Pan Tealight i Mysiakrólcia…

„Tiurlu tiurlu tirrrllli tiurlu… niosło się ponad ogałacanymi polami. Wielki, pomarańczowy fryzjer o buczącym nawyku żywieniowym ciął, młócił, przewracał i dymił. Szalał i tańczył, a potem przechodził w swój uległy, równy bzyczący, powłóczysty a jednak zryw… który zostawiał równe, puste ścieżki między kłosami. Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież to tylko zwykłe koszenie, kombajn, przyczepa, czary mary, klocki na rżysku, wałki na ostrych wspomnieniach o zbożach…

Tiurlu tiurlu tirrrllli tiurlu…

W powietrzu unosi się pyłek przedchlebowy, oraz dziwna cisza, jakby oczekiwanie na coś… innego, większego, bardziej wzniosłego. Coś, jakby wszelaka niemożliwość w końcu miała zabrać się do roboty. I coś zdziałać…

Tiurlu tiurlu tirrrllli tiurlu…

Do cholery jasnej, o co chodzi z tym tiurlureniem? Jakiś pastuszek niereformowany zaiwania na piszczałce, we flecik sobie posuwnie dmucha… a może jednak ktoś właśnie coś wystrugał i postanowił zwyczajnie zmienić swoje życie? A może jednak to tylko wynik, no wiecie, owej letniej diety… no zdarza się no!!!

Gdybyście odważyli się pójść za głosem… za owym dźwiękiem, dziwnie wkraczającym do waszego szpiku i na stałe przekształcającym w coś innego to, co jest waszym szkieletem… myślami, marzeniami… żaden tam zen, po prostu coś, co całkiem jest nie wasze. Gdybyście się odważyli, zarzucili umiejętność słuchania, oślepli, a nawet przestali czuć… Gdybyście… może wtedy zobaczylibyście kopmpletnie gołą Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki, siedzącą gołą na gołym moście i grającą na wydłubanej z gałązki fujareczce dla umykających z pola myszy…

Ale wiecie, lepiej nie gdybyjcie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5038

Z cyklu przeczytane: „Kogo śmierć nie sięgnie” – … o rany!!! Czasem się zastanawiam, czy w końcu ktoś jej – autorki – nie dorwie, no i gdzieś jej nie schowa. Porwie i na zawsze ukryje, bo gdy się ją czyta, to sorry, ale przy jej umiejętnościach pisania wszystko inne to marność…

Czytam wszystko, co napisała. Kochał nie tylko jej umiejętność opowiadania, przeskakiwania od pory roku do człowieka, potem z powrotem, zgrabnie wiążąc to w całkiem odrębną, a jednak pasującądo ram opowieść. Opisując wszystko tak, że nie tylko jesteśmy kawałkiem tej historii, ale i czujemy jej wszelkie aromaty, a gdy spada nam łeb na stronach, to w rzeczywistości nie czujemy wyłącznie smerania na karku. I ta niejednolinijność narracji, a zarazem jednolinijność głównej myśli, jaką jest postępek człowieczy…

Możnaby pisać peany na temat warsztatu Hilary Mantel, ale po co? Lepiej ją czytać, a tym razem zapraza nas do Francji, byśmy zaobserowali upadek monarchii oczami trzech nietypowych bohaterów. Trzech chłopców, którzy stają się mężczyznami… a może jednak chodzi tylko o Francję? O upadek, brak peanów na temat Marii Antoniny, brak wytłumaczeń, historię widzianą z całkiem nowej strony… a może historię, której my damy pierwszeństwo, bo w końcu tym jest głównie pisanie Mantel – wyborem czytelnika kogo obstawić w roli głównego bohatera. Może nie człowieka, a świat?

Wybitne pisanie i niesamowita opowieść.

IMG_7480 (2)

Wieje i pada…

Niby media już tydzień temu oznajmiły, że lato się kończy, że od 24go nastąpi jesień, chyba niewielu wierzyło, że tak będzie naprawdę. I mieli rację. Znaczy mieli ją do wczoraj, gdy mimo lekkiego zachmurzenia było dość parno, ale dziś… Dziś wieje wiaterek chłodniejszy, którego nie da się już nazwać azaliż tylko bryzą, niebo lekko zawalone ciężką stalowością… czasem popada, ale też czasem słonko ziewnie zza zachmurzenia, wkurzy się na zakrywanie mu oblicza i wybiegnie powrzeszczeć: patrzcie, patrzcie, patrzcie tu jestem! Ale się mi świecą… I robi się cieplej. A potem od nowa, chmurka, wiaterek, miły chłód i moje osobiste oczekiwanie na zimę. No, na razie na jesień, niech Wam będzie. Może i deszczową, chociaż i tak będę poszukiwać kolorów, bo to, co wyprawiają liście na Wyspie jesienią jest… NIESAMOWITE. Znaczy latem i wiosną też, a już zimą po prostu każe się kłaść na ziemi i całować kamienie, które wypuściła ze swego wnętrza…

Oj pewno, że jestem niereformowalna. Ale wcale się nie obrażam, jak się mnie tak nazywa!!! Nic na to nie poradzę, że kocham ten kawałek świata. Nawet jeżeli kopie mnie wietrzną piętą w dupsko i popędza na zakrętach, albo lekko łupie pod czerepem spadkiem ciśnienia… Tia, to na pewno jakiś rodzaj zapatrzenia, czy innej klątwy, ale co tam! Niech się dzieje wola Wyspy, nosz ten co się sprzeciwia nigdy nie będzie czysty!!!

A teraz, gdy wszystko jest już spokojniejsze, gdy pozamykane szkoły ograniczyły dziecięce radosności tylko do kilku miejsc na Wyspie, można znowu, tak po prostu usiąść na skałach i patrzeć w horyzont. Założę się, że Horyzont robił to samo, aż w końcu coś mu wpadło w oko i wiecie, tak zostało. Na pewno była to noga Komara Olbrzyma, ale się nie martwcie, nie jest tak źle, w końcu to była ta zapasowa noga!!! A dlaczego nagle o komarach? Bo ostatnio, gdy się budzę, siedzą mi na syzbie wielkie takie, ekshibicjonistycznie przyklejone podwoziem ku mojemu widokowi i dziwnie się czuję. Nie wiem, czy je odpędzać, czy się gapić, nie wiem, co zrobić… a może one się domagają ode mnie jakiegoś głębszego zainteresowania? Ale piórkiem je, czy batem? W końcu przecież są z drugiej strony okna!!! Z całkiem drugiej strony, tej zewnętrznej!!!

IMG_1724

Wrzosami się zaczyna…

Zaczęły kwitnąć wcześniej. Niektóre takie malutkie, świeże, młodziutkie, ot kilka wrzosowch kuleczek na cienkim, krótkim patyczku, choineczki zdobione wszelaką kwietnością. Najfajniejsze są na skałach. Robiące właściwie za wszelaką lesistość, może niską, ale jednak. Bujne są takie, przyczepiają się do granitu, chociaż mógłbyś przyrzec, że się nie da, ale one wynajdują mikroskopijną grudkę ziemi i żyją, karmią się i rosną. Bo co innego mogą zrobić? W końcu są takie piękne. Puchate główki na różowych, fioletowych i niebieskich skałach, ale najbardziej wciąż mnie czarują te przytulone do szerokich, kwarcowych wychodni. Tyle piękna na tak małej Wyspie. Tyle zachwytów, gdy tylko zdecydujesz się wsadzić nos między trawy, gałęzie i kamyczki.

Może i nie ma jeszcze pełni barw, ale zagłębiając się w leśną lesistość od razy włażą człowiekowi w oczy – poza pajęczynami, no taki okres – owe plamki żółcieni i czerwieni. Zaskakujące i czarowne. Takie niespodziewane. Za każdym razem tak samo zapierające dech w piersiach, jak te gigantyczne statki, które wpływają do portu w Gudhjem. Nosz przecież w jaki sposób to się trzyma na wodzie, no w jaki, no wiem przecież w jaki, a jednak… w jaki?!!! A na dodatek niektóre z tych łodzi, statków, pływających kreacji i ogólnie mówiąc wszelkich się unoszących powierzchni… są tak bardzo zaskakujące. Ufryzowane niczym panny na wydaniu, niektóre przywożą tylko ludzi, na chwilę, na moment, niektóre przypłynęły z zaskakującym ładunkiem. Na przykład… wina. Niektóre wyczesane w kosmos, burżujskie i w ogóle, a inne znowu lekko zwyczajne, co i tak nie zmienia tego, że wzbudzają zainteresowanie, niczym owe stare auta codziennie używane, by podjechać po cukier do spożywczego.

Bo przecież tutaj droga nie oznacza wyłącznie szosy, ale i ścieżkę rowerową, i podniebną, a i wodną oczywiście. Bujającą… dla mnie zawsze związaną z aviomarinem. Wciąż jeszcze planuję tą podróż dookoła Wyspy i pewno w tym sezonie znowu odłożę ją do szuflady z napisem: marzenia do spełnienia. No wiecie, czasem dobrze mieć taką szufladkę pełną. I tyle…

Czasem to wystarczy!

IMG_1742

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mysiakrólcia… została wyłączona

Pan Tealight i Ksienciunio…

„Dziwny był taki… przystojny może, jak ktoś lubi blond opalony typ w okolicach trzydziestkipiątki, w którego ruchach obecna jest jakaś dziwna niezborność, muskulature ma jakąś taką dziwnie zbyt delikatnie idealną, napiętą… Wiecie koszula rozchełstana, włosy trochę za długie, na brwi opadające, przed czterdziestką raczej… Jak ktoś lubi, to proszę, Wiedźma Wrona Pożarta nie lubiła, ale przy omdlałych wszelkich żeńskich i niektórych męskich osobnikach Białego Domostwa no musiała faceta wysłuchać. Chociaż przez dłuższą chwilę zastanawiała się, czy jednak mu nie przypierdolić, tak wiecie dla własnej sposobności i zdrowotności własnego umysłu, ale jakoś tak nie mogła… błędy w wychowaniu wychodzą, jak nic!!!

– Trzasnąłem drzwiami. No w końcu każdy do tego dojrzewa, że rodzice to już nadto, że trzeba być dorosłym i odpowiedzialnym. Zresztą, jestem już w takim wieku, w którym chyba można. Jestem dorosły, więc trzasnałem drzwiami… ale okazało się, że gdy są to drzwi od zamku, to nie jest tak łatwo. Znaczy bez urazy, w końcu walnęły, ale raczej dlatego, że oddźwierny, który w ramionach dzierżył swój Pieniek Odosobnienia, upuścił go sobie na nogę. Wielkie mamy drzwi w zamku. Ciężki i nietrzaskliwe. Dobrze, że nie wyłaziłem tą bardziej wielką bramą, tam jest opuszczana krata… to wszystko tutaj jest takie niebezpieczne, wciąż ktoś cię śledzi, wyżera ci żarcie z kubeczka, nawet moje płatki z orzeszkami próbują… Nie masz swobody, żadnej, a w prezencie kupują ci samochód w złym kolorze! No jak tak można?
Jak!!!???

Gdy przeszedł do użalania się nad tym, że zamiast wanny z bąbelkami dostał basen z falami, Wiedźma Wrona spojrzała z wyrzutem… tym Wyrzutem w oczach na Pana Tealighta i wyprowadziła pięknego prawego sierpowego. A może był to prosty? Kto to tam wie… wszyscy zapatrzeni w, podobno atrakcyjną, zewnętrzność Ksienciunia jęknęli, niektórzy omdleli, a ona… dmuchała na swoje malutkie paliczki…

Widzicie, czasem nawet Matka Spowiedniczka może mieć dość!!! A ona przecież nie miałą sowjego Miecza Prawdy przy sobie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7017 (2)

Z cyklu przeczytane: „Córka zjadaczki grzechów” – … czasem tak jest. Czasem tak jest, że główna bohaterka schodzi na dalszy plan dla czytelnika i coś innego staje się najważniejsze w tej historii. Dla mnie tym właśnie jest ta powieść. Nie nią, dziewczyną, która dotykiem sprowadza śmeirć, ale Zjadaczką Grzechów.

Nie sięgnęłam po tę powieśc dla czytania o miłości, ni dla opowieści o królach, królowych i ich rządzeniach. Zapragnęłam poznać dziwny świat, w którym grzechy się zjada, by zmarły mógł dostąpić wiecznego życia – czy czegoś w ten deseń, a otrzymałam… więcej. Opowieść o istotności religii, o potrzebie religii, ale i o wielkim kłamstwie, którego nie można rozpatrywać jednostronnie. Które nie do końca może być… złem.

O ludziach, którzy twierdzą, że bez ich przywódcach świat zginie i o dziwnej dziewczynie, która zabija.

Powieść nie jest potężna, ale w owych miejscach pomiędzy miłością i pewnym zapatrzeniem, których nie ma wiele i na szczęście autorka nie wkracza w szczegóły skupiając się na emocjach, powala. Powala życiem naszej bohaterki sprzed tego życia. Sprzed bycia wcieleniem córki bogów. Sprzed komnat, strojów i każdego, kto tak bardzo boi się jej dotknąć. Sprzed poznania prawdy o hostorii jej świata i tego, który ma zostać jej mężem. Sprzed kompletnej dorosłości. Może i wciąż zastanawiam się w jaki sposób spowiadano zmarłych, by dokładnie oddać ich grzechy Zjadaczce, ale co ja tam wiem… Sama Zjadaczka mnie zszokowała, onieśmieliła, ale i zafascynowała. Zjadać cudze grzechy pod postacią dokładnie grzechom przypisanych potraw… jakież to pośmiertnie ekshibicjonistyczne? Jakże może powstrzymywać przed… grzeszeniem, ale… co jest grzechem, a co koniecznością, wyborem? Co z bezmyślnością, a chwianiem się pomiędzy mniejszym a większym złem?

Niepozorna powieść, ale warta zajrzenia do środka. Nawet jeżeli wkurza Was narracja w pierwszej osobie, warto się przełamać.

IMG_2221

Bizony…

To chyba był 2012? Chyba tak. Najpierw przywieziono ich siedem. Ot takie tam stadko, które w zamkniętym terytorium, aczkolwiek wiecie, zamkniętym bardziej dla ludzi i dla ich bezpieczeństwo, w rzeczywistości będącycm sporym kawałkiem Almindingen… żyją. I to żyją chyba nieźle, bo już latem 2013 pojawił się pierwszy maluch, potem kolejny i kolejny. Co prawda w tym roku jedna z samic niestety zakończyła swój żywot, ale nadal stadko trzyma się dobrze. I nadal nie zobaczyłam na żywca żadnego. Nie no… pewno, że nie siedzę w tamtej części lasu dniem i nocą, po prostu tam zaglądam, jak wielu z nas, spacerując, chłonąc zielenie, bawiąc się lesistością, która najczęściej jest w tym samym wieku co ja… Nie oszukujmy się, w owym bizonowaniu nie chodzi o ludzi, których przesrzega się przed zbliżaniem, głaskaniem i ogólnym petowaniem dużych, włochatych krówek, ale o sam las. Bo u nas las jest ważny. Przywrócony po trupach, dzięki jednemu człowiekowi… żyjący, niesamowity, frywolnie miejscami jakby od linijki sadzony, by potem gdzieś tam, gdzieś na zakręci drogi powyginać się tak, jakby któryś z trolli miał inny stosunek do ukształtowania terenu i wstroju jego domostwa.

Czy zazdroszczę innym spotkań? Nie wiem. Po prostu mam marzenie… zobaczyć bizona w swojej dziczy. Może i nie dziczy pradawnego lasu, ale raczej środowiskowości przywróconej, ale jednak. Bo widzicie, ja jakoś nie do końca wierzę, dopóki nie zobaczę. Wciąż nie wiem, czy żyrafy, słonie i wieloryby to prawda. A już kosmosy to w ogóle. Aczkolwiek bez przesady, tam nie mam ochoty lecieć z aparatem!!! Nic z tego, za mało drzew!!!

Czasem mi się wydaje, że te bizony to takie marzenia Wyspy. Te niespełnione, których Wyspa jest świadoma, ale wiecie, jak już je ma, znaczy owe marzenia, to spoko, z wprowadzeniem ich w rzeczywistość można spokojnie poczekać. Nie ma boja!!! Przecież nie uciekną!!! A bez marzeń to kiepsko się żyje. Z ich spełnionymi konsekwencjami też nie zawsze doskonale, więc… niech sobie będą. I cieszą tym, że są. A jeśli chodzi o dowody żywotności owych największych ssaków, to no wiecie, omal nie wdepnęłam wczoraj w taką kupę, że chyba serio, jak nie słonia to, to na pewno bizona. No i te furzano-wełniane skrawki na gałązkach. Muszą tam być, no muszą!!!

IMG_7512

Maliny w lesie.

„Która więcej malin zbierze…” ha ha ha, a podobno to obecna cywilizacja wprowadziła horror do literatury. Serio? Ludzie! Czytajcie więcej, ale nie tylko to, co dopiero napisano. Tak mi się jakoś przypomniało na widok dwóch dyndających nieco prowokacyjnie malinek z krzaczka. Lichego krzaczka, ot leśna, dzika chudzinka, której jakoś udało się przetrwać w rowie. Piękne takie, dziwnie bardziej różowe, niż ciemne i ciężkie, do jakich człek jest przyzwyczajony. Jakoś na jeżyny tutaj łatwiej wpaść niż w maliny… więc je zjadłam. Przyznaję, że je je zjadłam powoli bardzo, z dziwną rozkoszą nie tylko w ustach, bo widzicie… one smakowały tak, jak kiedyś. Jak owe wyprawy do lasu, gdy gubiło się lalkę pośród wysokich krzaczków jagód, gdy jadło się kanapki siedząc na pieńki i podpatrywało msze lasy. Gdy jakoś tak żyło się wolniej mimo wstawania rano, wszelkiego zabiegania dorosłych, jakoś tak wolniej… bardziej, a może i głębiej. No, szczególnie jak się do człowieka i jego kanapi mrówki dobrały!!! Usz, jak takie bestie potrafią użreć w język!!! No dobra, nie przebiją tych domowych łakomczuchów, chociaż… czasem się zastanawiam, czy to nie zależy od tego, w co człowiek gryzą.

Co nie?

A te dwie malinki? Ale to była całkiem inna rozkosz. Coś, jakby pożeranie płatków dzikiej róży, ale w malinowym aromacie. Może i cukrozne były przez Podziemny Lud, może i obsikiwane przez żubrobizony… a może, kurcze może świat malinowy właśnie tak powienien smakować?

Może?

Jakoś tak… gdy depcze się Wyspę, gdy spacerkiem, może i trochę szybkim, może i dziwnie dziecięco radosnym, może i… podrygującym, spokojnie niespokojnym, wciąż zawracającym z drogi, potem wybierającym inną, a potem znowu całkiem rezygunjącym z tego co łatw, ubite i tak dalej; no więc jak się tak idzie, to wszystko to dookoła gromadzi dziwne myśli, namiętności i wszelaką odpoczynkowość. A na dodatek to powietrze, te wdechy i wydechy, te powiewy i sikania pod pniem. No wiecie, dzicz, co nie? Jakoś tak wraca się do korzeni bardziej dosłownie.

IMG_4988 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ksienciunio… została wyłączona

Pan Tealight i Cycki w wodzie…

„Już są.

Przybyły!!! Wyłoniły się z grobowców, spomiędzy pomniczków, wieńców, kwiatków i płatków, lampeczek, zniczy i świeczuszek… maleńkich figurek zamyślonych aniołków, z których niektóre wyglądają, jakby akurat sikały, czy kupę waliły… spomiędzy skrzydeł i wszelkiej poszumności. One… dowód na upiększanie cielesnych. Dowód na próżność, wątpliwości, koszmary chorób, albo tylko dziwny kaprys.

Cycki.

Widzicie, cały problem w tym, że gdy są tylko i wyłącznie dążeniem do zaburzeń ludzkiej grawitacji, to… nie chcą umierać! Nie chcą. Nie czują się tak stare, zniszczone, znoszone, albo wyżyte! Nie chcą odchodzić w ziemię i czekać na owo ustalenie się z naturą, które nidy nie nadejdzie, więc… uciekają. Uciekają z całunów, trumien i wszelkich skórnych pojemności. Umykają tylko sobie znanymi sposobami, bo pragną życia. Życia dalszego, codzienności po śmierci… ale, na owych łonowych halach produkcyjnych ktoś im opowiedział o Wyspie. O ciemności, która nie jest ciemnością, o jasności, w której niewiele jest światła i… tam można normalnie umrzeć, a potem przekształcić się w całkiem inny, morski, byt.

Dlatego teraz Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki unikała tak bardzo morza. Bardzo, bardzo, bardzo… przerażały ją cycki w wodzie. I na nic zdało się tłumaczenie różnic między meduzami a chełbiami, między parzydełkami, a umartymi nielotami. Na nic się zdały mądre definicje, na nic!!! Bała się i już. Nie chciała wleźć do wody, pociła się w suchej nabrzeżności i zmyślała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0232 (2)

Z cyklu przeczytane: „Cesarzowa Cixi” – … dziwne. Dziwne jest to, że nie potrafię do końca zrozumieć podbojów, nawracania innych na religię i cywilizację. Nie potrafię. Mogę to wytłumaczyć, ale nic poza tym. Dziwne…

Sięgając po ten przyjemnie grubiutki tom oczekiwałam opowieści o kobiecie. O włądczyni z okresu przełomów. O damie z Chin. Nałożnicy, matce przyszłego cesarza… a dostałam opowieść o Chinach. O polityce, przemianach, o świecie trochę z bajki. Historyczną rozprawę, w której jakby przez przypadek pojawia się Cixi. Na chwilę, na moment. Tutaj przybyła, tu urodziła, tu siedziała za złotą zasłoną… ale kim była? Co czuła, czego pragnęła, jak żyła. Przepraszam, ale po takim tytule oczekiwała opowieści o kobiecie. O innych kobietach, o żeńskich Chinach! A przeczytałam opowieść wciągającą, ale taką historia jest zawsze. Lekko rozrzuconą, dziwnie nieusystematyzowaną, chociaż skupioną w chronologicznych rozdziałach, wciąż wybiegającą w przyszłość…

Oto rozprawa o epoce przejścia… w której nie ma miejsca na cesarzową. Skupiającą się wyłączni na mężczyznach, nadmiernie naukową może… a może autorce nie starczało odwagi, by zebrać garść teorii, porównać życie maluczkich, podobnych, by tchnąć w słowa, w fakty, odrobinę życia. By pozwolić przeszłości stać się bardziej ludzką?

Nie. Bez urazy, jako powieść historyczna może ten tom wielu uradować, ale jako historia cesarzowej Cixi… jest w niej za mało głównej bohaterki. Z drugiej strony, czy chwyciłabym po tę powieśc, gdyby ktoś zatytułował ją inaczej? Hmmm…

IMG_7838

Wandmandy

No są. Jeszcze ich nie widziałam, jeszcze w nie nie wpadłam, ale podobno już są. Pływające implanty. Myśli sobie człowiek – znaczy kobieta, wiecie – że weźmie jedną i się jej raźność w cyckach poprawi, ale jak tu tak, tak zwyczajnie wziąć coś takiego? Tak po prostu wsadzić sobie żyjątko? No i przecież serio większość z nas nie chce mieć większych cycków!!! Ale głupio tak wandmandy marnować. No głupio… mówią, że one są serio już całkiem zdechłe te chełbie morskie, ale im nie wierzę. Za bardzo ruchliwe są… Mówią też, że nie parzą, czy nie gryzą, czy w ogóle są galaretkami, wiecie takie wodne żelki miśki, ale też im nie wierzę. Nie mogę, nie umiem. Przerażają mnie!!! Unoszą się nie do końca przejrzyste, dziwnie krwawo poznaczone, jakieś takie anatomicznie ekshibicjonistyczne, no nie mogę z nimi. Ni pływać, ni je macać… nie mogę.

Właściwie, to na Wyspie nie ma wiele spraw, których się trzeba przecież bać. Zwierzęta to zwierzęta, czasem się zdarzy coś gryzącego, czy parzącego, ale bz przesady, bardziej przerażają niektórzy turyści! Hihihihi!!! Mamy żubry teraz, ale to głupcem by trzeba być, by się im podkładać. A cała reszta… no można się bać ciemności, bo tutaj prawdziwa ciemność istnieje, czasem tylko pogłębiana dziwną choineczką światełek na granicach morskości… Można się bać natury, wiatru, jakiejś takiej przytłaczającej oddychalności. Można się i bać oczywiście owej niesamowitej pustki, cudownie rozluźniającej, pięknej i bogatej, która pozwala wszystkim odpocząć, ale podobno niektórych prowadzi na granice depresji, ale poza tym, chyba tylko podatków! A te mamy ogromne i szalone, jakbyśmy mieli spłacić cały dług ekologiczny reszty świata… więc dlaczego tak bardzo przerażają mnie chełbie morskie, no?

Wyglądają czasem, jak takie nie do końca potępione dusze. Jakby Casperowi ktoś dodał kilogramów, lekko go zżelatynował i wiecie, uformował w cycek. No sorry, ale ów implantowy aspekt sam się narzuca. Narzuca, gryzie człowieka w piętę, chwyta za przyrodzenie i szeroko uśmiechniętym, pełnym spiczastych ząbków ryjem, zmusza do myślenia tylko tak… Cycek. Czasem z oczami może, czasem z jakąś dziwną mazią się za nim ciągnącą, ale jednak cycek.

IMG_0507 (2)

Wonderfestiwal.

Jest. Znaczy po Wyspie chodzą ludzie z bransoletkami, gdzie niegdzie jeszcze szczerzą się plakaty, które potem ktoś zbierze i sprzątnie, bo wiecie, ordnung musi być. Festiwal. Zwykłe śpiewanie, tańce i picie, no wiecie, jak w każdym innym miejscu na świecie, chociaż… może jednak nie? Bo jeżeli nie chcesz, to możesz od owej festiwalości sobie uciec. Tak po prostu w las, czy nad morze. Gdzie chcesz, między skały, czy do domu i tylko listonosz wręczając ci rano pocztę dłonią z gumową otoczką na nadgarstku, trochę ci o tym przypomni. Jeżeli nie chcesz, możesz uciec od tłoku i hałasu… i wiecie co? Strasznie to fajne, bo ja nie jestem imprezowa. Nie dla mnie plastikowe kubki z piwem i namioty pod rogrzanym nieboskłonem, bo to podobno ostatnie wrzące dni tego lata, więc słonko daje ile wlezie… A ja nadal tęsknie za zimą. Siedzę w cieniu i wsłuchuję się w kombajnową zwyczajność. Potem przejdę się po rżysku łkając nad umartymi bławatkami i makami i już… oto moja rozrywka. Wiecie, każdy w końcu inny jest i to jest fajne!!!

A TUTAJ zdjęcia.

A zwykły człowiek, co się nie pisał na wybryki i tańce, co serio chce po robocie odpocząć, powoli zauważa, że cały ten ukrop jednak nie pozwolił trawce wyrosnąć, że róże dziwnie zakwitły w tym roku dwa razy, a nie ciągiem… i że jesień, to chyba idzie, ale serio, pierun wie kiedy dojdzie no. Ciekawego jakiego Jesień wibratora używa, że tak powoli jej to idzie. A co? Seksualność też jest na Wyspie i to w różnym wieku, wiecie, jak komu wystanie, tak się komu dostanie! Jeśli ptaszki mogą, to czemu ludzie nie? No a jeśli inne zwierzątka, to czemu nie Wyspa sama?

Wyspa leniwieje. Serio… po tym całym nalocie lipcowym, sierpień powoli zbliżający się ku swojemu krańcowi, leniwieje. Spałaby tylko i serio miała wszystko gdzieś, znaczy w jaskiniach, skałach i klifach. No i w tych zabawnie wygiętych pniach! Wiecie, te takie z dziurką! Widzieliście? Nie? Nigdy? Serio?

Przyznajcie się!!! Ha ha ha!

IMG_9629 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Cycki w wodzie… została wyłączona

Pan Tealight i Szkoła dla Kopciuchów…

„Świat domagał się takiej uczelni od dawna, a przynajmniej tak wydawało się Księżniczkom Niechcianym, bezdziewiczym, bezwieżowym, bezsmoczym, mocno potworowym, ogólnie mówiąc za starym… Patrząc na to, co działo się na świecie, chciały coś zrobić. Może i Wiedźmy z Pieca nie były zainteresowane, ani Kółko Żon Dobrych, ale nie przeszkadzały. W końcu potem, gdy już się im noga na wysokim stopniu i w wysoki obcas obuta podwinie, będzie się można pośmiać…

A wszystko oczywiście przez Sindrellę. Znowu ktoś je, wciąż marzące, koronowane i długowłose – choć w pożyczonych kłakach – zapomniał odciąć od mediów i dopadły ekranizacji zwyczajowego Kopciuszka. Opowieści o bardzo uległej i pokornej, gotowej na swojego Wieloodcieniowego Greja Księcia dziewczynce… która to najpierw się podkłada, a potem się dziwi, że ją wszyscy biją. Oczywiście, na końcu pani walcząca o dobro soich upośledzonych córek obrywa, chociaż akurat dostaje Arcyksięcia, więc może nie będzie  z nią tak źle… no mniejsza, chodzi o to, że opowieści o Kopciuszku – Królowej Dziewicy Niepokalanej Dobroci Boskości – ich Bogi, znaczy Bodze… bardzo była przez nie widziana jednostronnie. Bo Sindrella to kwintesencja zwyczajowego Kopciuszko nieSapiens. Najbardziej podnóżkowej, zawsze mówiącej: to moja wina… wiecie, takiej Wiedźmy Wrony Pożartej ino blond, lepiej odzianej i szczuplejszej… no i mającej tą Matkę odKrzestną!!! Jeżeli o nią chodzi, to Ptaszydłu Wronie trafiła się taka, co przyszła na imprezę podobno ukradła wszystkie lepsze zabawki, a potem zwyczajnie olałą sprawę… ale przecież Mała wtedy Wiedźma nie miała na to wpływu, więc…

Szkoła?

Tak, planują założyć szkołę, na razie zaś rozpoczęły się zajęcia z: wzmaciania osobowości, walk wręcz z mopem i makgajwerowskiej umiejętności oddzielania maku od soli, czy grochu od soczewicy. Bo przecież… trzeba. Bo w końcu należy zmusić facetów, by byli Kopciuszkami. Bo równowaga w naturze musi być!!!

Zapisy prowadzone są w Białym Domostwie w godzinach porannych i tych rannych mocniej, w łubkach i bandażach. Prosimy nie przychodzić w balowych sukniach, a na stopach mieć ino obuwie sportowe! Szklane pantofelki powodują nadmierną smrodliwość odnóży!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8151

Z cyklu przeczytane: „Szczurynki” – … zaufanie. Oj tak. Moje zaufanie do tej autorki zmusiło mnie do kupienia owej niewielkiej książeczki. I wiecie co… dobrze mieć takie zaufanie, bo książka…

NIESAMOWITA!!!

Niewielki tomik, ot miniaturka, piękna twarda okładka, śliczne wydanie, kremowy papier i drobne, zabawne i zarazem uroczo wzruszające ryciny… no nie można się nie uśmiechnąć, a potem zaczyna się czytać i już człowiek ryczy jak dziki. Ryczy i przez autorkę i przez Tłumaczkę! I chociaż dotąd nie spoglądał na szczury w mocno uroczy, mało przerażony i raczej zawsze niewrzaskliwy sposób, to jednak… może zmienić zdanie. Bo Olga opowiada o sobie i szczurach, o sobie i swojej rodzinie i o szczurach. A opowiada w taki sposób, że czyta się ją pierunem, a potem wraca, zapisuje cytaty i żegną męża słowami: mój Ty Pasiuku!!!

To po prostu przerwa w życiorysie, polecana wszystkim zestresowanym w różnym wieku, niekoniecznie tym, którzy znają powieść Olgi „Rok Szczura”. Tym, którzy mają zwierzątka i zastanawiają się nad ich posiadaniem, tym, którzy się ich boją i tym, którzy się nimi cicho fascynują – lub głośnie. Tym, którzy się boją też!!! Bo śmiech to zdrowie!!! A śmiech z zadziorną w żartach inteligencją… to po prostu rzadka w dzisiejszym świecie sprawa.

IMG_7837

Drzewa…

Idziesz o tej porze roku na spacer i nie musisz brać kanapek, ni owoców, ni czegoś tam do pobudzenia cielesności. Tylko flaszka wody i tuptasz. Oj pewno, że kilometr, czy naście, wymagają jakiejś przegryzki po drodze, więc co? Szukasz drzew. Na przykład dzikich jabłonek, chociaż te jeszcze nie do końca są dojrzałe. Lepsze są czereśnie i śliwki! Ale są smaczne!!! No mówię Wam. Siedzi człowiek i pędzluje gałązkę po gałązce, potem wracając do domu w kieszeni ma jeszcze dwie gruszki. Na potem. Na jutro, do pracy, czy czas po pracy. Zwyczajnie… a może tak jak kiedyś? Bo w naszych lasach, tak młodych, tak bardzo wywalczonych z codzienności, rosną i drzewa owocowe. W większości samosiejki, wysrańce wronie i takie tam. Przesmaczne, bo dzikie, nie wiązane, nie tłamszone, dzikie i spragnione przytulasa i docenienia tego, co zrodziły. Czyli powiedzienia: dziękuję, ale Ty jesteś smaczna moja droga! A jakie masz piękne gałązki!!!

Nie oszukujmy się, jedzenie nie pachnie, nie smakuje i ogólnie mówiąc nie jest takie, jak kiedyś. I sorry, nie znaczy to, że człowiek się zmienił. Raczej o to, że otłuszczona kura nie jest już dostępna na zwykłym straganie. U cioci na wsi, jajka już nie smakują jak kiedyś, a jagody są dziwną rekomplikacją genetyczną, która nie wie co robi w tej szerokości geograficznej. Na szczęście są jeszcze dziko rosnące drzewa. Zapomniane, traktowane prawie jak trujące! Na szczęście mamy turystów z Polski, którzy jeszcze pamiętają, że czereśnie, czy śliwki należy zjeść. I robią to. Wiecie jaka to radocha zobaczyć umorusanych sokiem, uśmiechniętych ludzi… takie to… NORMALNE.

Sezon powoli się kończy, znaczy wiecie, ten najbardziej intensywny – więc niektózy już podsumowywują lato. I wychodzi na to, że ludzi przez Wyspę przeleciało wielu. Rowerami, samochodami, autokarami, czy na piechotę. Ale, przecież jeszcze nie koniec, co nie?

IMG_7846

Wieje

Fale konkurują ze sobą o to, która wyżej rypnie. O skały rozbijają się z takimi pióropuszami, że aż coś się człowiekowi w żołądku kotłuje. Wszystko się trzęsie. Dziwna moc o aromacie wodorostów w solance wtłacza się w płuca i rozpycha. Kropelki w powietrzu nie tylko walczą z kremami antysłonecznymi, ale przede wszystkim z wszelkim smutkiem. Bo jakoś tak, fale i iwatry czyszczą wszystko wszystkim, nie bacząc na status politycznych, społeczny, czy ogólnie mówiąc finansowy… Po prostu widzą człowieka, który może boi się, ale oderwać ślepi od morskości nie może… i biorą go w swoje posiadanie. Bo mogą. No i ogólnie mówiąc, poza waleniem w skały, skakaniu coraz wyżej i rozbryzgiwaniu się nie mają przecież nic innego do pracy!

Ale jednak gdy wieje i jednocześnie świeci słonko błąkając się po błękitnym niebie, bo wiecie, jak nie ma chmurek, to kurna nie wiadomo gdzie się płynie, toczy, czy cokolwiek tam? A w dół się gapić na tych roznegliżaowanych ludziów, to raczej nie przystoi. Ale jednak, gdy wieje, morskość zachwyca kolorami. Tą bielą aż gryzącą pod czaszką, owym granatem… niebieskim prusackim i ultramaryną w plamkach, owymi przebłyskami zielonkwawości i szmaragdów, turkusów i pierun wie czego jeszcze. Zółcieni, gdzieś z głębi wód wydostającej się. Podświetlonej od dołu, dziwnie wytrwale dążącej do góry. By ją zobaczyli, by ja dostrzegli, by ją poznali… I te kanarkowości, no i ten dziwny, lekko niewyobrażalny ton turkusu. Bliższy nie niebieskościom, a zieleni. Ale jednak zieleni tak rzadkiej, sporadycznej, niespotykanej, ze mrugasz oczami, by się upewnić… ale jest tam. Bo Wyspa jest kolorami, zapachami, uniesieniami… po prostu wszystkim, co możliwe by zmysły zmacać. Zwyczajnie i niezwyczajnie. Definicyjnie i oczywiście niedefinicyjnie. Jest taką masą bukietów uniesień, że człowiek nawet nie baczy na alergie!!!

IMG_7893

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szkoła dla Kopciuchów… została wyłączona

Pan Tealight i Pierwsze zbiory…

„No trzeba było w końcu zacząć. Pan Tealight miał już szczerze dość upierdliwości Wiedźmy Wrony Pożartej, robiącej ryj w podkówkę i jęczącej, że nie sięga!!! Tosz przecież, no jak można być tak nieużytecznie niskim no? Zaprawdę Wam powiadam, może i łatwiej jej się chować i pełzać, ale do śliwek nie dosięgnie!!!

Dlatego od tygodnia pochód wyprowadzający rzeczoną niską wyglądał tak: Chochel – chochlik pisarski Wiedźmy Wrony, udający, że nie ma nic wspólnego z ogonem, co się za nim ciągnie, ona sama – cykająca, otoczona misiami, Pan Tealight z Ojeblikiem, teleskopową drabinką i stadkiem Wróżek Zaplemniczonych i dwa koszyczki na łapkach, których pazury pomalowano na jadowite kolory. Tak jadowite, że wyżerały dziury w cemencie. Gdy Wiedźma Ptaszydło stawała pod drzewem, drabina stawała obok niej, a Pan Tealight – nie bacząc na swój status Przedwiecznego, ni na łatwo zaciągalną, wełnianą cielesność, właził na drzewo i zrywał dla „damy” czeresienki i śliwki, jabłuszka wczesne i gruszeczki soczyste. A potem li… azaliż niby owe nenufary jej darował… w końcu ile można spoglądać z uśmiechem na podskakującą kobietę w średnim wieku z wielką, niebieską torbą i miśkiem? No dobra, długo można, ale serio… wiecie, no raczej nie wypada. Przedwiecznemu na pewno nie…

I jak długo można było wysłuchiwać Wiedźmy Wrony Jęczącej?

Zauważalnie wkradała się na Wyspę Jesień. Wkradała się chyba tylnymi drzwiami, może i oczekiwana przez lubościwie traktujących chłodniejsze klimaty, ale jednak przecież jeszcze nieoczekiwana.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9476

Z cyklu przeczytane: „Skradzione morderstwo” – … pierwszy tom. Tak, pierwszy tom był słabszy! Naprawdę. Niby bohater wiadomo, z problemami jak to u inspektorów wskazane, do tego z traumą, ale jednak powieść była „tylko” bardzo dobra. A to… kontynuacja serii o inspektorze McLeanie… jest niesamowita!

Tym razem, w wydarzeniach jednocześnie sprzed i po tomie pierwszym, fabuła mota nami jak kłębkiem wełny w kocich łapach. Tutaj wbije szpilkę, tu przerazi, tutaj z niedowierzaniem wyjęczymy: ale jak to, naprawdę? Sprawa Gwiazdkowego Zabójcy jest przecież tą, która zmieniła w życiu inspektora wszystko. Tylko, czy to możliwe, że Gwiazdkowy Zabójca wciąż żyje?

Przecież widział, jak go pochowali…

Autor śmiało bawi się linią chronologiczną, rzuca w nas oderwanymi obrazami, sprawia, że raz się uśmiechamy, potem znowu płaczemy, aż w końcu nagle zaczynamy lubić i doceniać poboczne postacie, których nie znosiliśmy. W końcu też bardziej rozumiemy samego głównego bohatera, bo wszystkie te śledztwa, których jest i tym razem elelementem, jakoś zdają się odmalowywać właśnie jego osobę. No i wątek metafizyczny… ksęga, dziwny zakon… Wiecie, wydaje się, że tego wszystkiego jest tak wiele, ale wszystko dość stonowane, nie przytłaczające głównego wątku, raczej tworzące ową linię opadającą na obrazie Mony Lisy… intryguje. Powieść wciąga, mami, wkurza, zmusza nas do okrzyky: ale to niesprawiedliwe, a potem… czaruje. I chcemy wierzyć w sprawiedliwość i wymiary prawa, w ową angielskość, szczęście, a otem, nagle opadamy w zimny nurt fal i wątpimy. We wszystko.

IMG_6927

Powoli wszystko przekwita i kwitnie w jednym momencie. Z jednej strony czarne, maleńkie czereśniowe uśmiechy, z drugiej jeszcze wciąż zielonkawe jabłuszka. I liście… gdy spojrzeć przez liść w słońce, nagle zaczynasz rozumieć, że kurna wegetarianie się mylą! Rośliny nie tylko wiedzą, czują i przytłaczają inteligencją…

… one nas widzą!!!

No dobra, może wciąż jeszcze nazbyt Wyspę przygrzewa, więc człowiek dziwnie myśli, ale jednak przytulając się do pnia, czy kąpiąc w trawach, nie możesz pomyśleć inaczej… Ta cała różnorodność, ten zapach, niczym cząstka przeszłości, dziwna stała od pokoleń. Albo same wodorosty… może i po ostatniej burzy i lekkich falach trochę przegnało je w głąb morza, ale wciąż je czuć. I oddychasz mocniej i znowu, jakoś tak starasz się wymienić w sobie każdą tlenowść na ową pachnącą inaczej… tak, zapach na Wyspie jest ważny. Informujący i uzależniający. Tylko, czemu samym zapachem nie da się żyć? Szkoda, co nie? Bo przecież wydaje się być tak sycący… wodorosty, leśne poszycie, trawy, zboża złocące się w promieniach słońca, no i ten dziwny, zimowy podwiew.

Ech…

Tupta sobie człowiek dzielnie Wyspą. Po prawej turyści, po lewej domki, dziwnie nieruchome, dziwnie pozamykane, jakby naprawdę nikt tutaj nie mieszkał. Pewno, że rozumiem ową potrzebę ucieczki od sezonowego natłoku ludzi, pewnie, że czuję to obciążenie skał i ścieżek, ale jednak… muszę wyjść. Poudawać znowu turystę. Bo czas płynie i już niedługo znowu przyjdzie jesień. Miejmy nadzieję, że kolorowa i niesamowita, szepcząca, szeleszcząca, opowiadająca historie wiosny i lata. Może i czekam przez cały rok na zimę, bo jest na Wyspie niesamowitą, ale jednak jesień też kocham. Bo wtedy wszystko jest możliwe. Kompletnie wszystko. I nigdy nie udaje mi się owej pełności dobrze odmalować, opisać, sfotografować. Zatrzymać na cały rok… te kolory, odcienie, te widoczne i niewidoczne. Bo wiecie, pamięć ludzka jest zawodna.

Bardzo…

IMG_6936

Czekam na wyprzedaże.

A pewno. W końcu nie oszukujmy się, na wiele suwenirów mnie nie stać, a wyprzedaż to zawsze wyprzedaż. I prezenty można już przemyśleć pod choinkę. Bo chociaż może i kilka sklepów otworzy swe podwoje na tydzień w okolicach grudnia, to nie oszukujmy się, nie ułapicie już wtedy tego, co się Wam najbardziej podoba. Nic z tego. Dlatego uwielbiam wyprzedaże na Wyspie. I to nie tylko ja. Większość ze zwyczajowych Mieszkaczy robi to samo. Usz, bidulki z nas, ale widać potrącono nam za takie widoki, co nie? Wcale się nie dziwię. W końcu nie można mieć wszystkiego, a może można? NIe wiem… chyba mam braki w wykształceniu w tym rejonie.

Leniwiejąc (czytaj pracując) przed komputerem, gdy mimo braku telewizji, radia i gazet, jakoś nadmiar cywilizacji wkracza w moją duszę, czekam aż będę mogła to wszystko rzucić i pójść w las. Albo w łąkę, czy na skały. Oj tak, chyba jednak na skały. Wietrzenie odkryło kilka fajnych, domagajacych się zdjęć żył kwarcu. Pięknych, bielszych od bieli, szklistych miejscami… jakby w końcu Podziemny Lud przeczyścił okna i zrzucił z nich zasłonki. A może tylko w końcu dociągnęli tam w Podwyspie prąd i zapalili światła? Kto ich wie, ale nie opieram się podglądactwu! Kłądę się na skałach, modlę o mały i niewinny całkiem atak robali na moje bielizny wystające spod portek, na moje inne cząstki nieocienionego ciała i zaglądam w Podwyspie. A tam imprezka!!! Widać są już po żniwach, czy coś? Tylko czy żniwa mają wyłącznie na Wyspie, czy zbierają też coś z jej wnętrza? A może są tam jakieś fajne grzybki? No serio, popatrzcie na tego gościa z długą brodą, kiwającego się w fotelu zaraz pod skałkowym okienkiem. No to, co on ma w tym kubeczku, to musi być ze wszech miar organicznie… mocne! Trzeba przemyśleć jakiś handelek z Podziemnym Ludem, bo wiecie, trzeba się od czasu do czasu wzmocnić w różnych rejonach umysłowej niecielesności. Może daliby się skłonić na jakąś wymianę, ale czego mogą potrzebować oni? Podziemni i magiczni?

Odczepiam się od kryształowego okna, podskakując na jednej nodze staram się wyperswadować robalom podróż dalej na mojej cielesności. No nie wykupili biletów, a te małe karneciki na wiekuiste jeżdżenie nie wydają mi się być aktualnymi! Ale cóż… oto czas robalowy. Oto czas traw się płożących, żółkniejących, oto czas przedjesieni.

IMG_6934 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pierwsze zbiory… została wyłączona

Pan Tealight i Potwory w lesie…

„Najpierw wybiegła z ciemnej, nieszumiącej lesistości mała dziewczynka w krótkim, czerwonym kombinezoniku. Blondyneczka, krótki rękawek, umorusana czekoladą – chyba? – buzia. Loczki się jej majtały dookoła takiej kruchej czaszki… nie krzyczała. Dziwne, ale dopiero chwilę po niej, na schody prowadzące w dół, potykając się, dotarł wysoki, młody mężczyzna. Bardzo prawdopodobnie, że ojciec, zaraz za nim i pewno matka. Ona wciąż jeszcze obdarzona nadmiarem tkanki tłuszczowej, on dziwnie wysportowany, obcy i nagły, obcięty na jeża, niezbyt pasujący i do lasu i do małej dziewczynki o czekoladowym, niemym krzyku… Do tego strachu ich otulającego, do owego zaskoczenia i przerwanego, sobotniego spaceru. A może nie? Może jednak naprawdę widzieli potwora?

Wszystko to działo się na niewielkim wzniesieniu przy Rynienkowym Jeziorze, ot kilkadziesiąt drewnianych stopni w górę, gdy nie będziesz uważał, pewno w dół zjedziesz szybciej, nie licząc… na brak bólu w kości ogonowej. Ale… co sprawiło, że owa dziwna rodzinka tak szybko uciekła z owej pustej lesistości wzgórza? Co ich wygnało ze spokojności? Co sprawiło, że przestali patrzeć na wielkie mrowiska, szukać chłodu między wysokimi sosnami, stąpać po igliwiu i szyszkach? Szukać twarzy w dziwnie ukształtowanych pniach i załamaniach gałęzi?

Oczywiście…

Wiedźma Wrona Pożarta, która ślepo wlazłszy w szerokopasmówkę mrówczego się w pracy zapamiątania, cykała zdjęcia do czasu… aż poczuła ugryzienie. Najpierw jedno gdzieś przy karku, potem między cyckami, a potem już tylko skakała i rozbierała się odstawiają solówkę z Jeziora Łabędziego dla przytytych brzydkich kaczątków! Widać było dla rodziny turystów było to aż nadto! Nie dziwota, mrówki też spieprzały ochrzaniać swoich nadzorców i bodygardów, za to, że nie dopilnowali, że dały się skusić omamieniem nagminnego natręctwa, by więcej, by częściej, by szybciej… bo przecież zima idzie, czyż nie? No idzie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8589 (2)

Las…

Majestat, zwykła dzikość i mrówki. Wiecie, ostatnio wciąż natykam się na mrówcze kopce. Wielkie bestie w nich, które oczywiście, gdy robisz zdjęcia, całkiem sprawnie, i kompletnie niewidoczne na czarnych ciuchach, włażą na ciebie, nie baczą na wszelaką wstydliwość i pakują się pod bieliznę! Nosz kuchnia, zerow prywatności! Ja rozumiem, iż pewno zima wielka się zbliża i zwyczajnie wyglądam dla nich jak coś, co zapewni żywność kopcowi przez zimę, ale serio? Od razu tak do intymnego pożycia? Od razu tak, a chociaż kurcze pierścionek, no wiecie, rozmowa chociaż… nie, od razu cię żrą. Wot i prawda zawarta w naturze… one nie baczą na to, czyś chrześcijanin, czy redemptorysta, czy bramin… one od razu cię żrą, bo wiedzą, że żarcie to przetrwanie. Ech! Może i warto brać z nich przykład i przestać zwyczajnie wybrzydzać i marudzić? No wiecie, nie tylko na jedzenie. Przenośnia taka. Wiem, że może i wiecie, ale ostatnio nikt nie zrozumiał mnie, gdy napisałam, że gwiazdy spadają, od razu poprawili, że meteoryty… kurna, ech!!!

Dlatego lepiej iść do lasu.

Bo w lesie, gdzie owa najniższa połąć lesistości właściwie nie istnieje, gdzie wilekie szyszki przypominają robaczki nieruchaczki, gdzie ścieżka pełna jest sadzonek tegorocznych, milusich, puchatych iglaczków… gdzie widziałam dziś i papierzaka i czarny prawie czarny jak noc, czarna noc, mech. I gaworzyły ptaszki i rosła sobie czerwona stodoła kryta słomą. Piękna taka. Dziwnie ostra w barwach, zaskakująca nie tylko porastającą ją kompanią paproci, ale i niewielkich brzózek i sosenek. Do tego oczywiście zapajęczynione okna. Mogą być takie piękne. Dobra, przerażają mnie pająki, ale ich domki na mchach, na słomie, czy pomiędzy lekko rdzewiejącymi elementami, urzeka mnie. To połączenie delikatności i łatwości niszczenia tak cudownej architektury, oraz czegoś dziwnie trwałego, twardego jak zawiasy, metalowe części okucia, czy też okienne szyby, ściany… to taka wielka metafora życia. Ogromna.

Las potrafi sprowadzić człowieka na ziemię. Chociaż gapisz się wciąż w górę podziwiając pocięte gałązkami błękitności, oraz lekko drżysz, bo w oddali chyba słychać grzmoty… czujesz, że wszystko nagle się układa. Bo zapominamy, że jesteśmy częścią tego świata. Teh gleby, tych robali, no i pni. One rozumieją. I za cholerę nie oceniają! A nawet jeżeli, to zachowują to dla siebie, bo chyba wiedzą, jak współczesny świat gotowy zawsze powidzieć coś durnego i niemiłego… boli.

IMG_8592

Jezioro

A w środku lesistości, chociaż może i najpierw była lesistość, a może najpierw był ono… bynajmniej jest jezioro. Długie i niesamowite. A w nim przekwitające lilie. Jakoś nigdy nie widziałam ich w ym momencie. Nie ma już mięsistych, różowych liści, nie ma lekko łososiowych, białawych, nie ma kwiatów. Są liście zielone i żółte na dziwnie szmaragdowo-granatowej wodzie. Nieruchomej, lekko zmęczonej, bo przecież wciąż upał… a jednak wciąż czekanie na deszcz, a przecież grzmi, ciemnieje prawa strona nieboskłonu… W dziwnie rynnowej przestrzeni wilgotności, pełnej na brzegach wciąż jeszcze wzrastających, niedojrzałych pałek wodnych i tych zeszłorocznych, dziwnie rozwiązle traktujących swoją puchatą patyczkowość, no szuwarów innych, słomianych i jeszcze tych no, wiecie, co koszyki robią… wiklin. Aż korci człowieka zebrać trochę, no i popleść sobie coś do domu. Może i płot? Fajne są takie małe płotki! Może w końcu psy sąsiada przestałyby mi sikać na ukochaną choinkę?

Jedno, czego serio nie brakuje dookoła jeziora, to ludzie. Ludzie z kanapkami i tacy z wypasionymi koszykami piknikowymi. Przyznaję, że ino misia Jogi brak. A miałby chłopak łatwo! Bo ludzie rozleniwieni sobotą – jakoś tylko ja zapomniałam, że dziś jakieś święto! Może i inni mają wolne? A moze to tylko sobota i dookoła tego jeziorka zawsze jest ktoś, kto coś żuje? Ale… no dobra, serio nie do końca rozumiem wyjazd w przyrodę, by tylko coś zjeść na ławce. Serio!!! Rozumiem spacer, długi i daleki, ale ino siadanie i jedzenie, nie. Ciekawe dlaczego tego nie rozumiem? Potrafię wytłumaczyć, ale nie rozumiem. To dla mnie zwyczajnie nudne, ale tutaj u nas to trochę taki sport narodowy. Jedzenie. Ono po prostu musi być! Bez jedzenia nie ma zabawy!

W jeziorze kołyszą się podarte i wymęczone szczątki niegdyś pysznych lilii. Wciąż piękne. Poruszające nawet. Niczym zapomniane rzeźby, zapomniane wypryski sztuki, które serio nie wierzą w to, że ktoś jeszcze je doceni. A może to tylko alieni? Wiecie, goście z kosmosu, którzy zapomnieli wrócić do siebie? Tak zaczepili się gdzieś w okolicach dna i se stoją. W rzeczywistości serio się ino unoszą… i mogłyby, ale nie chce im się iść. Gdziekolwiek. Może lubią patrzeć na tych objadających się ludzi? Może zakładają się który z nich zakrztusi się dziś ogryzkiem jabłka, obleje kawą, albo wywali kanapkę, bo jest z wędliną, a on chciał z pomidorem?

IMG_8584

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Potwory w lesie… została wyłączona

Pan Tealight i Gwiazdki Zwolnione…

„Ból.

Pojawia się nagle, dziwnie niespodziewany, chociaż przecież przyjęta pozycja powinna była dać im wcześniej sygnał? Ale jak myśleć o czymś tak przyziemnym jak ciało, gdy patrzy się w gwiazdy? Jak stać, gdy wszystko dookoła zdaje się wirować, upuszczać niczym ten Grześ, co przez wieś szedł, jakieś pojedyncze ziarna, a one… lekko dymiąc, widać uciekają, aż im się ogony palą, uciekają od niego.

Tylko gdzie?

Gdzie biegną i czym są. Perseidy, czy nie, gwiazdy upadłe, efekt sprzątania nieboskłonów, a może tylko wyprzedaż? Może w rzeczywistości imprezka jakaś, śmieci, ryż rzucany nowym małżonkom, kwietne płatki? Albo po prostu ktoś w końcu potwierdził to, że cały świat jest wyłącznie paradą marionetek i… zabrał się za obcinanie sznureczków? Bo przecież nie jest to normalne. Może jedna, błąkająca się, z zapomnianym biletem miesięcznym, bez mapy, GPSów i innych cudactw gwiazda siejąca sie na ziemi to jedno, ale to wszystko? To serio nie jest normalne. I jeszcze Wiedźma Wrona Pożarta… może i zachwycona, a może tylko udaje? Bo dziwnie lękliwa jest, przerażona, stara się trzymać bólu karku, nie jak inni, nie uciekając od niego, ale zatapiając się w nim, szukając tego, co bezpieczne, prawdziwe i znajome… Inaczej niż Pan Tealight, który dziwnie wygląda „wpatrzony” w niebo nad Chatką Wiedźmy. Szara figura z mocno wyodrębnionymi ramionami i nogami z tułowia i głową, a jednak bez widocznych oczu, rysów twarzy, nosa czy ust… a jednak widać, że patrzy i widzi. I ściska w dłoniach wielką, błękitno-zielonkawą donicę, wypełnioną ziemią i lekko zeschniętą krowią kupą… gotową na ziarenko.

A Ojeblik – mała, ucięta główka, która po ostatniej kąpieli w pokrzywach nadal jest obolała, przytoczona została na taczce, do której dziwnym trafem zmieścili się też inni mieszkańcy Białego Domostwa. Leżąc marzyła oczywiście o deszczu lukrowanych meteorytów, tudzież dwugłowym księciu, co przybędzie na takim rozbłyszczonym ogonie… albo może… jednak o czymś miękciejszym pod czaszką, bo leżenie na kościstych kolanach jednej z wiedźm, wcale nie było przyjemne! Chochel miał gwiazdy gdzieś i merdał sobie w gaciach – sorry, ale w trawniku ostatnio roiło się od małych, czarnych i dziwnie perweryjnych mrówek… to nie jego wina!!!

Wszyscy byli wpatrzeni, na czele z Chowańcem Wiedźmy… w niebo. Nie wiedzą o koszmarze zwolnień w sektorze niebieskim.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6929

Z cyklu przeczytane: „Płomień” – … koniec. Nie oczukujmy się, tak czy tak, mimo wszelkiego zrozumienia, czy religijności, naukowości, czy zwykłego zatopienia się w codzienności… boimy się śmierci. Umierania, bólu, inności, nieegzystencji. Normalne. Dlatego sięgamy po powieści opowiadające o… końcu życia i taką, jedną z nich, jest właśnie drugi tom serii Giny Damico.

Lekka, miła, humorystyczna, ale też mocno zderzająca nastoletnią – młodą nastoletniość – z życiem dorosłych. Urzekająca dopracowanym światem, ale lekko wstrząsająca pewną prostotą, rozwiązaniem problemu nadpobudliwych dzieci. No i… tym razem i lekko, ale serio lekko, romantyczna! Przede wszystkim to opowieść o pragnieniu… a raczej o zrozumieniu, że to co mówili o pragnieniu ratowania swojego ukochanego świata, naprawdę istnieje. Bo chociaż młodzi starają się nie słuchać starszych, ech te pierniki!!! to jednak z czasem zderzają się z ową specyfoczną miłością do domu – który niekoniecznie jest miejscem, w którym przyszło się na świat, mieszkało z rodzicami… No i są jeszcze kosy, bo to przecież opowieść o Zbieraczach i Zabijaczach. Tych, którzy pakują nasze dusze i pozwalają im spokojnie przejść do PoŻycia, które… jest całkiem cool!

Nasza bohaterka może jest młoda, trochę naiwna i niezborna, ale jednak przeszła już tyle – śmierć siostry, pierwsza miłość – że ma o co walczyć. Ona już wie po co żyć i po co umierać. Na dodatek obdarzona specyficzną mocą Potępiania… widzicie, nic nie jest tutaj łatwe no! Głupio tak być tylko zbierającym dusze, a nie mogącym przypierdolić mordercy! No jak byście się sami czuli? Pomyślcie? Czy wina nie powinna się łączyć z karą? Czy nie tego chce Zaraz – nader czarny charakter, ale spoko, są i czarniejsze coś mi się zdaje…

Miła czytanka. Może nie porywająca, ale na pewno nieźle kołująca światem młodszych nastolatków. A z powodu pewnych tematów, może i starsi powinni po nią sięgnąć? Jeżeli tak, to zacznijcie od tomu pierwszego – „Zgon”!

IMG_7833

Perseidy?

Właśnie się dowiedziałam, że „perse” znaczy „ass”, no i jakoś nie umiem na niebo spojrzeć. Sorry miśki! No nie umiem. Zauważyliście, jak nazwy dziwnie zmieniają nasze postrzeganie? Ktoś nazwiezdrowe myślenie, tudziez inny punkt widzenia brakiem tolerancji, co samo w sobie jest sprzeczne z definicją tolerancji, bo przecież oznacza to nie jedno, a wiele punktów widzenia i zezwolenie na nie… ale padnie słowo nietolerancyjny i nagle patrzysz, czy zjadasz dość marchewki, bo przecież jak ino jadłeś białą kapustę i białą fasolę, to nie problemem są wyziewy dookoła Ciebie, ale właśnie… kolor. Buahahaaaaaaa!!! Nawet biedny Leo di Caprio oberwał. Podobno umawiał się ze zbyt wielką ilością białych, długonogich i długowłosych blondynek! Znaczy rasista, co nie? Bo przeciez myślenie i perwersyjne preferencje nie istenieją. Nie może być tak, że lubisz ino biały chleb! Żesz muszą być parytety!!! Czyli nie możesz już woleć blondynek!!! O zgrozo, ino blondynki bzykałeś? Nosz nie ma dla Ciebie miejsca w tym świecie… a co, jak niektóre były farbowane?

Nie oszukujmy się, na Wyspie też ludziom odbija. Niektórzy wprost skaczą w objęciach swoich dziwacznych, może nawet religijnych stanów ideaologicznych. Bo jak pisałam kiedyś, religii, poza pogaństwem, byciem szczęśliwym i uduchowionym, no i zwykłego narodowego kościoła, nie ma nic. Ni pielgrzymek, poza turystami starszymi z Niemiec, ale tym wystarczą lody i rower – oj widziałam słodką rowerową wycieczkę seniorów! Ale byli fajni, nie macie pojęcia!!! Cudowni!!! – nie ma mszy na polu, jest zapatrzenie w Wyspę, macanie kamieni, ściskanie drzew. Spokój, cisza… poza tymi, co nie myślą, którym nazbyt mózg opadł. Niektórym mocniej jednak odbija. Chcą mostów, zniszczenia, równości… przecież niemożliwej, dziwacznej, wypłat jak w Kopenhadze – idiotyczne myślenie… chcą wielkich hipermarketów, jakby nie mogli po prostu pójść do nich, jakbym nie mogli się przejechać. Nie, oni nie mogą, przecież oni chcą wszystkiego, przecież inni mają, więc zasługują i Ci, co na Wyspie. W obliczu polityki, która chce przeprowadzić wszystkich do miast i zamknąć w gettach, a dalsze części Danii sprzedać bogatym… boję się. Boję się widząc głupotę i bezmyślność. Zwyczajnie się boję, bo cóż może zrobić jednostka? Kupę? Posprzątać po sobie? A może zużywać mniej?

To robię…

Boję się… tylko to czuję, gdy spadają gwiazdy. Jakby na nieboskłonie pojawiła się lekko leniwa sprzątaczka. Leniwa i serio ślepa! Nie mam pojęcia jak przy tak wielkiej miotle tak sporadycznie coś wywala… a może OCD ma, czy coś? No wiecie, sprząta posprzątane? Tylko dlaczego czuję ten lęk? Atawistyczny taki, nie tylko pierwotny, ale sprzedany mi przez śmieciowe DNA tak dobrze, że kurna nawet nie dostałam zniżki…

IMG_7915

Znowu wróciło ciepło i jakoś tak…

… serio nikomu nic się nie chce. Ustały pętania się po ogródkach, niektórzy łapią ostatnie chwile lata, inni znowu wyjeżdżają na jakieś wakacje. A jeszcze inni po prostu oddychają i tyle. Bo czasem więcej nie można. Jakby Wyspa już poczuła zmęczenie. Jakby tak mocno napompowała jabłka, że nie może się doczekać, na to, gdy się zaczerwienią. Zresztą, ja też. Albo gapię się na moją Strażniczkę Czereśnię, która właśnie oblegana jest przez populację Walecznych Wróblisków. Ale są głośne. Ale żerte! No nie da się już znaleźć pośród liści ni czeresienki!!! Już nawet nie szpaki, kosy, czy worny… chociaż te czasem też lubią sztachnąć się owockiem, ale właśnie wróble. Ich populacja wzrosła znacząco od zeszłego roku. Jak siedzą na tranwiku, to kurde trawy nie widać! Ale… no dobra, rozumiem, że może mają problemy z testosteronem i dlatego tak ze sobą walczą, rozumiem, że może w domu ich matki, żony i kochanki wkurzają, ale serio… coby mi na taras pluć wciąż tymi pestkami! Zeżarli mi czereśnie i jeszcze mam po nich sprzątać? A brać pestki i rozsiewać gdzieś dalej! Do roboty!!!

Serio no!!!

Ale wiecie, za to nocą tutaj w niebo można popatrzeć, a niebo u nas wielkie i ciemne, znaczy się z gwiazdkami, ale jednak cudownie ciemne. Dziwnie bliskie, na wyciągnięcie ręki, a może nie tak dalekie tylko? Patrzę w nie i po raz pierwszy, bez tych całych świateł miasta, z lekkim poszumem liści za moimi plecami, w ciemności stoję i gapię się w niebo. Rozpoznaję znajome mniej lub bardziej konstelacje. Lapię spadające gwiazdy, szepczę życzenia, całkiem świadoma tego, ze nie trzeba przecież, bo te gwiazdy wiedzą. Patrzę na dziwnie znudzoną, zmęczoną czy znużoną, przyszarzałą Gwiazdę Polarną nad dachem mojej Chatki i tak serio, to już nic nie wiem. Bo wszystko jest tak bardzo pierwotne, że aż czekam, gdy mnie mamut jakiś zaatakuje. No serio, nie ma innej opcji! Aj, nadejdą może i zlodowacenia jakieś? Ach intrygujące by to było, bo mimo chłodu nocy w głowie wciąż mi coś wrze…

Może Wyspa tak naprawdę to nie tylko ziemia, a raczej skały. Wyznaczony wypustek podłoża otoczony wodą? Może w rzeczywistości jest ona czymś wydzielonym w przestrzeni większej ilości wymiarów: myśli, mowy, uczynków, zaniedbań, niebiesiech, wodności i jaskiń. Może są w niej i gwizdności, może jest i góra i dół i wszelka dookolna prawolewność? Może…

IMG_7914

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gwiazdki Zwolnione… została wyłączona

Pan Tealight i Musze Zniewolenie…

„Nie spodziewał się… zresztą kto rozumny wrzeszczy: wlazł, gdy siedzi na kiblu, niezbyt przecież wtedy gotowy, by przyjmować gości… więc nie spodziewał się, że zobaczy Wiedźmę Wronę Pożarta w takiej chwili. Lekko plumkającą dolną częścią ciała, a dokładniej wybrzuszoną środkową tylną, w otchłanie Łiszingłella, a w prawej ręcę trzymającą Morderczą Dłoń Muszej Flakowej Zagłady. No nie spodziewał się. A przecież powinien. Przecież już się nie dziwował.

Serio!!!

Nie uwierzył jej, że tylko w ten sposób jest w stanie zwabić do siebie wszelkie bzyczące, macające, bezczelnie gwałoące powierzchnie jej nagiej i odzianej cielesności, robale. Nie uwierzył w odrobinę ruchu części górnych, a potem z zawstydzeniem wydukane, że może do sałatki doda… nie uwierzył. No bez przesady, nie mógł!

A ona zrobiła co miała, słyszał jak skwapliwie i dokładnie myła ręce, a potem… w końcu opowiedziała mu o marzeniu. O stadku muszych niewolniczek, ciągnących powozy. I stadku innych, które będą wyciskać soki, sprzątać, latając w powietrzu machać skrzydełkami, na których zamontuje mikro elektrownie słoneczne, a może i wiatrowe… o planach, ale i wątpliwościach, więc zaczął się zatanawiać…

… nad krytycznym wpływem nadmiernego nasłonecznie na bardzo zimową Wiedźmę Wronę Pożartą. I robił notatki!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6939 (2)

Z cyklu przeczytane: „Trzeci grób na wprost” – … rozrywka. Tak po prostu. Pełna lekkiej magii, duchów, kostuchy i syna Szatana – nazbyt przystojnego. Odrobina seksu… wsadzania łap w figi i kryminału. Zwyczajnie zabawa…

Ale zabawa zabawna. Skrząca się codziennym dowcipem, który pozwala nie ryczeć w kułak, wielu ran, spraw wyjaśnianych i tych czekających na wyjaśnienie i jej… Może i z niej kostucha, ale jak nazywa swoje cycki, to mnie wkurza! Albo jak się jemu poddaje. Jakoś rozumiem napięcie erotyczne, ale no weźcie no… wolę Cookie i rodzinę i gliniarza i Artemis! Kocham Artemis i jej nagłe pojawienie się w opowieści daje mi nadzieję, że będzie jeszcze lepiej. Bo widzicie, ta seria – której jest już chyba z osiem tomów w oryginale – rozwija się. Pierwsze tomy były lekko denerwujące, łaskoczące wszystkim dookoła, wkurzające główną bohaterką. Ten jest inny… zaczynam ją chyba nawet lubić? No dobra, może to jednak Artemis?

Oto kryminał, a dokładniej trzecia część przygód dwudziestoparoletniej kostuchy. Światła dla zmarłych, powiązanej z synem Szatana. Zadziornej, upartej i ubogaconej w dziwne moce. Tej, której przyjaciele zawsze niezawodzą. Oto historia śledztwa, a nawet trzech śledztw, niewyjąsnionych wyjaśnionych, złych dostających w mordę i dobrych, którzy tak naprawdę nigdy nie są nagradzani. Oto miejskie fantasy, ale czy tylko? Może raczej kryminał z nadprzyrodzonym aspektem?

Serio! Można czytać! Można się bawić! I można inaczej spoglądać na innych… czasem tych, których uznajemy za rodzinę! Nie jest źle! Czekam na więcej!!!

IMG_7835 (2)

Havgus…

Jest niesamowity, gdy opada w parzący dzień. Ciężki, odbiera od razu świat rozciągający się dookoła nas. Zwyczajnie, jakby zadecydował, że go nie potrzebujemy. Nie potrebujemy drzew, pól na horyzoncie. Powoli znikają czereśnie po mojej prawej stronie i dachy kilku domków, potem cała ta mleczna chłodność rozwija się nad resztą Wyspy. Sięga do plaży, do fal i zwyczajnie pozwala poczuć się otulonym chłodną kołderką, uspokojonym, trochę jak na prochach, w bezpiecznym pomieszczeniu, gdzie nikt nas nie może zniszczyć, ukrzywdzić, gdzie wszystko jest tylko po to by nas chronić. Jakbyśmy byli w szklanej kuli. Szklanej, pełnej ciężkiej, a jednak przeczącej siłom mgły… Niby powinna nadciągać od wody, ale jak uznać co idzie od wody, a co nie, gdy jest się na Wyspie? Przecież morze jest dookoła. Może i Wyspa nie jest kolista, ale jednak… woda jest dookoła. Dlatego czy idzie od widzianej morskiej linii, czy po drodze przechodzi przez Wyspę, to wciąż to samo. Ściskam na wszelki wypadek kawałek Wyspy, bo boję się, że się w nim zgubię. W owej całej mgłowości, chłonąc zaskakujący chłód, wilgoć, czując jak nierówno powyrywane włoski na nogach nagle są jak pod wpływem „mokrej włoszki”.

Kłębi się wszystko nad powoli znikającym polem, ot już Havgus jest przy mnie. Niby mogę zrobić krok, ale po co? Zresztą i tak nic nie widać, ni nieba – poza kilkoma promieniami – ni ziemi. Ale po co mi one. Liczy się tylko chłód na spoconej skórze. Wnikający do środka, drażniący zmysły… powinniem mnie denerować, nastrajać katastroficznie, albo choć klustrofobicznie, ale tak nie jest. Jakbym po raz pierwszy czuła matczyny dotyk. Prawdziwy, naturalny i niewymuszony. Jakbym… może w końcu rozumiała, co to znaczy być człowiekiem?

A potem on odchodzi. Nagle znika. To w końcu nie jego czas, przyszedł tutaj tylko na chwilę przecież, na moment, niczym kaprys nastoletniej panny, niczym wypowiedziane na damro życzenie, niczym krótkotrwałe spełnienie, które i tak jest tut tylko po to, by uzmysłowić sobie jak bardzo człowiek siedzi głęboko w dupie…

IMG_5008

Siedzę w porcie i z góry patrzę na świat.

A mój świat taki jest maleńki. I wiecie co, cholera mnie bierze nie tylko na nadużywających spalin idiotów, na pacanów, którzy z wyspaionego auta, udowanidając swoją WYŻSZĄ kulturę – wywalają papierki… na wszystkich, którzy niszczą moją Wyspę. W głowie cały czas mi się kołaczą rzeczy, jakie mogłabym zrobić owym bezmyślnym cymbałom niebrzmiącym, ale… cóż, co zrobić? Gonić wariata? Zderzyć się z idiotą? Czy podnieść papierek? Wkurzające jest to, gdy wychowano cię w poszanowaniu nie tylko cudzej pracy, ale i wszelakiego porządku dookolnego, no i oczywiscie szacunku dla pożywienia. Nie umiem wyrzucić jedzenia, na szczęście są ptaki, można je zakopać i tak dalej, ale nadepnąć kawałek chleba….

Czy to tylko ja? Czy potrafilibyście nadepnąć kromkę chleba? Ja nie…

Wyspa jest czasem drażliwa, czasem kapryśna i czasem marudna, wiadomo to baba. Zawsze piękna, oszałamiająca! Dla mnie to jedyny ekosystem, w którym mogę funkcjonować. Takie tam wiecie, uzależnienie. Chociaż, może w rzeczywistości wszyscy to mamy w sobie? Może niektórzy zwą to patriotyzmem, inni ojczyzną, miłością do ziemi… może w rzeczywistości to jakieś atawistyczne poczucie, pragnienie, zapomniane, nie do końca rozerwane połączneie między człowiekiem… a naturą? Nie wiem. Naprawdę. Mogę tylko powiedzieć co sama czuję. A czuję wkurw! Wielki i ogromny na hałasujących, na niszczących, na tych, którzy nie są w stanie docenić ciszy, natury i bogactwa całej dookolności!!!

Nie jestem… nie rozumiem, jak można nie zakochać się w kawce. Albo poczuć dziwnego przerażenia, gdy ona na ciebie patrzy. Bo patrzy. Tymi jasnymi ślepiami, błękitnymi wodniście, jakby każda pełna była morskości w sobie, jakby fale zafarbowały jej pióra na wszelakie odcienie granatów, lekko naznaczyły je też zielonkawościami… labradorytami? Jakby koniec i początek żywotności spotkały się w jednej, ptasiej postaci. Albo taka parka srok, które zamieszkały na drzewach przy drodze, którą chodzę. Jeszcze niezbyt bojące się ludzi, dziwnie spacerujące pomiędzy butami, podobnie jak niektóre wróblowate… Ech z nimi to serio jest ubaw. Jak się czasem zaczną lać, to pióra lecą! A dzioby krwawią! Albo bażanty, które znowu pojawiają się w ogródku. Zrzucają czasem pióra i nagle znajdujesz takie bursztynowo-złote cudo pod swomi stopami, no i świat jakiś jest nagle bardziej oszałamiający, bardziej zapierający dech w piersi…

A może serio jestem tylko dziwactwem? Tym, co oskarżają o sprzeciwianie się postępowi, bo nie ma telewizora i nie używa telefonu? Bo gapi się w książkę i szuka kamieni na plaży w kształtach dziwnych, ze skamielinami…

IMG_6908

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Musze Zniewolenie… została wyłączona

Pan Tealight i Lodzik…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki siedziała w porcie i wraz z pętającą się jej pod nogami, walczącą z lekkimi podmuchami wiatru Ojeblikiem – małą, ucięta główką – i jadła lody. Jak zwykle pochłaniała je szybciej, niż nadążały odrastać, więc nikt już nawet nie dbał o rzucanie zaklęć, by ją zająć czymś na dłużej, by nie myślała, nie gadała, by jadła tylko i spoglądała w morze i portowość. A one dwie, białe i wyniosłe, tylko na nią patrzyły. Patrzyły jak pochłania gałkę za gałką. I się nie dzieli! Podła!!! Rozgryza kryształki lodu i zamrożone owocki; patrzyły jak mlaszcze kokosowym mleczkiem, jak się oblizuje, jak powoli z papierowego pudełeczka stacza się zroszona kropelka wody… i upadając na rozgrzane kamienie robi milusie PSSSsssss… Zimne i oszałamiające nawet w tym patelniowym dźwięku.

Dwie mewy.

Jedna całkiem biała, aż nadmienrie biała, z żółtym dziobem, bokami pomarańczowym, z krwistą plamką na czubku… jakby była już po wampirzym posiłku, jakby nie chciała loda. Druga dziwnie zamroczona, bokami wciąż jeszcze opadała z niej młodzieńcza szarość… głodna jak nie wiem co! Wściekła, że lodzik bez wafelka, więc raczej nie ma co czekać, ale czka jednak. Bo może wiatr zawieje i gałeczka się stoczy na kamienie i one będą szybsze, niż lizożerna Wiedźma Wrona? Uch, to wychowanie w rozmaitej biedzie sprawia, że ta nie zważa na tak zwane brudności i po prostu bierze co swoje, co zgubione, ale i znalezione. Jakby wciąż pamiętała dni, gdy nie miała niczego poza smutkiem i wstydem… Żesz frytkami się podzieli, ale lodzikiem już nie?

Podła!!!

Ojeblik nie zwracała uwagi na mewy, chociaż włosy ma dziwnie nastroszone, pełne muszelek, tych czarniawo-błękitno-perłowych, które często można spotkać na brzegu Wyspy. Wiedziała co Wiedźma Wrona ma w jasnym pudełeczku – same wodniste sorbety… ale nie ona, oj nie, ona ma miękkość śmietanową w czekoladzie obsypaną orzeszkami, zatopioną w chrupkim wafelku! Bo gdy jest się tylko główką, to nie można przecież przytyć… więc nie musi się oszczędzać i słuchać wiedźmiego gadania, że ona tak woli… Lodzikowa Kłamczucha!!!

Ojeblik… też się nie dzieli!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9317 (2)

Z cyklu przeczytane: „Szósty patrol” – … miodzio! Po prostu. Taki powiew starego pisania, moskiewskiego ułaństwa, zawsze obecnego napitku, wszelakiej szarmanckiej niegrzeczności i magii, która wypływa z rosyjskich bajek. Bajek na których przecież wyrosłam… babć w moździeżu, dziadków i gadających pieców.

Dzienny, nocny, nowy, ostatni, zmroku, szóśty… tak, to już szósty tom. Czas płynie! I w życiu znanych bohaterów też wiele się zmieniło. Jednak tym razem, mimo powracającego Tygrysa, spotkań z Pradawnymi i Hesera z Zawulonem, wiemy, że koniec jest bliski. Że trójca Gorodeckich jest na celowniku, a po nich cały świat. Oj tak, jak najbardziej świat się ma skończyć, do cna… co jednak z tym zrobić, jak w tej sprawie miesza dziwna wampirszyca, no i… czy absolutna jest Absolutną?

Jazda bez trzymanki. Zmrok i patrole w opałach. Do tego starzy, zadziorni znajomi, mniej lub bardzie starzy, wszelkie ułomności, ale i szaleństwa magii, ale przede wszystkim… HUMOR!!! Bo widzicie, Łukjanienko jest zabawny. Z jednej strony nawiązuje do znanych faktów ze współczensej historii, czy telewizyjnych newsów. Z jednej strony rosyjskie mity i baśnie, z drugiej Hogwart dla dorosłych! Mądrzy młodzi i wciąż młodzi starzy. Po prostu… nawet w obliczu kończącego się świata!

Kocham Łukjanienkę! Niestety książka kończy się zbyt szybko, ale mogę wrócić przecież do tej opowieści ponownie. Od pierwszego tomu. A Wam polecam przeczytanie fragmentów! I sprawdzenie, czy czasem nie tego Wam w czytaniu brakuje!!!

IMG_7836

Uliczki miast w sezonie wyglądają inaczej.

Te pootwierane drzwi i okna, owe kolory nagle dziwnie bardziej aktywne, nawet szpary między cegłami uśmiechnięte, nawet lekki odrapania dookoła nich, zazielenione maleńkimi sadzonkami. Wszystko jest takie odświętne niezależnie od pory dnia… i dnia tygodnia. Niedziela nie różni się od poniedziałku, no chyba, ze traficie na te miejsca, które niedzielę mają akurat w… poniedziałek. Ale cała reszta, owe malwy, które obecnie bardziej się sieją niż kwitną, tylko gdzieś w najwyższych rejonach swoich wysokich pałek mają jakieś… pączki. I owe, wiecie, falbanki. Bo przecież jest w malwach jakaś taka dzikość, siła przetrwania – wyrastają u nas normalnie na betonie! no dobra, spomiędzy pęknięć betonowych, skalnych czy też asfaltowych – i oczywiście to coś, to coś takiego, co sprawia, że mnie onieśmielają. Sypią tymi pyłkami z owych peniskowych wnętrz, majtają spódniczkami w kolorach od białych i kremowych poprzez tak głębokie czerwienie, że aż czarniawe… Niesamowite. Jakby nie widziały ni róż, ni wielkich, powoli już przekwitających krzaków. Jakby były tutaj tylko one, zaglądające w okna, chwytające ludzi za kostki, szarpiące ostrymi, chropowatymi liśćmi. Jakby były czymś więcej niż tylko kwiatami. Jakby, wcale ich nie obchodziło to, co się dzieje dookoła nich.

Trawniki są zielonkawe, ale wymęczone upałem. Mimo burzowej nocy dwa dni temu, mimo wszelakiego padania, które to napełniło po brzegi zielonkawe pojemniki na papier, będące przy każdym domu… jakoś tak, ciepło. Jakoś tak parno i duszno, ale czasem jak człowieka bryza w porcie popieści, to niczego już człowiekowi nie brakuje. Patrzy on sobie na łódeczki, na domki kolorowe, na owe krętości wybrzeżowe, no i jakoś tak… na owe granatowości i seledynowości fal, no i błękity i niebieskości nieba, no i brak chmurek, a może jedną, rwaną taką? Patrzy człowiek i piękne to wszystko jest. Siedzi na skałach ponad portem i czuje się bożkiem. Może i mniej ważnym, może i mającym mało wyznawców, a może całkiem nawet początkującym, który sił ma tyle, co za komara, który serio z głodu odda się każdemu i nawróci nie tylko na RH minus, ale i plus!!! Jako ten bóg patrzę na skały, wystające w morza, a potem dziwnie się poduszkowo płożące tam, gdzie już mniej fal, z których powoli wynurzają się nie tylko żółtawe, lekko wymęczone trawki, ale i wrzosy! Już są wrzosy? Kwitnące? I coś, co przypomina astry? Dzikie? Hmmm? Przecież to dopiero sierpień?

A może w tym roku serio ta jesień przyjdzie szybciej? A może już jest i próbuje mi wyżreć lody z pudełeczka? Weź no, kup sobie i zostaw moje sorbetowe kokosowo-ananansowo-jabłkowe! No patrzcie, liznęła, a teraz wielce obrażona, bo lekko kwaskowe! Asz małpa z ciebie moja droga! Przecież to ino woda z soczkiem i kawałkami owocków, czegoś się spodziewała! To wciąż lato, trzeba się wcisnąć w kostium kąpielowy!!!

IMG_7842

Siedzę sobie na skałach i patrzę na owe – lekko mniej gęste – zastępy Turyścizny. Bardziej dorosłe. Nagle więcej jest Polaków i Niemców. Mniej Duńczyków, którzy wiadomo, dzieciaki do szkoły prowadzą. Mają takie same problemy jak inni rodzice, czy wybrać Elsę, czy jednak coś bardziej drapieżnego. Piórnik, czy jednak plecak, torbę, a może coś bardziej staromodnego? Bo wiecie, tak naprawdę świat wszędzie jest taki sam. Tutaj wariaci i tam wariaci, tu zwykli ludzie i tam, a znowu fanatyków religijnych to wszędzie ostatnio nasiali… Ot życie. W rzeczywistości nigdzie nie jest łatwiejsze, czy trudniejsze. Po prostu jedni kochają świat, w którym żyją, a inni szczerze go nienawidzą i się męczą. Bo z miłości, to można zamieszkać nawet tam, gdzie nie ma pizzy! Ha ha ha!!! Ale są takie widoki ze skał, morskie otchłanie, no i ta wszelaka czystość eteru.

Znajomi nękają mnie numerkami – temperaturami, które… nękają ich. Współczuję, serio serio serio!!! I gdzieś mam to, że podobno to lato! Ostatnio nas zimolubnych – z których często podejrzewam, że istnieję wyłącznie ja – zima tyż nie rozpieszcza! Ni mrozów ni śniegów! Więc kurna, co to za sprawiedliwość, co? No i jak teraz się czujecie? Guzik mi po tej waszej kłamliwej sprawiedliwości! A co! Ja chcę lodowiec i śniegu jak w pamiętnym 2010!!!

Wymęcza mnie lato, ale i fascynuje. Z jednej strony poci, ale i czaruje tymi kwiatami, gałązkami, zieleniami liści. Tymi trawkami, zbożami i cudami wiankami. Tym całym zarośnięciem, wszelaką gęstwiną. Tym, że nagle wszystko tworzy ciasne przejścia, wszystko bzyczy i jest zajęte, a teraz na dodatek się pierzy i podobnież znowu coś tam wysiaduje! A przynajmniej na naszym dachu kurcze, znowu jakieś skrzydlate uczą się tańca w chodakach. Albo i czymś gorszym. No serio, nie wiem po kiego im ta umiejętność, ale jakoś nader mocno przykładają się do lekcji! Eeee… porannych lekcji, co ja bredzę, lekcji o świtaniu! Z jednej strony jestem dumna, że mają pasję, że wiecie, tak bardzo im się to podoba, że pragną coś osiągnąć, że nie chcą tylko latać… ale częściej zwyczajnie chcę im przypier… znaczy no wiecie, opowiedzieć o takich odmianach przyjemności, które są wytwornie ciche i nie wymagają dachów, okien i ścian?

Widzicie, na Wyspie serio świat jest odrobinę inny, niż w reszcie świata. Z jednej strony możecie być bardziej sobą, ale z drugiej, głupio tak innością drapać w oczy Turyściznę, więc w okresie letnim trochę musisz z dziwaczeniem odpuścić. I chować berło i tiarę i wielką, różową suknię, w której bardzo chciałaś plewić ogródek z żółtyk kwiatków. No i wyprowadzać swojego smoka wyłącznie po ćmoku!!! A nawet… męża wyjmować trochę później z trumny… czy zamrażarki.

IMG_6915 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Lodzik… została wyłączona

Pan Tealight i Marzanna dla każdego…

„Bo widzicie, czasem trzeba… trzeba taki pomysł wziąć i się nim zająć. Trzeba taki pomysł zwyczajnie przestać międlić między uszami, przerzucać z kończyny do kończyny i jakoś tak… ucieleśnić. i dlatego powstała grupa „Marzanna dla każdego”. Właściwie, Pan Tealight podejrzewał, że Wiedźmy z Pieca chciały zarobić na dragi i nowe buty, na miotły, wyskokowe napitki i wszelaką pilnikowalność pazurów, ale pomysł sam w sobie był niesamowicie… pradawny i atawistycznie niezbędny.

A wszystko zamarło gdzieś w całkiem nieodległej przeszłości, gdy wszyscy bogowie, bóstwa i inne takie, do których się modlono, mieli jednego Skarbnika. Ów był całkiem wciąż rajcującym panem o posturze starego żeglarza, brodzie siwej i włosach długich, dziarskim i uśmiechniętym, uzbrojonym w dwa złote zęby, choć już nie najmłodszym – choć kto go tam wiedział co ma w metryce – mężczyzną. Skarbnik był perfekcjonistą, kochał swoją pracę i był z niej dumny. Dumny z pudełeczek i woreczków, torebek, katalogów i zaklęcia „przeznaczonej ofiary”, ale z czasem, no wiecie sami, z czasem już nie patrzyło się dobrze na kogoś, kto chciał złożyć w ofierze dziewicę, kota, czy nawet kurkę, owcę, przystojną wdówkę, albo… coś w ten deseń. A pieniądz, no cóż, niby było okej, choć czekolada była lepsza, albo miód i kwiaty, ale jednak… to nie to, co świeże ciało. Albo wiecie, takie lekko tylko przenoszone… dlatego zrezygnował z pracy. Zresztą bóstwa, bogowie i inne takie tam, położyły po sobie uszy, macki i jęzory i stwierdziły, ze ich czas przeminął, ale ostatnio… widzicie ostatnio zaczęły się przebudzać i…

… znowu w powietrzu rozbrzmiewały krzyki, krwiste okapywania i jęki!

A przynajmniej ich wspomnienia. I znowu z dziwnie porządnej, czystej, szlifowanej i lekko pachnącej mirrą, jaskini wyszedł Skarbnik. I udał się na herbatkę do Białego Domostwa. A tam kilka starszych i młodszych dam, które wiek miały w poważaniu, naprowadziło go na intrygujacą potrzebę, jaką wyartykułował do Pierwszej Jasnowidzki sam Wszechświat. I gdy tak sączyli jaśminową zieloną z tortem śmietankowym z jagodami, i gdy tak myśleli, rozmawiali i pogryzali miętusy, i gdy tak skończyło się jedzenie wiedzieli co muszą uczynić… bo przecież tylko pomóc może Marzanna. A z racji wspólnoty wrażeń, genów i czuć, Wiedźma Wrona Pożarta mogła byc doskonałym wzorcem ofiary… A wszystko potem się spali, popłynie i zakopie. Ofiaruje i rozkrwawi, choćby sokiem z buraków. I może jeszcze takie coś w brzuchy, co dźwięki robiło? Takie coś by było fajne!!!

Wiecznie dziewicza ofiara wielokrotnego użytku, mrucząca, krzycząca, krwawiąca i… może klątwy rzucająca?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7930

Las…

Las o tej porze roku jest ciepły. No w obliczu tych upałów, mimo wszelakiego cienia wciąż jednak wisi w nim duszność takowa. Pełna i liściasto-żywiczna. Odurzająca, spowalniająca, ale nie uspokajająca. Jakaś taka… podrywająca do działania. Budząca w końcu owe marzenia o własnym lodowcu!!! Oj tak, taki lodowiec to fajna sprawa, chcę!!! Budząca ową ruchliwość muchy w miodzie, upojną, ale i lekko fermentująca zmysły, jakby… wiedziała coś o nas, czego się tak bardzo wstydzimy, że nawet w myślach o tym ze sobą nie rozmawiamy pewni, iż jest tutaj ktoś, kto może to podsłuchać. Budząca… nie wiem, coś takiego, co sprawia, że chcesz ściągnąć z siebie skórę i po prostu, zwyczajnie wyleźć z siebie w chłód jakiś, jakikolwiek. Bo widzicie, w falach, choć przynoszących ulgę, chłodnych i gęstych od zmysłów morskich tworów, jest owych tworów ostatnio nazbyt wiele. Dookoła Wyspy pojawiły się kwitnące algi, no i wiecie, raczej już sobie nazbyt człowiek nie popływa. Zresztą, jak długo można mieć głowę pod powierzchnią, no i jakoś tak… po prostu nie powracać w powietrze jakże przytałczające. Gęstsze od milczenia, gdy nie wiesz o co wszystkim w pokoju chodzi, albo milczenie, gdy dasz ciała, nie ściagając skóry, no i oczywiście… głupio ci, czekasz, aż ktoś cię uderzy, bo tak bardzo pragniesz bólu, cielesnego cierpienia, które przytłoczy owo myślowe… a oni tylko milczą.

Las…

O tej porze roku krzaczki jagód są już mocno opędzlowane. Zeżarte owocki dawno już opuściły potwory, które je pożarły, ale grzyby wciąż pachną. Wystarczy przejść się, schylić i… no właśnie, odgłosy, to o nich miałam wspomnieć. Bo widzicie, tutaj las jest jakby nie do końca cichy. Z jednej strony wielkie jeże. Niby się człowiek do nich przyzwyczaił, a jednak jakoś tak wciąż go zaskakują te odgłowy. tutaj piernie kamienny troll, który choć spi, to wciąż trawi, a tam znowu nisseny si ganiają, no i oczywiście wszelakiej maści sarnowato-jeleniowate. Albo jaszczureczki, które są zwinne i wolą bardziej nasłonecznione miejsca, ale też i lubią przez nogi człowiekowi przemknąć. No i solsorty… one robią najwięcej hałasu. Kurcze, nie rozumiem jak takie maleńkie, czarne, pomarańczowodzióbne kolesie mogą tak hałasować. W jaki sposób robią taki zamęt niezależnie od pory dnia i zmierzchu. Czasem, gdy idę sama, a one zaczynają tańczyć wiem, jestem pewna, że siedzą za kupą zeszłorocznych liscie i sobie jajca ze mnie robią. I to sadzone!!! Bo widzicie, ja podskakuję za każdym razem, gdy one przebiegną się po gałązkach, gdy tylko zaszumią skrzydłami… gdy bekną…

IMG_6468

Pola powoli tracą swoją ciężką złocistość. Mimo, a może właśnie z powodu, dzisiejszego deszczu wiem, że jutro rano większość z nich będzie tylko rżyskiem.

Chodziliście kiedyś po rżysku – Matko Wyspo! ale ból!!! – a zbieraliście kłosy? Za czasów nieGMO można je było normalnie jeść, zgniatać w dłoniach… dziś niby też można, ale pewnym być nie możesz, czy ci potem macki nie wyrosną zamiast palców dotychczasowych. A może stawialiście snopki, co? Jakoś nigdy mi się nie udawało zrobić tego warkocza, by połączyć w grupkę kłosy, a widzieliście kosę? Baliście się jej? A może wziąż uważacie, że kombajn ma w sobie coś magicznego, coś smoczeo, a to coś co robi takie słodkie kosteczki, to zwyczajna fabryka czekolady?

Nie? Cóż, widać tylko ja mam tak zryty sufit!!! Ha ha ha!!!

Po upałach ostatnich dni serio szukam lodowca do kupienia. Kupi się jednego, a może dwa, to wiecie rozmnożą się, czy coś? No i nie będzie się samotny jeden czuł… samotny! Przytroczy się je do Wyspy, no coby nie odsunęły ich fale, i jakoś to będzie. Bo to pocenie się, to serio niedługo sprawi, że człowieki zatopią swymi wydzielinami Wyspę. I chociaż kolory na niebie są takie… jak wczoraj, owe niebieskości i ultramaryny, owe granaty, błękity, no i wszelkie blue, potem nagle zmieniające się w ciężeki, przetarte szmatką, wysokiej próby złoto… pomarańczowe środkiem, na brzegach coraz jaśniejsze, aż w końcu białe – oślepiające. A przecież słońce nie zaszło. Schowało się tylko za chmury, za wybrzeże, za domy, otaczając je poświatą, jakąś taką koroną. Jakby w końcu nadawało im… status, do jakiego powstały.

Upały upałami, oczekiwanie na jesień… jesienią, ale jakoś trzeba to przetrwać. Nawet jeżeli tak bardzo kocha się zimę. Trzeba jakoś przetrwać!!! Nie ma innego wyboru. Zresztą, czy akurat taki wybór byłby serio przydatny?

IMG_6441

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Marzanna dla każdego… została wyłączona