„Właściwie, to już nie chodziło o to, że te dziwne, nietypowe, tylko dla niej inne, a zwyczajne zwykle zapachy, tak na nią działały. Iż jakiś niespójny w normalności podmuch, mógł nagle przynieść aromat z czegoś jej znajomego, z czegoś jej tak we łbie, a może i trzewiach, zaklęśniętego, że po prostu się tam przenosiła. Nagle. Myślami i ciałem. Na powrót, jakby miała lekko skrzypiacy i zardzewiały wehikuł czasu tylko dla swojej syspozycji, a i oczywiście zamontowany w jej nosie. Sporawym i lekko kartoflanym… A i już nawet serio nie chodzi o ten czas, gdy wyczuwała dookoła siebie Jedyną Babcię. Bo to wydawało się być lekko kanibalistyczne, a i zalatywało, szczególnie pod wiatr, z lekka jakimś chamskim kanibalizmem też…
Tym razem było naprawdę gorzej. Bo niby czuła, a nie czuła, niby była, a i tak wszyscy woleli jej nie widzieć, a jeżeli nie widzieli, to czy był? Jeśli nie było blisko nikogo, kto zwyczajnie mógłby potwierdzić jej odbicie w swoich oczach, to czy była do końca, naprawdę… Niby kichała, a jednak tak też nie do końca, więc przynieśli piórka i pieprze, drażniące posypki pikantne i woreczek dmuchawców suszonych, troszkę mięty, szałwię i na dodatek kanelu tytkę. I nic… nie mogła po prostu. Dusiła się i czkała, ale jakoś nie do końca, nie mogła z siebie wszystkiego wyrzucić, nie mogła.
Znaczy wiecie, niby gorączka jest, ale smarków ni hu hu! Niby kaszle i płucka rytmicznie, krztusząc się do taktu, wypluwa, ale jednak co to kicha, to coś jest nie tak. Jakby coś nie działało. Jakby, może i nocą ciemną, pod śpiących niepewnością ciała i duszy ulotnością senną… może ktoś się zakradł i zwinął z wnętrzności Wiedźmy Wrony Pożartej Moc Wielkiego Kicha? Tylko kto? Kto byłby na tyle pokręcony, na tyle stuknięty i na tyle zdesperowany, by dostać się do jej wnętrzności, już nie wnikamy poprzez który otwór w jej ciele, i dokręcić kurek, poluzować śrubeczki, wykraść kilka złączek, pogubić we flaczkach wszelkie nakrętki i zębatki, a potem zabrać ze sobą oślizgły, glutowaty i lekko zwykle niebieskawo-zielonkawy, wiecie się znaczy tak bardziej połyskliwie morski, w końcu fason trzyma Wrona, organ mocy ze sobą?
No nic. Nie można było wnikać, a i czasu nie było na dalsze dywagacje… a raczej czas były, ale nie po tej stronie mocy co trzeba, dlatego nocą ponownie ktoś się zakradł do sypialni Chatki Wiedźmy. Zresztą przy jej całkowitym poparciu, a i wszelkimi sposobami zaczął wzrost nowego narządu w Wiedźmie torować… Na początku nic się nie działo. Jak spała tak spała, co było tym dziwne, że zwyke motylich ćmy skrzydeł uderzenie dwa kilometry stąd, stawiało ją na nogi… a raczej na półdupki. Tym razem jednak spała. Na brzuchu, śliniąc się, ale na szczęście nie kryjąc dziurek nosa. Cokolwiek tam wpychali, w pewnym momencie to już Chochel pozwolił sobie na różnorakie eskperymenty, straszne doprawdy, ale wiecie cel miał uświęcić nawet TO… i w końcu, nim jutrzenka, u której ubłagał Pan Tealight opóźnienie wschodu, zabłysła, coś zaczęło się kręcić. Sam czubek nosa lekko poczerwieniał… gdzieś w głębi wiedźmiego, nakrytego kołderką w gwiazdeczki, ciała, coś zabłysło, może i radioaktywnie. Coś zamruczało, coś obudziło się do życia, a i wyraziście urwało nici snu innym…
I w końcu Wiedźma Wrona Pożarta kichnęła i znowu czas ruszył do przodu. Bo czyż tak naprawdę możecie powiedzieć, macie czelność wybrać, co jest w życiu ważne, niezbędne, a co nie?”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Zdobycz” – … po prostu mocna. Niesamowita. Może i oczywista miejscami, szczególnie dla starszego, doświadczonego czytelniczo, czytelnika, ale i tak porusza. Dogłębnie, tak jakoś do końca, na zawsze pozostawia nie w pełni pewnym tego, że jest jakiś świat, owa Kraina Mlekiem i Miodem Płynąca… jakiś czas dla naszych bohaterów, w którym będą mogli po prostu, po ludzku… żyć?
Bo przecież nie można wciąż uciekać, nie na zawsze…
Nasi bohaterowie umykają pogoni. Biedni, zmęczeni heperzy w końcu dostają się do miejsca szczęśliwego, jednak czy na pewno? I czy na zawsze? Czy ludzie tak naprawdę wciąż jeszcze istnieją… a raczej heperzy. I czy są odpowiedzi na ową całą masę pytań, które mają Gene i Sissy?
Boję się, że cokolwiek powiem, będzie nazbyt wiele, ale tak naprawdę sami poczujecie od początku, że coś jest nie tak, że coś tutaj nie gra, źle dźwięczy, zwyczjanie nie można inaczej. Ale owo odczucie będzie niczym z tym, co odkryją nasi bohaterowie. I, biorąc pod uwagę, że to nie ostatni tom trylogii, wiecie już, że będzie ciąg dalszy… ale nawet mimo owcyh wiadomych wiecie, że jest tutaj tak wiele tajemnic, tak wiele sprzecznych, tak wiele, że nie możecie się oderwać. Nawet jak akcja się uspokaja, coś w was wciąż pozostaje naprężone, wciąż czeka na jakieś zło, stare lub nowe… a może takie, które zawsze było obok? Znajome, a przez to jeszcze bardziej potworne?
Bardzo dobra powieść. Trzyma w napięciu jak tom pierwszy, nie pozwala się oderwać, zmusza do przeczytania wszystkiego jednym ciągiem. Może i oferuje więcej młodszemu czytelnikowi, takiemu, który nie przeczytał jeszcze połowy świata, ale i ten co przeczytał znajdzie tutaj coś dla siebie… opowieść o człowieczeństwie, czy raczej… no cóż, heperzeństwie?
Nie mogę się doczekać trzeciego tomu!!!
Zapadam się w ciszę po wietrzności i tak kołysząc się ponad lekko już golaskowymi drzew szczytami, ponad skałami wybarwionymi w szarości, różowości i żółcienie… ponad miejscami pełnymi czewonych jagódek, owocków i innych tam cudów, z których serio większości jeść nie można, ale spora część smakuje nie do końca wiekuiście… Ponad tym wszystkim. Gdybym tak kopnęła się wyżej, mogłabym popatrzeć na całą Wyspę z góry, ale po co mi to? Po co sięgać aż tak daleko? Po kiego na dodatek narażać swoją wrodzoną alergię na wszelakie wysokości, właściwie zaczynające się już wtedy, gdy staję na palcach… po co? Lepiej siedzieć tutaj, na powierzchni, unosić się tylko tak, że coś smyra pod paszką, albo w okolicach… NIE! Nie tam!!! Lepiej wciąż mieć ją blisko, wiecie w przypadku upadku, jednak nie lecieć nazbyt długo i nie przebijać się przez skotłowane chmury… taka wilgoć w starych kościach może seri namieszać. Nie ma co, jednak jestem stworzeniem lądowym, które co prada ubi, kocha, uwielbia chłoszczący ją po udach wiater, ale bez przesady… no a na wodzie wiadomo. Panuje ino Król Womit!!! Zawsze pragnący rozstać się ze mną z jak najbardziej szalonym pluśnięciem…
Nie trzeba mi…
Nie trzeba mi i tego i tamtego.
Nie no, pewno, że lubię być dopieszczana, ale chyba łatwa jestem w zadowolaniu siebie samej. Znaczy łatwo mnie zadowolić. Tylko czy nie nazbyt łatwo? Czy za każdym ochłapem polecę jako ot takie bidulkowe dziecko, co to je nauczono nawet za kupkę w papierku dziękować? A całkiem prawdopodobne… polecę i podziękuję, a już, taka jestem!!! Wyspie też przecież ni tunelu nie trzeba, ni kurna nowego meczetu, ona chce tylko tego, by jej nie niszczyć, nie śmiecić, by się nią i z nią bawić… by szanować i kochać, a i by jednakowosz jakoś te jej humorki znosić. A co. Wie przecież dobrze, że je ma. Żeby ją chwalić, mówić jej że piękna jest, jedyna i niesamowita, a i w tych kolorach jej tak do skał i brzegowej linii, no i serio zeszczuplała… Nie potrzebne jej diamentowe kolczyki, czy torebka od Coco, czy innego tam czegoś z labelowej linii, wybaczcie, ale się nie znam na owych najmodniejszych… ja jak Wyspa, chcę tylko tego…
Tego by wiało i padało, by woda była czysta, kwiatki na łące rosły… a i łażąc po trawniku deptać możnabyło stokrotki i mleczyki. Róż rosnących dziwnie zwyczajnie, ot tak przy ścianie, albo przy płocie, no i innych badylków. Drzew i poszumów liściowych, owocków i warzywek… motylków, pszczółek, a nawet tych pająków, chociaż serio z respektowaniem sfer… dom to moja sfera, dwór dla was!!! By pory roku były no takie normalne i śnieg bywał na święta. I żeby można było pisać „christmas”, a nie kurna wciąż zważać na czyjeś obrażone uczucia… Ogólnie mówiąc współczesność chyba ma coś nie tak z tymi uczuciami. Słabe są chyba? No bo jeśli tak wszystko je obraża, to serio, ale czy naprawdę są to uczucia, czy jednak wyłącznie jakieś otoczki, pianki, ot z pajęczynek stworzone szatki, całkiem jednorazowe całkiem?
Znaczy się gdy na Wyspie…
Widzicie i u nas usunęli biedne świnki z menu w szkole. Serio tego nie rozumiem. Ktoś powinien się sprawą zająć, bo przecież taka świnka, co to chce być zjedzona, a w szkole jej nie chcą, by razi te religijne uczucia, co nie? No to, czy taka świnka nie ma prawa, by oskarżyć ludzi o dyskryminację? Przecież w jej religijnej opowieści może być coś o niebie poprzez żołądek człowieka? A zabraniając jej żołądka, można jej odebrać cud wiecznego życia, czyż nie? Takie to okrutne. W swojej leśnej świątyni taka świnka tyje sobie, hoduje się bezstresowo, cudna taka, bzyka się gdy chce, je co chce w błotku sobie ryje, na widoki piękne spogląda, a i gości czasem ma. Ktoś jej zaśpiewa, ktoś inny marchewki doniesie, a inny ktoś opowieść zarzuci… Bo wiecie, u nas są kościoły, ale dziwne takie. Jedne ostatnio stały się ścianką wspinaczkową, inne znowu, pewno ludzie tam jacyś czasem bywają, ale… chyba tylko na śluby, więc dlaczego zabierają mięsko?
No mamy kilka owych kościołów, co wyglądają jak kościoły, jakieś 10 może powiedzmy? Ale nie bój boja, są też inne. Zwykłe domy tymczasowo z racji braku laku w funkcji świątynnej. Nie krzyczą, nie wołają, ot stoją sobie, a potem ktoś zdejmuje napisik, ktoś zmienia kożka, ktoś się wyprowadza i znowu można tam mieszkać. Jak z pozostałościami po kolejkach. Kiedyś bilety, teraz w kuchni tłuką kotlety!!! Z krówki. Można mówić, że ot cywilizacja, przemijanie, że ewolucja, że kurna nic nie stoi w miejscu… ale spróbujcie powiedzieć nie.
Wyzywam was!!!
Bo widzicie Wyspa innowierców nie toleruje. Wyznajesz Wyspę, a nie coś innego.




