Pan Tealight i Wiedźmolokacja…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki była lokowana na prawie ogólnie wiedźmowym. A raczej może swoiście wiedźmowym, no trochę wiecie tak bez namacalnej autopsji i wszelkich organów pobrania trudno zdefiniować, ale raczej można być chyba pewnym. Jakoś tak specjalnym prawie, że dla kogokolwiek z nią chronologicznie i terytorialnie niezbieżnym, była enigmą. A nawet tym blisko i teraz, wiecie, raczej też niezbyt jawna.

No tak po prostu.

Układ ulic w niej był może i chaotyczny lekko, tak, że i sama się w sobie gubiła nawet z lampką, GPSem i motkiem włóczki, oraz mapką codziennie aktualizowaną przez drukarnię mieszczącą się w pobliżu prawej nerki, tej nadgryzionej, znaczy to drugie prawo Mondziole!!! Tej prowadzonej przez Gnoma Owsika… no i właśnie to lokowanie prawdopodobnie tak silnie na nią wpływało, znaczy na jej skomplikowane zachowania, całkowicie niepowtarzalne i aspołeczne, niezależnie od terenu. Znaczy, jeżeli chodzi o Wyspę, to wiecie były wrony. Zresztą bez urazy, ale tutaj nawet jak się zgubisz, to wystarczy iść po prostu do przodu i w końcu się gdzieś, nawet dość szybko… no dojdzie. Ale jednak wrony wiele ułatwiają. Zwykle śledzą i serio niewiele za to biorą. A jak coś, to tak cię obsrają, tak obwrzeszczą, tak zaczną dziobami kłapać i skrzydłami łomotać, że chcąc niechcąc i tak, dość pośpiesznie i zlękniony, podążasz w poprawną stronę. Znaczy tę, którą one za taką uznały… Zwyczajnie, nie możesz się im sprzeciwić. I chociaż nigdy nie jesteś pewny, co takiego wymyśliły…

… jakoś im ufasz.

Jeżeli chodzi o Wiedźmę Ptaszydło, to nawet w sobie sklepy przy uliczkach miała bez ładu i składu układane, i na wszystko, ale to serio wszystko naciekały drzewa, porosty, krzaki i inne cuda zielone i naturalne. Sklepy były malutkie i zawsze dziwne. Kin w sobie jednak nie miała, ni ulic jako ulic z samochodami… I plastiku nie było w niej wcale. A domy, oj tak. Wnętrze jej ulic i dróżek, ścieżynek i innych tam ustroni, zajmowały niekiedy domy, albo i szałasy, ziemianki i półziemianki półdziewice. Mieszkały w nich te książki, któe po prostu chciały mieć dom. A każdy z tych domów inny był oczywiście. Tutaj, na tej lekko pochyłej uliczce, której nazwa wciąż się zmieniała, stały te domki, które zapamiętała jeszcze wtedy, gdy była, tylko li i aż, Małą Wiedźmą. Tam po prawej, gdy poszło się za żeberka nadgryzione pieczołowicie oszczepem czasu, była uliczka domów wymarzonych… oczywiście różnych tak jak wszelkie części wiedźmowatości, a i czas, który na nią naskakiwał. Były tam nie tylko te, o których już zapomniała, że chciała w nich żyć, ale i te, które dopiero nadejdą. Były tam ścieżki z teraźniejszości i przyszłości, te lekko pokryte zapomnieniem, ale i te, dziwnie połyskujące nadzieją…

… tylko na co?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2281

Z cyklu przeczytane: „Na tropie wampira” – … ajajajaja. Gryzą! Sssają, życia wiecznego jednak kurniki nie dają? Ech! No cóż, czasem trzeba i zębiastego przycisnąć. Co nie? Szczególnie w taki wieczór, a i noc… znaczy witamy na Manhattanie w noc Wszystkich Świętych, znaczy Halloween!!! Jednakowoz pamiętajcie, że gościmy u dziwnego detektywa J. J. Mallory’ego, którego biuro nie do końca mieści się na tym Manhattanie, który znacie!!!

Ponownie, jak w opowieści o poszukiwaniu jednorożca, mamy określone ramy czasowe i terytorialne. Nie wytkniemy nosa cieleśnie poza Manhattan magiczny, a zmieścić musimy się z poszukiwaniami winnego… oczywiście do świtu! A kogo szukamy? A tego, który użarł krew z naszej krwi… no dobra, nie do końca, dokładnie to powinowatego naszego nieocenionego Porucznika. Znaczy właściwie pani Porucznik. Biedulek dotarł na owe bajeczne obchody Halloween z dwiema dziurkami w szyi. No i wiecie, nie do końca wiadomo jak długo żył będzie… a może w ogóle? Bynajmniej nasz detektyw rusza do działania. Pomagają mu tym razem, poza kocią osobowością, osobniki zaskakujące. Znaczy się pewien wampir, nie do końca ortodoksyjny i pewien zaskakująco płodny pisarz w dziwnym rozmairz ei kształcie. A do tego oczywiście cała masa mniej lub bardziej znanych postaci, z których oczywiście wydusić trzeba jakieś informacje…

… więc do roboty.

Ponownie to powieść włóczęgi. Ot od tropu do tropu, od człowieka do… demona. Od tego do tamtego, by tylko odnaleźć sprawcę. Niby nic ciekawego, niby czasem wydaje się, że cała opowieść powinna może nudzić, a jednak zamiast tego, ujmuje nas i śmieszy. Zaskakuje różnorodnością bohaterów i ich nadzwyczajną przebiegłością, z jaką starają się walczyć o naszą uwagę. Zakończenie jak zwykle zaskakujące, a mrok „chandlerowski” unosi się swobodnie nad wszystkim… więc… Jeżeli macie czas i chcecie popodglądać niesamowity świat, zapraszam!!!

IMG_1392 (2)

Deszcz… lać miało. Przygotowałam się na cały dzień lenistwa, spania i wszelakiego pod kołdrą przewalania!!! Obiecali mi pochmurności, ciemności, oraz wszelkie muzyk o szyby wybijanie… i co? I jak zwykle kicha!!!

Widzicie z Wyspą nigdy nic nie wiadomo!!! Znaczy często taki zapowiedziany deszcz sprawdza się co do minuty. Ale o wiele częściej jest tak, że zapowiadali deszcz i co mamy, no słonko! Ale nic to. Wyspa piękna niezależnie od pory, prognozy, czy aury… wiecie, bo mi wtłaczali w łeb, że pogoda to jest zawsze! Ha ha ha. No więc ślicznie jest. Aczkolwiek to, że ślicznie jest u mnie nie oznacza, że kilka metrów dalej nie leje, nie chlusta gradem, czy też nie tańczy sobie niewielkie tornado. W końcu na dworze każdy może, czyż nie? Oby tylko wiatr był w drugą stronę!

Jakoś w tym roku kompletnie się nie mogę odnaleźć w tej jesienności. Znaczy nie mam problemu z ciemnością, powrotem łomotania zatok i wszelakim skolorowieniem liści… raczej dziwnie się czuję, bo ludzi nie ma. Wychodzę, nos przy ziemi, jak to w sezonie bywało. Tutaj się czołgam, tam znowu przechodzę opłotkami, sprawdzam zawsze gdzie prawa i lewa… Nadal się kamufluję, nadal udaję, że mnie nie ma, nawet przed samą sobą, a dokładnie to… tchórzę. Wciąż mi się wydaje, że znowu przejedzie mnie gromada smarkaczy na swoich wypasionych rowerkach z Hello Kitty, tudzież z Peterem Plysem, w zależności od wieku. Albo z jakimiś innymi Transformerami. Wciąż jakoś czuję szeptanie za plecami, wciąż mnie straszą pipania telefonów, których przecież w okolicy nie ma? O co chodzi? Może serio przedawkowałam ludzi latem? Chciałam sobie udowodnić, że mogę żyć między nimi i proszę, teraz własny cień, zamiast robić za partnera do rozmów, to zdaje mi się wyrośniętym, niemieckim staruszkiem. A właśnie gwoli tematu… zauważyliście, że seniorzy – znaczy tam tak zwani seniorzy – z niemieckich landów, to są tacy nad podziw i zatrważająco krzepcy i odstawieni. Urodziwi, przycięci dokładnie przy swoich siwościach, odziani barwnie i ciekawie, dziwnie bardziej prężni, niż te w gaciach co krok mają do kostek… nastolatki!

IMG_3510

Jakoś tak…

Życie w Mniejszym Kawałku Świata, a raczej na nim, jakoś tak cudownie spowalnia. A jednocześnie kurcze wszystko leci tak na łeb na szyję, że po prostu człowiek się nie obejrzy, a tu kolejny rok przepadł. Tylko czy przepadł? Nie, no raczej nie, tyle człek zobaczył, poznał, takich rzeczy się nauczył… Mniejsza czy człek życie przechodził, czy przelatał, ważne, że tutaj. W takim miejscu. No dobra, najpierw o spowalnianiu.

Gdy człowiek żyje na Wyspie, logicznym jest, że całkowicie musi się poddać naturze. No serio inaczej się nie da. Jak wieje, to oczywiście ponownie przedawkujemy przeciwbólowe. Chociaż niektórzy to pójdą surfować, wiecie, jednakowoż dla każdego coś miłego. Jak nazbyt pada i Księżyc świeci, to jedni z nas porastają nadmiernym owłosieniem, a inni znowu nadmiernie łysieją. Co jak co, ale natura nie jest przewidywalna. Można sobie myśleć, że po burzy przyjdzie słońce, ale tutaj to się rzadko sprawdza! Jak więc się poddajemy naturze? A no pozwalamy jej robić z nami, co się jej żywnie podoba! Nie każdy może to wytrzymać i wiecie co? Coś mi się wydaje, że Pani Wyspa doskonale o tym wie. Dlatego w sezonie nie przesadza z szaleństwem, ale po… huzia na Józia! Czy raczej kurcze na Hansa? No mniejsza o imiennictwo. Czasem serio trudno znieść owe pogodowe szaleństwa. A czasem… czasem coś się przestawia w owej zewnętrzności i już wiesz dlaczego je znosisz. Żeby mogło być właśnie tak. Tak inaczej. Tak nietypowo. Tak całkowicie szalenie… a może to jednak jakaś roślinka, znana ino Wyspie, która pyli i pachnie, a dzięki temu po prostu działa nam na dekielki? Albo też coś w wodzie? A może w ziemi? Albo też w liściach, wiecie coś w rodzaju „Zdarzenia” a jednak… nie do końca przecież!!! Chociaż…

Przyznaję, że czasem jak tak stoję na skałach, albo pomiędzy drzewami, dziwnymi, równo rosnącymi, to czuję coś, czego nigdy i nigdzie nie czułam. Coś ponad to co znane i to, co jakoś człowiek dopuszcza do siebie, a nawet i ponad to, co często wyśmiewa, lub też zwyczajnie pomija milczeniem…

Co to?

IMG_1736 (2)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.