Pan Tealight i Całkiem Oczekiwane Światełko…

„Zwyczajnie… niczy kanon liturgiczny, niczym jakieś najbardziej skomplikowane, baczne na każdy szczegół zaklęcie, które trzeba powtarzać codziennie, niezależnie od pory roku, stanu wstawienia i innych, niezależnie od nastroju, niezależnie… Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki wyłaziła spod prysznica, czasem zwanego Wodospadem Radości, znad Bulgota, zboczeńca podglądacza, ale jednak no… członka rodziny, i na paluszkach, niczym rąbnięta modelka o zaburzonym środku ciężkości, podążała w kierunku okna. Okna w sypialni. Chochel, jej chochlik pisarski nader niskiego stopnia – całkiem niepoliczalnego – co to zwykle przesiadywał w szafie grzebiąc w elementach środkowej garderoby Chowańca Masława, przyrzekał z dziwnym, lekko mdlistym wyrazem pyszczka, że nigdy nie zapominała. Że nawet jak kulała, to jęcząc dopełniała szczegółów. Zawsze przerażona…

Przez długi czas Chochel, mimo dość obrzydliwie podejrzanych zachowań podglądaczych, podpatrywał Wiedźmę Ptaszydło, sam będąc pilnowanym przez Ojeblika, małą uciętą główkę… oczywiście na zlecenie. Obserwacja jej zachowań była w końcu główną linią naukowych pasji przejawianych przez Pana Tealighta. Tych bardziej tajnych, więc wiedzieli o nich wszyscy. Niestety nie wszystko mógł sprawdzić sam, jakoś tak nie wypadało, więc zlecał pewne sprawy. Jednakowoż problem w tym, iż ilość pracowników miał dość ograniczoną… a dziwnych postępowań w wymiarze wiedźmowym aż nazbyt wiele… A jednak…

A jednak o tym zachowaniu dowiedzieli się dość późno. A może po prostu było ich tak wiele, że w końcu się zgubili? W całkowitym zwiedźmowaniu? Tylko o co chodziło? Na c patrzyła, czy liczba kroków miała znaczenie… I dopiero potem zauważyli to coś, coś świecąc, migoczące, biało-niebieskawe. Zwiastowało dobre, albo zwyczajne, niespodziankowe, albo tuzinkowe, kolejne, lub żadnoznaczne dnia wzejście. Czyli właściwie mówiąc, nic innego. Nic ważnego.

Nic.

Ale tylko jedna osoba, stary Smok z Komina zadał pytanie: Dlaczego ono patrzy na naszą wiedźmę? Co mu jej widok przepowiada?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4226 (2)

Z cyklu przeczytane: „Józefina i Napoleon” – … ojojojjjj… Człowiek się naczyta o tych historycznych, o owych histerycznych i ogólnie nie zagubionych w księgach z przeszłości, a i tek… wciąga. Przecież wiem jak to się skończy! Wiem… a jednak czyta się to jak najwspanialszą sensację.

Oto środkowy tom trylogii. Ona już nie jest dzieckiem, a on jest przy niej. Czyżby naprawdę miała się dopełnić obietnica złożona jej przez duchy? Czyżby naprawdę świat miał zatoczyć takie koło? Ona ma być królową? Może i codzienność zdaje się być nad podziw dowcipna, ale nasza świeżo poślubiona młodszemu od niej o sześć lat Napoleonowi, na razie zmaga się z nowożeństwem. Z lękami dzieci, z obawami przyjaciół. Wciąż tak wielu na niej polega, a problemy finansowe wcale nie maleją! Tak naprawdę zbyt wiele ją zawiodło, by mogła byc szczęśliwa, zresztą, czy w ogóle jest to możliwe…

Kolejny etap życia naszej bohaterki Róży, a dokładniej teraz już Józefiny Bonaparte przenosi nas w czasy zawieruchy. Oto jest Francja i Włochy, oto światy wciąż targane wojnami, biedne, a jednak tak bardzo nasycone emocjami. Oto świat, gdzie bogaci wciąż się bogacą, a biednym zawsze wiatr w oczy… oto czasy, w których nic nie było takie, jakie się wydawało, a poza tym… tak wiele odwagi wymagało, by codziennie budzić się i oddychać, i żyć.

To nie jest bajka, chociaż nasza bohaterka nie zmaga się z typowymi bolączkami codzienności. Ale w pewnym sensie ma coś z bajki. Owe miłe początki i ciężkie kontynuacje i niepewności zakończenia. Powieść jest niesamowita. Na poły obrazy z przeszłości, na poły rozważania wewnętrzne kobiety. To już nie tylko dziennik, ale my w skórze Józefiny! Tej, spoglądającej na Napoleona.

Naprawdę polecam całą trylogię, bo pomiędzy tym co nzm znane są i owe nieznane ułamki przeszłości, pomiędzy tym co prawdziwe, owe cudownie spajające historię, te wymyślone cząsteczki… po prostu miodzio!!!

IMG_5781

Ciemność…

Jest w tej jesiennej ciemności na Wyspie coś takiego uspokajającego, coś takiego, naprawdę dobrze robiącego człowiekowi, otulająceg, kojącego… Coś niczym i pierzynka i kocyk bezpieczeństwa, miś z dzieciństwa, pierwszy wymarzony pluszak, książka, która zdawała się nas rozumieć i człowiek, który w końcu się nie wymądrzał. Coś jak ta wielka góra śniegu, z której nie baliśmy się zjechać, albo to uczucie wolności, gdy turlaliśmy się z dół, z oliścionej góry, pewni tego, że nic złego się nam nie zdarzy. Bo przecież nie może, bo przecież nie jest nam pisane. Nie dziś… Jest w tym pudełko kredek, tych z misiem na obrazku, które tak cudownie pachniały i pierwszy gruby pisak, którego dyskretne podwąchiwanie dziś nazywa się narkomanią. I kredki świecowe… grube arkusze bloku do rysowania i więcej słów. Słów i definicji. Owe możliwości porozumiewania się z nimi i bez nich, zaskakujące… Ale przede wszystkim dzikość. Dzicz wolnomyślenia i dziwacznowyobraźniowości. Tego, że nie wiedzieliśmy, iż coś złego może mieć miejsce, wprost przeciwnie, byliśmy pewni, że nie może. Bo przecież to my, więc możemy podejść do tego wielkiego psa. Nic nam nie zrobi przecież. Możemy zjeść truskawki z krzaczka i te brudne, mechate ogóreczki… takie maluśkie, jakby ktoś zamknął w nich całe życie, któremu potrzeba tylko słonka i wody… Prostota.

Prostota to klucz do życia.

Liść pod nogami, krzywa zabawnie gałązka, kamień z naturalnymi oczami, albo fallicznie przewidywalna marchewka. Radość. Zwykła i niewymuszona. Taka, od której strasznie boli brzuch, a potem przychodzi dziwny dół. Po prostu… Wypełznięcie na pole w samych gaciach i koszulce, jak wiatry wieją i strasznie śnieży i tańce połamańce. Bo przecież i tak nikt nie widzi, a nawet jak widzi, tosz przecież nam nie uwierzy no!!! Zapalane świeczki w oknach, takie czekające nawet na tych, którzy nie mogą przyjść i nadejść. Którzy nigdy nie zapukają, nie powiedzą: Cześć, przyniosłem kwiaty, ale ciasto się kurcze spsuło, bo babcia na nim usiadła… Zimna woda, ciepła woda, zapomniany lód na patyku w zamrażarce znaleziony akurat wtedy, jak tak bardzo się go chce…

Po prostu.

IMG_0614

Bo wszystko jest takie proste. Życie i umieranie, wzrastanie i zmalanie się, jedzenie i wydalanie, no i seks może… miłość. Wszelkie te uczucia zmieszane w jednym saganie dziwnym cudowności…

Wyspa.

Tutaj teraz wszystko zdaje się być ciemnością. Cudowną. Wszystko szemrze i poszumia się, ptaki ucichły, tylko od czau do czasu przy karmniku rozlegną się trele. Sporadycznie o dach zabębnią łapy i pazury. Ale już coraz rzadziej… jakby wszystko szukało jednak jakiejś samotności. Inności. Spokojności? Tubylcy powoli dają sobie pozwolenie na przebywanie częstsze w pobliżu łóżka. Zdawać by się mogło, że możnaby spróbować niewstawania. Nieżycia pewnego, tylko śnienia… ale po pewnym czasie nie można już usiedzieć w domu. Należy nam się ten dach pełen drzew nagusieńkich i chmur. Ścian nader słonych i skalistych ostańców. Tego wszystkiego zewnętrznego… by tym nasiąknąć, po prostu się nakarmić po dziurki w nosie.

I inne dziurki też.

A jak się wychodzi, to nagle się okazuje, że poza nami nie ma tutaj nikogo więcej. Jakby każdy miał wyznaczoną dokładnie godzinę na owo uczucie, jakby niczyj czas nie mógł się zazębiać z innym… by czuć się panem i władcą owej nieumieralnością, ale i wszelkiego nieruchomego, wszelkiego cichego i szepcząco-szeleszczącego. Tubylec wypełza spod kołderki czy koca, spod owego działania, dziergania, strykowania, malowania, rzeźbienia czy innej nadmiernej kreatywności i… czuje się panem i władcą. Królem panującym, niezależnie od płci, one and only.

Może i owe władanie nie obejmuje wielkiego obszaru, może i jest dziwnie mało koronowane, ot kilka ostatnich owocków dzikiej róży zamiast jabłka, a zamiast korony liście we włosach, ale jednak… to uczucie tutaj jest. A wraz z nim odpowiedzialność. Bo korona to jedno, może się ładnie w niej wyglądać, ale cała reszta to ciężka pieprzona robota!!! Wszystko to oznacza, że z uglą się przyjmuje owo uczucie i z ulgą się go pozbywa. Bo przecież teraz rozpoczyna się czas snów… a czas snów jest najważniejszy. Najważniejszy niekoniecznie w tym o czym się śni, ale w tym kto się obudzi, a kto już zostanie w tym czasie snów na zawsze…

by śnić nas…

IMG_3460

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Całkiem Oczekiwane Światełko… została wyłączona

Pan Tealight i Jęzory…

„Właściwie… to i co złego było z tą Wieżą Babel?

No stała sobie prosta i całkiem taka modna, spragniona bycia i istnienia, udowodnienia, że można, nosz taka w sobie sama fikuśna. Miała może i marzenia i pragnienia… bo w końcu zrodziła się z tylu ludzi, więc była troszkę ludzka. Rozumiała ich. Może i śmiała się w kułak, gdzieś tam w fundamentach z tej ludzkiech pocieszności, ale… Rozumiała przecież. Rozumiała… wiedziała.

No chcieli się maluczcy, może i zakompleksieni w ramach i okolicach swego wzrostu, może przewrażliwieni, może i ich w szkole wyśmiewali, że tacu niscy są, że krusi tacy i nicnieumiejący może, chcieli więc dobudować się do wyższych instancji i co… co było w tym złego, by być po prostu bliżej? Nosz przecież dzięki temu możnaby takie Bóstwo spraszać na kawkę i herbatkę. Zjedzie sobie windą Bóstwo, bo w wieży musi byc i winda, i od razu skacze do panny Mani na świeżą szarlotkę! Na precelki w smalcu, na chlebek pociągnięty miodem i orzeszkami. Na herbatkę z czekoladkami, na nowe z przepisu ciasteczka tak kruche, tak maślane, że same się próbowały zjeść… więc trzeba było działać szybko… na kanapki z ogórkiem, na bułeczki z jagodami, a może i nawet na pierożki z truskawkami, albo jabłka w karmelu?

Świat jest przecież tak zwyczajnie logicznie prosty… chociaż może kulisty, ale wciąż tak bardzo zniewalająco prosty. I doskonale wie, jak dopiec Wiedźmie Wronie w sprawie językowej. Na przykład doskonałe jest, jak się okazało, w ramach podpierdniczania jej humorowości… żeby zamieniać hiszpański z niemieckim, a taki niemiecki zmieniony, nasycony manianą wrzucać potem w duński.

Bo widzicie Jęzory Wielkie, czyli bóstwo od wszelkich obcowści mówionych, wygląda jak wielka pyra. Lekko puchata, miejscami owłosiona z jedną parą oczu, jedną parą uszu, a w górnej części ciała ma otwór, niczym wielka purchawka, z której wyłażą języki. I się ruszają. I ślinią i w ogóle…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0174

Przeskakuję facebookowe zdjęcia i się dziwuję. Wszędzie jakieś korki i tłoki, wszędzie kolejki i dziwaczne pragnienia w sprawie owocowych telefonów. Ci wrzeszczą na tamtych, że im się dyń zachciało, a znowu tamci odwołują się do pierwotnych wierzeń i ciskają w innych dziadami. Jedni za krótkimi spódniczkami, inni znowu tylko burki… ci cali w weganiźmie, inni znowu tylko bieganie, u tych joga, u tamtych innych problemów rozwiązywanie. Jedni przekonują, że trza się szczepić, inni, że nie trza. Jedni, że historia nas oznacza, a inni, że nie… Ruch prawostronny, ruch lewostronny. Jedni nadzwyczaj wybili się w spirytualiźmie, inni znowu ino o idolach szeptają. Wszyscy tak naprawdę mają jedno na myśli, ale zarzuceni rozmaitymi definicjami serio nie wiedzą co wybrać… A może to jednak tylko ja?

Jedni chwalą się wyprzedażą w modnym butiku, czy innym tam dziwactwie, a ja przytargałam zabawne w kształtach dzikie jabłuszka i kasztany, za darmo. I one mi pachną, też za darmo. A może pachną za to ich przytarganie, za lekkie otarcie ich z błotka i śniących juz traw? Nie wiem… i dobrze mi z tym. Niewiedza i cisza zaskakująco wcale nie tak senna, mnie otacza.  Gdy inni latają pomiędzy zniczami a dyniami, gdy zżymają się na przedwczesny ponownie wytrysk Christmasów, ja tęsknię za nimi. Gdy wrzeszczą o wyższości umartwiania się nad obżarstwem… nie rozumiem. Gdy spoglądam na te mosty i wyścigi, na te muzyczności, koncerty i wszelkie ludów poruszenia… boję się. Tylko to czuję. Żadnej podniety, żadnej zazdrości…

Ci nadzwyczaj zajadle perorują na temat zdrowych żywności, a ja widzę, że i na zdowych i na niezdrowych jedna marka wisi. Ale nic to, porzeczka nie żyje, cytryna górą. Nie jedz kiełków, żuj pszenicę, nie pszenicę, to żyto!!! Otręby, otręby, otręby… umarła soja, niech żyje soczewica! I od razu NIE NIE NIE… nie możesz, nie powinnać, ja mam rację, ty jej nie masz, gupi jesteś, a ty durny, wieśniak, stonoga, małpa, żabojad…

A ja?

A ja mam pusto w lodówce, a ja w lesie byłam.

W liściach się uwalałam. I przez miaso przeszłam spotykając jednego człowieka, mijając dwa samochodu. I serio to było ich strasznie dużo! Jak na to miejsce i ten czas… List skrobię zżymając się sama na siebie, że kurcze papieru listowego nie mam. No zdałby się taki w bloczku jakiś, piękny taki, miękki, ale nie za bardzo, zdolny pochłonić i myśli, i marzenia, i łzy…

IMG_0187

Tyle mamy tych języków… ale czy tak serio możemy się ze sobą dogadać, co? A może w rzeczywistości nie chodzi nam o dogadywanie się? Może tak naprawdę chodzi tylko o wrzeszczenie i wtykanie innym swoich racji. O ową całkowitą nieposzanowaność wolności. I popełniania błędów… Jakoś współcześnie wszyscy są tacy mądrzy i trudno przed ich ekspansywnym nauczaniem umknąć. Rzuca się na nas zewsząd i z każdego okruszka. Już nie tylko telwzija i internety, oj nie, idą w świat, piszą książki, poradniki… każdy teraz pisarz i ogólnie mówiąc papieru marnotrawiacz.

Każdy ma coś do powiedzenia, każdy zmusza nas do słuchania i aktywnego brania udzału w owej misji… a ja w lesie byłam. Liście tam szeleściły. Szeleściły opowieściami z przeszłości i przyszłości, nie prosząc o słuchanie. Nie prosząc o zrozumienie, szeleściły tak bardziej do siebie samych. Bo liście wiedzą, że wiedzą… wiedzą jak wzrosnąć i jak potem na wietrze się trzymać, wiedzą jak z czasem do kolorów powracać i w końcu, w owym tańcu ostatecznym, gdy nikt nie myli kroków, gdy tak naprawdę nikt nie papuguje kroków, gdy w ogóle… spadają. A na ziemi mają imprezkę. I wszyscy są zaproszeni. Naprawdę… ale jest jeden problem, bo zaproszeni nie mogą wciąż chrzanić, pieprzyć i pierniczyć. Znaczy wiecie, wyżywienie może i we własnym zakresie, ale w tych ostrych przyprawach prosi się o umiłowaie radości bezkrytycznej, niekrytykującej i ogólnie mówiąc się nie wpieprzającej w życie innych…

Cóż, może i Bóstwo wszelakie nie zmieszało języków, ale w rzeczywistości dało i wszystkim ino tą wolność. Wystarczyło. Respektowaną wyłącznie w domenie swoich czterech liter. Bo cudze myśli i wiedze wszelakie naprawdę potrafią innych zniewolić. A co gorsza zarażają na odległość… zarażają obrzydzeniem do ludzkiego stworzenia, do owych dwunogów, z których każdy to Jezusek Taki Chodnikowy.

A ja w lesie byłam, na skałach też i nad morzem… i wszystko tam było na miejscu, poza kamieniem przewróconym przez durnego człowieka… Była cisza i spokojność i wybaczanie, a i nauczanie całkiem pewno podprogowe… wiecie naturalne takie, więc na pewno we współczesności niedozwolone. Zakazane i grzeszne, wprost szaleńczo skonfundowane swoimi uczniami.

Lubię grzeszne… języki.

IMG_0150

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jęzory… została wyłączona

Pan Tealight i Jesiennie…

„We wszelkich przejawach i poziomach, ekspresjach i rozdziałach, wymiarach i szleństwach, w owych jesiennościach skupiała się liściowatość pojedynczych stron Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Ksiażki. Jakby nagle chciała wszystko w sobie rozdzielić, wszystko wymacać, przeprowadzić dziwnie niewrażliwą ekspansję do własnego wnętrza, może i remanent. Tylko komu złoić skórę za brakujące akapity, komu natrzeć uszu za pogięte rogi, komu tutaj zaraz wybatożyć skórę za literówki i byli wszelakie? Sobie samej? Oj nie, w końcu co jak co, ale ona chciała zawsze i wszędzie być damą. Może specyficzną, ale kurna damą!!! Przecież jesienność, nawet tak dziwnie mroczna i ciężka, nie może jej zmusić do ostrego zaintrygowania się BSDM. Do malowania paznokietków i maseczek kładzenia, do owych sukien i tak dalej też nie… ale jednak, istaniały pewne granice w jej postępowaniach…

A może nie?

Może chodziło o coś innego? Może tak naprawdę jesienność wzbogaciła Wiedźmę Wronę nie tylko o zwyczajowe nastroju bardziej wahania, nie tylko więcej błota na butach i poczucie zmiennej niepewności… ale też i coś więcej. Coś nieznajomego, a jednak nie do końca nieznanego i nowego… Nie, no nie chodzi znowu o te pejcze, kajdany i wszelako wykładane różowym futerkiem więzy i pętania. Raczej o jakąś ułomność, która się nagle w niej ujawniła, odkryła, odrzuciła liście wieloroczne, wypędziła pająki i dwa jeże, wiewriórki i rodzinkę bażantów i znowu.. zabiła.

Ale o co chodzi?

A może biega?

Albo pełza, li też zwyczajnie lata, tudzież jeździ wielce tam wypasioną bryką, albo rowerkiem, starym i rdzewiałym…

Wiedźma Wrona wpatrywała się w migoczące drzewko, które nocą wyrosło w lekko już usypiającym, niknącym na zimę, krzaku Rozpasanego Bluźnierczo Seksualnego Lubczyku. I tak naprawdę sama nie rozumiała co się z nią dzieje. Zresztą, tak było lepiej. Gdy strony zaczynały szeleścić nazbyt pojedynczo i głośno, gdy nagle ujawniały swoją obecność i ogrom ilości… lepiej było nie myśleć o tym wszystkim. Nawet więc nie spytała skąd to drzewko i dlaczego… Po prostu wpatrywała się w migoczące żółto-kremowe drobinki i zastanawiała się tylko, czy tych świetlików karmić nie będzie trzeba i co owe mikruski jedzą? A potem zamigotały trzy białe, śnieżnie białe i już wiedziała. Wiedziała na co czeka, ale nie zdawała sobie sprawy z tego, jak to będzie…

Bo czasem lepiej nie wiedzieć…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5982

Z cyklu przeczytane: „Józefina” – … oszołomiona. Naprawdę… Jestem oszołomiona, wstrząśnięta, ale nie zmieszana nadmiernym ekshibicjonizmem, raczej zauroczona sposobem narracji, ową elegancją. Nadzwyczajnie zaskoczona sposobem w jaki autorka przedstawiła naszą bohaterkę. Przyszłą cesarzową…

Na razie Różę.

Oto i jest ona. Ma w sobie tylko pragnienie i swoją już powoli blaknącą dziecinność. Tak bardzo niewinna, nacechowana światem, w którym się wychowuje, nie wierzy w przepowiednię o koronie… a może jednak wierzy? Gdy w końcu przychodzi jej opuścić dom rodzinny, wciąż ma w sobie słodką naiwność, która oczywiście prędko zderza się z brzydką, cuchnącą i marną dorosłością.

Oto jest prywatny, osobisty portret spisany ręką dziecka, młodej dziewczyny, wczesnej kobiecości. Oszukanej, zbrukanej, nie rozumiejącej… ale uczącej się. Wciąż wzbogacającej się otaczającymi ją madrościami. Kobiecości, która odziewa się w końcu w grubszą skórę. Tak naprawdę pozbawiona przyjaciół i podstawowej wiedzy nasza bohaterka dość późno zderza się z codziennością dorosłych. Ale wzrasta i rozwija się, a wraz z tym kończy się pewien, nadzwyczaj istotny okres życia Francji.

Niesamowita, wciągająca, powalająca opowieść. Na początku wydaje się być niczym, by już po kilku stronach wciągnąć nas i chociaż wiemy, bo przecież wiemy jak to wszystko się skończy, to jednak łykamy, chłoniemy całą hostorię spisaną w formie nie do końca pamiętnika, całym ciałem, sercem i duszą. Naprawdę niesamowita. Miejscami parna, jak Martynika, kolorowa i pełna smaków, by potem zmienić się w brudną, dziwnie okrutną Francję. Jakże nazbyt naturalistyczną opowieść, jakże… odstręczającą, gdy ma się takie geograficzne porównanie. CUDO!!! Po prostu. Niesamowita podróż w taką niezbyt odległą chronologicznie przestrzeń. Cudowne zderzenie się z inną mentalnością, z inną kobiecością… z jednej strony naiwną i rozmemłaną, z drugiej, szybko uczącą się, że jest czymś, czymś wartym walki o…

IMG_5780 (2)

Jesienność w tym roku może i trochę ciemna, ale niesamowita…

Jakoś tak tutaj to zapowiedź odrodzenia i prawdziwości. Dyskretne przypomneinie o tym, że każdy jest prawdziwy gdzieś tam pod zielonościami, no i zwyczajnie jakoś tak owa prawdziwość w końcu z każdego wylizie. Dlatego, nie ma co się wciąż stroić i plastycznie upodabniać do Kena i Barbie, bo ty zawsze wyliziesz z samego siebie. Jakkolwiek byś się nie dokształcał, malował i pacykował, jak masz słomę w butach – do dziś nie do końca wiem co z tą słomą – to i ona cię będzie dzień w dzień smerać w piętki!!! Znaczy nie chodzi o bycie wieśniakiem, wiecie to Mniejszy Kraniec Świata, tutaj właściwie wszyscy są innomiastowi… Bo z jednej strony żadna tam wiocha, chociaż i ekologicznie wiadomo z pola często jedzie kupeczką, ale też z widłami nikt nikogo nie gania, kury na wolności ni kankana ni poloneza nie drapią, ale jeśli chodzi o bażanty, to wystarczy łapę wyciągnąć, poleżeć trochę w sytuacji całorocznie polno-ogrodowej, czysto sprzyjającej i, już macie coś na obiadek i do wypchania poduszeczek!!! Może i ci sprytniejsi wiedzą, kiedy zbierać wodorosty, coby mieć coś tłustego do wsadzenia do pieca, ale jednak… co to za wioskowatość. Nosz przecież to ino ekologia. Może ekologia to obecnie synonim wieśniakowatości? Ech… pierun wie co ten świat obecnie po stronie wysublimowanego dobra i nie mniej obraźliwego zła umieścił.

No nie mamy wielkich miastowości na Wyspie, ale wiecie, jaki rozmiar terenu takie i mieastowości. Tak serio, to w owej jesienności nic nie ma znaczenia poza tymi listeczkami, kasztankami i ptaszkami dobierającymi się do karmnika. Leniwce jedne. Kurcze myślałby człowiek, że one też wolą być ekologiczne, ale widać nie! Na krzaczkach tam przecież wciąż jeszcze co nieco wisi piórkowce!!! A nie łaska biegać za ostatnimi kuleczkami słodkiej czerwieni? Nie!!! Wy sobie wolicie piórka na moich dachóweczkach ostrzyć, potem w słoneczku krótkim, niskim się powygrzewać i przygotowane kuleczki w driveinowym feederze dziobać, co nie? Ech! Lenistwo no… ale co im się dziwić. Przecież o to chodzi w naturze, żeby przy jedzeniu tracić jak najmniej energii, co nie? No wszystkim chodzi o to, by jak najmniej się narobić…

A u nas niezależnie czy miasto to, czy jednak osada, a może zwyczajowy gaard, niegdyś sam w sobie będącym niewielkim państwem… wszyscy karmią ptaszka. Znaczy no wiecie, wszystkie karmią, co nie? Ekhm!!!

IMG_7193 (2)

Jeżeli ptaszki wiedzą, jak się nie narobić, to chyba w końcu czas brać z nich przykład. A co… w końcu jesień mamy. Czas odzierania się z dziwacznych przyzwyczajeń i narzuconych nam barw!!! Oj tak!!!

Oto i atakuje nas naturalność.

Wszyscy pozbawienie w końcu parcia na totalne bycie modelką najchudszą, my, te w końcu rozgrzeszone przez szersze ciepłe bluzy i koszule, swetry, płaszcze i szale, możemy po prostu być sobą. Sobą w wałeczkach, albo sobą w owych innych niepewnościach cielesnych. Tak serio, to co to kogo obchodzi, te ciała, tłuszcze, mięśnie i inne tam otoczenia wnętrzności… worki, jakbyśmy nagle padły martwe, to ptaszki by się nami zajęły nie bacząc na to, co nie? Jakieś to pocieszające, oj wcale nie jestem AŻ TAK sarkastyczna… że zawsze znajdzie się ktoś, kogo nasza cielesność zainteresuje. Widzicie, tacy padlinożercy to nie wybrzydzają. Czy ubrana w sweter z sieciówki, czy lumpeksu, czy jakiegoś tam innego Armaniego, smakuje cielsko darmowe tak samo!!! Znaczy tylko przez te ciuchy się pazury i dzioby przedrzeć muszą!!! Pewno, że aż dusi mnie i odpowietrza, coby rzec, że Lecter tez by może aż tak nie cmokał z niezadowoleniem, ale jesteśmy przy ptaszkach… i wcale się nam ptaszki jednoznacznie nie kojarzą!!!

Nie? Chyba nie?

Ale o czym to ja miałam? Aaaa… jesienność w tym roku uboga w świateło. Liściejów nadmiar na ziemi już leży, a kolorowatości wyleźć nie chcą!!! Ech! Może zima za to będzie ciężka, śnieżna i zajebiście puchata? A może jeszcze, przecież jesień wciąż trwa, coś się odmieni i zaszaleje w kolorwach, kształtach filuternych i innych tam odgłosach szlestności? Bo mi się ckni za szalonymi kolorowościami. Jakoś tak, za pierwotnym szuraniem w liściach, za bukietami niepotrzebnymi całkiem i tymi innymi tam fascynacjami okryciem tych, co stają się nadzy…

Czy zbieranie liście to nie jakaś odmiana tęsknoty za ekshibiconizmem? Bo widzicie drzewom wolno, a ludzie jakoś za BARDZO CYWILIZOWANI by nago latać… chociaż im tego się chce, tego brakuje… Cywilizacje. Ech! Ostatnio najgorsze grzechy się tłumaczy tymi słowami: no weź no, nie bądź taka niecywilizowana-prostacka-wieśniacka… taka moda, wszyscy tak robią…

Może trzeba polatać na golasa w liściach? Ku przestrodze? Ku pierwotności zwyczajnej i najmądrzejszej?

IMG_2970 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jesiennie… została wyłączona

Pan Tealight i Bajki Przed Seksem…

„Podobno wszystko zaczęło się od tej niewiernej Iskiereczki, żesz zbereźnica jedna, mrugaczka kurne poprowmienna, co to na nic winnego, albo i li mało niewinnego, Wojtusia nazbyt z tego swojego popielnika zerkała, mrugała i takie tam. I jak toto od razu go kusić zaczęło, co nie, że niby bajeczkę mu opowie, że tak po prostu go zaczaruje, ode złego odciągnie, ode dobrego też przecież… bajeczkę kurcze… i to DŁUGĄ!!! Czy to już nie jest niepoważnie kłamliwa reklama. No przecież Wojtuś młodziutki, a w tym wieku raczej długość… oj no sami wiecie, nie do końca zależy od jakości, długości i przedwczesnych radości. A może zależy… no nie wiem, ale czego się ona, dorosła i wykształcona kusicielka jedna spodziewała?

A może chodziło o użytkowanie też zakazanych środków magicznych?

Doprawdy te wszystkie bajki, co to niby miały być na DOBRANOC, w rzeczywistości są od czegoś całkiem innego. Taki Czerwony Kaptur, nosz przecież zło i demony! Tosz tutaj cała ta seksualność iasz dyszy i zębiska ma, no i żeby tak Babcię… oj może i Babcia chciała, ale nadal no. Potem Kopciuszek i opowieść o fetyszyście, Śpiąca… wiadomo, cholerny nekromanta; Roszpunka i inne niewiasty, osz no zawsze tak jakoś im źle z oczu patrzy, a te krasnale Śnieżki!!! Ech! Wszystko to ma prowadzić do jednego. Odnaleźć w osobniku do którego się opowiada właściwe miejsce i w nie go posmyrać pióreczkiem, albo kurde bacikiem, czy czym tam, jak kto woli. Albo ta co braci miała zamienionych w łabędzie, tudzież ta od świniopasa, albo ta od od czajniczka i starej choinki… albo… no gdzie nie spojrzycie, wszystko biegnie w jednym kierunku, wszystko zmierza ku chuci nieogarniętej i niedogranej…

Dlatego winno się je opowiadać przed seksem!

Tylko kto w to uwierzy? Kto po tej całej zgubnej edukacji lat dziecięcych, da się przekonać Marysi Sierotce do złego lubieżnego? A jednak… bo widzicie, bajki nie są do tego, by usypiać dzieci, a raczej są, ale nie do końca… usypiają, co tam usypiają… raczej mają za zadanie coś obudzić w nas. Coś uwolnić. Owe wstydy dziwne odgonić, zrąbać płoty, obalić mury, spalić wszelkie przeszkody i w pył wszystko odgradzające zmienić. A to co ową wolność cielesną hamuje uśpić… pogrążyć w śnie wiekuistym, albo chociaż na tyle głębokim, by najzwyczajniej w świecie nie przeszkadzały. Bo prawda jest prosta, podobne są i potrzeby…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6646 (3)

Z cyklu przeczytane: „Rycerz lata” – … no i wpadł. Wpadł do końca i na zawsze, całkiem możliwe, że już z tego nie wylizie no! Oj, co to będzie? W ramionach Pani Zimy, z tym opchniętym długiem cenniejszym niż jego życie i wieczność…

Oj tak.

Trzy poprzednie tomy nas do tego prowadziły, a jednak i tak nie wierzę. Nie wierzę, że w czwartym tomi Dresden mógł wpaść AŻ TAK!!! I to po same uszy swojego następnego wcielenia, którego istnienie serio stoi pod wielkim znakiem zapytania… bo spoglądając na owego cuchnącego, zarośniętego maga to nie warto szykować się na coś wielkiego!!! Oj nie!!! I to potrójnie nie!!!

Do Chicago zjechali magowie. Oczywiście, że wojna z wampirami trwa w najlepsze, a sprawcę jest nasz dobry znajomy. Niby możnaby go rzucić na żer, ale co tam, przecież są jeszcze elfy, co nie? Pomiędzy Panią Zimy a Panią Lata też nie jest najlepiej i w jakiś dziwny, zaskakujący sposób – a Pech siedzi i się dziko rechocze – to nasz mag detektyw staje w jego środeczku. Może i wyroki pewne zostaną mu odroczone, ale nie bójcie się, możliwe jest, iż wpadnie w jeszcze większe tarapaty. W końcu jego dziewczyna jest prawie wampirem, przeszłość, którą widział tak naprawdę się nie wydarzyła, a przyszłość… no kurcze no…

Jazda bez trzymanki po wertepach z wilkołakami, skrzatami i czym się tam wam jeszcze zamarzy. Do tego tona żartów, troszkę czarnego humoru i cała masa niedyskretnych aluzji. Do tego bukiet niewymownych, nieszczerych bohaterów i prawdziwie dwojaka twarz dobra i zła. I tajemnice. I oczywiście upływający nazbyt szybko czas oraz groza czająca się za każdym rogiem, każdym kątem i w każdym cieniu. No i magia… bo przecież w magii można czasem wszystko, ale czasem… nic nie działa.

Muszę przyznać, że Dresden mnie zaczarował tak jakoś. Nosz kurcze, w końcu jest magiem, co nie?

IMG_5787

W wietrzności wszelakiej nie ma światła. Ja nie wiem co się dzieje, ale zwykle tak słoneczna aż do przesady Wyspa, teraz mrocznieje. Od dwóch tygodni słonko nas unika, czy co? Nawet listki niezbyt koloruje? Już nie wie, czy zwyczajnie reklamować ten październik gdzieś, czy coś?

Ogólnie mówiąc zimno – na co nie narzekam, ale wprost przeciwnie korzystam ile wlezie z chłodzidła – i ciemno. Serio, człowiek do tego całkiem nieprzywykły. Ot ino wzejdzie dzionek niemrawie, to już od razu spać iść trzeba. Ech no, takie uroki zmienności jesiennej chyba. Ot trzeba ten rok zapisać pod niezbyt kolorową jesiennoścą i czekać na śnieg. W końcu się mi należy za zeszły rok!!! Jakieś bałwany, snestormy co najmniej trzy i może jeszcze zeszronienie i oblodzenie lekuchne?

Oj tak…

… po nader szalonym lecie, co wyssało ze mnie wszelaką wilgotność, teraz w końcu szalona jesienność. Wietrzna i wielce spragniona golizny. Odziera z liści, kory i trawek co popadnie, a z ludzisków stara się za wszelką cenę zedrzeć te szamtki, którymi starają się przykryć i od chłodu oddzielić. Pięknie jest, znaczy się!!! Cudownie. Wystarczy wleźć w las i już jakoś tak, po prostu tak jakoś, po staremu i w ogóle dobrze człowiekowi jest. Po jednej sronie te liściaste drzewiska tańczą i się do siebie wzajemnie na wzajem łaszą, tu gałązeczkami się spankują lekko, tutaj muskają ino koniuszkami kory, tam znowu bliżej już, ocierają, aż piszczą, stękają, wzdychają i jęczą dziwnie pociągliwie; no mówię wam jak w jakimś filmie dla dorosłych. Spowijają się mgiełkami, a potem zrzucają powoli te ostatnie listeczki z siebie. A ich rzucone szatki oczywiście wirują i kołują w powietrzu. Ot wcale nie mają zamiaru tak po prostu i w ogóle od razu spaść. Kuszą oczy, a te ślepaki gałkowe zamiast od razu patrzeć na goliznę, to za listkami skaczą… nie mrugasz, nie możesz oderwać oczu od tego całego wirowania. Od tego tańcowania, jakże dziwnie wcale nie poddającego się wietrzności.

Jak to możliwe?

IMG_4262

A może nie jest to możliwe?

Może to wszystko to ino ułuda i sen jakiegoś trolla, co to śpi już tak długo, że obrósł Wyspą? Bo wiecie, on musi leżeć koło tego smoka, co Wyspę zrobił, jakoś tak pewno się w łuski wtulił, ciepło mu było, coś miło mruczało, więc no został. Przysnął, chociaż tak naprawdę wyszedł tylko po papierosy…

Po prostu o tym miejscu nie da się myśleć normalnie i zwyczajnie, bo tutaj nawet tak zwana oficjalnie naukowość zagina swoje światy równoległe i przestrzenie poszerza. Do tego wybija okna, tam gdzie nie wolno i całkiem inaczej maluje ściany, przez co bardzo się na nią wkurzył dekorator wnętrz i w ogóle…

Jak tak się włazi do lasu i słucha turkotu wodospadu, to po prostu się coś przewala od deklem silnie i umysłowo. Buzuje i się spienia niczym woda uderzająca o omszałe głazy. Z jednej strony liściaste drzewa już zdążyły pożółknąć i cudownie wszystko obsypać swoim naskórkiem się łuszczącym… a z drugiej w owych dziwnie bursztynowych trzewiach stoją sobie proste, srebrne pnie… wciąż jeszcze tak zielone na szczytach. No i druga strona… jest w niej coś dziwnego. Proste, a jednak dziwnie plastyczne, takie dołem podzielone na wiele łap pnie, górą się igłują, tujują, a może i sosnują. Kto to tam wie. W końcu w tym miejscu wszystko zdaje się rosnąć. Nie tylko ludzie i zwierzątka… A te iglastości muszą pochodzić z innego wymiaru. Jest ich w końcu tylko mały zgaajnik, jakby nie chciały rosnąć nigdzie indziej, jakby uważały, że taka ilość dla tego miejsca to serio wystarczy… ale w takim bądź razie, to jaka jest ich tajemnica? Bo przecież muszą mieć jakąś? W tych wgryzających się w skały, krętych, kulistych korzeniach zdaje się coś drzemać. Tylko co? A może lepiej nie wiedzieć…

Wiem jedno. W tym miejscu wszystko się wyczyszcza, wszystko zostaje wybaczona, a nawet i pokuta wypełniona. W jakiś dziwny sposób, mimo umęczenia ciała, bo ścieżka raczej z tych trudniejszych, człowiek się wyczyszcza. Nagle rozumie, że natura i w niej tuptanie, a zabawianie się ze stacjonarnym rowerkiem, to serio całkowicie nie to samo!!! Tego nie można podrobić. Tych zapachów… smaków i dźwięków…

Tych wyspowatości…

IMG_4224

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bajki Przed Seksem… została wyłączona

Pan Tealight i Cała Moc Bóstwów…

„Na Wyspie każde okno, to mały ołtarzyk.

Chociażby najmniejsze, kuchenne zwykle tak ciepłe, to od łazienki, czy nawet dobudówki. To pokojowe, dziwnie ruchome i wielkie, no i sypialniane… śniące nawet wtedy, gdy słońce go męczy… W owych otwartych oczach, pozbawionych zwykle firanek, z dziwnie duchowymi rzęsami i brwiami, a jednak jakże nie mrugających, zawsze wpatrzonych, zawsze obserwujących, zawsze nazbyt widzących, odbijających inny świat… chociaż czasem nadmiernie łzawiących… Na tych lekko czasem zagubionych parapetach, pomiędzy framugami, pomiędzy ramami i wspomnieniami, nadzieją na to, że pogoda pozwoli zostać w środku… siedzą sobie świętości. Wszelakie i różnorakie. Jakby ktoś im powiedział, że adyskryminowalni wyznajemy wszystkich i wszystko, więc najzwyczajniej w świecie szukają roboty, leżą i stoją, wiszą i lśnią…

Pomiędzy zagubionymi kawałkami wodnych drewienek, pomiędzy kamiennymi cudami z zapomnianych świątyń, krzemiennymi kuleczkami, kolorowymi otoczakami, kawałkami kwarcu i granitu, lekko zmurszałymi dziwactwami z magmy i miki, narzędziami z zaprzeszłości, kamieniami z dziurką, przez które tylko kurz spogląda, patyczkiem w dziwnie fallicznym wyobrażalnie kształcie, gdzieś poza mchem, ale obok dziwnie wielkiej szyszki… są zawsze one.

Bóstwa.

Cała ich moc.

Moc dziwna, niespójna, a jednocześnie tak podskakująco radosna, tak niesamowicie wycieńczona, beznadziejnie wypluta z nadziei… aż dostała się tutaj, tak bardzo spragniona człowieka, który byłby jej naczyniem. Swojego własnego awatara, ludzkiego nośnika, lekkiego odbicia w codzienności. Gotowa dać tak wiele, jeśli nie wszystko, to ponad wszystko! Bo przecież może. Bo przecież bez wyznawcy nie ma bóstwa, a te małe, ruchome ołtarzyki, dzięki szybom odnbijające się w tych, któzy tu mieszkają, ale i w tych, którzy przechodzą i zagapiają się na chwilę, i chociaż wiedzą, ze to takie niegrzeczne, to jednak patrzą i gubią krok i mamroczą nagle litanie z dziecięcych paciorków, owe zdrowaśki i ojczenaszki, te matczynych i babcinych słów odbicia noszone w sobie nagle z nich wychodzą, po latach i półwieczach… a może i dłuższych okresach, znowu wybrzmiewają. I poruszają się usta i nagle pojawia się atawistyczne pragnienie…

… wierzyć, być uwierzonym…

To im się codziennie składa ofiary… z owych knotów i parafin, z wosków i aromatów. Ze światełek i zapałkowych dymków, z duchowości i cielesności. Z kolejnych przytarganych liści, kwiatów i kasztanów, jabłek, gruszek i dziwnie pokręconych, nie mających nigdy dojrzeć fig… Z żołędzi i płatków ostatnich jesiennych kwiatów. Stoją tutaj na ołtarzykach, dumnie się prężą w ręcznie wyklejanych i zdobionych malutkich doniczkach i wazach, w miseczkach niewielkich, ociupinkach i orzeszkach, łuskach i wazonikach… byle tylko nie gniły i nie suszyły się nadto.

By dawały życie…

Ofiary…

Ze słów i spojrzeń. Z oczekiwań na ukochanych, którzy przecież wyszli rano z dom z naszym pozdrowieniam i zaklęciem mającym ich przywrócić nam wieczorem z powrotem, z owym pocałunkiem i dotykiem, z ciepłotą łóżka i zapachem nas samych… by cali wrócili, tacy jak byli, ni lepsi ni gorsi, ot znajomi nam tylko… albo z owych wstydliwie i niemożebnie lękliwych mrugnięć zza węgła, czyż to nie owa znienawidzona ciotka znowu się do nas ukradkiem i powoli skrada, czy jej wkredny kundel ponownie i nazbyt obficie nie obsikuje nam drzewka?

A bóstwa? One się cieszą. Bo mimo niewiary… ktoś w nie wierzy. Może i na siłę, może i całkiem przypadkowo, ale nie ważne to… wierzy!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8737

Mokrość nad mokrościami i wszystko jest mokrość na Wyspie.

Nie narzekam, po prostu taki fakt… gdy reszta świata krząta się wokół fali ciepełka u nas pada w końcu. Pada i wilgotnieje. A może i nie pada, ale wszystko nagle zdaje się wydzielać i pobierać wodę w jednym czasie. Jakby umorusane wciąż jeszcze letnim potem, wszystko się chłodzi i oczyszcza. Oj pewno, że wolałabym więcej słonka, bo światło do zdjęć mi niezbędne, ale obserwowanie owych dziwnych szarości i kolorowatości nasyconych wilgotnością, zaskakuje. A już szczególnie ta zieleń. Bo widzicie te listki, które się załapały na słonko, to zrzuciły z siebie chlorofilność i ukazały swoje kolory. Ech! Nauka. Człek się nagle dowiaduje, że liście to zawsze są kolorowe, ale po prostu, gdy zieleń potrzebna, to zieleń panuje, a gdy nie jest tak potrzebna, to odchodzi – Kali zrobił swoje i Kali może odejść, czy coś w ten deseń, całkiem niepoprawne politycznie w tej niepoprawnej codzienności… Ekhm no i.. dziwnie jest. Bo te liście co się załapały na słonko, pożółkły, sczerwieniły się i skarminiły, no i opadły. A cała reszta wciąż w zieleni!!! I wisi. Taka dziwnie zagubiona, lekko zastraszona i zdziwiona. Jakby spóźniły się na swój statek, a jednak na bileciku wciąż widnieje data, która zaskakująco nie zgadza się z tą na zegarze nad nimi.

A jednak, cóż zrobić.

Na gałęziach w połowie pustych, w połowie zielonych koczują wrony. I inne tam ptaszunie moje kochane. Wciąż jeszcze rzucają się orzechami, wciąż jeszcze wybijają pazurami rytmy piekielne na moim dachu… ale nic to. Bo jesień w powietrzu cudownie człowiekowi robi. Jakoś tak lżej nagle na duszy i sercu, a może i nawet i na żołądku, jakoś tak dosadniej w myślach nieuczesanych i frywolnie rozwalonych na otomanie w tym szlafroczku, co kurna nic nie okrywa, a za to rozkrywa no więcej niż wszystko. Sekcja zwłok więcej by nie ujawniła, wierzcie mi, albo nie. Fale się rozbijają za oknem, kurcze… no raj cholera jasna, no raj! Aż człowiek się boi, że się obudzi i wszystko pyknie jak ta mydlana bańka, oczyska zaleje piekącym płynem…

… i się rozmyje mój cud i zniknie… i się zełzawi.

IMG_3449 (3)

Jakoś tak…

Jakoś tak, często łapię się na tym, na owym strachu dziwnym, paraliżującym, przerażeniu zniewalającym, obawie, że się obudzę. Widzicie… gdy człowiek od urodzenia nosi w sobie potrzebę swojego miejsca, owego Domu Prawdziwego, owego poczucia oddychania tym czymś, co czyni myślącym, dobrym i naprawdę żywym… Gdy właściwie od zawsze go poszukuje, i gdy wcześniejsze nadzieje krzyczące: iż może to w końcu to… też omdlewają, i wszystko to sprawia, że gdy w końcu mityczne owo miejsce znajduje, wątpi w nie, w swoje osiągniecie… Po prostu coś się w nim łamie, coś krzyczy, że nie mógł, nie mógł, nie mógł tak po prostu dopiąć swego… Bo przecież, jeżeli to był sens życia, to teraz go nie ma, czyż nie? Dopóty, dopóki oczywiście nie znajdzie się nowego sensu. Sensu w życiu w miejscu, które jest DOMEM.

Ale przecież jeszcze nie skończyłam. Tak naprawdę do końca jeszcze nie nauczyłam się kochać Wyspy. Bo z miłością wiecie jest tak, że jej się człowiek uczy. Gdy owo uderzenie obuchem dech odbierające, te pioruny i wybuchy inne, nagłe napięcia skoki i ogólna miłość dla owych najdurniejszych przemija, gdy w końcu siły owego uczucia nagłego omdlewają porażone swoją własną, zaskakującą nawet je siłą, gdy w końcu przestaje się kroczyć po niebie, po chmurkach i innych tam pierzastościach miękkich nieuczulających… Gdy jakoś tak człowiek przystaje na ziemi na chwilę, tak myślał, że to ino chwila ma być, a jednak, jakoś się tak kuli i zostaje… zaczyna się uczyć miłości. Bo przecież chemiczne szaleństwa naszej cielesności w końcu przywykną do codzienności i trzeba będzie żyć z tym wszystkim nowym, powoli już mało nowym…

Bo widzicie… ludzie są zdolni do kochania. Do kochania ludzi i zwierzaków, albo i używek wszelakich, ale i do kochania ziemi. Skały i gleby, drzewek i krzaczków, durnych wzgórków i pagórków, a nawet i depresji. Jeżeli w to nie wierzycie, oznacza to tylko i wyłącznie, że jeszcze nie znaleźliście swojego kawałka ziemi. Albo nie dorośliście do owego wiekuistego spętania. Może to i lepiej…

IMG_5448 (4)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Cała Moc Bóstwów… została wyłączona

Pan Tealight i Mały Dziwnie Mykolog…

„Niestety…

Niestety nadal kichała, kaszlała, rżała, parskała, wydymała swoje i tak zwyczajowo opuchnięte chrapy, kapała, dziwnie się łuszczyła i tak dalej… wiecie jak ta z Północy czy innego Wschodu, co miała problem z wodą. Ale ta wiedźma, dla urozmaicenia, bo przecież kurna niczego nie mogła robić tak jak inni, jakoś zwyczajnie, normalnie, świadomie znajomo, albo jak kurde tradycja jakaś tam zaprzeszła, nakazuje… bo przecież tradycję każdy ma, co nie? Nie tylko składa się z tworzenia jej dla innych? No przecież… ale… niestety. To w końcu ona!!!

Tak, Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki nadal wykazywała wszelkie oznaki słabości nosowo-gardłowej. Nie tylko nadal siąpiła nosem, przełykała gluty, ale i doprowadziła do perfekcji historię kopalniczą własnych obydwu dziurek! Do tego ból gardła i inne cudowności zapychające jej zatoki, zmusiły Pana Tealighta do reakcji… no w końcu ktoś się musiał zająć tą kobietą, jak Chowaniec bezczelnie wypuścił się w podróż poza Wyspę. Padło na niego… ani Ojeblik, mała ucięta główka, ani tym bardziej niecnie nieowłosiony chochlik pisarski Chochel nie poczuwali się jakoś do opieki nad roznoszącą zarazę. Albo tylko zarazki… kto to mógł wiedzieć, jakoś od tygodnia serio unikali nazbytnich z nią kontaktów. Ale on nie mógł, a może zwyczajnie ktoś musiał w końcu zareagować!!!

Pan Tealight z samego rana, o bladym świcie, który o tej porze roku był raczej głęboką ciemnością niż jakąkolwiek światłością, zwyczajnie pociągnął za bardzo dziwny niebieski sznurek, czy raczej morską linkę przywleczoną tutaj, na tą niewielką brzózkę, przez wrony… A wtedy… w głębiach Wyspy, w jej zaskakująco różowiutkich wnętrzach zabrzmiał dzwoneczek i chociaż żadnego aniołka to nie zwiastowało, nagle ktoś zaszumiał, zaszurał i potknął się. Głośne przekleństwo rozbiło się o granitowe ostańce, o drzewa i krzewy gubiące liście i o puste drogi, o ziemię pól szykującą się do zimy, poznaczoną sporadycznie zagubionym kłączem… o domy i fale, a potem on przybył. Niski, krępy, kudłaty, dziwnie zasuszony, a jednocześnie wilgotny pod swoim szerokim, nakrapiannym kapelusikiem ze zwiędłą stokrotką u otoka.

Miał na imię Mały i naprawdę okrutnych rodziców. No darujcie, ale jak można dziecku dać na imię Mały? Tosz to okrutne. Pan i Pani Mykolog musieli mieć porąbane poczucie humoru, ale jednak… Mały Mykolog jakoś je przeżył. Znaczy dokładnie, to ich przeżył. Bo oni go nie. Przynajmniej nie w tej teraźniejszości. Ale teraz nie chodziło o jego dzieciństwo, ale o to, co zaległo się w Wiedźmie Wronie, a to oznaczało wizytę aż nazbyt intymnie domową…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4618 (2)

Z cyklu przeczytane: „Śmiertelna groźba” – … iii wróciłam. Jakoś tak pierwsze dwa tomy albo trafiły na mój inny stan czytania, albo zwyczajnie mnie nie urzekły… ale zdecydowałam się dać Dresdenowi trzecią szansę i… wyszło. Nie mam pojęcia dlaczego i jak i nadal niektóre momenty mnie drażnią, ale chyba zaczynam lubić tego dziwnego skurczybyka. Znaczu maga no…

Który ma problemy.

Niby jak zwykle, ale te zdają się być większe, gorsze, bardziej bolesne, bardziej komplikujące życie… W jego dziedzinie geograficznej pojawiają się duchy. A może tylko on… Koszmar? Nie wiadomo dokładnie, ale nie ma sposobu, by się przed ową siłą ochronić. Nic nie działa. Żadne zaklęcia. Chocago jest bezbronne, ale oczywiście nasz mag nie daje za wygraną. Nawet w momencie, gdy nie tylko jego życie jest zagrożone, ale też i Nigdynigdy. No i jest jeszcze pewien bal, do tego pewna kobieta… rycerz nader boski, cała gromada zagadek, pytań i całkiem niewiele odpowiedzi.

Muszę przyznać, że wciągnęło od razu. Świetnie ułożona akcja, zawirowania chronologiczne, postacie, które albo korcą by je zdzielić w łeb z liścia, albo człek się w nich zakochuje bez pamięci… znowu gliny, znajomi, ale i cała gromada nowych, intrygujących bohaterów. Czyli jazda bez trzymanki. O wiele lepsza niż poprzednie tomy, jakoś bardziej wdzierająca się w duszę i przerażająca tym, czego wszyscy się boimy… życiem po śmierci!!! Czymś, co czeka na każdego, niezależnie od naszego stanu posiadania, bajernackiej torebki, bloga, zestawu butów z czerwoną podeszwą i złotą kartą kredytową… Bo wiecie, wszyscy umrzemy…

BUUUUU!!! Taki czas, co nie? A tak serio… naprawdę niesamowita przygoda. Niektórzy mogą dla niej stracić głową. Albo coś inego.

IMG_5788

Po wietrze przychodzi cisza niewymowna, cisza całkiem miałce niema. Taka inna, dziwnie podstawowa. Jakby po prostu ktoś nagle wyłączył prąd, a wy wciąż jeszcze słyszycie huczenie komputera.

W tą cichowatość dziwną się nie wierzy. Bo więcej w tym wszystkim braku ciszy, niż ciszy, którą przecież generują dźwięki. Jakieś tam ptaki, liści opadanie, wciąż trawy wzrost, stokrotek kląskanie ciche… Wiatr zamilkł. Wypełnił co miał wypełnić, posprzątał to, co było do sprzątnięcia i tak po prostu odszedł. Albo zwyczajnie ma wolne? Albo może zasnął gdzieś pod kamieniem, bo ostatnie słoneczne promienie szaleją od czasu do czasu i wciąż jeszcze da się ogrzać stary, zwietrzały garb? Nie wiem… co więcej, nie chcę wiedzieć, bo ta cisza przytłacza. Ciężka jest jak jakiś pierworodny grzech, czy inne tam bałamuckie myślenie. Jak coś, co mogłoby być zmyte tylko i wyłącznie wielką ofiarą. Taką z zestawu trzystu kotów, tony myszek, pięciu krów i smoka na dokładkę. No i dziewic, co nie? Bo takie dziewice to serio muszą być całkowicie i niesamowicie działające na wszystko, bo jakże inaczej wytłumaczyć to, że tak ich niewiele? No jak? Chociaż mawiają też, że to, z czego nie korzystasz to zanika, więc może problem jak zwykle leży w owym przekątnym i pokątnym miejscu zwanym Pomiędzy?

Pomiędzy.

Czasem mi się wydaje, że tak naprawdę Wyspa nosi to imię. Jakby było w niej jeszcze coś, co mi umyka? A może raczej coś, czego staram się nie widzieć? Nie słyszeć… nie opisywać, nie definiować, nie malować? A może jednak jest to owo miejsce, gdzie chowa się własne grzechy, wstyd i łzy? Strachy i demony zdają się trzymać straż przy tych dziwnych lochach, w których tak naprawdę niczego nie słychać, niczego nie widać. Gdzie jest tylko ta cisza bez ciszy… nieme niesłyszenie.

IMG_5447

Dźwięki…

Właściwie gdziekolwiek się idzie, coś jest z nimi nie tak. A może jest poprawnie, tylko w moim dziwnie wykształconym umyśle coś się kołacze, że inaczej mnie uczono, że może inaczej coś być ma? Bo czy słońce, czy deszcz, tutaj niczego nie można być pewnym. Nad morzem szumi, albo i nie szumi. Zresztą nie do końca wiadomo nawet czy to morze szumi, czy jednak tylko coś w nim, w owych otchłaniach, głębinach i toniach coś łka, albo po prostu strasznie kaleczy wszelako słyszalną muzykę? A może dopiero się uczy? Rzępoli w te i wewte na dudach, skrzypeczkach i innych tam dźwiękorobach… pragnie być mistrzem, ale nie to mu jest pisane, nie to mu będzie… Na szczęście siedzi we wszelakich głębiach, więc nie dociera do nas wszystko, ale tylko i wyłącznie owe poszumy i pogłosy. I tylko kamienie słyszą więcej i tańczą do granej im melodii i uderzając o siebie i fale wybijają mieszany takt, dorzucają coś od siebie. Pewne, że i tak im nikt nie zabroni korzystaja ze wzburzonych wodnistości. Ale też… może tak naprawdę nikt nie gra, może nikt nie brzmi, a to wszystko to tylko jakaś dziwna niesłyszalność? Na skałach ten szum i huk fal jest tak bardzo odmienny. Gdy nagle każdy i wszystko zdaje się przez chwilę być panem na wysokościach, rozbijać się nad morskościami, wszystko brzmi inaczej. Wszystko zdaje się docierać tutaj ze wzmocnioną nutą i innym rytmem. Już nie słyszysz kamieni, już nie ma w tym muzyki, jest tylko siła czegoś… brzmienia jakiegoś. Dziwnego, pokręconego, ale jednak tak niezbędnego.

W lesie jest inaczej.

Nawet jeżeli od czasu do czasu któreś z drzew zdecyduje się trzasnąć, któremuś z nich pękną słoje, wydobędzie się z nich duch… nawet… to przecież wciąż jest tutaj tylko nieme niesłyszenie. Nawet jak wieje, drzewa zdają się być takie nieruchome. Takie wyciszone, spokojne i fascynująco wyciszające we wszystkich całe te szumy. Te nadmierne dźwięki, które serio są nam do niczego potrzebne. Jakby w końcu ktoś nam przetarł dyski, wypucował szybki, nakręcił na kości nowe taśmy… wymienił śrubki, przeprogramował myślenie. W końcu dał zwyczajne życie. Spokojne lekko, dziwnie nagle uwolnione od wszelkich niewolności…

… bo tak niewiele dźwięków nam potrzeba, a tak wiele ciszy.

IMG_3708 (4)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mały Dziwnie Mykolog… została wyłączona

Pan Tealight i Fru Mysterium…

„Odpowiedzi.

Odpowiedzi mają to do siebie, że nie zawsze chcą być ujawnione. Tak naprawdę boją się wybrzmieć, a może jednak się ukazać. Flirciary jedne. Tak serio, to podobno nie tylko są mistrzyniami sarkazmu i arogancji, ale przede wszystkim kochają kłamstwo. Doprowadziły je do perfekcji, ale nie do końca mogą przecież sobą kierować. Bo nad Odpowiedziami zawsze krąży, zawsze czuwa, a może je molestuje… Pytanie. Jak ten ślepy lekko orzeł z wyraziście skapcaniałym oddechem, grzybicą piór i świerzbem pazurów, a jednak… szczęśliwie zawsze łapiący to, na co ma ochotę. Aczkolwiek też tylko i wyłącznie to. Jakby poddane mu ręką najlitościwszego… ale jednak nie nazbyt ozrzutnego bóstwa. A może zwyczajnie… klatkowego oszukańca?

A jednak, gdy dziwny osobnik pojawił się w Białym Domostwie, wszyscy od razu poczuli… że dzisiejsza kolacja nie będzie najsmaczniejsza. Że owe buchające z kuchni dymowe otoczaki, oraz wszelako gładkie kanciaste chmurki, zwiastują tylko i wyłącznie problemy. A jednak nikt nie spytał, czy pomóc. Nikt nie wyciągnął pomocnej ręki, łapy, tudzież i macki… nikt. Nikt też nie uchylił okien, nikt nawet nie zaczął szmatą rozpędzać spalenizny. Jakby wszyscy od razu przyjęli do wiadomości, że nie należy sie odzywać, ani w inny sposób nie ujawniać, że wciąż się żyje. Nie pytać, nie szukać odpowiedzi, nie oddychać. W jakiś sposób powstrzymać swe wewnętrzne flaki od wydawania owych dziwnych dźwięków…

On tylko z dziwnie zmieszaną miną, na poły wojowniczą, na poły załamaną wychylił się zza przygaszonej Zasłonki i coś tam zamruczał. Dlaczego nikt się nie zdziwił, że pozwolono mu tak ot na zabawę z ogniem, dlaczego nikt nawet nie pamiętał jak on tutaj wszedł, dlaczego… nikt nie krzyczał? Każdy zwyczajnie z powrotem oddalił się do swojego kąta, a ci zajmujący zwyczajowo kuchnię, lękliwie wprosili się na waleta do innych, zwyczjowo oddalonych od miejsca zdarzenia… On wrócił i znowu rozpoczął sonate na garnki, tarkę, dwa noże, widelec i młynek do kawy.

Pan Tealight zaś ewakuował się pośpiesznie do Komina, gdzie Smok już dawno przygotował mu miejsce na wszelki wypadek… musiał pomyśleć. Bo to, co działo się teraz pod jego brakiem nosa, było aż nad podziw dziwne!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1544 (2)

Z cyklu przeczytane: „Zakazana królowa” – … ona? Nie, nigdy!!! Nie zgadzam się!!! Nie po to sięgam po powieść historyczną, by dowiedzieć się, że chociaż napisana przez historyka, to jednak zawiera fikcyjne postacie? Czego ja nie pojmuję? Jaka to dziwna tajemnica się w tym kryje? A może po prostu chodzi tylko o nieścisłości? Nie wiem… bynajmniej, gdy dojrzałam te słowa na drugiej stronie, trochę mną wstrząsnęło. Do tego żadnych przypisów, żadnej bibliografii?

No nic…

… wchodzę w tę opowieść (wcześniej przeczytałam „Oblubienicę z Azincourt”, więc wiem co nieco) i od razu coś mnie uderza. Nie tylko sposób narracji, ale dziwna miałkość bohaterki. Osz Przeszłości, jakże mam ochotę zwyczajnie rąbnąć ją w łeb głupi!!! Ale nic to, przecież taka mogła być, czyż nie? Nie mi ją oceniać czy też epokę, w której żyła. Problem w tym, że z każdą stroną jest gorzej. Uczucia, dialogi, rozmyślania. A gdzie moja historyczność, gdzie epoka? Gdzie powieść historyczna? To co mam przed sobą, to raczej czysta histeria z nikłymi opisami wydarzeń!!! Tego kocha, tego nie kocha, niby matka, a jednak nie do końca, niby dziwne dziewczę, któremu ktoś nie dopomógł dorosnąć? Niby nie umie czytać nawet? Naprawdę?

Mniejsza jeżeli chodzi o dziwne sprzeczności w danych dotyczących tej – przeceiż historycznej – postaci. Mniejsza już nawet o sposób przedstawienia, w końcu licencia poetica. Mniejsza… nie! Nie mniejsza! Jeżeli ktoś reklamuje powieść jako dzieło lepsze niż te, które stworzyła Philippa Gregory mam prawo oczekiwać czegoś LEPSZEGO!!! Czegoś HISTORYCZNEGO.

IMG_5777 (4)

Wiatr.

Ale żeby nie było, nie jakieś ino sobie wianie, ale porządne, poruszające wszystkim czym się da i nie da, wprawiające w ruch i przedmioty i ludzkie emocje. Może i migreny też budzi, ale jednak… nie można bez niego żyć! Nie da się, uwierzcie, próbowałam. Bez wiatru całkiem nie daje się oddychać, jakby nagle wszelkie problemy i kłopoty skupiły się dookoła pewne tego, że nikt i nic ich nie przepędzi, bo przecież nic nie wieje…

Łagodne bryzowatości morskie to pikuś w porównaniu z tym. Bo w tych powiewach, trzaskających całkiem na odlew, wcale się nie patyczkujących z bitym i kopanym, z tym poniewieranym i wietrzonym, jest owo oczyszczanie fascynujące. Owo dotlenienie. Dziwne zabawy na trzepaku nage powracają do czasów dorosłości. Nagle to wszystko staje się pełniejsze, normalniejsze, łatwiej wytłumaczalne.

Ale te odgłosy…

No właśnie. Odgłosy. To dudnienie, grzechotanie, wygrywanie muzyki na tym, co zdawało się być pozbawione muzykalności, tym całkiem zdeptanym przez słonia, a nawet zalanym woskiem. Powiewy zdolne nie tylko porwać i wyrwać, ale też o bdarzyć dziwnością tych, którzy tego nigdy nie mieli. Jedne drzewa nagle ogołocone, inne dotąd nagie, teraz zostały przyozdobione. Jedni ludzie pozbyli się swoich wad, inni ponownie się w nie wyposażyli. A nad tym wszystkim dziwne poszumy, powiewy, szelesty i ducia, dźwieki głębokie, dziwnie pewne swoich mocy, ale nie naiwne, nie zakochane w sobie… dźwięki jakby skomponowane w świecie, który ma dostęp do naszych najgłębszych myśli i marzeń. Najbardziej skrytych demonów.

Demonów, które zawsze pojawiają się szepcząc…

IMG_4613 (2)

Ale w wietrzności jest coś jeszcze…

Cisza.

Pojawia się czasem tylko na chwilę, ot na moment, pomiędzy podmuchami. Jakby wszystko zamarło w oczekiwaniu na kogoś lub na coś. Albo jakby szykowało się coś innego, coś więcej… A może wyłącznie w ramach odpoczynku? Ot przerwa na kanapki, bąbelkowy napój i może jeszcze kawałeczek czekolady, albo nawet spory kawał ciasta urodzinowego? I paczkę czipsów? Cóż, no każdy musi odpoczywać, nawet w robocie. Nie można tak wiać bez odpoczynku. Tak bez jakiejkolwiek przerwy, bez oddechu i wytchnienia… Nie można. Ale czy to naprawdę o to chodzi?

Cisza.

Czasem jednak jest dłuższa, inna, jakby po prostu odmienna. Niezależna od prędkości wiatrów ją poprzedzających, nie informująca o tym, jakie po niej nadejdą. Gorzej, tak naprawdę nie można przewidzieć, czy jej pojawienie sie w jakikolwiek sposób wpłynie na to, czy ona się w ogóle skończy. Jakby wszystko dookoła się zassało. Jakby wszystko nagle postanowiło zamilknąć, wciągnąć powietrze, nie mrugać, nie przełykać, nie siąpić nosem, nie słuchać, nie widzieć… nie myśleć, nie marzyć, nie wiedzieć… nie chcieć niczego, nie pragnąć, zwyczajnie nie być.

Czy tak już zostanie? A może to wszystko, tak znajome, już nigdy nie powróci?

IMG_4610

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Fru Mysterium… została wyłączona

Pan Tealight i Dziwny dziwnie Sen…

„Zwyczajna noc…

… chociaż, czy noce bywają zwyczajne? Tak naprawdę. Czy jest to w nich możliwe? Czy są do tego zdolne? W stanie, stylu, genach… Chociaż wątpliwe, milcząco przytakujące głową? A może jednak raczej grożące palcem swemu stanowi bycia? Złe, wkurzone, lekko za mocno poirytowane? Bynajmniej ona śniła. Właśnie tej nocy, która miała być ową zwyczajną, codzienną, pełną pragnienia długiego snu, wszelakiej spokojności, ale i barwności zapomnienia.

Ona śniła tylko ten jeden sen…

O dziwnej nocy sen śniła Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, a w nim o pełnej ponad wszelką miarę pełności kobiecie, która od dziwnego wypadku, jakiejś nocy zbyt jasnej, wybuchu u łez stłumienia, rozkwitała za każdym razem, gdy coś się w niej zmieniało, albo utrwalało, gdy coś stawało się miłym, albo odchodziło w zapomnienie. Tak po prostu, zwyczajnie. Wiecie różne ludzie mogą mieć moce. Ona miała to. Płatki kwiatów pojawiały się wszędzie tam, gdzie poszła, gdzie to nastąpiło… Tak ciemne, gdy drżała w strachu; jasne, gdy tryskała nadzieją… białe, dla radosności niewinnej, żółcitkie dla uśmiechów… a może różnobarwne? Ale, no kto by ją tam podglądał i jakieś systematyki prowadził. Ot ludzie się przyzwyczaili do tego cudu, fajny był, a i babę zaczęli na wszelkiej masy: śluby, wesela, chrzciny i urodziny wynajmować. Ot wystarczyło ją przecież rozśmieszyć, a już świat dookoła niej, a i w szerokim promieniu poza jej niewielką osobą, lśnił od płatków. Świeżutkich takich, jakby dopiero co do sypania na Ciało Boże dla dziewczynek, do koszyków z wstążeczkami, zebranych. Aj jakich cudownych. Bo i maki i bławatki, i róże. I tulipany, jaśmin, a nawet begonie. Trochę peonii, ciemne w głębi swej płatkowości jakieś zagraniczne sploty, ziołowe cuda, polne, całkiem zwyczajne mleczyki, a nawet i bzy… Stokrotki, tak z całymi łebkami zerwane, podobnie i bratki, no i fiołki. Lwie paszcze zwykle zaczepione jedna o drugą, turki, cyklameny, dalie i lilie z ich ogromnymi kielichami. Chryzantemy rozłożyste, sypiące się jesiennym, aromatycznym deszzykiem, tak cudownie tańczące w swoich rurkowatych innościach, ale i babki czubeczki, amarylis niczym ptak czerwony, dalie, irysy, parasolki z malw.

Nigdy nikt nie marudził.

Lubili ją wszyscy i nazywali Płatkową Damą, ale przyszedł czas, gdy znowu ryż stał się w modzie możliwy, a i balony jakoś tak skutecznie radość natury wypelniły… a i podszepty w okolicy się zrodziły, że jeżeli te płatki na jej wezwanie sie pojawiają, to na pewno gusła, albo genetyczne mutacje, GMO albo co gorsza szatany jakieś, lub zwyczajnie ruskich podpierdówka. I nagle stała się jakoś tak niepotrzebna. Ale nie żałowała. Po prostu żyła, nie bacząc na kwiatowe otoczki…

Razu pewnego się zdarzyło, że do jej wioski zastukał w bramy gość z daleka. Co to podobno o niej slyszał, ale nie o cudach płatkowych, ale koronkach, które z nich często robiła. O owych misternych dłubankach w wyschniętych, a jednak niełamliwych tworach. I zakochał się. Zabrał ją… i chciałoby się rzec, że żyli długo i szczęśliwie. I może i była to prawda, bo w końcu czas dla jednego i drugiego to względna sprawa. I przestała Płatkowa Dama sypać płatkami. Ale potem coś się skończyło, coś zwiędło… w otchłań ziemi spuszczona, drewniana trumna… Lekki skowyt metalu, sznurów dziwny jęk, o pustość dziwną głuche grud uderzenia.

Obsypał świat poszumnym opadem czarnych tulipanich łusek. I sama ona, pośród nich. I nikogo więcej. Tylko smutek… żal. A potem, w świecie pełnym owej miłosnej wciąż przecież jeszcze, tęskniącej baśniowej minorowości, delikatności i płatkowych szelestów muzyki… trafił się jej małoprzystojny glina, w opiętym mundurze, co powiedział donośnie: Aj teraz to pani sprzątnie, inaczej mandacik!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0195

Z cyklu przeczytane: „Oblubienica z Azincourt” – … serio? Znaczy teraz wszelkie powieści historyczne reklamuje się jako lepsze od Philippy Gregory? No bez przesady no. Nie lubię tego. Nie toleruję podszywania się pod innych i tyle. Ale widać współczesny czytelnik nie pojmuje pojęcia „powieść historyczna”. Ech! No nic… oto i jest ona. Powieść ukazująca nie tyle życie Katarzyny de Valois, co jej niani i późniejszej… hmm? powierniczki? Służącej, a może jednak jedynej prawdziwej matki?

Oto ona… Mette. Dziecko mające wydać na świat dziecko. Córka i już niedługo żona, a jednak wciąż tylko dziecko. Po śmierci swojego synka zostaje mamką najmłodszej latorośli, księżniczki, córki szalonego władcy i nadmiernie wielbiącej blichtr królowej. Mette w ciągu kilku dni staje się matką dla tej małej dziewczynki. Jej mleko nie tylko karmi to życie, ale przede wszystkim żyje dla niej. Nagle wszystko inne traci sens. Jej własny świat staje się ułudą, jest tylko ona… księżniczka. Oczywiście dzieci rosną, ale jak łatwo się domyśleć, te dwa życia zostaną połączone na zawsze.

Joanna Hickson stworzyła intrygujący portret kobiety, która nie potrafi pokochać własnych dzieci tak jak to, którego nie urodziła. Kobiety pełnej sprzeczności, służącej, która tak często ma się ochotę zwyczajnie rąbnąć w łeb. Matki nie matki na tym dziwacznym, sadystycznie zapatrzonym w siebie dworze. Pełnym chciwych, zawistnych postaci, oraz tych zaćmionych przez religię. Tak naprawdę jedyne czego brakuje w tej barwności, to zdrowy rozsądek. Niestety i w przypadku naszych bohaterek, jak i tamtej epoki, gdy bogaci wciąż się ogacili, a biedni… cóż, robili za wystrój otoczenia. Bo przecież zawsze się znajdzie jakiś biedny, nowe dziecko, nowy niepotrzebny…

Bardzo dobre, choć miejscami aż denerwujące owym nadzwyczajnym oddaniem sposobu niemyślenia. Epoki rozpasania i ślepoty na to, co najważniejsze. Bo przecież bycie władcą to nie blichtr, ale odpowiedzialność. Nie korona, a naród. To zaskakująco prawdziwy obraz sposobu myślenia, który nas – współczesnych zwyczajnie szokuje. Świata, w którym biedny ma więcej możliwości w decydowaniu o sobie – cóż, może mało fantazji, ale jednak – niż księżniczka.

Nie, to nie jest Philippa Gregory. I nie miała być. To lekko bardziej miękki, bardziej kobiecy, nie tak epatujący szczegółowością, ale… urokliwy i dopracowany świat. Wrota do przeszłości. Pełna dosłowności i brutalności, ale też owej leniwej rzeki upływającego czasu książka opowiadająca o tych, którzy są dziś historią. Historią, ale nie do końca taką, jaką nam wpajano na lekcjach…

IMG_5778 (2)

Oglądam Wyspę zza szybki.

Trzeba przyznać, że okno, tudzież drzwi przeszklone, tudzież inne tam odbijająco przewidywalne cuda, sprawiają że widać nie tylko więcej i nie tylko inaczej. Nie widać pokracznie, nie widać pokrętnie… i nawet nie jest to inny świat. To jest czymś, co po prostu ludzkość odrzuciła w okresie wszelakiego, nie do końca, dojrzewania. O czym postanowiła zapomnieć. Co nagle określono mianem „niepotrzebnego”. Dlatego teraz w odbijaniu ludzie cenią tylko to, co widzą na sobie, nie w sobie. Swoje chudości, lub przeciwnie, tłusty tyłek… albo tą markową torebkę, która jakże dziwnie bardziej prawdziwie wygląda, gdy odbija się w oknie wystawy. Jakże jest wtedy bardziej tutaj, niż tam. Jakby odbijanie przydawało jej namacalności. Ułuda tak naprawdę stawała się gwarantem istnienia? A może jest w tym coś prostszego? Zwyczajny brak wiary w siebie, ale atawistyczna wiara w to, co odbite… w kałużach, toniach, lub zwyczajnie w czyichś oczach. Jeszcze zabarwione zazdrością… współczesność tak bardzo lubuje się w zazdrości.

A ja?

Czy jestem zazdrosna? Ostatnio odkrywam, że chyba nie? Z zaskoczeniem to odkrywam. Nie żebym nie pragnęła, mam materialne marzenia, oraz te mniej ciężkie, jak mniejsza dupa, ale sama muszę do tego dobić, dotrzeć, jakoś dojść, więc wszystko zależy tylko ode mnie. Moja Matka Chrzestna porzuciła mnie zaraz po narodzinach, więc sucz z niej tak naprawdę.

Dlatego tylko siedzę i patrzę teraz. Nie odbijam się, tak w ogóle, to świat, w którym sama się znajduję zdaje się rozpływać… Ech! Wysoka gorączko witaj w progach mojego ciała. Ale ostrożnie ze mną, co? Chociaż? Czy ja w ogóle lubię ostrożnie? Nie wiem, może raczej brutalność rozgorączkowanych wizji byłaby bardziej wskazana? Hmm… aczkolwiek przyznaję, że czuję się dość patriotycznie, w końcu mogę mieć w żyłach sławetną bornholmską chorobę/grypę.

IMG_3704

Bo przecież na Wyspie życie płynie całkiem normalnie, chociaż może nie dla wszystkich do końca realnie? Bo i po co realnie? Ta cała tak zwana realność, to zbiór rzeczy i praw, które są nudne, niezmienne i całkowicie koszmarne. Które bolą. Wywalają z człowiek te gorzkie, drapiące łzy, które odbierają oddech i sprawiają, że nagle jest się uodpornionym na wszelaką szczęśliwość. A nierealność? To smak czekolady. To kop w gruczoły, o których nie miało się pojęcia za pomocą zwyczajnego, minaiturowego ogórka z krzaka… to widok, który nagle powoduje, że zasmarkani i zryczani ze śmiechu, z kosmicznym bólem brzucha, czujemy się oczyszczeni z przeszłości.

Gotowi na to, co nadejdzie.

Albo nie gotowi.

Bo w końcu bez przesady. Nazbyt realne jest spędzanie dni i nocy tylko i wyłącznie na myśleniu o tym, co złe może się nam zdarzyć. Lepiej nierealnie po prostu próbować się budzić codziennie rano, a kładąc się mieć nadzieję na totalną, realną nierealność snów. Bo w snach nie tylko złe się może zdarzyć. Nie ma w nich tylko koszmarów, ale jest i miłość i książę z pantofelkiem, a i majestatycznie frywolne stworzenia… i pewne sprawy, które zmieniają objętość i rozmiar. I wiecie, jeżeli chodzi o Wyspę, to pomaga w owej nierealnej realności. W tym poworcie do atawistycznych lekko zachowań. W owym porządku świata. Jedz, bo inaczej ciebie zeżrą. A jak nie zeżrą, to kurcze będą tak długo przeżuwać, że serio nie będzie w tym nic miłego.

Jakoś tutaj, gdy jesień zmienia się w padanie, a i wszelaka aktywność Tubylców zamiera… od czasu do czasu tylko jakiś, natarczywie nerwowy, biegacz się puści sprintem nikłym, a w pustej witrynie sklepowej, obejrzy się aż nazbyt odstrojony kolarz, oj bo piękny taki, bo przeca w sporcie to lans też być musi i farnacjaeligancja. Od czasu do czasu samolot gdzieś w otchłaniach niebiesiów zabuczy, albo znowu wrony orzechami zaczną tłuc o mury… nierealnie, więc… gdy jesień zmienia się w padanie ponownie w pełni zdają się żyć wyłącznie płomienie świeczek w szalonych, malowniczych lampkach. Tu i tam światło przedziera się przez wycięte otworki w glinianych ściankach, poprzez okienka i drzwi, przez szklane szybki ryte w gwiazdki, serduszka, a nawet choinki… Rzadko która świeca stoi sama, nieosłonięta, jakby należało dbać o to, by płomieć nie zgasł przed czasem. Nie nim się nie dopali…

Światło… by pamiętać drogę do nierealności…

IMG_7191 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dziwny dziwnie Sen… została wyłączona

Pan Tealight i Pani Madonna…

„Jeszcze nim się dopełniło, nim zawiązano na wszystkim kokardki, dodano taśmy, przytopiono lakiem, dorzucono kleju, nim opadły cekiny, nim zużyto wszelkie pozłotka, nim dopięto ostatnie haftki, guziki, nim podłożono trochę rąbek i dodano kilka zakładek, nim zawiązana krajki i wstążki, nim zerknięto, czy wszelkie dodatki równo leżą i błyszczą… Nim. Nim wszystkie rzepy zostały zaprasowane, a zamki delikatnie ukryte, nim plisy sprawdzono pod linią równowszelakoleżenia… a cokolwiek co odstawało zostało przywołane do porządku, nim obcięto ostatnią odstającą nitkę i na wszelki wypadek po raz kolejny przetarto szkiełka…

Nim.

Nim.

Była ona.

Ona była tutaj od zawsze.

Gdzieś w powietrzu, gdzieś w liściach, pniach i trawach, w kwiatach i korzeniach, w falach i wszelkich dźwiękach… i to się chyba nie zmieniło, więc nie można powiedzieć, że to było… bo jest. Może dlatego, gdy pojawiła się w jej śnie, w owych dziwnych zawirowaniach, pod powiekami drżącymi, była ona pod obaloną szafą, a może wielkim, ciężkim dreaniwnym łożem, a może jednak była to szafka? Może coś w rodzaju sekretarzyka? Chociaż, chyba nie. Leżała… w tym śnie umierała i przekazywała swoją wolę. Dziwnie spokojna i uśmiechnięta, co jej zostało. Chociaż tak dziwnie myśleć o niej, że powinna była cierpieć przecież, że… To wszystko jest wciąż takie szalone, rozsypane, dziwnie niemożliwe, a przecież jednak się wydarzyło. Nie cierpiała, uśmiechała się lekko wściekła na swoją rodzinę i oddawała jej… znaczy pojawiła się we śnie by oddać Wiedźmie Wronie swój dom. Swoją chatkę. By powiedzieć, że to jest dobre, że się wypełnia…

Sen przeminął, ale ona… ona wciąż tutaj jest. Pani Madonna.

Nie widziana, nie słyszana, dla innych nie istnieje, jest tchnieniem, powiewem i przewiewem, nazbyt otwartym oknem i przeciągiem. Ale jednak jest wciąż i Chatką Wiedźmy. Nocami stoi przy kuchennym oknie i patrzy w dal ciesząc się ciepłem świeczki zapalanej… potem, gdy prawie wszsycy śpią, kroczy. Dla niej i czas i miejsce są inne. Bardziej rozciągliwe, jakby w stu procentach złożone z lycry. Pani Madonna widzi więcej, a raczej i słyszy więcej, czasem wkrada się do łazienki i po prostu ponownie kopci, jak za cielesności, pyka i wdycha, siedząc na klopie, znaczy Studni Życzeń… Bo ona, Wybrana, Wiedźma Wrona, pozostawiła ją dla niej – metalową popielniczkę, niczym ołtarzyk. Na zawsze, na pamiątkę… i dba o nią. Wrzuca tam wszystko to, co jej może być potrzebne. Nasiona, owoce, kamienie z miłym kolorem, te dziwnie ciepłe, te dziwnie fantazyjne. Mech dla miękkości nocy i dni, a i gładkie otoczaki, dla zabawnych gier. Trchę krzemienia dla ognia i kilka kawałków drewna, na Misie-Patysie ze Styksem, czy inną tam we Wszelakich Wymiarach rzeką.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7341 (3)

Z cyklu przeczytane: „Zaginiona” – … hmm? Nie żeby nie ceniła kontynuacji. W końcu ma człowiek swoich ukochanych autorów i stworzonych przez nich bohaterów. Lubi się do nich wracać. Jeżeli nie są nazbyt osadzeni w chronologii, można żyć z nimi przez całe życie. Nawet można ich zabić, a potem ożywić, można ich sklonować, zmumifikować, przerobić na pół psa i pół kota…

Można.

A jednak czwarty tom Kuzynek? I to z taką dziwaczną, obrzydliwą okładką? No sorry, ale w jakim stopniu ma ona pasować do Pilipiuka? Faceta, a raczej Pismaka, od Wędrowycza, inteligentnego, oczytanego autora, który potrafi przemycić wiedzy masę w niewielkim opowiadaniu? Do fantasy? No sorry misie, może i chcę zrozumieć waszą potrzebę sprzedania, ale O ZGROZO!!! I MATKO WYSPO!!!

Mniejsza.

Okładka be, środek intrygujący. Tak naprawdę nie jedna powieść, a dwie nowelki w jednym tomie: „Zaginiona” i „Czarne skrzypce”. Pierwsza intrygująca, jak zwykle z charakternymi bohaterami, a raczej bohaterkami, bo zauważyć należy, że Pilipiuk baby oddać potrafi całkiem niesamowicie. Wkłada w nie jakieś inne serce i inną duszę, cudownie je maluje, a przede wszystkim wiadomo, dorzuca im jaj! No i tak poza znajomymi kuzynkami mamy i Annę księżniczkę wyspy, co podobno nie istnieje, a może istnieje? Kto to tam wie. Mniejsza, tak naprawdę ta wyspa to pikuś przy tym, co kombinują wystrzałowe kuzynki. A druga? Cóż… zapomnienie, intryga, pragnienie… wszystko. Współczesna technika zderza się ze skarbami przeszłości i jak zwykle, przegrywa. Bo przecież wiadomo, że autor do przeszłości sentyment ma. Ekhm, taki jak ja. Tylko że ja trochę bardziej w dół chronologii!!!

Czy warto? Tak.

Bo jest w tym Pilipiuk. Ten sam, w którym się zauroczyliście/łyście. Pokazujący niewyobrażalne tajemnice zapomniane. Dzięki niemu miastowa codzienność nabiera iście bondowskiej szaloności, a wiejska jest szalenie przesmaczna. No ludzie no!!! Kaczka w szarej renecie!!! Matko i Córko Wyspo!!!

Tę serię Pilipiuka czyta się na wiele sposobów. Jako opowieść o tęsknocie za przeszłością, o tym jak przeszłość odnajduje się w teraźniejszości, albo po prostu rozrywkę, na poły sensacyjną, lekko kryminalną… po prostu!!! Warto!

IMG_5782

Szarości za oknem.

Czasem tak się zastanawiam, jak po raz kolejny ktoś mi mówi, że niebo u nas takie niebieskie… że chyba zapomniałam jak wygląda niebo w mieście. Nie żebym nagle zapragnęła pozbyć się owej błękitności, która od jakiś dwóch dni trochę zszarzałą, ale jednak… zapominam. No dobra, czasem budzę się w nocy z wielkim przerażeniem, sercem kołatającym, że nie jestem na Wyspie, albo sny mam, że nie mogę tutaj wrócić, że ktoś lub coś stwierdziło, iż nie wolno mi tutaj mieszkać. To mój koszmar. Nowe piekło, które się we mnie narodziło. Całkiem idealne… doskonałe w swym przerażeniu. Odbierające nie tylko nadzieję, wiarę w dobre przydarzenia się, jakąkolwiek ckliwość i szczęśliwość chwili czy momentu, senne cudowności, złudę i ułudę… ale wprost bolesne. Mrożące, paraliżujące, wiedzące doskonale, lepiej ode mnie samej, gdzie uderzyć.

Czy boję się, że musiałabym stąd wyjechać i nie widzieć tego błękitu? Tak.

Czy mogłabym tak po prostu zmienić nieboskłony? Nie.

Wiem, że nie. gdy budzę się jest taka chwila, gdy nie do końca jestem tego świadoma, gdzie jestem… i wtedy strach staje się namacalny. Rośnie grubnie i powiększa się we wszystkich kierunkach, co gorsza wyrastają mu nowe, lepkie kończyny z przyssawkami, macki i dziwne ogony, w zaskakujących miejscach wyskakuja mu nie tylko pryszcze, ale i otwory gębowe. Oczy pojawiają się jak wypryski opryszczki, tudzież zwyczajowego młodzieńczego trądziku i wszystkie patrzą na mnie. Jakby wiedziały coś, co przede mną jest ukryte i mrugają dziwnie synchronicznie!!! Każdy z nich ma jednak zrobiony makijaż i każde usta mają na sobie szminkę… nazbyt czerwoną, jakby krwistą, taką, która przynosi mi wspomnienie koszmaru i Mikołaju z dalekiej przeszłości, tym co dał mi wrotki, co to miał serio dziwaczne ustrojenie ryja i czerwień na żeńskich zębiskach. Bo wiecie wtedy ortodoncja była lekko w polu i nie wszyscy mieli takie same kły i siekacze i trzonowce i inne tam stwierdzenia zgryźliwości…

IMG_4059 (3)

Zaskakujące jak się w człowieku zmieniają koszmary. W dzieciństwie stykałam się z takimi, którzy bali się majonezu. Taki majonezowy potwór dla niektórych serio może stać się grozą stopnia najwyższego. Ale też i intrygującą wymówką, żeby zdobyć dla siebie większy kawałek toru, albo dwa! Mówicie takiemu, że masa zrobiona jest z majonezu i już! I gra i beczy!!! Wszystko dla mnie. No wiem, że można to postrzegać jako coś okrutnego, szczególnie gdy to właśnie tobie odbierany jest przesmacznie wyglądający kase, ale… ale bez obaw, bez bólu… strachy się zmieniają. W przyszłości całkiem niedalekiej, uwierzcie mi, albo i nie, on się wam z uśmiechem odpłaci owym Kalorii Potatem Wielkim, Diabelstwem Przytycia!!!

Strach…

Niby zwykła i porzebna przecież sprawa, a jednak i czyste, fascynujące, przefascynujące w swojej intensywności zło. Z jednej strony strach ostrzega, gdy ciarkami po plecach was smera, i już wiecie, że tam gdzieś, że za wami w owej całkowitej niewidoczności, coś się czai, coś przed czym trzeba uciekać. I uciekacie, po prostu gubicie nogi, a i części mniej do siebie przytwierdzone. Adreanalina robi oczywiście swoje i nawet się nie odwracacie, jeżeli tylko zdolni jesteście sobie samym uwierzyć. No właśnie, kto z nas tak na amen i dziesięć przykazań wierzy sobie samemu? Tak naprawdę pozbawieni reklamy w telewizji, nalepki z ceną i labela, jesteśmy tym towarem, który każdy pominie w sklepie. Nawet jakby nam doczepić wielki plakat SALE… to od nas zależy, czy naprawdę ktoś nas pokocha. Uwierzy, że to błękitne niebo może być zawsze nasze. Że tak naprawdę strach to wyłącznie coś, emocja, która działa jak cholerny alarm… którą należy po prostu wykorzystać. Nie wiązać z tym, co przechodzi, ale z tym co powraca. I jakoś do tego przywyknąć. I uwierzyć sobie, bo jeśli nie my, to kto w nas uwierzy…

Jeśli nie pokażemy jak nas kochać, to kurcze kto będzie wiedział jak nas kochać pod tym błękitnym niebem, które często tylko my widzimy?

IMG_1393

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pani Madonna… została wyłączona

Pan Tealight i Księżniczka Salene…

„Niewielu zna tę historię.

Niewielu też w nią by uwierzyło, gdyby im nawet opowiedzieć ją z didaskaliami i odpowiednią intonacją głosu, i oczywiście dowcipnymi szczkającymi odgłosami, deszczem i wiatrem, a jednak… W jakiś dziwny sposób wszyscy o tym, znaczy o niej, wiedzieli. Bo sami pomyślcie. Gdyby nie wiedzieli, to dlaczego nikt nie pytał o wielkie, koliste kupy kamieni, na jej ukochanej, kamienistej plaży? Dlaczego nikt nie zadaje pytań o owe kamieniste struktury, o dziwne rybki, o specyficzne zachowania ptaszków w krzaczkach… o te włosy w falach i dziwnie łkania w wierzbach nad rzeczką?

Podobno księżniczka była panną aż nadzwyczaj pozytywną, piękną i łagodną, dowcipną podobno nawet ponad swój czas i miejsce, ale też rozsądną i skromną. We wszystkim potrafiła odnaleźć dobrą stronę i zawsze cieszyła się z tego co ma. Co prawda wredni przytakują i przypominają, że jako nastolatka miała ukochanego, u którego wszystko kochała i za wszystko w nim dziękowała, co wpłynęło na rozrost drugiej i trzeciej głowy u chłopaka, bo w końcu jak Los usłyszał, że ona tak kocha wszystko, to po prostu zrobił pewne pieprzyki większymi, ale tam… Inni powtarzają, że to tylko szczegół. No i to, że potem chłopak porósł łuską i w prezencie na swoje osiemnaste urodziny został wielkim smokiem, który podobno był też różnopłciowy – jedna z głów była, aż nazbyt żeńska – i zostawił w kopcach jaja, które wyklują cię, gdy on sam powróci w wiekuistego wygnania (bo tak, król nie zgodził się by smok poślubił Salene, noł łej, a i ona sama lekko przerażona wielopłciowością nagłą wybranka, lekko pobladła), gdy słońce przestanie wypływać z morza i chować się za skałami, a trawy zapragną skamienieć i łkać, oraz ubierać się w tylko i wyłącznie jaskraworóżowe szmatki…

No wiecie, podobno to jakaś klątwa, ale kto tam wierzy wiejskim bajaniom? Bynajmniej po owym wypadku Salene wcale się nie zmieniła, wcale nie popadła w czarne otchłani rozpaczy przestrzenie, ale wprost przeciwnie. Postanowiła nigdy nie wątpić w dobroć pozytywnych myśli… więc sami się domyślcie, jak bardzo działała wszystkim na nerwy. Tym odczuwającym normalnie i nienawiść i pospolitego wkurwa, a i zwyczajowe pragnienie umiejętnego przypierniczenia komuś patelnią, tudzież skórki bananowej poślizgowej mocy… No po prostu. Wiecie, taki wysublimowany nadmiar tęcz i jednorożców naprawdę może wkurzyć tych, normalnie ze zwyczajnością się codziennie borykających. A i tych bardziej leniwych też! Cała jej pozytywność po prostu działała wszystkim na wątrobę, bo przecież smutek należy zalać, robaka utopić, a i by uśmiechać się pod sznureczek koronowanej głowy, lepiej mieć we krwi pomoc…

I tak naprawdę, to i król i lud nie wiedzieli jak sobie poradzić z księżniczką Salene. Co zrobić, by w końcu zlazła z chmur, co poradzić na jej uściski i teksty w stylu: widzę w tobie tylko dobro, gdy ktoś akurat walczył z pasożytem w sobie, czy inną ciężką nadmiernie zarazą. Bo Los upodobał sobie słuchanie księżniczki i zawsze powiększał to, co ona uznawała za dobre. Podobno w krainie modne się stało zatykanie uszu, albo i całkowite pozbawianie się słuchu, ale jakoś nie do końca naprawiało to nadmierną pogodność następczyni tronu, więc… no cóż, postanowiono, że król, który był wdowcem, ponownie wyjdzie za mąż. I Los zlitował się nad światem. W 9 miesięcy po ślubie przyszedł na świat chłopiec oraz oferta…

… Salene miała zostać żoną Szwedzkiego władcy. I na tą wieść w krainie zawrzało, a i słoneczność z księżniczki cała odeszła. Bo ona Szweda nie chciała. Nie chciała tego, co ma rodzić jej dzieci, karmić je piersią i łkać. Ona chciała zawsze być żoną… a w Szwecji to nie jest mile widziane.

I tak wciąż można spotkać Salene błąkającą się po plaży, wypatrującą swojego smoka, jedynej miłości, siadającą na jajach, smutną i zgaszoną. Podobno utopiła nie tylko ojca, brata i macochę, ale i dziwnie zniknęli posłowie szwedzcy, a i coś się porobiło z morską drogą, że do zamku dotrzeć nikt i nic nie może… ale ona wciąż żyje…

… czeka na powrót samej siebie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1407

Z cyklu przeczytane: „Pieszczota nocy” – … mniej bzykania. Znaczy oczywiście, że zdaję sobie sprawę z tego, iż większość sięgnie po tę serię ze względu na seks, ale… nie ja. Oj wiem, trzeba być nieźle porąbanym, ale… Mniejsza o mnie, nadal mnie to kręci. Bo wyobraźcie sobie, że ona, by zostać królową musi zajść w ciążę. A żeby zajść w ciążę, ekhm musi zawiązać sojusze z przeróżnymi magicznymi postaciami. Znaczy męskimi oczywiście. Problem w tym, że ten, który… ekhm zostanie tatusiem dziecka, ten też zostanie KRÓLEM!!!

Jak to przeżyć?

Mniejsza.

W tej części więcej akcji, więcej kryminalności i dowcipu, a trochę mniej bzykania. Do tego pokręcone magiczne umysły, tacy bardziej w siebie zapatrzeni i tacy mniej, a do tego koszmarny strach uosobiony, wrodzony pożeracz mocy, czyli maleńkie okienko ukazujące przeszłość magicznej sfory. Po prostu fajna zabawa. Żadna tam wysoka literatura, ale dobrze napisana rozrywka. Zwyczajność niezwyczajna. Uczucia i odczucia, oraz bohaterowie, którzy seks traktują całkiem inaczej.

Trzeba oddać autorce, że jest konsekwentna, a i serio musi mieć cudownie rozpisany plan serii! Bo tak, jak ona potrafi rzeczy zagmatwać, a potem skorzystać ze wszystkiego, z każdego supełka i kokardki owego zaplątania, niewielu umie. Dlatego dla zabawy, ale i zerknięcia w to, w jaki sposób naprawdę pisać, w jaki sposób układać dialogi i opisy, warto… po prostu!!! No i kto by nie chciał być nieśmiertelnym, pięknym, aczkolwiek nie do końca boskim… albo i więcej…

IMG_1394

Deszczowo.

Właściwie bardziej wilgotno, niż deszczowo. Jakby deszcz rozprysnął się na miliony mikroskopijnych kropelek, które silnie olewając wszelakie prawa fizyki, a już grawitację to łukiem szeroki spluskując, wiszą i podskakują w powietrzu. Może nawet i tańczą. Może i poloneza, może i kankana, a może tylko walca… raz dwa trzy, raz dwa trzy, raz dwa trzy… A może jednak skaczą w gumę? Albo grają w klasy?Albo nie wiem co? Siatkówka? Ale czym? Małymi zlepionymi w kuleczkę kłębuszkami cząsteczek? No nie wiem… a może po prostu większość najpierw pędzi na złamanie karku z góry w dół, obraca się to na prawy boczek, to na lewy boczek, a potem szpagat, gwiazda, przwrotka i skok przez kozła… a w końcu, bo przecież większości i tak o to chodzi… one. Liście. Te lecące w dół. Te gotowe do lotu, dobrze nasmarowane, już umieszczone na pasie startowym, załadowane i dobrze napojone na drogę… Mają swoje barwy, mają swoje przeżycia i wspomnienia, tak bardzo chcą polecieć, ale z kim? No właśnie i do tego przydają się owe kropeleczki wilgotności. Bo w końcu, gdy się łączą, to dopiero wtedy i nagle stają się jednością.

Bo widzicie… wydaje się nam, że natura to taka jasna i oczywista sprawa. Najpierw jest nasionko, znaczy to jajko, a potem kura. A może jednak odwrotnie? Kura najpierw, potm jajo, bo kto jako miałby wysiedzieć? Przecież kurcze nie słoń, co nie? No mniejsza, więc nasionko, deszczyk, roślinka, wzrastanie, owocowanie i potem jesień i zima, a w kolejnym roku zwyczajnie od nowa… A jednak, nie, wcale nie jest to tak oczywiste. Bo widzicie to wszystko jest naprawdę niepewne, jeżeli owe kropelki nie przejadą się na liściach, wszystko może wziąć w łeb. Jeżeli o poranku ptaki się nie rozwrzeszczą, skuteczni ucinając wam ten z najpiekniejszych, jakże erotycznie ralnych snów… słońce postanowi olewać ziemię i pójdzie sobie za siódmą planetę, za ósmą mgławicę!!!

… bo kto może powiedzieć, że wie NA PEWNO jak to wszystko działa?

IMG_1883

Bo widzicie, na Wyspie to wszystko jakoś działa inaczej. Wszystko może i nie stoi całkowicie na głowie, ale na pewno czochra się często pupą o kamienie i piątki daje rzęsami. Bo może!!! Bo po prostu nikt im nie powie, że tak nie wolno, że tak nie wypada, że jest dzieckiem szyby i szklarza… albo coś w ten deseń? Nikt nie powie, iż oczekiwał czego inego, bo w owym otaczającym Wyspę niepewności oceanie, nie można mieć ucieleśnionych oczekiwań. Po prostu… więc nikt ich nie ma. Każdy przyjumje to, co gdzieś indziej okrzyknięte byłoby dziwacznością, za zwyczajową i bezpieczną wszelako, codziennością przesłodką. W końcu mimo istniejącego zapewnie manuala do Wyspy, jakoś nikt o nim nie krzyczy, a nawet i ona sama nie wymaga klepania definicji i dat. Tutaj raczej zderzasz się z emocjami i jeżeli nie przetrwasz, nie wytrzymasz, musisz odejść… no i oczywiście to miejsce musi cię wybrać…

Do końca nie wiadomo jakimi kryteriami się Wyspa kieruje. Podobno możliwym jest, iż nikt nie chce ich znać, albo… nie istnieją. A wszystkiemu winne są Humory. Widzicie… Humory, oj oj oj tak.

Czym są?

Hmm… lepiej zapytajcie KIM SĄ?!!! W końcu jak inaczej opisać to, co w definicji jest Szarą Eminencją Pani Wyspy? Bo widzicie, mimo użytej liczby mnogiej, w rzeczywistości Humory są jednym człowiekiem. I, choć może to was zaskoczyć,nadmienić należy, iż człowiekiem z określoną płcią. Mężczyzną. Facetem dość muskularnym, dziwnie ogorzałym, w refleksyjnie szarawym tanktopie, szortach w stylu szalenie i kolorowo hawajskim oraz całkiem na boso, nawet w najgorsze mrozy… które nie zdarzały się tutaj często. Wprost przeciwnie, w końcu figi wolą określone klimaty. Więc dlaczego liczba mnoga pytacie, aj no właśnie… bo gdyby tak odgranąć mu włosy na karku, była tam całkiem inna twarz i para niewielkich, króciutkich rączek, podobnie zresztą pod paszkami, z prawej ona, z lewej on sądząc po zaroście…

Tylko Pani Wyspy wie, które z nich jest którym, którą i do jakiego czasu otwiera toto otwó gębowo-mówiący. podobno też tylko ona karmi tego, który znajduje się w miejscu takim, jakiego słonko nie dotyka, ale niechętnie ujawniane są te szczegóły. Warto nadmienić, iż wszystkie humory w jednym są dość niestandardowym patchworkiem. I serio setki koron wydają na dentystę!!!

IMG_7996

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Księżniczka Salene… została wyłączona