Pan Tealight i IZDyńki Ichnie…

„Niewielu wie, że aby dynie wyrosły kształtne i miarodajnie były wybarwione, by pestek miały smakowych sporo, a i ładnie dudniły, brzmiały i dźwięczały… by taka przesłodka, ale też i przecież tchnąca jesiennością miodową, zupa krem z nich tryskała przy lepszym przyciśnięciu, placek się sam kroił od dołu z przypieczonym brzegiem, no i wiecie w ogóle, to w ocecie najlepiej. Serio, jak takiego cukinia wepchnąć w ocet, to od razu ryj się cieszy, bo jakoś na słodko, czy w cieście to niezbyt, ani tam wynalazki w typie bigos cukiniowy to też jakoś nie podchodzi, albo podchodzi, ale potem nie od tej strony… Znaczy co kto tam lubi pewno, ale u nas niezbyt. Więc jeśli chodzi o dynie, to ino dla koloru, pesteczek i wszelakiej świeczkolubności. A dla takich celów muszą one być sporawe, dobrze na progu siedzące, lekko się krojące, ale i niepękalne…

… i dlatego dotuje się ich Ichnich.

Ichni są pewno pomyłką, może i rodzajem jakiejś mieszanki tlenowej, znaczy się ktoś nawąchał się nazbyt wiele czegoś pod gwiazdami, troll poczuł trawkę do krasnala, a krasnal krwi czystej nie był, ale z dziewicy i elfa prababki miał, więc… no z owego natchnienia wieczoru i nocy, ale i wiecie, zagubienia porannego, gdy się już wywietrzało, no wyszły takie dziwne, cuda. Nietypowe, aczkolwiek niewielkie, żaden nie przekraczał wzrostem wielkiej dyni. Zawsze dziwnie smukłe, ale i krągłe w okolicach twarzy i brzuszka, o nadzwyczaj wielkich dłoniach i stopach zawsze nagich, dziwnie czepliwych. Każdy z nich miał niewielką, sprężystą drabinkę na plecach, którą każdy otrzymywał w swoje pierwsze urodziny… i która rosła wraz z nim. Niezależnie od płci wyrażanej zwykle w falbankowości strojów – kombinezonik w zielonym kolorze z zaszywkami i dopasowane koszulki plus kapelusik w dyniowym kolorze – lekko żółtawych, kolorach kwiatów dyniowych, naszywkach, oraz długich, zdobionych włosach plecionych w warkoczyki i właściwie chowających nie wiadomo co… kochali swoją pracę. Po prostu. Każdy z nich mieszkał w swojej dyni, każdy miał własne miejsce i wyznawał Wielką Pełność Dyniową, celebrował krągłość i kształtność oraz pesteczek obfitość.

Jak to robią? Tak naprawdę nikt nie wie, bo badania dotyczące Ichnich są wyraziście niepełne. Głównie dlatego, że mało kto w nich wierzy, a i siedzieć tak z nosem w dyniach głupio, bo tyłek wtedy wyrasta ponad uprawy, a ludzie na punkcie tyłków mają narąbane pod deklem, więc… no sami wiecie. Po prostu często zwyczajowi ludzie są serio do niczego! Ale o serio serio serio. Jednak w częście świata, o któej tutaj piszemy, w owej zagubionej, choć znalezionej, ale potem zawieruszonej, zwanej Mniejszym Krańcem Świata też, czyli rzut oka, dwa razy prawym, raz lewym, uważać przy wydłubywaniu, od Chatki Wiedźmy – gdzie w końcu wymordowano chwilowo Stokrotki Z Trawnika… i ogólnie przygotowano się do zimy nawet, chociaż i bacząc też uważnie na jesień… no bynajmniej przy Białym Domostwie był sobie zahaczający o przeróżne wymiary i wszechświaty, niezbyt zwyczjany ogórdek, a w ogóródku, przy wielkiej dłubanej i zakonserwowanej wydechami mieszkańca dyńce mieszkał pan IZDyńki Ichni… z rodu Ichnich, ogólnie Ichnie go stworzyły, zrodziły i wychowały, wykarmiły i przygotowały, znaczy wykształciły i wysłały, no i zająć się tymi dyniami nakazały. I chociaż bronił się wszystkimi członkami, wykazywał nawet niezdolność do pracy w kategorii SP – czyli siewka plewka – nic to nie dało… uznano, iż akurat to miejsce da mu zdrowie…

A Pan Tealight mógł w końcu rozwinąć skrzydła swej naukowej penetracji… i rozpocząć kolejny notesik badań.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7501

Z cyklu przeczytane: „Nie pozwól mi odejść” – … i znów Catherine Ryan Hyde. Ta autorka przyzwyczaiła nas już do powieści pełnych, pięknych, szokujących prawdziwością i brakiem lukru, a jednocześnie… nadzwyczajnych. Zwyczajnych w swojej niecodzienności, mało baśniowych. Tożsamych z naszą codziennością aż nazbyt czasem.. a jednak. Bo nawet jeżeli bohaterowie są znajomi, ot ludzie jak zwykle, to jednak ich wybory zdają się być nie zawsze codzienne.

Tym razem obserwujemy dwójkę samotników. Małą dziewczynkę i dorosłego mężczyznę. Samotnych, do końca niezrozumianych, dziwnie dorzuconych przez codzienność. On już nie walczy, poddał się, ale ona wciąż ma przed sobą życie…

Billy i Grace. On nie potrafi wyjść z domu, a ona… wychodzi by nie być w domu. By nie widzieć matki, która wciąż śpi, która nie potrafi nawet dla niej porzucić narkotyków. A Billy? Cóż, niegdyś sławny, teraz w okowach strachu. Jakoś tak pasują do siebie, ale pomimo tego co o nich wiemy, czy to dobrze, by dorosły mężczyzna spotykał się z dziewczynką?

Nawet z tak nad podziw dorosłą, inteligentną, doświadczoną?

Powieść niewielka, bardziej nowela niż jako taka opowieść. Bardziej uczucie, niż tylko historia. A raczej ułamek historii dwóch ludzi, którzy się spotkali. Dwójki takich, co nie mogą dopasować się do codzienności. Mężczyzna ma za sobą życie, uwikłany teraz w pajęczynę własnych lęków, po prostu stara się przetrwać. Ona ma przed sobą życie, ale ten jego początek już ją zniszczył… łączy ich taniec. Ale jak na takie lekcje i spotkania zareaguje świat? Jej matka, jego sąsiedzi.

Początkowo historia wydawała się dziwnie jednostronna, ale wkrótce to tej dwójk rozbitków dołączył otaczających ich świat. Udaje się nam poznać nie tylko ich historie, ale też i tych, którzy ich otaczali. Nagle wydaje się, że wszystko może się zmienić, a przysłowiowa wioska wychowa dziecko, ale… do czasu. Bo uprzedzenia atakują. Bo przecież tak trudno uwierzyć nam współczesnym w dobro – i właśnie dlatego powinniście przeczytać tę opowieść, by dać sobie szansę, na odrobinę wiary. W końcu lektura nie zajmie wam wiele czasu, ot chwila, a ile może zmienić… by zauważyć kogoś, kto woła o pomoc, nie wydając dźwięku.

IMG_1848

Jesienność wzbija się na wietrznych burzanach.

Oj pięknie pachnie cała Wyspa. Gdzieś tam wciąż orzeźwiający, morski, słony aromat, a tutaj pomiędzy drzewami chłód północny i szelest cieni. Przy ścieżce, przy drodze, ganiają się liście… i pachnie wszystko tak dziwnie ciężko, tak trochę mrocznie, ale nie przytłacza, tak słodko, chociaż nie mdli… Zdaje się, że to, co miało dojrzeć osiągnęło już swoje maksymalne gabaryty, a to, co jednak postanowiło zostać zielonką, wyschło. Są elementy, które już opadły z drzew, a i wełna na kolczastych krzaczkach wije się i pręży w swojej ciepłości, i są takie, które na coś czekają… może na owe powiewy, które mają nadejść. A może na coś, o czym nikt tak naprawdę nie ma pojęcia, ale wie, że czekać należy, więc grzecznie i w skłonie, czeka…

Co zastanawia, to kompletny brak chińskich cudów halloweenowych w sklepach. Nie no pewno, że sprawdziłam tylko ten jeden w Gudhjem, ale i tak. Zwykle już o tej porze ceramiczne duszki i dynie z rozkwaszonymi uśmiechami, czekały na swoich amatorów, powoli wypierana przez gości we wszelako spiczastych, czerwonych czapeczkach, z wielkimi brzuszkami, wielkimi noskami i raczej niewielkimi innymi elementami wystroju cielesnego. A teraz nic. Czyżby odwołano wszelakie straszenie? A może w tym roku zamiast dyni w modzie jest jednak szkiete mrówko dmuchany? Albo takie ciągutki glutki w formie wieńców nagrobnych? No wiem, że może i mało śmieszne, ale wiecie, z dzisiejszym światem się nie nadąży. A przynajmniej ja nie nadążam. Taka jestem aplikacyjnie niekumata, i chyba jako jedyny człek na tej planecie nie chcę niczego na płasko palcem przesuwać. Ekhm, serio!!! Więc może odwołali jakieś święta w imię braku zabawności? Albo lepiej, po prostu w imię owej swobody religijnej, co to teraz właściwie na nic nie pozwala? Wiem, marudzę… a jesień piękna taka. Słoneczna i całkiem ciepła, poza północną wietrznością. Pachnąca, przesmaczna i pełna. I wroniasta, bo pierzaste drą się ostatnio, jakby chciały coś powiedzieć, ale czy jest ktoś, kto słucha?

Ktoś?

IMG_0147

Wychodząc „w miasto” człek się czuje jak w kompletnej wymartości. Niby kilka sklepów jeszcze jest otwarte, niby i pojedyncze dusze błądzą gdzieś w kąciku oka, a jednak gdy człek odetchnie i spojrzy ponownie, nikogo nie ma. Na sklepowych drzwiach i w witrynach pojawiły się wymyślne plakaciki z napisem: dziękujemy za ten rok, powrócimy w nowym sezonie. Czyli koniec turystów? Na razie… A może raczej tylko na chwilę, bo przecież wrócą na Ziemniaczanki-Kartoflanki i Ferianki! Znaczy się na Halloween po naszemu, wiecie troszkę wcześniej i troszkę inaczej, ale zabawa będzie jeśli pogoda dopisze. Przez tydzień znowu będzie lekki hałas i poruszenie… ale potem znowu cisza. I powróci to dziwne, niesamowite, zgubne i może uczucie, jakbyś zasypiała stojąc na pustej drodze, gdzie nic i nikt nie jedzie, gdzie nic się nie rusza, nic poza samą Wyspą, gdzie nic nie istnieje, a może jakby niczego nie było… Jednak czy nigdy, a może nagle coś się skończyło. Tak naprawdę jest w tym uczuciu coś dziwnego. Coś, co odczuwane po raz pierwszy albo Was stąd wygoni, albo sprawi, że coś w Was umrze, a potem w miejsce owej śmierci, zniszczenia i pustki, coś się pojawi… ale czy narodzi?

Uczucie.

Podobno niektórzy odczuwają smutek, dziwną niejasność, pomieszanie zmysłów, nasilenie się objawów depresyjnych, psychicznych, wszelako zdolnych nie tylko rozdzierać stare blizny, ale i zadawać nowe rany… głębokie, najgłębsze. Podobno większość ludzi odczuwa samotność, więc ucieka, umyka, krzyczy i postanawia po prostu wyjechać, a ja… ja pewno jestem dziwak i czuję, że gdy jednych nie ma, owe dziwne pustości wypełniają odmienne byty. Może i pokręcone w naszym widzeniu, może i słabo widoczne, ale przecież odbijające się w lustrach i szybach, w tafli morza, która tak rzadko jest nieruchoma, w wodach jeziorka, w strumieniu szemrzącym… więc chyba wiecie, raczej to nie wampiry, a i nie zombie, bo na czym by się wyżywiły? Więc czym jest ta dziwna siła, która mnie akurat otula i sprawia, że w końcu czuję się w domu, na miejscu, w odpowiedniej temperaturze i wszelakiej wilgotności?

Podobno znowu ilość mieszkańców spadła na łeb na szyję… znaczy Bogini od Liczebnej Upierdliwie Ilości pewno spadła ze swego stolca, jak jej powiedzieli, że nie ma już nas na Wyspie 40 tysięcy. Ale co w tym złego? Czyż niedobre są miejsca, które dla większośći są zwyczajnie sezonowe? Misiowe takie miejsca, które w ten lub inny sposób przesypiają chłodniejsze, sztormowe pory? Tosz przecież dzięki temu mamy równowagę we wszechświecie… bo bawi się ktoś, by ktoś inny zwyczajnie i głęboko spać miał i by owych bawiących się…

… śnił.

IMG_6124 (2)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.