Pan Tealight i Goły Święty…

„Wynurzył się z wód niebieskich i kobaltowych, wzburzonych i przyciężkich… tak po prostu na oczach skulonej, miotanej wiatrem i drobniutkim piaskiem szorowanej Wiedźmy Wrony Pożartej, wylazł w całej swej okazałości. Na jej obydwu oczach, znaczy tkwiących wciąż w tej samej czaszce, jak zwykle, ale jednak lekko zaczerwienionych, bo przecież i wiatr i piasek i chłód… Nie skulony wystąpił z chłoszczących go fal i ukazał się jej w całej gołej okazałości. A na plaży czekały na niego one dwa… Ogar Dobra i Ogar Zła. Bo nie były takie głupie, by w równie chłoszczącym wietrze moczyć swoje ciepłe, okutane w warstwy futerka, psie dupska.

Bez urazy, nie chodzi o to, że Wiedźma Wrona nigdy gołego chłopa na oczy własne nie widziała, bo widziała, ale jednak wiecie… tutaj przecież miał miejsce MAJESTAT, BAŚNIOWOŚĆ i wszelaka CZOŁOBITNOŚĆ, ale jak bić czołem w piachu, gdy nad tobą wiszą… eeeeee Świętego Prześwięte Elementy? Nagle cień wielki cię obejmuje, nagle jasność jakaś dziwna przed gałkami się objawia i już wiesz, że jakoś kwestia kubka mleka i ciasteczek… nie jest ci bliska.

Naprawdę trudno Wiedźmę Ptaszydło zbić z konia, znaczy tropu, czy ogólnie wprawić ją w zafajdane skonfundowanie, ale tym razem światu się udało. Po prostu. Pokarało ją ciągłe patrzenie przez obiektyw i Wielki Bóg Zooma się na niej zemścił, a mściwy skurczybyk jest przeraźliwie, uwierzcie… I jej marzenia o przejażdżce na saniach poległy w piachu, doczołgały się do morza, dopłynęły na głęboką głębokość i nawet nie robiąc bulbulbul… zatonęły. I zapomniał o nich świat. A obydwa ogary spojrzały na kobietę w wieku średnim z pluszowym misiem, otrząsnęły się z piaskowości i podały jej rózgę.

I tak Wiedźma Wrona Pożarta dostąpiła zarazem największego Wbaśniowejścia, jak i Zbaśnioupadku. W jednej chwili jej świat przeszedł z formy „aj jakie to urocze”, do „ajajajaj kurna cholera” i to wyłącznie przez brak okrycia. Jakby ono miało jakieś znaczenie… a może i ma? Po owym doświadczeniu nie do końca metafizycznym, zaległa na podłodze i odmówiła komentarzy. I tylko Ojeblik – mała, ucięta i maksymalnie sfiksowana główka… czuła się z tym wszystkim doskonale.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9318

No tak… po prostu się kąpał. Znaczy wiecie, pływać próbował, ale fale były spore, raczej długo się nie pomoczył. I psy miał fajne i wyglądał jak Święty Mikołaj. Znaczy bez ubranka, ale kompletnie jak on. Tak zupełnie i całkiem. Wiecie… cudowne to było. W czasach, gdy dziewczynkom i kobietom nakazuje się noszenie chust, zakazuje się krótkich spódniczek, bo podobno urażają islamistów, nie wolno się uśmiechać, być szefem mężczyzny i tak dalej… goli ludzie na plaży są moją wolnością. Naturalnością i normalnością!!! Dziękuję światu, że pokochałam tę jego cząstkę, na której zwyczajnie wolno być gołym w swoim ogródku. Wskoczyć do wody – też gołym i ogólnie mówiąc nie robić z siebie cyrku na plaży, jak trzeba kostium zamienić na suche gacie. Bo wiecie, na Wyspie nie robi się cyrku, gdy chodzi o ciuchy. Ogólnie mówiąc większość i tak chodzi w roboczych kombinezonach, wygoda jest najważniejsza. A i wiecie, większość z nas zawsze jest w robocie, nawet jak robi zakupy, no i po kiego ubierać się na spacer do lasu, nad morze, czy rzeczkę…

A Święty… był niesamowity. Taki normalnie otłuszczony, co dla współczesności szkieletów wydawać się musi totalną degrengoladą. Bo jakoś w tych czasach nie wolno być zwyczajnie grubiutkim tylko dlatego, że się jest grubiutkim. Żre się tyle ile chuda sąsiadka, chodzi się i ćwiczy, ale i tak dupsko rośnie czy brzuch… no i co? Ludzie nie mogą być jak z foremki do ciastek, choć fajną ostatnio widziąłam, w kształcie małej sówki. Cudna była, ale wiecie, mi ciastek nie wolno, grubas ze mnie… chudym też nie wolno, to serio po cholerę są te ciastka na świecie?

Kąpiele na gołego na Wyspie to normalność. Cudowna, frywolna, wolna normalność, która może zniknąć… wiadomo dlaczego. I wiecie co? Wkurza mnie to!!! Nagle starszym osobom, przyzwyczajonym do wyspowych normalności, do swobody i docierania rowerem wszędzie i nieprzepraszania za to, że się posiada cycki!!! Serio!!!

IMG_9320

Wrzosy się cudownie rozpleniły w tym roku i po raz pierwszy mogłam obserwować w jaki fajny sposób wzrastają żywopłoty. Szybkie są bestie. W ciągu roku już pół płotu!!! Ale wróćmy do wrzosów. Takie są w odcieniach bardziej różowawych niż fioletowych, wysokie, jeszcze nie do końca rozwinięte, ale pałer już widać i… wiedzieliście, że stare wrzosy zdolne są stworzyć ogrone pagórki? Ja nie wiedziałam. Wrzosy były zawsze czymś niskosiępłożącym, co zawadzało między trawami i mchami, a teraz, na skałach, jakby tworzą drzewne twory i pokazują coś… całkiem innego. Pięknego, niesamowitego, szalonego może nawet.

Wiecie jakie to zatykające zmysły, gdy stoi się na wysokich skałach, ponad powierzcnią wzburzonego morza, na horyzoncie kilka małych wysepek, po prawej linia brzegowa zakręca, błyszczą się nad nią dachy, błyskają oknami domki, żółcą się powoli drzewa… a na tych skałach te wrzosy, niczym obietnica miękkości, a jednak kurcze kłują strasznie. Na polach namiotowych, na campingach cisza. Trawa powoli odbudowuje swoje, lekko zażółcone przestrzenie. W końcu nic tak nie przycina mocy, jak namiot. Dzięki niemu można nieźle wyplenić chwasty. A pomiędzy tą zaprzeszłą gonitwą za spokojnością, zobaczeniem wszystkiego i nie wysłaniem znajomym kartek i przezentów, rosną sobie młodziutkie, karłowate dęby.

Cudowne są, takie dzielne, odważne i silne…

Ale miało być o gołym Świętym, co nie? Niech więc będzie. Następnym razem, jak zobaczę go i mnie nie wmuruje w ruchome piaski i dziwne robale… no właśnie, na plaży znalazłam całe łachy jakiś takich białych larw… BLEEEEEEEEEEEEEE!!! Ciekawe czym one są? I dlaczego ptaki ich jeszcze nie dorwały? Na pewno są smaczne… znaczy nie próbowałam, no ale. Pamiętać należy, by nie pytać Świętego jak jest goły o prezenty, bo wiecie, jeden z jego psów może nagle podarować wam rózgę i to całkiem sporych rozmiarów. Dodatkowo bardzo, przerażająo i skrupulatnie obślinioną!!! Wiecie, widać coś za coś… naga prawda!!!

IMG_6153 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Goły Święty… została wyłączona

Pan Tealight i Dwa ognie…

„Jedna piłka, dwie drużyny… bez siatki, macek, koszyków i pałek. Ot zwyczajność, a jednocześnie groza i zło, strach, przerażenie i wszelaka niemoc ściągająca i depilująca twoje zmysły w momencie, gdy piłka leci właśnie na ciebie. Ale wiecie, jakoś trzeba było rozwiązać problem ostatniego ciasteczka z jeżynami. No i…

… jesień szła, rozerwać się trzeba…

Boisko zostało udeptane, a raczej utwardzone zestawem ponętnie krągłych i twardych ciał, toczonych to w tą, to w drugą. Śpiących, ponętnie poddających się owym zabiegom… ciał. No i mogli zacząć. Tak po prostu. Wyrzucona w górę piłka – ot flak jakowyś, skórzana poszewka, trochę powietrza wątpliwej świeżości, na tym cena – i pac… pac pac pac!!! Pacaj go na prawo i lewo!!!

Bo przecież konflikty to rzecz zwyczajna. Ktoś ci zaiwani ukochany kubeczek i wypije w nim coś smrodliwego, ktoś inny znowu posprząta to, co miało być niesprzątane, a potem… pogoda jest nie taka, jak zamawiałeś, a nie wiadomo kogo za to winić, bo przecież Płanetnikom już nikt za robotę nie płaci, wszystko się w kosmosie sypie, wiecie, Południce, Północnice… nie ma nadziei…

… więc trzeba zagrać. Uwidacznić swoją złość, ukształtować winy w kary i ogólnie mówiąc pokazać kogo się lubi najmniej, a kogo najmocniej, no i do kogo znowu czuje się miętę, hosannę i cielesny awemaryjon. A gra w dwa ognie zawsze była tak… niewinna. W końcu przecież przypierdolenie komuś piłką nie jest czymś ZŁYM. Dwa wiszące nad tobą anioły, jeden czerowny, drugi żółty, wcale nie piorunują przegranych…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0379

Niby wiecie…

…jesień już prawie, więc dla wielu nici z kąpieli, a jednak…

… nadal spotkac można radosne golasy pryskające dookoła turkusową wodą. I szmaragdową wodą. I pianką z grzywaczy, bo przecież teraz morze coraz częściej lekko wzburzone. Albo bardziej niż lekko. Czyste wody z hukiem roztrzaskują się na falochronach, ale jeśli chodzi o piaszczyste południe Wyspy, to tutaj, na owych płyciznach Dueodde… jest spokojnie. Nie, no pewnie, że wiatr łeb urywa, a drobiutki niczym pył, bieluśki prawie, piaseczek wbija się gdziekolwiek da radę – a da radę wszędzie, serio, wystarczy ściągnąć gacie pod prysznice i proszę, macie swoją domową plażę!!! Znaczy golasy… można spotkać takie tylko wskakujące do wody i szybko z niej umykające, albo te towarzyszące ludziom okutanym w kurtki, które dłużej zabawiają w morskości. Pływają, taplają się… bo woda zachęca. Przecież wcale nie jest zimna, a czysta jak marzenie kryształowe, wiecie takie o zamku, pantofelkach i służbie, która to wszystko będzie sprzątać. Na brzegu bialutkim nie tańczą fale. One raczej się rozpełzają i po ubitej nietoni rozciągają sowoje lustrzane odbicia. Pozostawiając po sobie taflę, która spogląda w nas, w was i całą tę resztę. Błękitną, która na biało-kremowej piaszczystości zdaje się być niemożliwą. Piękną, gładką, wilgotną, aż chce się ją zbrukać śladem stopy, bo przecież natura zaraz wszystko naprawi!!!

Dookoła wydmy działają. Wciąż się zmieniają. Cała ta gra w górki i pagórki zdaje się być całkiem niewidzialna dla zabieganej Turyścizny, ale ja sobie w niej przysiądę i poczekam, aż coś mnie przysypie i zasypie. Aż obudzą się owe kawałki drzew, stare smoki, niegdyś szumiące w przestworzach, teraz tylko czekające na jakąś szansę, a może odpoczywające w pożyciu? Czy jeżeli tu zostanę, to zwyczajnie mnie przysypią, zakryją? Ale czy można poprosić o opcję z nieodkrywaniem, bo świat ostatnio przeraża? Można? Bo spogladając na drzewa na wydmach – maleńkie, dziarskie brzózki – i te otaczajace piaski, to wszelakie kształty są jak najbardziej pożądane. Im bardziej powyginana sosenka, tym lepiej. Im więcej szyszek, tym lepiej… i tylko ta stojąca ponad wszystkim latarnia taka dziwna. Rzeczywiście przypomina starego, zgryźliwego i puszącego się jogina. Serio!!! Nawet piękne wrzosowiska, takie wystające z owej bieli piaszczystej, takie zaskakujace, dobrze się tutaj czujące… nie są w stanie zatkać jego dumności.

IMG_0196

Oj tak, wrzosy widać lubią piaski i solone powietrze. I trawy z pędzelkami je lubią, bo poza nimi to nikt więcej chyba. Spaceruje sobie człowiek, czy raczej brodzi w tej piaszczystości, starając się trzymać ścieżki, w górę i w dół i znowu w górę. Morze wydawało się być tak niedaleko, ale z czasem, z każdym kolejnym krokiem rodzi się we mnie zwątpienie – że może to jednak nie ta strona, może Mniejszy Kraniec Świata wciąż się poszerza, goniąc Kosmos, że może się zgubiłam… gdy docieram w końcu do fal i wilgoci, nagle uświadamiam sobie wietrzność, która tam na wydmach otoczyła mnie krystaliczną powierzchnią. Niczym pierniczony pączek w sypkim, miałkim cukrze. Tam na wydmach tak wiele nie czuć. Ni piasku uderzającego w oczodoły, ni traw kłujących przez spodnie, a potem doprowadzajacych do szaleństwa swędzeniem, ni owego czasozałamania. Tych kotlinek i górek, pagórków i wąwozów – całej tej zmienności. Krajobraz księżycowy z innej ziemi…

Po prawej srebrzystość, po lewej błękity i fiolety. Oto podział jesienny nieboskłonu. Nisko, coraz niżej opadające słońce i ciemność docierająca do nas coraz szybciej, zostająca na dłużej, częściej skąpana w szarości dnia, która wybrzmiewa kroplami deszczów. A jednak na wydmach cisza jakaś taka, szczególnie w załamaniach śnieżno-piaszczystych kreacji. Bo przecież tutaj ten piasek jak śnieg, ino, że nietopniejący. Piękny, błyszczący, oślepiający… i te wrzosy. Co za bajka. Dąłby się nakręcić tutaj co najmniej Startreka, albo i Gwizdne wojny, czy coś w ten inny deseń, wiecie kosmicznego.

A może Alfa?

Na stoiskach przydomowych można nabyć maliny, jeżyny i oczywiście jabłka. Asz te skurczybyki pachnąć potrafią. W większości albo są takimi, które muszą poleżeć dłużej, domagając się odpoczynku i zimowych wieczorów, albo smakują jak papierówki, ale pachną… pachną wszystkie doskonale!!! Aż by człek je sobie między gacie upchnął, gdyby nie groza lekko wietrzejącego, gnijącego odlotu! Bo pachną… jakoś tak jak zawsze, bezpiecznie i swojsko, po staremu, jak wtedy, gdy człek na bosaka poprzez łąkę pełną krowich placków pomykał i zwyczajnie niczego się nie bał. A na brzegu tej łąki papierówki rosły, które – co zaskakujące – miejscami miały czerwone kropki i najsmaczniejsze na świecie były!!! A już racuchy z nich… a knedle ze śliwkami, leniwe… ekhm, no sorry, zjadłabym kopytka!!!

IMG_0187

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dwa ognie… została wyłączona

Pan Tealight i Piaskowy Lud…

„Piasek i piasek i wszędzie tylko piasek. I trawy i wrzosy i chudy, niebrodny biały facet w rajtuzach, który stał tam, górując nad tym wszystkim, oraz przedzierająca się przez owo wszystko Wiedźma Wrona Pożarta. Zwyczajność na Wyspie, no wiecie. Spacer, droga, a raczej jej brak i dookolna białość. Niczym kurde śnieg, wichura i zawieja, a pomiędzy tym wszystkim wrzosy. I pojedyncze smoki zdrzewniałe… jakby taki Mad Max, ale wiecie, trochę inaczej…

W oddali morze się burzyło na szmaragdowo, turkusowo i kobaltowo. Gdzieś tam nieliczne gołe syreny w wieku podlotkowym swawoliły zadowolone z pustych plaż i chłodu wietrznego zaniepokojenia. Ona szła, potykała się, dusiła we wrzosach, wydłubywała piaszczyste Latające Baby spomiędzy zębów… On się na nią patrzył. Latarniak Master Skurkowaniec. Wychudły staruch z przemądrzałym kuprem, zapatrzony we wszystkie strony jednocześnie… ciemiężca. Na dodatek pozer ogólny, co to staniem na jednej nodze – drugą otulił sobie dookoła wyjogowanego ciała, dowodzi, że i w jego wieku można być fit i ogólnie wege. On wiedział, że jego dzieciątka są głodne. Że owe fale na białym piasku to nie wiatr, owe szkielety szarzejące na horyzoncie to nie stare wrzosy…

… to oczekiwanie.

Wiecie… dzieci muszą jeść, dzieciom się wszystko należy i się im nie odmawia, wychowanie bezstresowe też, a ona co robi? NIE SMAKUJE DOBRZE?!!! Suka! Małpa i ościenna dzicz z niej. Wiedźma i kostuchownica nadmiernie lukrowana i otłuszczona!!! Popatrzcie na moje dzieciątka, mój Lud Piaskowy, jak próbuje ją lizać, jak pakuje się jej do butów i ust, a ona co? No źle smakuje! I jak nakarmię swoje dzieci ja… samotny ojciec, który dla nich poświęcił wszystko, no jak? Współczujcie mi i przyjdźcie tutaj, dajcie się zjeść, a ja wteyd jogę poćwiczę… bo przecież nie mogę być tylko rodzicem, czyż nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1365

Robale na oknie…

Kurcze, nie mam pojęcia dlaczego to robią, ale to robią. O poranku widzę tylko ich ślepia wglapione we mnie, lekko wciąż roznegliżowaną, zaspaną i zasapaną. Przerażoną! A one co, dalej się gapią. Powinny chyba odlecieć w ciągu dnia, ale nic z tego. Wczepiły się tymi długimi girami w szybki – nie mam pojęcia jak – no i się gapią. Siedzą i się gapią. Dziwne takie i chude. Nóg mają tyle, że jak jedna przywrze nadto do szybki, to nic to, w końcu odpadnie i tyle… da się latać bez niej… chyba? Przecież to skrzydła są najważniejsze. Cieniutkie, mgliste, a pod słońce jednak kolorowe… Jak dziwne jest to, że w tym wietrze wcale ich nie unoszą, nie odpychają od okien, drzwi i ścian? Jakby oblepione komarzycami przestrzenie i powierzchnie, chciały tego dotykania?

Jakby…

Czy to komarnica, czy widliszek, czy pierun wie co to… jest ich cała masa! Siedzą na szybie i się patrzą na człowieka. A co jak ja bym tak im poleciała na chatę i siadła na tej szybie? I machała skrzydełkami i wyginała odwłok i kuprem trzęsła? No? Podobało by się wam? Nie! Zapewniam was, że bnie bylibyście zachwyceni, ale nie, mnie się przecież o zdanie nie pyta, co nie? Ino się siada na mojej szybeczce, która teraz ma na sobie masę odcisków dziwnych, znajomych stópek? Nosz kurcze no. A co jeśli to są wampiry, które przenikają nocą przez te szybki i się żywią na takich bidulkach jak ja? No co wtedy? Czy to ma być owa uprzejmość i spolegliwość, owa akceptacja, no i wiecie tam… tolerancja? A może zwyczajnie wiecie, mają owe robale takie wierzenia, że uznają ludzi za te swoje krowy…

… całkiem tam nieświęte?

Zobaczycie.

Jeszcze kurcze mnie okarżą o kiepskie odżywianie i o to, że doprowadzam je do rozstroju żołądka i posrają mi szybę!!! Czyż nie taka jeste współczesność? No przepraszam, ale taka jest nawet tutaj, na Wyspie. W końcu może to i Mniejszy Kraniec Świata, ale jednak… tego świata!!! No chyba, że jednak kurcze latamy w tym kosmosie, odrywamy się od ziemi i zmieniamy swoje szerokości i długości geograficzne?

Jak myślicie?

IMG_9296

Statki na wodzie

No dobra… statki na lądzie, żeby nie było. Są przecież one i tutaj i tutaj, tak wiecie równość, wolność i tak dalej. Znaczek parkingu nie oznacza wyłącznie pozwoleństwa na kołowanie, ale jednak… to te na wodzie tak człowieka szokują. Wielkie i ogromne. Takie kurcze inne światy, łatwiej przesuwne. Takie wiecie, nie do końca zrozumiałe dla tego, który nie jest w nich, czy też na nich. Wiecie, to jak z patrzeniem na samolot… wiecie, że są w nim ludzie i dla nich podłogą jest pokład latającej maszyny, a my na ziemi wciąż szokujemy się tym, iż to coś lata… A jednak, gdy przyjdzie nasz czas i jesteśmy tam na górze, myślimy o sobie depczącym ziemię i wszystko jest dość skomplikowane. Ale statki, łodzie i wszelakie pływające towry mają w sobie jakąś specyficzną magię… Tylko wciąż nie wiem co w niej takiego zaskakującego.

Skały i dziwne roślinki bezlistne

Błąkając się po Wyspie pomiędzy latem a jesienią, jakoś tak nagle natyka się człowiek na cuda i niecuda. Na wszelakie kształtności tylko i wyłącznie pokątnie żywe, a tak naprawdę całkowicie zdechłe, ale… może to tylko ułuda? Wszystko co teraz kwitnie zdaje się być całkiem kosmiczne. Jakieś takie alienowe i z Archiwum X… niczym ten film, który Niemcy kręcą teraz w Sandvig. Na hotelu w porcie pojawiły się nowe, niemieckie napisy, oraz flagi całkiem nieduńskie. Dziwnie to wszystko wygląda, a odgrodzone terytorium zdaje się odpychać i mieszkających tam i tych, którzy wyłącznie chcą przyparkować, tudzież… odpłynąć. Dookoła portu porozwieszali lampeczki i nie weisz już, czy będzie to coś z okresu wojennego i dam w pięknych sukniach, czy jednak kryminalnie krwiście będzie i całkiem nieoczekiwanie? Gdy człek się wczyta w media, nagle się okazuje, że film kręcą na podstawie powieści Siegfrieda Lenza… i nic już nie jest tajemnicą, ale jak człowiek chce pójść na lody obok, to nagle atakują go jakieś sławy, których całkiem nie zna, bo przecież telewizji nie ma, ale patrząc na to jak się zachowują, gdy cykasz pluszakowi zdjęcie to na bank są sławni!!!

Hmmm… wiecie, niby to spokojne miejsce na krańcu jakiegoś świata, a jednak coś się dzieje, co nie? Chociaż, kto by tam się nad tym zastanawiał, jeżeli dookoła tyle staroci i pewno znowu rozkopią naszą Świątynię Słońca? Ech, gdzie tam Stonehenge… lepiej na Wyspie!!!

IMG_4955

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Piaskowy Lud… została wyłączona

Pan Tealight i Chudonogie Cudacznice Bezwstydnice…

„Chude nogi, długie nogi, zgrabne nogi?

Bezecne, bezczelne, cudaczne. Korpusy zgrabne, szczupłe, ale nie przecinkowate, raczej mile uformowane… wiecie, dla oka przyjemne. Takie, że chcecie dotknąć, sprawdzić jak bardzo są gładkie. I nie jest ważnym, czy wyginają się ino po ludzku, czy jednak po robalowemu w drugą stronę też… chociaż może dla niektórych tylko to jest ważne? Wiecie, tych niektórych…

Od kilku tygodni siedziały na oknach Chatki Wiedźmy i puszyły się. Machały skrzydłami, starały się uniknąć powiewów albo suszyły te swoje obleśnie smukłe i połyskujące skrzydełka, całkiem bez łupieżu!!! Z tymi łbami na owych gładkościach, z tą nieruchomością, a jednocześnie gracją, choć niesprawdzalną, sprawiły, że w końcu Wiedźma Wrona Pożarta spojrzała na siebie i dostała gorączki. Znaczy wiecie, podejrzewała, że to jednak Chowaniec coś przytargał z roboty, ale głupio było tak wprost mu to powiedzieć, więc… patrzyła dalej i widziała w sobie wszystko to, czego ONE nie miały. Tłuszczości, obłości, brak skrzydeł…

Ale im to nie przeszkadzało, nic a nic. Swoimi chudziutkimi, zgrabnymi nóżkami, w liczbie większej niż wiedźmowa, trzymały się szyby. Jakby nie do końca zawierzały wolności, jakby gdzieś tam było coś, co je przerażało. Cudacznice Bezwstydnice. Wielkie, komarowopodobne stwory, z którymi serio nikt nie potrafił się dogadać. Gubiące nóżki, jak tylko coś lub ktoś na nie dmuchnęło… Od dłuższego czasu gapili się na nie wszyscy w Białym Domostwie, nie zauważając odnóży lekko zwisających z ust Ojeblika – małej, uciętej główki. Bo przynajmniej ona pamiętała, co oznacza ochrona własnego… ekhm, środowiska.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8146

Z cyklu przeczytane: „Imperium Księżyca w pełni” – … Indianie. Zakochałam się w nich chyba przez Karola Maya. Gdzieś miałam, że on sam nigdy ich nie oglądał. Ekranizcje też miałam gdzieś, tylko książki malowały we mnie obraz cudownej, dzielnej i niesamowitej nacji. Z czasem wiadomo, zaczęłam sięgać po „mądrzejsze” opowieści i… zaginęłam. Nic już nie było takie same, nic z tego, w czym mnie wychowano… Wiecie, kolejny dowód na to, że kobiety nie powinny sięgać po książki, bo wiecie, uczą sie nazbyt szybko i… zmieniają!!! HA HA HA!!!

… ale co w nich takiego jest? Nie wiem? Magia? Wiara? Prostota i naturalność życia, a może jednak to, że USA zrobiło ich w konia. Całkiem szalonego? I dlaczego Komancze? Bo tak naprawdę mniej o nich wiem, niż o Apaczach czy Siuksach. A to co wiem, zawsze dobrze sobie odświeżyć, tym bardziej… że opowieśc wciąga. Jakbyśmy cofali się w czasie i zatapiali w dziwnej spokojności, pasji życia. Poznajemy osobowości, powiązane z plemieniem postacie, ich życie…

Nie wiem, czy wielu z Was lubi monografie, ale jeżeli tak, to serdecznie polecam!!! Nie tylko pasjonatom świata przed USA… nie tylko tym, którzy kochają tamte czasy, tamte społeczności, ale ludziom spragnionych… ludzi. Bo w tej opowieści wiele Was może zaskoczyć, naprawdę. Możecie poznać prawdziwe, a jakże szybko zapomniane czasy, bohaterów, którym odmówiono pomników, to, czego odmawiają książki historyczne… mity stępujące na ziemię, baśnie, legendy i opowieści.

IMG_1907

Trawy…

Jest coś takiego we wczesnojesiennych trawach. Wiecie, coś takiego więcej, coś przerażającego, ale i tłumaczącego tak wiele. Coś niesamowitego, ale i całkiem swojskiego. Coś magicznego, wiecie, w stylu: dotknij mnie, a zmienię Cię w żabę i to nie całkiem malutką i słodką, ale wprost przeciwnie, w wielką, kostropatą, ogromnie obrzydliwą ropuchę!!! I to wieczeni głodną wiecie, co to stać musi spokojnie, a potem umiejętnie wyciągnąć jęzor i tłustą muszkę sobie ułapić. A potem kolejną, i kolejną i kolejną. Wiecie taka raczej powolna egzystencja.

No coś jest w tych trawach. Nagle już tylko dołem lekko zielonkawe, długie miejscami, pnące się do słońca w owych złotych barwach. Przekształcone. Dumne z tego, że przetrwały kolejny sezon nie ożarte, nie zdeptane, albo może podniosły się po jakiejś tragedii, bo przecież ludzie, czy owce to wiadomo, niebzyt dbają o trawy. No chyba, że coś zgubią. Znaczy ludzie, bo wiecie owce gubią na Wyspie na prawo i lewo, pod siebie zwykle… ale nie zbierają, zostawiają, a ludzie jak zgubią, to szukają. Hmmm, zabawne są takie kuleczki pooowcze. Niby to nie śmierdzi, niby nic, a dokonując pewnego eksperymentu, ekhm, jeżeli coś na trawy upadnie, to się trawom wiecie… rośnie lepiej. Jak z ludźmi to nie wiem, nei próbowała. Nie wiem nawet jak aplikować to takiej Turyściźnie. Bo przecież to też skarb Wyspy!

Takie wiecie, bobeczki owcze.

Trawy leciutko szumią i tańczą w podmuchach wiatru… znaczy jak halny i sztormowy, to kładą się pokornie, udowadniając po raz kolejny, że: „pokorne ciele dwie matki ssie”. A może lubią takie wiecie, nagrzane skały? Może chcą dotknąć tych innych traw, których w lekkich podmuchach nie mogą uczynić częścią siebie? A może to seks trawi taki trawy trawi? Eeee… znaczy wiecie no!!! Ha ha ha!!! A może jednak tajemnice natury są potężniejsze niż wyobraźnia?

Kto to wie?

IMG_9299

Ciepłe wciąż dni wysupływują się z zimnych już nocy. Nagle temperatura spada w okolice 10 stopni i jest fajnie!!! Oj, jak fajnie jest, gdy jest zimno. Skarpety grube, książka, spacery dłuższe, bo już nie spływasz tak potem, a i więcej miejsca na ścieżkach… Nad brzegiem kołyszą się takie dziwne, fioletowe kwiaty, na wysokich patyczkach, wiecie, co potem przechodzą w taki meszek. Jakby dmuchawce, ale z ciemnymi ziarenkami w środku. No i dzwonki polne, te cudowne, maleńkie dzowneczki, takie delikatne, zagubione między trawami, tak drapiącymi, tak wysokimi… chyba dobrze im razem, ale te fioletowe wysokie? Te co lubią bardziej nad wodą, jak one się nazywają?

Ktoś wie?

Czy na starość człowiek odkrywa na nowo naturę. Tak wiecie w ponownie dziecięcej radosności, podskakując od kupki dzwonków do dzikich nienazwanych, od tych różowych i miękkich, po twarde, prawie skalniakowe. Tyle tego wszystkiego, tyle cudownego. Te trują, chociaż milusie, śliczne, misiowo-żółciutkie, a tamte są na gorączkę. Ale czy człowiek zapamięta które na co? Co z moją inteligencją, instynktem i czemu przysypia moje śmieciowe DNA!!!? Bo czym są te żółte i pomarańczowe chryzantemowo-cmentarne cosie na trawniku? No na pewno nie stokrotkami. Może jednak przemyśleć stworzneie zielnika? Może… na zimowe wieczory to niezły pomysł!!!?

W powietrzu czuć przez cały czas ową spokojność i zwolnienie. Nie mylić z rozwolnieniem. Jakby mniejsza ilość turystów tak naprawdę zmniejszała jakieś napięcie. Jakby coś w końcu pozwalało nie tylko na odpoczynek ludziom, ale i skałom, czy drzewom. I chociaż korci mnie pływanie, to jednak odrzucają galaretowate zezwłoki, no i chłodek… jak można być chorym w tak cudowną pogodę? No jak? Wiecie co… to jest problem w mieszkaniu na Wyspie, którą w lecie odwiedzają Turyścizny elementy, że przynoszą człowiekowi nieznane mikroby i zarazy. Dopiero człowiek zdążył się przyzwyczaić do owych zeszłorocznych a tu już ma nowe. I jak mam odpoczywać z przeciekającym kicholem? No jak? I jak szykować się na Kulturny Tydzień? No jak? Mam zamiar się ukulturalnić, a oni mnie tutaj kichają!!!? To ja mam zapinkę zniżkową, przypinkę magiczną, może w końcu obejrzę to, co dotąd było zwyczajnie dla mnie za drogie… ale jak ze zdartym charkotem gardłem? Jak z zawalonymi płuckami się ukulturalniać? W jaki sposób po prostu chłonąć… sztukę?

Znaczy sztukę wiedzy, nie mięsa…

Bo ten czas jest taki cudowny, niesamowity, duchowy prawie…

A może tylko nie mogę doczekać się zimy?

IMG_9953

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Chudonogie Cudacznice Bezwstydnice… została wyłączona

Pan Tealight i Wrzosiewo…

„Wrzosiewo już zaczynało kwitnąć.

Na skałach, bo kto tam w krainie magicznej dba o takie potrzeby jak ziemia, co nie? Pośród złotych traw, z których Wiedźma Wrona Pożarta próbowała właśnie upleść coś na kształt hełmu połączonego ze złocistą siateczką na włosy… ale wiecie, za toporna była, znaczy Wiedźma, nie sama złocistość… no bez przesady. Tylko ona jest w stanie być nieporadną, nie natura…

A on się grzymił.

Bo widzicie, na Wyspie nic nie uchodzi jego zmysłom. No jakby był jakimś Bogiem, czy czymś. Albo tworem, co w rzeczywistości o wszystkim tym śni, albo… nie no, bez przesady, pewnikiem ogólnie mówiąc wścibski był, a i własnego życia nie miał, to podglądał. A Wiedźma Wrona, ślepa jak kura, była łatwa do podglądania. Może i wybitnie nieciekawa, ale gdy się nie ma co się lubi, to wiecie, trza brać co jest i wmówić sobie, że serio przednia to Mościpanie rozrywka. Przednia ci powiadam, ale jak to sięnie przyłączysz, przecież zapraszam.

Przecież tak bardzo zapraszam.

Wiedźma Wrona Pożarta dość intensywnie masowała właśnie swoim dupskiem okoliczne skały Wrzosiewa, części Gudhjem, gdy coś ją tknęło, by tak jakoś… spojrzeć w morze. Jakaś wiecie, dłoń niewidzialna pociągnęła ją za zmysły, jakaś siła skłoniła, by komar użarł ją właśnie w łydkę, w połowie żarcia zrezygnował z posiłku, ale i tak… zabolało, więc pochyliła się, więc spojrzała we wkurzone fale, w owe grzywacze tak białe, że aż niebieskie, granat kobaltowy morskości…

I nic nie zobaczyła.

A on bulgocząc się zaśmiał.

Znowu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8564

Kwitną wrzosy.

I to wiecie… kwitną tak dyskretnie, powoli rozsmakowywując się w każdej chwili, liżąc każdą kroplę czasu, jakby wiedziały, że mają jego masę. Jakby nie dbały o etykietę, przyaciół i religie… Jakby wiedziały, że tylko mają to robić. Nic więcej. Jakiż to spokój… po prostu rosnąć i nie przejmując się problemami innych, które nagle zwalają ci na głowę i domagają, by się nimi zająć, a jak nie podoba im się rada, to wiecie, nagle jesteście i nieczuli i nietolerancjyjni i w ogóle to rasiści z was. Takie wrzosy to nie zastanawiają się czy wzrastać na fioletowo, czy jednak nie, po prostu takie coś mają w sobie i zwyczajnie z tym żyją. Czerpią z tego, co dała im natura. Rozwiajają się i może czasem tylko starają się uchylić, gdy jakiś przechodzący, lekko niecierpliwy już zwierzak chce sobie w nich posikać. Ale wiecie, to taki odruch, bo jeśli chodzi o całą resztę świata, to jakoś tak zwyczajnie… są scieżki i po nich kroczy świat, nie bacząc na ich rozkrzaczenie. Czasem ci wzrok opadnie na kolejną kwarcową żyłę, ale co tam. Przecież to wszystko razem takie zaskakujące, takie piękne…

… takie wrzosowe.

Wrzosy powoli zastępują to, czego brakowało, co było, i pokrywają to, co zdawało się dotąd być zdrewniałym kośćcem bardzo zmutowanego dinozaura. Fiolecą się, różowią, może i czerwienią i kremują… znaczy kremią? Podchodzę, zaglądam w każdy kielich, który rośnie sobie na owych choineczkach i nie wierzę. Bo zwyczajnie jest to tak bardzo niemożliwe… a może tylko zwyczajne, a zapomniane przez ludzi i czas i świat, i w ogóle? I jeszcze te złote trawy. One serio są złote. Wysokie, tak na metr dwadzieścia i mają kitkę na górze oczywiście i tlepią się na wietrze i wsłuchane w fale uderzające o wszystko co pod nimi, zgrywają się z dźwiękami i tańczą. I tańczą tak, że chce ci się tańczyć wraz z nimi, ale kurna, co sobie ludzie pomyślą… ale przecież nie ma ludzi. Jest tylko jakiś starszy pan w niesamowicie białym, letnim garniturze, z zawadiacko przekrzywionym, ale i mocno siedzącym na głowie kapelusikiem. Tylko on… i wiecie, też się jakoś tak kiwa. Wcześniej oglądał fale, a teraz po prostu siedzi i patrzy na wszystko. Na wybrzeże zakręcające gdzieś tam, na ryby, które muszą tam gdzieś być, na chwilową bezptaszność no i oczywiście na wrzosy, trawy i drzewa.

IMG_0578 (3)

Trudno się łazi po skałach pokrytych różnymi trawami. Jak wiecie, po poduszkach. Łatwo skręcić nogę, bo się kurcze uginają i nawet się nie obejrzycie, jak lądujecie w sporej szczelinie, wąwozie też i ogólnie mówiąc… uważajcie! Szczególnie jak sięgacie po te czerwone, dzikie jabłuszka. Oblepiają gałęzie, jakbyście umieścili w worku cukru mokry patyczek. Oblepione!!! Pomiędzy nimi zielone listeczki krzyczą, wrzeszczą, no i ogólnie mówiąc głośne są… nie chcą zostać zmiażdżone i nie do końca wiedzą, czy chcą, by wydarzyło się to, o czym im opowiadano całe lato… że spadną. Że nagle pojawią się na ziemi i wszystko zacznie się od nowa! Nie wierzą, że jabłka też spadną, nikt im nie powiedział i czują się z tym kiepsko, więc obmyślają plan, jakby tutaj tak zwalić te czerwieniejące się korale… panoszące się, bo przecież listki były tutaj wcześniej, o kwiatach już nie pamiętają.

Pierwsze liście – brzozowe i mało identyfikowalne, może osiki, może i lipy, kładą się na asfalcie i pomiędzy trawami. Lekko złotawe, żółtawe, zmęczone, ale dumne z siebie, że pierwsze. Te bardziej ekstrawaganckie rzucają się na ludzi. Jak perwersyjni, ekspresyjni jeźdźcy ludziów przylepiają się im do włosów, do ramion, do nóg, niektóre wkradają się pod coraz większe okrycia, inne znowu… pudłują, no i lądują na torbie, plecaku, albo wiecie… na psie!!!

Trochę to gwałt na ludzkiej osobowości, ale tak ślicznie pachną… jakby stałością. Jakby niezmiennością. Czymś takim bezpiecznym, stałym, owym oparciem mitycznym, obietnicą, że wszystko będzie okej, że wcale nie trzeba się znowu chować pod stołem, że burze się skończyły, a zima nas wszystkich kocha… a może to tylko Wyspa? Znowu ona? A może coś mniej, więcej, pośrednio…

Nikt się nie skarży na liście, na razie.

A może po prostu nikt ich nie słucha?

IMG_9954

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wrzosiewo… została wyłączona

Pan Tealight i Arsen Łubin…

„Szła Wiedźma Wrona Pożarta przez Łubinowe Pole.

Szła i wąchała. Nasycała się tym aromatem, kąpała w nim, brodziła, pływała i zwyczajnie tonęła. A jak tonęła, to już nic nie miało znaczenia, ni padający deszcz, ni wietrzne podmuchy, niż… cokolwiek innego.

Łubinowe Pole… pojawiało się raz w roku.

Na dzień, czasem dwa, albo pięć nocy i pół dnia, wiecie, całkiem niedefiniowalnie. Po prostu albo trafiałeś na nie, albo nie. I choć Wiedźma Wrona już myślała, że w tym roku przeszło jej owo widowisko i doświadczenie koło tyłka i nosa, to jednak… po prostu nagle się spojawiło. Tam gdzie zawsze, więc bez urazy, ale niewielkie to zdziwienie, otocozne burzowymi chmurami, ciężkimi, groźnymi, ale wiecie, z taką dziwną manierą w kształtach, by zawsze mieć na podorędziu słowa: ale my tylko przecież żartujemy!!! … więc, gdy tylko je zobaczyła, wyskoczyła ze swojej błękitnej karocy prowadzonej przez Chowańca i… całkiem zapominając, że przecież jutro mają rocznicę ślubu, zatopiła się lekko zdradzicko pomiędzy owe falliczne, skręcające się, odnajdujące zakazane miejsca… peniski kolorowe. Z listeczkami!!! Różowe i fioletowe, fioletowe i kremowe, białe prawie i czerwonawe, a nawet żółtawe takie. A wszystkie równo poznaczone kroplami deszczu, który tak serio wcale się jeszcze nie skończył…

Wyskoczyła i po prostu przeniosła się na chwilę w świat zapachów i Nicmnienieobchodzenia. W słodkie Nicnierobienie i Nicniemyślenie. Po prostu wąchanie, ubieranie się w zapach, w słodycz jakąś taką, wciąganie go i zasysanie. Pławienie się i nagłe obmywanie intymności… Po prostu. A Arsen… cóż, jak zwykle ją obserwował, bo była jedyna i mało okazjonalna. Nie, no pewno, że większość ludzi zdolnych zintegrować w sobie poczucie piękna zatrzymywało się przy jego polu, dzięki czemu on mógł zajumać małe i większe conieco z ich serc, duszy i kieszenie… ale jednak ona, no nic nie miała. Buty jakieś rozczłapane, gacie tanie, bluza z dziurami, ale ten wyraz twarzy, oj gdyby mógł go mieć, ale jak?

A Chowaniec? No cóż, on tylko siedział i smarkał w karocy melodyjnie, donośnie i lekko… żałośnie. Jak zwykle niczego nie widział.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9779 (2)

Z cyklu przeczytane: „Broadchurch” – … boli. Najzwyczajniej w świecie ta powieść boli. Bo w tej powieści, tylko przez tych, którzy jej nie przeczytali nazywanej kryminałem… napisanej na podstawie serialu telewizyjnego… nic nie jest ozywiste. Nic nie jest wesołe i jednoznaczne. Nic nie jest zwyczajne.

Oto maleńkie miasteczko, oto jego mieszkańcy, oto i śmierć chłopca. Samobójstwo? A może jednak morderstwo? W tak niewielkiej społeczności oczywiście odbija się ona na wszystkich. Na wierzch wypływają mniejsze lub większe grzechy mieszkańców. Szkielety sypią się z szaf, demony rozpościerają swoje skrzydła… ale są oni, sierżant Miller i komisarz Hardy. Ona mieszka tutaj, on jest nowy, ale też obarczony przeszłością. Czy uda im się dociec prawdy? Czy uda im się docieć prawdy i z nią żyć?

Powieść boli przeraźliwie. Mimo malowniczości nadmorskiego miasteczka nic nie jest tuaj wakacyjne. Bliżej treści do psychologicznego rozebrania na cząstki społeczności naznaczonej bólem, niż zwykłego kryminału. Bo mimo niewielkiej pojemności, w jakiś niesamowity sposób udało się Erin Kelly umieścić tutaj osobowość każdego z bohaterów. Choćby najmniej znaczącego, choćby… niewinnego? To pełnia wrażliwości, odbicie emocji, które wypływają ze stron i rzucają się na ciebie, sprawiając, że uświadamiasz sobie, iż nic nie jest pewne, nic nie jest niepewne, nic nie jest… zapisane? Niczego nie można tak naprawdę wybaczyć…

Dla odważnych i spragnionych dobrej lektury! I tak, książka jest o wiele lepsza niż serial!!! Obejrzałam!

IMG_2214 (2)

Pole łubinów.

Jedziesz sobie, jedziesz… na zakupy, bo przecież we wrześniu zamykają sklepy i pierun wie, czy wszystkie otworzą się przed Świętami, więc trzeba nabyć kartki i takie tam teraz. Dlatego jedziesz… i patrzysz. A ponad tobą chmury, a po prawej łubiny. Najpierw patrzysz na chmury i myślisz sobie, że może i to niebo w końcu zwaliło się nam na głowy, jak to miało się stać w Galii, a potem, tak nagle i z zaskoczenia, dociera do niego, że to łubiny. Piękne i rozkwitnięte. Jedne jeszcze nie do końca wypełnione kwiatami, inne znowu miejscami już w ziarenkach, ale przede wszystkim rozkwitnięte. Nie możesz się powstrzymać i drobiąc i podskakując, wymijając kałuże i obawiając się gromu, który w końcu cię rąbnie, idziesz w to pole… i dociera do ciebie, że łubin pachnie. Niby nie pierwszy raz, gdy człek łubin ogląda, a jednak, ten mocny, ociężały i mleczny zapach, dociera do mnie po raz pierwszy.

Oszałamiający i piękny.

Idziesz przez łubinowe pole i nagle wszystko jest takie lepsze, ładniejsze i łatwiejsze. Bo pachnie. Bo są kolory… bo jest jakoś tak inaczej. A przecież to tylko kwiaty? A może AŻ kwiaty? Zwykły nawóz i pokarm dla pszczółek, a tak bardzo cieszy. Łaziliście kiedyś po kwietnym polu? Po tym prostokącie, który serio nie ma nic innego do roboty jak kwitnąć!!! Kolorowić się, bo przecież te łubiny to i w odcieniach kremów i fioletów, różowości i innych odmian czerwonych. No i zielonych liści, które wciąż połyskują diamencikami… eeee nie, no raczej brylancikami deszczowych kuleczek.

Gdy przekwitną, zostaną zaorane. Wiecie co, kurcze wydaje mi się, że powinny dostać co najmniej jakiś medal! Albo pomnik i emeryturę dożywotnią, znaczy chyba zawsze są dożywotnie, ale… wysoką emeryturę!!! A może rentę?

IMG_9984

Chmury i kwiaty.

A pomiędzy nimi kolory tej całej pomiędzystości. Wiecie, tego, co już nie jest niebem, chociaż jest, ale też i nie jest ziemią, choć nie jest. Z powodu deszczowej przemiło aury, wszystko ma ten szaleńczy, zaskakujący, lekko połyskujący, dziwnie halogenowy odcień lapis lazuli. Aż człowiek nie wierzy, więc zdjęcie za zdjęciem trzaska… a i tak nie wychodzi jakby chciał. Jakby to od człowieka, od oczu i powonienia zależało to jak widzi. Jak odbiera, jak naprawdę opisuje. Bo przecież deszcz pada, wielkie krople walą jakby w amoku, a potem nagle ostre słońce wywala jęzor zza chmur. Przegląda się w kałużach, lekko poprawia ich kształt i po chwili znowu się chowa!!!

Dziwna pooda.

Podobno w Południowej Afryce nazywają taką małpim weselem, wiedzieliście o tym? Ja nie. Podobno w takie deszczowo-słoneczne aury małpeczki się przytulają parami. Cóż za słodycz!!! Tutaj też, znaczy wiecie, nie małpy… tutaj nieliczne pozostałości Turyścizny tulą się do krzaczków i drzewek, do choćby milimetrowych powierzchni odcinających ich od deszczu. I mają na sobie… czerwone płaszczyki przeciwdeszczowe? Co to? Jakaś nowa moda? Podobno w Japonii robią teraz kąpielowe kostiumy z reklamówek, więc… nie dziwuję się.

Przecinka drzew, czyli jesień jak nic.

Wiecie, fajna jest jesień na Wyspie. Czy deszczowa, czy słonecznie kolorowa, zawsze jakaś tak luzująca. Jakby w końcu sama natura dawała człowiekowi zezwolenie na odpoczynek. Szkoda tylko, że kurcze nie wypisuje usprawiedliwień? Ech, przydałyby się. Szczególnie, jak człeka nagle dodatkowo dopada obrzydliwe przeziębienie, sklonowane z grypą i anginą, które pozostaje w bliskich związkach z febrą!!!

IMG_9297

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Arsen Łubin… została wyłączona

Pan Tealight i Fabryka Baśniowości…

„Zwykle był smok i ona. Potem on i przeszkody. A ponieważ on zwykle miał konia, ale sam nie skakał, więc dobrze było mu dać przyjaciela, albo pierścień, czy fajne buty. No i wiecie, czapka musi być też!!! Albo drużyna… kurcze taka drużyna może być super, bo wybijasz część, ale zawsze kogoś można zreinkarnować, albo wiecie, przemienić na ducha, upierdliwy czajnik, czy inną grzałkę wypełnić jego niecielesnością. No i zawsze z drużyny ktoś ci zostaje, by na końcu go ożenić. Najczęściej przy widocznym sprzeciwie, ale co tam… przecież bajki się kończą w tym miejscu.

Cały problem był w tym, że gdy Pan Tealight dostał grant na zabawy w Fabryce Baśniowości, to nie miał weny, więc zagonił do roboty Wiedźmę Wronę Pożartą i Ojeblika. I to był wielki błąd. Taki na miarę końca świata, Jeźdźców Apokalipsy wystąpujących topless i… trzech wulkanów.

Niby wszystko było takie bezstresowe, wiecie praca w domu, w ukochanym fotelu, nawet mieli takie figurki, którymi sobie pomagali w tworzeniu historii, ale… Bo Ojeblik to zawsze wszystko chciał starodawnie i romantycznie, a jego panowie zawsze musieli być muskanie wymuskani. I jeszcze wysocy, pewno jakiś kompleks, ale co tam. Za to Wiedźma Wrona Pożarta zaczynała od faceta, kobiety i wiedźmy, no i potem wiedźma zwykle dostawała faceta, księcia się znaczy, robiła z niego seksualnego niewolnika, a z księżniczki, długowłosej, chudej blondynki – kolejny kompleks? – tworzyła wydmuszę, w której umieszczało się świeczkę, albo gromadkę srających świetlików, no i wiecie, w ramach wystroju wnętrza sobie nie odmawiała dygresji. Pan Tealight to ogólnie uważał, że nie jest w temacie, bo on stały w uczuciach, właściwie to kocha dwie kobiety, ale ta jedna kłuje, no i się sypie trochę, więc…

… to taki raczej skomplikowany związek.

Ale grant zobowiązywał, więc siedzieli i wymyślali. Pchły Czarodziejki, mieszkające w siennkiku Bursy dla Młodych Książąt… takie Eton bardziej, mierzyły się z Drożdżycami Panien Nieskromnych, wielce niepokorne Matki NieKrzestne szabelkami machały, skalpując, a czasem ucinając i to, co niezbyt owłosione. Ale już wszystko pobiły księżniczki i królewny z Emancypowanej Przedszkolni Panny Ewy. Nosz kurna, żadna się nie chciała żenić. Wszystkie chciały leżeć i pachnieć i niepracować, no i przede wszystkim mieć kotka, pieska i nie rodzić.

… takie czasy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8741 (2)

Z cyklu przeczytane: „Świat bez książąt” – … cudnie. Zastanawiam się ile tak naprawdę madrości autor przemycił w tej powieści. Ile w rzeczywistości treści ważnej, pod opowieści o trudach przyjaźni. Przyjaźni zderzającej się z miłością i dojrzewaniem.

Tym razem znane z pierwszego tomu dziewczyny, ponownie muszą zmierzyć się z konsekwencjami. Ale teraz to one same nabroiły. Bo widzicie, to co zrobiły, ma wielkie konsekwencje. A może i nawet OGROMNE. Bo widzicie, nie da się żyć tak, by innym nie pozwolić być sobą. Nie da się, tylko czy Sofia i Agata są w stanie to zrozumieć? Czy powrót do szkoły to coś tak złego? A może zwyczajnie nie pasują już do swojego miasteczka? Może zniego wyrosły?

Soman Chainani tylko pozornie napisał bajkę. W rzeczywistości to opowieść o dojrzewaniu, o unikalności, tajemnicach dorosłych, jednostronnym postrzeganiu świata – które serio nie jest dobrą sprawą. To niesamowita powieść… hmmm, no właśnie, dla kogo? Bo moim zdaniem dla wszystkich. Dla córek i mam, dla młodszych i starszych. Dla tych dorosłych, by przypomnieli sobie widzenie dziecięce świata, ale i tych młodszych, którzy często zapominają, że starsi byli już dziećmi. I wiecie, wielu z nich nimi zostało, a jeszcze więcej woli być dorosłymi.

Dla mnie Akademia to jedno z odkryć literackich tego sezonu!!!

IMG_6928 (2)

Ptaszki.

Taki mam dziwny problem. Chociaż nie do końca to jest problem, może raczej jakoś tak robi się trochę nerwowo, gdy po prostu wybierają dziwną porę dnia? Czy raczej późnej nocy? A może… no nie wiem. Bynajmniej chodzi o ptaszki. Dokładnie chodzi o plemię wróblowatych i młodych szpakowatych, które jakoś tak połączyły swoje życia i… no cóż, napadają na mój trawnik. Nagle… w okrutnym wrzasku cała zieleniowość zmienia się w poruszającą się czerniawość. Jakoś tak. Niespokojną, może i coś jedzącą, robaki latają z prawej na lewą, a dżdżownice tak odwalają salta, że paść można ze śmiechu. Piruety, gadżety, skręcenia, a nawet odrzucenia kawałka siebie i stworzenia dwóch z jednego. Bo cała sprawa w tym, że kurcze ptaszencje się wciąż napieprzają. Wciąż i wciąż i wciąż. Jakby każdy deptał każdmu po ogonie, albo i zwyczajnie po pierwszym robaku nagle się zaczyna. Czasem jeden z wróbli śledzi jedngo od kupki trawy do kupki mchów, od pierwszego spadłego z czereśni liścia, do malusieńkiego grzybka, który serio nie chce w tym brać udziału… i się zaczyna. Najpierw skrzek, potem obydwoje podskakują, pióra lecą, a potem… cisza i jedzenie. Ze szpakami jest podbnie! Skąd one mają tyle energii? No skąd? Może to jednak te robale? Może to owo robalowe białko?

Czy powinnam spróbować?

Bo widzicie, koniec lata – początek jesieni, to czas wszelakiej, żywieniowej bogatości. Na niewielkich stoiskach przy drodze, za garść koron można dostać i śliwki i maliny i oczywiście… bornholmskie jagody! Przepyszne małpiszony! Można też oczywiście poleźć na pole, gdzie za niewielką sumę, możesz sobie nazrywać ile chcesz, ale jeśli nie masz czasu, a i z plecami nie najlepiej, to zawsze możesz kupić. W czadowym tekturowym pudełeczku czai się pyszna, leśna jagodowość, ale wiecie… w troszkę większym rozmiarze. Przepyszne. Jak takie granatowe cukieraski! Cudowne… dzikusy czerniące zęby, z których potem serio z trudnością wydłubać można owe małe orzeszki… dzikość.

A może nie dzikość… a normalność?

IMG_9415 (3)

Może i wieczory zaczynają być chłodniejsze – z czego niesamowicie się cieszę – ale jednak amatorów kąpieli wciąż wiele. W Sandvig skaczą sobie z cudownego, drewniano – cementowego mola. Piękne drewno, lekko różowate, szalenie cudownie współgra z kolorami skał i kamieni. Bo przecież tutaj plaża może piaskowa i szeroka, ale jednak podłoże wodne pełne pięknych, malowniczych otoczaków. W promieniach jeszcze nie do końca zachodzącego słońca zdają się być klejnotami… a może tak naprawdę są nimi, ale nikt nie pozwala im się włączyć w klejnotową definicję? Bo takie są… klejnotowe. Może i rzeczywiscie umieszczenie jednego w naszyjniku nie byłoby całkiem dobrym pomysłem, no chyba że dla słonia? Ale jednak, w ciepłej wodzie, w której przy brzegu unoszą się implanty chełbiowe, kamyczki wyglądają czadowo!!! Błękit wody, jakby zagubiony, mierzy się z rdzawościami, zielonkawościami i żółcieniami. W jaki sposób to wszystko tworzy takie obrazy, że człowiek wątpi w swoją artystyczność? No przecież jesteśmy jednym… NATURO!!! Czemu przy tobie czuję się taka…

… całkiem mocno nieudolna?

No czemu?

Siedzisz sobie i gapisz się w morze. Takie spokojne, unoszące na sobie czadowo barwne kutro-statki, jeen się Kaśka nazywa, znaczy Katrina, ale to szczegół, co nie? No i wiecie, i inne cuda… wodorosty też i tych się na wodzie unoszących. A tym czasem w porcie w starym hotelu niemiecka grupa filmowa coś kręci. Pościągali ze ścian wszelkie bornholmskie napisy i udają, że to całkiem coś innego. Jak zobaczę jakiegoś aliena, albo innego gościa ze Startreka, to wiecie, no wcale, a wcale się nie zdziwię. Bo po Leprekonie w Gudhjem, co to upchnął złoto w kominie i trzasnął oczywiście do niego wielką tęczę, to jakoś nic mnie już nie zdziwi. Bo Wyspa ma magię. I raczej nie chowa jej w szufladzie pomiędzy stanikami i gaciami z koronki. Oj nie… ona ją pokazuje wszystkim i używa ile wlezie. Wiecie, taka tam wyspowa codzienność.

IMG_9969

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Fabryka Baśniowości… została wyłączona

Pan Tealight i Giaury…

„Od kilku tygodni wszelka mniej lub bardziej żeńska część Białego Domostwa zajmowała się telewizją. A przynajmniej one tak to nazywały. Na wielkiej szmacie – coś jakby prześcieradło, ale takie, co wiele widziało, wiele słyszało, no i postanowiło zostać firanką w żeńskim akademiku – wyświetlały w przydomowym lasku obrazki. Malowane na kliszach przez Mikroszkopy – trollowe miśki i dziwnie zgrabnych i ruchliwych łapkach – obrazki towarzyszyły im przez całe lato. Dzięki czemu były to dość spokojne dwa miesiące. Bo przecież tutaj lato kończy się w końcem sierpnia. Nie żeby od razu kończyła się ciepłota… oj nie…

Jednak, gdy chodzi o ową serialową filmowość, co odchodziła w lasku, Pan Telaight odmówił oglądania. Jakoś nie przekonały go, podobno wielkie połacie koronek dostarczanych na plan, bąbelków truskawkowych i błyszczyku różanego. Za to z przyjemnością spędzał dnie wpatrując się w okno… i pewnego dnia ich zobaczył. Pokręcone elementy ludzkiej duchowości, w lekko mlecznych odcieniach barw, które przyjęły formę tłuściutkich, ale mile dla oka uformowanych homunkulusów. Niektóre miały na sobie jakieś zaskakujące elementy garderoby, inne znowu olewały swoją gorliwą nagość. Wyraziście zbliżały się do niego… a za nimi, z rozwianym włosem i całkiem równie niezbyt zgrabnie uformowaną ciuchowatością na sobie, biegła Wiedźma Wrona Pożarta potykając się o Chochela.

Niby wiecie, nic dziwnego, późnoletni dzień, wszelaka ciepłość, a nawet miejscami duchota… dziwne człowiekomałokształtne osobowości, stare dusze, młode dusze, weki z Turyścizny, herbata w kubku, który zbyt często wzdycha, herbata z listkami, które zdają się z czasem tworzyć oczy… Normalność.

I teraz Plemię Giaurów za oknem.

Bidulków strasznych. Wyrzuconych z tej codzienności i kulturalności. Tych oskarżanych o wszystko, pomijanych i maltretowanych… ateistów, bezdzietnych pracoholików i tych, co sprzątają po sobie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9362

Z cyklu przeczytane: „Oko boga” – … koniec świata. Oj ile razy już nastąpił? I w ilu kolejnych światach już żyliśmy, w ilu jeszcze dane nam będzie żyć? Bo przecież czego człowiek nie wie, czego nie jest świadomy, tosz go nie zaboli…

Tym razem po raz kolejny Sigma ma mocne podejrzenia, że świat się skończy, więc trzeba go ratować. Oczywiście będą mieli pomoc, garść artefaktów, trochę przepowiedni i upływający zbyt szybko czas. Ale w międzyczasie pewna córka może spotkać swoją matkę, oraz podjąć decyzje dotyczące jej przyszłego życia – jeśli tylko się odważy. Widzicie, często ci tak bardzo odważni, gdy trzeba kogoś uwolnić, być bohaterem i ogólnie mówiąc większemu przypierniczyć… gdy przychodzi do ich własnego życia, boją się zrobić ten ważny krok. Bo przecież… jeżeli nie zapobiegną końcowi, nastąpi on nie tylko dla świata, którego nie znają, czy znają, ale i dla nich samych.

Pasjonująca opowieśc przywracająca wspomnienia o tajemnicach Watykanu, o niesamowitym Attyli, pozwalająca nam spojrzeć na życie inaczej. Nie tylko jako zwyczjaność: praca – rodzina, ale i poświęcenie się wyłącznie jakiejś pasji.

Wybór.

IMG_2217

Ech te spokojności…

Spacerując po wzgórzach, skałach, plącząc się w pajęczyny i podziwiając wrzosowiska, człowiek jakoś tak traci poczucie czasu. I to kompletnie. Nagle teraz, jakoś odwrotnie niż latem, może usiąść i pogapić się w fale. Na te kolorowe dachy i domki, dziwnie w końcu oddychające, jakby odzsywkiały częśc siebie. Ową prawdziwą część, którą musiały przytłumić letnią ludzi nadmiarowością. Nagle jest ciszej, w powetrzu jakiś taki lekko cięższy zapach, jakaś taka przemijalność, ale raczej w wersji radosnej staruszki, a nie lekko zatęchłej mumii. Ekstrawaganckiej i naprawdę mającej wszystko gdzieś. Takiej, co nie do końca wie na jaki kolor pomaluje swoją sypialnię, no i czy liscie w tym roku będą liściami, czy jednak butami na gałęziach?

Wszystko na coś czeka. Małe żołędzie na gałązkach, takie zieloniutkie, takie jeszcze nie do końca wyklute spod tych swoich czapeczek, takie cukierkowe. Jest w nich jakaś roztkliwiająca radosność, Jakaś taka prawdziwość wybitne. Stoi człowiek pod dębem, patrzy na morze za liśćmi i nie wierzy, że to wszystko najpierw jest malutkie i zieloniutkie, jak my wszyscy. Niedoświadczone i całkiem nieświadome swojej przyszłości, a jednak… raczej nie przerażone. Kąpią się w tych – podobno ostatnich – prmieniach nader żarowej słonecznej gospodarki i opowiadają sobie bajki. A przynajmniej tak mi się wydaje. Bo widzicie, zpaatrzyłam się. Zapatrzyłam się we wrzosy. Nie na owe kwitnące choineczki, nie w te idealne listki i płatki, ale w stare, wrzosowe konstrukcje. Cudownie malownicze, szalone może i nad znane poziomy, rzeźby i ekspedycje wyobraźni natury. Jak one to robią? No jak? Pośród złotych trawości i różowo-szarych granitowości, one się srebrzą. Srebrzą w gniazdka i dziwne postacie, we wszelakie zabudowania elfich wariacji przestrzennych, w Ogrody Całkiem Nieczarowne i lekko kłujące Zakusy Na Nieświadomych.

A w oddali… oczywiście domy, kominy i niebo.

IMG_4307 (2)

We wrześniu trzeba jednak bacznie obserwować sklepy. Jeśli przyzwyczaiłeś się do jedzenia lodów, teraz w poniedziałki możesz ze zgrozą sobie uzmysłowić, że ktoś zamknął twoją ulubioną lodziarnię, a w resztę dni tygodnia obciął jej godziny użytowania. No cóż… oto koniec sezonu. A tutaj liczy się tylko ten MAKSYMALNY sezon. Cała reszta to wiecie… maniana!!! Trzeba się najjeść zawczasu, bo przecież kurcze, w październiku zamykają wszystko!!! Oj wiem, że to przypomina lekko Wyspę w jakiejś epidemicznej izloacji, ale bez boja, zwyczajnie w ten sposób Wyspa się oczyszcza po tuptających ją Turyścizny stópkach.

Łapach i kopytkach też!!!

Drogi, które dotąd były wyłącznie jednokierunkowe, ponownie ruszają i w prawo i lewo. Serio trzeba o tym pamiętać. Nie ma innego wyjścia! Trzeba! Wyspę cechuje zmienność. Aktywność lata i lekka spokojność jesieni, oraz senność… wiecie, tak pomiędzy, bo czemu nie? Ktoś przecież musi śnić innym sny? A może nie?

A może…

… może tak jest wszędzie, ale tylko tutaj jest to takie widoczne? W końcu na gołych skałach nic się nie ukryje, pomiędzy niskopiennymi drzewkami też nie. A i wiecie, w ogólnie pojętej lesistości też można mieć wiele do powiedzenia. W tej całej kolorowatości pomrukujących śpiąco w porcie łódeczek. Zawsze mają takie cudowne kolory! Żwawe, nawet wtedy, gdy po prostu osypują z siebie pozostałe powłoki, przypominając te barwy, którymi skrzyły się wcześniej. Jakby zawsze mogły się odnowić. Zawsze. Jakby na wspomnienia nakładały nowe, ale zawsze możliwe były poworty do przeszłości, jeśli zawaliło się coś w teraźniejszości. Może o to w tym wszystkim chodzi? O możliwość powrotów. O kroczenie, a potem powrót znowu na miejsce startu, albo jeszcze wcześniej… i zdecydowanie, że lepsza będzie dla nas całkiem inna droga.

Może taka, o której nigdy nie myśleliśmy, jako o naszej?

IMG_9410 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Giaury… została wyłączona

Pan Tealight i Jeżynowe Wampirzyce…

„Są…

W splątanej zieleni i bordowości gałązek, w owej lekko już czerwieniejącej liście jesienności, pysznią się swoją wielogronowatością… jeżyny. Bujne i drapieżne. Dziwnie odszykowane na jakąś wieczorną potańcówkę, wprasowane pomiędzy tango i walca. Jakoś tak koronowane. I przesmaczne. Patrząc na usta Wiedźmy Wrony Pożartej, burgundujące się, skraplające w kącikach ust, na jej czarniawo-karminowe dłonie… nie można się było nie uśmiechnąć. Tym bardziej, że wypuszczali dzisiaj w Wyspę świeżo wyklute Bańki Wymodlone. Znaczy Pan Tealight i ona i dzięki temu wyglądali tak dziecinnie, bardziej niz gromada staruszek z Kokona, co to dobrała się do tych lepszych tabletek w zabiegowym…

To naprawdę był idylliczny widok.

Ona i on. Obydwoje odziani w to co było pod ręką, czyli on w nic, tylko siebie, ona na czarno, niczym szpieg z Innej Krainy Deszczowców… nad nimi błękit nieba, pod nimi skały, kałuże, plusk, taplanie się… obok bańki, pomiędzy bańki, no i w oczach, też bańki… Czyż to nie rozluźniające wszelkie zawory, stwory, potwory, zalążki, wiązki i naklejenia, gumeczki i… jelita też, uczucie? Taka zabawa. Zwyczajnie niezwyczajna w takim dorosłym wieku, a jednak co tam oni… nie obchodziło ich. Ona dmuchała, on nie, ona machała rękoma, starając się pobudzić bańkowatość i pozwolić wiatrowatości się wykazać też i w… dmuchaniu…

Bańki spoglądały na tych, którzy je tak radośnie dmuchali, ale wiecie, w takim oszołomieniu, ale i jednak zamyśleniu… a potem ich olewały, jeśli nie zdążyły odlecieć, albo odlatywały i niektóre żyły dalej, a inne znowu wcale nie, bo wiecie świat jest okrutny nawet dla Baniek Wymodlonych… No świat jak zwykle kręcił się nie do końca dookoła siebie, na okrętkę, na walec i kulki z farby w spreju…

Aaaa… znaczy wampiry? A tak! No więc tak naprawdę to nie my zjadamy jeżyny, ale one żywią się nami, ale kogo to obchodzi, jak one takie smaczne!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1741

Z cyklu przeczytane: „Linia krwi” – … nieżle. Serio, jak dotąd moja naj naj naj książka tego autora. Ale jedna uwaga… Czytajcie po „Ewangelii krwi” i przed „Okiem boga”, by otrzymać całość opowieści.

Naprawdę całą fabuła ma i ręce i nogi, i chociaż miejscami może trochę przytłaczać tekstami w stylu „zabili go i uciekł”, to jednak nie można się oderwać. Legenda o tych wybranych, Gildii i Loży. O uprzywilejowanych, a i oczywiście o sekrecie poszukiwanym przez tak wielu… nieśmiertelności… pasjonuje nadal. I nie inaczej jest z „Linią krwi”. Ponownie mocną powieścią szpiegowsko-przygodowo-detektywistyczną. Znowu z owymi intrygującymi pracownikami Sigmy. Znowu… nie ma chwili na odpoczynek i do końca nie wiecie, jak to wszystko się skończy, kto przetrwa, kto jest winny, kto…

To naprawdę dobra rozrywka, ale też coś, co zmusza nas nad zastanowieniem się, jak bardzo dłuższe jest teraz nasze życie. Jak wiele w nim zależy tylko i wyłącznie od nas, ale i jak wiele przekazuje nam rodzina. W co wierzyć? Komu ufać? Czy kochać… czy jest w tym wszystkim miejsce na miłość? Pasja i prędkość, wiele kosmicznych technologii i wciąż zaplątani w swoje demony bohaterowie i oczywiście zapowiedź dalszych przygód… naprawdę nieźle panie Rollins! Naprawdę nieźle!!!

IMG_2220

Skały…

O tej porze roku są różowo-pomarańczowe. I wciąż wydaje mi się to takie… niemożliwe! Bo przecież no jak? Wiem, że drobinki ziemi, wiem, że trawy i porosty, a wciąż jest to dla mnie jak statki i samoloty. Niby wiesz jak to działa, a jednak… kurcze jakoś tak nie wierzysz. Ale im to nie przeszkadza. Przyjmują jakoś tak zwyczajnie te moje zachwyty. Rechoczą się całkiem jawnie, jak najzwyczjaniej w świecie, znowu z nich zjeżdżam na dupie, bo jakoś tak jest wiecie… bezpieczniej. No i jak ktoś ma ino półtora metra i krótkie nóżki, to kurcze musi sobie radzić.

Spoglądam na te wszelakie trawy i kwiatki pomiędzy ich pożółkłymi patyczkami, i się zastanawiam jak bardzo niewiele wiem o nich. Nie umiem rozpoznać większości, jak to się stało? W jaki dziwaczny sposób to ze mnie uciekło? A może nigdy tego w sobie nie miałam? Ej nie, no chyba raczej miałam! Wychowałam się w czasach, gdy to było normalne, a zrywanie kwiatków na łące było zabawą…

… teraz kurna nawet łąk nie ma…

Cudne są skały. I siedzenie na nich. Gapienie się w niebo, pokrętną linię wybrzeża, problem w tym, że nie umiem tak siedzieć. Muszę się ruszać, grzebać w porostach, cudownie zmyślać o tym, co się między nimi dzieje. Wynajdować kształty i rośliny, o których nigdy nie miałam pojęcia. Ale czy one miały pojęcie o mnie? A kogo to obchodzi… Potem te wychodnie wszelakich minerałów, zagubienie się we własnej niewiedzy. Czy to granit, czy jednak gnejs? Kurcze? Dobra, tamto to piasek, a to krzemień, to wiem!!! Hurra!!! Dzika róża napęczniała, jagody, jeżyny, maliny, pomiędzy skałami okazała, ociężała od owocków śliwka. Czyli w moim jezyku: przydrożny makdonald!!! A te czerwone jagódki, kurcze, czy te czerwone jagódki to jednak wiciokrzew, czy nie? I czy wyrażenie „lekko trujące” w rzeczywistości doprowadzi ino na kraniec sraczki, czy w permanentną śpiączkę…

Wiecie, w dziczy trzeba troszkę uważać i nie żreć wszystkiego i czasem, gdy skała wygląda jak oderwana trolla głowa – serio, z wielkim nochalem, przymrużonymi oczami i dziwnym sardonicznym uśmiechem – to lepiej oddać jej te cukierki co się je ma na potem i powiedzieć: smacznego. Wtedy może jednak nie zje nas samych?

Może?

IMG_7490

Fale

Nie ma ich. Dookoła tylko lekka podduszalność powietrza, chmurami zakryte słońc, które jednak twierdzi, że woli grzać, że się nie da tak łatwo zepchnąć w inne grnaice kosmosu, no zwyczajnie… przepychanki. I w powietrzu też jakieś takie zagmatwania. Jedyne, o czym możesz myśleć, to to, że fajnie byłoby spędzić dzień spiąć, leżąc i ogólnie mówiąc… się leniąc. Ale jak to zrobić? Bo przecież tutaj się nie da, nawet jak się lenisz, to tworzysz. We łbie coś się kotłuje, nowe historie, opisanki, nowe opowieści, legendy nowe, gawędy i bajki. Widzisz tych ludzi, którzy z koszykami piknikowyumi rozsiadają się na ławkach, nad jeziorami, ciekami wodnymi, przy portach i na skałach… i jakoś nie możesz tak. Bez ruchu, niczym owa płaskata powierzchnia atłasowej morskości. Niczym kiecka bardzo wyrafinowanej damy, którą stać na to, by się nie gnieść, by po prostu fruwać, unosić się i latać… albo mieć pod kiecką stadko krasnoludków latających z góry na dół i wciąż, na okrągło ją prasujących.

Jest w tym wczesnojesiennym morzu jakaś taka pusta pełność. Niby wspomnień wiele, niby tyle okrzyków, łódeczek w nim było, niby… a jednak teraz, niczym nie ono, na chwilę wszystko ucicha. Wiem, że tylko na chwilę, bo przecież morze nie może być tylko i wyłącznie jednorakie, ale… wątpię, że się zmieni.

A co, jeśli nigdy już nie zaryczy?

Wrzesień oczywiście nie oznacza końca zabawy. To tylko taka chwila, by zmusić Wyspę do odetchnięcia. Bo zaraz tutaj muzea i galerie, zaraz zmienność ogrodów, nowe wyzwania, plany… W kończu wszystko się kręci. Koniec sezonu oznacza tylko oczekiwanie na początek kolejnego.  Oto i czas na wakacje tych, którym jednak Wyspa nie wystarcza. Na urlopy zabieganych przez całe lato. Na owe odsapnięcia i może garść innych wspomnień? Ale czy tylko mi wystarczy Wyspa…

IMG_7526

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jeżynowe Wampirzyce… została wyłączona

Pan Tealight i Spacerując…

„Szli…

Zwyczajnie, jak kilka razy w tygodniu, obchodząc nieistniejące włoście, ciesząc się naturą i pustką pewną, którą pozostawiły po sobie wyjechane tłumy Turyścizny, poszli na spacer. Najpierw Pan Tealight, szary i wyprostowany, z lekko powiewającą pelerynką i szerokoskrzydłym kapeluszem… a kilka kroków, albo kilkanaście, niska Wiedźma Wrona Pożarta z Pluszową Torbą z Muma, co chwilę się schylająca, cykająca zdjęcia kwiatków, pszczółek i kocich-psich kup. Czyli wiecie, jak zwykle… Nic nowego, nic dziwnego. Zwykła zwyczajność.

Szli…

W nierównym tempie, Pan Tealight ciągle się potykają, bo po ostatnim tegorocznym go golenio-przycinaniu, nie czuł się dobrze ze swoim Ośrodkiem Ciężkości – czyli nowym, pluszowym przyjacielem… wiecie, królik przytulanka, no każdy czasem musi go mieć przez cały dzień, nie tylko noc. Na głowie Wiedźmy Wrony telepał się czerwony liść z wygryzionym serduszkiem, dziwnie przytwierdzony do jej owłosienia, jakby obiecał sobie, że nigdy nie spadnie, ale to nigdy! Z drugiej strony ten model wiedźmy przewidywał zaledwie półtora metra do gleby, więc…

Szli…

Niewielu ich mijało, a oni wciąż tylko potakiwali i uśmiechali się, mijając wielu, ale wiecie… tak to jest z wariatami. Ale też nie wtrącali się po drodze w cudze życia, a bokami puszczali bańki… mydlane ludzie, mydlane, czemu Wy to zawsze macie ino TO na myśli, no czemu!!! Wiedźma sama dmuchała!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0760

Z cyklu przeczytane: „Ognisty bóg” – … taaa. Zakochałam się w tym autorze trochę lat temu. A właściwie, to już naście mocno? Czy chodziło tylko o Egipt? Chyba tak, ale też i o ten sposób pisania, cudownie wiążący fakty i intuicyjną fantazję. Próbując przypomnieć nam przeszłość, w której ludzie byli całkiem… tacy jak my.

Oto kolejna powieść Wilbura Smitha z cyklu egipskiego. Królowa Lostris odeszła. Taita został sam z ukochanymi córkami władczyni i faraonem. Ponownie cały porządek świata zależy od niego. Od jego inteligencji, pewności i odwagi. Bo i temu światu coś zagraża. Światu, który tak bardzo ukochał i któremu oddał wszystko.

Ponownie ogromna powieść, ale… tym razem z dziwnie przytłaczającą męskością. Co dość pokrętnie brzmi, gdy spora część naszych bohaterów to eunuchowie. Wciąż coś się dzieje, trzeba coś poprawić, uzdrowić, zmienić, walka, żołnierka, ciągłe zabijanie i podstępy. Z czasem powieść powoli bardziej zazębia się o życie zwyczajnych ludzi, ale i tak, nie czytało mi się jej tak dobrze, jak poprzednich. Gorzej. Czułam się odrobinę jak na nudnej lekcji historii. I chyba przysnęłam.

Jeżeli nie czytaliście wcześniejszych tomów, cóż… może lepiej zacząć od nich?

IMG_7834

MAM I JA!!!

Od zawsze marzyło mi się wydanie Pratchetta w twardej okładce, bo sorry… ale pierwsze wydania nie dość, że sczytane, to na dodatek na dziwnym papierze i jak kichniesz, tłuszcz się rozmiarze, co tam, spocić się starczy i to samo!!! Ale wiecie… ja mam ten tomik dzięki JEDNEJ DOBREJ DUSZY z pociągiem! I to jest jeszcze bardziej niesamowite! Wiecie, fajnie znać takie dobre dusze!!!

Wydanie śliczności w moim ulubionym formacie, z kremowymi stronami, po prostu wymarzone!!! Tylko kurcze kogo tutaj teraz dorwać, coby mi kupował raz w miesiącu? No kogo!!!?

IMG_1465

Deszczowo…

W końcu nam kapie, znaczy wiecie z góry leci, więc wszystko w porządku, żadne tam alienów inwazje. Deszcz zwykły, aczkolwiek przez ostatnie miesiące sporadycznie spotykany, więc nie dziwcie się mojemu zauroceniu owym plumkaniem i plaskaniem, skraplaniem, wodowaniem i wszelką inną wilgotnością. Zresztą, owa wilgotność bardzo szybko znika, wsiąka i ogólnie mówiąc od razu wpada w owo koło wszelkiej natury przemienności. Żadnych kałuży, żadnych dłuższych namakań. Ot siedzi sobie człowiek, loda liże ze smakiem oczywiście, w morze patrzy… może i co nieco mu za kołnierz czasem spadnie, ale bez przesady. Bardziej, to taka jakaś dorosłosć Wyspę opadła. Wiecie, po wakacjach, więc dzieci zmyło, znaczy do szkoły je zmyło, a cała reszta coraz częściej składa się z dosadnie wiekowych wycieczek zza południowej granicy. Nagle wszystko jest jakieś takie bardziej dostępne, chociaż… co niektóre sklepy już zaczynają się powoli zamykać. W końcu we wrześniu Wyspa raczej tylko dla tych, którzy potrafią docenić zmienność kolorów, aur i ową cudowną, granatowo-kopbaltowo-metaliczną ciężkość chmur na horyzoncie.

Bo właśnie sobie siedzę, słucham owego mrukliwiego kląskania fal nieistniejących… widzicie, to czas, gdy nagle morze tak troszkę się od Wyspy odsuwa, jakby śmierdziało jej z paszczy, czy coś, no i odsłania to, co wcześniej było zakryte. Nagle cała linia brzegowa jest dziwnie inna, bliższa głębinom i ogólnie mówiąc tak… Mojżeszem tchnie mocno. Wpatruję się w gładkość morskości, w odbijające się w niej niebo, jakby nagle zamienili się miejscami. Jakby nagle fale w postaci ciężkości i wgłębień przeniosły się do góry, a to co mamy pomiędzy skałami, to ledwo dotykające portu w Sandvig to tylko i wyłącznie odbicie. Tu biel obłoczków, tam znowu niebieskości, a przy skałach dziwna karminowość. Tylko skąd ona? Czy szukamy jakiegoś turysty?

Nie no, bez obrazy. To tylko morska zmienność…

IMG_4960

Wszystko powolnieje, jakoś tak nagle zwraca człowiekowi uwagę na fotele, koce i pierzyny. Na miękkie poduszki i jedzenie, które sprawia, że jakoś tak robi się nam milej w brzuszku. Po prostu. Nie ma to nic wspólnego w depresją, raczej z czymś, co wzmaga w nas ochotę na odpoczynek, ja jakieś zwolnienie, na w końcu… urlop. Bo widzicie, lato to czas pracy, a wrzesień, to wytchnienie.

Namiastka wakacji, a może tylko namiastka namiastki?

Wychodząc nagle zauważa się puste miejsca parkingowe, promocje, nagle częściej chcesz jeść lody, bo wiesz, że za kilka tygodni pozamykane będą i lodziarnie. I cukierkownie i czekoladownie i w ogóle cała ta turystyczność. Ta nagła pustka na ulicach jest tak zaskakująca, że nie wiesz co robić. Co roku uczysz się od nowa życia na Wyspie, która żyje sezonami. Ponownie uczysz się stawać na środku ulicy i wrzeszczeć: Jestem królem Wyspy. Bo czemu nie? W końcu i tak nic nie jedzie!!! Jeszcze tylko zbieranie jabłek, koniec żniw, jakieś tam orki i ozime, więc… ale przecież żyjemy też jesienią. I zimą. Mimo wszelakich dziwnych dywagacji odwiedzających Wyspę, wcale nie zasypiamy niczym owe misie. Nie zakopujemy się w gawrach, chociaż przyznaję, że rozważam taką możliwość. Albo jak te Muminki… wiecie, no igliwie i w spanko!

Tylko co z Buką?

Dziwnie tak nagle wystrzelić z tego lipcowego i sierpnia początku się tłoczenia. Teraz dominujące rejestracje to te należące do niemieckich turystów, a oni rzadko wpadają do sklepów, jeszcze rzadziej są jacyś tacy… zainteresowani. No ogólnie mówiąc głośni są jak śpiewają, albo piją piwo, które ze sobą przywieźli. Jakoś tak. Niby tacy zafascynowani, a bardziej się czujemy teraz jak małpki w zoologu, niż wcześniej. Jakoś tak przypominają mi się czasy z wykopu we Wrocławiu, gdzie dziwnie wysoko łby noszący niemieccy turyści lekko z nas szydzili i rzucali swoje monety, byśmy je „odkrywali”. Wiecie co, chyba niezbyt mam dobre doświadczenia z tego typu zwiedzaczami. A może w ogóle nie mam „dobrych” doświadczeń? Bo czy teraz w ogóle jest coś w stanie ludzi zaintrygować? Przecież wszystko możecie zobaczyć w internetach, nawet google view odkryje większość tajemnic, więc po co tak naprawdę… jechać? A nawet jeśli jedziecie, to czym się interesować, czym zachwycać? Czym oszałamiać zmysły? Bo czy wleziecie w krzaki i obeżrecie się nadmorskimi jeżynami? Czy powąchacie jabłek, które nad morzem zdają się pachnieć głębiej? Czy zaintrygują Was wiatromierze?

Czy stare studnie spełnią Wasze życzenia?

Wiecie co? Ja chyba wrócę pomiędzy jeżyny. To pierwsza tura czarnych słodkości, więc wybaczcie, ale idę zjeść na zewnątrz. I to bez płacenia!!!

IMG_4286 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Spacerując… została wyłączona