owe bajeczne obchody Halloween z dwiema dziurkami w szyi. No i wiecie, nie do końca wiadomo jak długo żył będzie… a może w ogóle? Bynajmniej nasz detektyw rusza do działania. Pomagają mu tym razem, poza kocią osobowością, osobniki zaskakujące. Znaczy się pewien wampir, nie do końca ortodoksyjny i pewien zaskakująco płodny pisarz w dziwnym rozmairz ei kształcie. A do tego oczywiście cała masa mniej lub bardziej znanych postaci, z których oczywiście wydusić trzeba jakieś informacje…

… więc do roboty.

Ponownie to powieść włóczęgi. Ot od tropu do tropu, od człowieka do… demona. Od tego do tamtego, by tylko odnaleźć sprawcę. Niby nic ciekawego, niby czasem wydaje się, że cała opowieść powinna może nudzić, a jednak zamiast tego, ujmuje nas i śmieszy. Zaskakuje różnorodnością bohaterów i ich nadzwyczajną przebiegłością, z jaką starają się walczyć o naszą uwagę. Zakończenie jak zwykle zaskakujące, a mrok „chandlerowski” unosi się swobodnie nad wszystkim… więc… Jeżeli macie czas i chcecie popodglądać niesamowity świat, zapraszam!!!

IMG_1392 (2)

Deszcz… lać miało. Przygotowałam się na cały dzień lenistwa, spania i wszelakiego pod kołdrą przewalania!!! Obiecali mi pochmurności, ciemności, oraz wszelkie muzyk o szyby wybijanie… i co? I jak zwykle kicha!!!

Widzicie z Wyspą nigdy nic nie wiadomo!!! Znaczy często taki zapowiedziany deszcz sprawdza się co do minuty. Ale o wiele częściej jest tak, że zapowiadali deszcz i co mamy, no słonko! Ale nic to. Wyspa piękna niezależnie od pory, prognozy, czy aury… wiecie, bo mi wtłaczali w łeb, że pogoda to jest zawsze! Ha ha ha. No więc ślicznie jest. Aczkolwiek to, że ślicznie jest u mnie nie oznacza, że kilka metrów dalej nie leje, nie chlusta gradem, czy też nie tańczy sobie niewielkie tornado. W końcu na dworze każdy może, czyż nie? Oby tylko wiatr był w drugą stronę!

Jakoś w tym roku kompletnie się nie mogę odnaleźć w tej jesienności. Znaczy nie mam problemu z ciemnością, powrotem łomotania zatok i wszelakim skolorowieniem liści… raczej dziwnie się czuję, bo ludzi nie ma. Wychodzę, nos przy ziemi, jak to w sezonie bywało. Tutaj się czołgam, tam znowu przechodzę opłotkami, sprawdzam zawsze gdzie prawa i lewa… Nadal się kamufluję, nadal udaję, że mnie nie ma, nawet przed samą sobą, a dokładnie to… tchórzę. Wciąż mi się wydaje, że znowu przejedzie mnie gromada smarkaczy na swoich wypasionych rowerkach z Hello Kitty, tudzież z Peterem Plysem, w zależności od wieku. Albo z jakimiś innymi Transformerami. Wciąż jakoś czuję szeptanie za plecami, wciąż mnie straszą pipania telefonów, których przecież w okolicy nie ma? O co chodzi? Może serio przedawkowałam ludzi latem? Chciałam sobie udowodnić, że mogę żyć między nimi i proszę, teraz własny cień, zamiast robić za partnera do rozmów, to zdaje mi się wyrośniętym, niemieckim staruszkiem. A właśnie gwoli tematu… zauważyliście, że seniorzy – znaczy tam tak zwani seniorzy – z niemieckich landów, to są tacy nad podziw i zatrważająco krzepcy i odstawieni. Urodziwi, przycięci dokładnie przy swoich siwościach, odziani barwnie i ciekawie, dziwnie bardziej prężni, niż te w gaciach co krok mają do kostek… nastolatki!

IMG_3510

Jakoś tak…

Życie w Mniejszym Kawałku Świata, a raczej na nim, jakoś tak cudownie spowalnia. A jednocześnie kurcze wszystko leci tak na łeb na szyję, że po prostu człowiek się nie obejrzy, a tu kolejny rok przepadł. Tylko czy przepadł? Nie, no raczej nie, tyle człek zobaczył, poznał, takich rzeczy się nauczył… Mniejsza czy człek życie przechodził, czy przelatał, ważne, że tutaj. W takim miejscu. No dobra, najpierw o spowalnianiu.

Gdy człowiek żyje na Wyspie, logicznym jest, że całkowicie musi się poddać naturze. No serio inaczej się nie da. Jak wieje, to oczywiście ponownie przedawkujemy przeciwbólowe. Chociaż niektórzy to pójdą surfować, wiecie, jednakowoż dla każdego coś miłego. Jak nazbyt pada i Księżyc świeci, to jedni z nas porastają nadmiernym owłosieniem, a inni znowu nadmiernie łysieją. Co jak co, ale natura nie jest przewidywalna. Można sobie myśleć, że po burzy przyjdzie słońce, ale tutaj to się rzadko sprawdza! Jak więc się poddajemy naturze? A no pozwalamy jej robić z nami, co się jej żywnie podoba! Nie każdy może to wytrzymać i wiecie co? Coś mi się wydaje, że Pani Wyspa doskonale o tym wie. Dlatego w sezonie nie przesadza z szaleństwem, ale po… huzia na Józia! Czy raczej kurcze na Hansa? No mniejsza o imiennictwo. Czasem serio trudno znieść owe pogodowe szaleństwa. A czasem… czasem coś się przestawia w owej zewnętrzności i już wiesz dlaczego je znosisz. Żeby mogło być właśnie tak. Tak inaczej. Tak nietypowo. Tak całkowicie szalenie… a może to jednak jakaś roślinka, znana ino Wyspie, która pyli i pachnie, a dzięki temu po prostu działa nam na dekielki? Albo też coś w wodzie? A może w ziemi? Albo też w liściach, wiecie coś w rodzaju „Zdarzenia” a jednak… nie do końca przecież!!! Chociaż…

Przyznaję, że czasem jak tak stoję na skałach, albo pomiędzy drzewami, dziwnymi, równo rosnącymi, to czuję coś, czego nigdy i nigdzie nie czułam. Coś ponad to co znane i to, co jakoś człowiek dopuszcza do siebie, a nawet i ponad to, co często wyśmiewa, lub też zwyczajnie pomija milczeniem…

Co to?

IMG_1736 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmolokacja… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Kichanica…

„Właściwie, to już nie chodziło o to, że te dziwne, nietypowe, tylko dla niej inne, a zwyczajne zwykle zapachy, tak na nią działały. Iż jakiś niespójny w normalności podmuch, mógł nagle przynieść aromat z czegoś jej znajomego, z czegoś jej tak we łbie, a może i trzewiach, zaklęśniętego, że po prostu się tam przenosiła. Nagle. Myślami i ciałem. Na powrót, jakby miała lekko skrzypiacy i zardzewiały wehikuł czasu tylko dla swojej syspozycji, a i oczywiście zamontowany w jej nosie. Sporawym i lekko kartoflanym… A i już nawet serio nie chodzi o ten czas, gdy wyczuwała dookoła siebie Jedyną Babcię. Bo to wydawało się być lekko kanibalistyczne, a i zalatywało, szczególnie pod wiatr, z lekka jakimś chamskim kanibalizmem też…

Tym razem było naprawdę gorzej. Bo niby czuła, a nie czuła, niby była, a i tak wszyscy woleli jej nie widzieć, a jeżeli nie widzieli, to czy był? Jeśli nie było blisko nikogo, kto zwyczajnie mógłby potwierdzić jej odbicie w swoich oczach, to czy była do końca, naprawdę… Niby kichała, a jednak tak też nie do końca, więc przynieśli piórka i pieprze, drażniące posypki pikantne i woreczek dmuchawców suszonych, troszkę mięty, szałwię i na dodatek kanelu tytkę. I nic… nie mogła po prostu. Dusiła się i czkała, ale jakoś nie do końca, nie mogła z siebie wszystkiego wyrzucić, nie mogła.

Znaczy wiecie, niby gorączka jest, ale smarków ni hu hu! Niby kaszle i płucka rytmicznie, krztusząc się do taktu, wypluwa, ale jednak co to kicha, to coś jest nie tak. Jakby coś nie działało. Jakby, może i nocą ciemną, pod śpiących niepewnością ciała i duszy ulotnością senną… może ktoś się zakradł i zwinął z wnętrzności Wiedźmy Wrony Pożartej Moc Wielkiego Kicha? Tylko kto? Kto byłby na tyle pokręcony, na tyle stuknięty i na tyle zdesperowany, by dostać się do jej wnętrzności, już nie wnikamy poprzez który otwór w jej ciele, i dokręcić kurek, poluzować śrubeczki, wykraść kilka złączek, pogubić we flaczkach wszelkie nakrętki i zębatki, a potem zabrać ze sobą oślizgły, glutowaty i lekko zwykle niebieskawo-zielonkawy, wiecie się znaczy tak bardziej połyskliwie morski, w końcu fason trzyma Wrona, organ mocy ze sobą?

No nic. Nie można było wnikać, a i czasu nie było na dalsze dywagacje… a raczej czas były, ale nie po tej stronie mocy co trzeba, dlatego nocą ponownie ktoś się zakradł do sypialni Chatki Wiedźmy. Zresztą przy jej całkowitym poparciu, a i wszelkimi sposobami zaczął wzrost nowego narządu w Wiedźmie torować… Na początku nic się nie działo. Jak spała tak spała, co było tym dziwne, że zwyke motylich ćmy skrzydeł uderzenie dwa kilometry stąd, stawiało ją na nogi… a raczej na półdupki. Tym razem jednak spała. Na brzuchu, śliniąc się, ale na szczęście nie kryjąc dziurek nosa. Cokolwiek tam wpychali, w pewnym momencie to już Chochel pozwolił sobie na różnorakie eskperymenty, straszne doprawdy, ale wiecie cel miał uświęcić nawet TO… i w końcu, nim jutrzenka, u której ubłagał Pan Tealight opóźnienie wschodu, zabłysła, coś zaczęło się kręcić. Sam czubek nosa lekko poczerwieniał… gdzieś w głębi wiedźmiego, nakrytego kołderką w gwiazdeczki, ciała, coś zabłysło, może i radioaktywnie. Coś zamruczało, coś obudziło się do życia, a i wyraziście urwało nici snu innym…

I w końcu Wiedźma Wrona Pożarta kichnęła i znowu czas ruszył do przodu. Bo czyż tak naprawdę możecie powiedzieć, macie czelność wybrać, co jest w życiu ważne, niezbędne, a co nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0176

Z cyklu przeczytane: „Zdobycz” – … po prostu mocna. Niesamowita. Może i oczywista miejscami, szczególnie dla starszego, doświadczonego czytelniczo, czytelnika, ale i tak porusza. Dogłębnie, tak jakoś do końca, na zawsze pozostawia nie w pełni pewnym tego, że jest jakiś świat, owa Kraina Mlekiem i Miodem Płynąca… jakiś czas dla naszych bohaterów, w którym będą mogli po prostu, po ludzku… żyć?

Bo przecież nie można wciąż uciekać, nie na zawsze…

Nasi bohaterowie umykają pogoni. Biedni, zmęczeni heperzy w końcu dostają się do miejsca szczęśliwego, jednak czy na pewno? I czy na zawsze? Czy ludzie tak naprawdę wciąż jeszcze istnieją… a raczej heperzy. I czy są odpowiedzi na ową całą masę pytań, które mają Gene i Sissy?

Boję się, że cokolwiek powiem, będzie nazbyt wiele, ale tak naprawdę sami poczujecie od początku, że coś jest nie tak, że coś tutaj nie gra, źle dźwięczy, zwyczjanie nie można inaczej. Ale owo odczucie będzie niczym z tym, co odkryją nasi bohaterowie. I, biorąc pod uwagę, że to nie ostatni tom trylogii, wiecie już, że będzie ciąg dalszy… ale nawet mimo owcyh wiadomych wiecie, że jest tutaj tak wiele tajemnic, tak wiele sprzecznych, tak wiele, że nie możecie się oderwać. Nawet jak akcja się uspokaja, coś w was wciąż pozostaje naprężone, wciąż czeka na jakieś zło, stare lub nowe… a może takie, które zawsze było obok? Znajome, a przez to jeszcze bardziej potworne?

Bardzo dobra powieść. Trzyma w napięciu jak tom pierwszy, nie pozwala się oderwać, zmusza do przeczytania wszystkiego jednym ciągiem. Może i oferuje więcej młodszemu czytelnikowi, takiemu, który nie przeczytał jeszcze połowy świata, ale i ten co przeczytał znajdzie tutaj coś dla siebie… opowieść o człowieczeństwie, czy raczej… no cóż, heperzeństwie?

Nie mogę się doczekać trzeciego tomu!!!

IMG_4160

Zapadam się w ciszę po wietrzności i tak kołysząc się ponad lekko już golaskowymi drzew szczytami, ponad skałami wybarwionymi w szarości, różowości i żółcienie… ponad miejscami pełnymi czewonych jagódek, owocków i innych tam cudów, z których serio większości jeść nie można, ale spora część smakuje nie do końca wiekuiście… Ponad tym wszystkim. Gdybym tak kopnęła się wyżej, mogłabym popatrzeć na całą Wyspę z góry, ale po co mi to? Po co sięgać aż tak daleko? Po kiego na dodatek narażać swoją wrodzoną alergię na wszelakie wysokości, właściwie zaczynające się już wtedy, gdy staję na palcach… po co? Lepiej siedzieć tutaj, na powierzchni, unosić się tylko tak, że coś smyra pod paszką, albo w okolicach… NIE! Nie tam!!! Lepiej wciąż mieć ją blisko, wiecie w przypadku upadku, jednak nie lecieć nazbyt długo i nie przebijać się przez skotłowane chmury… taka wilgoć w starych kościach może seri namieszać. Nie ma co, jednak jestem stworzeniem lądowym, które co prada ubi, kocha, uwielbia chłoszczący ją po udach wiater, ale bez przesady… no a na wodzie wiadomo. Panuje ino Król Womit!!! Zawsze pragnący rozstać się ze mną z jak najbardziej szalonym pluśnięciem…

Nie trzeba mi…

Nie trzeba mi i tego i tamtego.

Nie no, pewno, że lubię być dopieszczana, ale chyba łatwa jestem w zadowolaniu siebie samej. Znaczy łatwo mnie zadowolić. Tylko czy nie nazbyt łatwo? Czy za każdym ochłapem polecę jako ot takie bidulkowe dziecko, co to je nauczono nawet za kupkę w papierku dziękować? A całkiem prawdopodobne… polecę i podziękuję, a już, taka jestem!!! Wyspie też przecież ni tunelu nie trzeba, ni kurna nowego meczetu, ona chce tylko tego, by jej nie niszczyć, nie śmiecić, by się nią i z nią bawić… by szanować i kochać, a i by jednakowosz jakoś te jej humorki znosić. A co. Wie przecież dobrze, że je ma. Żeby ją chwalić, mówić jej że piękna jest, jedyna i niesamowita, a i w tych kolorach jej tak do skał i brzegowej linii, no i serio zeszczuplała… Nie potrzebne jej diamentowe kolczyki, czy torebka od Coco, czy innego tam czegoś z labelowej linii, wybaczcie, ale się nie znam na owych najmodniejszych… ja jak Wyspa, chcę tylko tego…

IMG_0183

Tego by wiało i padało, by woda była czysta, kwiatki na łące rosły… a i łażąc po trawniku deptać możnabyło stokrotki i mleczyki. Róż rosnących dziwnie zwyczajnie, ot tak przy ścianie, albo przy płocie, no i innych badylków. Drzew i poszumów liściowych, owocków i warzywek… motylków, pszczółek, a nawet tych pająków, chociaż serio z respektowaniem sfer… dom to moja sfera, dwór dla was!!! By pory roku były no takie normalne i śnieg bywał na święta. I żeby można było pisać „christmas”, a nie kurna wciąż zważać na czyjeś obrażone uczucia… Ogólnie mówiąc współczesność chyba ma coś nie tak z tymi uczuciami. Słabe są chyba? No bo jeśli tak wszystko je obraża, to serio, ale czy naprawdę są to uczucia, czy jednak wyłącznie jakieś otoczki, pianki, ot z pajęczynek stworzone szatki, całkiem jednorazowe całkiem?

Znaczy się gdy na Wyspie…

Widzicie i u nas usunęli biedne świnki z menu w szkole. Serio tego nie rozumiem. Ktoś powinien się sprawą zająć, bo przecież taka świnka, co to chce być zjedzona, a w szkole jej nie chcą, by razi te religijne uczucia, co nie? No to, czy taka świnka nie ma prawa, by oskarżyć ludzi o dyskryminację? Przecież w jej religijnej opowieści może być coś o niebie poprzez żołądek człowieka? A zabraniając jej żołądka, można jej odebrać cud wiecznego życia, czyż nie? Takie to okrutne. W swojej leśnej świątyni taka świnka tyje sobie, hoduje się bezstresowo, cudna taka, bzyka się gdy chce, je co chce w błotku sobie ryje, na widoki piękne spogląda, a i gości czasem ma. Ktoś jej zaśpiewa, ktoś inny marchewki doniesie, a inny ktoś opowieść zarzuci… Bo wiecie, u nas są kościoły, ale dziwne takie. Jedne ostatnio stały się ścianką wspinaczkową, inne znowu, pewno ludzie tam jacyś czasem bywają, ale… chyba tylko na śluby, więc dlaczego zabierają mięsko?

No mamy kilka owych kościołów, co wyglądają jak kościoły, jakieś 10 może powiedzmy? Ale nie bój boja, są też inne. Zwykłe domy tymczasowo z racji braku laku w funkcji świątynnej. Nie krzyczą, nie wołają, ot stoją sobie, a potem ktoś zdejmuje napisik, ktoś zmienia kożka, ktoś się wyprowadza i znowu można tam mieszkać. Jak z pozostałościami po kolejkach. Kiedyś bilety, teraz w kuchni tłuką kotlety!!! Z krówki. Można mówić, że ot cywilizacja, przemijanie, że ewolucja, że kurna nic nie stoi w miejscu… ale spróbujcie powiedzieć nie.

Wyzywam was!!!

Bo widzicie Wyspa innowierców nie toleruje. Wyznajesz Wyspę, a nie coś innego.

IMG_1745

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Kichanica… została wyłączona

Pan Tealight i IZDyńki Ichnie…

„Niewielu wie, że aby dynie wyrosły kształtne i miarodajnie były wybarwione, by pestek miały smakowych sporo, a i ładnie dudniły, brzmiały i dźwięczały… by taka przesłodka, ale też i przecież tchnąca jesiennością miodową, zupa krem z nich tryskała przy lepszym przyciśnięciu, placek się sam kroił od dołu z przypieczonym brzegiem, no i wiecie w ogóle, to w ocecie najlepiej. Serio, jak takiego cukinia wepchnąć w ocet, to od razu ryj się cieszy, bo jakoś na słodko, czy w cieście to niezbyt, ani tam wynalazki w typie bigos cukiniowy to też jakoś nie podchodzi, albo podchodzi, ale potem nie od tej strony… Znaczy co kto tam lubi pewno, ale u nas niezbyt. Więc jeśli chodzi o dynie, to ino dla koloru, pesteczek i wszelakiej świeczkolubności. A dla takich celów muszą one być sporawe, dobrze na progu siedzące, lekko się krojące, ale i niepękalne…

… i dlatego dotuje się ich Ichnich.

Ichni są pewno pomyłką, może i rodzajem jakiejś mieszanki tlenowej, znaczy się ktoś nawąchał się nazbyt wiele czegoś pod gwiazdami, troll poczuł trawkę do krasnala, a krasnal krwi czystej nie był, ale z dziewicy i elfa prababki miał, więc… no z owego natchnienia wieczoru i nocy, ale i wiecie, zagubienia porannego, gdy się już wywietrzało, no wyszły takie dziwne, cuda. Nietypowe, aczkolwiek niewielkie, żaden nie przekraczał wzrostem wielkiej dyni. Zawsze dziwnie smukłe, ale i krągłe w okolicach twarzy i brzuszka, o nadzwyczaj wielkich dłoniach i stopach zawsze nagich, dziwnie czepliwych. Każdy z nich miał niewielką, sprężystą drabinkę na plecach, którą każdy otrzymywał w swoje pierwsze urodziny… i która rosła wraz z nim. Niezależnie od płci wyrażanej zwykle w falbankowości strojów – kombinezonik w zielonym kolorze z zaszywkami i dopasowane koszulki plus kapelusik w dyniowym kolorze – lekko żółtawych, kolorach kwiatów dyniowych, naszywkach, oraz długich, zdobionych włosach plecionych w warkoczyki i właściwie chowających nie wiadomo co… kochali swoją pracę. Po prostu. Każdy z nich mieszkał w swojej dyni, każdy miał własne miejsce i wyznawał Wielką Pełność Dyniową, celebrował krągłość i kształtność oraz pesteczek obfitość.

Jak to robią? Tak naprawdę nikt nie wie, bo badania dotyczące Ichnich są wyraziście niepełne. Głównie dlatego, że mało kto w nich wierzy, a i siedzieć tak z nosem w dyniach głupio, bo tyłek wtedy wyrasta ponad uprawy, a ludzie na punkcie tyłków mają narąbane pod deklem, więc… no sami wiecie. Po prostu często zwyczajowi ludzie są serio do niczego! Ale o serio serio serio. Jednak w częście świata, o któej tutaj piszemy, w owej zagubionej, choć znalezionej, ale potem zawieruszonej, zwanej Mniejszym Krańcem Świata też, czyli rzut oka, dwa razy prawym, raz lewym, uważać przy wydłubywaniu, od Chatki Wiedźmy – gdzie w końcu wymordowano chwilowo Stokrotki Z Trawnika… i ogólnie przygotowano się do zimy nawet, chociaż i bacząc też uważnie na jesień… no bynajmniej przy Białym Domostwie był sobie zahaczający o przeróżne wymiary i wszechświaty, niezbyt zwyczjany ogórdek, a w ogóródku, przy wielkiej dłubanej i zakonserwowanej wydechami mieszkańca dyńce mieszkał pan IZDyńki Ichni… z rodu Ichnich, ogólnie Ichnie go stworzyły, zrodziły i wychowały, wykarmiły i przygotowały, znaczy wykształciły i wysłały, no i zająć się tymi dyniami nakazały. I chociaż bronił się wszystkimi członkami, wykazywał nawet niezdolność do pracy w kategorii SP – czyli siewka plewka – nic to nie dało… uznano, iż akurat to miejsce da mu zdrowie…

A Pan Tealight mógł w końcu rozwinąć skrzydła swej naukowej penetracji… i rozpocząć kolejny notesik badań.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7501

Z cyklu przeczytane: „Nie pozwól mi odejść” – … i znów Catherine Ryan Hyde. Ta autorka przyzwyczaiła nas już do powieści pełnych, pięknych, szokujących prawdziwością i brakiem lukru, a jednocześnie… nadzwyczajnych. Zwyczajnych w swojej niecodzienności, mało baśniowych. Tożsamych z naszą codziennością aż nazbyt czasem.. a jednak. Bo nawet jeżeli bohaterowie są znajomi, ot ludzie jak zwykle, to jednak ich wybory zdają się być nie zawsze codzienne.

Tym razem obserwujemy dwójkę samotników. Małą dziewczynkę i dorosłego mężczyznę. Samotnych, do końca niezrozumianych, dziwnie dorzuconych przez codzienność. On już nie walczy, poddał się, ale ona wciąż ma przed sobą życie…

Billy i Grace. On nie potrafi wyjść z domu, a ona… wychodzi by nie być w domu. By nie widzieć matki, która wciąż śpi, która nie potrafi nawet dla niej porzucić narkotyków. A Billy? Cóż, niegdyś sławny, teraz w okowach strachu. Jakoś tak pasują do siebie, ale pomimo tego co o nich wiemy, czy to dobrze, by dorosły mężczyzna spotykał się z dziewczynką?

Nawet z tak nad podziw dorosłą, inteligentną, doświadczoną?

Powieść niewielka, bardziej nowela niż jako taka opowieść. Bardziej uczucie, niż tylko historia. A raczej ułamek historii dwóch ludzi, którzy się spotkali. Dwójki takich, co nie mogą dopasować się do codzienności. Mężczyzna ma za sobą życie, uwikłany teraz w pajęczynę własnych lęków, po prostu stara się przetrwać. Ona ma przed sobą życie, ale ten jego początek już ją zniszczył… łączy ich taniec. Ale jak na takie lekcje i spotkania zareaguje świat? Jej matka, jego sąsiedzi.

Początkowo historia wydawała się dziwnie jednostronna, ale wkrótce to tej dwójk rozbitków dołączył otaczających ich świat. Udaje się nam poznać nie tylko ich historie, ale też i tych, którzy ich otaczali. Nagle wydaje się, że wszystko może się zmienić, a przysłowiowa wioska wychowa dziecko, ale… do czasu. Bo uprzedzenia atakują. Bo przecież tak trudno uwierzyć nam współczesnym w dobro – i właśnie dlatego powinniście przeczytać tę opowieść, by dać sobie szansę, na odrobinę wiary. W końcu lektura nie zajmie wam wiele czasu, ot chwila, a ile może zmienić… by zauważyć kogoś, kto woła o pomoc, nie wydając dźwięku.

IMG_1848

Jesienność wzbija się na wietrznych burzanach.

Oj pięknie pachnie cała Wyspa. Gdzieś tam wciąż orzeźwiający, morski, słony aromat, a tutaj pomiędzy drzewami chłód północny i szelest cieni. Przy ścieżce, przy drodze, ganiają się liście… i pachnie wszystko tak dziwnie ciężko, tak trochę mrocznie, ale nie przytłacza, tak słodko, chociaż nie mdli… Zdaje się, że to, co miało dojrzeć osiągnęło już swoje maksymalne gabaryty, a to, co jednak postanowiło zostać zielonką, wyschło. Są elementy, które już opadły z drzew, a i wełna na kolczastych krzaczkach wije się i pręży w swojej ciepłości, i są takie, które na coś czekają… może na owe powiewy, które mają nadejść. A może na coś, o czym nikt tak naprawdę nie ma pojęcia, ale wie, że czekać należy, więc grzecznie i w skłonie, czeka…

Co zastanawia, to kompletny brak chińskich cudów halloweenowych w sklepach. Nie no pewno, że sprawdziłam tylko ten jeden w Gudhjem, ale i tak. Zwykle już o tej porze ceramiczne duszki i dynie z rozkwaszonymi uśmiechami, czekały na swoich amatorów, powoli wypierana przez gości we wszelako spiczastych, czerwonych czapeczkach, z wielkimi brzuszkami, wielkimi noskami i raczej niewielkimi innymi elementami wystroju cielesnego. A teraz nic. Czyżby odwołano wszelakie straszenie? A może w tym roku zamiast dyni w modzie jest jednak szkiete mrówko dmuchany? Albo takie ciągutki glutki w formie wieńców nagrobnych? No wiem, że może i mało śmieszne, ale wiecie, z dzisiejszym światem się nie nadąży. A przynajmniej ja nie nadążam. Taka jestem aplikacyjnie niekumata, i chyba jako jedyny człek na tej planecie nie chcę niczego na płasko palcem przesuwać. Ekhm, serio!!! Więc może odwołali jakieś święta w imię braku zabawności? Albo lepiej, po prostu w imię owej swobody religijnej, co to teraz właściwie na nic nie pozwala? Wiem, marudzę… a jesień piękna taka. Słoneczna i całkiem ciepła, poza północną wietrznością. Pachnąca, przesmaczna i pełna. I wroniasta, bo pierzaste drą się ostatnio, jakby chciały coś powiedzieć, ale czy jest ktoś, kto słucha?

Ktoś?

IMG_0147

Wychodząc „w miasto” człek się czuje jak w kompletnej wymartości. Niby kilka sklepów jeszcze jest otwarte, niby i pojedyncze dusze błądzą gdzieś w kąciku oka, a jednak gdy człek odetchnie i spojrzy ponownie, nikogo nie ma. Na sklepowych drzwiach i w witrynach pojawiły się wymyślne plakaciki z napisem: dziękujemy za ten rok, powrócimy w nowym sezonie. Czyli koniec turystów? Na razie… A może raczej tylko na chwilę, bo przecież wrócą na Ziemniaczanki-Kartoflanki i Ferianki! Znaczy się na Halloween po naszemu, wiecie troszkę wcześniej i troszkę inaczej, ale zabawa będzie jeśli pogoda dopisze. Przez tydzień znowu będzie lekki hałas i poruszenie… ale potem znowu cisza. I powróci to dziwne, niesamowite, zgubne i może uczucie, jakbyś zasypiała stojąc na pustej drodze, gdzie nic i nikt nie jedzie, gdzie nic się nie rusza, nic poza samą Wyspą, gdzie nic nie istnieje, a może jakby niczego nie było… Jednak czy nigdy, a może nagle coś się skończyło. Tak naprawdę jest w tym uczuciu coś dziwnego. Coś, co odczuwane po raz pierwszy albo Was stąd wygoni, albo sprawi, że coś w Was umrze, a potem w miejsce owej śmierci, zniszczenia i pustki, coś się pojawi… ale czy narodzi?

Uczucie.

Podobno niektórzy odczuwają smutek, dziwną niejasność, pomieszanie zmysłów, nasilenie się objawów depresyjnych, psychicznych, wszelako zdolnych nie tylko rozdzierać stare blizny, ale i zadawać nowe rany… głębokie, najgłębsze. Podobno większość ludzi odczuwa samotność, więc ucieka, umyka, krzyczy i postanawia po prostu wyjechać, a ja… ja pewno jestem dziwak i czuję, że gdy jednych nie ma, owe dziwne pustości wypełniają odmienne byty. Może i pokręcone w naszym widzeniu, może i słabo widoczne, ale przecież odbijające się w lustrach i szybach, w tafli morza, która tak rzadko jest nieruchoma, w wodach jeziorka, w strumieniu szemrzącym… więc chyba wiecie, raczej to nie wampiry, a i nie zombie, bo na czym by się wyżywiły? Więc czym jest ta dziwna siła, która mnie akurat otula i sprawia, że w końcu czuję się w domu, na miejscu, w odpowiedniej temperaturze i wszelakiej wilgotności?

Podobno znowu ilość mieszkańców spadła na łeb na szyję… znaczy Bogini od Liczebnej Upierdliwie Ilości pewno spadła ze swego stolca, jak jej powiedzieli, że nie ma już nas na Wyspie 40 tysięcy. Ale co w tym złego? Czyż niedobre są miejsca, które dla większośći są zwyczajnie sezonowe? Misiowe takie miejsca, które w ten lub inny sposób przesypiają chłodniejsze, sztormowe pory? Tosz przecież dzięki temu mamy równowagę we wszechświecie… bo bawi się ktoś, by ktoś inny zwyczajnie i głęboko spać miał i by owych bawiących się…

… śnił.

IMG_6124 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i IZDyńki Ichnie… została wyłączona

Pan Tealight i Broń Wiedźmonielogiczna…

„Rozmowy trwały od rana… a dokładniej, od tej zawsze niemożliwej do opisania chwili, gdy w końcu wszyscy zdecydowali, że na pewno i do końca wstali, umyli zęby, otwory gębowe wszelakie, a i górne i dolne, szczęki sztuczne, też i owe wielowarstwe, tudzież przewinęli homunkulusy…. no wiecie, wszyscy byli gotowi. Chyba po raz pierwszy, nie licząc oczywiście słynnej przeprowadzki, we wciąż śniącym Białym Domostwie stawili się wszyscy znani i nieznani, ci bardziej codzienni, i ci, którzy serio widzieli się na wzajem w większości po raz pierwszy.

Ale bez obawy, wszyscy byli na miejscu.

Nawet ona…

Najważniejsza dzisiaj, najważniejsza tak, jak kurcze nigdy. Lekko dziwna, znaczy bardziej niż zwykle, niewyraźna, ponad wszelką miarę nazbyt gorąca, skwapliwie potliwa, pełna wszelakich wrzodków, wyprysków i pryszczawek, podkówek pod oczami, którymi możnaby podkuć nader wielkiego konika, a i dziwnie, nisko i nieruchomo obwiśniętych policzków. O skórze suchej, chropowatej, wrząco gorącej i malowniczo zaczerwienionej… trzęsąca się. Czyli wiecie, ta niechybnie dalej zwana Ostatnią Nadzieją Wyspowego Wszechświata!

Chodziło o Turyściznę.

A dokładniej o owe niedobitki, co to postanowiły wbrew sobie i światu, wbrew naturze i własnym marzeniom, wbrew wszystkiemu i wszystkim, na siłę całkowitą… zostać tutaj na zawsze. Od wieków Autochtoni Przetubylczy próbowali przemówić im do rozumu… bo wiecie, nie no oczywiście, że fajno, jako ktoś rozumny się sprowadza, ale większość z tych, co im się wakacje nawiedziły wolą życia na Wyspie, rejterować chce zaraz miesiąc później. Umęczeni wiatrami, dobici jesiennością, dziwnie mało stabilni emocjonalnie, opici niskoprocentowymi alkoholami… Ale oni nigdy nie słychali. Nie wierzyli, twierdzili, że dadzą radę bez IKEI na każdym kroku, bez ruchomych schodów, bez wielkich sklepowych metropolii, bez ulubionej marki żelu do intymnej higieny… bez tego, co mieli kiedyś, a czego nie dostrzegali, nie uznawali za ważne. Bynajmniej chodziło o to, że przy skąpej poza sezonem promowej obsłudze naprawdę trudno było ich wyekspediować na kontynent! Ale coś trzeba było robić z chowającymi się po krzakach i lasach, po ruczajach i błotniskach, tych łkających…

Dlatego od dłuższego już czasu ekipa Sklepu z Niepotrzebnymi przyjmowała zlecenie na łagodną wojnę połączoną z pogonią i humanitarnym, we wzlotach i upadkach, odławianiem. Ale w tym roku mieli nowy plan. Tym razem przy stole z Anorektycznego Trolla, płaskatego całkiem, ujawniła się ich nowa, nadspodziewanie niełagodna w objawach broń… Wiedźmonielogiczna.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2007

Z cyklu przeczytane: „Na tropie jednorożca” – … czary mary i demony. Nie do wiary! A jednak. Jak się okazuje Manhattan niejedno tylko ma imię, a raczej nie jedną li definicję. W rzeczywistości jest też inny Manhattan, taki zza drugiej strony lustra, gdzie podobno nie ma magii, aczkolwiek jest. Gdzie są jednorożce, gorgony, krasnoludki, skrzaty, dziwni zagubieni w czasie i przestrzeni mniej lub bardziej ludzcy… a i wiele wiele, wiele więcej!!! I właśnie o tym przekonuje się średni w wieku, lekko znoszony, aczkolwiek i niezbyt ostatnio zapracowany, samotny i zdesperowany lekko detektyw J. J. Mallory. Co prawda trudno uwierzyć w niskiego człowieczka na progu, szczególnie gdy tkanki pełne są sylwestrowych bąbelków, ale co tam…

… w końcu musi ktoś odnaleźć jednorożca.

Oto zaczyna się przygoda. Humorzasta nadmiernie, zabawna czasem, dowcipna, ale i dziwnie egzaltowana, pełna wszystkiego tego, co nieprzewidywalne. Pełna tego, co całkiem niemożliwe, baśniowe… i chociaż na każdym kroku wmawiają nam, że tutaj serio magii nie ma, to jednak, wiecie, chodzi przecież o całkiem sporego demona!!!

Mike Resnick ofiaruje nam fantastyczną krainę, a w niej opowieść z rodzaju tych, gdzie bohater idzie, idzie, idzie i pyta, a potem spotyka coś, a potem najczęściej wsadza w to nos. Bohater dorosły, więc mimo może i dla niektórych fantastycznie bajkowych realiów, nie dla dzieci. Po prostu dobrze spędzony czas z rechotem w tle. I może jakimś trupem, ale wiecie, w tym świecie to nie do końca jest pewne kto kogo i czy na pewno na smierć… więc uważajcie na siebie!!!

W gruncie rzeczy to tak jakby Chandler skumał się z Tolkienem i gromadą autorów od fantasyki miejskiej… czyli wszystko w kupie!

IMG_1390

Hmm… właśnie sobie uzmysłowiłam, że u nas to się już sezon grzewczy zaczął. Znaczy nie żeby u mnie osobiście, tak bardziej ogólnie wiecie, no na Wyspie.

Jak się okazuje Tubylcy w większości kochają gorąc! Muszę przyznać, że czuję się mocno zaskoczona, bo przecież w tej części świata deszczowość i wiatery urywajace dupę są na porządku dziennym, a ludzie wciąż żyją poza murami. Łażą, spacerują, jeżdżą na rowerach, albo masochistycznie biegają zmuszając do wysiłku i swoje pieseczki. A jednak… jak tylko wracają do domu, załączają ogrzewanie. Oj może i u nas owo ogrzewanie to troszkę inna sprawa, ale jednak rzecz cała w ciepełku, a może i w ogniu, bo przecież ciepło to jedno, a owe migoczące ogienki, owe światełka i wietrzne płomyczki… to dom tak naprawdę. Ogień tam, gdzie dom.

Jeden ze znajomych śmieje się, że ogrzewanie u niego się włącza, gdy temperatura spada poniżej 24 stopni! I chyba nie tylko u niego, bo w okolicach 14stki dookoła nas huczą cieplne smoki. A przecież domki niewielkie, wystarczy obiad wstawić i parówka w pomieszczeniu, więc dlaczego? Dlaczego tak bardzo nas garnie do ciepła… a może was? Bo ja wciąż tyłek wystawiam spod kołdry i cieszę się jak wariat, gdy marznę. Gdy gęsia skórka mnie napada, gdy dreszcze targają. Wtedy dopiero czuję, że żyję naprawdę. Wtedy dopiero mogę pisać, malować, tworzyć i tak naprawdę, do końca, po wszelkie granice, a nawet i poza nie… myśleć. Moja wyobraźnia wariuje, gdy temperatura chłoszcze wiatrem północnym cielesność. I tak jest dobrze!!!

W końcu i zimno ktoś musi lubić, co nie? A reszta niech zakłada wypasione sweterki, kurteczki i inne utensylia. Ja wciąż pozostaję przy moim skąpym odzieniu rażącym mymi mało zmysłowymi krągłościami tych, co się na mnie napatoczą. A co… jedni chodzą w workach i firankach, znaczy się mogą być i tacy, co kurcze w nich nie chodzą, co nie? Co chcą zimna i tylko dzięki mu żyją!!!

IMG_6112

Ale ogień…

Właśnie z ogniem sprawa ma się inaczej, bo on musi być w domu… inaczej co jest nie tak. Inaczej czegoś brakuje, czegoś nie ma, coś ginie. Chyba dlatego mamy w sklepie wiekuistą obniżkę na tealighty. Bo świec na naszej Wyspie musi być wiele by podtrzymywać w nas i tradycję i owo, jakże dziwnie tutaj namacalne pragnienie, stabilne… by wszyscy zawsze wrócili do domu, zawsze bezpiecznie, by po prostu zawsze wiedzieli gdzie iść, jak dotrzeć, by nie stracili kierunku. To chyba dlatego wciąż, nawet mimo posiadanych innych urządzeń, ludzie nie wywalają zwyczajnych pieców. Dlatego tak bardzo czci się wszelkie ognisk palenie i dlatego… ogień wciąż płonie w oknach. Nawet pomimo braku łodzi, wyłączonych latarnii morskich, mimo wszelakiej pustki, tudzież i fantazyjnych urządzęń nawigacyjnych, wciąż w oknach płoną lampki. Wiecie, tak na wspomnienie, a może i na wszelki wypadek? Tak po prostu…

Wraz zdłuższymi nocami, a i mrocznymi wieczorami, w każdym domu coś się pali. Ot mała lampka, świeczka, tudzież wielki rzeźbiony blok wosku z knocikiem. A czasem i płoną wspomnienia o tych dziwnych czasach, które już nie wrócą… bo komu by się chciało tak bardzo cierpieć a i tyle robić. No i wiecie, żyć bez tego, co jest teraz… Taka toaleta na przykład, to ja bym chyba nie mogła. Oj pewno, że wiem jak zrobić sobie papier toaletowy z listków, a i jak wybrać te najfajniejsze, jak je zmiękczyć i tak dalej, coby szanownej miło było, a i coby jej nie poparzyło, tudzież nie była nadmiernie wszystkim widoczna, ale jednak co własny klop to własny klop Wam powiem!!! A wiecie baby na statkach to raczej nie miałyby tak łatwo jak faceci. No i te berserki, to wciąż nie wiem, czy nadmierne owłosienie by mi się mocno spodobało! Chyba raczej nie…

… więc zostaję tutaj, w krainie mego śmieciowego DNA.

IMG_5248

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Broń Wiedźmonielogiczna… została wyłączona

Pan Tealight i Mister Leakej…

„KAP
KAP
KAP
Aż czuje się te uderzenia. Gdzieś w trzewiach cichości aż smerają. Gdzieś tam w oddaleniu, gdzieś w końcach zakończeń… Gdzieś w głębokościach wszelakich tożsamości, które już nigdy nie będą tożsame nawet sobie nawzajem. W okolicznościach wszelakich cudowności… takie same.

Jakże głośne nagle jest to, co bliższe myśli, niż szeptom, jakże fascynująco wkurzające, niczym prawdziwie największa z wymyślonych tortur bardziej umysłu niźli ciała nawet… bardziej. Jak on to robi, że rytmu nie gubi, raz i kap, dwa i kap, trzy i kap. Po prostu, choć bez nut, zwyczajnie, chociaż bez stetoskopów i melodramatycznych innych, nadających rytm i styl cudów… To tylko umie, w tym czasie cichości, gdy bicie własnego serca zdaje się być zbrodnią, która niszczy najpiękniejszy, prawdziwy jakże, teraz się zdający, niemożliwym prawie… ten sen.

KAP
KAP
KAP
O białość ową gładką, niczym perłowej macicy lekkość i połysk, której to wucekaczka nie tyka, bo przecież nie trzeba, po przecież… tak jakoś nazbyt rytmicznie, spójnie chlupoczą, spływają w dół pierun wie jakiego… niebiańskiego moze nawet potoku, albo i strumienia. Kap kap kap, wcale nie chcą się uspokoić.

Wiesz już, że nie zaśniesz, ale wciąż nie wstajesz by to zmienić, bo może… może się jednak uda, może samo przestanie? Może się zlituje, zmiłuje, może ustąpi, przestanie? Ktoś inny wstanie i uciszy cichość w cichości? Bo tak odzywa się Mister Leakej, co to kiedyś w rzeczywistości znalazł odcisk pewnej stopy, ale teraz jakoś tak ino kapie i kapie i kapie, jakby chciał coś powiedzieć, może umknąć tej drżącej, piłującej go dłoni, a może jednak zdecydować się na coś innego? Może zostać w tym domku, w którym po prostu chciałby tylko i wyłącznie przeciekać? Bo przecież jednakowoż to muzyka jest, no muzyka, więc dlaczego nikt nie tańczy?

Dlaczego?

Dlaczego w owych cudownie brzmiących kremowych kafelkach nie odbijają się szaty i koafiury, kreacje i atrakcje, torty wielowarstwowe i kuliście cudownie wodniste wazy z ponczem? Dlaczego? Dlaczego nie stukają obcasiki, dlaczego nie brzmi: przepraszam, że nadepnąłem pani na stopę, przepraszam, za tą rękę na półdupku, przepraszam, ale czy mój okular nie wpadł czasem pani za dekolt, wyaczy pani, że może sprawdzę, ale dłonie mam zimne, może jednak wygrzebię, może jednak spróbuję?

Może jednak…
Kto mógłby nam pomóc no kto, czy ktoś naprawdę mógłby cokolwiek zrobić?

Dziwny Złoczyńca w kolorowej koszulce i gustownych spodenkach piłuje niemiłosiernie Mistera Leakeja. Żeby nie było nic seksualnego, znaczy przynajmniej ze strony jego Srebrzystości… Oj nie będzie dobrze, oj nie będzie, oj nie. Ach czymżem ja zasłużył sobie na męki takie. Może opluwaniem ich dłoni, oj przecież sami chcieli i mydlili… czy też jednakowoż tylko tymi dziwnymi, innymi zachowaniami? Tym, że jednak on zaciął się przy goleniu, a może tym, że ona wzięła nie tę szczoteczkę, co było trzeba i się nie przyznała? Ach czymżem uchybił? W objętościach ciepłej, pachnącej wilgotności Dziwny Złoczyńca gra w szachy śrubkami. Tak naprawdę nie wiadomo co wepchnął w śmietnik, ale coś dziwnie wybrzmiało. Nie słucha Pana Leakeja, ale w końcu tu nie o spowiedź idzie, ale o morderstwo przecież…

Ten, w Kolorowej Koszuli Złoczyńca zdaje się nie mieć ni sumienia, ni czuć bólu. Oj może i dziwne narzędzia srebrzyste rąbnęły go w palec, ale nic mu to, nie zważa na okrwienia, nie baczy na otarcia i siniaków wzrastanie barwniejsze niz jego koszula. Jakby czar na niego ktoś rzucił, jakby wszystko to było bardziej prawdziwe, niż to, co prawdziwym być powinno… Jakby wszelakości wszelakie nie miały dla niego miejsca i czasu. Jakby naprwdę nie miał sensu orzech, co to właśnie spadł, bo przecież dziwny lęk Wiedźmy Wrony Pożartej zwołał na miejsce i Wronie Plemię. Bo przecież tak być musi, być inaczej nie może. Gdy ona drży, cała Wyspa nagle nie wie co myśleć i czuć ma… A to przecież ot drobnostka, ot nic całkowite, ot nieskoplikowana operacja na Chatce Wiedżmy, ot zwyczajność… Ale ktoś taki jak ona, jak wiedźma, nie radzi sobie z codziennością innych, jej codzienność to te cholerne kupy jednorożców, które trzeba wywabić z poletniego prania, co je Pan Tealight powiesił, wierząc, że może uda się jednak dosuszyć i grzyby i kwiaty, wszystkie te codowności tkane przez Mamucie Pajęczarki na białych płachtach…

Wszystko musi być gotowe na jesień, czyż nie? Wszystko, wszystko, wszystko… Na owe liście złociste, na miodowości wszelakie, na sfruwające spod niebios, ogałacające konary, a za zmiękczające podziemia i ziemne ścieżki, kolorowości szeleszczące…

Ona, znaczy wiecie Wiedźma Wrona Pożarta myśli o tym, a Mister Leakej umiera. Jego ciało zroszone potem Złoczyńcy, dziwnie oślepione koloram i tej jego fantastycznie letniej, dziwnie nie na miejscu koszuli, przy owej czarno-granatowej Wiedźmie Wronie, przy owej źle ostrzyżonej… bo widzicie, ona gdy Złoczyńca zapukał właśnie sobie kroiła kłaki, te na głowie wiecie… bo czasem się jej zdarza taki humor humorzasty, który zwyczajnie coś uciąć musi, zwyczajnie. No i cięła i nie skończyła, a nieskończoność w niej znowu fobie napręża, a te strzelają, niczym te gacie, co się nagle zorientowały, że się dupsku przytyło…

A on wciąż umiera. Opuszczony, samotny, siąpiący nosem, tak bardzo niebieskim i czerwonym kurkiem trzęsący… tak zgorzkniały, oburzony i obrażony, tak bardzo czekający na kogoś, coś, wybawcę i zbawcę…

I już, po wszystkiemu! I co? Widzisz Leakej bracie, się nie martw, boja nie ma, patrz tosz był to ino ciała lifting…

… znowu jesteś tutaj i nie kapiesz… A i nosek masz inny, zamiast cycuszków masz nosek? Hmm? Panie Leakej, ale czy to poprawnie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3654

Z cyklu przeczytane: „Dzień, który zmienił wszystko” – … życie. Nigdy nie wiadomo co rzuci ci pod nogi. Może zranionego ptaka, może tylko wnyki, a może dziecko w kupie liści? Bo przecież życie ma to do siebie, że zaskakuje nawet tych, co już na jakąkolwiek zmianę nie mają nadziei. Którym życie przeszło koło nosa, którym kończy się nawet ów wiek sredni… którzy nie mają wizji przyszłości…

O takich właśnie bohaterach jest ta opowieść. On już dawno zapomniał co znaczy kochać i być kochanym, ona po prostu oddycha nie bacząc na okoliczności. W dniu, w którym on wziął psa i wyruszył na spacer, na kaczki, w dzikość, nic nie zwiastowało tego, co znajdzie. Małego zawiniątka, życia, które właśnie się rozpoczęło, którego nikt nie chciał. Życia, które gdyby nie on… zakończyłoby się. To dzięki niemu mały chłopiec zostaje przywrócony codzienności. Ale jakie będzie miał życie? Czy może zamieszkać z obcym mężczyzną, który nagle poczuł się w tej jednej chwili ojcem, czy też powinien zostać z babcią? Co z jego rodzicami?

Powieść jest głęboka, rozdzierająca i prawdziwa. Nie upiększona, pozbawiona wszelakich szczęśliwych zakończeń… szara. Późnojesienna, gdy jeszcze nie ma śniegu, który miłosiernie przykrywa grzechy. Przerzucani jesteśmy pomiędzy życiem, które się kończy i tym, które się zaczyna. Obserwujemy dwa dorastania. Jedno takie naturalne, poprawne, a to drugie, dziwnie późne, zaskakujące… Spoglądając na dwóch mężczyzn obserwujemy światy pełne konsekwencji. Niespełnionych marzeń i pragnień, owych dni, które przemknęły ot tak, bo inaczej się nie dało. Świat pełen szans na nowe, bo przecież zmienić można się zawsze i powolną więź, która zawiązuje się w dziwnej, specyficznej rodzinie, którą połączyło przeznaczenie… los, albo tylko przypadek?

Piękna, subtelna i prawdziwa. Pozbawiona lukru, poruszająca, ułatwiająca pogodzenie się z własnymi błędami, ale też przypominająca, że zawsze można zacząć od nowa! Bo przecież warto!!!

IMG_1846

Ciemność.

Tak… przede wszystkim jesień przychodzi z ciemnością. A może raczej to rodzaj symbiozy? Może nie potrafią bez siebie żyć? Nie żebym miała coś przeciwko, w końcu od tak wielu miesięcy paleni byliśmy słońcem, że w końcu, dopiero teraz, mogę jakoś oddychać. Jakoś tak oczami, uszami i sercem. Wszystko w człowieku w końcu odpoczywa i ciągnie go do łóżka, oj ciągnie by z niego nie wychodzić, by zostać, by zmyślić jakąś chorbę i tylko śnić… albo po prostu może pozwolić sobie na lenistwo. Oj wiem, że nic z tego, bo wewnętrzny pracuś goni do jakiejkolwiek aktywności nieśpiącej, ale pomarzyć można, co nie? Że kiedyś się będzie chciało pospać dzień i noc, i się będzie mogło… A może jednak chodzi w tym tylko o to marzenie? O czucie owej cudowności? Może spełnieni go będzie koszmarem? Bo przecież nikt nam nie broni, nikt do roboty nie przykuł, nie przywiązał, nei zespoił z komputerem, pędzlem, łopatą, przecież nie ma batów nawet, no kurcze no, leż kobieto… Ale ona nie leży. Ona nie słucha, a i wiatr z rozgrzanego jej brzucha bucha, znaczy no… Ekhm, no sami wiecie.

Październik.

Zaczyna się szarością i moknością, ale i tak cudny jest. Na krzakach i gałęziach siedzą wrony i kraczą. A raczej przeraźliwie się drą. Co dowcipne drą się oczywiście nie wtedy, gdy powinny. Gdy serio przydałby się ten okrzyk… na przykład przebieracie się w sypialni, a tutaj za oknem koleś z inspekcji domowej, co to sprawdza, czy dobrze parapecik doprawili… Kurcze!!! I to dziwne momentalne zawieszenie w czasie. Jam spanikowana, ale nie mogę się ruszyć, on nie dość, że pokrzywdzony tym, co zobaczył, to na dodatek wie, że nie powinien był, bo przecież jak tak można bez pytania, ale pewno chciał robotę odwalić… Nie usprawiedliwiam go w ogóle, najchętniej bym wronami poszczuła i z Szopą z Bejzbolami go zapoznała, ale… zamurowało mnie. Nic na to nie poradzę. Teraz tylko po prostu źle się w sobie czuję…

IMG_1985 (2)

Wszystko dookoła tak cudownie się spowolniło w końcu. Gdzieś tam dojrzewają dynie, bo u nas wiecie, jak zwykle czas strachów trochę wcześniej, znowu słomiane snopki i klocki będą sobie pogniwały na stopniach domów, a ustrojone wszelako zmiennie lampy i okna, zowu będą powiewać pomarańczą i kirem. A czemu nie… w końcu straszność też można przestraszyć. W końcu na tym to wszystko polega. I na marcepanowych paluchach w trupim kolorze z czadowymi migdałowymi paznokciami. I na cukierkach i oczywiście na dyniach i marcepanie… ale akurat to ostatnie występuje u nas w każdej okoliczności przyrody, święta i pragnienia. Ot jakoś tak…

Jest w Wyspie coś takiego… marcepanowego. Wiecie, łatwo z tego kulki robić, można podgrzać i oziębić i zalać czkekoladą. Właściwie wszyscy wiedzą z czego się to robi, ale tak do końca to nikt. Jak się to ma do kamienistej jednakowoż Damy? No cóż, ma w sobie taką samą moc, jak marcepan! I pasuje do wszystkiego! Słodka jest i cudownie miejscami miękka, ale nie zawsze i w ogóle…

… przytulić się ją da…

W sprawie jesiennych kolorów, to nadal w większości zielony mnie otacza.

Mimo kilku słonecznych dni w tej gestii się wiele nie zmieniło. Trawa też nadal bujna, dookolność mocno wilgotna, co nadzwyczaj komplikuje spacery. Wiecie, z łatwością nadzwyczajną można wyrżnąć dupskiem we wcale nie marcepanową miękkość. Zresztą, jak wam się zdarzy miękkość, to pamiętajcie, że mamy sporo żubrów na Wyspie, a to sporawe zwierzątka, które kupki lubią robić wspaniałej wielkości i masy, a i na koniu można pojeździć. Znaczy często sobie konie jeżdżą po drodze i ścieżce, więc uważajcie!!! Znaczy i na miękkość i twardość zważajcie! Ale spacerujcie. Bo przecież zmienności są cudowne. A i naturalnie uczą nas, że nowe wcale nie musi być złe, a i nowe też wcale nie jest do końca nowe… bo człowieczeństwo trwa już tak długo, a i wypełzło z naturalności, więc tak naprawdę wszystko już było…

Tylko czasem my w tym wszystkim jesteśmy po raz pierwszy.

IMG_1999

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mister Leakej… została wyłączona

Pan Tealight i Plemię Ogryzionych Pięt…

„Pojawili się rankiem.

Zamiatając dookolność swoimi dziwnie długimi kieckami, białymi, aż niebieskimi, z lekkimi trenami i szerokimi rękawami z chwościkiem, haftowanymi w dziwnie splątane pajączki w dolnej części, bez falbanek, chociaż i tak strojnie. Ale żeby nie było, żadnego bezeceństwa. No ni kostki nie widać, ni stópki, co to może przydeptać swoimi nieczystymi myślami. No nic a nic, a trzeba przyznać, że Wiedźma Wrona Pożarta spoglądała bacznie i nadgorliwie mrużyła ślepia. Bo i było na co patrzeć. Raczej niecodziennie w ramionach ściennych Chatki Wiedźmy zjawiali się aniołowie, co to ani w weki nie pójdą, ani przydatni w niewolnictwie nie będą… Zresztą tak do końca to nie wiadomo było dlaczego i skąd się wzięli…

Wszystko zaczęło się od Drzwi.

Drzwi pojawiły się na strychu, tuż obok tajnej bazy Maślanych Krasnoludków, jakoś w tygodniu. No sorry, ale dokładnie nikt nie wie kiedy. Chatka była zajęta przysypianiem i, podczas pochrapywania szybkami i kłapaniem obrazami na ścianach, zrzucaniem Wroniego Plemienia z dachówek, a Wiedźma Wrona… hmmm no cóż, wiecie z nią to nigdy nie wiadomo, ale ostatnio jakoś bardziej niż zwykle chyba, błąkała się pomiędzy sennością i motającymi ją snami, a tym, co uznawała za pidrzwioko rzeczywistość z innymi ludzkimi i ziemskimi bytami wzajemną. Więc tak po prawdzie, to mogłyby się i pojawić żonglujące słonie, a i tak mało kto by je przyuważył… no może Chowaniec Wiedźmy sprzątając? Wiecie on jako ten najwyższy w rodzinie, co to w stanie jest dostrzec kurz w najwyższych miejscach, zwany często Omiatającym Szczyty, mógłby zastanowić się o co chodzi z tymi pylonami? Ale wracając do owych drzwi. Były drewniane, dobrze oheblowane. Z piękną, chyba srebrną klamką w kształcie soczystych winorośli i dość zastanawiającym judaszem, zdobionym w przeróżne wije i zawije, listeczki i kwiatuszki emaliowane na różowo, dokładnie pośrodku. Takim, co to ino Wiedźma mogła rzeczywiście się w niego bezboleśnie i chciwie pogapić.

Czyżby był to przypadek?

Drzwi jako Drzwi ujawniły się, znaczy wyraziście, potępieńczo i zaskakująco mocno zaskrzypiały, tym samym sprowadzając zrozumienie na dotąd męczące mieszkańców nowe odgłosy, oraz brak smaru do zawiasów, znaczy przedstawiły się dopiero… nimi. Aniołami. Pierwszymi z Plemienia Ogryzionych Pięt. Znaczy nie żeby ktoś im sprawdzał odnóża, ale tyle o sobie powiedzieli, a potem rozsiedli się na trawniku w wiedźmim ogródku i… zaczęli nucić… Niczym pięć niezbyt skorelowanych ze sobą, niezbyt powiązanych jakąkolwiek linią melodyczną, tonacją, czy czymś w ten deseń, wodospadowych fontann. Takich z amorkami i cherubinkami, z delfinkami, jednorożcami oraz całkiem nieopierzonymi gołąbkami…

Początkowo Wiedźma Wrona reagowała wyłącznie dziwnym wgapianiem się w najbliższą ścianę. Znaczy ponieważ poruszenie w Chatce nazbyt zwiększyło ruchliwość, większość z mieszkańców przesuwała ją jak się dało pakując manatki… ale po chwili, znaczy mniej więcej sześciu minutach, Chochel tupnął nogą, podniósł gacie, które z niego opadły – te ze Zwierzakiem – i zatrzymał poruszenie. A potem, przesuwając Wiedźmę Ptaszydło trochę na prawo od drzwi na taras i ustawiając ją pod kątem zboczonym do okna, zaczął się zastanawiać… głośno i upierdliwie. Bo przecież to był ich świat, ich miejsce, ich dom… a ci skrzydlaci, chociaż jeszcze nie pokazali piórek, ino te głosy, musieli się stąd wynieść, bo psalmy szkodzą na trawienie, a od nowenn wszyscy tutaj dostają wiatrów, więc…

… wpadł na pomysł.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1089

Z cyklu przeczytane: „Coś do ukrycia” – … po dwudziestce nagle. Jakoś tak nagle się bardziej i desperacko kocha… Cade i Max nie są inni. Kochają i nie kochają, nie są pewni i są pewni. Chcą zaimponować jednym, ucieszyć mocno innych, ale czy wiedzą sami w co się wplątują?

Czy wiedzą czego tak naprawdę chcą?

On kocha Bliss, problem w tym, że ona jest z kimś innym. A Max? Cóż ma chłopaka, ale dla dobra przyjeżdżających rodziców potrzebuje kogoś innego. Kogoś… znaczy się jak zwykle. On jej nie kocha, ona jego też nie, ale wicie od słowa do słowa i buuum! Bo dlaczego nie. Po drodze kilka niepowodzeń, kilka niedopowiedzeń i jakieś zastarzałe problemy rodzinne, demony przeszłości i już. Voila! Kolejna opowieść dla dziewczątek… czy tylko ja serio w wieku nastoletnim nieznosiłam takich opowieści? Chyba tak? A przynajmniej ostatnio tak się czuję. Nie ma już niczego lepszego? Przecież to już było i na stronach i na ekranie. Ot komedia pomyłek, z mniejszą ilością komedii…

No nie wiem… wydawałoby się, że po dwudziestce człowieki nawet zakochane zachowują się troszkę inaczej? Ech, coś jednak w tych książkach jest, co panie i panne do siebie tuli i nęci. Może to owa niewinność miłosna, ta księżniczkowa troszeczkę historia, a może po prostu to coś, co większość z nas już przeżyła, a niektóre są dopiero w trakcie? A może taka nienachalna seksualność? Nie wiem, wiem jednak, że drugi tom tej serii (pierwszy „Coś do stracenia”) był wyczekiwany, więc… może się skusicie na taki romans na jesień? W końcu jest w jesieni tyle romantyczności… Te spacer, wieczory ciężkie i ciemne, gorąca herbata w kubku i kocyk…

PS. Spokojnie możecie czytać nie znając pierwszego tomu serii, ale wiecie co, lepiej poznać obydwa, dla głębszego obrazu całego cyklu, stworzonego przez szaloną i niezwykle płodną autorkę, Corę Carmack.

IMG_1845

Ech cudnie jest.

Wiaterek powiewa, słonko w swojej niskości się kłania, a głębokie cienie pląsają po pustkach. Jeszcze kilka dni i właściwie znowu Wyspa odetnie się od reszty świata. I znowu może będzie cisza i spokojność i dzikość? Bo czemu nie? Dzikość też jest potrzebna światu!!! A już nam tutaj najbardziej. Bo przecież tutaj natura włada, rządzi, a najczęściej to nami pomiata i tyle… co wiatery się wybudzą, to zwolenników przeciwbólowych przybywa. Aj tak, nie ma co ukrywać, że łeb od wiaterów pęka. Albo od ciszy. W życiu bym nie pomyślała, że cisza bez wiaterów może tak wkurzać. Powiem wam, że poza ową bornholmską grypą, sławną i opisaną, znajomą i przetestowaną, to mamy jeszcze coś w postaci odwietrznicy. Czyli bolączki kościstej, mięśni słabości, temperatury i ogólnego rozdrażnienia. A najdziwniejsze w tej chorobie i dolegliwościach to, że zwykły człowiek spoza Wyspy nie zrozumie dlaczego tak się czuje. Bo ani go nie przewiało, ani nazbyt nie nasłoneczniło, a łamie! Ani się nie zmoczył, ani nie przesuszył, a seryjnie nic mu się nie chce… wytchnienie od tego schorzenia jedno jest i jedyne, czyli powrót wietrzności. Wiecie, takie maksymalne przewietrzenie, tańce łamańce w powiewach, podskoki i dziwne wygibasy, kiedy to już w końcu znowu wiemy gdzie góra i gdzie dół, a gdzie nasze gacie… Ot ułomności codzienności.

Siedzę i nasłuchuję wroniastych i mewiastych, co się kłócą o robale na polu. Oj fajnie im, bo po orce, więc wiecie, mięsko darmo leży na wierzchu, leciutko może i przyrumienione tym niskim, jesiennym, dziwnie ociężałym od soków słoneczkiem. W ogrodzie za płotem, co to żywy jest i jeże w nim mieszkają, znowu ktoś opindala krzaczki. A te krzyczą, bo planowały właśnie jak tu sobie listeczki przymalować z okazji zmiany pór roku. No jakoś tak jest, że wiecie, u nas wszyscy mają prawo głosu, a ci najmniejsi, to ponieważ ich nie widać, to dbają o to, żeby było ich słychać…

… wiem coś o tym!!!

IMG_3669

Tak stoję nad kolorowym, ceglasto-zielonkawym, pełnym błękitów i fig Gudhjem… a raczej jadę najczęściej, i jakby za każdym razem, na owej górce nad miastem, co to w dole przy porcie, no i w ogóle kwitnie, czas się zatrzymywał. W dole kręta linia brzegu, skały błyskają tajemnicami i klejnotami w zaskakująco malutkich, ale cudnych rozmiarach. Żesz pierniczone Hawaje, czy inne riwiery! Ale wiecie, robali i gadopłazów mniej, no i może jadowite też nie do końca tak, a i temperaturka bardziej przyjemna, a nie ino te pocenie się… No bynajmniej stoję i jadę, i za każdym razem tak mnie coś trzaska w twarz i nazbyt blisko mając przy moim nosie swój ryj, wrzeszczy: ASZ NO PATRZ GDZIE TY MOŻESZ MIESZKAĆ, NO PATRZ PATRZ NO!!! A ja mu oddaję, sierpowym prawym, asz nos mu się rozkwasza za to wrzeszczenie na mnie, bo w końcu to na pewno jest ino moja włąsna ułuda, więc mnie nie zaskarży, bo kto by jej uwierzył, co nie, a i wywrzaskuję zraszając jadem swoją soczystą odpowiedź: A WIEM DURNY, TOSZ O TO WALCZYŁAM!!! Zamykamy się oboje wycierając lica, czy co on tam ma i milczymy i patrzymy… Bo piękne to jest… wszystko.

I te widoki piękne i to uczucie. I te zwidy i majaki też. Bo wiecie, tutaj wszystko ma swoje miejsce i przeznaczenie, wariaci też! Ale tak czasem patrzę i sobie myślę, że gdybym takie widoki miała za oknem, jak w niektórych szkołach tutaj dzieciaki mają, to chyba nawet bym się czytać nie nauczyła. Bo jakoś tak szkoda oczy od morza odrywać. Szkoda tak jakoś w ogóle w papier nos wsadzać, zamiast w te zielonkawości i morskości, w te falowości i wszelakie drzewności, ale i w te murki, gdzie… na przykład cegiełki targane wiaterami takie zabawnie podziurawione, a i wybarwione na niebiańskie ciepłości. Jakby ktoś zwalił na jedną kupę jesienne czereśnie i ukręcił z nich glinki. Bo przecież wszystko jest możliwe, co nie? Wszystko!!! A potem budował z nich kominy, bo i wędzona rybka powinna wędzić się w przepięknym towarzystwie…

… a i historie. Bo przecież wszystko tutaj ma historie swoje. Niezależnie od tego czy Merowingi i Karolingi nam królowali, czy jednym z władców był ten krew chlipiący, czy jednak nie… osz to tylko są przecież ułamki całości. A te najciekawsze są w skałach i kamieniach, w ciosach i ociosaniach, w ścianach i drewnianych skupieniach, w cegłach poznaczonych palcami, a i w kamieniach, co na nich kiedyś siedział wielki król, ale nikt poza Wyspą o tym nie pamięta…

IMG_1854 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Plemię Ogryzionych Pięt… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmi Ołtarz…

„Las.

Ciemny, mroczny, dziwnie skupiający cienie, jakby po prostu bał się chłodów, jakby był nadmiernie ciepłolubny. Nie ma w nim pięter, tylko te proste, trzymające pewnie gdzieś na najwyższych sferach swych koron nieruchomo, książki, by zwyczajnie nie tracić formy. By trzymać te pnie promiennie i sprawnie w górę, głowa wysoko, nie garbimy się panowie i panie, kroki stawiać ostrożnie, albo i ich w ogóle nie stawiać, stoimy, korzenie w dół… Iglaste bajecznie, gdzieś tam pewno rozłożyste, ale niżej ino chropowate, gałązkowe, całkiem opajęczynione, a w dole nie ma nic. Jakby piętrowość się tego lasu całkiem nie imała. A zagubione pośród korzeni kamienie pokrywa nadzwyczaj gruba, nadzwyczaj mięciutka, pulchna i cudownie aksamitna, taka, że tylko się położyć i już nigdy nie wstać i śnić, warstwa mchów, paproci i grzybów.

A pośrodku, przy dziwnej dróżce, która wyraziście i z przekorą wątpi w swój kierunek, stoi głaz. I ołtarz. Głaz spiczasty, ale szeroki, mocny, masywny z trzema dziurkami, niczym zagubionymi oczodołami, w których tylko czasem coś mruga… Przed nim może i niski, ale masnyw i dziwnie stały ołtarz. Czysty, dokładnie wylizany z ofiar i ofiarników. Jakby to, co się tutaj wydarzyło miało miejsce, ale się nim nie chwaliło…

Wiedźma Wrona Pożarta nie szukała go, wcale a wcale. To raczej on ją znalazł. I zaczął się do niej łasić… jakby było w niej coś smacznego, coś wartego złożenia, coś, co może dałoby od bogów łaskę, ale komu? Kto jest właścicielem ołtarza? Jaka społeczność, jakie plemię? Jaka rodzina, państwo czy też religijność?

Szarość kamienna przytula się do krótkich nóżek w czarnych porciętach, łasi się do włochatej torby, lekko podgryza sznurówki, powoli strzępi skarpetkę z prawej stopy, dziwnie dobiera się do cielesności… natrętna jest taka, oczywiście chciwa, a może czymś zauroczona? Czego chce? Czy tylko krwi, może mięsa? Serca wciąż bijącego, wyciętego z otwartej piersi, może płucek, wątróbki nadgryzionej i zębem Pana Czasu, oj taki tam nazbyt ognisty z niego kochanek, flaczków krętych i mruczących, wyciętego wyrostka, a może jednak okrężnicy, trzustki, czy też żołądka?

Wiedźma Wrona nie pyta czego chcą, ale też nie jest potulna… ona wie, a może po prostu robi cokolwiek, by pozostawić tutaj tylko i wyłącznie pot, łzy, kilka kropli śliny, trochę spalić tłuszczowej tkanki… więc grzebie w torbie i wyrzuca przygotowane zawczasu cukierki, kładzie grzybka zebranego po drodze. o wymiarach zaskakujących, i dorzuca kilka kromek chleba… Jednak, czy ofiara zostanie przyjęta? Mały, zgrabny ołtarz, niczym radosny piesek macha swoimi łapkami jedząc… jednak, czy zaraz nie będzie chciał więcej? Nie widać w niej niepewności ni strachu, po prostu się uśmiecha gładząc wielki kamień, mądrzejszy niż ci krzyczący, milczący bardziej niż martwi.

Po chwili już cisza i nieruchomość, nic tutaj się nie stało… a dziwne beknięcie od strony ołtarza wcale nie miało miejsca.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1049 (2)

Z cyklu przeczytane: „Wirus” – … ale no! Trochę skwasiłam czytania przyjemność, bo nagle wpadłam na pewien serial… no i wiecie, się okazało, że to to samo, a jednak… nie żałuję. Bo serial to trochę coś innego niż książka. A może raczej coś dyskretnie opowieść… uzupełniającego?

Oto mamy świat, a dokładniej aż nazbyt znaną część USA, w której dochodzi do… pewnych, dramatycznych i całkiem nieoczekiwanych, a może jednak spodziewanych, skąpanych w chwilach zaćmienia słońca, odwiedzin. A dokładniej, na płycie lotniska nagle pojawia się samolot z wyłączonymi światłami i zestawem martwych pasażerów. Chociaż… nie wszyscy nie żyją, a na dodatek ładunek został wzbogacony o coś na kształt trumny, i to ładnie, pieczołowicie, wypełnionej ziemią… Coś Wam świta? Oj tak, pewno świta, znowu wampirki! Ale tym razem trochę inne, tym razem trochę mocniej pokręcone i całkowicie nieświecące!!!

Okrutne, groźne, obrzydliwe…

Powieść wciąga, chociaż drobiazgowość każdego opisywanego kroku może lekko niektórych zniechęcić, ale narastające w treści napięcie, poraża! Serial (The Strain) – o tym samym tytule – lekko ma zmienioną fabułę, ale trzeba przyznać, że podobnie oddziaływuje na widza. Jakoś tak, mimo tego, że przecież już to było, jakoś tak kręci. Obrzydliwe miejscami, przerażające obrazami, po staremu straszące ową niemocą ludzkości, niedowierzaniem, brakiem zaufania, chciwością jednostek gotowych iść po trupach ku wyimgainowanym celom. Opowieść dotyka nas wspaniałymi osobowościami bohaterów, nawet tych najmniejszych, dziwnie krótkotrwałych… A główni bohaterowie? Oj może i mało odkrywczy, ale dzięki tej subtelnej znajomości, jakoś nas przyciągają… Ale wracając do książki… krótkie rozdziały, ciągłe przeskoki między bohaterami, jednymi może zapętlą akcję, innym za to nie pozwolą się nudzić. Szybko można polubić głównego bohatera – lekarza, znaczy tego wiecie z zębami nie z pijawką, ale też i zrozumieć innych, a już starszy pan potrafi podbić wiele serc. Cóż, takie typy tak mają! Cała reszta to sensacja w typie zabili go i uciekł, oraz ciągłe pytania, na które wciąż nie mamy odpowiedzi: dlaczego, po co i… czy jest ich więcej?

Czyż codzienność nie wydaje się wam tak bardzo intrygująca teraz?

Oto i jest kolejna wojna ludzkości, problem w tym, że ci, którzy mają wpływy pragną potworów, ale czy wiedzą, czego tak naprawdę pragną?

Czy to koniec ludzkości?
I czy można sprzymierzyć się z potworami, by zabić inne potwory?
Jakie są granice nieśmiertelności?

IMG_1389 (2)

Wypełzam z Chatki i idę przed siebie. Dobrze wiem, że mogę, że żeby spłukać z siebie codzienność pracy i udawane człowieczeństwo, muszę zagłębić się w lesistość. Po prostu muszę, nie mam innego wyjścia, inaczej… przekształcę się w to, co mnie otacza na owych granicach widzenia, tam gdzie kąt oka już nie dociera…

Szukam czegoś, albo kogoś, jednocześnie nie pragnąc zobaczyć nikogo.

Idę…

Dookoła mnie proste pnie iglastych dam i panów. Niczym szlachta z pradawności drzew. Niczym owi wybrani rycerze, wyszykowani na paradę, bo serio wojna to dziwactwo, wojna to raczej niepotrzebność, na które piękno lesistości nie ma czasu. Zresztą nawet jeśli mieliby czas, to nie mają na to ochoty. Bo w owych otoczonych korą bytach, pomiędzy hubami i sękami, mieści się taka mądrość, której ludzkość nie jest w stanie nawet liznąć… przez szybkę… Mieści się taka moc, że lepiej się jej kłaniać i dary składać, niż zwyczajnie, po człowieczemu, się sprzeciwiać.

Wilgotność dookoła ich pni sprowadziła mchy, które okrywają je cudownym, atłasowym kocykiem. Jakże miękkim, jakżke różnorodnym, tkanym kłaczkami jagodników i wszelkich kolorów i rodzajów, kształtów i smaków, grzybów. Porostów i krzewinek, trawek pojedynczych, skupionych tylko na swojej jednoznaczności. Jedne i drugie mają swoich amatorów, nikt tutaj nie będzie głodny, nawet ten, który pragnie tylko i wyłącznie lotów ponad marzenia, dziwnych podóży i wielkich, ogromnych sennych fantazji… wszystko jest tutaj możliwe, wszystko jest dostępne, uważaj, bo jeśli o to prosisz, owo mgliste i całkiem złudnie ułudne TO się stanie.

Czego szukam poza powietrzem tchnącym jesiennością i pierwszymi przymrozkami w najgłębszych nutach swojej perfumowatości… czego tak naprawdę pragnę? Oj boję się tutaj o tym, a raczej o czymkolwiek pomyśleć, boję się, że marzenia wylezą ze mnie wrzeszcząc o spełnienie… Bo co, jeśli zmienię zdanie? A ułożona jednak od A do Zeta, raczej pokrętnie dziwacznie, jako kobieta… widzicie jest to aż nazbyt możliwe, bo z wiedźmami to nigdy nie wiadomo, nigdy!!!

IMG_1079

Pomiędzy pniami śnią trolle. Zakryte przed okiem i węchem, okryte tym, co całkiem mało znaczące, śnia sny, a owe sny żyją… nie budźcie trolli, bo może śnią właśnie o was? Co wtedy, gdy nagle przestaną? Znikniecie? A co jeśli tylko się przebudzą i nagle nie znikniecie wy, ale świat dookoła was i ci, których kochacie? I wszystko się zmieni, wcale nie na lepsze? Co wtedy?

Tuptając po lasach Wyspy naprawdę dostaje się wszystko. Wielgachne grzyby rosną jak szalone tuż przy drodze, do tego jagody i inne tam cuda i wianki. Po prawej sarenka, po lewej cała masa małych zajączków. No po prostu raj. W górze ptaki, więc raczej zamknijcie buzie, bo coś wam wleci, ale pamiętajcie i spoglądajcie w górę, by przypomnieć sobie jak piękne może być niebo i chmurki, jak cudownie stać tutaj, gdy tam wszystko płynie… a może nie płynie, może to my tańczymy? Kto to może wiedzieć? Tutaj ginie czas i dziwaczne potrzeby oraz przymusy codzienności, zegarki dostają zawału sprężyny, a rozpad komórek zmaiera. Tutaj po prawej, w cudownej wilgotności bagien pląsają wszelkiej maści ptaszydła. Po lewej rosną już pałki, trochę wikliny, ot możnaby ukrecić koszyk, na pewno byłby cudny, ale nie mam czasu, bo idę do przeszłości. Dotknąć kamieni, obsypać nowymi hostoriami kurhany, na starym ołtarzy złożyć ofiarę z wszelkiej smaczności. I przytulić przeszłość i podziękować jej, że się wydarzyła… bo przecież to wszystko co było, może i bolesne, może i w dupę kopiące, to jednak doprowadziło mnie do tego miejsca… niesamowitego.

Jedynego… znajomego, ale i innego…

Idę dalej. Spoglądam na pojedyncze, chudziutkie, żółknące już brzózki i wiem, że jest w tym wszystkim tyle magii, że nawet nie staram się jej pojąć. Bo i po co? Na co mi owa cała wiedza… ja chcę na nowo odkrywać to, co już odkryte i wiadome, i jakoś tak czuć się jak ci, co robili to wszystko po raz pierwszy, przed wiekami, przed latami, a może i tylko tydzień temu… nie wiedzieć… Bo czasem tak jest lepiej.

A może nawet i częściej?

IMG_1081

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmi Ołtarz… została wyłączona

Pan Tealight i Ochłowiedźmienie…

„Wiatery wróciły, więc przy pomocy wszelkich sznurków, sznurówek, pętów, pęt, kajdanów, kajdanek, pierścionków, zaczepek, zaszewek i haftek, plecionek i spinek, guzików i rzepów, kabelków, linek, wstążeczek i krasek, gumek i szczątkowych części garderoby misternie pociętych, powiązanych i lekko kolorowo szalenie dobranych… na polu tuż za Białym Domostwem, gdzie jakoś tak ostatnio nie zaglądały nawet dzikie stworznei,a gdzie udomowienie nie miało sensu i gdzie pustka się spojawiła, aczkolwiek w trzewiach ziemi już śniły o wielkości nowe nasionka, przywiązana stała, a raczej lekko się unosiła Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki i cieszyła paszczę z nagłego, tak przez nią oczekiwanego, zimna.

Mroziła się…

Bo wiecie, niektóre byty mimo mycia, a i ogólnego obeznania z czymś zwanym intymną higieną, jakoś muszą być i wietrzone. Nie tylko myte i scrubowane, nie tylko tarte i podcierane, nie tylko suszone i nawilżane, ale też… No cóż, widać taka tam składnia, taki typ i wszelako taka bytność. Przecież niektórzy nie muszą być jak reszta świata? Przecież różnorodność to dobra sprawa, co nie?

Bynajmniej.

Wiało.

Cudowności powietrzne, wszelakie zawirowania, pierwsze opadające liście i wszelaka szelestność w oparze dnia… cóż, dookoła Wiedźmy Wrony nie było czegoś, co chociaż możnaby opisać jako szczątkową tęsknotę za latem. Nie oszukujmy się, wraz ze znikającym śniegiem, ona już modliła się o nową zimę! Dlatego teraz, gdy w końcu nadpobudliwa, przerażająca upalność zelżała… ona się mroziła. Szukała każdej niższej temperaturowości, wszelkich zwiastunów pogodowej zmienności i wtapiała się w nie. Pozwalała by ją głaskały i muskały, no całkiem jak kobieta wiecie, owych dziwnie swobodniejszych obycajów, co to teraz zwą wyzwoleniem nie! Ech! Małej wiary ludziki. Wszystko już wymyślono, nic nowego nie czeka, a i niczego nie da się zapomnieć…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5199

Z cyklu przeczytane: „Grobowiec” – … klątwa. Oj pewnie, że dobra klątwa nie jest zła! W końcu chodzi o naszą nieśmiertelność. O spokój duszy, o ową rzeczywistość wieczności, o życie, któego podobno nie ma, ale wszyscy chcą wierzyć, że jest. Oj Egipcie… nie ma co, świetnie sobie wymyśliłeś ową egzystencję po egzystencji, która jednak nie do końca potrafiła odstraszyć tych zbereźnych, złodziei i wszelakich innych aż nazbyt ciekawych zbeszczeszczenia… zrozumienia śmierci, albo po prostu nazbyt kochających to, co teraz, tylko i wyłącznie…

Oto jest ono, pragnienie sławy, nieśmiertelności i wszelakich tm czołobitności po współczesnemu. Jest on, wielki odkrywca i jego obsesja zawsze czekającej wygranej. Ale to nie on jest głównym bohaterem, ale niesamowity, mroczny i przerażający Sudd. Dziwna przestrzeń błotno markotna, w której łatwo o śmierć, ale i… o wieczne życie. Bo przecież komu przyszłoby na myśl szukać tam grobowca wielkiego faraona… Narmera? Cóż, oto jest opowieść o poszukiwaniach i przekonaniu, że są sprawy ponad naukę, technikę i znane definicje. Że człowieczeństwo od zawsze kieruje się tymi samymi znakami, a uczucia takie jak miłość, nienawiść, chciwość i zazdrość…

… są ponadczasowe.

Fascynująca, chociaż i dziwnie niepełna, niesamowita, kończąca się zbyt nagle, nazbyt przewidywalna, a jednak… nie można się oderwać! Świetna na podróż, na pewno upłynie zbyt szybko. Jednak należy uważać, przeczytanie może zaowocować nadmiernym zainteresowaniem Pradawnym Egiptem.

IMG_1388 (2)

Z nagłej burzowatości i deszczowatości, z porykiwania i czegoś na kształt problemów żołądkowych niebiosów nad Wyspą… wypełzło słońce i znowu jest ciepło. Ja już po prostu nie rozumiem tej pogody! Ale cóż można zrobić? Ino oddychać dalej, odwiedzić kibelek, a potem próbować być czymś ponad tylko jedzeniowo-wypróżniającego się dwunoga, co nie? Bo „sapiens” do czegoś podwójny zobowiązuje. Ale trawy nie wycinam, nie chce mi się. Jakoś w tym roku całkiem mi ogrodnictwo w trzewiach nie leży, więc po prostu zioła plenią się jak szalone. A niech się i plenią, każdy w końcu potrzebuje jakiejś kurcze dzikości w istnieniu, czyż nie? Tak podglądam sobie byty, które jednakowoż próbują być czymś bliższym normalności współczesnej i zdaje mi się, że widzę zombich. No serio… jakakolwiek nowość, jakiekolwiek odkrycie się im wmawia jako cud wszelaki, głupieją i łykają to, nie pamiętając, że w tak zwanej mądrości pokoleń jest to od… no pokoleń!!! Naprawdę. Żółtko jaj na głowę, białko na twarz… szare mydło do mycia, chemia, chemia, chemia, kurde, przecież chemia jest wszystkim, ale co ja się tam znam, jestem tym czymś od łopaty i haczki!!! Od przebierania ziemi i szukania skarbów, co do których nikt inny nie jest w stanie przystosować takowej definicji.

Bez urazy, sama się gubię i nawet przy ograniczonej światowości, oraz odstępności do medów na życzenie własne, i tak łykam co popadnie. Wpadam w ową opadającą linię życia. W ten wiek niezauważalności. Ojojojojoj starzeję się, piękna nie jestem, żesz kij z tym, iż nigdy nie byłam, ale kurna i nie będę? Ajajajajajjjj!!!

Nie ma boja, wszyscy się zestarzejemy. Na życie nie ma leku, ani kurna manuala i appsa. Obudźcie się i sztachnijcie co tam macie w ogódku! Prawda jest taka, że wyjście w las da wam więcej, niż cokolwiek co tam sprzedają. Marnujcie wodę w kałużach, biegajcie na golasa w deszczu… no wiecie, uważajcie jednak podczas zabaw na ostre przedmioty, a już patyczki w szczególności, a sikając w krzakach, szczególnie na babski przysiad, nie zapominajcie o wyjątkowej ostrożności. A poza tym… żryjcie jagody i jeżyny, bo się od nich ma fajne kolorki na buzi! I śmiejcie się, szczególnie wtedy, gdy natura dała wam ciemne szkliwo na zębach… podobno ono jest mocniejsze niż jasne, ale wiecie, dziś tak naprawdę w modzie nie jest zdrowie, ale sprzedajność, więc… puszczajcie pawia jak się wam chce i pierźcie!!! A czemu nie?

Co się stało ze zwyczajową dzikością zmysłów i po prostu człowieczeństwem co wstydliwie zerka na zwierzęce rozpasanie i ich możliwość obcowania z naturą bez okryć i wierzchnich i tych podfuterkowych?

IMG_0943

Wyspa jest dzika!

Szczególnie teraz, gdy Turyścizna, pewno speszona zmniejszoną wakacyjnością aury – czego kompletnie, jako ktoś upałów nietolerujący, nie rozumiem – a i wiadomo, promowością zmniejszoną, raczej się widocznie wykrusza. A to znaczy, że znowu Tubylcza Dusza z Autochtonów spokojnie i nieprzerażenie, w swej okazałości całej, wyliznąć na zewnątrz może!!! I znowu sąsiad, co to uprawia dziwne pielgrzymki pod mym kuchennym oknem, może nosić co mu się żywnie podoba, a nie zakładać odprasowane dżinsy. Oj wolność rządzi znowu!!! TAK!!! I ponownie zwyczajnie można na spacerach robić z siebie codzienność wyspową, zachwycać się, wdychać i wydychać i po prostu nie bać się, że cię nagrają telefonem, potem puszczą na youtuba i wiecie… uznają za celebrytę z artystycznym, lekko niesprecyzowanym stylem i wyrazem.

Oj tak, nadchodzi czas naszej prywatnej, szalonej i nieokiełznanej, dla innych do końca niezrozumiałej, artystyczności penetrowanej, niesprzedawalnej, ciągle się prężącej… tak prawdę mówiąc nawet Pani Wyspy nie wie skąd się jej tyle tutaj bierze. Tej woli tworzenia i niszczenia zarazem. Że jak coś nie, to od razu zmiażdżyć, usunąć, wymazać z kart i przestrzenności. Jak coś zmieniać, to zabijając uprzednio to, co tutaj było. na amen. Na zawsze, eliminując mu nie tylko imię, wymazując je z serechów i kartuszy, wygryzając z papirusów i stłukując z kamiennych inskrypcji. Potem tlukąc mu rodziców, by wymazać nawet prawdopodobieństwo tego, że ktoś lub coś, mogłby o nim pomyśleć, chociażby we wszelako pomniejszych sennych marzeniach…

No po prostu tutaj wszystko JEST inne…

IMG_0949 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ochłowiedźmienie… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmowatości Nieprzemijalne…

„Chciałabyś, co nie?

Oj wmawiasz sobie ciągle, jakby czas i ciągłość, intensywność i barwa głosu, lekka piskliwość i przeciąganie najwyższych dźwięków, miały wpływ na cokolwiek… Jakby były jakimś zarobaczonym zaklęciem, które wykopałaś z zastarzałego, zapomnianego kurhanu, gdzie serio nikt nie chciał nawet być złożonym, bo za dary grobowe służyć miały tylko dwa małe czerpaczki, kawałek krzemienia i zestaw paciorków z secondhandu! No przecież cię słyszę… Znowu chcesz sobie wmówić, że to wszystko tak spływa po tobie, żes taka oddzielona od wszystkiego co brzmi i co cię jakoś dotyka mistycznie, kosmicznie, czy jaktam… oj motylek z ciebie, lotosu kwiat na owym spokojnym stawie, nad tonią, w której nic się nie dzieje… A potem i tak rzut mięsną potrawką z sąsiadki, zawczasu przygotowaną. I patrz, od razu łapiesz się na punkty za styl i kastrację obiektu, za podkręcenie, odległość i rzucone drogą lotu przekleństwa. Specjalnie dodatki za splunięcie i jadowe okoliczności wewnętrznej aury…

Ale czujesz, że to jednak nie działa, co nie? Przemoc. Niby brzmi tak fajnie, ale jednak jakoś nie możesz, co nie? Co nie? No weź no i się przyznaj, no przecież ile można czekać, no? Zaprawdę ci powiadam, że na nic twoje wmawiania sobie, że przecież cię to nie tyka, że jak nie opluli cię twarzą w twarz wyzwiskami, to przecież nic takiego, ot wirtualność… nie wierzysz w wirtualność, to nie twoja magia…

… czyż nie?

I dlatego Wiedźma Wrona Pożarta tak luster unika, nie tylko dlatego, że na siebie patrzeć nie lubi. Bo nie lubi, ale w tym miejscu i tym momencie, to doprawdy nie ma żadnego znaczenia!

Ona po prostu siebie samej przekonać nie potrafi!!!

Serio serio serio… ogarnij się i zderz boleśnie z rzeczywistością, po której rany przemyte zostaną procentami i serio mocno zasolone, że po tobie nie spływa. Oj nie… W ciebie wszystko co ktoś powie, napisze, a gorzej nawet pomyśli, bo przecież wyczytasz to z jego oczu, ruchów, grymasu na twarzy, czy nawet zduszonego pisku myszek pracujących przy jego mózgowych kółeczkach… to wszystko w ciebie włazi, wżera się, rajcująco zabawia się z narządami wewnętrznymi, paraliżuje zewnętrzne… a jednak wciąż próbujesz siebie przekonać co nie? Durna ty!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1495

Z cyklu przeczytane: „Jedyna” – … ech! Miałam napisać, że intrygujące zakończenie trylogii, ale właśnie autorka poinformowała o kontynuacji cyklu. Już w przyszłym roku kolejny tom, a plany dotyczące piątego całkiem bogate i możliwe, że dojdą do skutku, więc… oto jest trzeci tom opowieści o Maxonie i Americe. Dziwacznej parze ze specyficznej krainy. O owej księżniczce, co nią nie chciała być, a jednak… zakochała się. Oj no wiecie jak to jest.

Cala sprawa w tym, że ona nie wie, którego chce… czyli wiecie, takie tam rozterki lat nastoletnich. Ekhm, znaczy mniej więcej nastoletnich. Do tego dziwny świat, wielu nie lubiących władzy, przesrane współczesności i ogólna niesprawiedliwość. Znaczy wiecie, jak się ma szansę, to po prostu trzeba sie zahaczyć w pałacu, w końcu jak zaprosili, to dlaczego nie? Jeść można, ubierają i w ogóle… Cóż, gorzej, że w pałacu kocha się na raz dwóch facetów, a niestety tatuś jednego, którego w końcu się wybrało, raczej nas nienawidzi… no i jest jeszcze groźba tego, że ktoś wybije nam rodzinę…

… cóż, życie księżniczki trudne jest!

Trzeci tom, który raczej przewidywalnie się kończy, ale pośrodku ma trochę elementów, które przestawiają nam klepki. Niegdyś znienawidzeni są nagle milsi, zło na zewnątrz jest dość wytłumaczalne, a krew… trochę się leje. No i przecież Maxon – książę, którego nasza bohaterka kocha i w końcu wybrała, wciąż jeszcze nie wybrał jej, wciąż jeszcze nie wie, że ona kochała tego drugiego… wciąż wszystko jest takie mgliste.

Nie mam pojęcia co jest w tej książce. Chce się ją rzucić, podeptać, zarżnąć durnych bohaterów, wybatożyć, albo coś w ten deseń… a jednak czytasz! Nie mam pojęcia dlaczego!? Serio!!! Jest w tej trylogii jakiś potencjał, który gdyby podnieść to co tutaj jest tłem, mógłby dać niesamowitą powieść. A z drugiej strony to po prostu opowieść, którą w pewnym momencie życia niektóre z nas miały na żywo! Aczkolwiek pewno bez sukienek i walk w pałacu…

IMG_1847

Kamyczki… kamyki, kamykusie, głaziki, rokusie, głazki, otoczaki i krzemienie, wapienie i granity, gnejsy i krzyształy i zlepieńce… tego tak wiele!!! Ekhm! Cudne są wszystkie! Ale mam takie miejsce, gdzie są te naj naj naj…

Siedzę tam zawsze jak to wiecie, w Australii drzewiej bywało, znaczy się do góry nogami. Bo nos mam tam, gdzie zwykle stópki… i węszę. Oj tak, bo to nie tylko chodzi o oczy, zwykle i tak kompletnie załzawione, ani nawet o uszy, coby owe dziwne szmery, załamania, muszlowe tarcia usłyszeć, albo skamieniałych i wciąż kamieniących się krzyki do mnie dotarły… nie chodzi o smakowania owych powierzchni albo gładziutkich, czasem pooranych mianiaturowymi kanionami, w których całkiem możliwe, że żyły niegdyś hipopotamy i może smoki? Ale teraz, wiecie pozostałości po erze miniaturyzacji, takiej nowoczesnej mezolityczności, po prostu siedzą w tych kamykach i wspominają jak to było, gdy się było większymi, ale jednak… może nie? Może nawet nie zauważyli, że wszystko się zmieniło, bo by to zauważyć trzeba przecież mieć porównanie, albo wścibską sąsiadkę, która z zadowoleniem zakrzyknie do ciebie na ulicy: o przytyła pani, a i oczko chyba poleciało w tych nowych rajstopkach!!!

Bynajmniej węszę.

Większości zdaje się, że kamienie nie pachną… no chyba że te wiecie, miękkie, ale one serio pachną!!! Dlatego węszę. Nawet nie dotykam. Nie sprawdzam jak tam z gładkością, nie macam i nie obracam ich w dłoniach. Nie narzucam się ze swoją nadmierną obecnością, dotykiem i pazurków, paznokci drapaniem. Po prostu nie! Jakoś wydaje mi się, że to zwyczajnie niegrzeczne. A węszyć można bezkarnie… no chyba? Chyba, że właśnie zakazali węszenia? Zresztą nawet jeżeli, to nim do mnie dotrze ta wiadomość, raczej chyba uda mi się zarejestrować jako religijny odłam Wąchatego Bóstwa?

Bo dlaczego nie?

IMG_1055

Większość ludzi tego nie robi.

No dobra, może i tylko ja to robię? Kto to może wiedzieć? Nawet jeżeli tylko ja, to wiecie co? Mi to odpowiada! Tak po prostu. Bo ja lubię, że lubię tylko ja. Tak po prostu, tylko i wyłącznie ja… A już szczególnie teraz, gdy większość świata łka nad zakończonym latem nie dostrzegając cudowności tego, co tuż za rogiem. Bo liście, mimo zachowującej jeszcze zielonkawości, wydają już te szeleszczące dźwięki, jakby dyskretnie starały się poinformować, że są gotowe do tego, by pomalowano je na wszelkie kolory i dodano ich powierzchniom wszelkich finezyjne kształtności. Gdzie niegdzie zagubiła się bursztynowość i czereśniowość. To są owi Występni i Pierwsi. Ci, co występując przed szereg, czy raczej przed koronę, ubrali się w jesienności jako pierwsi. Zwyczajnie zapisali się na egzaminy we wcześniejszym terminie, kujony pierniczone… albo po prostu wstydliwi i wystraszeni, którzy boją się porażki przed wszystkimi, albo wiedzą, że nie mają się w co ubrać, a przed terminem jakoś można przymknąć oko na brak wystawnej białej koszulki i wystrzałowego obuwia.

Występni i Pierwsi obrodzili w tym roku we wszystkich działach i grupach natury. Jakoś tak chyba nawet przedostali się do mojej ukochanej kamiennej sfery. Już nie tylko napatoczyłam się na kilka niezłych kalcytowych żył, cudownie wybarwionych gnejsów i granitów, ale też i na owe kawałeczki miłe i cudowne, wymuskane przez morskie fale, pieszczotliwie, w kształtach jakże filuternych, a jednak… i takich, gdzie widoczny jest niezaprzeczalnie udział ludzkiej ręki sprzed wielu wieków. Jakbym po prostu mogła, po wiekach, ponownie spotkać kogoś z moich i niemoich Praprzodków. Ponownie poczuła na karku dziwny, drażliwy nadmiernie oddech i wrzask: odłóż moje krzemienie i idź oskub tego ptaszka!!!

IMG_1047

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmowatości Nieprzemijalne… została wyłączona