Pan Tealight i Ślepce, Głuchce i Konusy…

„A Wyspa dookoła wrzała.

Wrzała pod paszkami, w miejscach intymnych, za uszami się gotowała, no ogólnie mówiąc bliższa była parowaniu, niż wszelkim ukamieniowaniom. Chociaż… tak prawdę mówiąc dziwne by to musiało być parowanie, jeśli serio, nic z wody już w niej nie było. Ziemia na polach aż jęczała z całej tej swojej chudej sypkości. Nawet las drzemał dziwnie, w niezłym lichym omszeniu, jakby zapomniał o wszystkim. Jakby w końcu, pozbawiony nagminnej wilgotności, nie miał nic do roboty. Ale przecież pachniał… unosiła się w nim owa gęsta duszność pełna liściasto-żywicznej namiętności. Niby nie było tutaj chłodniej, mimo cienia, ale jednak… jakoś tak milej.

Duszność…

Widzicie, gdy tak się poci, wkurza, nie ma czym oddychać, pragnie mieć lodowiec w formie pieska kanapowego i oczywiście grotę wypełnioną zamrażarkami z lodami sorbetowymi i jeszcze łóżeczko w formie takiego nagrzewanego, naświetlającego, tylko w drugą, zimną stronę i… No to wtedy po prostu się coś w człowieku zmienia. Coś sprawia, że durne myśli przychodzą mu do głowy – jeśli ją posiada, a jeśli nie to do innego organu odpowiedzialnego za rozumne mniej lub bardziej myślenie – a patronują im bóstwa trojacze, bardziej wielokrotne, czyli: Ślepce, Głuchce i Konusy.

ŚGK doskonale wiedzą, iż starcza właśnie temperaturowe otępienie, by dobrać się do podatnej głowistości czy innomyślości, która, jeśli nie jest wpatrzoną jest w telewizor, lub fale morskie pełne gołych syren płci wielobojga, to będzie mogła wymyśleć tak wiele, że samą siebie przerazi. Na przykład to, że możliwe jest całkiem, iż w nocy, jeśli tylko pozwolisz sobie zasnąć, wyrośnie ci trzecia noga, albo uszy ci odpadną, więc obwijasz łeb chustką, a miejsce między nogami wciąż sprawdzasz… albo, że oczy ci wypadną, no i zamiast nich wyrosną drzewa, z prawego oczodołu jabłonka, z lewego grusza i tak wiecie, nierówno będzie…

Albo, że teściowa właśnie puka do drzwi… stuk, puk, łubudu!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4492

Mniammm!!! Czyli moje nowości!!!

IMG_7832

Wiatrakami…

Nie oszukujmy się, potrzebujemy prądu. Wiemy już, że sporo z owych potrzeb lepiej by było chociaż trochę ukrócić, robić to, czego Babcia zawsze uczyła: jak cię tam nie ma, to wyłącz światło!!! Ale czy jesteście sobie w stanie wyobrazić życie bez prądu? Owej – nie oszukujmy się – najmniejsmrodliwej energii. Bo kto z Was wytrzymałby by w towarzystwie świec, łuczyw i kominków? A może jeszcze takich, w których palono kupami suszonymi? A tak, kupami też można ogrzać świat… a jak świetnie działają wodorosty, albo zbierane szyszki w lesie! Sprawdzaliście? Ino mieć kominek… ale wiadomo, kominek nie ogrzeje wszystkiego, a już napędzić lodówki nie napędzi. Zrobi obiad, ale poza tym, może ino podpalić brwi i rzęsy.

Potrzebujemy prądu, a w miejscu, w którym co prawda są cieki wodne, a nawet i kilka wodospadów, jednak najlepszym dawcą prądu jest sama Wyspa. Słonko i wiatr. Wieje u nas tak, że Wyspa jest w stanie nie tylko zrobić prąd dla nas, ale też trochę na sprzedaż. Dlatego marzy mi się bateria na dachu. Wiecie, owa odrobina niezależności, gdy świecie i grzeje, by chociaż zagrzać wodę na prysznic, by chociaż trochę poprądować się inaczej. Ale jak to jest z ową „zieloną energią”? No cóż. Może i ptaki nauczą się latać dookoła, może i ten wiatr nie miał polecieć nigdzie indziej, może i owo słonko może być „podkradnięte”, ale jednak… rozumiem tych, którzy nie chcą mieć wiatraka pod oknem. Chociaż uwielbiam ich białe i srebrzyste skrzydła, cenię sobie ich elementy w naszym krajobrazie, to jednak mieć je za oknem… oczywiście, że nie. Ale przecież mamy takie miejsca, gdzie mogą one stać na tyle, by nie przeszkadzać.

Co jednak z morzem?

No rzeczywiście, większość z nas uważa, że po prostu lepiej by było, gdyby wiatraki stały na morzu. Czy jestem jednym z owych ludzi? Eeee… ja po prostu kocham wiatraki! Jest w nich fajna dzikość, jest w nich coś takiego, co sprawia, że wtapiają się w Wyspę. Nie tylko robią – właściwie za darmo, mimo wysokich kosztów postawienia jednego, a kilka ma jeszcze na Wyspie stanąć – prąd, ale są dla mnie jednym z drzew. Jakoś tak. Owym wizualnym dowodem na to, że jeśli chodzi o prąd, to na Wyspie trzeba myśleć. A podatki mamy takie od ekologii… że większość z nas marznie zimą. Zresztą, Duńczycy mają to do siebie, że marzną i latem, aż człowiek się zastanawia… kurna, gdzie ci Wikingowie? Gdzież owi mężowie i berserki?

IMG_4474 (2)

Prąd prądem, ale gdyby tak podłączyć tych wszystkich rowerzystów i biegaczy, ciekawe czy załadowałyby się im chociaż komórki, tudzież owe wypasione krokomierze, inno mierze, sercomierze i w ogóle cały ten prądożerny świat?

Ale nie samym prądem Wyspa żyje! Jak na razie, to chyba wyłącznie się poci. No cóż, w końcu mamy lato, plaże trzeba trochę pogłaskać, pogilgotać głazy i ogólnie mówiąc skorzystać z tak czystej wody. Nagle człowiek jest aż nadmiernie zadowolony z tego, że nasze fale nie są gorętsze… gdy się słyszy o tych rozmaitych bakteriach i ciepłolubnych żyjątkach, to sorry, ale mnie między palmy jakoś całkiem nie ciągnie!!! Może i moje morze się nie gotuje, ale za to jak zanurkujesz, to nie tylko widzisz własne stopy, ale wszelaką piaszczystość. A te kolory… robiąc zdjęcie pod pewnym kątem za nic nie rozpoznacie, że to nie jakieś Hawaje, czy inne Bahamy. Zresztą, kto powiedział, że dobra jest ino ciepła strona świata? Ja tam niezbyt się lubię pocić, a tutaj, mimo iż moja cudna Wyspa to Północ, to jednak… często grzeje aż nazbyt!

W sierpniu oczywiście sezon turystyczny nie zwalnia. Może i duńskie dzieci za tydzień wracają do szkoły, ale reszta świata wciąż ma wakacje. No a niektózy to już w ogóle mogą olać szkołę, co nie? Nie lubicie tego uczucia, kiedy patrzycie na jęczących młodszych i czujecie ową dziką radość, która pozwala Wam nie tylko zjeść lody kiedy się Wam chce, ale na dodatek nie musicie iść do szkoły!!! Wcale a wcale! Żadnych wywiadówek, żadnych mundurków, problemów w wuefem, czy matematyką!!! No dobra… nie oznacza to, że głupiejemy, zwyczajnie jako dorośli możemy pozerać wiedzę wyłącznie w ulubionym smaku. Bo już wiemy jaki nam najbardziej odpowiada…

Kolejne gromadki Turyścizny błąkają się po uliczkach Gudhjem, Sandvig czy Hasle. Kolejne dziwują się widząc wolne miejsca na czystych plażach, ale i kolejne marudzą, gdy nagle wiatr nawieje wodorostów. No sorry, to wszystko natura! Pozbierajcie je i popalcie sobie wieczorem w kominku, tłusto strzelają, a jak grzeją! Nie marudzimy, ino idziemy kawałek dalej, tutaj zawsze jest miejsce, gdzie natura pozwala ludziom głupieć w wodzie. Niezależnie od wieku. Zwyczajnie taplać się, skakać, stawać na głowie, rękach, pływać, lekko dziwaczeć, a potem ochlapać tych, co wciąż się boją wejść w mokre. Albo rzucić w nich wiązanką wodorostów! Słonych, gęstych i mokrych oczywiście!!!

Oto energia jest! Oto i prąd?

IMG_7892

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ślepce, Głuchce i Konusy… została wyłączona

Pan Tealight i Rojące się Królowe…

„Nawet nie chodzi o to, że słowo NIEMOŻLIWE zostało wycięte z wiedźmiego słownika. Wykopane z niego, wytarte, rozdarte na cząstki, wykastrowane, odarte ze skóry, wydepilowane w miejscach intymnych wrzącym woskiem… a potem na pal jeszcze nabite i robiło za Stracha na czereśnie. Podobno niektórzy to nawet ożywiali je, by od nowa przeprowadzić przez cały, rozrywkowy wyłącznie dla obserwujących, świat wszelakich tortur mniej, lub bardziej, współczesnych…

Dlatego Pan Tealight się nie zdziwił, gdy z zamkniętej z powodu niebytności Wiedźmy Wrony Pożartej Chatki… wydobyła się cała chmara chmurnych, skrzydlatych, wychudłych, ale szumiących, mocno przegrznaych Królowych. Od razu padł na ziemię, gdzie zaatakowany został przez Strzegące Siły Naziemne i lekko, aczkolwiek profesjonalnie, spacyfikowany wyłącznie dlatego, że no… nie można go było zjeść. Widzicie, gdy można coś zjeść, to SSN od razu ciągnie to do kopca, ale po ostatnich próbach, nauczeni bolesnym, na wieki wieków pamiętliwym, odciskiem Ojeblikowych siekaczy… nawet nie próbowali. Leżał tak przez chwilę, a potem postanowił jeszcze trochę, w gruncie rzeczy, dopiero gdy usłyszał znaczące chrząknięcie i zobaczył tupiący lewy bucik Wiedźmy Wrony Pożartej, pozwoli sobie na powstanie…

A ona i tak tylko jedno miała do powiedzenia, zero współczucia:

– A było je wypuszczać?

Bo przecież to takie zwyczajne mieć chatkę zbudowaną na Mrówczym Kopcu Płodzącym Pewnie Koronowane. Czyż nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8085

Z cyklu przeczytane: „Królowie przeklęci” – … orgazm. Po prostu. Czysty! Nadzwyczajny. I owe wspomnienie malutkich tomików, w które zawsze nie wszystkie wyposażone były biblioteki… Jako dzieciak nigdy nie poznałam całej tej historii – no poza historią!

Oto cud, wydany w końcu w miłej, ciężkiej cegle. Piękny! Pełny! Zachwycający. Myśli sobie człowiek, czy raczej łudzi się, że starczy mu na dłużej, ale nic z tego. To się czyta, jak lekko świntuszkowatą biblię! Serio! W końcu w tej książce mamy sporo takich momentów, bez urazy ku religijności wielu, sami zajrzyjcie do swojej. To się czyta… jak lekcje z historii, na których dobry nauczyciel przemycał MOCNE, niegrzeczne momenty! Niczym serial kostiumowy, niczym…

… brak słów.

Wielotomową niegdyś, teraz zebraną w trzech księgach powieść, którą rozpoczynają płomienie trawiący Templariuszy, pewna klątwa i kilka wpadek na dworze Filipa Pięknego… poprowadzi was poprzez życia koronowanych i tych, którzy owymi koronami naprawdę kierowali. Poprzez kopanie dołków, nie tylko w polityce, intrygi i zakusy, ciągłe dbanie o własne dobro i nazywanie tego misją od Boga… poprzez człowieczeństwa i upadek rycersta, poprzez zmieniające się etyczności i świat, wcale nie tak bardzo różny od tego, który mamy teraz. No, może poza elektrycznością!

Tym razem zgadzam się z opisem na okładce… to jest „gra o tron”! Jak najbardziej!!! Warta zatopienia się w jej fabule, a dokładniej w początku, trzech pierwszych tomach niesamowitej opowieści, w której tak trudno oddzielić prawdziwego człowieka od tego, czym/jak nazwała go historia. Od owych książkowych, naukowych dywagacji… oto pewna prawda, która na zawsze pozostanie niepewnością.

IMG_7482

Cichość…

Czasem jak człowiek zagłębi się w ową leśną spokojność, albo nadmorską, w owe odgłosy wyłącznie związane z naturalną naturą, ptakami, robaczkami, w owe wszelakie pełzające po piasku jasne krewetkopodobne skaczące cuda, pajączki całkiem w kolorze kości… gdy podgląda się pliszki, które chyba znowu są w nastroju na miłość, gdy po prostu jest się ziemią i wodą jednocześnie, to… wszystko cichnie. Nawet bicie własnego serca, jakby w tym czasie za całe krążenie odpowiadała wyłącznie ona – Wyspa. Matka, Babka, ja sama. Wtedy jakoś normalnym się zdaje, że facet wychodzący z biura zrzuca garnitur, pozostawia swoją teczkę na piasku, wyciąga skądś kąpielówki i… płynie. Jakby chciał się dostać do Szwecji bez nadbagażu, bez fal Villuma czy Leonory. Bez bujania. W chłodzie i czystości pięknie zaskakującej. Co prawda mówią już o niebieskich algach, więc dobrze przed wskoczeniem sprawdzić stan wody, ale najczęściej wystarczy przejść parę kroków i już, można pływać. Bez wyidealizowanych strojów kąpielowych, bez owego szyku, zwyczajnie w cichości, w owym dziwnym dudnieniu w uszach, chwilowym odebraniu słuchu, skakaniu na jednej nodze, by pozbyć się nadmiaru wilgoci…

… a potem zmęczeniu. Bo woda wyciąga z człowieka całe zło i ciężkości. I nagle jesteś taki zmęczony, przez chwilę nic nie jest ważne, poza ciepłotą piasku i nadal… cichością. Poza spoczęciem na nagrzanym głazie i nicnierobieniem. Ładowaniem baterii, ale czym? Tylko czystością, morskim stukotem, ptasim trelem, czy jednak nawiewanym od lasu aromatem szyszek i żywic? A może jednak jest w czymś coś innego? Może to nie cichość, a inne dźwieki, których potrzebuje ludzki organizm? Wiem, że brzmię jak nawiedzony Mulder, ale pomyślmy przez chwilę… przecież wciąż nie wiemy wszystkiego. Gorzej, wciąż wiemy o sobie, świecie i wszechświecie tak mało, że strach, gdy mierzymy go z arogancją niektórych naukowców. Bo moja arogancja została rozwodniona przez Wyspę. Moja naukowość się zmieniła, stała się nie tyle potulna, bo wciąż jest zawadiacka, ale raczej bardziej… hmmm, otwarta na różne różnistości i własną niewiedzę.

Cichość…

Tak, dźwięki, czy nie, może innesłyszalności, może coś, nad czym nie panujemy, czego jeszcze nie znamy, do czego nie dorośliśmy, a może wprost przeciwnie, zgłupieliśmy nadmiernie ostatnio… Może? Ale jeżeli jednak, mała hipoteza, jest w tym wszystkim coś więcej, coś, co wytwarzają też góry, to po co sobie to odbierać? Niedawać sobie możliwości na naturalną dźwięczność.

IMG_4476

Jakoś tak w najwyższym momencie sezonu turystycznego każdy dzień dla nas, mieszkańców, jest taki sam. Wiecie, gdy pracuje się sezonowo, trzeba poświęcić wiele, a czasem i więcej. Nie ma innego sposobu. Zwyczajnie, poza sezonem dostać pracę, to niezły cud. Wielu z nas nie ma takiej opcji, więc… robią wszystko teraz, mówiąc: odpocznę potem. To własny interes, to targ, to znowu jakieś wycieczki, trzeba żyć w upale na maksa. Bo znowu wróciła ciepliwość i suchość… ale z drugiej strony, przecież zaraz po pracy można popływać, poleżeć, chociaż na chwilę zatopić się w Wyspie, a ona pomoże, bo ona jakoś tak wszystko rozumie… boskość idealna.

Siedzi człowiek nad swoją internetową robotą i czeka wciąż na ten moment, gdy będzie mógł się odłączyć i pójść w naturę. Oj pewno, że natura człowieka obłazi, karmi się krwią, a te czarne robaczki takie małe, wiecie mini dżdżowniczki, co obłażą, gdy zbliżysz się do żołcieni i bieli – nosz jakie one są gilgoczące!!! Koszmar!!! Ale i tak wolę w naturę. Sorry, ale nie dla mnie maratony Startrekowe w Gudhjem. Nie dla mnie imprezy w porcie, chociaż tak fajnie skaczą i brzmią. Nie dla mnie wszelakie rozrywki ludzkie w nadmiarze… dla mnie wciąż cichość. Nawet teraz, w pierwszej połowie sierpnia, gdy powoli czerwienią się i czereśnie i jarzębiny. Gdy cieniutkie gałązki młodych jabłonek uginają się pod ciężarem jabłek, jednocześnie dumne z tego, że kurcze się udało!!! Bo tutaj chyba i o dumę chodzi. Z tego, że się przetrwało, o owo zadowolenie z siebie samego, bo czemu nie? No sami pomyślcie…

Bo tak naprawdę, w życiu chodzi o samo życie. By było takie, by można było normalnie zasypiać. By nie męczył nas każdy krok, by wyrzuty sumienia nie dobijały… a w tym pomaga wyłącznie cichość i natura. Nawet w tym, by wkurzonej duszy dać upust i powalić sobie głazem o głaz!

IMG_7966

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rojące się Królowe… została wyłączona

Pan Tealight i Zęby z Puszki…

„Wspomnienia w Wiedźmie Wronie Pożartej się kotłowały. Szczególnie te starutkie, pokręcone, bolesne wspomnienia, które należały do Małej Wiedźmy, które tak naprawdę były, ale i nie były częścią ich obydwu. Bo tak naprawdę, czy one same były sobą? Jedną osobą? Człowiekiem z przeszłością, oczekiwaniem na przyszłość i smętną teraźniejszością? Nie łączyło ich to samo ciało, bo ono zdążyło się przekształcić, ni te same ulubione rzeczy… ani miłość do piaskowych babek, chociaż nie, te wciąż lubiły jednako, kamienie też i kwiatki i samotność i drzewa i wyobraźnię i intuicję, no i pluszowe misie i jeszcze nieniespodzianki, więc może…

… więc jak to jest z tym dorastaniem, zapominaniem i pamiętaniem?

Ale tym razem Wiedźmę Wronę Pożartą napadały sny o Zębach z Puszki. Srebrzystych, dziwnokształtnych tworach, które mieszkały w jadowitych ustach Matki Królowej. Które obiecały, że się zemszczą za coś, czego nie pamiętała, ale i obiecały, że na zawsze zemstę ową zapomni. No i… nie pamiętała. Nie pamiętała by coś się wydarzyło, nie pamiętała też, czy się nie wydarzyło. Zapomniała, albo winna była wciąż czekać? Nie wiedziała, ale na pewno koszmarzyła nie tylko nocami.

Mimo iż dorosła, a może raczej się specyficznie zestarzała i zastała w byciu wiecznym bachorem… wciąż jednak się bała, wciąż pamiętała ich srebrzyste, robocie kształty, biel pozostałych, ów karmin ust, które nigdy nie miały nic miłego do powiedzenia. Pamiętała je… mocno, dziwne, jakby były stałą formą rtęci zakochaną w wewnętrznej części puszki po napoju… tak, w tamtych czasach byli tacy, którzy zbierali puszki, a ona, jako Mała Wiedźma wierzyła, że składali je dla Metalowego Dentysty, późniejszego, nawróconego Drwala z Krainy Oz, a ten nocą, a dokładniej w momencie, gdy noc przekształcała się w dzień i gdy najlepiej się śpi, przemieniał zęby Złej Królowej Matki w… coś innego. I tylko Mała Wiedźma była tego świadoma, bo w jej snach odbijało się to, co działo się w komnatach.

Zęby z Puszki…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0469

Wypalarki…

Po raz pierwszy zobaczyłam je na Wyspie. Takie dziwne urządzenia, patyczki z butlami gazowymi i oczywiście ludzie, którzy je wyprowadzają na spacer. Niczym pieski lekko ziejące ogniem, a może jednak małe smoczątka? Zapach, który się rozbiega po uliczkach jest zaskakujący, a małe, spopielone szczątki sadzonek i kępek trawek powoli rozwiewa wiatr… bo przeciez zaraz odrosną. Wystarczy, że ludzie z maszynami znikną za rogiem, a te już wybijają się spomiędzy kamieni i płytek chodnikowych, spomiędzy spękniętych warstw smoły i innej asfaltowości… więc, po co to robić? Dlaczego nikt już nie klęknie, przykucnie, nie chwyci za haczkę, tudzież innego rodzaju takowe narzędzie, dlaczego nikt po prostu nie dotknie zieleni i ziemi? W jaki dziwny sposób nagle do wszystkiego potrzebne są Wam narzędzia? No dlaczego? Nie lepiej ruszyć dupska i po prostu zająć się zielenią? Kształtować ją, rozmawiać z nią, zmieniać, a potem patrzeć, jak i tak sama decyduje o sobie. I oczywiście brać z niej przykład…

Wyspa w sezonie jest tłoczna, ale oczywiście tylko dla nas! Owych dzikich mieszkańców, którzy jakoś bardziej przyzwyczajeni są do tego, że na ulicy najczęściej są sami, że mijają, jak już, wciąż znajome twarze… tak to już jest, jak się mieszka na przestrzeni, która nosi na sobie tylko 40 tysięcy dusz. Wiecie, ino dusz, bo duchów to mamy oczywiście o wiele wiele wiele więcej! Dla nas sezon, to tłok. W końcu pootwierane są wszystkie kasy w sklapach, ogólnie mówiąc nagle w różnych miejscach człowiek natyka się na co najmniej trzy języki, lekko obce… Oj oczywiście, że taki lekki tłok, czy raczej dla innych codzienność uliczna, trwa tylko przez niewiele ponad miesiąc, może i dwa, ale jednak… sprawia, że inaczej można spojrzeć na wszystko co się ma, wszystko, czego się pożąda, pragnie, a może i o czym się marzy?

No i w końcu i my możemy obeżreć się lodami. Domowymi, niesamowitymi! Bo przecież teraz już nie tylko słynne lody w Gudhjem, ale i te w Svaneke – razy dwa, Sandvig – też dwa razy… no i jeszcze oczywiście Snogebæk!!! Otwarte tylko w sezonie, czyli tak jakoś od końca marca do września, sprawiają, że naprawdę się na nie czeka, że jakoś tak czuje się ową wakacyjność. Nawet jeżeli w tym roku za cały urlop będziesz  miał kilka godzin na plaży… nic to, czasem wystarczy!!!

 IMG_3621

Plaża i cisza…

Podpatruję zdjęcia znajomych z wielce tam krain za siódmą górą, siódmą rzeką, bagniskiem nawet i wielką, pochyloną sosenką, za borem, za lasem i oczywiście za wypasem zakupowym… i fascynują mnie te tłoki. Widzę plaże, może i mają palemki, ale dodatkowo kurcze tam się nie da wędzonego śledzia wcisnąć pomiędzy owe roznegliżowane sylwetki!!! Pomiędzy te kocyki i ręczniki, leżaczki malowane, parasoleczki… jak sobie pomyślę, że potem w wodzie mogłabym dotknąć cudzego, gołego ciała, to sorry, ale mi niedobrze!!! Bo na mojej biało-bursztynowej plaży… pustki. Czasem przejdzie jakiś osobnik, czasem ktoś wskoczy do wody na granicy mojego pola widzenia, czasem ktoś w oddali przepłynie i przez dłuższy czas widzę spory jacht na horyzoncie, ale poza tym… jestem tutaj tylko ja i Chowaniec. W owych kryształowych wodach, gdzie wczoraj na przykład nie było ni wodorosta ino taka niewielka kupka zmielonych muszelek gdzieś tam obok wielkiego głazu, przy brzegu, co to towrzyła artystyczne kreseczki i malunki; głazu, na którym fajnie się potem ułożyć i czuć tylko uderzenia fal i ową ich pieszczotę… w owych wodach tak fajnie się pływa. Na wielkiej piaszczystej łasze jest bezpiecznie. Nie ma płaszczek i rekinów, nie ma tworów zaskakujących, wszystko co mnie straszy, to mój własny cień!!! A woda podobno miała około dwudziestu stopni! Hmmm? Serio serio serio!!! Nie chce się z niej wyjść… po prostu.

Ani trochę… nie chce się wyjść. Lepiej zanurkować i patrzeć jak się na piasku pod falami tęcze tworzą. Jakie zaskakujące są owe odbicia fal: świetliste i te takie, które szybko niszczą moje stopy, by potem podpatrywać… jak bardzo ulotną była ta zmiana? By potem po prostu pozwolić się unosić. Najpierw morze zabiera mi pupę do góry. Nie wiem jak to idzie, ale u mnie zawsze tak… nawet nie muszę machać nogami, kilka ruchów rękami i już płynę. Chociaż może nie? Może tylko się unoszę?

Drogi się u nas pogorszyły.

Oj pewno, że wciąż są czarniawe odcinki takie, że aż by chciało się depnąć i nagle człowiek myśli, że może owe cudoprędkie auta mają jakąś rację bytu, a potem przypominasz sobie o ograniczeniach prędkości, albo cudach techniki drogowej… jak na przykład w Bølshavn. A tak. Poboczne rdzawe paseczki to nie miejsca dla rowerów, nie, to taki wynalazek, by wszystkich spowolnić, w rzeczywistości tworząc… hmmm, jednopasmówkę wąskotorową!!! Wszyscy przyjezdni pieją, że oto jak powinny być drogi dla rowerzystów na sweicie tworozne, a nie wiedzą, że to nie dla nich… ogólnie mówiąc rowerzysta w samochodzie, szybko przechodzi na inną stronę mocy, ale to inna bajka. Drogi się pogorszyły. Dziury mamy w asfalcie! Coś, czego nie mieliśmy! I nikt tego nie naprawia! Bida Wam powiem, bida wielka!!!

IMG_0465

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zęby z Puszki… została wyłączona

Pan Tealight i Utylizacja Potwora…

„Potwora była wielka, kostropata i jakoś tak, Wiedźma Wrona Pożarta stwierdziła, że milusia. Ale praca to praca. Należało ją rozebrać na części i tyle. Mimo owych oczu wielkich, mimo powiek lekko opadających, ruchów bardzo powolnych, ociężałości w uśmiechu i parsknięciach, a nawet… pierdnięciach. Była tak jakoś kulista. Znaczy, nie jak bałwan, raczej jak dwie połączone kule do kręgli, albo lepiej… jak dwa pączki z różą i z budyniem!!! Ojej, pączek z budyniem, albo z różą, albo z.. z czym tam jeszcze mogą być, z konfiturą? Znaczy, mają ją rozebrać, więc… wiecie, pewno wkrótce dowiedzą się z czym były pączki…

… a ona? Była jakaś taka słodka. Jakaś taka miło i kulista i pokrzywiona, pomarszczona i trochę się trzęsła. No zwyczajnie nie mogła. Z ludźmi to jakoś inaczej szło, jakoś byli obleśni i tyle, zbędni, a nawet… z łatwością na miejsce jednego wyrastały miliony wkurwiających, ale ona… Potwora była cudem. Może i przestarzałym, może i jadła sporo i wydalała pięć razy więcej, ale głupio tak, no nie mogła. A Pan Tealight to od razu, jak zobaczył te oczy, ogonek malusi, przy takim wielkim kadłubku… uciekł do lasu i postanowił poprawę i wielki żal za grzechy…

Nie mogła.

I to nie mogła po raz kolejny, zresztą Ojeblik – mała, ucięta główka, właśnie wykańczała dla niej bikini. W końcu lato wciąż panowało i wraz z innymi mieszkańcami Białego Domostwa starali się pływać ile się dało. Dla marudnej Turyścizny woda była lekko raczej za mało ciepła… No cóż. Podobno mawiają, że jak się kocha, to da się radę. Radę nawet zaadoptować kolejnego członka rodziny.

… ale czy serio zakładanie Inspektoratu Utylizacji Magicznych Tworów było dobrym pomysłem?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2512

Z cyklu przeczytane: „Nadciągająca burza” – … ale? Czy jeszcze ludzie czytają aż tak opasłe tomy? I to na dodatek takie, na których kontynuację trzeba było czekać tak długo? Cóż, ja czekałam. Jakoś tak we mnie utkwiły pierwsze tomy, jakoś pozostały. I oto jest tom piąty cyklu „Korona Gwiazd”, ale czy całość historii?

Zatarły się we mnie poprzednie tomy, ale akurat dwa ostatnie udało mi się przeczytać jeden po drugim i z łatwością przypomniałam sobie ów wielobarwny, wielowarstwowy świat, w którym wszystko jest i możliwe i niemożliwe zarazem. Gdzie postacie dorastają i zmieniają się, ale powieść cały czas toczy się własnym tempem, własną drogą, według własnych reguł. Wciąga, mami… czasem męczy, by potem nagle nabrać tempa i nie wypuścić cię spomiędzy kart… Ofiaruje postacie, światy i zmienności, dzieli się wrażeniami, emocjami… po prostu topi nas w inności. W innych czasach, innych światach, magiach, przepowiedniach i wizjach. W codzienności dzieci, które urodziły się z jakiegoś powodu, całkiem innego niż zwyczajna chuć, oraz dorosłych, którzy nigdy do końca nie mogą być wszystkiego pewni.

To epopeja. Powieść, która połyka i warto jej pozwolić na małe siebie strawienie!!!

Lubię tę autorkę, bardzo cenię sobie ten cykl, ale wiecie, zaczynać trzeba tę opowieść od samego początku, nie końca!

IMG_5477 (2)

Slow life?

Podobno w dzisiejszych czasach żyjesz szybko, albo w ogóle, ale… ostatnio coraz częściej słyszę „slow life”. Znaczy co? Ograniczenia prędkości, klapki na oczy i pasy bezpieczeństwa? Nowe hamulce, może jakieś tam obostrzenia przy nawilżaczach i naślizgaczach? Bo widzicie, jak się nie ma telewizji, żyje w świecie bez bilboardów i wszelakich migających rzeczy na budynkach, ogólnie w świecie, gdzie do lasu bliżej, niż hipermarketu i nikt nie krzyczy na rogu ulicy – kupujcie moje wielkie buraki… gdy nie ma gazet, jakoś tak nie ma, no i nawet zaglądając w internet korzysta się wyłącznie z opcji: jestem maszyną do pisania… to nagle wszystko jest wolniej. Śpieszysz się tylko i wyłącznie w przypadku ostrego parcia na… odbyt! No kupa no, tylko to jest w stanie cię pogonić tak, że aż się podłoga zwija. Parcie na pęcherz też tak szaleje, ale jednak mokrą plamę można zwalić na deszcz, choć susza, a śmierdzącą, albo klocek z nogawki?

No nie da się…

Ale czym jest „slow life”? Czyżby wyłącznie brakiem pogoni? Ale jeżeli wszyscy dookoła gonią, to, czyż nie oznacza to samotności dla tych, którzy stoją, drepczą w miejscu? No i co z tym dreptaniem w miejscu? Niegdyś synonimem konserwatyzmu? Ech… współczesność serio daje wszystkim popalić po równo. Jedyny sposób na umknięcie od tego, to otoczenie się podobnymi ludźmi i Mniejszy Kraniec Świata – Wyspa. Znaczy dla mnie Wyspa, dla innych to może być jezioro, góry, las, puszcza… uświadomienie sobie, że życie, to jednak coś całkiem prostego. Całkiem przyziemnego i ziemnego, co sprawia, że się uduchawiamy… znaczy wiadomo, po śmierci to każdy z nas w końcu będzie duchem, ale tutaj chodzi o to coś, co wielu z nas śmieszy, o ową otoczkę: medytacji, jogi, czakry, czy czego tam jeszcze, zwykłe wiedźmostwo i głowologia, wiecie!!! Pozwolenie sobie na dziwne stwirdzenie: to mnie może nie interesować!

Mam prawo się tym nie zajmować! Powinienem najpierw sprzątać dookoła siebie, a nie od końca czyjegoś życia…

Oj pewno, że na Wyspie nie żyją ideały… wprost przeciwnie, ale większość z nas jest lekko, eee jakby to ująć, no walnięta. Wiecie, tulą drzewa, gadają do kamieni, dopisują do tego wielkie ideologie i definicje nastroszone mądrymi słowami. A tak po prawdzie, to wszystkim chodzi o ciszę niesmrodliwą za oknem, morze, które jedzie wodorostami i oczywiście zieloność. Bo w końcu gdzieś trzeba w tej naturze w krzaczki chodzić, co nie? Dlatego chyba Turyścizna tak bardzo sprawia, że się chowamy. Zwyczajnie. Za oknami, które choć bez zasłonek, to szczerzą się dziwnymi figurkami, kamykami i patyczkowymi człowieczkami rzezanymi z wodnego drewienka. Chowamy się w ogródkach, za drzwiami w różnych kolorach, za tabliczkami, za samymi sobą też…

… chyba?

IMG_0448

Dwoje ludzi spotyka się na ulicy i zaczynają rozmowę. Oto i powolne życie na Wyspie. On na rowerze, ona w samochodzie, droga wąska, kręta i raczej jednojezdna… poza sezonem jakoś tak da się po prostu zwolnić, zwyczajnie poczekać, ale w sezonie…. Turyścizna pędzi. Może i większość z nich siada i patrzy, siada i się opala, siada i je, ale gdy tylko wsiądą w autka, gdy nasadzą się na rowery rozpoczyna się wyścig. Wyścig, który ma gdzieś malownicze, starodawne pojazdy, u których serio jest inaczej z prędkością, bo wiecie im to się serio nie spieszy, a nawet jak spieszy, to… Wyspa po prostu przypomina, że rzeczy pewne winno się robić dla przyjemności. Nie tylko dla wąskiej talii i dziwnie uwyuklonych mięśni – kurna co jest z pakowaniem wyłącznie góry ciała, tosz to wygląda wprost dowcipnie, a jak się człowiek śmieje, to mówią, że to dla zdrowia, to dopowiadam, że śmiech też, bo na brzuch no i mi głupio… No więc dla przyjemności. Po prostu. Dla dobrego uczucia, uskrzydlenia brzuszków, które nie jest napadem ostrego nieżytu i sraczką. Dla tego czegoś, co wzmacnia umysł i kreatywność, rozwija spakowaną i przewiązaną wstążeczką, nieużywaną wyobraźnię.

Powolność…

Spacer dla spacerowania – nie umiem, biorę aparat i notatnik – pracę dla pracowania – eee? – no i oczywiście odpoczynek dla samego odpoczynkowania. Nie dlatego, że jakiś pieruński ekspert od życia – jakoś zawsze spodziewałam się, że jak się jest ekspertem od czegoś, to najpierw trzeba to pzeżyć, więc w gruncie rzeczy taki ekspert winien być martwy, co nie? a tu nie… żywi chyba wszyscy – kazał Wam to zrobić. Po prostu. Chodzenie dla uczucia ruszania, patrzenie dla uczucia ubogacenia wnętrz nowymi odcieniami… zwyczajność. Bo chyba właśnie zwyczajności w życiu ludziom brakuje. Owej prostej zwyczajności. Naturalnej zwyczajności, ale jakoś macoszo traktowanej – niczym Kopciuszek, co to jednak nie złapał tego księcia, bo zgubił od razu obydwa pantofle, skręcił przy okazji nogę w kostce i wiecie, okresu dostał… na schodach wszystko!!! A co!

W końcu Kopciuszek tyż baba!!!

Czy „slow life” to czekanie? A może brak czekania? I czy jednak… nie powinna owa powolność jakoś rozciągać czasu, bo tu już sierpień!!!

Kiedy to wszystko minęło?

IMG_3637 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Utylizacja Potwora… została wyłączona

Pan Tealight i Agenci Jątrznięci …

„Pan Tealight to myślał przez całe swoje życie, że nigdy nie uderzy kobiety. Nawet takiej wiecie wielkiej i z wąsem i z petem w gębie, co stoi mu na drodze do toalety i wymachując tłustymi, zbrojnymi w czerwone pazury łapami, no i ta złota obrączka w rozmiarze opony do tira to też mus… no więc, że nie uderzy, nawet jak w godzinie prawdy najprawdziwszej przypieczętowej skrzyżowanymi odnóżami i trzęsącym się głosem szklącym bólem nieoczy, macha, że nie ma wydać z papierka, a jej się nie przekupi. Że ona to od takich zagramaniczniaków nie przyjmuje…

Tia, Pan Tealight przez całe swoje DOTYCHCZASOWE życie myślał, że nigdy nie uderzy kobiety. Nie wliczając potknięć się o dziwy panujące w Białym Domostwie, ale wiecie… to coś innego. Nic jak ta para wygarniturowanych osobników, którzy obecnie się wędzili w ciepłocie i aromatach Smoka z Komina. Całkiem nieubrani! I dokładnie oparzeni, znaczy bezwłosi. No nic jak oni nie sprawiało…

… że chciał jej przypierniczyć. Przyserniczyć i przytortowić!!!

W końcu oni przyszli do niego. No może i się zabłądzili jakoś tak, a może jednak poprowadziły ich dziwne okruszki, bo wiecie, ostatnio podobno znowu w Gudhjem nocą wyrastała Chatka z Piernika i dzieci jakieś wabiła do siebie okruszkami, darmowymi cukierkami i obietnicą nowej szczęki, oraz życia wszelakiego i długiego w formie bardzo naftalinowej i formalinowej. Wiecie, niektóre chatki miał to do siebie, że bywały na diecie, ale wciąż eksperymentowały…

Bo przecież homunkulusy, które dobrze czyściły rury też doskonale sprawdzały się w formie suweniru!!!

Ale oni byli dorośli.

Wychudzeni i dziwnie znajomi. Bynajmniej Wiedźma Wrona Pożarta, jak tylko jej pokazał, co złapali na ulicy i co z tego już zrobili dostała nagłego ataku panicznego rechotu i… chyba omdlała. Nie ruszała się, choć może oddychała, dziwnie spoglądała na ścianę i krzywiła usta… Bo chyba nie mogło chodzić o to, że oni byli w jakiejś tam Kanadzie, zdążyli to wydukać przez oprawieniem, przy filmach, czy kosmitach, czy czymś tam, no i serio wcale nie wierzyli w magię u UFO. No i wiecie, Alieni Ostatecznie Domowi bardzo się zdenerwowali na takie słowa, no i wyciągnęli te próbówki, probniki, owe rurki, kabelki, stoik ze srebrzystego, mocnego, ale lekkiego metalu… ssawki, no i jakoś tak trzeba było… posprzątać!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3297

U nas są takie fajne napisy czasem, w stylu: dzieci niepilnowane zostaną porwane przez potwory z głębin, albo dziecię lepiej mieć na smyczy… wiecie, w końcu woda dookoła, lasy i puszcze, potwory, które z chęcią połasiłyby się na owe krótkie, pulchne nóżki. W sosiku na przykład, albo w galacie, no potwory też muszą coś jeść! Więcej empatii! I ja to rozumiem. Znacyz dokarmianie potworów jak najbardziej rozumiem. To, że ludzie się rozmnażają może mniej, ale biologia i chemia z łatwością to wyjaśniają… a jednak czasem po prostu był założyła wielkie buciory i gniotła te rozwrzeszczane, roszczeniowe…

… a to wszystko z powodu mydełka.

Może się Wam obiło o uszy, może i nie, ale gdzieś tam ktoś próbował uratować dziadka ze szponó kopiącego go bachora. W odwecie bachor naskoczył na niego i… właśnie, co teraz? Kiedyś, znaczy jak byłam młodsza, można było oberwać przez tyłek, dziś się to nazywa molestowanie… więc facet, zaatakowany, polazł do sklepu, kupił mydło i nakarmił bachora! I wiecie co! Facet został ukarany! Za obronę osoby starszej, a próbę nauki smarkacza, no i za czystość pewno też?

Chociaż, czy mydełko miało atest?

Tia, nie tylko zakochałam się w Wyspie wiele lat temu, nie tylko wyłącznie tutaj poczułam, że może istnieć na tym świecie jakiś mój dom, ale przede wszystkim ujął mnie porządek, cisza, spokojność i dzieci, które… nie były takie obrzydliwe. Niestety to się zmieniło, a już w okresie wakacji, gdy przybywają dzieci wychowywane z stolicach i to całkiem bezstrsowo… boję się. Przeraża mnie to, że coraz częściej ludzie mają w dupie znak: psy trzymać na smyczy! Że napadły na mnie piekielna brytany – przy moim półtora metra, to naprawdę nie było fajne – a właściciel ino stwierdził, ze to chyba moja wina, bo one tego nie robią zwyczajnie. Oj pewno, że moja… Oj tosz baba ze mnie, Szatana nasieni, przesrane masz świecie!!! Ale dzieci… widzicie psów się można bać, ale dzieci nie. I tak jak psa nie uderzysz, no bo to serio wiesz, wina wychowania, durnego człowieka i tak dalej, tak dziecku byś przypierniczył. Ale co zrobić z wyrośniętym dziesięciolatkiem, co ma nóż? Złamiesz mu rękę, będzie, że wykorzystałeś swoją siłę, nie złamiesz… po prostu i zwyczajnie, sam nie żyjesz?

IMG_2570

Nie mam dzieci. Nie planuję, nie chcę… powodów jest cała masa, nie tylko takie w stylu: nie stać mnie, nie czuję tego, tudzież moja pula genowa serio nie nadaje się do ponownego przetwarzania, nie tylko choroby własne… ale przede wszystkim fakt, że nie umiałabym go odpowiednio wychować. Dlatego mnie intryguje, jako naukowca, jak wszyscy ci rodzice mogą o tym nie myśleć? O wychowaniu? Przecież zrobienie i urodzenie, to jeszcze nie człowiek. Człowieka się robi, maca, kształtuje, lepi, maluje… uczy… Ale chyba o tym już nikt nie pamięta, czyż nie?

Często słyszę: ale u Was to jest inaczej, bo ty to żyjesz w innym świecie, innej rzeczywistości. Aj pewno, że żyję. Zapytajcie mojego psychiatry!!! Każdy sobie sam tworzy świat i tyle, tylko większość z Was zwyczajnie boi się o nich opowiedzieć. No weźcie! Na przykład ilu ma na końcu języka, że lepiej nie poznawać autorów książek, które sie kocha? Albo nie wiedzieć jak były zrobione filmy? Jakoś tak owe dodatki, ta cała internetowa otwartość, strasznie odziera wszystko z magii. Serio! Dlatego nie, nie mam idoli, a nawet jeżeli mam, to sorry, ale od dawna nie żyją! Nie chcę wiedzieć jak wyglada moja ulubiona autorka, czy autor! Serio! Nie chcę, by mi to zepsuło ogląd fabuły, czy raczej jej przeczytanie. Zwyczajnie pragnę tworów, ale nie twórcy. Wiecie jak bardzo można zabić jedną z ulubionych powieści, gdy się nagle okazuje, że ulubiony pisarz, to zwykła ŚWINIA! I nei taka z tłustymi mile owłosionymi boczkami, z której zrobisz wędlinki, no i girki w galacie… i chrumka, ale zwykłym ŚWINIEM człowiekiem. Podłością i wulgarnością. Podobnie z piosenkami. I obrazami… nie chcę wiedzieć kto co namalował, nie chcę człowieka, ale… pragnę owego czegoś innego, coś ponad ludzkość. Duchowy wymiar dwunożności. Czy naprawdę jestem taka dziwna? Bo właśnie mi uświadomiono, że teraz chodzi tylko o celebryckość i wszelkie się człowieczeństwem – w wymiarze co zjadłem, jaką kupę zrobiłem – ze światem.

Pewno dlatego dupa ze mnie nie artysta! Ech!!! Cóż, zawsze chciałam być dziwakiem! Nietypowym pośród atypowych typów… co w gruncie rzeczy wyjdzie, że normalnym? Ekhm?! Mniejsza!!! Na Wyspie pada deszcz, potańczyłam sobie w nim trochę. Wiecie jakie to niesamowite? Takie samo jak tupanie bosymi nogami w świeżych kałużach!!! Wolność! Gdy tylko się zapomni, że współczesność wmawia nam, że przyroda nas zje… znaczy wiecie: pszczoły, kleszcze, wampiry, wąpierze, wiły i wije i… złe i bardzo naburmuszone bachory, które mogą cię zabić, a ty im nie zrobisz nic.

A dlaczego tak marudzę? No o dzieciach? A dlatego, że kurcze sobie właśnie uświadomiłam, że jak jesteś bezdzietnym, lubiącym pracę ateistą, to serio masz przesrane!!! I na dodatek niepalącyn, no w ogóle przesrane!!!

PS. Mała nowość z rynku nieruchomości!!! Jeżeli udowodnisz wielką przynależność do Danii możesz sobie kupić sommerhus! Ha ha ha, czyli jak często przyjeżdżasz zjesz worek lakridsów i ogólnie mówiąc popływasz poza sezonem w otwartych falach!

IMG_2563 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Agenci Jątrznięci … została wyłączona

Pan Tealight i Koniec wakacji…

„Jak myśleli, tak się stało.

Wakacje Chowańca były, były, były, przeszły no i wiadomo… się skończyły. Jak zwykle przepowiednia Wiedźmy Wrony Pożartej się sprawdziła i byli w robocie. Ale widać te typy tak mają. Z drugiej strony jedli przecież lody, chodzili na wycieczki, kąpali się, trzymali za rączki, robili rzeczy, które to wyłącznie niektórzy pensjonariusze Białego Domostwa zdolni byli podglądać… no i spali długo. A właściwie to tylko spali dłużej niż zwykle, bo cała reszta toczyła się jak zwykle i zbyt szybko minęła. Chowaniec musiał ponownie oddać się ciężkim robotom w Kamieniołomach Roboczłowieczków, gdzie niezdolnych nagminnie strofował – tylko w myślach – łoił ich pałami – też tylko w myślach – i złorzeczył im – wyłącznie w języku, którego nie znali – i tworzył dziwne ciągi Cyfroliczboliter, które pakowały w pudełka trolle i skrzaty i zmuszały je do niewolniczej pracy. Wiecie, wyzyskiwacz i sutener lekko, ale jednak podobno opłacalny. W dobie trollonetu, cóż, świat go potrzebował…

Wakacje…

Pan Tealight wiedział, że nic o nich jednak nie wiedział. Wiedział też, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki nosiła w sobie jakieś wizje owego stanu rzeczy zwanego wakacjami, ale serio, całkiem nie potrafiła się do nich przypasować, dlatego… z dziwną lekkością, ale i ckliwością, bo przecież znowu świat ją z Chowańcem rozdzielał, a wiecie niewolnik jest dobry, gdy jest blisko i nie bije pana, więc… ckniło się jej. Ckniło się jej do babskości względnie wyględnej, która mówiła, że chce się jej herbaty, a owa herbata sama do niej przychodziła. Sypała listkami dookoła, zalewała się wrzątkiem, znaczy takim wiecie nie do końca, bo przecież to zielone liście, no a potem… była.

Po wakacjach życie oczywiście na Wyspie wróciło do wakacyjnej innych normy. Wciąż się po niej przewalała Turyścizna sprawiając, że każda podróż Panem Nutkiem, tudzież zwykłe łażenie dookoła było większym, niż zwykle, koszmarem. Dlatego Wiedźma Wrona Pożarta, tak bez dostępu stałego do Chowańca, wolała się bunkrować w Chatce i malować kanwy swoim strachem, przerażeniem i łoskotem serca… na niebiesko oczywiście, ale w każdym dostępnym jej rozmairze. Marzyła o bukietach z pędzli, o kolorach w tubkach, o wyciskanej do nich ważce, skrzydłach muszych i wschodach księżyca, no i o Chowańcu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2313

Z cyklu przeczytane: „Kolonia diabła” – … hmmm. USA dla mnie to tylko chwila. Oj wiecie, małe zboczenie archeologa, inne postrzeganie czasu. Starzenie się jako ulepszanie modelu! Ale kocham Indian, ekhm, rdzennych Amerykanów? Ech te poprawności polityczne! Kocham ich historię, bohaterestwo, magię, religię, kulturę… wszystko, łącznie z tańcami, pieśniami… wszystko. Chyba dlatego tak bardzo zaintrygowała mnie ta powieść Jamesa Rollinsa.

I jest o Indianach, a dokładniej o przeszłości, wielkiej tajemnicy Thomasa Jeffersona, Diabelskiej Kolonii, a nawet – wybuchu Rewolucji Francuskiej… i o wielu dziwnych wydarzeniach, któe mogą zagrozić światu… PONOWNIE!!! No i oczywiście mamy sensację, naukę, ponownie współczesność obrywającą za tajemnice przeszłości i garść indiańskich, pięknych legend. Do tego intrygujących bohaterów, z których każdy ma przeszłość zazębiającą się z tą tajemnicą.

Jak zwykle u Rollinsa najpierw coś wybucha, a potem wszyscy muszą sobie z tym radzić. Są źli i ci tak zwani dobrzy. I oczywiście jest kobieta i mężczyzna i pewne organizacje. I… właściwie cały szkielet jest niezmienny, więc łatwo się domyśleć pewnych śmierci, jeśli czytało się poprzednie powieści, ale… i tak się człowiek wciąga. Bo przecież takie tajemnice skrywa cały świat. Jesteśmy jedną kulką, co wyście wybuchli, nas pewno bombnie też!!! Ale jednak, czy to jest możliwe?

Dobra sensacja z odrobinę historycznej prawdy, kilkoma teoriami, coś do przemyślenia, coś do zbadania na własną rękę… rozrywka.

Na pewno fajny materiał na film!

IMG_7486 (2)

Powoli zaczynam słyszeć te dziwne, głębokie powarkiwania i pobrzękiwania, buczenia i pierdnięcia…

A tak, może i znowu chyba mamy nowe żubrzątko, może i serio się nam stadko już podwoiło i ogólnie mówiąc po raz pierwszy dowiedziałam się, że zające mamy pod ochroną! (Wiedzieliście, że zajączki, owe bystre kłębuszki z długimi łapami, skokami się znaczy, te mądre cuda, długouche o mądrych mordkach są gatunkiem zagrożonym?) A może jednak to smoki się przewalają pod Wyspą? Albo… albo powoli, ze wzgldu na zapowiadane ochłodzenie i deszcze, powoli zbierają z pól zboża? Na pewno coś skosili, na pewno zniknęły rzepaki, na pewno niskie zboża zdają się być całkiem już – do spożycia. Poznikały maki i bławatki, fiolecą się mocniej lawendy i szaleją coraz wyżej malwy. Oj, widać już sierpień za pasem, a może nawet za rogiem?

Czyli wakacjonowanie się dociera do momentu par trochę bardziej dorosłych, statków wielkich krążowników mórz i takich tam spraw w portach! Czasem jak się patrzę na to wszystko, to serio cała fizyka wybiega mi z głowy z wrzaskiem, nagle pragnąć dogmatycznie udownodnić mi, że serio żelazo tż umie pływać. Nie tylko warcheć i gdakać na polach. Nie tyko kołować owe wielkie bele… siana? Kurde! Kiedyś jeździło się na wozach drabiniastych, żuło ziarenka, a jednak jakoś nawet wiązanie snopków poszło gdzieś w pole moich pamiętliwości. Za to ściernisko boleśnie pamiętam wciąż, podobnie jak pokrzywy w krzaczkach, w których człek szukał zwodniczego ukojenia. Ale najważniejsze jest to, że pomiędzy polami, na owych łączkach mamy i owce i krowy i koniki w różnych rozmiarach i o maściach różnistych. I takie to wszystko… odświeżające. Bo wiecie, kupy ładnie wysychają na słonku, więc nie ma takiego zapachowania!!! Ha ha ha… wdepnęłam w jakąś ostatnio, ożeszkurde!

Ech, niby wszyscy to robią, ale jednak lekko obciach.

IMG_3042

Wyspa zdaje się wszystkich przyjmować – pożerać starych i nowych, a potem ich wypluwać.

Przyjeżdżają do nas Turyścizny, szczególnie, gdy po raz pierwszy, z jakąś taką niepewnością. A już nastolatki we wczesnym etapie nastolatkowania, to wiecie, na maksa wkute. Bo wiecie, w tym wieku już tak jest. A tutaj nie ma gdzie na chłopaków się czaić, internet jest, ale przecież familia, no i sklepów mało i ogólnie mówiąc jest to bardziej intrygujące… dojrzewanie. Ale rodzice kazali, więc są. No a ich rodzice, chcą najczęściej zwyczajnie odpocząć i się polenić. Jednak kimkolwiek jesteś, czegokolwiek pragnąłeś, jakoś tak… wkraczasz w Wyspę czy chcesz tego czy nie. Stajesz się jej częścią. Może pewnej nocy, może któregoś dnia, ona cię pożera, trawi, wypluwa i niczym Usuwacz Chorób, wyrzyguje i zlepia na nowo. Chociaż miałeś gdzieś ten cały spokój i przyrodę, jakoś to w ciebie włazi i już tam zostaje. I wiecie co? To widać! Ludzie wyjeżdżający, ciągnący swoje torby do autobusu, walizeczki na kółkach i plecaki, ci zdążający na prom z rowerami i śpiworami, namiotami… są inni. Jacyś tacy. Może nie mają dodatkowej głowy, czy nagle uszu na czole, albo gratis pięciu par rąk, tudzież chociaż dodatkowych oczek, albo ino palców i nagle dziwnie lekko błotniastych stóp? Czternastu na przykład? Nie… to coś siedzi w środku. Siedzi i całkiem się nie odzywa. Nie robi cyrku przy obiedzie, nie wyrywa się nagle z klatki piersiowej nosiciela, nie… po prostu tam zostaje, zaraża całe ciało i już nie daje się wyrwać.

Nigdy.

Jakoś tak Wyspa zostaje w każdym. Można jej nie lubić, można czuć się lekko oszołomionym pewną maleńkością, brakiem sklepów, wioskowością, niskością, dzikością… można, pewno. Ale jeśli byłeś tutaj chociaż raz, to coś w tobie zostaje. Coś się zmienia. Coś…

IMG_3046 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koniec wakacji… została wyłączona

Pan Tealight i Wietrzny Dzień…

„Taaaak…

Od dawna tak nie wiało. Tak, że wszystko i wszyscy się kłaniali, nagle będąc w poczuciu przytłaczającej ich boskiej, tudzież może i diabelskiej, miłości. Ciężkiej, dziwnie przygniatającej. Owego pociągu nagłego do lizania gleby, by tylko wyznać wszystkie grzechy, by zyskać przebaczenie, by wyrzucić je z siebie, by się upodlić, zwyczajnie poniżyć, a potem zatopić się w uldze…

I ci na rowerach, lekko pochylali się najpierw nad kierownicami, by w końcu opaść i iść z metalem między nogami, aż w końcu na kolanach pielgrzymować, pchając przed sobą tylne koło i modląc się, by jednak przednie nie zrobiło tak… i wiecie, nie ochlapało błotkiem. Ci co mieli zamiar używać nóg, oczywiście od razu łamali się w ośrodku ciężkości, kulili się i całowali glebę pod własnymi stopami, pokornie, bo przecież… ci, którzy nie odnaleźli w sobie pokory, którzy nie byli gotowi na opieprz za grzechy, walili nosem w asfalt i tyle ich widziano. Rozsypywali się niczym kryształowe kule i unoszeni wiatrem… zmieniali się w motyle. Włochate robale z naprawdę pudrowanymi, wielkimi skrzydłami, podobno przez to lepsze od nieskrzydłych robali?

Motyle są przereklamowane!!!

Serio.

Wiatr tym razem tylko wiał i dmuchał, duł i pomiatał, pieścił się z Wyspą, lekko w stanie przerywanym, zamiatał liście i Turyściznę z jednego kąta w drugi. Bo serio miał to wszystko w dupie! Bardzo i serdecznie dość!!!

A na nim leżała Wiedźma Wrona Pożarta, wzdęta ostatnią powieścią i całkowicie przychylała się do jego uczuć…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5029 (3)

Z cyklu przeczytane: „Caryca” – … niby nic, a jednak. Bo przecież ile było takich kobiet? On je spotykał, zakochiwał się, czy też one tylko chciały bzyknąć cara? A może jednak… no nie wiem, władza potrafi zawirować w niejednej głowie. Pamiętacie Annę B.? Nikt tak naprawdę nie wierzył, że jej się uda, a została królową… Tylko, że Marta była tak biedna, jak tylko może być samotny człowiek bez rodziny.

Przedmiot bardziej, niż ludzka istota…

Wszystko w tej powieści zaczyna się jednak od końca. On umiera. Jeżeli coś was podkusi, nie będziecie się mogli temu oprzeć – albo pamiętacie z książek – dowiecie się wcześniej, co będzie dalej. Ona jest żoną cara, ona będzie carycą, a jednak… wkraczacie w tę powieść i jakoś was połyka. Ową niepewnością, owym niedowierzaniem, bo przecież jak wieśniaczka, mrówka z pola, dziwka właściwie, służąca, może zostać żoną cara? Matką przyszłych koronowanych pokoleń?

Powieść wciąga i chociaż powala babskością pełną kiecek, gwałtów, stosunków i porodów, to jednak… intryguje tym dziwnym światem malownaych twarzy. Owym społecznym awansem, do końca, bo przecież wyżej już nie można. Pokazuje jak bardzo wiele może się zdarzyć, jeśli tylko los/fatum/bóg/człowiek… zapragnie. Jeśli się nie podda, a może tylko spotka na swojej drodze pomocnych ludzi? Bo przecież ona nawet nie umiała czytać, a jednak… Najlepsze jest to, że autorka nie upiększa naszej bohaterki, nie zdziera z niej dziwnego makijażu, nie upiększa, pokazuje każde wyrządzone jej zło, każdą ciążę, każde potknięcie, a potem każde cierpienie. Małe manipulacje, wielkie zwycięstwa, odwagę królowej, strachy chłopki. To obraz zapomnianej przez wielu przeszłości, bo przecież o Piotrze Wielkim słyszało wielu, ale ilu z was wie coś o Marcie?

IMG_2215 (2)

Wiecie…

Na plaży człowiek nagle wkracza do rónoległego świata. Mikro może i świata, a jednak fascynującego! Na przykład te wodorosty na piasku. Takim ugłaskanym falą, gdy już pojedyncze bańki powietrza uciekły, pozostają po nich tylko drzewka roślinek, które kochają słoność i wilgoć. Piasek zdaje się przypominać taflę. Szklaną, odbijającą niebiesia… i chmurki i wszelakie tam odgórności. I to taką, na któej coś rośnie. Drzewka i krzewinki, a między nimi kamienne domki, a w nich mkroludziki, które przez moment mają cały świat dla siebie, które przez moment, a może raczej tylko w tym momencie rodzą się, żyją i umierają. Nie mogą się opindalać. Muszą zdążyć, bo zaraz przychodzi kolejna fala i zabiera ich. Przebudowywuje domki, wyrywa krzewinki, łamie drzewka, przynosi nowe, zmienia stare, niszczy żywe i dorzuca żywsze. I znowu są drzewka i krzewinki, magiczne parki i szklane pola, pojedyncze mikro kamyczki, może pomniki jakiegoś krótkotrwałego świata? I domki i ruchliwe życie… i kolejna fala. Owa falowość naprawdę wkurza tego, kto właśnie upatrzył sobie coś, co zamierz utrwalić, złapać na kliszy na zawsze… bardzo wkurza.

Na Wyspie wszystko tak szybko się zmienia. A może nie zmienia, nie wiem, ostatnio nie mogę się zdecydować. Z jednej strony są fale i roślinki, które po prostu wciąż wzrastają, a potem obumierają. Zrzucają liście, gubią kwiaty, pozbawiają się owoców i od nowa. A co roku wyższe, szersze… jakby brały udział w jakimś wyścigu. Ale z drugiej strony są i głazy. Te raczej mniej się zmieniają, ale też nie trwają w ciągłej niezmienności. Porastają to tym, to tamtym, potem się okruszają, oj to wietrzenie ma moc, a kryształki? Ojojojoj!!! Mają moc!!! No i są jeszcze ludzie, ale z nimi to kurcze… tak serio, wiecie, już w ogóle nigdy nie wiadomo.

IMG_5006

W rzeczywistości tego najgorszego, dziecięcego sezonu mamy jeszcze ze dwa tygodnie. No może trochę mniej. W sklepach pojawiają się cuda w stylu piórnikowo-ołówkowym. Dla dziewczynek Frozen, dla chłopów Minionki. Nie mam problemów z cyrkien wokół gnderów, ale wolałabym Minionki. A najbardziej bym wolała niebieskie Minionki!!! A może tak by poprosić Elsę, by mroźnęła stadko wilbiecieli bananów? Jak myślicie, zgodzi się? Bo ja to bym chciała takich fajnych kuzynów. Bez urazy, nasze trolle i nisseny są cudowne, ale nie wykonują wszystkich prac. A mycie kibla, przetykanie rur, w których śpią jakieś topielce i oczywiście plucie na okna… wiecie, no praca to praca. Każdą ktoś musi wykonywać…

Nad Wyspą wieje.

W Wyspie wieje, pod i pomiędzy i ogólnie mówiąc… wieje. Nad przewalają się chmury, jakby były w cyrku, serio, albo zoologu jakimś, tudzież wystawie. Ja rozumiem, że w Gudhjem mamy występy teatrów ulicznych, ale serio, aż takie są zainteresowane? Przesuwają się dziwnie powoli, jakby oddzialały je od nas, srebrzonych, złoconych, poustawianych w rodzajowe scenki, tylko i wyłącznie te grube sznury, wiecie, ograniczniki. Te mistyczne sacro sacrum pomiędzy profanum! Chmury się gapią na nas, a my na nie, jakbyśmy trochę czekali na orzeszki, a z drugiej strony… trochę mocniej zastanawiali się ile popłacili za bilety, bo chyba nas sutener trochę oszkwapił.

Nie oszukujmy się.

W sezonie Wyspa jest zoologiem. Ale jedynym, w którym zwierzątka mogą udawać strażników, a co więcej, mogą nawet udawać zwiedzających!!! Wystarczy przecież tylko założyć obcisłe gacie i wsiąść z plecakiem na rower. Ponosić dookoła pola śpiwór, albo zwyczajnie rozwalić się pod drzewkiem i dyszeć. Albo po prostu usiąść na leżaku i spać… bo przecież turyści odpoczywają. Ino zwierzątka pracują…

IMG_9618 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wietrzny Dzień… została wyłączona

Pan Tealight i Dupa Nieblada…

„Właściwie, gdyby to była zima, śnieżna jak owa pamiętliwa 2010, byłoby pewno łatwiej. No i Wiedźma Wrona Pożarta, która była znowu w owym dziwnym stanie, w którym łapała cienie, utwierdzała je w przekonaniu, że są ludźmi, bardziej żywymi bytami niż ona sama i zjadała je… byłaby bardziej skłonna do pomocy, a jednak… Cóż, byli gotowi zrobić to nawet bez niej. Nadal nie wiedzieli z czego, ale sama idea była taka wzniosła, no i zawsze mogło to przynieść jakieś finansowe, tudzież celebryckie, popędliwości, na które liczyły nowo uformowane w związki Panny Niekoronowane, spragnione blichtru, diamentów i jakiegokolwiek chłopca. Ale bogatego… no i oczywiście przystojnego, choć niekoniecznie, no i zabawnego, choć też… no dobra, chodziło o kasę, diamenty, okręty i dużo butów, czego Wiedźmy z Pieca nie potrafiły zrozumieć.

Chodziło o pomnik.

Pomnik, monument, wielkie tam kamienne najlepiej coś, zauważalne ze wszystkich mniej lub bardziej równoległych światów… żeby dać świadectwo wszelkiej marności świata, no i, ale to wyłącznie Ojeblik – mała ucięta główka – miała taką definicję, by po prostu dać innym świadectwo, gdzie tak naprawdę wszystko ma. Chociaż nie ma, ale wiecie, ino anatomicznie, bo tak naprawdę, to…

… więc chcieli ukulać dupę.

Zwyczajną dwupośladkową, wiecie taki model raczej codzienny, podstawowy, nieowłosiony i dla każdego, aczkolwiek w trochę większym rozmiarze. Taką nie do końca wysportowaną, bo przecież nie dupa w życiu winna być najważniejsza, ale też nie nadmiernie galaretowatą, coby się wariaci nie zjechali, no i nie zaczęli używać jej w niecnych celach, wiecie. Za miękka, to jednak za bardzo ściągająca problemy. No i dziurę miała mieć. Ale bez urazy, się coś wyrzeza, jakieś drzwiczki do niej, ale coby spore były, bo wiecie… oczywiście pomniczek ów miał mieć tż w sobie aspekt zasobniczy. Czyli, to co chcieć w dupie mieć chcesz… możesz!!!

Ofiary miały być przyjmowane 25 godzin na dobę, by uwzględnić wszelkie załamania czasów, światów, no i rozterki miernicze tych, co serio mieli pojebane kalendarzyki małżeńskie. No i wiecie, własny interes. Co do pobierania opłat za wrzuty jeszcze nie wiedzieli kogo wybiorą na Dupnego Licznika Przedziałka, ale to mieli przegłosować… i oczywiście lombard mieli założyć. Koniecznie!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2689

Z cyklu przeczytane: „Nethergrim” – … niepewność. Oczekiwanie. Tak jakoś zawsze jest, gdy na rynku księgarskim pojawia się opowieść, która ma nam zastąpić cykle… wiecie, te w których bohaterowie już dorośli, świat się wyczerpał, autor ma już serdecznie dość i bohaetrów i stworzonego świata. Niczym znudzony bóg nawet nie chce ich potraktować piorunami… chce zapomnieć.

„Nethergrim” to początek nowej opowieści, która ma w sobie wszystko: młodych, zadziornych bohaterów, magię, sprawność fizyczną, przyjaźń, zło i dobro zaznaczone mocną kreską… No i legendę. I oczywiście coś, co sprawia, że wszystko musi zostać odgrzebane, znalezione i ubite.

Prosty język, zwyczajowo złożony świat, mapka, która popędzi waszą wyobraźnię i postacie, które pozwolą wam w niego wejść. Lekka, może i miejscami trochę naiwna, taka, jakich było wiele, z nowym światem, nowymi strachami i cudami… dobra powieść dla młodszego czytelnika, który wciąż jeszcze tworzy swój świat, który szuka inspiracji, nauk, jak postępować w trudnych sytuacjach, jak walczyć, co ważne, a co nie. Ot z jednej strony lekko może i moralizatorska, ale kto to tam zauważy, gdy najważniejsza jest przygoda? A to właśnie o nią tutaj chodzi…

IMG_9499

Nadal na plaży…

Boskość Wyspy jest wielka, wielorodna, no i ogólnie mówiąc bogacie wszelaka. Pozwala tym, którzy poddali się jej miłości – oj pewno, że to brzmi nawiedzenie, ale jakie jajca mówić to i rechotać się w duszy!!! – rzucić robotę i pójść na plażę. Tam najpierw pluskać się niczym pozbawiony w końcu pieluszek berbeć, a potem uprawiać dzikie, całkiem niedziecinne – aczkolwiek, gdyby pomyśleć głębiej… – harce z Chowańcem Małżonkiem. Bo tak. Pozwala im poleźć w las i odnaleźć tam wszelaką swobodność i spokojność, piękno zapodziane w ptasich trelach, soczystość jagód, gówienka, które z czasem serio sobie poradzą, więc do cholery drodzy psów właściciele przestańcie wsadzać je w owreczki i wywalać w krzaki! Polecam łopatkę, kawał drewienka, no i zakopać! Weźcie kurna dajcie se w lesie siana z woreczkami. Pies, czy koń, człowiek czy kot, zrobią kupę i zawsze można ją zwyczajnie i po prostu zakopać! Wot i ekologia!!!

Serdecznie sugerujemy!

Na plaży zaś nadal się wszystko piaskuje i oczywiście oczyszcza. Wielkie i mniejsze wodorosty tworzą tymczasowe rzeźby. Leżę jak ów na brzeg wywalony wieloryb i cykam owe jeżykowate twory. Piękne takie, niby brązowe, a czarniawe, niby pomarańcze, a jednak inne żółcienie. Piękne to takie, ale trzeba uważać, bo fale dziś takie mocno nieprzewidywalne. Trzeba się nauczyć oddychać i pod wodą i pod piaskiem, a na dodatek zawsze trzymać aparat wysoko, bardzo wysoko, ponad wszelkie powierzchnie niszczące, ponad wszystko… a wcale nie jest to łatwe, gdy w końcu wypatrzy się w żółcieniach i kremściach, w dyskretnych krwawościach i brązach, w kryształowych szkliwościach… muszelkę. Taką nie niebieską, taką nie małżową popularną, czarniawo srebrzystą, ale ową składaną, falista i białawą. Połówkę, która pewnikiem, gdy sporo większa, robiła za owo tło dla narodzin tej penwje Wenus… a może była to całkiem inna muszelka? Bynajmniej, gdy się ją znajdzie, warto zaszaleć i zachować owo uczucie na dłużej. Ową wapniowość, perłowość przeszłą, te fale, cudowność… wspomnienie domu, życia, mnożenia siebie na innych…

Morskość ma to do siebie, że nie przemija. Włazi w człowieka i już jakoś tam zostaje, niczym wspomnienie owych pytań z dzieciństwa: co wolisz? góry, czy morze? Jakby nie było trzeciej opcji?! Bo widzicie, ja to wolę Wyspę!!!

IMG_2638

Wieczorne niebo zachwyca kolorami, onieśmiela. Jakoś tak stoisz pod nim wsłuchany w lekkie uderzenia fal o brzeg i zwyczajnie wszystko to jest sztuką. Tak wielką, że nie chcesz już unosić dłoni z pędzlem, nie chcesz mieszać kolorów, nie szukasz, nie dociekasz, po prostu patrzysz w świadomości dozgonnej własnej maleńkości. Patrzysz w jaki dziwny sposób kolory, o których mówiono ci, że nie pasują do siebie, jakoś potrafią się wzajemnie dopełnić… Tworzyć nowe. Po prostu żyć razem bez dziwnych, kolorowych animozji. No i tak stoję. Pewno, że znowu robię zdjęcia, bo coś w środku mnie twierdzi, że nie można tak trwać tylko i się gapić, że przecież ten szczurzy trans, owe wyścigowanie mam już wpojone w krew i każdy oddech. Nie da się tak po prostu tylko być w tym całym pięknie, musisz coś robić… nie umiem po prostu… być.

Nudzić się też nie umiem.

Patrzę na gromady ludzi leżących na plaży, na owych siedzących, błąkających się między domkami, dziwnie zahukanymi, no i pewno, widzę tych z telefonami. Oj kląć muszą straszliwie, gdy w nazbyt wielu miejscach raczej nie ma zasięgu. Na przykład w pobliżu Vang. We wszelakich zagłębieniach pozostałości po wydobyciu kamieni, w owych ciemnych zakrętach kamieniołomu, gdzie niedawno pojawiły się zdjęcia, gdzie dojść można po tym dziwnym, przerażającym mostku… bleee… mój lęk wysokości trwa! Oj jak najbardziej, tam telefony usypiają też. Ale jeżeli się odważycie, jeżeli… przejdziecie, odnaleźć można z łatwością zagubione ścieżki i murki. Nie tylko stary młyn, nie tylko wspomnienie, nie tylko… legendy, duchy i trolle, nie tylko… Jakaś taka wszelaka zmienność, ale i stałość. Zaprzeszłość, ale i ciągła zmienność przyrodnicza. W załamaniach radosnych w barwach skał wciąż siedzą mewy. Te białe, starsze i te wciąż jeszcze młodziutkie, zmiennie brązowo-szare. W oczach wciąż jeszcze mają strach i niepewność. Spoglądam na nie, one na mnie, zawsze jednym okiem, a potem wszyscy razem patrzymy na owe niebieskie dzwonki. Takie drobniutkie, takie piękne, wrażliwe, a jednak wybierające sobie do życia szczyty skał, niskie trawy i wszelaką wietrzność. Świat jest pełen niespodzianek i niedomówień.

I niespodzianek jeszcze i więcej…

Może i nie mam wakacji w ciepłych krajach i może nie mamy tutaj zbyt wielu palm, ale wiecie co… chyba mnie nie ciągnie w plamy. Jeszcze mi ktoś kokosem przywali i co wtedy? Jak ja będę wyglądała taka przywalona?

IMG_2639 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dupa Nieblada… została wyłączona

Pan Tealight i Asta Maniana…

„Jest wiele takich powiedzień… niby, że w życiu, to żadna robota nie śmierdzi, albo i ten, co ostatki, to wiecie… piękny, gładki, a i z wypróżnieniami problemów nie ma. No i to coś jeszcze, że co masz zrobić jutro zrób dziś, albo i jutro? Jak to leciało? No mniejsza, nawet ona Asta Brygidda Maniana, bogini wszelakich Gadanych Bezsensów Rymowanych, miała je gdzieś.

I milczała.

Ostatnio ogólnie mówiąc nadmiernie wykorzystywana, jakoś tak wychudła, utraciła swoje apetyczne krągłości, włosy niegdyś blond z zielonkawymi pasemkami, zaczęły jej wyłazić, odchodzić od niej, oddalać się, zbierać w kłębuszkowe byty i zakładać odrębne plemiona. Podobno gdzieś była nawet już przez nie założona osada. Pierwsza, mieli nawet burmistrza, a może i królewnę na wydaniu? Nie dbała o to bogini. Nic a nic. Przyturlała się któregoś dnia do Białego Domostwa obżarta memami i innymi obrazkami, nadwyrężona i całkiem niekomunikatywna i…

… milczała.

W końcu Smok z Komina wybudował jej ładne, aż nadmienrie tradycyjne, tipi i wymalował z niezgrabne obrazki, bo paurami to wiecie, szyć lepiej, no i tam sobie teraz siedziała. Mimo letniego ukropu wciąż kopciła jakiś ognisko, wciąż dorzucała do niego dziwne zielsko i…

… milczała.

Zawsze była gadatliwa i wygadana ponad miarę. Zawsze coś palnęła, zaśmiała się sama z siebie, przyniosła tort na przeprosiny. Bardziej bawiły ją słowa, ich brzmienie i rmy, dziwne obrazy, które malowały, niż znaczenie… a potem nadeszła era kotków i wszystko zaczęło obrastać łuską i pierzem. A ona lubiła swoją gładką, nietatuowaną skórę. Poza podeszwami, gdzie – niewielu to wiedziało – miała trzy różyczki czerwoną farbką pociągnięte i serduszko.

I napis LOVE MAMA.

Milczy się wcale nie tak łatwo, wiecie… wydaje się, że bogini zmieniła swoje aspekty, a że milczenia w dzisiejszym świecie na lekarstwo, cóż… wyznawców chyba nie będzie miała, czyż nie? A może jednak? Może ludzie znudzą się pierdoleniem…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7441

Z cyklu przeczytane: „Tron z czaszek” – … nie wiem. Z jednej strony poleciałam z rozpędu. Mam cztery poprzednie tomy – w oryginale dwa, ale wiecie jak to jest z wydawaniem… no i jakoś tak. Oj pewno, że zaczęło mnie to jednak w końcu nudzić troszkę, że coś przestało się kleić… ale jednak… Widzicie ostatnio kurde jakoś tak całkiem nie ma co czytać…

Kolejny tom, oczywista kontynuacja tego, co się wydarzyło.

Ot walk pomiędzy dwoma Wybrańcami, choć zdaje się, że zaczyna ich przybywać. Może przez pączkowanie? Nie wiem. Mniejsza… więc wojna, więcej wojny, Inevera, któa musi teraz władać całym swoim światem i oczywiste początki konfliktów pomiędzy Najeźdźcą, a Najechanym. I tyle.

Wot koniec książki, dziecię się jeszcze nie narodziło.

Przepraszam, ale ten, który nazwał Bretta następcą Martina, to chyba się z kobrą na łby pozamieniał. Aczkolwiek kobra to taka inteligentna gadzinapłazina. Kurcze no dobra, zmienił się na głowy z mopa końcówką. Bo sorry, ale Martinowi nie dorównacie. Dopracowaniu postaci, ciągłym niespodziankom. Mordom!!!

Ha ha ha!!! Nic z tego. Sorry miśki, Martin jest ino jeden. A rysunki w tym czymś mnie przerażają. Powiem tyle, przeczytać można, ale tyle jest demoniej kupy, że można przestać przeżuwać świat dookolnego. Nie jest tak, że powieść jest kiepska, bo jest dobra. Ale… ile można wyciągnąć z każdego, pokrzywdzonego w dzieciństwie dzieciaka? No i konfliktu pseudochrześcijan z pseudomuzułmanami? I piasku, kolejnego demona… tylko kaffit milusi, wot i taka nasza inevera, co nie? No i to rozdzielanie tomów! Ile można? Czasem mi się wydaje, że wydawcy serio nie chcą, by książki im się sprzedawały. Ech… wiecie, ci co zaczęli, wiadomo sięgną po kolejny tom, choć można go streścić w kilku zdaniach. Bo dlaczego nie? Ale czy warto? Powiem szczerze, że pierwszy tom był naprawdę intrygujący, ale to teraz zaczyna mnie usypiać. A naciągnięte jak guma w starych gaciach, co się na słonku nadwyrężyła…

IMG_2216 (2)

Turyścizna…

Przyznaję, że jakoś chyba tych ludzi jest w tym sezonie więcej, niż rok temu. Serio. Wszędzie są i jacyś tacy zagęszczeni. W tym zawiewającym dzisiaj wietrze i deszczu, owe istotki na rowerach zdawały się być osobnikami szukającymi swojej Arki Przymierza. Niczym wiecie, te wszelkie zwierzątka, co to miały być po parze z tego i tamtego.. kurcze, w tych dzisiejszych czasach, to miałby taki Nowe zawirowanie z parowaniem. Współczuję mu, jeśli gdziekolwiek tam jest, coś wie i dajmy na to szkicuje sobie te plany wiedząc, że kurna znowu mu jednorożce umkną. Drewno koleś zbiera, a może i tym razem zdecydował się na metal jakiś… Oczywiście nikt mu nie wierzy, wszyscy się z niego śmieją, wieczorami w karczmach i pubach wałą z niego ciągną, kurcze, walą wała, no wiecie, dżołki lecą! Stary dziadek, co chce ratować świat, a świat na to: nie, nie życzę sobie być ratoany, chcę przez te kilka miesięcy dupczyć i pić i jeść i mieć gdzieś twoją robotę nad łódką. Bo widzisz, jeśli nawet nas uratujesz, to po co? Po kiego wała? Nie będzie barów, pubów, karczmareczek i innych tam, nie będzie czekolady, nie będzie cudowności stanu bardziej terenowo-stałego… internetów nie będzie, kotków na łollu, no i zdjęć żarcia. Nie będzie celebrytów, chociaż, może Noe uratuje sobie parkę? Bo przecież zdaje się, że celebryci to serio całkiem inny świat…

A kosmici? Co z kosmitami?

Są ci ludie, miotają się, łażą niczym owe smołowane padalce, nie pamiętają, że po drogach jadą samochody, wózki wciągają tanm, gdzie autko na gazie, przy rowerze mają latorośle… oj może i zrobi się następne, co tam!!! Łażą, nie widzą, że to droga, jakby serio sprawa urlopu dokonywała transakcji niezbyt wzajemnej na ich mózgach. Zabiera wszystko pozostawiające ino dziwną owcowatość – bez urazy dla owych cudownych zwierzaków, owce nie są owcowate! nigdy!!! – taką powolność i nagłą potrzebę całowania się na srodku drogi, jedno na rowerze, drugie w aucie… nie no ja rozumiem, że wakacje i pewne rozluźnienie panuje dla was, ale tutaj mieszka z 40 tysiączków zwyczajowych dusz, które mniej lub bardziej są w robocie!!! Bo chyba, jak zwykle, wszyscy o tym zapominacie… no i jeszcze o tym, że na owych naszych przydrożnych kiermaszach się PŁACI! Nie kradnie, nie bierze sobie, nie przywłaszcza, ale dokonuje zwyczajowej wymiany – papierki i monetki za towar!!! Dlaczego o tym wspominam? A bo mamy takie stoiska przyuliczne, przydomowe. Stoi sobie krzesełko, albo skrzynka, wózek, albo stolik, zbita z desek budka, a w niej cuda ogrodowe, drobinki rękodzieła… cena wypisana, z boku stoi słoik, albo metalowa kasetka, czy pudełko. Bierzesz i płacisz.

Voila!

Już w zeszłym roku był problem, ale w tym to już przynosi straszne rozmiary!!!

IMG_8673

Pogoda się trochę ochłodziła i jest pięknie.

Jakoś tak łatwiej się kąpać, gdy wszystko dookoła jest w swobodnie zgodnej temperaturze. I fale przeczyste i te latawce nad głową, no i oczywiście piaskowości. Człowiek leży, a wiater wieje tym czymś na sznurku, co to rzeczywiście wygląda dziwnie. Bo tak serio, to jaki jest sens w puszczaniu latawca bez klucza i bez zabawy z elektrycznością? Żaden, co nie? A jednak to ludzie robią. Też nie wiem dlaczego, ale patrzę, bo majtające się koory na błękicie są jak ptaki… dopóki nie zainteresuje się nimi mewa. Ta sama, która starała się wam przy obiedzie śmieciowym wyrwać frytki z palców. Oj też i ta, której zaczęliście w końcu rzucać kawałki, kupować dwie porcje więcej, żeby w ogóle coś sobie wsadzić do żołądka. A mewy nauczyły się aportować. No ba… jeżeli wróble mogą robić za kolibry… majtają tymi skrzydełkami szybciutko docierając do drewnianej ławki, na której leży frytka, a potem rezygnują, kolejne robią to samo, aż w końcu jeden bezczelny siada na ławce i najzwyczajniej w świecie je. Pierun wie, czy bardziej doświadczony, czy zdesperowany, czy szalony… czy coś tam, ale wpiernicza ślicznie. Cała reszta ptaków gapi się na niego. Jeden z nich wygląda jak pierzasty Darth Vader!

Z podbitymi okami maski!!!

Jak tak człowiek szlaja się od portu do portu, to go oszałamia ta cała wodnistość. Tu jest ziemia – najczęściej jakieś kamienie, betonowy falochron, czy inne tam stałości mające dać nadzieję na mneijszą korozję świata ziemnego, a tam fale. Fale wietrzyste, walące o skały, jakby były kobietami z PMSem… które wiedzą, że to nie ich wina i nie facetów, więc starają się zrobić coś, co jakoś z nich wywali ową złość. I… walą w skały. Rzucają się na nie w dziwnie niemym proteście, oskarżając naturę, hormony i zeżartą tabliczkę czekolady o wszystko. I jeszcze tort i lody i oczywiście masło… wiecie, z masłem już tak jest, że człowiek chce je oskarżyć, śliskie jest i podejrzane i smaczne ze wszystkim i słodkim i słonym i mięsnym!!!

Cóż, ciekaw czy Kobiecość Turystyczna odróżnia się od Turyścizny Męskiej?

IMG_7943

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Asta Maniana… została wyłączona

Pan Tealight i Kapanki…

„Przy tych wszelako rozdzianych ludziach plaża zdawał się być aż nadmiernie ubrana. Purytańska nawet, bardziej niż skromna, wszelako nawet burka… Tutaj miała głazy, wyczyszczone, wyszlifowane, ogólnie mówiąc, zwracające na siebie uwagę ową śliskością. Może i były w tym dla kogoś wyrażenia seksistowskie, ale nie dla Pana Tealighta. Nie. On patrzył na te piaski płożące się mu dookoła stóp, na owe wydmy pokryte gdzie niegdzie kolorowymi ręcznikami, na owych pojedynczych dzielnych pławiących się w falach… no dobra wyłącznie na Chowańca Wiedźmy i ją samą, udatnie udającą lekko zdechłego, wzdętego wieloryba, krótkiego, ale wzdętego. Patrzył i dziwił się jak bardzo skromną jest Plaża. Niczym owa matrona zasłonięta i tutaj i tam, a jednak flirtująca. Niczego nie można jej zarzucić, ale czujesz, gdzieś pod warstwami skórek, że ona i tak dostanie wszystko. Niegdyś piękna młodścią, teraz piękna i mądra na dodatek, sprytna i przebiegła. Bo wie… że to wszystko minie, a piasek…

… i tak trzeba będzie z siebie wypłukiwać miesiącami!!!

Pan Tealight siedział w Białym Domostwie, na swoim fotelu z ukochanym kubkiem w rękach i patrzył na deszcz. A przez deszcz patrzył na plażę, taką, jaką była dzień wcześniej, a teraz plażę, która zwyczajnie olewała lato… Usz tam to się dopiero zaczynała zabawa. TrollikiKamyki powstawały i bawiły się w Kapanki. Łapały każdą kroplę deszczu nim zdążyła sięgnąć piasku i wybracywały ją. Te dodawały jej prędkości, tamte odejmowały, Płanetnicy zaś rozciągnęli szeroką siatkę rybacką wzdłuż i wszerz i pomiędzy nimi, no i poobwieszaną dzwoneczkami wykorzystywali, by bawić się w podchody. Gdy już wyobracane krople sięgały piasku od razu zamieniały się w perły, a te zbierały Morskie Podtopce i wrzucały do gigantycznych kotłów, które nakryte szerokimi liśćmi, przypłyniętymi z Niewiadomokądzia i coś gotowały. Nikt nie pytał co to i nikt nie pytał z czego tak naprawdę…

Po prostu pili.

Bo widzicie, świat się kręci nawet, gdy nikt nie patrzy, bo patrzenia świat nie potrzebuje… ale kręci się i wtedy, gdy ktoś patrzy, bo w dziwny, pokrętny sposób, kto to tam widzi jak jest naprawdę?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9833

Z cyklu przeczytane: „Sanktuarium” – … zaskoczenie! Ale może to jednak sprawa autorki. W końcu jest psychologiem dziecięcym. Może to dzięki temu każde słowo jest tutaj na miejsu, postacie nie są wydumane, przyjaźń dziwnie natrętna i durnowata… a nawet owa drobina czegoś, co wielu nazwałoby fantastyką…

… prawdziwe.

Oto opowieść o przyjaźni i poświęceniu. O innej miłości, takiej, która sprawia, że rodzą się rodziny nie połączone węzami krwi. O owym uczuciu, które sprawia, że siedzisz w głowie tamtej osoby, że z czasem może i nie będziecie się spotykać, ale jednak… wciąż o sobie myślicie. Może i obrzucacie się w dziwnych snach pupletami w sosie pomidorowym… ale wciąż jesteście. Bo przyjaźń to coś więcej niż tylko miłość. Coś więcej, niż tylko uczucie, przeczucie, łachotanie, a czasem dziwaczna wściekłość, która nią wcale nie jest. I poświęcenie w imię przyjaźni i one dwie. Jednak stoi na granicy życia, druga stamtąd wróciła wielokrotnie. Jedna bogata, popularna, druga znowu w kolejnej rodzinie zastępczej. Nie powinny być przyjaciółkami, a jednak… przez cały rok były. Najlepszymi, idealnymi, wspierającymi się…

Teraz wszystko minęło, ale ta, która została nie może być sama. Nie na zawsze. Tym bardziej, że sny, które ją męczą, przywołują ją do siebie. Czuje, że jej druga przyjaźniana połówka cierpi… pomoże jej choćby oznaczało to kolejną drogę do piekła. Z powodu… zwykłej miłości.

Dobra powieść. Mądra i głęboka, ale i fantastyczna. Mimo swojej nastoletniej miejscowej zabawności, mimo języka, który was nie przytłoczy, jednak owa powieść nie sprawia, że czujecie się jak w głowie dzieciaka. To dojrzałe twory opowiadają wam o swoich największych bolączkach, o wyborach, o kolejnych wyzwaniach…

Warto!!!

IMG_9479 (2)

Ciemność…

Nadchodzi powoli teraz. Nagle nic, ot tylko troszkę mroczniej, jakby chmury się zawaliły na głowy, jakby niebo trochę się obniżyło. Powoli niczym tkana pajęczyna, i to serio na umowe i to nie o akord, na jakąś taką zaskakującą… bo z ciemnością w lipcu jest tak, że niby wcale nie zapada, ale w którymś momencie w końcu trzeba iść spać. I jeszcze ta pełnia. Kurcze jak się zdarza, to ma człowiek ochotę serio sklepić z gliny bliźniaka, zapolować na Księżyc i naprawdę mu przypierdolić. Tęskni się za ciemnością, ale jednak jakże miło wyleźć w tę nibymroczność o sztachnąć feromona. Bo przecież wszystko tak pachnie. Już człowiek nie odróżnia co i dlaczego, po prostu wącha. Czy ścięta trawa, czy zioła, czy jednak kurcze tylko jakieś zielska. No i zioła, ostatnio w lesie pachniał dookoła dziki rozmaryn. Naprawdę! Wtedy, gdy drogę przebiegał mi jelonek, a ja stałam jak wryta…

Ciemność może zapada powoli, ale skowronki dają!

Kurcze jak dają.

Człowiek się pyta sam siebie, czy mu w komputerze gra, jakby nie mógł dowierzyć owej całej, dzikiej, radosnej trelistości. Jakby ta cała natura, której serio Turyścizny osobnicy nie są w stanie wszędzie zagłośnić… zresztą bez przesady, u nas to zwykle nie jest hałaśliwie. Ildnat mogłam oglądać ze swojego okna – takie tam wiecie na niebie światełka – a dzięki odległości hałasu mi oszczędzono. Zresztą… u nas ogólnie nie ma hałasu. Czasem ludzie mi nie wierzą, gdy mówię, że nie, nie można kupić na plaży jedzenia, tylko poza nią w wyznaczonym punkcie, który w okolicy sorry, ale jest ino jeden. I nie nie ma muzyki natrętnej… a tak serio, to jeśli wybierzecie sobie plażę mniej używaną, a jest to nader łatwe, to będziecie tam sami. No chyba, że traficie na taką z golasami, to nadal sami, ale jeszcze bardziej swobodni. Wiedzieliście, że kurcze można się u nas kompletnie na golasa bachać? Bo ja nie wiedziałam! Ale zakazu nagusowości kąpielowej nie ma. Znaczy nierządu nie wolno, ale samo łażenie po piasku bez gacioszków, proszę bardzo!!!

I to nie tylko wtedy, gdy jest się koniem! A tak, ostatnio wyłażę z fal, niczym ta Wielorybia Wenus bez Pianki, a obok mnie koń. A taki niewielki, obmył se boczki i pokłusował dalej na człowieku! Przyznam Wam, że strasznie to zabawne, ale całkiem przemiłe. W końcu nie ma tutaj jakiegoś określonego kąpieliska, fale cały czas szumią, więc pań koń, ale oczywiście, że i pani koń, mogą zwyczajnie przyjść i się ochłodzić. W końcu kupę oni zostawili w lesie!

Uważajcie na spacerach na końskie boby!!!

IMG_0348

W krótkotrwałej ciemności mojego zasłanego różanymi płatkami trawnika, tli się świeczka w latarence. Ot tak się świeci, lekko migoce, tli się i tańczy. Prawdziwa romantyczność, czyż nie? Nie no, płatków oczywiście naćkał wiatr, jakoś tak w tym roku postanowił różom nie dać się oszukiwać aromatem i kolorami, ot zwyczajnie obrał je z atłasowości… nie mogły się sprzeciwić. Wydaje mi się, że im się to spodobało, naprawdę. Może róże mam zboczone? Ale to wiecie, po poprzedniej sąsiadce, więc jeśli kogoś gorszy ich przedwczesna nagość, to nie do mnie.

Lawenda się budzi.

Znaczy w niektórych miejscach ma się już całkiem lawendowo i stojąco, ale u mnie jakoś lekko jest markotna i na razie w liściach. Ogólnie mówiąc, chyba mi coś ogrodnictwo nie idzie. Ale dochowałam się kilku ogórkowych kwiatków, może więc jest dla mnie jakaś nadzieja? Na jakiś kawałek ziemi kiedyś, który będzie się sam sobą bawił. No i zarastał. Taki, co pozwoli sobie w kilku miejscach dosadzić ziół i kilka drzewek, które na razie okupują doniczki… i jeszcze krąg z sześciu głazów, albo na razie chociaż trzech? I jeszcze… drewniane misie, takie jak mają w Ostelars! No piękne są. Wiem, że to tartak i w ogóle, ale przed nim jest mały staw, nad nim cudna, czadowa chatka, a obok rodzina misiów, która wciąż się rozrasta. Rzeźbione tak, że aż człowiek nie wie… dawać im miodu, czy jednak od razu uciekać? A może one tylko patrzą? A może tylko chcą pogłaskać? No dobra, bynajmniej głazy w kamiennym kręgu, w wersji Stonehenge Moje i misie i łączka i lasek i zioła. I tyle… niewiele człowiekowi do szczęścia brakuje, co nie? Maków, kąkoli i bławatków na polach. Tak bardzo mi się za nimi ckni. Tak bardzo smutne te pola, jak tylko są… zbożami. Oj wiem, że rolnicy wolą, że łatwiej, że dochody i tak dalej…

Brak maków, kąkoli i bławatków sprawia, że wkurza mnie też brak tych makowych pól, które wkurzająco sunęli za czasów kompotów i narkomanii bardziej kuchennej… jak teraz kurna leki przeciwbólowe, mój biedny Tussipec! O co chodzi w tym świecie! Już nie mogę się truć jak chcę!? Dorosła jestem, do cholery oddajcie mi i maki i leki! Nosz przecież to moje jedyne grzechy na tym świecie! Wiecie, jak człowiek nie pije, nie pali, ogólnie mówiąc praw przestrzega i w ogóle nudny jest, to mu nawet przeciwbólowych odmawiają!!! Brutale! Czyż to nie jest atak na moje swobody obywatelskie? Znaczy gołym być można, ale kupić więcej ibuprofenu to już nie? Trzeba będzie powrócić do ziołolecznictwa Wam powiadam, oj trzeba. Kto tam ma jakieś wyskokowe sadzonki?

Najważniejsze jednak, że w końcu pada! Pada i zimno jest! Kocham zimno!!!

IMG_6553 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kapanki… została wyłączona