Pan Tealight i Pierwsze Nęcenie Wiedźmy…

„Usłyszała go stojąc na wrzosowo-różanych skałach. Na wypukłościach się chwiejąc, szarości swym cieniem skrywając. Usłyszała wtedy, zmagając się z wiatrem atypowym, podwiewającym to z dołu, to z boczku, włażącym między członki… głos usłyszała dochodzący ze skołtunionych krzaczków, wyraziście się ku niej kierujący.

– Taś, taś, taś!!! A pójdź ty k mnie!!!

Od razu Psychiczności Wiedźmy Wrony Pożartej się obudziły, podskoczyły trzymając w ustach szczoteczkę do zębów i bułkę jednocześnie, oraz wyciągając pazury w akcie totalnej gotowości. Zaś wszystkie Lękliwości spuściły gacie i wystawiły białe, nagie zadki. Co jak co, ale mimo iż takie rzeczy zdarzały się im często, nie przyzwyczaiły się. I choć nocą krzyczały, teraz nie mogły wydać ni oddechu.

– Cip, cip, cip… no choć, mam cukierka!!!

Cukierka? Pomyślała Wiedźma Wrona Pożarta, nagle dziwnie odprężona. Raptownie pozbawiona lęków, zaczęła okazywać aż nazbytnią ciekawość. Zainteresowanie, a nawet gotowość empiryczną. Cukiera? A co jeśli to czekoladowy, nadziewany. Taki jak kiedyś jadała, z tej Mieszanki Wedlowskiej, tej, co to miała takie fajne, lekko brązowe w środku o tym czadowym smaku, albo z tych mikołajów nadziewanych, co się potem zającami stawały? Jak to się nazywało? Bo jeśli landrynka, to niezbyt chętnie, chociaż taki miętus bywa przydatny… albo Kukułki. Czy ktoś pamięta Kukułki, bo Michałki pewno tak… czy wciąż jada się Michałki? Że z dużej litery? A widzicie, bo takie cuda to się je, a i dziękuję, że nie jest się zjadanym.

– No choć, choć do mnie, kici kici kici…

A co on mnie za sierściucha ma? Znaczy co, rybą niby zanęci? A może kocimiętką, co? Kurcze… zboczeniec jak nic, przecież dopiero co depilowała niewymowne zwane zwykle nogami!!! Jak można ją wyzywać od zaniedbanych, śmierdząco srających, puszących się, za kuwetę mających wszystko… Nosz skurkowaniec jebany!!!

– Torcik ci dam i ciasto… i zaproszę do restauracji i kupię pierścionek!!!

Hmm? Torcik? Ale jak z kremem, to niezbyt. Już wolałaby lody. Bo takie lody to są super, ale torcik, eeee, no ciastko może. Ale też jakieś dobre, nic margarynowego ino nie do restauracji. No po kiego mam gdzieś iść, do ludzi, tosz się tam ubrać trzeba, nie nie nie, to nazbyt jest męczące, nie, kij ci w otwór wybrany!!! A co do pierścionka… eeee, nie wiem, a po co mi on? No i czy z diamentem? Bo jak z diamentem to niechętnie… Zresztą jak złoty, to już w ogóle, bo złoto tę wiedźmę uczula. No i żadne tam wiecie pospolitości, żadne tam firmowe, coś jedno jedyne być musi…

A tak w ogóle, to trzeba przyznać, że się coś Psychiczność Wiedźmy Wrony ostatnio rozbrykała. Zwidów więcej ma, czy coś…

A tymczasem w krzakach, spoglądając na gadającą do siebie, dziwnie wzburzoną, potykającą się Wiedźmę Wronę spoglądał sobie jej Tatuś Szatan i z dumą myślał… Aj! ta to mi się udała, sfarna dzioucha jak nic!

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2183

Z cyklu przeczytane: „Oczy sowy” – … miałam nie. Miałam zostać przy tych wspomnieniach z oględnej młodości, którą naznaczyła ta autorka. Miałam… ale jednak się skusiłam. Bo mimo iż pierwszy tom mnie niezbyt przekonał, mimo że był dziwnie zbyt łagodnym, a może rozlazły, to zaczynam się zastanawiać, czy to nie moja wina. Wiecie, zmieniły mnie powieści pisane współcześnie, szybko, z przewagą dialogów… może to jednak ja?

Sięgam po tę powieść, przerażona rozmiarem książki, która jest nie tylko całkiem gruba, ale i dziwnie nieporęczna, no nie mój ulubiony rozmiar… i wchodzę w ten świat. Inny. Bardziej dojrzały, starszy. Bo i przecież od wydarzeń pierwszego tomu minęło kilka lat, a z drugiej strony od pierwszych akapitów wita nss… ona – Keisha. I choć dalszy ciąg jest przewidywalny, musi się pojawić zło i należy rozpocząć walkę, to jednak… wciągam się. Wciągam się mocniej, odnajduję ową delikatność Lackey. Tą jej kobiecą narrację, starającą uwidocznić wszystko… a może to ja…

… zmieniam się?

Dobry tom. Piękna opowieść. Pewna szamańskość narracji zmusza czytelnika by zwolnił. By nie pędził do końca, by rozkoszował się światem, dostępną mu magią… niecodziennością. By wkroczył w ten świat i akceptował go. Nie stawał się od razu bohaterem, nie zakłądał magicznych ciuszków i nie powalał zła jednym machnięciem dłoni, a potem gromił seksualne wampiry, czy zombie. Tutaj… najważniejszy wciąż jest świat i wiecie co, warto sobie przypomnieć takie pisanie.

IMG_2219

Ta cała jesienność zaczęła się słonecznie i sucho. Nosz pieruńsko wprost sucho, więc wiecie, żadnych petów w lesie!!! Mimo iż na polach tylko brązy, albo lekkie zielenie oziminy – czy jak to tam teraz zwą, to jednak suchość wyczuwa się nawet w powietrzu. Gdy tylko przystaniesz i zasłuchasz się w oddech Wyspy, usłyszysz cichutkie modlitwy o deszcz. Składane ofiary nie krzyczą co prawda, ale wiesz, że tam są. Jedne z kwiatów, na przykład rumianków, które o tej porze po prostu wybuchają bielą i żółcienią środeczków nieskromnych, doskonale łapią dziewice. I te ich włochate gałązki, takie zwodnicze. Aj, jakie one urocze. Jakby czekały na pierwsze przymrozki – podobnie jak ja – by te zachowały je na zawsze takimi, jakie są teraz. Ale wszyscy potrzebujemy wody… deszczu, opadu, wszelkiej wilgotności…

Na zawsze…

Cisza… ten czas zawsze wiąże się dla mnie z ciszą. Nie, no pewnie, że sąsiedzi muszą przystrzyc dywaniki trawowe i żywopłoty, pewnie, że ptaki wciąż kraczą… no sorry, ale jeśli chodzi o mnie to ptaki są zwykle wronami, albo… wronami, no i mewami, które też wciąż kraczą, choć już powoli wkraczają w ten czas, gdy przestają gadać wieloma językami, naśladując Turyściznę, gdy wiedzą, że już nie mogą prosić o jedzenie, bo wszystko się powoli zamyka, coraz rzadziej obcy kręcą się po skałach… cisza. Oj tak, coraz mniej turystów, od czasu do czasu przemknie tylko niemieckojęzyczna para w mocno średnim wieku rozkoszująca się kolorami i ciepłem, a poza tym ino znajomi. Kurcze! Wiecie, myślał człowiek, że jakoś się uchowa na Wyspie, tak będąc nieznajomym dla wszystkich, ale nic z tego. Oj nic! Jedziesz do stolicy – znajomi, wracasz do domu, a tutaj ci sami ludzie. Tak to jest, gdy otacza cię ino 40 tysięcy dusz. Znaczy, dusz pewno więcej, ale wiecie, owych dusz codziennie żyjących i marudzących, to tylko tyle. Nawet jeśli uciekasz w dzicz, stajesz na polu lekko przyprószonym zielonkawością ostrą dziwnie, jarzącą się, i wyglądasz zza pleców drewnianego wiatraka, widzisz Christiansø… i zaczynasz się zastanawiać, jak to jest żyć tam. Tam, gdzie tych ludzi zaledwie garstka, gdzie fale grzmocą nie tylko o ściany, ale i dachy, gdzie po zakupy serio płynie się łódką, a rower to nadmiar, bo przecież robisz pięć kroków w tą i pięć w tą i już… obeszłeś całą wysepkę. Jakby to było żyć w takim miejscu? Jak bardzo brakowałoby mi drzew i strumyków i jezior…

… i Wyspy?

IMG_6427 (2)

W ogóle… czy mogłabym żyć bez Wyspy? Bez pustki, bez samotności, z nadmiarem tych zawirowań współczesności, z hipermarketem i innymi ustrojstwami? I z ludźmi zapatrzonymi w telefony? Oj, chyba nie… Nie da się tak po prostu wrócić do miasta, sorry, nie da!!!

Tak, mieszkam w świecie, gdzie internet mogą odłączyć Szwedzi, podobnie zresztą jak prąd. Nadal tego nie rozumiem, dlaczego, gdy jest wietrznie, nasze wiatraki nie produkują prądu dla nas… gdy bez przypadek Szwedzi nam kabelek postrzępią? Ech, widać to jakieś tam zakusy koncernowe, czy coś? W końcu i tutaj są. Mimo wszlakiej dzikości, małoludzkości i uśmiechania się, witania z każdym przechodzącym człowiekiem, to wciąż… ekhm, cywilizacja!!! Ha ha ha… Nawet mimo zarastających ścieżek, pełnych wszelkiej zieleni oraz owych cudowności prześwitujących gdzieś tam ponad mną, kroczącą, focącą i wciąż podskakującą na każdy dziwny dźwięk dobiegający z krzaków, to wciąż tak zwana cywilizacja. Nawet mimo trolli, bo serio, one tutaj są, choć większość z Was uznaje je za kamienie, wystarczy podrapać taki kamyk, posmerać w intymnym miejscu, znaczy się pod bródką!!! O czym Wy wszyscy zboczeńcy myślicie!!! LOL

Wydaje się, że każdy na Wyspie czeka teraz na ferie. A tak, na te ziemniaczane, kartoflane i ogólnie mówiąc… pyrowe. Od 11go do 16 go października Gudhjem opanowują dynie. Serio, są wszędzie. Dynie i snopki, znaczy te tam prostokąciki słomy i jeszcze wiedźmy i pająki, pajęczyny i zabawne duszki… no i ciasteczka i wszlakie zabawy i jeszcze słodycze… Hmmm, wspominałam o dyniach? Już teraz powoli się pojawiają. W dziwnych kształtach, rozmiarach i oczywiście z pokiereszowanymi buźkami. Bo w końcu kolejne dni należą do nich. Oto nadchodzą dyniowe dni. Co raczej nie oznacza, że owe dynie zamieszkają w brzuszkach. Sama niezbyt przepadam, więc wcale się nie dziwię, że te pomarańczowe, żółte i zielonkawo-białe fantastyczne, zwykle lekko kulkowe kształty są używane do dekoracji. A dekoracja na Wyspie też jest ważna. Bo tak jak wiosną i latem są to zwykle kwiaty, zmieniające się w owych sporych donicach, drzewka i zwyczajowe, przydomowe ogródki, maleńkie drzewka, większe drzewka… minimalistyczne trawki, czy coś bardziej specialnego, tak jesienią… wszystko się zmienia. Nagle pojawiają się dynie i kosze wrzosów, nagle wyłażą skądś figurki piesków, aż nazbyt realistyczne, trolle wysuwają swoje kichole spomiędzy choinek – no dobra, to akurat u mnie!!! Ha ha ha!!! Trolle są wszędzie, a już wkrótce znowu nisseny powrócą pod strzechy. Wiecie, że ostatnio znaleźliśmy całkiem akuratny odcisk małej, krasnalej stópki na kuchence? Nosz kurcze, znowu wyżerają mi marchewki z rosołu, serio!!! I strasznie lubią wypijać wodę z kaszy… może i rzeczywiście ona fermentuje, czy coś? Ale przede wszystkim liście niesamowitych bluszczy i innych tam ogrodniczych cudów pnących i mało wymagających, zmieniają się magicznie. Wiecie, jakby w nocy ktoś chodził z wiaderkiem czerwonej, krwistej farby i pacał to tu, to tam… Bo na Wyspie nigdy nie mieszkasz sam. Nigdy nie ma w pokojach tylko ciebie i znajomej rodziny. Zawsze jest pomiędzy ścianami coś więcej, coś bardziej specjalnego, coś… niewytłumaczalnego wszędzie indziej, a tutaj… zwyczajnego.

Cisza i nadprzyrodzone…

IMG_8544 (2)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.