Pan Tealight i Okapywanie…

„Po prostu to lubili.

Skraplanie i okapywanie, ciurkanie i kroplenie się… Deszcz znaczy się, no wiecie, tak to przynajmniej określa reszta świata. Jako opad. Ot nic specjalnego, wszystko biegnie dookoła, komu wysuszy, temu w końcu spaść musi, a nawet jak nie musi, to przecież może spaść komuś innemu, co nie? Więc i tak się mu spadnie. W te czy wewte, koło wodne się toczy, ale tutaj… cóż, tutaj jak zwykle było inaczej.

Po pierwsze miało padać, a nie padało. Wszyscy się przygotowali, by wyprowadzić Wiedźmę Wronę Pożartą na spacer, ale jednak chmurzyło się, a przecież mokra wiedźma, to jednak niezbyt komunikatywna wiedźma, a po co się narażać jej w tak głupi sposób? Jakoś tak no za zimno już było na moczenie Ptaszydła… więc czekali na deszcz i już wtedy, gdy mieli zamiar zapomnieć o prognozach pogody, po prostu założyli buty na wszelkie odnóża… zaczęło lać. I dziwnie mroczna dzisiaj, bardziej niż zwykle Wiedźma Wrona, stwierdziła, że już nie próbuje, tylko sobie ot tak posiedzi, więc usiedli wszyscy. Gdzie mogli. Zajmowali wszelkie płaszczyzny mniej lub bardziej płaskie, adekwatne anatomicznie w tą lub tamtą stronę, płaszczyzny miękkie i twarde i te pomiędzy oraz wszelkie ich wygięcia, zagięcia i krzywizny… I czekali co powie. Bo co jak co, ale takie tylko siedzenie nie leżało w ich naturze…

I ociekali.

Okapywali.

W zgodzie z dźwiękami spoza Chatki, zrzucali z siebie krople mniej, lub bardziej wilgotne. Jakby się oczyszczali, jakby nagle wzorując się na pewnej książkowej bohaterce ze swego wnętrza, Wiedźma Wrona dostąpiła sfer, w których i ona mogła zostać Matką Spowiedniczką. Jakoś tak się czuli i wcale, ale to wcale wcale nie chodziło o to, że była niedziela, a Mała Wiedźma zmuszana była w swym czasie do dziwnych zachowań religijnych… Wiecie, tak naprawdę nie wiadomo ile z niej Pani Wyspa wypłukała, wykapała, wypluła, a ile tak naprawdę wciąż w niej siedziało, co się stać mogło… gdy nikt nie patrzył, lub gapiło się zbyt wielu.

Tylko jeżeli, znaczy się naprawdę to była prawda, to czy we własnym, pokręconym stuporze, można się domyśleć, jakie naturalne koło obracało okapywaniem owych wyspowych stworzeń? Tego pokręconego plemienia? Kto poza nią samą, mógł przyjąć Wiedźmy Wrony Pożartej kropelki? Czyż istaniało takie wynaturzenie zdolne unieść tyle szaleństwa? Przeciążenia wyobraźni?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0171

Z cyklu przeczytane: „Księżyc nad Soho” – … ech! Żeby kurcze wszystkie książki były tak napisane. No wiecie, w tej starej mocy dobrego zwyczajnie pisania, które wie co robi, ma cudowny dar obserwacji, ale też wie ile ukryć, by przedwcześnie nie obdarzyć wszystkich objawieniem. Aaronovitch potrafi właśnie tak pisać, że nawet jak akcja się ślamazarzy, to czytasz z wypiekami, nawet jak nie masz pojęcia o jazzie, to i tak się douczasz… nawet jak ta magia niezbyt, to i tak cię kręci.

Oto opowieść gliniarska, albo raczej magiczna, tudzież… wiecie wiele wydarzyło się w pierwszym tomie, a to co mamy tutaj, to pewne konsekwencje. Nasz główny bohater, posterunkowy musi zmierzyć się nie tylko z wspomnieniami, ponownie właściwie dostrzec ważność siebie, jako elementu dziwnego magicznego wydziały policji, ale też… pogodzić się z tym, co stało się jego partnerce i przyjaciółce. Tylko, czy ędzie do tego zdolny? Czy można pogodzić się z czymś takim? I o co chodzi z pochwą z zębami, oraz mordującym innych jazzem? I dlaczego w to wszystko tak dziwnie wplątana jest przeszłość naszgo bohatera oraz jego rodziny?

Tym razem lepiej poznajemy bohaterów tła, kolejnych planów, nie tylko tych głównych i znowy wkraczamy… wtapiamy się w inny świat, inną część Londynu, nie tylko ową wodną, ale też bardziej rozrywkową. I oczywiście, dzięki specyficznej narracji, lekko komicznej, miejscami aż nad podziw przesiąkniętej cudownościami z przeszłości muzycznej, historii pewnego „opętania” ludzkości… Przede wszystkim ta niewielka powieść jest przygodą. Przygodą ze secyficznym wampirem, magią, specyficznymi stworzeniami, lekko nieklasyfikowalnymi tylko dlatego, że dla nich jeszcze nie spisano grubych, szeleszczących mitologii, cudowną, zwiewną, ulotną wolnością myśli i niektórych czynów… po prostu starą, dobrą wyobraźnią.

Powieść jest niesamowita i nawet jeżeli nie jesteście melomanami, to trudno umknąć pewnemu zainteresowaniu niezbyt przypadającemu do gustu tematem. Bo przecież człowieka odnajdujemy we wszystkim… albo kobietę z zębatą pochwą.

IMG_2533

Kucam jak ta sikająca w krzakach żeńskość, no wiecie, dziewczynki właśnie w ten sposób to robią, nic na to nie poradzimy. Nie żeby nie można było na stojąco, ale co za zabawa potem z obsikanymi nóżkami i dupskiem? Bynajmniej… kucam i coś słyszę. Jakieś brzęczenie, bzykanie, czad odgłosów. Spoglądam, ale już nie można nic zrobić, zresztą nawet, to czy mam do tego prawo? On ją złapał, on jest zwycięzcą i on przeżyje, a ona zginie. Podchodzi do niej szybko, dziwnie trzymając się na owej splątanej idealnością powierzchni swego pałacu-pułapki. Wydaje się przecież dla niej nazbyt ciężki, z tym wielkim odwłokiem, znaczonym żółtawymi paseczkami, z ową połyskliwością, a i cieniutkimi włoskami na odóżach. Ona się jeszcze szamocze, ale juz nie bzyczy. Owinął najpierw jej przyciśnięte do ciała skrzydełka, a teraz trzymając ją i jednocześcnie plotąc nici… dalej owija. Na początku nic nie widać. Jakby to była tylko zmyłka, hipnoza, jakby tak naprawdę nic się nie działo, bo przecież nic nie widać, ale po chwili owa nicość gromadzi się i przekształca w coś.

Coś połyskliwe, lekko mleczno-białe.

Nie uwolniłam muchy. Muchy przylepionej do sieci, bo przecież czy mamy prawo wtrącać się do owej normalności natury? Nie no, pewno, że zajęłam się ptaszkiem potłuczonym przez samochód i jeżem, ale… w tym wypadku tylko patrzyłam na jeden z bardziej fascynujących spektakli, a jednocześnie coś tak przerażającego. W końcu pająk też może mieć milusie, małe puchate dzieci, które trzeba nakarmić, jak lwica swoje lwiątka, tak samo cudownie słodziutkie jak te antylopki, które jedzą… bo wiecie co? Trzeba jeść to co piękne, słodkie, milusie i odważne, cudowne i…

… ŻYWE!!!

Bo w końcu jesteśmy tym, co jemy, czyż nie?

IMG_5279 (3)

Wyspa ma w sobie samą naturalność i ciężko znosi wszelkie głupoty. Naprawdę ją rozumiem, ale współczesność nakazuje tą dziwaczną tolerancję. W dziwny sposób owa tolerancja nie pozwala, by swoje zdanie mieli wszyscy. Dzielić się zdaniem własnym możesz, a i nie być ukaranym, tylko wtedy, gdy owo zdanie pokrywa się z tym lansowanym przez rąbnięte media. W jakiś dziwny sposób, chociaż trąbi się o tym, że żywność na śweicie okupowana jest przez kilka wielkich firm, nikt nie pamięta, że te same firmy władają i prasą. I tak naprawdę nawet ci wszelacy wolnomyślący, powielają tylko to, co im narzucono… Czy w ogóle jeszcze myślimy sami? Czy jesteśmy zdolni mieć własne zdanie bez strachu, bez obawy, że ktoś zaraz zmiesza nas z błotem, a potem zmieli i przerobi na opakowanie mało dietetycznych pulpecików?

Wyżeram rosnące na skałach jeżyny i myślę sobie, że większość mnie to jakaś dzikość. W końcu one są dzikie, prawdziwe i odważne, więc może i moje wewnętrzne ja wzbogaci się o owe pierwotne aspekty? Cudownie soczyste, zaskakująco błyszczące, w różnych rozmiarach i stadiach dojrzewania… Leżą sobie, chociaż przyczepione do kłujących gałęzi, na kolorowych, już jesienią malowanych liściach. Ot wirtuozeria natury. Bo czemu nie? Kto naturze zabroni? A nawet jak zabraniają… to ona i tak swoje wie. I swoje w końcu zrobi, a jak się wkurzy… No właśnie, jeżyny mają kolczaste, plączące, wbijające się w łydki gałęzie, które zdają się chcież mnie zatrzymać? Ale po co? Z drugiej strony jeżeli ja jem je, to czy one też nie mają prawa do kawałka mnie? Ot taka wymiana, pierwotne prawdy, starożytne mądrości, zwyczajne dzielenie się w jedności natury…

Jestem naturą.

Tym dziwnym, co nie rozumie dlaczego ktoś sterczy pod sklepem dla nowego ajfona. Tym, co nie łazi wszędzie z telefonem, nie ma pojęcia co jest modne, a już kompletnie nie rozumie dlaczego ludzie wolą mieć na ścianach to przerażające płaskie coś z obrazkami… nudzą mnie filmy, mogę godzinami brodzić po Wyspie, ale nie umiem usiedzieć przed telewizorem? Ale nie martwię się, bo to i tak podobno tylko choroba, więc wiecie… nic mi nie będzie.

IMG_6825 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Okapywanie… została wyłączona

Pan Tealight i Wygnane Czereśnie…

„Dawno, dawno, dawno strasznie temu, gdy jeszcze wielu wierzyło w opowieści, a mityczność i baśniowość były codziennością, i… ogólnie mówiąc, nie tylko w nie wierzono, ale przede wszystkim ich nie ignorowano, bynajmniej wtedy stało sie to. Dziwne wydarzenie, dziwna inność codzienności.

One przybyły.

I je wygnano.

A może było inaczej?

Wynik sprawy jest taki, że w lasach Wyspy, w głębiach niezbyt często macanych, żyją one… Wygnane Czereśnie. Pierwsze i ostatnie, a potem ostatnie i pierwsze. Wiosną cudownie rozgrzeszające szarości przeszłej zimy swoimi kolorami, płatkami i zapachem. Tymi strzępkami elfich spódniczek pozostawionych poprzez dziewicze elfki w dniu ich… ekhm pierwszego razu. Potem oczywiście jak wszystkim wyrastają im zielone listki, znaczy Czereśniom nie elfkom, aczkolwiek kto je tam wie, znaczy elfki, ale… pojawiają się i czerwienie. W owych iglastościach i liściastościach te dziwne owocowości są dość rażące. Takie piękne, pulchne dzikuski, niczym uśmiechy tych, co jeszcze cieszą się swoją słodką nieświadomością. Takie przesłodkie, takie dowcipnie radosne i soczyste, jakby zaraz miały pęknąć i oblepić wszystko… czereśniością głęboką, pełną, ostateczną dziwnie w swojej gęstości. A potem wyjedzone, opadnięte, przeszłe, pod drzewkami tworzą szalony dywanik z koralików pestek, a liście… Gdy tylko lato powoli przekształca się w jesień… czerwień szaleje. Bordo i pomarańcze, żółcienie i ceglaste plamki, a i oczywiście ta buraczana srebrzystość kory… wszystko nagle wybucha na drzewach. Najpierw dziwnymi plamkami, tworząc prawdziwe pejzaże zieleni, którą coś nazbyt mocno przygrzało, przypaliło, podogniło. A do tego maleńkie kawałeczki gałązek, całkiem gołe, nagusieńkie, ale w cudownych, czaderskich kształtach, wygięciach i z zamaszycie porozrzucanymi, sprośnymi guzkami i brodawkami.

Jak one to robią? I czy był to naprawdę z ich strony grzech, czy jednak coś innego… wybór? Uczyniony zły krok, by zdobyć wieczność? Dlaczego Was wygnano, piękne, swawolne, majestatyczne Czereśnie?

Dlaczego?

I w jaki sposób jeden z Was są takie niewielkie, młodziutkie, a inne pradawne dziwnie, jakby magicznie obciążone? Jak to możliwe, byście w jednym wieku były tak dawno temu? Czy się nie starzejecie? A może jednak czas się Was nie ima? Chociaż… jakby było to możliwe? Jak? A może…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8537 (2)

Mówienie po brzydkiemu też ma miejsce na Wyspie. Żeby nie było, raczej mało je słychać. Ot ktoś sobie pod nosem, ot ktoś zabulgocze, ot splunie w sobie… ale nie ma przerywania zdań nadmiernego, nie ma konstruowania dziwnych tworów, chociaż… Tak sobie teraz myślę, że przecież to właśnie duński język jest tym najmniej zrozumiałym nawet dla samych duńczyków, więc może zwyczajnie się przeklinaków nie czuje? Może siedzą tam w każdym z osobna, milusie takie, puchate, całkiem i nadzwyczajnie nie będące niczym złym, ot w końcu zduszoną starą nieśmiałością, zbitą znienawidzoną szklanką, oraz zmiażdżoną, fascynująco cuchnącą wadą. Bo przecież cóż jest złego w przeklinakowaniu sobie? Czyż nie lepiej uzewnętrznić wkurwa wewnętrznego w ten sposób zamiast inaczej? Zamiast zwyczajnie komuś wpierniczyć? Ubrań prać nie trzeba z krwi, a uwierzcie mi, z krwią trudno jest, a te tkanki!!!

Właśnie mnie uświadomiono jakie są najlepsiejsz słówka… przeklinakowe… Oczywiście podług ulubionego zużycia. Hmmm…

1. SGU
2. FANDEN
3. FUCK
4. PIS
5. SHIT
6. LORT
7. HELVEDE
8. POKKER
9. SKID
10. SATAN

Wiecie, ja to chyba zwyczajowo lecę trójeczką, piąteczką i szóśteczką. A ósemeczkę przemieniam na niemieckiego tojfela!!! Każdy ma w końcu swoje sposoby, co nie? A po co sobie lingwistyczność ograniczać? Przecież możliwe, iż ulga owa będzie większa, za sprawą innego języka niż ten, pierwszy, urodzinowy i w ogóle najlepszy? A może przeklinanie po obcemu daje większe… spełnienie?

IMG_2448

Czasem sobie myślę, że na Wyspie to jest mnie złości.

Nie no, nie zrozumcie mnie źle, to nie jest raj jakiś, tutaj też czasem ktoś komuś świnię podłoży, albo żonę odprowadzą mężowi zalaną… ktoś pożyczy sobie samochód, a inny znowu konia komuś podprowadzi. Ogólnie mówiąc zdarzy się, że zwiną prezerwatywy i opakowanie ciasteczek w sklepie, a może i kwiatek nawet… w doniczce? No wiecie, fantazja obecna! Jak najbardziej i jak najmocniej! A potrzeby raczej proste, no chyba że uznamy też owe dziwaczne marzenia o życiu w Norwegii, czy przeprowadzce do Kopenhagi, co to się w niektórych Tubylcach radośnie i pokrętnie moszczą. Dlaczego pokrętnie? Otóż widzicie, to są takie marzenia, co uwielbiają być, tworzyć się i kręcić, ale za grzyba nie pragną się spełnić. Wiedzą, że coś utracą jak już dojdą… znaczy do celu. Że nagle znikną i już ich nie będzie, a owo napięcie, to milusie mechacenie w brzuszku, ten dziwny stan, jakby tak wielu cię kochało i niczego od ciebie nie chciało… jest lepszy od orgazmu! Znaczy, przynajmniej one ta uważają. Bo co ja tam wiem?

O marzeniach…

Większość przekleństw na Wyspie jest milusiowo pogańskich. No wiecie, niby jest to cecha cudownie przystająca do całego swiata, ale jednak… jakoś tutaj owa cała szatańskość jest milusia taka. Ogonkiem macha, muchy odgania, na plaży poda kubeczek z wodą, nic to, że słoną… więc czy to w ogóle jest jeszcze przeklinanie? A może zwyczajna forma komunikacji, tylko z kim? Może z jakimś bóstwem, które pewne tego, że zawsze jest użyteczne i potrzebne, zawsze, dziwnie podświadomie, upragnione… więc nie dba o swoich fanów i wyznawców? Bo wie, jest pewne i przekonane, że zawsze będzie miało jakiś. Tak po prostu, zwyczajnie. Tak… naturalnie? A jednak, może w jakiś zapomnianych swoich aspektach owo bóstwo pragnie jakiegoś dźwięku? Myśli jakiejś, po prostu czegoś, co przypomina mu, że istnieje i jest bóstwem? I dlatego nasłuchuje. Nasłuchuje, czy w powietrzu wybrzmią owe słowa, imiona, zaklęcia… te jedyne, do niego kierowane modlitwy i wyszeptywane w nazbytnim ślinotoku psalmy, nowenny z wkurzenia i cudowne, ozdrawiające godzinki…

Cóż, czy tak naprawdę możemy powiedzieć co jest przekleństwem, a co nie jest? Przecież cholera dla lekarza to ino choroba…

IMG_2456

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wygnane Czereśnie… została wyłączona

Pan Tealight i Niepracowanizm…

„Jak piramida żywieniowa, albo nie, raczej jak ten no łańcuch pokarmowy, chociaż z tej strony to to jak nic piramida wygląda, no!!! Właściwie to na usta, oczy i do organów wewnętrznych rzucają się pytania i zagwozdki, ale w tym miejscu, w tej świata części, znaczy na tej Wyspie, to chyba nic aż tak nie bulwersuje! Co więc robić? A chyba ino patrzyć, bo przecież nie bronią, co nie?

… patrzyć. Spoglądać i gapić się, zezując, lub zwyczajnie na wprost po prostu patrząc. A może zza grzywki, albo spod przymrużonych powiek, zza rzęs długich, sklejonych tanim tuszem, albo zza okularów, może i przeciwsłonecznych, fantazyjnie lusterkowych, w których odbija się przekręcone to, na co spoglądasz, albo coś więcej, coś co kocha lustra i umie przez nie pleść żywoty… ale patrzeć (w końcu Słownik dopuszcza obydwie formy, zaskakująco).

Chodziło o piramidkę.

Na samym dnie była ona… zmuszona do Niepracowanizmu! A raczej zmuszana, w trakcie, bulwersująco zgniatana. Wiedźma Wrona Pożarta leżała na poznaczonej sękami, a raczej uciekinierami, dziurami po sękach deseczce wąskiej i krzyczała. Na niej ułożeni całkiem niezgodnie z wagą, wzrostem i innymi aromatami swoich mniej lub bardziej cielesności, pokładali się mieszkańcy Białego Domostwa. A dookoła było morze, skały i trawa i łodzie czekające aż ktoś je w fale wypuści i te, które lekko kołysały się w Północnym Porcie, a i domeczki kolorowe niczym szalona posypka na całkiem słodziutkim kawałku maślanego ciasteczka… na spodzie ona, na niej grupa Wiedźm z Pieca, które lekko przerażone pustym dookoła ich światem piszczały i rechotały jakby były na lepszych dziś prochach. Potem były skrzaty i gnomy, dwa trolle spod napotkanego mostu, Pan Tealight, Chowaniec, Ojeblik a na nich Chochel, goły i chrapiący… Na nich rozpościerały skrzydła mewy i wrony, z całkiem nieznajomych sfer, a na ich skrzydłach równowagę utrzymywały cztery pegazy… na nich zaś jak zwykle siedziały Księżniczki i Królewny z Panem Czasem, a nahrywała ich Zasłonka… a na tym przycupnął lekko zezując, bo statnio jakoś nabrał lęku przed przestrzenią i wysokością, Smok z Komina. Oczywiście nie liczymy tych, co uszczelniali, ubarwiali i ogólnie mówiąc robili różne inne rzeczy w tej budowli. Wiecie jak kanalizacja, wnętrz wystrój czy pobieranie czynszu…

Możnaby zapytać dlaczego, możnaby dociekać, tudzież próbować rozwiązać ową dość intrygującą gordyjską sprawę. Więc na razie wyjaśnijmy, że Wiedźma Wrona Pożarta cierpiała na pracoholizm, no i trzeba ją był odpocząć, a to był jedyny na to sposób… oczywoście były i elfy, które trzymały ją za wszystkie dwadzieścia jeden… a nie ten to nie ej, więc dwadzieścia palców… Dlatego ją unieruchomiono. Znaczy wzajemnym sumptem. Niepracowanizm narzucony.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2516

Z cyklu przeczytane: „Pocałunek ciemności” – … ha ha ha… No dobra, do tej serii wróciłam po latach, bo lubię sposób pisania Hamilton. Jakoś tak, no lubię no. I ten świat, w którym magiczność i magiczne stworzenia ot tak sobie żyją i chodzą i nawet celebrytami są i w ogóle. Jak sobie pomyślę jak fajnie być by mogło, to aż mnie korci sprawdzić, czy by się jednak nie dało tak u nas już teraz, a nie w niedalekiej przyszłości dopiero, chociaż przecież książeczka i seria lata swoje ma, co nie?

Ekhm, więc o seks chodzi. Ha ha ha!!! Tia, przed Greyem też pisano o bzykaniu, chociaż pewno wielu z Was w to nie wierzy… i to jak pisano. Nie żebym była koneserką, bo przecież raczej pruderyjnie przerzucam strony i odsuwam od siebie kolejne sceny, bo w końcu ile można no… jakoś ja nie mogę wiele. Więc dlaczego? Dlaczego czytam? No dla świata no. Dla wyuzdanych sidhe, cudownych trolli i skrzatów i gnomów. Dla owej lekkości, uśmiechu i totalnej sennej ekspansji poza lustra…

Nie, to nie jest sztuka. Gdzie tam, jak seria o Anicie Blake fascynuje i biegnie, tutaj w każdym moemencie ktoś może cie bzyknąć… znaczy główną bohaterkę no! Wszyscy co ja bzykają piękni są oczywista szalenie a i ona sama pewno sroce spod ogona nie wypadła. W końcu królewska krew co nie? I mieszanka sidhe i… wielu innych elementów, z którymi nie do końca jej elfowość w parze idzie.

Dla takich co lubią ładne sceny albo tych, co lubią jak ja wymijać je, a pośmiać się z tego ile razy można śmierci i… penisom umykać! A to wsszystko dopiero się rozgrzewa!!! No wiem jak to brzmi, ale w końcu i erotyka i akcja frunie i dochodzi… znaczy dochodzi do pewnego etapu, gdzie nagle może już ino dojść do końca.

Hihihihihi…

IMG_1391

Siedzę i gapię się w morze.

Piękne takie, no najpiękniusieńszejsze!!!

Cudne niebieskości morskości, błękity i inne tam blue, granaty i przebłyski lekko niebieskawych bieli. Fal wielkich nie ma, a jednak atłasowatość marszczy się, jakby się schudło lub przytył morzu. Bo wszystko lekuchno pomarszczone, tak troszeczku zwirowane, zawichrowane. Ale żeby nie było, nic poprute, o nie! Gdzie niegdzie na wciąż odsłonietych odpływem skałkach siedzą sobie i mewy i kormorany i wrony też… jakoś nie mają problemów ni z seksimem, ni z rasizmem, czy nawet jakąś powariowaną, modną ostatnio tolerancją. Bo serio nie ma miejsca na tolerancję! No jak to!? Przecież inność wpisana jest w gatunki i rasy, w odmiany, rzędy i takie tam królestwa inne. Są i mutacje i wariacje, więc co tu tolaerować… przecież normalności nie można tolerować, no kurde weźcie, tożto sprzeczne jest!!! Więc siedzą sobie ptaszki i nic sobie nie robią z tego co z kim, a i dlaczego w tym gnieździe i skąd wziął na te kurna odlotowe, różowiuteńkie firaneczki, co? Zwyczajnie…

A może to Morze?

Może Morze łagodzi obyczaje wszystkim? Bo jak tak siedzę i gapię się i oddycham, no i przełykam pewno, czy coś… I chyba dobrze mi, chociaż staram się tego do rozumu nie dopuszczać, a już słowo „szczęście” usunęłam z katalogu, ze słownika i z definicji, bo czasem lepiej wiecie, nie zapeszać. Patrzę na te ptaszki, na te skały, co wiedzą, że zaraz je fale przykryją, ale na razie cieszą się dziwnie ociężałym, wrzącym, a jednak jakby i dymnym jednocześnie, słońcem. I dobrze chyba jest? I im i mi, chociaż sęk jakiś, a raczej dziura po sęku wcina mi się w prawy półdupek. Boleśnie. No ale… dla Tubylców ławeczek kurna nie ma. Te cudne ze stolikami pochowali już… ino dla turystów kurcze… ech no nic, trawa też dobra i kamyk.

IMG_2515

Ja tu siedzę i cykam fotki, na kamiennym molo, wel porcie, czy jak to zwą ci, co wiecie no pływają bez rzygania i innych obstrukcji zewnętrznych… siedzi sobie przepiękna pani o krótkich siwych włosach. Właśnie wylazła z wody. Nie ma ogona, ale jakoś nie wydaje mi się, by była do końca bezogoniasta. Ma w sobie tą cudowną, piękną pogodność i spokojność. Nie zwraca uwagi na to, co dzieje się za nią, tylko na wodę, na mewy i wrony i kormorany i co tam jeszcze sra, wyleguje się i dźwieki robi… i piórka rozrzuca dookoła. Podążam za jej wzrokiem… znaczy wiecie, okiem rzucam i prawym, a potem i lewym i co widzę? A idzie sobie po murku wrona szara. Jedna z tych moich. Dumna i zadziorna, odważna i na pewno coś kombinująca. To po prostu się czuje, ale i widzi w tym jej dostojeństwie. Każdy krok to najpierw dziób, szyja i reszta do przodu. Jakby płynęła przez te morskie bryzy. Jakby czyste, promienne lekko powietrze było czymś, co stawia opór, a może raczej się przed nią rozstępuje? Takimi kłębami? Albo może ktoś do niej zagaduje, taki niewidoczny? I tak idzie… dziób, szyja, reszta ptaka. Pazury lekko szemrzą stąpając po granitowych kamiennościach… wymija dzielnie siedzące mewy, jakby ich nie zauważała, ale i one chyba raczej nie zwracaja na nią uwagi. Jedne siedzą, inne stoją, a wrona co? No wrona idzie dalej…

Patrzę jak wymija szarości i biełości i owe cudowne nagietkowe dzioby, często zakończone dziwnie krwistą plamką. A wrona nadal samotna idzie… dokąd jednak dojdzie? I czy dojdzie w ogóle? A może idzie tylko dla iścia, ot taka tam gimnastyka, a może jednak z tymi szaruszkami jest coś takiego, co je do ziemi bardzo ciągnie… bo często widuję je nie latajace, a kroczące niczym królowe, cesarzowe, czy nawet papierzyce jakieś? A może i arcybiskupice? Czy coś? Idzie i idzie, mrugnęłam i już widzę tylko jej pazury na tle błękitu nieba, odleciała… nie doszła?

Pani o siwych włosach nie ma… zniknęła.

IMG_2516 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niepracowanizm… została wyłączona

Pan Tealight i Pielgrzymka Maszrumów…

„Wielkie poruszenie w wiedźmiej okolicy w przypadku Wiedźmy Wrony Pozartej Przez Książki, zwykle interpretowane jest poprzez rechot. Znaczy jeżeli ktoś się śmieje, wiadomo, że z Ptaszydła co nie? Bo albo się ono znowu ućworniało, albo w pozycji urągającej bogom wszelkim, grawitacji i siłom fizycznym, robi zdjęcia… No dobra, jeżeli nie to, to na pewno atak jakiś, wredne smoki, zbocozne zombie i wampiry kłami klekoczące, upierdliwe elfy? A może wściekłe krowy i poćwornione pegazy, do masy wspólnej z nawiedzonymi stokrotkami i sikorkami z innej bajki? Albo krasnale, co się kocimiętki nażarły… Nie to? Hmmm? No to chyba chodzić może ino o coś spożywczego, ale serio trza być super zboczeńcem, coby chcieć wiekowe Ptaszydło zjeść. Gotować, przeżuwać, wydalać… ble!!! Też nie to? No to jeżeli wciąż zaczepiasz Wiedźmę Wronę musi chodzić o drogę, musiałeś się zgubić i zwyczajnie nie ma nikogo innego, albo nawet z kamienia ino łzy płyną, bo przecież… że co?

Że jak?

Spotkanie?

W ogóle dzień zaczął się piętnastego dziwnie.

A wszystko oczywiście przez technikę z niewyparzonym… ozorem lub zaworem? A może raczej nienasmołowanym kółkiem, zawiasem, czy innym kólkiem i nitem? Coś jeździło po polu i śpiewało, piskało, treliło… no niczym ptaszencje na świeżo wysianych bruzdach. Trelliło i ćwierkało, jodłowało i dzwoniło, a to oczywiście od razu z Wyspy przywiało potok malutkich lataczy, które obsiadłszy małą Chatkę Wiedźmy zaczęły się głośno bulwersować.

Zaskrzypiał wiekowy dach, obruszyły sie odrobinkę cegiełkowo barwne dachoweczki, wszystko nagle stało się cięższe, a ponownie starająca się przyłapać troszkę snu Wiedźma Wrona, zawyła z bólu i niezrozumiałej wściekłości. Trzeba było tę sprawę wyjaśnić, jeżeli miała sobie pospać, bo wiadomo, że w nocy znowu spisywała nuty wypływające z Chowańca, który co jak co, ale komponować nie chce przestać. Dlatego zebrała się w sobie i nie bacząc na to, że miała zaiweszone na cielesności ino różowe gacioszki w szare kropeczki i małą koszulkę niezbyt otulającą, wyparowała na trawniczek z różami, na zieleności ziołowe i zadarta wzburzony i utargany łeb.

Najpierw całe ptasie plemię zaczęło się rechotać. Bo w końcu i było z czego, czyż nie? Widok fałdek i brzuszka, te cukierkowe półdupki i udka do obgryzienia, a potem jedno przez drugie ptaszencje zaczęły się uskarżać. Że spać im nie daje, a nawet latać, że dzieci się boją, że młodszych to naprawdę dołuje i ogólnie w takim hałasie żyć i latać trudno, a poza tym błędy robi, no i jak przeklina ta maszyna!!! Jakby jeszcze po prostu coś nuciła, byłoby okej, ale ona przeklina i to całkiem mało poprawnie, a jak wiadomo małe ptaszki mają jak najbardziej mało wyparzone języczki, więc o czym ćwierkają, no wiedzą z krwawej autopsji i nekropsji.

Wyleciała Wiedźma Wrona przed Chatkę, i krzyczeć zaczęła, a ci na polu dziwnie sobą zajęci nic z tego sobie nie robią. Więc opluta jadem obróciła się na gołej pięcie, wróciła, wpadła do Spiżarni i zaczęła coś miotać i gnieść, coś lukrować… a smród spojawił się dookoła niej wielki i już miało plemię ptasie zparotestować, że niby sobie odlecą, że może to wcale dobry nie był pomysł, gdy ona wypełzła z czerwonwo-rdzawymi palcami, oblepionymi, ociekającymi, a nawet w dziwnych formach niesionych parującymi, a i dziwnie rumianą twarzą…

… z lepiącymi się włosami…

Ptaki uciekły.

Właściwie wszyscy gdzieś dali dyla i nikt nie widział jak częstowała pracowników cudownymi mordoklejkami, jak usypiała byty cielesne i metalowe, by samej znowu śnić o tych cudownych panach z leśnej głuszy, o najprzystojniejszej Pielgrzymce Maszrumów, którą dane jej było oglądać. O kapelusikach wilgotnych, trzonkach prosty i twardych, koroneczkach dookoła nich i kropeczkach…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5037 (2)

Recenzja: „Podróż do Portofino i inne przygody”

IMG_1839

Książki!!! Amciu amciu amciu… A co, nawet ja czasem zbaczam na babską stronę życia, by lepiej rozumieć codzienną tych… normalniejszych…

IMG_5035

Ostatnio zmrok nie tyle zapada, co raczej… jakoś tak otula wszystko. Dziwnie nazbyt szybko, jakbyśmy wciąż siedzieli w tej sferze jasnych nocy i szalonych dni, a to przecież już połowa września. Spokojność rządzi. W końcu Wyspa tylko dla Tubylców, a co za tym idzie… zmiany. Bo w końcu u nas jakoś zmian nie wprowadza nowa pora, nowy czas, czy narzucone odgórnie prawa, a właśnie sezon. Ten napływ osobników z magicznego zewnątrz, spoza owej drugiej strony lustra, dziwnie mlecznej, istniejącej, a jednak jakże dziwnie nierealistycznej, o której wiemy, że istnieje, wiemy, że wielu stamtąd przyszło, by osiąść tutaj, ale też zdajemy sobie sprawę z tego, że przecież tak łatwo o zewnętrzu zapominają… więc czyż jesgo istnienie jest naprawdę prawdą, czy jedynie ułudą? A może to jednak Avalon?

W sklepach, z których już tak niewiele jest wciąż otwarych, pustka się pojawiła. Pustka dziwna, jakaś taka specyficzna, z jednek strony ulga, a z drugiej oczekiwanie czegoś… czegoś innego, czegoś dziwnego, zaskakujacego. Czegoś, co w rzeczywistości pojawia się z końcem każdego lata, a jednak zawsze pozwala o sobie zapomnieć… nowości, zmienności, sezonowości. Może to i problem tego, gdzie przyszłam na świat, miejsca uzależnionego od turnusów i ciągłych nowości, a może to po prostu ja? Nie wiem, ale mi pasują sezony! Bo jakoś tak daje to wszystko kopa, jest się na kogo powkurzać, a nawet i pozłościć, a potem wszystko obmywa słodka, lepka, cudowna i gęsta swoboda… owa dziwaczna wyższość, możliwa wyłącznie dla tych, co wiekuiście żyją w wakacyjnych miejscach, które kochają. Owa wyższość spowodowana tym, że dla nas nic się nie skończyło. Dla nas wciąż wakacyjność trwa…

Tak, dla nas wakacje trwają… i po pracy wciąż możemy udawać, że nas pęd świata wcale a wcale nie dotyczy… wcale.

IMG_5044 (4)

Homo islandus jest osobnikiem specyficznym i właściwie wyznacza się tyle rodzajów owego osobnika ile wysp na świecie. Bo przecież owe skrawki lądu, tak subtelnie ograniczone połączeniem, tak rozłączne, a jednak miejscami podobne, przystające… tak rowiązłe, a jednak się zakochujące raz i na zawsze… owe skrawki lądu są rozmaite. Nie ma dwóch takich samych. Nie ma nawet dwóch podobnych, chociaż wam się wydaje, że wiecie o nich wszystko. Bo jeśli zobaczyliście jedno, wiadomo, spece z was od razu od wszystkiego, czyż nie? Ekhm, więc może załóżcie, że mam rację, a potem wysilcie te pozostałe, zagubione komórki mózgowe? Pozbierajcie je spoza przestrzeni międzyusznych, wysmarkajcie, wyłzawcie i wypoćcie, wygrzebcie patyczkami niczym miodek z uszek… zwyczajnie tak, nadzwyczajnie.

Tubylec wyspowy zwykle gdzieś ma modę i nakazy ogółu. Łazi w dresach, ciuchach zeszłej epoki, rzeczach wyraziście wygodnych, a nie upiększających. Myje się, ale też nie pacykuje i wciąż ino patrzy i wącha… Nie, no pewno, że i pośród nas są owi faszioniści, ale przecież tak szybko stąd uciekają. Atypowi do granic możliwości najczęściej tęsknią za czymś nieopisanym, nie przyjmując do siebie tego, że mają tutaj wszystko to, czego im potrzeba… bo zresztą bycie udręczonym i ugniecionym jest teraz w modzie, czyż nie? Ino marudni krytykanci są w stanie zyskać bogactwo i sławę i kasiorki trzy kobiałki… a może i coś jeszcze? Żeby nie było, tutaj też są marudni osobnicy i ci dziwnie nieprzystający do Wyspy, oj pewno, a i nie do końca wiadomo dlaczego Pani Wyspy ich tutaj wciąż trzyma, czemu nie puści z rykiem burzanów. Aj i może dla rozrywki, może dla pokarmu, jasne jest… że rozpoznać ich można po owej niezatrzymywalności. Zwyczajnie nie zamurowywuje ich nagle, słup soli ni żona Lota ich nie obrazuje wsobnie, oj nie… nie zapatrują się ni z tego ni z owego na morze, na drzewa, na obłoczki pląsające i góry… na słonko, na chmurki, na fale, na dachy, na kamienie, na roślinki… na zwierzątka, dziwnie nucące, popiskujące w rytm uderzeń serca…

… bo homo islandus rozpoznać można po zapatrzeniu w swój świat…

IMG_8005 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pielgrzymka Maszrumów… została wyłączona

Pan Tealight i Uprząśniczki…

„Od jakiegoś tygodnia na zagraconym, spowitym milionami welonów tajemnic, wrót do innych światów, szaf i dziwnych, zdartych butów, skarpet, śmieci wszelako różnorodnych, luster pobitych i tych dziwnie zmasakrowanych, różdżek, kapeluszy z piórkiem zdolnych pomieścić miliony żyć…

No po prostu wiecie, na tym zwyczajnym i zapełnionym, na strychu zakurzonym i zapajęczynionym, słychać było dziwne terkotanie. Terkotanie inne od zwyczajowych kroków i popiskiwań, od dusz, które wyprawiały swoje harce i tańce, od tych zakamarków pełnych wosku z czerwonych i czarnych świec, no i oczywiście mysich królestw i podgryzanych ciasteczek… od okruszków wszechświatów, które nie zdążyły się jeszcze wypełnić… terkotanie.

Terkotanie jakże melodyjnie, przypominające stukot tysięcy obcasów, o bardzo wyczulonych końcóweczkach, ostrych, dziwnie dotkliwie raniących podłoże, które jednak zdawało się być z tego dość… zadowolone. Stukotanie rytmiczne, jakby wszystkie te obcasy, chociaż słyszały każdy z nich całkiem inną melodię, potrafiły się zjednoczyć, poruszać w jednej, wspólnej nucie.

Dziwne terkotanie…

Do owej muzyki pokrętnej, zaskakująco mało rozwijającej się, a jednak wpadającej w ucho, jednoczącej się z tym, co tam w tworze mniej lub bardziej żywym… biło, więc do niej, nieskomponowanej, a jednak posiadającej swoich mistrzów tańcowała igła z nitką. A dokładniej wiele igieł i wiele nici w splątaniach i zamotaniach splotów, w skrętach i węzłach, bez przecięć, które nie mogły mieć tutaj miejsca… wszystko miało trwać dopóty, dopóki nie skończyły się nici i nie stępiły, nie połamały, igły. Zwyczajnie, do rytmu przęślików i turlania się szpulek… tańczyły.

One siedziały pod ścianą wzbogaconą w okno tak, że wchodząc nie można było rozpoznać kim, czy też czym są? Trzy kobiety, trzy cienie, albo tylko trzy ciemności obwiedzione światłością… Przy bliższym poznaniu widocznie połączone węzami rodzinnymi, a jednak jakze rozmaite. Stara i młoda i ta, która mogła być i jednym i drugim… Istota pomiędzyności, pośredniości, przejściowości… Tkały. Zwyczajnie. Przędły, całkiem ostrożnie i plotły. A krosna wydawały ten dziwny, hipnotyzujący dźwięk, a ich oddechy zanikały w świetle padającym z okna za ich plecami. Wszystkie trzy wysokie i długowłose, ale też przystajace swoim latom.

Najmłodsza zadziorna i odważna. Jej nić zawsze była trochę krzywa, jej tkaniny nigdy nie były doskonałe, ale miała w sobie tą odwagę, by po prostu nie zwracać na to uwagi, albo też zwracać aż za bardzo… Przejściowa, o skórze lekko zmęczonej, dziwnie wystarszona swoimi działaniami, wciąż szukająca wokół siebie pomocy. Najstarsza, której długie, siwe włosy zostały związane w zgrabny koczek i ozdobione woalką. Była tak cudownie… młoda! A nożyce w jej rękach tak ostre. Przędły, tkały, a potem wycinały… ale nie było nikogo, by coś z tego szyć… Zresztą Najstarsza chyba nawet na to nie liczyła, tylko ze skrawków i okrawków, dziwnie splątanych, nadmiernie barwnych, po prostu dywaniki dla IKEA plotła. Na eksport… handmade z życiem.

Każdy z nich one and only, one of a kind, każdy specyficzny, oryginalny, specjalny i niepowtarzalny. Każdy wciąż jakby bijący… a może to jednak tylko krosna biły? Bo przecież od tej rytmiki można było przejść w dysonans.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7171

Z cyklu przeczytane: „Kafejka U Lunatyków” – … bo lubię. Lubię dostać to, co zamawiałam!!! Czyli sensację, wampiry i wilkołaki. No i oczywiście jakieś tam wszelakie problemy i zawirowania w owej społeczności, w której byty zwane magicznymi i ponadnaturalnymi są… normalnością. Trolle, wróżki, krwiopijcy i futrzaki. Od wyboru do koloru, co sobie wyobrazisz, co znasz z mitologii, to jest!!! Jak nag taki na przykład, zwykły, całkiem niewiele skomplikowany…

Anita Blake wkracza w kolejną fazę swojego życia… miłość. Problem z miłością i zaręczynami może być jednak taki, że jest ktoś jeszcze. Znaczy jeżeli wybrałaś futrzaka, zostaje pewien wampir, który ma dziwne problemy z twoim wyborem i zmusza cię do randek… do randek z nim i z nim, znaczy… inaczej go zabije! Znaczy, będąc narzeczoną futrzaka trzeba lawirować pomiędzy kłami i pazurami, bo inaczej można stracić wszystko łącznie ze swoim życiem… szczególnie, gdy się tak bardzo lubi zawsze mieć przy sobie coś do strzelania! Jak ona…

Kolejny problem policyjny, znaczy kryminalny, do tego problemy sercowe, no i jeszcze robota… zagrożenie czuwa i stręczy na ciebie każde zło większe i mniejsze. Oj Anito? Czy ci nie żal? Chyba nie? Ale czy wiesz, na co się porywasz? Czy wiesz co z tym będzie? Czy możesz marzyć o białym płocie, domku i dzieciach?

Jazda bez trzymanki, nie wymagająca nazbytniej zadumy, aczkolwiek konsekwentna!!! Po prostu to, co zwykle. Źli ludzie, dobre potwory i odwrotnie. A we wszystkim jakaś zaplątana, katorżnicza linia magii i trochę… seksu!

IMG_0655

Pada.

W każdej kropli deszczu zdaje się zawierać wyspowość Wyspy. A ona oczywiście kanibalistycznie się karmi… sobą. Z drugiej strony, to przecież jeżeli ona jest czymś tak doskonałym, to czym innym mogłaby się nasycić? Wygrywana muzyka zdaje się usypiać owe ważności codzienności. Owe wszelkiego rodzaju napędy, które zmuszają nas do dziwacznych postępków i szalonych, pokrętnych pragnień. Opada na nas dziwna, mokra pogodność i spokojność. I nawet te dziwne, jakże nie pasujące do pory roku pogrzmiewania unoszące się na granicach ludzkiej słyszalności, nie są niczym niepasującym do dzisiejszego dnia. Do tej soboty. Po prostu tutaj wszystko ma jakiś cel i zadanie. Nic się nie marnuje, nic nie jest zbędne!!!

Deszcz.

Wilgotności, Kropelki życiodajności, albo zwyczajna upierdliwość wpadjaąca za kołnierz i niwecząca plany weekendowe. Bo przecież miałem wyjść na spacer, no pobiegać miałem, ale nawet zimny deszcz, który tak bardzo chłodzi i wyślizguje nawierzchnie… nie powienien mnie tak zniechęcać, a jednak, nie mam siły. Jalby wszelka magia dziś pochodzić miała w moim domu tylko z łóżka? On się nad tym zastanawia i ona. Chociaż żadne z nich nie powinno sobie nad tym głowy łamać, bo i po co. Ona Wyspa dała nam deszcz! A to oznacza zwolnienie z codzienności!!! Idź się zabaw człowieku, dziury w całym nie szukaj, no na co jeszcze czekasz? Co ja ci mam prąd wyłączyć, cobyś rzucił te komputery w cholerę?

A telefon zdeptał?

IMG_7075 (2)

Czasem się zastanawiam co jest takiego w tym deszczu, że daje jakieś odgórne rozgrzeszenie, nawet na czas suszy. Że nawet jak już chmura przejdzie, a krople na pojedynczych źdźbłach trawy wyschną, to wciąż w nas jest. I nie chodzi tutaj o to, że składamy się aż w tylu procentach z wilgotności. Nie!!! Jest w tym coś więcej. Jakaś komunia i modlitwa, błogosławieństwo i obietnica wiecznego, szalonego i całkiem mało nudnego życia…

Coś więcej.

Jakieś kościelne pielgrzymowanie, ale wiecie, tak w drugą stronę. Z owych zbyt dalekich niebios, ku grzesznej, zwykłej, ciekawej wszystki pokus… ziemi. Owej prostej i codziennej, zmiennej może, zdolnej pokonać góry, ale czy i zdolnej pokonać samą siebie? Może chodzi o boskość, zwykle niedostępną, zwiedzającą życie swoich tworów? A może jednak o coś innego? Może to wszystko to grzeszność, której czystość i boskość są tak bardzo spragnione? I chociaż mogą odwiedzać ją tak często, chociaż przecież są tak bardzo jej świadome, tak bardzo jest ona i ich działaniem, to jednak… wciąż nie mogą w ową barwność grzeszną uwierzyć? Nie dociera do nich, że są w stanie stworzyć coś tak pokrętnego? Owo dobro i zło, zmieniające strony i żonglujące definicjami, w rzeczywistości, w swojej istotności, są jednym i tym samym.

Deszcz… ot taka sobie zwyczajność…

IMG_7072 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Uprząśniczki… została wyłączona

Pan Tealight i Niemiarodajności…

„Czy miarą człowieczeństwa jest dwunożność? A może jednak tylko myślenie? Zdolność tworzenia sztuki dla sztuki, bez jakiegokolwiek pomyślunku, bez przesadnego przeznaczenia… Bo przecież co to jest przeznaczenie? Ot wymysł i tyle. Znaczy przeznaczenie do działania, no wiecie, nie owo ludzkie przeznaczenie, które jest czymś całkiem innym… Współczesność obfituje w sprawy i rzeczy ułatwiające życie i większość z nich, jak na przykład owo cudactwo, co to ma oddzielać żółtko od białka, które reklamują w sklepie, to jedynie śmieci.

Niemiarodajne nieprzydajności.

Zdaje się, że ludzkość nic ino produkuje nowe wynalazki. A to dla tych podcierających się prawą ręką, a to dla tych co lewą. Jakby serio dupa dupie wspólna nie była… A już najbardziej niemiarodajna to była obecnie Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, która stała i gapiła się na wodną lilię w sieni palonej zanurzoną. Znaczy tak, sienna, ale z powodu błędu w dzieciństwie przez Małą Wiedźmę zoczonym, pozostało sień palona na wieki wieków amen, znaczy musztardowy taki! Bynajmniej jest niemiarodajna… a może miarodajna do kogoś/czegoś innego? Bo serio, jeżeli nie można miary jej nadać, znaczy polegać w jej miarowości, to jak… Niekompetentna… Niezgodna z definicjami, którymi możnaby ją opisać.

Niemiarodajne nieprzydajności.

Nie chodzi o to, że nie możecie jej ufać, ale że ona sama sobie raczej nie potrafi do końca, a i sama siebie nie do końca rozumie, przez co… nawet niemiarodajność do niej do końca jakoś nieprzystaje. To świat jest niemiarodajny i pełen niemiarodajności. Wątpliwości, stref kompletnego odrzucenia zaufania. Wstyd i zmroczenie, stworzenia i wszelkie zbyty ubytków. Nadmiar artystów i nauczycieli i nikogo, kto mógłby tak po prostu dać to, co potrzebne, kogoś, tko chciałby się tylko uczyć, lub tylko odczuwać i wyłącznie wzbogacać swoje wnętrze.

Niemiarodajne nieprzydajności nie mają miejsca na Wyspie. Ale z drugiej strony wszystko tutaj jest dziwnie ponad miarę w innej mierze i z innych powodów. Zwyczajnie się tutaj można czuć będąc nieistotnym w resztach wszechświatów, nawet tych skąpo równoległych… więc jaka jest prawda?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7499 (2)

Z cyklu przeczytane: „Aliedora” – … oj nie. Nie wiem do końca dlaczego, ale nie… chociaż się rozkręca, żeby nie było. Naprawdę. A i w końcu istoty fascynujące przybywają, ale jakoś jednak nie, nadal nie, chociaż bez urazy, świat cudny i pięknie opisany, ale wciąż mi czegoś brakuje. Jakiejś równowagi, czegoś, co wiele lat temu sprawiło, że zakochałam się w pisarstwie Nika Pierumowa.

Drugi tom serii ponownie zabiera nas do świata obarczonego przekleństwem. Ale tak naprawdę cała historia przez tak długi czas skupia się tylko na młodej kobiecie i jej problemach, nie na okolicach, że naprawdę łatwo się można pomylić. Kolejne kłopoty i Zgnilizna dookoła szybko niszczą nie tylko pojedyncze osoby, osady czy miasta, ale całe światy. Jednak czy naprawdę Aliedora, zwykła szlachcianka, ma coś wspólnego z tym przekleństwem? I co z Ternem?

Niby w opowieści o pięknej Helenie wszystko idzie nie tak jak powinno. Mężczyźni głupieją, władcy zapominają o swoich powinnościach, aż w końcu baby same biorą odpowiedzialność w swoje ręce. Ale jest jeszcze magia… bo w końcu czymże byłby bez niej świat? Tylko czy to naprawdę od Aliedory wszystko się zaczyna? Czy jest ona tylko narzędziem, czy jednak nowym złem w Świecie Siedmiu Zwierząt? Jakie jest miejsce naszej bohaterki w zbawieniu tego świata? I dlaczego jej życie tak nagle się zmienia? I co z tym światem tak naprawdę się dzieje?

Z jednej strony miła przygodówka, z drugiej cudownie wykreowany świat. Bohaterowie namacalni i plastycznie, zadziorni, zdolni walczyć o swoje ideały… oraz tacy, którzy są pozbawieni etyki. A poza tym… przygoda i pasja!

IMG_7717 (2)

Wszystko zdaje się łapać, dziwnie zadziorne i bolesne miejscami, promienie ciężkiego, wczesnojesiennego słońca. Jakbyśmy starali się nazbierać i światła i ciepła na zapas! A może chodzi tylko o wygrzanie? A może jednak o jakieś dojrzewanie? Czy też lekkie dorumienienie? Nie mam pojęcia, wiem jednak, że łeb od tego dziwnego słonka strasznie boli, a może po prostu wiatry jakieś nadchodzą? Może nagle pogoda w końcu zrozumie czego chce? Bo jak na razie to mamy wszystko i już człek nie wie, czy z gołą dupą latać i w fale skakać, czy jednak przemyśleć sweterek?

Co za czas dziwny. Nic się nie dzieje przejściowo ino od ekstremum do ekstremum. Nie ma od tego ni ucieczki ni nawet odpoczynku jakiegoś. Czy to tylko tutaj, czy może jednak wszędzie? A może Wyspa zwyczajnie i jak zwykle, stara się doświadczyć siebie i swoje dzieci bardziej pokrętnie, mocniej i soczyściej? Bo przecież wciąż jeszcze mamy lato, co nie? Chociaż tak naprawdę, czy było lato, czy tylko otwarte dostaliśmy wnętrze piekarnika bez termoobiegu? Ach kto to tam wie, było, czy nie było? A nawet jeżeli było, to przecież nie warto tego rozpamiętywać? Lepiej zatopić się w tym, co jest teraz, w owym czerwonawym owocowaniu, w tych wciąż zielonkawych listeczkach, a jednak dziwnie mniej już soczystych, w tych kwiatach dziwnie pomarańczowych, nagle tak soczystych w barwach i ospałych lekko w rozkwitaniu… Może to jednak jesień, aczkolwiek jeszcze bez kolorowych grzywek na drzewach?

Tęsknię do tych włosów kolorowych i szelszczących. Do owych suchości zwodniczych, pewnych tego, że się narodzą ponownie… nie bojących się, dziwnie pozbawionych nadziei, bo wiedzących, że wrócą…

IMG_0132

Tak naprawdę jesień jest czasem nadziei, nie przemijania. To cudowny, barwny, szalony czas, który pozwala nam zrozumieć, że tak serio w przyrodzie nic nie ginie, chyba, że bardzo bardzo bardzo tego pragnie… wtedy proszę bardzo, wolna droga. A nawet i bilet i krzyżyk na nią! Ale jeżeli nie przemija, to nie ma się czego bać, o prostu trzeba śnić o możliwościach. O przeróżnych różnościach i szaleństwach, które nie muszą się wypełnić, chyba że poprosicie… Bo tak naprawdę wszystko jest cholernie proste i tuż pod naszymi nosami, ale ktoś nam postawił dziwny płot, przez który serio, nawet przez dizury po sękach, trudno cokolwiek dojrzeć. Bo pozwoliliśmy się ogłupić do końca. I zaprzeczyć temu, że ci przed nami też żyli i kochali i tworzyli… cywilizacje!!!

Cóż, widać z łatwością udaje się tym potrafiącym wmawiać dogórynogowość przebić się do naszych mózgów!!! A może jakoś tak łatwiej nie wiedzieć, nie myśleć, pozwalać sobą kierować? Może tak naprawdę ta cała wolność jest seryjnie przereklamowana? Może… ech, cóż, może nigdy nie istniała wolność jako taka? Może niewolnictwo to swego typu wygoda jakaś? Bo przecież tak wiele nie trzeba… myśleć, zajmowć się, dbać, podejmować decyzje… wszystko co robicie, to pracujecie i narzekacie. Ot i tyle. Niewolnictwo. Kurcze, człowieczeństwo to serio dziwaczna sprawa. Nawet jeżyn ostatnio się boję. Niby pewne jestem, że nieszkodliwe są, pewna jestem, że można je jeść, a jednak gdy bez nalepki made in china… ogarnia mnie strach. Może tylko na chwilę, może tylko na mgnienie oka? Może wyłącznie na moment, ale jednak jest, pojawia się nawet u mnie…

Czy watpliwości spuszczają z niebios z deszczem? Bo w jaki inny sposób mogą się przedostać do mnie?

IMG_0151

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niemiarodajności… została wyłączona

Pan Tealight i Księżycomacówka…

„Nie mieli telewizji.

Nie no, czasem coś się wyświetlało na ścianach Białego Domostwa, ale Pan Tealight, podobnie zresztą jak Chowaniec Wiedźmy, wspólnie uważali, jednocześnie nie mając pojęcia o wspólnocie swych postanowień i poglądów, że po prostu kanał te filmy. A i bagna i ogólnie, jak mawia Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki – obecnie z nosem w jednej, jedynej, nówce nieśmiganej, co Elficu jej zniosła – Zuo i Demony! No za nic się nie mogli wciągnać w te historie. Jakoś ich to ni ziębiło, ni grzało, ni ogólnikowo wyznając, łachotało w miejscach intymnych…

Dlatego nocą księżycową, w mocy pełni… lekko bezczelnie, miarowo pederastycznie, no i ogólnie mówiąc dość pokrętnie w otrzewiach mając prywatność Wiedźmy Wrony… Pan Tealight, Ojeblik i Chochel siedzieli w sypialni wyżej wzmiankowanej, wpatrując się – przy dźwiękach upiornych nut wydalanych przez otwory nieświadomego ich obecności, a i mającego gdzieś własną, prokurowaną sobą muzykę, Chowańca – jak ona tańcuje. Bo tańcowała bezecnie z Księżycowym Blaskiem, a i to pod nosem chrapiącego mężczyzny. Dziwnie namacalnym, dziwnie utwardzonym i myślą i mową, i uczynkiem bez zaniedbań. Ino, czy świadomie, czy jednak nie? W to nikt nie wnikał. Po prostu w ramach rozrywki się w nią wpatrywali, pomijając owe księżycowe miekkości, blaski błąkające się po dotkniętym słonecznymi promienaimi ciele, po kobiecości całkiem bardziej skomplikowanej, niż to najwięksi mędrcy brali pod jakąkolwiek uwagę… po ciężkości skopanej kołdry, dziwnie odrzuconej niechętnie, jakby owa dookolna, biała cieplotliwość była tą nadmiernie niechcianą, niepożądaną, niewymarzoną… zgubnie mało ułudną. Zaplątała się owa Księżycomacówka nad cielesnością upartą Wiedźmy Wrony, a że upartą, więc i niesubordynowaną. Więc i całkiem buntowniczą.

Ale oni, ci pod szafą, jedyną owego miana w Chatce, nie patrzyli na owe skórności i blaski, oj nie, oni spoglądali na taniec dziwny, ala Egzorcysta z drugiej strony, co to się odbywał na łóżku. Bo przecież światło księżycowe nie głaskało tylko, nie muskało ino, nie babrało się w seksualności, w gilgotkach i chichotkach, ale przede wszystkim, całkiem namacalnie ucapiło dupsko magiczne za różowe gatki w szare kropeczki a i podniosło je, uniosło, wygięło, potrząsło, a ono oczywiście zamachało nóżynami krótkimi. Ale nie uniosło całej wiedźmy, bo przecież głowa wciąż była niczym przylepiona do owej poduszeczki pachnącej snami i przepowiedniami, pełną spokojności i usilnych starań, by wszystko było po jej myśli, po Jej myśli… więc tańcowała większa połowa Ptaszydła pod nieboskłonem. Nieświadoma tego, co dzieje się z jej ciałem, może i śniła o lataniu, spadaniu i rejsach niezbyt drogimi łajbami… Pomiędzy jaśniejącymi, niczym białymi, srebrzystymi chmurami, pomiędzy granatowymi i błękitnymi obłokami, pomiędzy lekkimi kształtami dziwnie jawnymi w owej jasności nocy najgłębszego płomienia… unosiło się wielkie, różowe dupsko magiczne.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7031 (2)

Z cyklu przeczytane: „Golem” – … mrok i zapomnienie. Ciemności, szarości, dziwny świat z dawien dawna zapomniany, dziwna uliczka na któej coś się pojawia. Tajemnica, pomieszanie, zamęty… Noir? A może i tak, więc dlaczego przez cały czas nie mogę się oprzeć dziwnemu głosowi wewnątrz mnie, który dowodzi, iż jest toctylko opowieść o utracie niewinności? Jak ten bukiet ślubny płynący z deszczem, brudnym rynsztokiem, tracący swoją świeżość…

… wykorzystany i odrzucony, niepotrzebny.

Bohater, Atanazy Pernat, mistrz Pernat mieszka w Pradze. A może raczej w jakiejś jej części, której nie, lubci nigdy jej nie było. Pewnego dnia trafia do niego księga „Ibbur”, a wraz z nią… śmierć. I tajemnice. Nagle codzienność odkrywa swoje nowe oblicza, nagle wszystko spowija kir, pod którym jednak rodzi się jakieś uczucie… bo przecież każdy pragnie kogoś w swojej niewinności, każdy postrzega i brud i marność, ale i w owych aspektach dziwi się poszukiwaniom człowieka przez człowieka. A może i człowieka poprzez nie do końca ludzi?

Piękna, niesamowita, mroczna, ilustrowana. Cokolwiek napiszę, wiem że to nie wystarczy. Nie miałabym odwagi zaryzykować i kupić jej, ale los chciał, że udało mi się wygrać, więc powiem Wam, że nie warto się bać. Jeśli pragniecie dobrego pisania, owej klasyki przewrotności człowieczeństwa, drobin magii, niedopowiedzeń, owej niczym nieramowanej wyobraźni, którą literatura gdzieś pogubiła przez lata… owej pierwotności strasznej, zagubienia w myślach i uczynkach…

Człowieka, który jest nim, ale i czymś więcej, jednak, czy potworem… Skuście się. Dla czytania, które jest czymś więcej, niż tylko opowieścią.

IMG_8940

Wiatrzysko sie zerwało i dalej tam w aurze modzić zaczęło. A tutaj nawiało ciężkich chmur, niby ciasto z zakalcem, lekko obwisłych, dziwnie wykrojonych, plamistych niedopieczeniem, ciążących ku Wyspie, oj już w końcu znalazłeś łyżeczkę, w gaciach lecisz, by tylko no skubnąć coś z owej słodkości, a już ich nie ma! Zniknęły. Na szybach krople wysychają w promieniach zmiennie jasnego światła… nawet nie wiedziałeś, że pada przecież… nie zauważyłeś. W ogóle jakoś ostatnio wszystko takie zmęczone i jakoś męczy. Z jednej strony pogoda cudna, serio! Można wyjść, nawet jak zmokniesz, to przeschniesz zaraz słonko przesuszy, wiaterek cię wyprasuje i już jesteś jak nowy! A jednak… nie chce mi się? No jak to? Jak żar się lał z nieba, to 10 kilometrów w chwileczkę, a teraz co? Chłodek obecny, a ciało leniwe? A może jednak gluty w nosie kiełkują i grypisko jakieś się w płuckach rozrasta? Ech! Człowieczeństwo – wyspowieństwo.

Tak ostatnio się zastanawiasz, czy jednak owa sezonowość, to Wyspie na dobre nie wychodzi. Że jednak zimą nie ma turystów? Podobno ból to dla ekonomii, ale może jednak dla skał, drzew, pól i łąk, dla lasów i ruin, no może to i dobrze? Bo mimo mej wiary w to, że od czasu do czasu Wyspa sobie robi wakacje, się przemieszcza i przesuwa, przepływa z kąta w kąt i zapoznaje się z innymi, może i nawet czasem intrygującymi, miejscami, to jednak jak oficjalnie ma skała wybrać się na wakacje? Jakby chciała samolotem, wiecie ile by musiała zabulić za nadbagaż? Zresztą zaraz by było, że pani za gruba, pani tu nie stała, a pani to nazbyt ostra i w ogóle, miękka inaczej i podmokła, więc musi wykupić co najmniej 6 miejsc! Nie można inaczej… i jak się by babeczka moja kochana, a i na punkcie siebie czuła, no poczuła?

No jak?

Dlatego czas wolny od nadmiaru Turyścizny, to czas dla Pani Wyspy na lifting, botoks, odchudzanie i zgrubianie, maseczki i błotne kąpiele, dietkę… i wiele wiele wiele snów i marzeń sennych. Może to o to chodzi, taka wiecie dwupolówka, trójpolówka, no takie tam sobie wymienne trwanie… A może chodzi ino o nas, Tubylcowych. Autochtonicznie chtonicznych… co zwyczajnie chcą mieć kawałek świata ino tylko i wyłacznie, dla pokręconego samosiebie?

IMG_7166

A może jednak ma w sobie Wyspa tyle egoizmu, by wiedzieć, znaczy własnego egozimu, zdrowego takiego… by wiedzieć, że ciekawa być może i sama dla siebie. Że warto się wypuścić po sezonie, w owe jesienności i zimowatości siebie samej? Bo przecież piękna jest i wciąż jeszcze do końca taka przeskromnie nieodkryta!!! Tyle w sobie ma ckliwych i gilgocznych miejsc, tyle barw i smaków, nowych struktur… cudów do macania i wdychania, do muskania i gniecenia. Niczym frywolna kochanka, nigdy do końca, świaodmie nie odkrywa wszystkiego. Ale komu starcza cierpliwości, by wciąż kopać w tym samym, by wciąż odkrywać to, co podobno się zna, by czekać aż oszołomi… nowością w cudownej znajomości? Bo przecież nowa nowość jest o wiele łatwiejsza, ot pospolita, na wyciągniecie ręki… tylko, że tak szybko jak można ja mieć tylko dla siebie, tak szybko potem po nas spływa i znika. Nie pozostawia owego, ofiarującego ciągłą nadzieję i siłę w codzienności, uczucia. Jak odświeżacz powietrza w psiku… psik psik psik i pachni, ale tylko na chwilę, bo smród i tak powróci, musisz w końcu wynieść te cholerne śmieci, no nie ma innego wyjścia!!!

Wyspa ma w sobie wszystko. Bez labeli, bez promocji, bez wrzeszczących bannerów i tak zwanych gwiazd kina, bo przeca czy my wciąż mamy teatry jakieś, które szczerząc pokaz chirurgii stomatologicznej seplenią: to dla ciebie… Nie wierzę im. Znaczy owym celebrytom i nibygwiazdkom. Nie błyszczą, a nawet jeżeli, to widać, że przy pierwszym deszczu cała pozłotka z nich się zmyje, opadnie niczym z owych nowomodnych wampirów. A mnie taki szajs nie kręci. Ja chcę kamieni, które nie tylko błyszczą, ale są jakieś i jedyne w swoim rodzaju, miejsc, które nie są dla każdego… swiatów, do których dotarcie swiadczy o tym kim się jest, lub kim się chce być… Tylko o czym świadczy Wyspa? O szaleństwie, czy jednak o jakiejs wyższej wartości? O artystyczności, a może jednak ułudzie życia niecodziennego? A może…

A może nie warto pytać? Bo i po co? Cóż mi po owej wiaodmości, wystarczy świadomość, haj, który ofiaruje to miejsce… ćpanie codzienności.

IMG_7028 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Księżycomacówka… została wyłączona

Pan Tealight i Moc Siku…

„Właściwie nie wiesz kiedy zaatakuje. Możesz i odbębnić ostatnie posiedzenie nim zawiążesz buty, możesz i odstawić napoje, a nawet tęsknie porzucić przełykanie śliny, możesz i nie myśleć o falach, przybojach, ciurkaniach, szemraniach, pluskaniach i kropelkach, o szyby dzwonieniu oraz i deszczach… możesz zrobić wszystko, a i tak owa moc cię dopadnie.

Bo może… tak po prostu, no i ogólnie mówiąc pokrętnie jest wredna i szczególnie cię przypili, gdy w okolicy ni krzaczka, a ty masz na sobie kombinezon, body, tudzież inne, śpiochowo jednoczęściowe i modne podobno, ustrojstwo. Albo lepiej, gdy dookoła mocy luda, a dziczy i odosobnienia żadnego!!! Bo Siku ma Moc! A moc owa tkwi w parciu… znaczy się no wiecie, dziewczynki na siedząco, znaczy na kucająco, a chłopcy to nie wiem tak do końca, ale chyba raczej na stojąco, chociaż może i jak im się tam podoba? Bo czy to ktoś kogoś sprawdza jak to robi? Mniejsza… ogólnie chodzi o to, że wredna owa moc uprzykrza życie i tyle, no i bata na nią nie ma. Serio serio serio nawet Wiedźma Wrona Pożarta przed Mocą Siku się skłania, kuca się znaczy. No dobra, siada jak jest gdzie, znaczy to też nie do końca prawda, bo czasem wiecie no lewituje tak bardziej, wiecie jak to ino żeńskie elementy potrafią…

Zaczyna się zwykle wcale nie od owego ucisku w zakamarkach i dolinach dolnych brzucha, nie od szemrania i wilgotnych, leśnych dzwonków delikatnych uderzeń, ale… od dziwnego dreszcza i skrępowania. Od jakiegoś przeczucia, podświadomego przestraszenia i uderzenia moczu na mózgownicę. Tak mówią badania. Aczkolwiek jak jest na innych, to nie wiem, bo my badamy ino ten jeden obiekt, się znaczy jedyny, czyli Wiedźmę Ptaszydło… więc u niej to są dreszcze, dziwne w mózgu przesilenia, trzęsawki i ogólne Moczomoco Zatrucie. Nagle spowija ją drażniąca, grubiutka Gąsioskrókanaskórka i wszystko traci na wartości. Serio, nawet jakbyście postawili przed nią księgarnię z napisem – Bierz Ile Dźwigniesz Za Darmo, to by się nie ruszyła. Po prostu no wtedy to musi, bo inaczej owa moc się blokuje i wyleźć z niej nie chce, a nadmiar mocy w wiedźmie to Zuo i Demony!!! Dlatego od razu następuje szukanie krzaczków, bo wiecie w domu to normalnie spotyka się z Bulgotem i Studnią Oralnego Białoszklistego Zwątpienia, co nie? Ale w głuszy i dziczy przydają się krzaczki, ktoś na stójce, znaczy ostrzegający innych co się właśnie dzieje, tudzież dopiero wydarzyć się ma, no i utensylia przeróżne. Ale najfajniej jak robali nie ma, bo to, że wyląduje gołym dupskiem w pokrzywach to macie jak nie macie w banku! Serio… pokrzywy ją od małego, znaczy od dziecięctwa kochają! Od tego dnia, gdy wirując jak durny, lekko ADHDowy, ale i autystyczny, w swym świecie się kręcący, bączek na scenie przypierniczyła w sporą ich kupeczkę. Poparzyły ją tak i tak się im to spodobało, że postanowiły zawsze już, gdy tylko jest szansa, to właśnie robić… bo Pokrzywom też się należy!

Bynajmniej jak już są elementy, to jest i Siku Moc. A jak ktoś podpatrzy, to my za recepty i terapię nie zwracamy…

Legendy głoszą, chociaż nikt im serio nie płacił za taką reklamę, że tam gdzie wiedźmy sikają kwiaty paproci rosną przez cały rok! Ale jakoś nikt się nie kwapi do ich zrywania… nie wiemy czemu?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7026 (2)

Z cyklu przeczytane: „W otchłani mroku” – … brudna i brzydka. Ale i piękna i melodyjna. Dziwnie scyłkowo przeciwna samej sobie w treści i obrazach, ale i… baśniowa. Pełna sprzeczności, a jednocześnie dziwnie harmonijna, jakby za wszelką cenę pragnęła udowodnić, że człowiek ma w sobie owe dwie mityczne strony, że wciąż poddany jest walce Dobra i Zła…

A może jednak nie. Może tak naprawdę chodzi tylko i wyłącznie o człowieczeństwo i zezwierzęcenie? Może o owe pojemności puszki mózgowej, które chociaż pozwlaają wszystkich powiązać definicją homo sapiens sapiens, to jednak… nie wszyscy na nią zasługujemy? A może coś więcej?

Ostatnia powieść Krajewskiego zachwyca, by potem brutalnie sponiewierać. Jak zwykle przeskakujemy w czasie, ponownie przeszłość ściśle powiązana z przyszłością, czy raczej teraźniejszością. Grzechy i występki owocują po latach… Tym razem Popielski ma odnaleźć wtykę, a tak naprawdę wpada w szpony koszmaru. Kolejne brutalne gwałty i morderstwa. Wszystko oczywiście na tle specyficznego, zniszczonego Wrocławia. Wyzbyte z nadziei miasto zdaje się potrzebować ogromnej pomocy, ale czy wystarczy jeden człowiek, by naprawić tak wiele zła?

Znowu wkraczam w znajome wrocławskie przestrzenie i nie wierzę, że te mury mogły być świadkami takiego zła, takiej przemocy i okrucieństwa. Te artystyczne zakątki, przpiękne kamieniczki, pełne skarbów wykopy… co krok to fajka, skorupa, kopniesz dalej, a tam wieki przemawiają… Z każdym krokiem Popielskiego i ja wchłaniam inną przeszłość, taką, o której nie chce się pamiętać, którą lepiej wsunąć pomiędzy karty historii i… w filozofię. W owe dodające otuchy kwestie i dywagacje. Może w tym jest nadzieja? W ludzkiej myśli? Ale czy dla wszystkich…

Kolejny świetnie napisany kryminał i jak zwykle… nie tylko kryminał. Mocny, męski, brutalny, a jednocześnie piękny i artystyczny.

IMG_9942

Recenzja: „Autorka”

IMG_0165

W końcu Wyspa odzyskała swoją specyficzną pogodę. Siadasz w słoneczki, oj wygrzewa. Leziesz po skałach i czujesz, jak każda kropla wody z ciebie powoli stacza się w dół pleców, by dziwnie łaskocząc opaść z tyłeczka na podłoże. Oj jak gorąco. Wydaje się, że każdą wilgoć chcą niebiosa wyssać z owych zielonkawych i żółtawych listeczków, z tych rumieniących się owoców głogu, dzikiej róży i pieswieczegojeszcze… czego lepiej nie próbować, bo pewnikiem trujące cholernie. Chociaż te to akurat wyglądają jak jagody? Ale czy na pewno? Pić!!! W skałach mienią się diamenciki kryształków, tam biała, śnieżno-mroźno biała żyłka i tam znowu, a tam cała kurcze tętniczka… sypią się kryształki, myśli się człowiekowi, że może to mróz albo coś, lodowiec miniaturowy, ale nie, nic z tego, ino kamyki i to wcale nie cłodne. Szczerzą się ze swojej szczeliny pieszczotliwie mchami otulając własne, zachomikowane na potem wilgotności. Nie dzielą się, oj nie!!! I wcale się im nie dziwię… każdy chce przeżyć, czyż nie?

Gorąco. Na skałach, sprzeciwiając się prawom i tradycjom rosną sobie wrzosy i porosty, traweczki i krzaczki niziutkie, a na wszystkim kurna owocki. No dobra na wrzosach nie, na wrzosach… no wrzosy. Fioletowiutkie, wrzosowe takie, jakby uciekły ze stron od Heathcliffa z tych wzgórz, no wiecie, wzgórz wichrowych… Jak tak człek się wspina, bacząc by sobie jednak niczego nie skręcić, to mu się wydaje, że no Anglia jak nic! No musowo jakiś Dartmoor, czy inne więzienia? Wypiętrzają się jakieś skaliste wyrzeźbienia z owego chmurnego, wrzosowego pola, jakby serio komuś się chciało zabłysnąć twórczą inwencją tutaj. A może jednak ktoś tu uwięziony? Może przypięty do skały, co prawda watróbeczki nikt mu nie wygryza, ale in patrzeniem miesza zmysły. Bo z jednej strony ma morze, cudowne i wilgotne, nicość i pełność zarazem, ot życie, choć może i zasolone, a z drugiej, za skałami i domeczki i ludzie i codzienności… a on tutaj na skałach. Nic to, że ma jagódki i ptaszki, więc z nudów te skalne cuda stawia, ale wiecie, że to granity i gnejsy, to mu idzie tak powoli raczej…

… ale się nie poddaje. Z kulą granitową u nogi, z kajdanami z morskiej pianki, co to seryjnie uwiera, chociaż różowe futerko ma… no mówię, że gorąco!!!

IMG_6836 (2)

Schowaj się w cień, to dupsko odmraża!

Serio!

Siadasz pod ścianą, spocony niczym mysz polna, co na wakacje chciała do tej ciotki, co to w kościele mieszka, ale jak wysłuchała niedzielnego kazania, to zwiewała z powrotem od luksusów piekielnych ogni i czyśćcowych pillingów gdzie pieprz i wiatr rośnie, a nadzieja dojrzewa tęczowymi jagódkami z czekoladowym nadzieniem… więc siedzisz pod tą ścianą i nagle wciągasz w płucka dziwnie mroźne Północy wyziewy. Dziwnie nie na miejscu, bo przecież jesień być miała najpierw? Bo jeszcze i owych liściejów bukietów nie było i traw wieńców skoszonych? Co prawda robale pchają się na chatę, ale wiecie, może lecą do żarcia, czy coś? No to jak to będzie? Ciepło, czy zimno? Bo wiecie, ja nie narzekam, ale zimno wolę. Skacząc pomiędzy poceniem a zamarzaniem jednak się we mnie jakaś tam nadzieja kołacze, że może cellulit mi wyżre z dupska? Że może jednak, jak Wyspa w zwyczaju ma, to nic na marne?

Oto jest i zwyczajność Wyspy. Mały świat, ale ekstrema swoje ma. Tutaj skaliste wybrzeże, tam znowu piaski niczym pierdy aniołków mięciutkie. Tu jaskinie, tam znowu wypiętrzenia, a wszystko poznaczone przez wieki ludzi dotykania. Przez pocałunki, ofiary, często jeszcze świeżunie i krzyczące takie, często niewinne i może, ale przecież po co komu winne ofiary? Co nie? Zresztą do takich winnych to trzeba i inne przyprawy, a i trunki zapewne może bardziej wytrawne? Nie znam się, ale nie wykluczam… sama na razie składam jak się da, ile się da… bo kocham!

IMG_7026

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Moc Siku… została wyłączona

Pan Tealight i Źródło Pierwotnej Mocy…

„Bulgu bulgu bulgu… put put put, blop blop blop… pitu pitu pitu ćwirrlllll świrlll… szumu szumu szumu, plusk…

Właściwie fajne, takie zabawne dźwięki, co nie? Z drugiej strony co tam dźwięki, jak się właśnie zgubiło połowę portek z siebie i obtarło piętę. Prawą na dodatek. Strasznie i boleśnie się teraz więc krwawi i psyka na każdym zakręcie, więc co zrobić można? No co? Trzeba jakoś sobie poradzić, nie można się przecież poddać… zresztą. No przecież kto by tam potrzebował w dzisiejszych czasach Źródła Pierwotnej Mocy? Co? No kto? Ktoś się zgłasza? Oj gdzież jest ów las rąk drgających? Oj gdzie… Zresztą, przecież się nie może woda marnować. Chłodna taka i cudowna, lekko błękitna, słodka niczym nektary i ambrozje, lekko gęstawa, jakaś taka woskowa. Jakoś gdy milusio się tak po obmywanych, moczonych małych wiedźmich stópkach przelewa, to wprost to jest cudowne… magiczne może i nawet, albo ino złudne? Zwodnicze może? Aj pewno i tylko jest to magiczne, ale w tej chwili chodzi o coś innego.

O ból i jego zanikanie. O chłodek, co aż coś w dupsku rwie… co dociera do dziwnych miejsc w Wiedźmie, o których zapomniała stara sklerotyczka…

A więc siedziała Wrona Wiedźma Pożarta i moczyła girasy w owej zapomnianej świętości. Bezeceństwo i świętokradztwo. Aczkolwiek Sakrum i Profanum, co to strzec mieli czystości miejsca i dbać o obiaty wszelakie, już dawno nawiali przecież z roboty… Podobno zatrudnili się w Burger Kingu czy innym tam KFC. Uzależnieni od tłuszczy i słodzików, leczą się po godzinach na wszelakiej maści opryszczenia. Więc co w tym złego, że ktoś tu zawita, przecież nie niszczy, przecież mówi: proszę i dziękuję. Ot magia to, nic dziwnego w tym miejscu przecież, a Wiedźma i tak kocha i wyznaje wszystko… tylko, czy to bezpieczne? Poprzez chwileczki nawet jej paznokcie z odłażącym, czerwonym miczym krew z cegłówek, lakierem zyskały jakieś moce… supermany i himany, a moż nawwt i genetyczne transformacje, ale po chwili wszystko się uspokoiło. Znaczy miejmy taką nadzieję, bo jakby co, to przecież czy potrzeba nam zmian więcej? Zresztą nawet jeżeli, to przecież na niej chyba i tak znać nie będzie, co nie?

Wymoczona, wciąż stękająca, dowlokła się do tej swojej ukochanej Chatki, a za nią szły krople. Wielkie i dziwne, z odnóżami w różnych miejscach i otworami, co to zdawały się ino częściowo gębowe. Bo wiecie, tak naprawdę to źródła bywają sobie w różnych miejscach i nie zawsze woda w nich czysta, a nie stojąca, czy coś… i wiecie, czasem to nie one odmieniają, ale my je…

… nikt nie wie co lepsze…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6346 (2)

Z cyklu przeczytane: „Trupia główka” – … jedno cmentarzysko. Nie żeby nie byla w stanie, nikt tego nie powiedział, ale jednak CAŁE cmentarzysko. Do tego bardzo dziwaczny i niemiły zleceniodawca, a za tym wszystkim stara wampirczyca, brak seksu i wszelaka pamiętliwość własnej przeszłości. A i jeszcze wróżki na dokładkę, bo czemu by nie… po co się kurde ograniczać! A! Sorry, bym zapomniała, przecież jeszcze jest prastare zło ukryte gdzieś tutaj i strzeżone i ogólnie nie oszukujmy się, ale lepiej coby ono siedziało, gdzie siedzi i się nie uwolniło…

Więc to tak gwoli zarysu. Cała reszta skupia się oczywiście wokół Egzekutorki, jej dwóch facetów, chociaż wiecie chodzi ino z jednym, ale nadal zero seksu, znaczy pewno, że to nie jest łatwe, aczkolwiek… no mniejsza, chodzi o zombie. Ożywienie sporej ich ilości zdaje się być lekko problematyczne, ale Anita stawia ostatnio na wyzwania. Tylko, czy zderzenie się z nader przebiegłą, starą wampirzycą nie będzie czymś, co w końcu ją, a nawet Jean Claude’a… przerasta? Czy sobie poradzą? I czy nadal ona stoi po stronie dobra? Naciąganego, ale jednak…

Pasjonująca przygodówka grająca na emocjach. Bohaterka rozwija się, zmienia, jej moc fluktuuje, a jednak… są momenty, gdy jest tylko i wyłącznie małą dziewczynką, wspomnieniem siebie samej, własnym koszmarem, demonem. Tą samą, która stała przy matczynej trumnie. Może tak naprawdę tym, co ją hamuje, tym czym tłumaczy swoje postępowanie jest dzieciństwo? Nadmierna psychologia? Jeżeli chodzi o powieść, nie bój żaby! Tutaj jak zwykle bitwa, zombie, wilkołaki, wróżki i inni, dziwnie mało identyfikowalni. W końcu w tych książkach mity to codzienność, a baśnie… czymś wziętym z życia, tudzież porannych wiadomości.

IMG_5948 (3)

Pomału trawy się kulą. Żółkną, brązowieją, kolczaste ramionka krzaczków oblepiają jagody i znowu… znowu spod traw wyglądają kamienie. A wraz z nimi przeszłość woła. Kamienne kopuły zdają się skrywać pod sobą fantastyczne żółwie skorupy. Albo brzuchy wielce brzuchatych trolli, które seryjnie uwielbiały jeść. Po prostu siedziały i jadły, żarły i młóciły. Nic więcej nie robiły, a że wiecie jeść mogą wszystko i wszystkich, nie wybrzydzają jak co poniektórzy… no i nie wydalają. Znaczy nie tak dziwnie i śmierdliwie jak ludzie, więc to się serio opłaca. Po prostu je karmić. Tylko że kiedyś, dawno nader dawno dawno temu ktoś o tym zapomniał, a trolle przespały zbyt długo i wiecie co, no po prostu dlatego świat kiepsko działa, bo się trolli nie karmi. A one tylko czekają, by je w pępuszki posmyrać, obudzić, tylko czekają by pożreć wszystko: szmatę starą, buty nie do pary i skarpety, starą kapustę i ziemniaki z odrostami i ocywiście te gazety, kolorowe podobno smakują poziomkami… a potem wypuścić z siebie ów cudowny efekt przemiany trollej materii. Owe przepiękne, cudowne, barwne i lekko porkęcone, sprzeczne z wszelkmi fizykii i chemii zasadami… bańki. A w każdej z nich maleńki człowieczek. Idealna sprawa, serio serio serio… sprawa idealna, darmowa idealna sprawa. Znaczy jako pomoc domowa, niewolnik cudowny, sprawca wszelkich wrogów potknięć i w ogóle… po prostu zabawny, niskopienny ale i człowiekokształtny ktoś. Niby skrzat, niby krasnal, ale choć może słabo urodziwy, to jednak miluni niczym jakiś puchaty zwierzaczek, ale też bez łupieżu, nic z tego. No i sam się sobą zajmuje, sika gdzie mu mówisz, a i mądrością potrafi zachwycić i śpiewać umie. Chociaż akurat z tej ich umiejętności nikt raczej nie korzysta. No wiecie, ludzie to rozmaite mają upodobania.

I widzicie jak to świat stracił na niekarmieniu pierwotnych cudów ziemi i natury? No i jest jeszcze to coś, ta dziwna plotka, że to właśnie owe bańki wybuchami swoimi po jednej z takich nader burzliwych degustacji spowodowały jakieś Atlantydy kłopoty, czy coś? Podobno podtopienia były, no ale przecież serio?

No nie, na pewno nie ich to sprawka!

IMG_6255

Szwendając się po Wyspie jakoś tak człowiek nie myśli… no nie myśli. Znaczy no dobra, myśli może ale jakoś tak inaczej. Bardziej to jest jak wielka dwunożna gąbka, znaczy jak już się zasapie, to podpiera się czym tam może, więc wiecie… nie liczmy języka i uszu… Chodzi o to, że naprawdę wchłania się opowieści. Dziwne opowieści, zaskakujące, niektóre nawet może i obrzydliwe, ale wiecie, w naturze wiele jest spraw, które za takie można uznać. No kupy na przykład, co nie? Kto tam lubi segregować koprofitki? Kto zakłada im albumy, tudzież jakieś klasery, czy coś? Mniejsza, bo przecież nie wszystkie opowieści są o kupach, co nie? Niektóre są o miłości, chociaż akurat to też może być bardziej mdłościopędne. Ale przecież opowieście bywają i o innych sprawach. Na przykład o zapomnianych umiejętnościach, o ziołach, które odrzuciły swoją potęgę, o zawiedzionych nadziejach i kłamstwach, oraz o tym jak to kiedyś ludzie mieli skrzydła u uszu, ale wiecie… strasznie im przewiewały zatoki, więc…

Opowieści na Wyspie są super i tak naprawdę nie we wszystkie uwierzycie. Znaczy nie uwierzycie od razu, bo z czasem, spoglądają na owe różnorodne kamyczki, na drzewa poddające się wiatrom, albo te wciąż sie im sprzeciwiające…

… to w końcu uwierzycie. I problem to właściwie nie owa buzująca, mydląca fakty niewiara, owa wolność nieistnienia, bo przecież jak nie wierzysz, to nie ma, co nie? Tak jak z głową pod poduszką, bo jak ja nie widzę, to i mnie nie widzą, co nie? Ale… problemy zaczynają się, gdy w końcu wszystko do was dotrze. Gdy zrozumiecie, że kurde fiołek alpejski!!! To wszystko prawda? Żesz no!!!

IMG_6835

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Źródło Pierwotnej Mocy… została wyłączona

Pan Tealight i Małe Ostateczności Okruszki…

„Zostawiają je… może i nieświadomie, może i całkiem bezmyślnie, a może okrutnie i z premedytacją? Pozbywają się jak misia, któremu odpadło oko i już nie jest taki miękki jak kiedyś, jak figurka, która wyblakła, a w której, pustotą własną wezbrani, mało koorowej, ale wciąż będącej sobą, nie są w stanie ogarnąć cudowności wspomnień… pamiętać bez jarmarcznych barw…

Porzucone.

Pozostawione na pastwę wszystkiego i wszystkich, nieznajomych i zapomnianych, okrutnych i niewidzialnych, znośnych i tych… o których nikt nie dba. Maleńkie takie, niektóre jeszcze tak słodko puchate, krągłe i maciupcie, niektóre jeszcze noszące ślady tulenia i cierpliwych pieszczot, łez i innych wydzielin, z tymi oczkami, szklistymi, błagającymi… Małe Ostateczności Okruszki. Tak po prostu zostawiali je. W jakimś momencie urlopu, gdy Wyspa naprawdę wtargnęła w tożsamość przedstawiciela Turyścizny, gdy naprawdę wiedziała już co z tym kimś zrobić, jak go przerobić i wykorzystać, naprawdę odsączyć oni jakoś, całkiem podprogowo, całkiem podejrzanie, naprawdę tuzinkowo… zrzucali je. Maciupeńkie kawalątka własnych tożsamości. To, czym byli, ale już nigdy nie będą, ale też i te niespełnienia, niespełnione marzenia i zawiedzione nadzieje… Po prostu to tak zwane niepotrzebne, co jednak tak naprawdę, było esencją nadmierności. Straconym złudzeniem.

Odziana w swoje nowiutkie, różowiutko cukierkowe, lekko niby fuksjowe, niby coś tam zabieklony karmin adidaski, Wiedźma Wrona Pożarta brała koszyczek i wybierała się… nie, nie na grzyby, ale właśnie na Okruszki.

– Wygląda jak silnie postarzony i zmodyfikowany genetycznie Kapturek Posiwiony… aczkolwiek w wersji trzydzieści lat po wilku – chichotał Chochel, który ostrożnie i uważając, by nie przydepnąć kulturalnie kulającej się u jego kostek małej, uciętej główki, Ojeblika, niósł wielki, wyłożony najbardziej nową bawełnianą ściereczką koszyczek. Po ostatnim porwaniu i dziwnych spotkaniach, do jakich oczywiście Wiedźma Ptaszydło miała wyskokowo wybitny talent, Pan Tealight postanowił, iż zawsze, w każdej sytuacji Wrona musi mieć kogoś przy sobie. Na szczęście w łazience zawsze siedział Bulgot, więc z tą sferą małej tajemniczości, było okej. Nie trzeba chyba nadmieniać, że wszyscy odetchnęli. Jednak co innego spacerować razem, a co innego się wzajemnie kurcze podcierać, co nie?

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki – znowu na odwyku – zbierała je. Tak po prostu, w owym dziwnie matczynym odruchu dosercoprzytulania i kotka i pieska, włochatej dżdżowniczki i maciupkiego ptaszka. Po prostu brała łkające, popiskujące kłębuszki, głaskała, całowała we włochate, maleńkie uszka, ocierała smarkowe noski i łzawiące oczka i pakowała do koszyka. A w koszyku się tuliły one do siebie, nie bacząc na to skąd który pochodził, z jakiego ludzia odpadł, wiedziały, że teraz to już dobrze będzie, bo tutaj to chcą każdego… A Ojeblik, mała ucięta główka nuciła im kołysanki o „Wojtusiu, co Czarownicy dobrze smakował” i o „Łykowatej Małgosi, co się w tort zmieniła”… bo wiecie, słowa nie są ważne, nie zawsze.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kości są wieczne” – … antropologia. No lubię, nic na to nie poradzę. Chociaż tak wiele mają do opowiedzenia ludzie w owej luźnej postaci, są tak cudnie cisi i dziwnie zrezygnowani, wzbudzający matczyne uczucia nawet we mnie… że po prostu kocham kości. Dobrze objedzone jednak.

Czy to wciąż człowiek, gdy już go podobno nie ma? Materiał biologiczny ino, czy jednak opowieść? Tylko zbrodnia? A może jednak historia czasów, ludzi i ich dziwacznych często, marzeń? A może pył i nicość…

Tyle prawd ilu zwolenników, a przede mną skończona ostatnia powieść Kathy Reichs. Jak dla mnie najbardziej przewidywalna i niestety dziwnie pusta, potraktowana po macoszemu, chociaż co do faktów wiadomo, przyczepić się nie można… jednak co do fabuły, ekhm, aż nazbyt bardzo!

Znalezione zmumifikowane, ale i świeże, szczątki nowonarodzonych dzieci od razu wprowadzają zamęt pośród badaczy i policjantów. Maleńkie ciałka zdają się skrywać tak wiele tajemnic, ale czy rzeczywiście prowadzą tylko do jednej, zwyrodniałej matki… no bo przecież nie można myśleć inaczej, czyż nie? (Wiem, że jestem paranoicznie czuła na tym punkcie, ale tak, ja myślę inaczej i może dlatego od razu dochodzę do sedna sprawy, a cała reszta jest drogą przez mękę?) Do tego dwaj, cieleśnie także znajomi naszej bohaterce mężczyxni, pakowanie się w nie swoje kłopoty, jeden zadziorny malec, który serio „staruszką” podbił moje serce i… świat. Świat zamkniętej społeczności i wielu tajemnic. Oczywiście nasi bohaterowie wepchną się tam na siłę starając się zbawić świat… więc… skupiłam się na kościach, a te chociaż małe, intrygujące. I do tego skały, rozprawy dotyczące kamieni, też i tych bardziej świecących, ekologii, praw ludzi i ludzi pozbawionych owych praw… Po prostu wszystko i nic w tym maleńkim tomie. Nadmiar wieści historycznych, które każdy myślący mógłby sobie wyggoglać i zbytnia oczywistość faktów… To nie to co „Deja dead”.

Akcja się mota i ślamazarzy, dokładnie wiadomo kiedy i kto wpadnie w jakie tarapaty, a już wstawki patriotyczne w tej części zebrały we mnie wymiotną falę… nie polecam.

Słońce jest takie dziwnie ociężałe i w jakimś pokrojonym humorze chyba. Wcale się mu zresztą nie dziwię. Przez tydzień padało, temperatury nastostopniowe, a teraz mu nagle znowu każą wyłazić i palić? No po prostu zbrodnia!!! Pewno już sobie zaplanowało Słonko jakieś wakacje, ale nie, wyrwali je z hamaka i zagonini do nadgodzin! Ech! No świat jest okrutny widać i dla samego siebie. Jakiś kurcze Grey z niego, czy inne szaleństwo klepania się po pupci bacikiem? Widać może i świat ma normy jakieś do wypełnienia. Musi się pokazać przed Radą Wielką Światów i przed Głównym Kacykiem? Wykazać się może i musi, nie wiem, pobrylować, dać łapówkę? A może mu dodatacje cofną na nowe szaty drzewne? Albo jak nabroi, to dorzucą mu ludzi, tych takich mniej interesujących, owych upierdliwych, co to ino oddychać umieją, aczkolwiek nie do końca sobie sz tego zdają sprawę… co nie przeszkadza im oczywiście oceniać innych. Bo i czemu nie. Wszyscy przecież tak robią, czyż nie?

Biedny ten mój świat. No współczuję mu, jeżeli przed innymi musi się tłumaczyć z kup stworoznych innymi dupami, piórek nie tak opadniętych, rzeczek nie tak drążących sowje własne korytka, zajęcy skakających nie przez tę samą nogę, a może i wron, które postanowiły dziś nie krakać? Kto to może wiedzieć? Zwykle… zwykle ostatnio to najmądzrzejsi w danym temacie są ci, co owego tematu nigdy nie tykali. Ci jednak, co to słyszeli, więc od razu są pewni tego, że winni się wypowiedzieć… Bo przecież każdy ma swoje zdanie. Ale ze zdaniem jak z religią i penisem. Fajnie je mieć, ale machać nim przed cudzym nosem już chyba raczej nie do końca, co nie?

Podchodzi do mnie ktoś i mówi mi oczywiste… wiecie co robię? Już nie tłumaczę. Już nawet nie zwracam uwagi, wkładam słuchawki w uszy i udaję, że mnie nie ma, że to nie ja… że tak naprawdę, jeżeli nie widzę i nie słyszę, to tego nie ma, no nie może tego być. Jeśli nie utrwalę na zdjęciu, to się nie spęłniło, no bo przecież jak by miało? Nie mogłoby, co nie? Nie mogło… Nazwali mnie wysoko noszącą nos, brodę zadzierającą? Wywyższającą się? Nic to, popłaczę pod stołem i będę unikać kolejnych dróg. Serio się da, naprawdę… w końcu wielu i tak woli tylko siedzieć, a nie chodzić.

Wyspa też kurcze ma takich, co to niby o niej wszystko wiedzą, a jak tylko sezon się kończy, to kurna na Majorkę… Zdrajcy!!! Może i ona jak ja, czasem udaje, że jej nie ma. Uśmiecha się, bo przecież wpojono jej to durne wrażenie, że wszystkim kurna dobrze ma być… a sama potem weźmie radosną pigułkę i już… nie będzie jej lepiej, ale przetrwa. Ten dzień i następny, aż się skończą dni i noce przejdą też. Bo w końcu Wyspa, poza owymi czadowymi mocami, to nie różni się miejscami wiele od typowej baby. Takiej wiecie dość starego sortu. Kiedy to jeszcze wolno było oczekiwać, iż nazwą płcią słabą, otworzą drzwi, koniem podjadą pod ganek i zanucą balladę, albo wspinać się będą po wieży, gdzie nas zamknął przebiegły ojciec, co córek miał osiemnaście i serio musiał jakiś sposó na reklamę lepsiejszy wydumać i… po prostu porwie. Powie, żeśmy ukochane i tak dalej, żeśmy jedyne i piękne… nawet wtedy, gdy zasmarkane, zakaszlane i ogólnie mówiąc zapryszczone, wcale nie mamy zamiaru takowymi się nawet zdawać…

Może i Wyspa czeka na jakiegoś księcia? Nie żeby nie miała dobiegaczy jakowyś, bo przecież i ma, wciąż jest jakaś taka rozkochanie zakochana… ale czasem rzeczywistość wymaga wzmożonej działalności snów! Może to właśnie jest taki czas, w którym trzeba chociaż duchowo umknąć owym Kapłanom Wszystkowiedzącym, owym Bohaterom Zwańczosamym… tych im wielkachnym ego umknąć, owym podszczypującym kanaliowym cnotom wszelakim, co się ostatnio dziwnie znoszone, zmurszałe, jakieś numrowane stają…

Może to czas?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Małe Ostateczności Okruszki… została wyłączona