Pan Tealight i Wiedźma Aptekarka…

„Wiadomo było, że weki z Turyścizny to jedno, przyjmowanie opłat w formie szczątek ludzkich, zwierzęcych i alienowych, to drugie, a dojenie krasnali zza Buga pod Wielkim Głazem to owo niewypowiedziane trzecie. Zwyczajnie, w życiu Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki – obecne na cholernym głodzie przez Złego Książkozabora Merlina – normalne miało lekko inne znaczenie. Spiżarnia miała tyle wymiarów, że praktycznie nie istniała w namacalnej formie, a drzwi do niej często prowadziły do Wstydliwej Studni Życzeń, zwanej przez niewtajemniczonych kiblem… ale jednak wiecie, trza się przygotować na zimę. Na ten czas cudów największych, chłodków i wszelakiego na śnieg oczekiwania…

Jesień może dopiero rozkwitała, przypominając lekko nazbytnio zainteresowanego modyfikacjami ciała nastolatka, ale czas przygotowań na czas odpoczynku, żarliwie poganiał wszystkich. Też i Wiedźmę Wronę, która po cichu i w całkowitym przyzwoleniu mijanych osobliwości, przerażonych owym dziwnym spojrzeniem, jadem spryskanych, zwyczajnie wolących nie macać wściekłego, pakowała do Białego Domostwa co się dało. A to szyski, podobno dobre na wiatry, a to nasionka dziwnych stworzeń, którym przykazano, by wzrosły dopiero na wiosnę… wszelkie listki i korzonki, zioła pachnące mniej lub bardziej intrygująco. Stare gacie po opasłym turyście, który z niewiadomych powodów postanowił się ich pozbyć na leśnej drodze – ale całkiem czyste, choć pogniecione!!! No i grzybki. Widzicie, w tym roku, w tej porze i owym uniesieniu, to one zwiastowały jej coś codziennie. Coś niewypowiedzianego, coś skrywanego kapeluszami, coś… Najlepiej rosły wszędzie tam, gdzie srały owce, a ponieważ Wiedźma Wrona Pożarta zawsze chodziła owczymi drogami, więc może chodziło o owce? A może jednak nie tylko, bo te borowiki, to zdaje się, że po prostu ją śledziły… Tylko co miało znaczyć to całe zagrzybienie? Problemy z higieną u Pani Wyspy?

I tak Białe Domostwo się wypełniało, a jednocześnie pozostawało puste. U powały suszyły się dziwne trampki z niezidentyfikowanej nogi, w srebrnych klatkach śniły istoty, o której każdy mało świadomy powiedziałby – niewolnicy – nie zauważając, że klatki otwierały się od strony „zamkniętych”. Wiązki ziaren, nasion i wszelkich orzechowości, pęta niekiełbas, weki, słoiczki i puszeczki, flakoniki i skrzyneczki, worki, paczuszki i dziwne, zbytnio kokonopodobne twory, zbyt często się poruszające, nie tylko wtedy, gdy zerkaliście na nie kątem oka… I oczywiście jabłka. Nawet te kwasieloki, co to ino za zadanie miały pachnieć i skrywać to, co niearomatyczne. Ale najważniejsze były wszelkie tutki i tytki. Maleńkie pakuneczki z wielkimi karteczkami, które tylko Wiedźma Wrona potrafiła odcyfrować. Na wszelkie bolączki, od dupy po uszy, od włosów po pięty, od boczków o trzewia… oczywiście wiecie, jak zwykle podawane wyłącznie tym, co podpiszą klauzulę o niemarudzeniu. Ale były i amulety i klątwy, szczątki syreny, wciąż się namnażające ostatki z krakena i kotleciki z utopców.

A Wy? Przygotowaliście się na zimę? Syropek na brak światłości macie? A zioło na lepsze poczucie odbytu? Pewno znowu zapomnieliście o żółtych pręcikach, tych pomocnych we wszelkiej aktywności?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1348

Mgła…

Mimo wszystko, mimo otaczającej nas wody, wzgórz i soczystej rzekowności, nie mamy wielu mgieł. Oj pewno, że poranki potrafią czasem zaszaleć, ale jednak tutaj, na wybrzeżu, nie ma ich wiele, jednak gdy już przychodzą, są niesamowite. Najpierw coś zmienia się w powietrzu, ucicha wietrzność i nadciąga dziwna gęstość. Bezpowietrzna aura, chłodna, ale nie orzeźwiająca. Nietypowa. Taka jest noc, a o poranku nadchodzi mgła. Zwyczajna, a jednak dziwnie nieznajoma. Przetacza się, przewala, albo atakuje ścianą i… znika. Bo przecież nic nie trwa wiecznie. Mgła… ale nie typowy, znajomy havgus. Nie owa dziwna chłodność cieplejszych dni, która tworzy wiry i toczy przed sobą dziwne białawe postacie. Nie ona.

Natura na Wyspie jest wszystkim. Czy stoicie pod białym wiatrakiem młócącym powietrze, czy tylko pod śpiącym, drewnianym młynkiem, czujecie Ją. Bo tutaj nie da się odepchnąć natury. Gdy pada – mokniesz, gdy słońce przygrzewa – pocisz się. Gdy wieje – łeb cię rwie i depresyjność wzrasta, a gdy obsypują cię liście, strząsasz z siebie podróżujące pajączki, sprzątasz chałupę i czekasz na zimę. Tylko, czy ona będzie śnieżna? Czy będzie tak jak w 2010? Czy zasypie? Bo było tak pięknie. Nie no, pewno że było też strasznie dla niektórych, ale dla mnie było tylko pięknie. Niesamowicie. W oblepionym płatkami śniegu – fruwającymi pod dziwnym kątem, bardziej od dołu do góry, niż odwrotnie, bardziej padającymi w poprzek… W oblepionej chatce, w której się obudziłam wtedy, po raz pierwszy zaśnieżona, czułam się w końcu zbawiona i zwolniona ze wszelkich obietnic, przysiąg i obowiązków. W końcu naprawdę wolna, choć nie mogąca wyjść z domu przez drzwi z powodu zaśnieżenia. Ogólnie tonąca w śniegowości…

Gdy po raz pierwszy przyjechaliśmy na Wyspę, powiedziano nam, że nie będzie śniegu, a jak już to tak niewiele, że szkoda nawet wspominać… cóż, natura zarządziła i zaśnieżyła!!! Ale co będzie w tym roku?

Zobaczymy!

IMG_5681 (2)

Nad Wyspą wisi sobie ciężkie, szaro-stalowe niebo i się uśmiecha. A tak, jakoś tutaj tak zwana „zła pogoda” nie istnieje. Niebo niezależnie od koloru i ciężkości, zawsze się uśmiecha. Może i zabawnie dla niego wyglądamy zajmując się głupotkami współczesności, a może ktoś się zabawnie potknął, tudzież serio odwinął coś durnowatego? Kto to tam wie? Może tak naprawdę wszyscy jesteśmy zabawnym wydarzeniem dla kogoś tam ponad nami? Na przykład głupkowatą kreskówką dla świecącego słońca? Albo może też i dla fal? Patrzą się na nas, bawią się nami, gdy w nie wskakujemy… no skąd wiedzieć, tak do końca, co jest prawdą, a co nie? Może i wszystko jest ułudą? Może tak naprawdę jesteśmy wyłącznie zbyt wielopoziomowymi szachami i jakiś tam Niebiański Sheldon właśnie bije nam Królową? Albo Staruszkę?

Życie na Wyspie, gdy nie ma się w sobie choć sporej dozy wyobraźni, nie ma sensu. Jakoś tak za wiele tego niezwykłego, by to odrzucić. W kształtach gałęzi, sprośnościach głazów, miłosnych wyznaniach od chmur. Bez wyobraźni widzi się najwyżej kilka procent Wyspy. Wciąż niezwyczajnej, może i barwnej, ale jednak tylko części czegoś większego. Części… Prawda jest pokrętna.

Październik, to taka dziwna pora. Pogoda wariuje. Z jednej strony chyba jest chłodniej, z drugiej słonko tak przygrzewa, że grzybki się smażą zamiast suszyć. Niby liście jeszcze się nie zdecydowały, czy całkiem spaść, czy najpierw się przemienić, a może jednak po prostu odlecieć gdzieś dalej. Turystów nie ma, ale to tylko chwila przez ziemniaczanymi feriami. Zaraz wrócą, ale tylko na chwilę. Na takie mgnienie czasu. Jakby przypomnienie wakacji. A potem wszystko ucichnie. Ucichnie na całą zimę i początek wiosny. Tak, by Wyspa odpoczęła. Wiecie, w końcu ona też potrzebuje wakacji. Może i nie wyjeżdża nigdzie, może nie martwi się o sezon bikini, nie odchudza… chociaż kto ją tam wie. Wyspa to w końcu kobieta na całego!!! Nie różni się od tych, które sami znacie. Też lubi się zabawić i ma jakieś tam kompleksy…

IMG_7493

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Aptekarka… została wyłączona

Pan Tealight i Straszny Złoczyńca…

„I nikt nie zauważył, że cień Ojeblika, małej, uciętej główki, zmienił się w długi, woski, męski wyraziście i dwunogi, machający łapami… Nikt kompletnie tego nie zauważył. Każdy zajęty był szukaniem, złorzeczeniem i tymitamowaniem. Nagle wszelkie ukochane, ulubione rzeczy zniknęły. Zapasy jedzeniowe nagle wyparowały, wszelkie ukryte czekoladki, nie do końca wycyckane gnaty i paczuszki żelków… wyparowały pozostawiając po sobie miłe wspomnienia o nadziei, że  w końcu nadejdzie ten czas ich spożycia i całkowitego się niedzielenia.

Wszystko zaczęło się tego dnia, gdy gdzieś wsiąkł ukochany kamyk Wiedźmy Wrony Pożartej, a dokładniej jeden z nich. Znaczy tak podejrzewała, bo jakoś do końca nigdy nie była pewna, którego kocha najbardziej. Czy tego z żyłkami, czy tego krzemyka, tamtego, a może jaśniejszego tego? Jedno wiedziała na pewno, matematyka się jej nie zgadzała, a że przestrzeń do przeszukania nie była wielka, w końcu nie mógł wkroczyć w Przestrzeń Nieskończonych Odbić Spiżarni Wekowej, więc od razu, skoro świt, przybiegła dysząc do Białego Domostwa. Kondycja jak zwykle jej szwankowała, a może, jak podejrzewały Wymuskane Królewny – co to ostatnio założyły Związek Pracowniczy, by wynajmować się w celach wszelakich chętnym i zdesperowanym – dawno ją opuściła, ale wściekłość miała na miejscu.

I jakieś dziwne przeczucie nią telepało…

Ale przecież przeczucia nie można oskarżyć o kradzież! Po kilku godzinach okazało się, że zaginęły i inne rzeczy. Ukochany szkielet Smoka z Komina – te od ostatniej dziewicy, wciąż z błoną do wglądu, te dziwne utensylia falliczne, które składowały Wiedźmy z Pieca… ciężarówka landrynek, pięć pudełek ciastek z Wiecznym Kremem i Mleczna Krowa… ta co dawała zawsze truskawkowe mleko. Gdy nagle okazało się, że nie ma nigdzie ukochanych papuciów Pana Tealighta: mrok ogarnął ziemię, a niebiosa wszystkich równoległych światów się rozstąpiły i spłynął z nich lęk, gniew i wszelakie wkurwienie. Jeźdźcy byli gotowi. Koniec świata powstał z martwych wypełzł ze swojego rowka, w którym go pochowano i na nowo wprowadził się do Białego Domostwa. Zaskoczony, że nikt nie zauważył jego zniknięcia.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6430 (2)

Z cyklu przeczytane: „Magia uderza” – … czytam. Znaczy czytam, odkładam, a potem znowu czytam. No bo wiecie, brzydko to może zabrzmi, ale w tych szumnie wydawanych tomach ostatnimi czasy, z trudem znajduję coś dla siebie. Coś z jajem. Coś innego, albo chociaż prześmiewczego. Jakby literatura pragnęła dosięgnąć tej całej toleranckiej równowagi światowej… nuda. A u Ilony Andrews nudy brak. Są i jajca, jest i mitologia, trochę miłości i postacie, które się kocha. Znaczy w całym cyklu, choć niestety cyklu trochę traktowanemu po macoszemu przez Fabrykę Słów…

Ponieważ ten tom, to tak ni z gruszki ni z pietruszki, ot sięgnęłam, bo i tak znam na pamięć, a nie mam co czytać, więc… opowiem Wam o czym to jest. Znaczy z czym to jeść, mruczeć i czochrać. Z czym iskać, słuchać banshee i kochać Marigold!!! Oto opowieść ze świata, który się zmienił, w którym technika walczy wciąż z magią, a ludzie zwyczajnie starają się przetrwać. Naszą przewodniczką po tej specyficznej, miejskiej aglomeracji (Atlanta) jest Kate. Młoda wojowniczka z pzeszłością. Ni przypiął ni przyłatał, wiecie jak to jest jak się ma problemy z subordynacją. Pomocna dłoń, która może też pacnąć czarownym mieczem. I… eee osoba, w której chyba kocha się Władca Bestii.

Mrał!!!

Nie, nie, nie… jak zacznę opowiadać, to powiem zbyt wiele, więc… pozostanę przy tym, że to opowieść i o magii i o walce, o wampirach – innych, zmiennokształtnych, mitologiach i zwykłych (pozornie) ludziach. O ideałach, wartościach, moralnościach, ale i o tym jak zwyczajnie pacnąć kogoś w durny łeb. Kosmicznie komiczna, ale miejscami i lekko słodka, zadziorna i rajcowna. Bez natrętnych seksualności, ale zwykle z podtekstem. Naprawdę coś, co może rozerwać… eee, bez granatów!!! Coś, co pozwala zapomnieć o codzienności i pokochać każdego koteczka, co zwyczajnie karmi sny, które potem nagle zmieniają się w niesamowite baśnie. Opowieść, w której bóg nie tylko staje się człowiekiem, ale i upierdliwie epatuje zmiennocielesnością…

Nie no! Znowu za dużo powiedziałam. Jeśli nie znacie tej autorki – a dokładnie nie do końca TYLKO autorki – to serdecznie polecam!

IMG_7373

Czasem muszę iść na zakupy. Sorry. No muszę. Koszmar to dla mnie obrzydliwy i tyle. Oznacza wyjazd do miasta!!! A tak, bez takiego rechotu na sali proszę!!! LOL Właśnie się dowiedziałam, że nie mieszkam w mieście, lepiej, nawet nie w osadzie, właściwie to mieszkam w czymś co się określa jako landby… czyli dziura. Ale co tam, w końcu Rønne dla większości z Was to wiocha też, a jednak, dla mnie to miasto. Wiecie, owa miejskość pędząca, inaczej pachnąca, dziwnie pozbawiona powietrza i ciasna. Oj pewno, że w stolicy domeczki śliczniutkie, maleńkie i kolorowe z cudownie niebieskimi drzwiami, albo czerwonymi, albo białymi… albo szklanymi. I z oknami, w których skarby. Niby niegrzecznie się gapić komuś w okno, niby nie powinnam, ale to robią. No jak mojemu sąsiadowi wolno, to czemu mi nie? No i się gapię. Tutaj ktoś chyba kocha pieski, a przynajmniej te, których nie trzeba wyprowadzać na smyczy, same porcelanki. Ale nie tylko białe i w różnych pozach, raczej białe i malowane i rzezane i pozowane i wszelako czadowe… a ten to chyba gdzieś wyjeżdża często, bo w oknie masa cudów rzezanych z kości. Wyglądają mocno grenlandzko-czarowne takie, magiczne. Asz kurcze, chciałby człowiek zapukać w drzwi i poznać tych ludzi, tych, którzy mają odwagę takie cuda w oknie trzymać. I to skierowane zębami w swoją stronę, nie na zewnątrz. A przy stopniach kamień w tubylczych barwach, kształtach i mazach… Hmm, może jednak ofiara z kota? A może lodowiec?

Ale miało być o zakupach, więc niech będzie… sobota rano. Znaczy jak najbardziej sobota, bo wiadomo w tygodniu się pracuje. Zajeżdżam sikając ze zdenerwowania, niczym tem Indianin w Paryżu, wyrwana ze swojego, chodzącego w gaciach środowiska, lasów, fal i wszelakiej samotności… i co? I okazuje się, że w sobotę to WSZYSCY robią zakupy! Ścisk taki, że kurcze oddychać się nie da. Rozumiem, że sklep otwarty ino do drugiej, ale serio wszyscy dziś muszą kupować gacie czy inne buty? No nic, trza to przetrwać. I pomyśleć, że niegdyś człowiek robił to częściej, ej, ale kiedy to było? Za to po zakupach można poszwędać się po uliczkach malutkich, wąziutkich, krętych i czarownych. Wszystkie kociołbowe oczywiście, a maciupeńkie chodniczki przy nich wykładane kafeleczkami w rozmaicie, kolorystyczni wypalonymi cząstkami kwadracików. No śliczne takie, wyglądają jak ciasteczka, aż chce się klęknąć i czołgać i zlizywać z nich lukier… No dobra, trochę to obrzydliwe. Ale śliczne są, serio. I ten maleńki domeczek, coś co wygląda jak stara poczta, coś niczym magistrat, potem dziwnie erotyczna rzeźba, bez przesady, bez członków… a potem, a nie, to raczej przez cały czas… roślinki: malwy, róże, krzaczki i cuda, które kiełkują i wzrastają z tych miejsc ziemnych, tych milimetrów odkrytych pomiędzy chodnikiem a ścianą domu. Jakby natura przypominała delikatnie, ze to ona tutaj panuje i to TYLKO ona!!!

Wraca człowiek na parking, a tam… pustki!!! Bo widzicie, spacerowanie zajęło mi godzinkę, a jak wróciłam, wszystkie sklepy były już pozamykane, to i ludzie zniknęli. Nagle całe te przestrzenie wcześniej pozastawiane amatorami obuwia turystycznego, gacioszków i odzieży zimowej, opustoszały. I… znowu mogę oddychać, bo nikt na mnie nie dmucha, nikt na mnie nie chucha i nikt nie przeprasza za potrącenia. I cała ta miejskość… jest PUSTA. Całkowicie pusta. I aż chce się zapytać, czy w tych domach dookoła jest ktokolwiek? Czy ktoś tutaj mieszka?

Ktokolwiek?

IMG_0764 (2)

No nic to. Czas na odpoczynek, znaczy powrót w las, pola, no i oczywiście fale, bo przecież bez nich nie da się żyć!!! Ale po drodze jeszcze dziwna wizyta i odkrycie… gdzie podziali się wszyscy ludzi z Wyspy!!! Otóż w Bornholms Tekniske Samling był dzień darmowego wjazdu. A jak jest darmowe, oznacza to, że jest i pićku i jedzonko i… wszyscy ludzie z Wyspy też tu są, więc ścisk okropny. Samochód na samochodzie, człowiek na człowieku, a dookoła kukurydza. Przez chwilę ogarnia mnie przerażenie, gdy przechodzi obok mnie mała grupka dzieciątek o białych włosach, ale jakoś to przetrwam, co nie? No jakoś muszę dać radę, przecież chyba w ostatnim odcinku Dzieci Kukurydzy one wszystkie kojfnęły, co nie? Chyba nie przeniosły się na Wyspę? No nic, odwagi! W końcu rodziłaś się tyle dni kobieto, że nic straszniejszego cię nie spotka… chyba? Bo po dojściu do owego samlingu jakoś tak… opada mnie starość i depresja straszna i jeszcze dół i wkurw i degrengolada i jakaś taka opresyjna smutkowość. A wszystko przez zaprzeszłe przedmioty tutaj zgromadzone, niczym na gigantycznym loppemarkecie. Jedne są naprawde starawe, jak samolot z II wojny światowej, który jedzie trupami, albo te dziwne autka, ale cała reszta spokojnie mogłaby jeszcze podziałać. No i co tutaj robi ta plazma? Niby wszystko podzielone na fajne działy, a na zewnątrz stare maszyny rolnicze pomalowano w cudownie uśmiechnięte kolory, a jednak… nie mogę pozbyć się tego dziwnego uczucia, niewykorzystanych pragnień, niespełnionych marzeń, dziwnych, nieprzeżytych żyć. Nie no ja tutaj chyba nie mogę długo zagrzać miejsca. Uciekłam stamtąd i głupio mi trochę, ale jakoś nie mogę przebywać w zatłoczonych halach pełnych rzeczy, które spokojnie mogłyby jeszcze żyć. Czy naprawdę potrzebujemy aż tyle śmieci?

Uciekam z owego specyficznego muzeum, a raczej gårdu i obiecuję sobie, że nie będę opuszczać mojego krańca Wyspy przez dłuższy czas. Może rok, a może i dwa? Bo wiecie, jak człek uświadamia sobie, że najważniejsza jest dla niego dzicz i cisza i więcej ciszy i spokojności i… tak serio gdzieś ma te hipermarkety, czy jak to zwał, to cywilizacja: głośna i paląca papierosy, strasznie go dobija, więc nad morze!!! Znaczy wiecie, u nas to wsio prawie nad morzem, poza środkiem, ale dla mnie nadmorskosć musi widzieć i słyszeć fale, inaczej się nie liczy!!!

Gwoli podsumowania: woda w morzu ciepluśka, słonko wali mocno, jakby chciało coś nadrobić, czy straciło osłonki, deszczu wciąż brak! Może jednak wyciągnąć strój kąpielowy z szafy, a może tak w stroju Adama, znaczy zaraz, Ewy, no Ewy kobieto… wskoczyć i połynąć?

IMG_0755

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Straszny Złoczyńca… została wyłączona

Pan Tealight i Jego Instynkt…

„Przygotował się.

Zaprawdę przygotował się o wiele lepiej, niż kiedyś, chociaż nie do końca owo kiedyś pamiętał, bo… uderzył się wtedy w głowę i przespał kilka tygodni. Ale narobił się. Miał i ciastka, jej ulubione, wszelkie rodzaje i galaretki i ogórki małosolne i kiszone i pizzę, no i andruta i tort śmietanowy i jeszcze cały wóz białej czekolady, ale żadnego szajsu, najlepszy staff. Poza tym miał zwyczajowo, zestaw pluszaków – cztery worki, trochę kamienie, sreberek i piętnaście walizek, samochodzących, wypełnionych ciężkimi tomami. No i oczywiście miał też coś specjalnego: Wielkie Zwolnienie z Bycia Sobą. Ogromną ulgę i przyzwolenie na leżenie brzuchem do góry i nicnierobienie, które jednak zezwalało na podjadanie wszelkich ziaren i orzeszków, zielonek, picie i wydalanie, no i czytanie, oczywiście i czytanie… Ale zwalało z ramion owo obciążające, obowiązkowe się umartwianie, ranienie i całą tą pieruńską, wpojoną kobiecość, której nie mogła z siebie wyplewić. No i jeszcze karnet na Przedwczesne Zakupy Julowe w Miejscach Czarownych – czyli wiecie: hipermarkety, IKEA i takie tam. No i pięć pizz, ale oryginalnych i jeszcze serek, znaczy Tuptaka Straszącego Pluszowe Misie i… i właściwie było tego wszystkiego tyle, że z sezamków zbudował niezłą willę na polu, które już spało… był gotowy.

Znaczy wszyscy byli. Całe Białe Domostwo było gotowe… i co? No i kurcze ona tej gotowości nie zauważyła. Gorzej, zwyczajnie olała ich domek sezamkowy, nie pomacała pluszaków, a na widok słodyczy tylko zbladła i uciekła. Czyżby Instynkt tym razem zawiódł Pana Tealighta? A może to tylko jej wina?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8194

Z dobrych nowin… w końcu trzeba od czegoś zacząć, a żarty mi ostatnio nie wychodzą. Cierpię na książkowy dół (Merlin zrobił mnie w koni i nagle nie wysyła książek za granicę) to i wiecie, na humorze mi zbywa, bynajmniej, jeżeli chodzi o owa dobrą wiadomość, to od przyszłęgo roku w końcu będzie psychiatra na Wyspie!!! Mniam! Psychiatra!!! Nie żebyśmy planowali go zjeść, bośmy tacy dzicy, ale dotąd na badania trzeba było jeździć do Kopenhagi, więc wiecie, łatwiej. Nie ukrywajmy, jak ktoś u nas chory, to od razu helikopter i lecimy zwiedzam dalszą, zamorską okolicę, więc raczej nikomu się do chorowania nie spieszy. Lepiej wskoczyć do wody i się popluskać. Pójść do lasu z pieskiem, albo bez pieska, w końcu nie każdego stać na podatek od psa, wysoki… za koty za to kurna płacić nie trzeba, a srają gdzie popadnie i śmeirdzą. Ostatnio jak te króliki, co się podobno namnożyły tak z powodu braku lisów – oj te lisie kołnierze – koty też jakoś zwiększyły objętość i stada i każdej jednostki. Ten rudy z naprzeciwka, to kurcze chyba niedługo piernie i zrobią się z niego co najmniej trzy koty. Żeby nie było, to facet!!! A w tym wymiarze jeszcze kot jest kotem, a kotka wiecie… istotą nadmiernie upierdliwą i w marcu szczególnie głośną. Ciekawe, czy zwierzaki też sie cieszą z nowego psychiatry? Hmmm? Może i one dostaną kolorowe pigułki na te listopadowe dni i noce i na te grudniowe i stytczniowe bez śniegu… chociaż ja wciąż liczę na śnieg. Oj, nic na to nie poradzę, taka ze mnie durna, nadzieją się kierująca istota widać!!!

Ciekawe jak to jest z zającami? No wiecie, czy one lubią króliki? Czy akceptują ich inną kicalność i krótsze uszy i tą jakąś taką napuszoną puszystość? Nie wiem. Z jednej strony powinny czuć jakąś tam bliskość, są takie podobne, a z drugiej… może tylko nam wydają się podobne? Może królik do zająca mówi: ty mutancie? A zając do królika: tu upasły nieskoczku? Bo widzicie, jeszcze nigdy nie widziałam ich razem… nawet na talerzu. Chociaż same króliki na talerzu jak najbardziej, w sosiku, albo taką wiecie, króliczą łapkę miałam kiedyś. Ale to było cudne. Jakoś jako dziecko nie nosiłam w sobie opowieści o ekologii, królika się jadło, futerko się zakładało, małe króliczki kochało, a potem… życie. No więc miałam tę łapkę, wiecie na szczęście. Milusia taka była i nie uczulała w ogóle, nie tak jak te współczesne, plastikowe zabawki i.. pewnego dnia, a dokładnie wieczora, gdy banda dzieciaków ciągnęła mnie przez zaśnieżone pola ona mi się zgubiła!!! Do dziś czuję dziwny, atawistyczny żal po niej.

Ech!!!

Ciekawe co psychiatra na to?

IMG_6157

Zwyczajowo rodzina na Wyspie pisze 4 listy na rok. Podejrzewam, że tak naprawdę nikt już ich nie pisuje, tylko ja, a wiecie, jak zsumowano liczbę wysłanych listów czy kartek i podzielono je przez rodziny, to tak jakoś wyszło. Moja wina, jak nic!!! Jak nic zwalą wszystko na mnie… ale i tak poczty pozamykane. Stanowisk pocztowych też już nie ma od kilku lat, a teraz dodatkowo zamykają sortownię w Nexø, co oznacza, że listonosze będą mieli więcej uciążliwej roboty z jeżdżeniem z Rønne… Ale czy tak naprawdę będzie to więcej pracy, a nie zwyczajowej rozpusty? Wolności, która pozwala wciąż podróżować po Wyspie? Dlaczego tak myślę? Bo wiecie, Wyspa jest piękna. Tutaj zwyczajowe, uciążliwe plewienie ma w sobie coś z wyprawy po smoka, księżniczkę i M1 w wysokiej wieży. Podnosicie się, prostując zbolałe plecy, bo te rąbią jak w każdym miejscu na świecie, i widzicie morze. Ową dziwnie spokojną, niczym wyrytą, ciemniejszą paskowatość horyzontu, albo wzburzoną, ruchliwą, czy też nocą dziwnie oświetloną, pełną maleńkich choineczek z błyskających lampek. Te pola, łąki, lasy, zmiany na niebie… przecież wszystko tutaj takie piękne, więc może bycie listonoszem, to tak naprawdę magia w najczystszej postaci?

Oczywiście, że się upewniłam, a pomógł mi w tym artykuł w gazecie – wywiad z naszym Listonoszem!!! Ha ha ha! A tak, poza zwyczajowymi zdjęciami na urodziny, ślub, czy jakiekolwiek inne osobiste uroczystości i z życzeniami, mamy też wywiady z mieszkańcami. Nie tylko tymi, których świat uznałby za celebrytów, jak artyści, ale z tymi, których my uznajemy za celebrytów, jak nasz Listonosz, który jest przesympatyczny!!! Nawet jak wrzuca ino rachunki! I który szczególnie uważa na roztrzepanych, dziwnie uradowanych odbiorców paczek jak ja… i zamyka moje drzwi, gdy nie mam wolnej ręki!!! Chociaż, może to chodzi o to, że ma dość mego widoku?

A tak, mamy własnych celebrytów na Wyspie. Mamy nie tylko artystów, ale i ulubionego sklepikarza, pana, który w śpiewającym autko rozwozi lody, czy tego z kiełbaskami, no i oczywiście listonoszów. I wszelakich dostarczycieli!!! Bo tutaj wiecie, zwyczajność jest piękna i nagradzana!!!

IMG_9601 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Jego Instynkt… została wyłączona

Pan Tealight i Pierwsze Nęcenie Wiedźmy…

„Usłyszała go stojąc na wrzosowo-różanych skałach. Na wypukłościach się chwiejąc, szarości swym cieniem skrywając. Usłyszała wtedy, zmagając się z wiatrem atypowym, podwiewającym to z dołu, to z boczku, włażącym między członki… głos usłyszała dochodzący ze skołtunionych krzaczków, wyraziście się ku niej kierujący.

– Taś, taś, taś!!! A pójdź ty k mnie!!!

Od razu Psychiczności Wiedźmy Wrony Pożartej się obudziły, podskoczyły trzymając w ustach szczoteczkę do zębów i bułkę jednocześnie, oraz wyciągając pazury w akcie totalnej gotowości. Zaś wszystkie Lękliwości spuściły gacie i wystawiły białe, nagie zadki. Co jak co, ale mimo iż takie rzeczy zdarzały się im często, nie przyzwyczaiły się. I choć nocą krzyczały, teraz nie mogły wydać ni oddechu.

– Cip, cip, cip… no choć, mam cukierka!!!

Cukierka? Pomyślała Wiedźma Wrona Pożarta, nagle dziwnie odprężona. Raptownie pozbawiona lęków, zaczęła okazywać aż nazbytnią ciekawość. Zainteresowanie, a nawet gotowość empiryczną. Cukiera? A co jeśli to czekoladowy, nadziewany. Taki jak kiedyś jadała, z tej Mieszanki Wedlowskiej, tej, co to miała takie fajne, lekko brązowe w środku o tym czadowym smaku, albo z tych mikołajów nadziewanych, co się potem zającami stawały? Jak to się nazywało? Bo jeśli landrynka, to niezbyt chętnie, chociaż taki miętus bywa przydatny… albo Kukułki. Czy ktoś pamięta Kukułki, bo Michałki pewno tak… czy wciąż jada się Michałki? Że z dużej litery? A widzicie, bo takie cuda to się je, a i dziękuję, że nie jest się zjadanym.

– No choć, choć do mnie, kici kici kici…

A co on mnie za sierściucha ma? Znaczy co, rybą niby zanęci? A może kocimiętką, co? Kurcze… zboczeniec jak nic, przecież dopiero co depilowała niewymowne zwane zwykle nogami!!! Jak można ją wyzywać od zaniedbanych, śmierdząco srających, puszących się, za kuwetę mających wszystko… Nosz skurkowaniec jebany!!!

– Torcik ci dam i ciasto… i zaproszę do restauracji i kupię pierścionek!!!

Hmm? Torcik? Ale jak z kremem, to niezbyt. Już wolałaby lody. Bo takie lody to są super, ale torcik, eeee, no ciastko może. Ale też jakieś dobre, nic margarynowego ino nie do restauracji. No po kiego mam gdzieś iść, do ludzi, tosz się tam ubrać trzeba, nie nie nie, to nazbyt jest męczące, nie, kij ci w otwór wybrany!!! A co do pierścionka… eeee, nie wiem, a po co mi on? No i czy z diamentem? Bo jak z diamentem to niechętnie… Zresztą jak złoty, to już w ogóle, bo złoto tę wiedźmę uczula. No i żadne tam wiecie pospolitości, żadne tam firmowe, coś jedno jedyne być musi…

A tak w ogóle, to trzeba przyznać, że się coś Psychiczność Wiedźmy Wrony ostatnio rozbrykała. Zwidów więcej ma, czy coś…

A tymczasem w krzakach, spoglądając na gadającą do siebie, dziwnie wzburzoną, potykającą się Wiedźmę Wronę spoglądał sobie jej Tatuś Szatan i z dumą myślał… Aj! ta to mi się udała, sfarna dzioucha jak nic!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2183

Z cyklu przeczytane: „Oczy sowy” – … miałam nie. Miałam zostać przy tych wspomnieniach z oględnej młodości, którą naznaczyła ta autorka. Miałam… ale jednak się skusiłam. Bo mimo iż pierwszy tom mnie niezbyt przekonał, mimo że był dziwnie zbyt łagodnym, a może rozlazły, to zaczynam się zastanawiać, czy to nie moja wina. Wiecie, zmieniły mnie powieści pisane współcześnie, szybko, z przewagą dialogów… może to jednak ja?

Sięgam po tę powieść, przerażona rozmiarem książki, która jest nie tylko całkiem gruba, ale i dziwnie nieporęczna, no nie mój ulubiony rozmiar… i wchodzę w ten świat. Inny. Bardziej dojrzały, starszy. Bo i przecież od wydarzeń pierwszego tomu minęło kilka lat, a z drugiej strony od pierwszych akapitów wita nss… ona – Keisha. I choć dalszy ciąg jest przewidywalny, musi się pojawić zło i należy rozpocząć walkę, to jednak… wciągam się. Wciągam się mocniej, odnajduję ową delikatność Lackey. Tą jej kobiecą narrację, starającą uwidocznić wszystko… a może to ja…

… zmieniam się?

Dobry tom. Piękna opowieść. Pewna szamańskość narracji zmusza czytelnika by zwolnił. By nie pędził do końca, by rozkoszował się światem, dostępną mu magią… niecodziennością. By wkroczył w ten świat i akceptował go. Nie stawał się od razu bohaterem, nie zakłądał magicznych ciuszków i nie powalał zła jednym machnięciem dłoni, a potem gromił seksualne wampiry, czy zombie. Tutaj… najważniejszy wciąż jest świat i wiecie co, warto sobie przypomnieć takie pisanie.

IMG_2219

Ta cała jesienność zaczęła się słonecznie i sucho. Nosz pieruńsko wprost sucho, więc wiecie, żadnych petów w lesie!!! Mimo iż na polach tylko brązy, albo lekkie zielenie oziminy – czy jak to tam teraz zwą, to jednak suchość wyczuwa się nawet w powietrzu. Gdy tylko przystaniesz i zasłuchasz się w oddech Wyspy, usłyszysz cichutkie modlitwy o deszcz. Składane ofiary nie krzyczą co prawda, ale wiesz, że tam są. Jedne z kwiatów, na przykład rumianków, które o tej porze po prostu wybuchają bielą i żółcienią środeczków nieskromnych, doskonale łapią dziewice. I te ich włochate gałązki, takie zwodnicze. Aj, jakie one urocze. Jakby czekały na pierwsze przymrozki – podobnie jak ja – by te zachowały je na zawsze takimi, jakie są teraz. Ale wszyscy potrzebujemy wody… deszczu, opadu, wszelkiej wilgotności…

Na zawsze…

Cisza… ten czas zawsze wiąże się dla mnie z ciszą. Nie, no pewnie, że sąsiedzi muszą przystrzyc dywaniki trawowe i żywopłoty, pewnie, że ptaki wciąż kraczą… no sorry, ale jeśli chodzi o mnie to ptaki są zwykle wronami, albo… wronami, no i mewami, które też wciąż kraczą, choć już powoli wkraczają w ten czas, gdy przestają gadać wieloma językami, naśladując Turyściznę, gdy wiedzą, że już nie mogą prosić o jedzenie, bo wszystko się powoli zamyka, coraz rzadziej obcy kręcą się po skałach… cisza. Oj tak, coraz mniej turystów, od czasu do czasu przemknie tylko niemieckojęzyczna para w mocno średnim wieku rozkoszująca się kolorami i ciepłem, a poza tym ino znajomi. Kurcze! Wiecie, myślał człowiek, że jakoś się uchowa na Wyspie, tak będąc nieznajomym dla wszystkich, ale nic z tego. Oj nic! Jedziesz do stolicy – znajomi, wracasz do domu, a tutaj ci sami ludzie. Tak to jest, gdy otacza cię ino 40 tysięcy dusz. Znaczy, dusz pewno więcej, ale wiecie, owych dusz codziennie żyjących i marudzących, to tylko tyle. Nawet jeśli uciekasz w dzicz, stajesz na polu lekko przyprószonym zielonkawością ostrą dziwnie, jarzącą się, i wyglądasz zza pleców drewnianego wiatraka, widzisz Christiansø… i zaczynasz się zastanawiać, jak to jest żyć tam. Tam, gdzie tych ludzi zaledwie garstka, gdzie fale grzmocą nie tylko o ściany, ale i dachy, gdzie po zakupy serio płynie się łódką, a rower to nadmiar, bo przecież robisz pięć kroków w tą i pięć w tą i już… obeszłeś całą wysepkę. Jakby to było żyć w takim miejscu? Jak bardzo brakowałoby mi drzew i strumyków i jezior…

… i Wyspy?

IMG_6427 (2)

W ogóle… czy mogłabym żyć bez Wyspy? Bez pustki, bez samotności, z nadmiarem tych zawirowań współczesności, z hipermarketem i innymi ustrojstwami? I z ludźmi zapatrzonymi w telefony? Oj, chyba nie… Nie da się tak po prostu wrócić do miasta, sorry, nie da!!!

Tak, mieszkam w świecie, gdzie internet mogą odłączyć Szwedzi, podobnie zresztą jak prąd. Nadal tego nie rozumiem, dlaczego, gdy jest wietrznie, nasze wiatraki nie produkują prądu dla nas… gdy bez przypadek Szwedzi nam kabelek postrzępią? Ech, widać to jakieś tam zakusy koncernowe, czy coś? W końcu i tutaj są. Mimo wszlakiej dzikości, małoludzkości i uśmiechania się, witania z każdym przechodzącym człowiekiem, to wciąż… ekhm, cywilizacja!!! Ha ha ha… Nawet mimo zarastających ścieżek, pełnych wszelkiej zieleni oraz owych cudowności prześwitujących gdzieś tam ponad mną, kroczącą, focącą i wciąż podskakującą na każdy dziwny dźwięk dobiegający z krzaków, to wciąż tak zwana cywilizacja. Nawet mimo trolli, bo serio, one tutaj są, choć większość z Was uznaje je za kamienie, wystarczy podrapać taki kamyk, posmerać w intymnym miejscu, znaczy się pod bródką!!! O czym Wy wszyscy zboczeńcy myślicie!!! LOL

Wydaje się, że każdy na Wyspie czeka teraz na ferie. A tak, na te ziemniaczane, kartoflane i ogólnie mówiąc… pyrowe. Od 11go do 16 go października Gudhjem opanowują dynie. Serio, są wszędzie. Dynie i snopki, znaczy te tam prostokąciki słomy i jeszcze wiedźmy i pająki, pajęczyny i zabawne duszki… no i ciasteczka i wszlakie zabawy i jeszcze słodycze… Hmmm, wspominałam o dyniach? Już teraz powoli się pojawiają. W dziwnych kształtach, rozmiarach i oczywiście z pokiereszowanymi buźkami. Bo w końcu kolejne dni należą do nich. Oto nadchodzą dyniowe dni. Co raczej nie oznacza, że owe dynie zamieszkają w brzuszkach. Sama niezbyt przepadam, więc wcale się nie dziwię, że te pomarańczowe, żółte i zielonkawo-białe fantastyczne, zwykle lekko kulkowe kształty są używane do dekoracji. A dekoracja na Wyspie też jest ważna. Bo tak jak wiosną i latem są to zwykle kwiaty, zmieniające się w owych sporych donicach, drzewka i zwyczajowe, przydomowe ogródki, maleńkie drzewka, większe drzewka… minimalistyczne trawki, czy coś bardziej specialnego, tak jesienią… wszystko się zmienia. Nagle pojawiają się dynie i kosze wrzosów, nagle wyłażą skądś figurki piesków, aż nazbyt realistyczne, trolle wysuwają swoje kichole spomiędzy choinek – no dobra, to akurat u mnie!!! Ha ha ha!!! Trolle są wszędzie, a już wkrótce znowu nisseny powrócą pod strzechy. Wiecie, że ostatnio znaleźliśmy całkiem akuratny odcisk małej, krasnalej stópki na kuchence? Nosz kurcze, znowu wyżerają mi marchewki z rosołu, serio!!! I strasznie lubią wypijać wodę z kaszy… może i rzeczywiście ona fermentuje, czy coś? Ale przede wszystkim liście niesamowitych bluszczy i innych tam ogrodniczych cudów pnących i mało wymagających, zmieniają się magicznie. Wiecie, jakby w nocy ktoś chodził z wiaderkiem czerwonej, krwistej farby i pacał to tu, to tam… Bo na Wyspie nigdy nie mieszkasz sam. Nigdy nie ma w pokojach tylko ciebie i znajomej rodziny. Zawsze jest pomiędzy ścianami coś więcej, coś bardziej specjalnego, coś… niewytłumaczalnego wszędzie indziej, a tutaj… zwyczajnego.

Cisza i nadprzyrodzone…

IMG_8544 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pierwsze Nęcenie Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Czerwone Kółko Niebieskie…

„Nie żeby się chociaż przebudziła, aczkolwiek oczywiście, że była go świadoma. Jak zawsze mieszał jej w życiu. Upierdliwy mąciciel, zwolennik cykliczności. Pewno, że ono walił jej jak zwykle prosto w gałki przykryte drżącymi powiekami, pewno, że był upierdliwy i ogólnie zniewalał jej cielesność… nie widziała go jednak. Obrażona przywaliła głowę poduszką, poddusiła się i zasnęła w końcu, bez seksualnych podtekstów. I sny miała. Dziwnie przepełniona nadmiernym myśleniem, pieruńską rdzawą kobiecością i innymi cholerami, śniła o biciu młodszych braci, o trawach wysokich i złowrogich potworach ludzkich rozmiarów, które pragnęły ją skrzywdzić. I o pociągach, na które się spóźniała i zaskakujących stacjach, które mimo wszystko mijała…

A nad nią wisiało Czerwone Kółko Niebieskie. Czerwone tylko raz na naście lat. Wisiało i się pyszniło, bo taki jest krwiste, takie niezabandażowane, takie pokrzywdzone… a nikt go nie chce przytulić, nikt nie po ojoja, nikt nie pożałuje… Gapią się ino w niego, aparaty i lunetki kierują w ową nieskromną, krwawą nagość… I nikt, ale to nikt nikt się nie zapytał co się stało Księżycuniu? Kto cię pobił? Czy żona znowu zmusiła do obowiązków małżeńskich, czy może owych książek nowomodnych, seksualnych się naczytała? Bo przecież, co jak co, ale Pan Księżyc nie szlaja się po knajpach, nie pije pod mostem i we wszelakich miejscach uciech nie szuka. Nie zapytali, czy czasem się mu Piątek Trzynastego nie przydarzył, czy zły facet go z piłą nie gonił, albo gorzej, ta pani od wuefu, co to wciąż mu się w nocnych i dziennych koszmarach zwiduje, no ta z podstawówki go na jego nieszczęście dopadała i w końcu… zaliczył skok przez kozła? A może jednak to zakochany w jego Księżonce jakiś Pochmurnik postanowił domagać się uznania jego miłości i pozycji Pierwszego Faworyta?

Kto to wie…

A ona?

Wiedźma Wrona Pożarta śniła, kopała przez sen i krzyczała. Ale jej też nikt naprawdę nie słuchał. Bo przecież… każdy był zapatrzony w niego. Spłakanego, krwawiącego, ale i dziwnie, ekshibicjonistycznie obnażonego. Tłumaczyli to tym, że chce, by go zobaczyli, nikt nie zauważył więzów. Nikt nie zapytał kto go tam powiesił. Nikt…

Tylko cykali te fotki na fejsa.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1050

Czasem wieje… i wiecie co?

Czekam na to wianie. Zawsze. Najpierw to dziwne zamieszanie w powietrzu, potem niesamowite drżenie ziemi, pierwsze powiewy i oczywiście napierdniczające zatoki, ale i tak… czekam. Bo nie umiem już żyć bez wiatru i bez odgłosu fal łomoczących o brzeg. Przestawiających kamienie, burzących lekko zastałe kształty i linie. Wpadając z rumorem do rzek i potem znowu wracając do morza. No i chmury, oj chmury potrafią szaleć i gałęzie i ptaki… Nie umiem już żyć bez wiatru. Kompletnie. Gdy w lecie zdarza się, że wieje rzadziej, napieprzają mnie zatoki. A tak, widzicie, zatoki wiedzą kiedy dopaść człowieka i zwyczajnie uprzykrzyć mu życie.

A teraz… widzicie…

… prawie wieje. Może to za sprawą tego wielkiego księżyca, krwawej pełni, czy innego zaćmienia, a może przez to, że wszystko czego chcę, to uwalić się na trawie i zwyczajnie przekimać, a może… takie tam wiecie, wyspowe rozterki. Szczególnie się nasilające, gdy wieje tak, że dach podskakuje, że ściany tańczą, że przynosisz z plaży kamienie, by tylko obciążyć cały ten swój chatkowy świat. I wtedy boisz się zwyczajnie. Boisz się zostania Dorotką, mordowania czarownic i noszenia po nich czerwonych bucików. I jeszcze ten Toto. Nie nie nie, no już nazbyt wiele tej odpowiedzialności. Do tego Lew, Strach i Drwal Blaszany? Dzisiejsze czasy są okrutne dla bajek, czyż nie? Dziewczynka spacerująca z dorosłymi? Męskiego rodzaju? Ekhm… jest się czego bać. I to nie zawsze, gdy wieje. Wiecie, to w końcu Wyspa. Tu wszystko jest możliwe. Nawet niebieskie liście i dziwne robale, malownicze grzybnie i kurcze borowiki w rozmiarach XXL. Żeby nie było, że nie wspominam… grzyby są! Podgrzybki, grzybki, kurki, kogutki i wszelakie inne, których boję się tknąć – są. Muchomorów brak niestety. Sprawia mi to niewyobrażalną przykrość, że nie widzę ich czerownych, paciatych łebków. Przykrość sprawia mi dziś też wiatr, który zrobił mi nadzieję na wielkie wianie, a teraz, jakby się w księżyc zapatrzył, ucichł.

Tak mnie kurcze natura zwodzi!!! A ja się jej poddaję, no dlaczego się tak daję, no? Więcej siły, więcej… nie, nie umiem.

IMG_8536 (2)

Idzie człowiek idzie, wiadomo dla zdrowotności drałować trzeba, siedzenie to zło, jedzenie to zło, w ogóle wszystko zło… więc idzie sobie człowiek krokiem spacerowym, tutaj kucnie, tu przysiad, wiadomo zdjęcia trzeba zrobić, a tutaj stawojezioro. Piękne takie, niebo się w nim odbija, reszta zielonkawo-czarniawa, chmurki w błękicie, jakby się góra z dołem pozmieniała na miejsca, no aż się chce znaleźć dziewicę i ofiarę złożyć. Krzyczącą taką. Wetknąć w to miejsce, gdzie bardziej bagiennie i podług woli Północnych Zaprzeszłych, pozostawić ją na zawsze. Wiecie, dla archeologów, co nie? Ale i oddać ją Wyspie, chociaż ta się zapiera korzeniami i głazami, że nie chce, że wolałaby faceta… ale tradycja to tradycja. Ofiara musowo dziewiczą być, atawistycznie nie mogę zatłuc faceta. Jakoś nie mogę, nie potrafię. A stawojezioro się do mnie uśmiecha, powiekami pałek wodnych, jeszcze swieżych, jeszcze nie do końca ukształtowanych mruga. Coś w nim chlupocze, coś macką macha i po chińsku gada? A może to koreański, no ale co się dziwię, to w końcu arboretum, czyż nie? Nie wiadomo co przywlokli z nasionkami do takiej sekwoi, czy innego tybetańskiego zieleństwa. Przeciskam się między szpalerem platanów, skórki im odpadają… uciec mi trzeba stąd, za nazbyt ciągnie mnie ku ofiarnej magii. No chociaż kota by złożył?

Ale czemu nie?

Idzie człowiek dalej, wymija czarowne potoczki, płyciuchne, bo susza nam dopala, borowiki wielkie i podgrzybki i masę całą innych bytów leśnych, wychodzi w końcu i co… i jabłonie mu się w oczy rzucają… gałęziami fryzurę mącą. Bo to ich czas w końcu. Wysokie grusze i czereśnie zagubione w leśnych odmętach dumnie dotykają słońca, dość mocno strzegąc swoich owoców, ale te bliższe ludziom tylko czekają, aż ktoś się poczęstuje. Jabłuszko? Gruszeczkę? A może po prostu posmyrasz mnie po korze, popatrz jak pięknie skręcony mam pieniek! No popatrz, dotknij, a liście jak mi się karminem już szklą, takam piękna, takam niesamowita…

Zatapiam się w polną prastarość Melstedgårdu i… cóż, czuję, że napadają mnie wspomnienia. Wspomnienia wakacji spędzanych u cioci, maleńkich kotków duszonych miłośnie w grubiutkich, malutkich, dziecięcych rączkach. Świniek różowych, groźnych kogutów, gesi i tych ogrodów, w których było tak wiele smaków, zapachów i kolorów. W podołek zbieram gruszki i jabłka i obiecuję sobie kolejny raz, że będę miała swój las. W końcu doniczki już pełne, a tyle fajnych nasion dookoła!!! Potem, na corocznym Jabłczanym Dniu wyciągam nos… i nie czuję jabłek. Ekhm! O co chodzi? No dobra, może być miód i soczek i procenty, ale gdzie jabłka?

Jabłonie? Ale tyle czekać? To może jednak wezmę dynię, w końcu już na Dyniowe Grzebania i na Halloween, które tutaj jest trochę wcześniej, bo wiecie… ferie ziemniaczene nie dadzą się przesunąć… więc, co tu wyciąć?

IMG_0072

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czerwone Kółko Niebieskie… została wyłączona

Pan Tealight i Kamienna Morda…

„Stoi przy drodze, czy raczej kurcze dróżce? No jest takie coś, lekko wyjeżdżone, brunatno-czarniawe, środkiem z grzyweczką, po bokach mało równe ślady opon, które naniosły tutaj jakieś drobiny z wielkiej zagranicy… więc raczej dróżka, może i deptak, czy coś? Prowadzi do wody, bokami lekko odpychając od siebie krzaki jeżyn, kamienny murek lekko skotłowaciały i ją… Kamienną Mordę. A raczej jego, bo przecież Morda była panem, staruszkiem i dżentelmenem. Wiecie, starą gwardią… Nim. Wielką głową z wyraziście zaznaczonym czołem, wielkim nosem pod wałem, niewielkimi oczami i szeroko rozwartymi, granitowymi ustami.

Ustami, w które właśnie, jak zwykle odziana w kir Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki ładowała żeliki – gumiśki. Na przekór utyskiwaniom swoich pluszowych odrębności, karmiła Wielkiego Rozczłonkowanego, bóstwo Ojeblika – małej, uciętej główki, i opowiadała mu swoje sny. Szczególnie opisując ten ostatni, jak to podobno Chowaniec informował ją, że znajomemu kasę musi pożyczyć, bo przyjacielowi ryba jakaś użarła lewe jądro i przez to stracił czucie w nodze… chyba lewej, ale tego do końca sen nie wyjaśniał. A potem ten, w którym spod wielkich czap lekko zmarzniętego śneigu mchy i grzyby wysupływała… też było ciekawie.

Kamienna Morda słuchał, żuł i gryzł. Czasem pluł, gdy się mu trafił gumiś cytrynowy, bo tak kwaskowych nie lubił, ale co tam, żuł, gryzł i połykał, ale unikał podgryzania dziwnie drżących wiedźmich łap, bo po tym kuksańcu, z którego się wciąż leczył, jaki się mu dostał za ostatnie pogryzanie… i po tym smaku!!! No unikał. Wiedział, że tak lepiej. Nie żeby tak przepadał za jej gadaniem, ale tylko ona chciała z nim gadać i innymi kamiennymi. I karmić ich i uznawać za żywych… nikt inny tego nie robił.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8590 (2)

Muszki owocówki w tej stronie świata to… eee no w wolnym tłumaczeniu bananówki!!! Ha ha ha!!! Nigdy więcej już nie spojrzę na nie wyłącznie jak na wkurzające, ale i słodkie, ruchliwe robaczki. No bo sorry, ale te bananowe czasy, no i ogólna bananowość kojarzy mi się wyłącznie z… no wiecie tymi żółtymi gaciami no!!! Tudzież bananową młodzieżą, która nosiła te rozszerzane portki, co to znowu są modne. Wyobraźmy sobie muszki owocówki, co to podobno krótko żyją, jak wybierają wyłącznie taką, rozrywkową ubieralność w typie dzieci-kwiaty. Zakładają te szerokości, albo kurcze ino te gaciochy do kąpieli i bzykają nade mną, albo… się.

Ekhm…

Poznając nowy język człowiek nie jest w stanie uniknąć owych kurw… no co? Może to i jest zakręt po włosku, po wyspowemu to koszyk! I stoją sobie owe kurwy w różnych kształtach i kolorach i zastanawiasz się, czy nabyć dziś kurwę z cebulkami, czy jednak z rozkwitniętym wrzosem? A może nabyć kurwę jabłek? Chociaż nie, przecież to nie jest żeńska odmiana… Hmmm? No nie da się nie uśmiechnąć wybierając koszyczek. Na przykład taki na ziemniaczki! Bez wyzywania go, oczywiście. Ale nie bez zakochiwania się… Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze najpierw staram się poznać muzykę nowego języka, a potem dobieram się do słów, które fajnie (zabawnie, sprośnie, lub całkiem pokręcenie) brzmią. Nie ma znaczenia co znaczą, ma znaczenie… czym są dla mnie. To dlatego w moich opowiadaniach wszelkie postacie mają często dziwne imiona. Ze słonikiem języka duńskiego mogą być łatwiejsze, ale… pamiętacie, gdy uczyliście się piosenek nie znając języka? Pamiętacie zapis fonetyczny? Aaaa, no właśnie. Bo nowy język oznacza znowu bycie dzieckiem, które się bawi nową zabawką. Masę podsłuchiwania, zero zrozumienia, ale za to zabawę z dźwiękami. No i potem pewno dziwne nazywanie swoich kotów i psów, ale wiecie… to zależy.

Wciąż się zastanawiam nad wieloma nazwami. Na przykład te dziwne roślinki, co to wyglądają jak małe krasnale bródki? Ciekawe jak się nazywają, ale głupio tak wciąż pytać swoich duńskich znajomych… chociaż… może spróbuję. W końcu to w imię szeroko rozumianej nauki, czyż nie?

IMG_0972

Porozrzucani ludzie, tu pani z gazetą, pan ze sztalugami… Prawda, czy nie, głupio podejść do człowieka i zapytać się czy prawdziwy? Bo co jeśli nie odpowie, a ja domyślę się, że to mnie nie ma? Nie istnieję? Nie ma komu utrzeć nosa, komu odpowiedzieć? A może w rzeczywistości jesteśmy, ale Wyspy nie ma…

Pan ze sztalugami jest piękny. Wysoki i dobrze zbudowany, ale nie jakoś powolnie otyły. Taki typ wilka morskiego połączony ze Świętym Mikołajem i… wygodnym, chociaż lekko wytartym, fotelem. Ma gęstą, siwą brodę, ładnie przystrzyżoną, okalającą prawie całą jego twarz, leciutko, zawadiacko podważającą czapeczkę… Jest w nim coś takiego permanentnie wolnego, nieskrępowanego i swojskiego. Zawsze ma na sobie ubranka w ziemskich kolorach i szalik… a może chustę? Nie wiem. Mrużę oczy i uciekam, bo jest coś takiego w tym wszytskim, w jego spokoju i moim zapatrzeniu… no przeszkadzam, no na pewno mu przeszkadzam, więc zbiegam z górki, wymiguję się od głaskania traw, omijam obciążoną aż nadto jabłonkę, kilka pięknych dębów i serpentyną, przecinając miasteczkowość, wpadam w kolejne krzaki, kamienie…

Wyciągając szyję, spoglądając na miniaturowe z tej perspektywy domeczki różnokolorowe, na te fale grzywaczami dekorowane, na te wszelakie odbarwienia morskości… i widzę ją. Panią z gazetą. Z gazetą, kubkiem i czymś tam jeszcze, która odważnie, pewno i w pragnieniu wszelakiej spokojności zeszła z falochronu i usiadła tuż przy wodzie. Na kamiennym murku, na schodkach… czyta. Co rusz jednak spoziera na wodę, bo jak to tak i nie jestem pewna, czy to zwykła, ziemska gazeta, czy jednak coś nad wymiar morskiego? Może opisuje co tam u Pani Wodorostów, jak idą prace nad Wielką Przędzą, a może jednak czeka na to ogłoszenie, że grzebienie z morskiej ości 50% mniej? Kto to tam wie? Przecież głupio tak podejść i zapytać. No głupio…

Cokolwiek widzisz na Wyspie, wątpisz. Wątpisz w to, czy co prawda, czy jednak sen… a może tylko pokrętna ułuda? Chodzisz po Wyspie, masz czelność zaglądać jej w te wszelakie, dowewnętrzne miejsca i wciąż nie wiesz? Wciąż nie wiesz czy to prawda, czy jednak sen… wiekuisty.

IMG_1049

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kamienna Morda… została wyłączona

Pan Tealight i Dom ze Sna…

„Obudziła się w domu, a może nie, raczej w zamczysku jakimś, aczkolwiek z bielonymi ścianami, miejscami nawet malowanymi, tapetowanymi, sztukowanymi boazerią, a nawet… rzezanymi dłutkiem. Zagubiła się w nim od razu. Zresztą, nietrudno się zagubić, gdy codzienność nie wygenerowała ni mapy, ni sennego giepeesa…

Obudziła się na jakiejś ni to kozetce, ni otomanie, ni florystycznie nasyconym czymś, na czym serio zdrzemnąć się ino można było, ale raczej nie spać, nie śnić… z poduszkami w róże. Obudziła się mając pod nosem pianino i masę białych drzwi dookoła. Ogólnie mówiąc jakoś wszystko było i białe i jasne i kwieciste, lekko nazbyt pastelowe, różowe, jakoś takie cukierkowo kobiece. Od razu chciała doskoczyć do schodów, które biegły w dół, ale te nie pragnęły jej zabrać ze sobą. Dlatego, odrzucona przez stopnie i rzeźbioną barierkę, przez ciemność, gdzieś tam nierozświetloną… zaczęła łazić dookoła, nie bacząc na to, co ma na sobie, tudzież, czego nie ma i badać ową przestrzeń, w której była nową… przestrzeń dziwną, zaskakującą, wielodrzwiową.

Za jednymi białymi drzwimi była toaletka i Joan Collins, za drugą coś, co przypominało czystą przestrzeń pachnącej sosną IKEi, za kolejnymi pokój, którego podłoga była tak daleko, że dostać się na nią można było tylko skacząc w dół, a na to nie miała ochoty, nawet we śnie widać zachowywała Wiedźma Wrona Pożarta jakąś tam mądrość, na szczęście była tam szafka, przyklejona do ściany, albo taka wysoka, z której czubka powoli zsuwał się biały miś… zabrała go ze sobą. Za kolejnymi drzwiami zaś był biały, dziwnie śnieżny raj. Z wielką nieszafą, niełóżkiem i nieoknem z wykuszem i podwieszoną na białych nielinach niechoinką, która w rzeczywistości była obskubaną z listków brzózką dość wyrośniętą… nagą, ale gotową na światełka.

Łaziła tak i łaziła i obijała się od przedmiotów, które albo od niej uciekały, albo się uginały, jak ta podłoga, po które chodziła dopiero co, a teraz, nakryta dziwnie porwanym gałgankiem i jakoś miękka, groziła, że przez dziurę, która w niej się skryła, przeniesie ją w dół. I nagle pojawiło się ono… dziwny odgłos, ni to piskanie, ni popuszczanie, ni to myszy w wyjściowym obuwiu na koturnie, ni to myszy muzykalne, tudzież myszy, które w obięciach PMSa postanowiły przemeblować sobie norki i na dodatek wykonać wszystkie meble własnoręcznie. Ni to piłowanie, ni pogryzanie, ni myszy na głodzie, ni też myszy, w imieniu GMO, sklonowane z kornikami. Wiecie te myszy, z którymi nikt i nic nie chciało się przyjaźnić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1469

Z cyklu przeczytane: „Reckless. Kamienne ciało” – … pamiętacie „Atramentową trylogię”? Pamiętacie ten szał? Nagle książki były czymś więcej, niż tylko… lekturą narzucaną w szkole. Pewnie, potem nakręcili film i świat znowu stał się sobą, ale wcześniej, przez chwilę była tylk książka. Tylko ona. Tylko kartki, strony, litery, okładki, rysunki i wyobraźnia. Nic dziwnego, że autorkę nazywają „niemiecką Rowling”… a może jednak dziwnego? Bo Cornelia Funke jest… lepsza! O wiele bogatsza i dwutomowy „Reckless” to udowadnia!!!

Może pierwsze strony zwodzą, może i przerażają, że to kolejna opowieść o młodziku, ale już drugi rozdział sprowadza nas na ziemię. Oto jest on. Dorosły mężczyzna, który tak naprawdę nie należy do tego, znanego nam świata. Nie, on jest ściśle powiązany ze światem zza lustra. Światem, który prawdopodobnie odebrał mu ojca, a może i normalne życie? Tylko, że teraz, dorosły musi zawalczyć o swojego brata, który…

Powieść wciąga i od początku trochę wkurza… bo wiecie, książka nie jest gruba i szybko zdajecie sobie sprawę z tego, że ta historia na pewno zakończy się zbyt wcześnie. Jest przepiękna i pełna. W rzeczywistości to wybuch wyobraźni… bo przecież za lustrem może być wszystko. Kompletnie wszystko. Nic nie jest tutaj możliwe, ale też, nie zawsze możliwym jest bycie szczęśliwym. Bo szczęśliwość, to coś całkiem innego. I ta historia to udowadnia. Z jednej strony to opowieść o miłości, innej, braterskiej, o rodzinie, a z drugiej… o wszystkim innym. O czymkolwiek chcielibyście zamarzyć, albo o czym boicie się nawet pomyśleć. To nie tylko gadające zwierzęta, kamienie, które nie są nimi do końca, ale i zaskakujacy świat.

Niesamowity!!!

IMG_7479 (2)

Moje ukochane miejsca na Wyspie? A mam takich garść, może dwie, zależy od pogody i pory roku!!! Zależy od mojego chcenia, albo wiecie, niechcenia. Od tego, czy się wyspałam, czy jednak nie, czy boję się dzisiaj świata, czy… Wiecie, bo tutaj każde z miejsc odpowiada innemu nastrojowi, innej potrzebie. Jakby cała Wyspa stworzona była, by uzdrawiać i ciało i umysł i to coś jeszcze, czego tak naprawdę nikt z nas nie potrafi nazwać, zdefiniować. Owo COŚ. Czy potrzebujesz tylko spokojności drzew, czy różnorodności skalistej, szumu morza, czy dziwnego trzepotu rzeki, huku wodospadu, czy jednak spokojnej toni jeziora… a może ruin, czy też czegoś całkiem nowego, albo sztuki, albo tego, co najstarsze… możesz wybrać.

Taka jest właśnie Wyspa.

I ja wybieram. Las… oczywiście Alimindingen, ale też wszelakie inne, mniejsze, piboczne skupiska drzew, które tutaj mają fantastyczne, rajskie miana, a i kryją w sobie tak przeróżne cuda, że aż strach. Jak ten blisko Gudhjem, tuż przy farmach, zaraz przy drodze prowadzącej do centrum Wyspy. Ma on w sobie taką jamę, jaskinię, wąwóz nawet. Kamienne cuda, które doprawdy sprawiają, w rozmaitym świetle, że wierzysz nie tylko w prawdziwość i biblijność Władcy Pierścieni, ale i zwyczajnie wsiadasz na miotłę, bo to o wiele bardziej ekologiczne. A w Almindingen zawsze złażę z tej najgłówniejszej z tras i szukam czegoś nowego. Na owych cieniutkich niteczkach dróżek, pewno wydeptanych przez nisseny, mijam śpiące trolle. Mówią, że to kamienie, ale im nie wierzę. Bo po co. W Paradisbakkerne one nawet chrapią!!! Gdy bardzo źle, siadam na skałach w Melsted i przeciekam, a potem drepcę co KobbeÅ i do plaży tam, by znajdować kamienie. Odwiedzam Przodków – skupisko kurhanów niedaleko i zapominam o czasie grzebiąc w kamieniach na plaży. Najlepsze krzemienie tylko tutaj! A potem idę obejrzeć wodospad… bo przecież jest tak blisko, a w dolinie tej rzeki tyle cudów… Gdy już jest bardzo źle z moją tymczasowością, idę do Luisenlund. I po prostu mnie nie ma. Albo do Gudhjem, gdzie naprawdę można odnaleźć samego siebie. Czy z tej, czy z tamtej strony, tyle tutaj do zobaczenia, a powietrze zawsze pachnie lakridsem. Jest tak słodkie, że tyję oddychając… a potem… Może zwyczajnie następne kamienności, może pójdę zobaczyć Zagubionego i Czekające, kamienie pomiędzy Gudhjem a plażą Salene. A może jednak nie, pójść w drugą stronę, zakręcić, wrócić do Melsted i zjeść lody po drodze?

Tyle tych miejsc, tyle drzew, tyle kamieni, gdzie można zostawić ofiarę dla tych, których nie ma, którzy odeszli, dla trolli i dusz, które tutaj nie są tylko folklorem, czy legendą!!! Tyle jeszcze mam do zobaczenia. Nigdy nie dotarłam do Wiedźmich Wrót w Paradisbakkerne… a ciągnie mnie tam. Jest przecież czadowy sklep przy wiatraku w Årsdalle, gdzie szlifują kamienie i można popuścić nie tyle pasa, co raczej ekhm portfela, a potem dotrzeć do Snogebæk na lody, albo czekoladę i kupić tam czadową mieszankę do muesli, którą lepiej jeść łyżeczką z woreczka niż mieszać… Nie powiem Wam na co mi pomagają okrawki czekolady i wiórki kokosowe z migdałami i orzechami. Niczego więcej Wam nie powiem, bo to moje tajemnice. Chociaż z drugiej strony mogłabym powiedzieć, bo przecież na każdego działa coś innego. Może dla Was najważniejsze będą wydmy przy Dueodde? To tam odnalazłam ostatnio tak niesamowite krajobrazy, jakich nigdy w życiu nie doświadczyłam jeszcze. Księżycowe i magiczne z takiej strony, z której jeszcze magii nie tykałam.

A ruiny? No cóż, ruiny też mam swoje ukochane, podobnie jak runy, ale czy nie wolicie sami się przekonać na co one najlepiej robią? Zaś jeśli chodzi o kościoły, ekhm, to wiecie… wiedźmy mają je wszędzie. Reszta to tylko budynki, a niektóre potrafią na Wyspie naprawdę przerażać.

IMG_2172

Wiecie, że lasy teraz… gdy wchodzicie w nie, szukając jesieni, zdają się być o wiele bardziej pełne. Bardziej niż późną wiosną, gdy wszystko i kwitnie i się zieleni na raz, gdy wszelaka martwość dotychczasowa odżywa niczym zombie i wampir wzięte razem i… spółkujące. Wciąż jeszcze mamy owe zielone, kołyszące sie płaszczyzny na gałązkach, ale są już i te opadające, no i te co… opadły. Nagle wszystko jest takie pełne, horror vacui w najpiękniejszym wymiarze. I tu i tam, a pomiędzy nimi i stukanie dzięcioła i wiewiórka rzuca we mnie orzeszkami ze wszelkich szyszek. Nosz kurcze, no… kładę się na pierwszych jesiennych liściach, bordowych takich, jakby ktoś kurde dobre wińsko rozlał, nie jakiegoś jabola, oj nie… kładę się i wącham, bo wszystko pachnie tak cudownie. Z jednej strony jakoś wilgotnie – komary się nagle pojawiły – z drugiej tak wiecie, liściami, tak przemijająco. Pięknie. I ta cisza i spokojność. W oddali pewno, że jakieś auto raz na godzinę przejedzie, ale kto by tam zwracał na to uwagę? Tak bym została najchętniej, bo wiecie, drzewa nie oceniają, gdzieś mają moją wielką dupę, czy wszelaką małowiarowość… tak mi tu dobrze.

Ale muszę wrócić.

Po drodze napadają na mnie ziemowity – wiecie te takie krokusy, co to kwitną kurcze po lecie… Takie to moim zdaniem trochę dziwne, ale i dwuznaczne, czy coś, co nie? U nas się one zwą jomfruer, co w dowolnym tłumaczeniu tchnie znajomą Matką Boską Częstochowską, ale i oto jest uwidaczniona pokrętność owa – jak się okazuje, owe kurcze dziewice panienki są silnie trujące (objawy po 3-6 godzinach). I to truje z nich wszystko i kwiaty i liście i kurka korzonki, więc pamiętajcie, nie zjadamy gości! Ale jak je znajdziecie, spokojnie możecie się zapatrzeć w te ich leciutko fioletowe kieliszki, które rozcapierzają się do końca i środki swoje bezwstydnie ukazują słońcu, jakby chciały się pochwalić tym, co tam mają. Jak ten pan, co go pamiętam z Wrocławia, no wiecie, ten w płaszczyku, jednego niegdyś mieliśmy też w Gudhjem, ale teraz to jakoż chyba go usunęli… Zboczone takie trochę te kwiatki, kurcze? Tak jakoś przypominają jednak i o tym, że wiecie, trza się zabawić, bo zima nadchodzi, więc to ostatni dzwonek, by we względnej nagości zażyć kurcze słonka i rozpusty…

Usz ta przyroda to serio jest zachwycająca. Ale i pokrętna miejscami bardziej, niż sam ludź, chociaż… ludź też przyroda, czyż nie?

IMG_2174 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dom ze Sna… została wyłączona

Pan Tealight i Krzemienna Wiedźma…

„To chyba chodziło o ogień, a może tylko o zapach? Wiecie, o owo zaskakujące, lekko dymne westchnienie prawie szklanych kamyczków z wapienną skórką… a może jednak nie o to chodziło? Może tylko o kryształki w maleńkich jaskiniach, zatopione w szaro-stalowej szklistości? A może o ową różnorodność? W końcu tak wiele ich. I małe kuliste i wielkie bloki czekoladowych, ogniowych smakowitości, pospolite bałtyckie i te bardziej specyficzne, pasiaste…

Kochała krzemień. Spała na nim i obok niego. Gdy tylko się budziła dotykała, ale i przez sen macała ich oszlifowane szczątki… te surowe kochała rozrzucać po domu, by za nią odrabiały wszelakie domowe zadania. Tak już było. Dla jednych diamenty, dla innych szafiry, dla tych szmaragdy, rubiny, a ci ino piaskowce, czy zwykły, ludzki po wsze czasy… dogrobny granit. Albo taki marmur. Chyba są i tacy, co kochają marmur podobnie jak kwarc, czy dajmy na to jakieś tam inne jaspisy.

Trzymała je zwykle w dłoniach, pakowała do kieszeni, wieszała na szyję i oczywiście do torby, wiecie dla obciążenia, gdy nazbyt wiał wiatr. Gdy tylko nadchodził smutek… pocierałą jeden o drugi, owe chropowate, nierówne i te dziwnie bobkowate, owe szlifowane i te obrobione kiedyś, w nazbyt dalekiej przeszłości… i zaciągała się. Wiecie, taki niski narkoman z niej trochę. Niby nieszkodliwy, ale jak potrze je mocniej, jak weźmie zamach i ostre krawędzie potrą o wapienne skórki, gdy tylko chce stanąć na owej krawędzi pomiędzy byc a niebyć, czy raczej mieć brwi a ich nie mieć i rzęs nie mieć, ale i wąsika nad górną wargą… to iskry lecą. A wtedy o ogień prawdziwy łatwo. Ale może i o to jej chodziło, bo wydawało się, że mimo pryskania iskrami, one jakoś wracały do Wiedźmy Wrony Pożartej i wchłaniały się… i ona nie płonęła!!!

Może w rzeczywistości, to krzemienie miały swoją Wiedźmę? Może to one chciały być dotykane, wąchane, a nawet i lizane? Znajdowane na plaży, obkrzykiwane, witane nie tylko dziwnym odgłosem, ale i piorunującym rozbłyskiem w oczach… któż może być tego pewnym? No kto? Wy?

Nieeeee…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7444

Na zewnątrz specyfika Wyspy, czyli pogoda „all included”. Wiecie, takie kompletne wszystko i to na raz, tak, że nie wiecie, czy założyć większe gacie, czy jednak tylko parasol ze sobą targać, bo przecież mimo słonka, czujecie, że pada. No pada jak nie wiem co. No i te chmury i ta wiatrowość. Właściwie nie wiadomo skąd wieje, ale wiadomo na pewno, że nie da się przewidizieć tego, jak niebo będzie wyglądało za chwilę. I nic to. I tak fajnie jest. Bo widzicie, owa cała nieprzewidywalność aury pozwala Wam samym być nieprzewidywalnymi. Latać po kałużach w gaciach i zbierać szyszki, a może spoglądać na te zielone, co roszą dookoła jasne, mleczne krople żywicy? No pewno, że wygląda to dość seksualnie, szczególnie jak szyszka w dół spogląda, no i dłuższa jest no i wiecie, spiczasta, no i… sami sobie pomyślcie.

W taką pogodę to czasem humory szaleją, przechodzą od dzikiej chuci po szaleńcze zapomnienie, a potem lądują w całkiem odmiennej biegunowości wściekłości. A potem znowu słońce wygląda zza chmur, szybko schnie i chodnik i szosa i… wrony tylko wrzeszczą na polu, bo wiadomo, jak świeżo zaorane i wilgotne, to tłuste robale same do gębu – znaczy dzioba, sorry – skaczą. Sąsiad coś tam krzyknął, może i przywalił sobie palec czymś ciężkim, bo raczej nadal nie przyciął żywopłota. Bo widzicie, u nas nakaz jest coby żywopłot przycinać raz w roku przynajmniej. Cóż, niby zrozumiały nakaz, ale jednak lekko zniewalający. Kolejny nakaz to wyrywanie trawek spod wjazdu, które zrobiłam raz w wakacje i… chyba kurcze nazbytnio się to trawkom spodobało, bo wzrosły tak, że ino kosić… ekhm, pewno możnaby jakimś Randapem polać, ale ja wiecie, naturalistyczna. Haczka, dziobaczka i lekki wnerw kobiecej okresowości i już… chwasty nie żyją. Powinni mnie kurcze serio wynajmować na pola, zamiast polewać tymi szajsami…

Bo przecież przy takiej pogodzie to kurcze aż się chce… chce się chcieć coś chociaż.

IMG_5547 (2)

Wiecie co robię pod koniec września? Najadam się lodami i ciastkami, bo wiadomo zaraz wszytsko pozamykają po ziemniaczanych feriach, co się je u nas Halloweenem zwą, no i trza się będzie przez kilka miesięcy smakiem obchodzić. Nie, no pewno, że na innym krańcu świata, znaczy Wyspy znajdą się jakieś dwie czy trzy otwarte piekarni, ale tutaj po mojej stronie, w Gudhjem, to bryndza Wam powiem. Ale to fajna bryndza. Tego poczucia, że nagle człowiek ma całą Wyspę ino dla siebie. To całkiem intrygujące uczucie. A przynajmniej takim jest dla mnie. Kupuję też na zapas kartki i magnesy, bo wiecie, od ponad roku już nie mamy na Wyspie poczty. Znaczy wiecie, żadnej. Są tylko dwa stanowiska w stolicy i Nexø, więc lepiej się zaopatrzyć. Bo pisanie listów jest niesamowite. Starożytne i prastare, no i… w każdą pogodę fajnie jest zobaczyć uśmiechniętego listonosza – bo takich fajnych mamy na Wyspie – i odebrać jakąś przesyłkę w jego rąk. Oto moja mała rozrywka! Bo wiecie, jak się człowiek zakocha w Wyspie, to na bój zabój, no trudno go z niej wyrwać. Choćby na chwilę. Choć go kuszą i ryty naskalne i brązowe pochówki i jeszcze może neolityczne kamienne twory… stojące kamienie… to jakoś nie może tak ot po prostu odejść. Wyjechać na tak zwane wakacje. Pewno jestem jedynym człowiekiem, który na hasło: wygrała pani wycieczkę do okoła świata, odpowiedziałby: a po co mi ona? Podobnie jak telefon.

Czy zegarek…

Wyspa wytwarza pępowinę, podłącza cię i już. Nie ma zmiłuj, siedzisz tutaj. Gorzej! Nagle się okazuje, że masz nie tylko ulubiony kraniec Wyspy, nie tylko ukochane miejsca, domy czy drzewa, ale wprost zaczynasz gorzej się czuć, jeśli nie widzisz wody… Czy mogłam się uzależnić od morza? No przecież ja rzygam!!! To chyba nie mogłam, co? A może jednak… bo gdy tylko jakoś tak staniemy na środku Wyspy, z którego nie widać ni fal ni nawet tego słonecznego połysku, oślepiającej mieszanki srebra i bieli, to mi niedobrze. Boję się. Co dopiero wyjechać stąd… a co jak mnie potem nie wpuszczą z powrotem? No co? Przecież dla mnie tylko Wyspa… żesz kuchnia jak nic się uzależniłam. Od kamieni, domków, drzew, skał i nieba i ziemi i jeszcze traw, wrzosów, kwiatków, no i sklepików, niewielkości, spokojności i braku cywilizacji…

… miejscowego, ale jednak!!!

IMG_5544 (4)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Krzemienna Wiedźma… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmie Zatoki…

„Przebudziły się nagle.

Może i zanęcone chłodnymi falami morskości, może i lekko przewiane, może li tylko stęsknione za bólem, może… Zadudniły najpierw lekko, a potem od razu przeszły do ataku. Na wnętrze, na zewnętrze, upychając w środku trzy stada słoni w nadwadze, pięć sklepów z porcelaną mocno i szybko się tłukącą, pięć ślizgawek z gromadką nadpobudliwych dzieci, dawno nieprawne koce, tak z kilkanaście tuzinów i zagubione skarpetki… co nie trafiły do pralki. Do tego jeszcze jabłka nadziewane szpilkami i to od środka, tak że kolce wystają na zewnątrz, a łebki w miąższu siedzą, pięć śliwek, trzy kaktusy kwitnąć i pięć wyłącznie z kolcami, dwa pęta kiełbasy, dwadzieścia kotletów schabowych i stadko rozbrykanych małpek. Nie zabrakło też oczywiście zgniłych głąbów kapuścianych, zmurszałych ziemniaczków, z których już się tam skrapla nie do końca czysta… ale mocna i jeszcze trzynaście bez z kremem w środku. Piętnaście rurek, stadko wzrastających szybko sosenek i kilka kasztanowców oraz pięć jabłoni i ogromna piwonia. I róże, oj tak róż tam była cała masa i ostów, ale i maków i bławatków. Do tego pola kukurydzy i żyta i pszenicy i jeszcze takich dziwnych, spiczastych roślinek, które podobno są smaczne, ale nie są, no i topinambur, którego Wiedźma Wrona szczerze nienawidziła.

Ale wiecie, to w końcu jej zatoki. Dlatego to, co tam wzrastało, było jej także. I ból i opuchnięcie i oczków mroczenie, a i głowy łomotanie… A wiedzieć powinniście, że chociaż zwyczajne, chyba, to jednak Wiedźmie Zatoki doprawdy potrafiły dopiec Wiedźmie Wronie Pożartej. Były pękate i pojemne, podejrzliwe i zawsze czujne. Może i czasem wydawały się całkiem nieistniejące… ale potrafiły o sobie przypomnieć w taki sposób, że można było tylko wsadzić sobie w nie coś i pogmerać.

Doprawdy Wiedźma Wrona pragnęła to teraz uczynić. Widelcem… srebrzystymi igiełkami, które możnaby, nadziane na patyczek na przykład, wiecie taką szczotczką, po prostu sobie tam pogmerać. I wyciągnąć i słonie i kaktusy, i te trzy lwy, które ryczały gdzieś tam przy uszach, przy opuchniętych węzłach chłonnych, mrówki owe dziwne, na które się zmieniały, gdy w końcu Ibuprom Zatoki, doprawdy sporadycznie się pojawiający w Chatce Wiedźmy, zaczynał działać… gdy znowu mogła się uśmiechnąć. Ale na jak długo? Przecież owe, sflaczałe teraz baloniki, w które zmaieniły się jej Zatoki, już powoli się napinają. I naciskają na kości i niemiękkości, na gały, co nie patrzały, na wszelaką czaszkową pustkość.

Wszelaką.

Ale wiecie, Ojeblik czekała. Mała, ucięta główka cichutko siedziała pod stołem, niezauważona ni przez Chochela, ni Chowańca Wiedźmy… z dziwnym ni to widelczykiem, ni to szydełkowym suspensorium, czekała. Na swoją kolej, na owe dziwne i zakazane wielokrotnie połowy, tchnące aż nazbyt mumifikacyjnymi dywizjami Starożytnych Egipcjan.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4038 (4)

Że Wyspa to wyspa?

No cóż, nie da się ukryć tej okalającej ją ilości wody. Nie da się jej wymazać, czy zakryć,z asypać piaskim, postawić tamy i tak dalej. Tak Wyspa jest wyspą. A to oznacza pewne odcięcie się od świata. Pewną nietykalność, ale i niedostępność. Inność… Czasem czuję się jak misiek zamknięty w szklanej śnieżnej kuli i jest to niesamowite uczucie. Kocham je. To jak przyzwolenie na wszystko i obietnica, że nic złego się nie wydarzy. Nic.

Kompletnie nic.

Wyspa to odosobnienie. Jeżeli tylko dasz mu szansę, nagle możesz powrócić do natury. Nagle możesz zrozumieć tak wiele i zaakceptować jeszcze więcej. Nagle… wszystko wydaje się być tak bardzo jasne i logiczne, nagle… Ale oczywiście są i złe strony, a raczej może inni je takimi widzą. Po pierwsze owo odosobnienie, lekka depresyjność związana ze sztormami – mnie nie tyka – brak tak zwanych „rozrywek” i wszelakie sklepowe braki. No i oczywiście internety, które tutaj pozwalają od siebie… no wiecie, odpocząć. Bo zagubienie sygnału na Wyspie to normalność. Całkowita. Tutaj używamy map, papierowych, albo idziemy na nosa… zawsze jakoś w końcu dojdziemy do morza, a potem to już wiecie, łatwo dotrzeć do domu. Tutaj telewizja to widok za oknem, znaczy bez urazy pewno, że mamy i kino i sklep z rowerami, a i mebelki można nabyć, jednak nie zdziwcie się, jeżeli w każdym wynajmowanym domku znajdziecie te same mebelki. Te same obrazki, kolory na scianach. Mamy nawet wyraziście niebieskie obejście przed Hasle. Wiecie taki domek z przybudówkami, gdzie wszystko, łącznie z karmnikiem dla ptaków i niewielkim wiatraczkiem przed domem, pomalowano na ten sam kolor. Ludzie się śmieją, i to miejscowi, że kurde wyprzedaż widać była na którą nikt się nie załapał poza mieszkańcami tego miejsca, ale dla mnie to czysta konsekwencja. Czysta i w moim odcieniu!!! I na dodatek odnawiana co sezon, wciąż połyskująca niewymuszoną nowością.

IMG_7514 (2)

Może to i odpowiedź na owe trzęsienia ziemi, czy też huragany, ale fala ciepła pieści Wyspę od kilku dni. Noce przynoszą chłodną sprośność i powoli naciągają nam na ramiona koce i kołdry. Pięknie jest. Wiecie, taki wstęp do jesieni, rzadko zauważalny w pędzie codzienności, wart jest zainteresowania. Te uderzenia ciepła, naprzemienność suchości i deszczowości, te plamki kolorów, pierwsze takie, zagubione i niewinne, wciąż miejscami jeszcze zielone żołędzie i dopiero wydostające sie na powierzchnię kasztany… i jeżyny, wciąż jeszcze bulgoczące smakami na krzakach. I ten zapach jabłek i ta spokojność jakaś taka, chociaż po ulicach wciąż jeszcze telepoczą się autokary – tym razem prawie wyłącznie z niemieckimi turystami. Jak one wykręcają na wąskich, miejskich uliczkach, wciąż nie mam pojęcia, ale jakoś sobie radzą. A dookoła wiecie, woda… przyjmująca teraz tak ciężkie, głębokie barwy, że aż się zdaje, iż można po niej chodzić, znaczy do czasu się zdaje oczywiście. Próbowałam, jednak kurcze nie można!!!

LOL

W ogródkach na Wyspie trwa oczywiście lekkie poruszenie. To jeszcze nie jesień, gdy wycina się, sprząta i ogarnia zieloną przestrzeń – bez urazy, ale u nas jak w Irlandii, trawa zawsze zieleńsza po naszej stronie. Nosz kurcze nie robi się z niej coś pomarszczonego i pożółkłego. Pod śniegiem pozostaje wciąż smacznie radosna. Ale poruszenie jest. Tutaj kończą się maliny, tam borówki, a tutaj pod domem jabłka można nabyć – oczywiście nasycone Wyspą. Jadąc przez tak zwaną wioskowość polną mijamy albo całkiem białe pola – resztki po rzepaku, albo kurcze zaorane, albo ino kukurydza. Pierun wie, czy to GMO, czy nie, ale problem z pszczołami mamy jak wszyscy. Znaczy, mamy, że ich wiecie, nie mamy. Co prawda ostatnio jakby pasiek przybyło, ale wciąż… w pszczelarstwie troszku kiszka. Za to miód na Wyspie piękny, cudny i przesmaczny. No i wodę teraz też produkujemy, jakbyście jeszcze owej nowości świadomi nie byli. Znaczy, bez urazy w kranie płynie taka smaczna, że pod prysznicem człowiek się opija jej jak spragniony bączek, ale… to co butelkują, to oczywiście źródlanka taka. Za flaszkę trzeba tyle zapłacić, że człowiek woli pójść i grzduknąć sobie z kałuży! Ale butelki przepiękne. Szklane z wielkim B na froncie. To się nazywa dizajn Wam powiem, minimalistycznie uroczy, więc od tego sezonu przybywajcie po miód, wodę i musztardę. No i oczywiście po słodki zapach, czyste pływania… drzewa, widoki i artystów.

Bo wiecie, Wyspa to wiele więcej, niż ktoś Wam powiedział, wiele więcej niż mówią reklamy i jeszcze więcej!!!

IMG_9322

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmie Zatoki… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma unoszona…

„Fale i fale i fale… widzicie, gdy nie ma Turyścizny, to wiedźmy szaleją. A dokładnie ta jedna, bo jak ona szaleje, to nawet innym wiedźmom liczka bledną! Taka potrafi być wyrafinowana, dlatego, gdy nagle ściągnęła z siebie wszystko, a to czego nie ściągnęła samo z niej jakoś tak opadło i rzuciła się w morskość lekko zmętniałą, burzową i groźnie się burzącą, to nikt się nie zdziwił. Ni ci, co jej towarzyszyli, ni ci, którym umknął taki straszny widok i koszmarów mieć nie będą…

Bo widzicie, Wiedźma Wrona Pożarta postanowiła poszerzyć czas pływania. Jakoś tak dokuczała jej myśl o tym, że można to robić tylko od czerwca do sierpnia. No przecież woda tutaj jest, co nie? A jak jest, to można z niej korzystać… a ponieważ i tak nikogo nie ma w okolicy rzucania okiem, to czemu nie ino w codziennych gaciach niewymownych? No czemu nie? Przecież wszyscy tak robią!!! No przecież w pewnym wieku, to już serio można sobie odpuścić strach przed pojawieniem się na YouTubie.

Unoszenie się na wysokich dość, lekko zapiaszczonych falach nie było łatwe. Słońce wciąż chowało się za kolejne chmury i dziwna ciężkość opadała na zwyczajową granatowość morza. Jakby nagle wszystko pokryła pylistość węglowa, ostateczność opiłków z temperówki… żwirek lekko roztłuczony w moździerzu. I wodność gęsta, dotąd taka młodziutko radosna, nagle stawała się wyrafinowana i zdecydowana, pewna swojego stanu bytu i wartości. A na plaży… całkowite pustki. Mimo słońca i dość ciepłego wiatru, mimo bieli piasków, lekko poznaczonych malutkimi kawałkami spalonych drzewnych węgielków, wygładzonych, ale nie zestresowanych, chociaż przecież wyglądających jak klejnoty… Mimo całego tego piękna, radosności obłoczków… nikogo.

Dziwnie tak mieć plażę całą dla siebie. Stajesz na środku wody, znaczy na owym dostępnym środku, który pozwala ci mieć brodę nad falami i patrzysz… dookoła niebieskość i stalowość. Dookoła wilgoć i kurna troszkę zimno. Jak nie ruszasz odnóżami, to nawet pieruńsko zimno…

Wstydliwa ucieczka Wiedźmy Wrony z morskości została na szczęście przeoczona przez media, a już Ojeblik szykowała się by zostać światową celebrytką.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0234

Z cyklu przeczytane: „Ostrze” – … gruba. Potężna i gruba. No gruba wielce i niesamowita. A to dopiero początek, bo „Ostrze” to księga pierwsza „Pierwszego prawa”... a jednak to właśnie ciężar nas uderza najpierw. Objętość, ale jednak spora czcionka, zapach, okładka… pasja. Bo przecież właśnie dlatego sięgamy po powieści Abercrombie’go. Dla pasji. Dla niesamowitych postaci i krain…

Tak, oto kraina fantastyczna, oczywiście, że zawierająca w sobie znane nam elementy, ale jednak… wymyślona. To tutaj spotykamy i Logena Dziewięciopalcego i inkwizytora Gloktę, oraz… egoistę Jezala. Który z nich jest najważniejszy, co ich łączy, dlaczego to właśnie oni są bohaterami tej powieści?

Nie odpowiem Wam na żadne z tych pytań. Powiem za to, że jeżeli chcecie rozpocząć przygodę z jednym z tych najlepszych pisarzy, proszę bardzo. Jeśli kręcą was mocne historie, męskie pisanie, ale jednak nie wyzbyte kobiecego pierwiastka, proszę bardzo. Jeżeli kręcą Was dopracowane postacie, zawsze skrywające w sobie coś więcej, zawsze intrygujące, zawsze jakieś… idźcie do księgarni. Jeśli nie boicie się podróżowania po jednym świecie, oczekiwania na kolejne powieści, kłótni ze znajomą, bo przecież Wasz autor jest lepszy… to sięgnijcie po którąkolwiek z opasłych powieści tego autora. Spróbujcie, czy potraficie wciąż jeszcze się zaczytać. Tak na amen… bo Abercrombie sprawia, że jego powieści nie tylko wciągają, on nie pozwala Wam potem sięgnąć po coś nowego. Okrutnie…

I tak… to właściwie epos. O bohaterach, o złoczyńcach, o ludziach, którzy… wybrali pewne strony, podjęli decyzje i zamierzają się ich trzymać. Pasjonująca!

IMG_7478 (2)

Idzie sobie człowiek lasem… idzie wiecie, na spacer. Bo u nas na Wyspie to też czasem bywa nerwowo, wiadomo, sporo z nas pracuje przez internet, sporo styka się z całą zewnętrznością, która nie akceptuje specyfiki wyspowego hasta maniana… a tak, bo z nas wiecie taka Grecja, ino na Północy i śpiewać lubimy i tańczyć nawet i… pływać na golasa, dlatego idzie sobie na spacer człowiek by się nie tyle dotlenić, bo tlen to ma w chatce przecież i w ogródku, ale po to, by zwyczajnie wydalić wkurwa. Wiecie, to wam jeden idiota wejdzie na wątrobę, to inny, no jakoś tak postara się, by zrobic wam przykrość i już… trzeba to wydalić, a kurcze drzewa uwielbiają żywić się wkurwem. Chyba nie tylko na Wyspie uwielbiają, ale u nas szczególnie na ową nastrojowość wkurwiającą są nastawione. I wyciągają lekko żółknące liście i dziwnie czerwieniące się, burgundowe gałązki z ludzi nerwicowości i pnie chropowate, lub nie chropowate, takie z oczami rzezanymi naturą, jak wpatrują się w ludzką cielesność i naprawiają i to i tamto. I ten zapach iglaków i mech wilgotny po nocnej ulewie… I pochyla się człowiek i oczom nie wierzy… nosz podgrzybek!!!

Przez ową suchość i tak dalej, to panikowała Wyspa, że grzybków nie wydali z siebie, ale chyba już przestała! Tu podgrzybki tam gołąbek, gąsek czy kurek, jeden pies. A pod tymi sosenkami, nosz w głębokim na dłoń mchu, siedzą sobie brązowe grzybie łebki i leciutko migoczą rosą… kropelkami, między sobą piorą się szabelkami sporządzonymi z sosnowych igiełek. Asz to są dopiero muszkieterowie. Ale ja wciąż czekam na muchomorki. Bo są… takie piękne. A i odloty robią. Nawet wtedy, gdy niewielki mopsik próbuje ci się dobrać do tyłka, też chyba z panią wybrał się na grzybki, więc niech okupem za moją nienadgryzioną dupeczkę będą te grzybki!!! Ależ proszę bardzo, nie trujaki, bez przesady, pani patrzy nawet kurki są!!! Pani bierze, bo psiak jeden taki kochany i tak gadać z każdym chce, że nosz nie odlepi się ode mnie!!! LOL

Mam teorię, że w pewnych miejscach te grzybki tak obrodziły tylko i wyłącznie za przyczyną końskich bobów. No bo wiecie, u nas się na koniach jeździ. Do sklepu, na spacer, czy ogólnie mówiąc na randkę. A koń, jak to koń, kupska wali, no jak krowa, czy człowiek… a te jego kupska to doprawdy i ambrozja i nektar dla lesistości. Podobno u nas na wysypisku można wymienić trawę i kupy ogrodowe na fajny nawóz z końskich bobów. Podobno tak mocny, że pokona paliwo rakietowe, więc lepiej rozważnie dawkować go na grządkach, ale pomidorki po nim, jak balony!!! I to żadne tam silikony, bez przesady, sama wyspowa natura!!!

IMG_8156

Ogólnie mówiąc, wkraczamy sobie spokojnie w epokę nocnych deszczów i dość ciepłych dni. Aż mi głupio pokazywać komuś zdjęcia, bo ciągle jęczą, że niebieskie niebo o tej porze to nie jest normalne. I jak tutaj się kłócić z tymi, co wiedzą lepiej? No nie można, co nie? A wiecie, w dzisiejszych czasach wszyscy wiedzą lepiej…

Dlatego człowiek potrzebuje lasu i wody. Wiecie, tego wskoczenia w fale, gdy tylko wychodzi się z pracy. Ot zrzucasz garniak, który się tutaj habitem nazywa… hihihi, no i do fal. Chwila wystarczy. Od razu wszystko opada, inne sprawy i elementy się napinają. Ot zwyczajność, no i wszelaka chłodność słonej otchłani. Cudownej. Pięknej i czystej. Pełnej mocy, która naprawdę zniewala. Mocy, która potrafi wymyć z ciebie każde pomieszanie i poplątanie. Przeszłość i przyszłość i teraźniejszość nawet. I może czasem coś od siebie dorzuca, ale… czy można się za to gniewać? Za te babki z piasku między udami, czy glony pod biustem?

Wykopyrtnęłam się w zewnętrzność chatki, w ową miękką, cudownie wilgotną wspaniałość Wyspy i wiecie co… ciemno jest. Może i w okolicach mojego ukochanego Gudhjem ostatnio przybyło trochę lamp, ale wciąż… ciemno jest. Cudownie, tak rozgrzeszająco ciemno. Ciemno, osobliwie ono przykrywa wszelkie zmarszczki i podobno zbędne wałki tłuszczu – ciekawe co powiedzą kurna, jak zima przyjdzie wielka i będę miała co trawić – wtapia w siebie, przytula i głaska lekko po głowie. Dopiero po chwili człowiek sobie zdaje sprawę z pająka zwisającego mu z grzywki, ekhm… no i wrzask rozdziera mu płucka i krzyk nagle się przetacza poprzez świat. Bo wiecie, Wyspa jest piękna i spokojna, ale człowiek na niej raczej mocno nie do końca… taki raczej strachliwy. Szczególnie gdy chodzi o pająki. Może i nie są wielki, ale lubieją na człowieka i wskoczyć i pouwieszać się, a i zamieszkać czasem też. Ech!

Bo wiecie, w powietrzu już jesień. Początek jej i zaczątek. Lekko muskający kolorami niektóre liście, a i nasączający powietrze czymś takim, wiecie… cięższym, jabłkowym, a może nawet szarlotkowym. Choć nie, to chyba zapach ciepłego marcepanu, z kruszonką i lukrem!!! A może to jednak drożdżowe?

IMG_0059 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma unoszona… została wyłączona