Pan Tealight i Potwór Marnotrawny…

„Wiedzieli, że powinni uciekać. Z krzykiem, w popłochu, no wiecie, włos rozwiany, głos skrzypiący… nogi mknące, buty się gubiące, części garderoby się drące. Zamieszanie, atawizm, bieg. Mknienie. Ucieczka. Popłoch… strach zmieszany z jakąś raptownością, potrzeba oddalenia się od tego miejsca, w oczach przerażenie.

A ona jednak stała. Wciąż w tym samym miejscu i chociaż mówili, że strach może sprawić, iż człowiek się zatrzyma w pozycji żony Lota – a tak w ogóle, to ona miała imię? – słupa soli, ale jednak nie, ona chyba nie…

– Ale kurcze jak on tymi krótkimi rączkami sobie sięga? No wiecie, jak się podciera pod odwłokiem, wiem przecież że jest mężczyzną, znaczy widzę trzy nogi, macki, dziwny śluz, zębiska, lekko odpadającą skórkę z czaszki… smrodek, ale tylko to mnie intryguje, no jak on tymi małymi, krótkimi łapkami sobie dobrze robi pod prysznicem? No jak kurcze sobie radzi? Jak pod paszkami sie podmywa i jak sobie pupcię maca? No i jak go coś zaswędzi, to czy ma służbę, by go drapała? A w ogóle, to czy robi pompki? Bo bary ma, ale te rączki…

Wiedźma Wrona Pożarta stała przed potwornym Potworem, który nagle, wraz ze słonecznym, lekko mroźnym świtaniem pojawił się na trawniku Białego Domostwa. Bezwietrznym porankiem na szczęście, bo koleś nie dość, że się ślinił, to jeszcze upuszczał swoją cielesność, która mlaskała, dziwnie spoglądała na uciekających wszelako roztropnych mieszkańców… i ruszała na łowy. Nikt nie wiedział, gdzie jest Pan Tealight i raczej nikt nie miał czasu by go szukać, ten zostawił perukę i makijaż w połowie zrobiony, tamten niewymowne wciągnął ino na jedną nogę, Wiedźmy z Pieca co prawda rozbierały się już w biegu, mając nadzieję, że a nóż jakiś się trafi, ale… Przeterminowane Księżniczki i Królewny odważyły się pokazać w maseczkach i wszelkim nieuczesaniu, a Koniec Świata w ogóle wylazł… Możliwe, że była to owa Przepowiednia, której nikt nie chciał słuchać, może był to tn Staruszek Bez Brody, co to kilka dni temu poprosił o miskę kwaśnego mleka od Jednorożca, na bolące stawy i myśli kołaczące… a może jednak ten zdechły jeż w krzakach – Zwiastun Koszmarności? Może jednak potrawka z niego, to był zły pomysł?

… może…

– Burek? Gdzieżeś się ślajał? Ile to już lat? Wieków może? Ależ zmutowałeś kochany, jak nic, trzeba ci będzie budę powiększyć… – Pan Tealight jak zwykle mówił nie mówiąc, ale wszyscy wiedzieli, że Burek wrócił.

Tylko… kim jest Burek?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6888 (3)

Czy już mówiłam, że jesień kocham? No może nie tak jak zimę, ale z drugiej strony co za różnica? Stoję po drzewami, a one śnieżą. No dobra, właściwie liścieją, ale… Spadają z owej podniebiańskości te listki, niektóre serio od razu za szalik i za koszulkę, inne do kieszeni, a potem się człowiek dziwi, że cięższy o kilogram wraca do domu, no mrożą. Niektóre wciąż lekko obroszone. Leciutko ociężałe od kropel, piękne takie, niesamowite. Spadają sobie, tańcują… kurcze a przez dwa dni niebo na Wyspie było w owym odcieniu szok-błękitu i jeszcze na dodatek wietrznie lekko… No mówię Wam raj kolorów. Wszystko wybuchło, zapiękniło się i ino tych listków coraz mniej na górze. Jeszcze tydzień i będzie po wszystkiemu. Nastanie czas bezlistowia. Gołych gałązek, niczym wychudzeni straceńcy pragnący Cię nawrócić na wiarę swojego, wyniszczającego boga. Pewno na imię ma Szpik. Jakoś tak, musi przecież mieć imię, czyż nie?

No bóg też musi mieć imię…

Pakuję się w pragnieniu zatopienia się w owej bursztynowej jesienności w las, w którym nikogo nie ma poza ptakami i garścią saren. Nie ma tam drogi, ino dwa połączone kamienistym wąwozem pagórki. Niesamowite, specyficznie pozbawion pięter, pełne szokująco prostych drzewek, tudzież takich, w których pokręceniu widać jakąś… głębszą opowieść. A może i muzykę? Może zagadkę? Może powinnam się zastanowić i odpowiedzieć: CZŁOWIEK? A ja jak ten dzieciak po raz pierwszy z kojca wypuszczony wspinam się, ślizgam, docieram na górę po drodze bawiąc się z cieniami – świntuchy zboczone, lekkie pederasty.

Na kamieniu, tym omszonym, wyglądającym jak pupa trolla zostawiam trollowi, który woli trzymać głowę pod ziemią, garść słodyczy. Bo wiecie, tutaj wszystko jest trochę inaczej. Albo i mocno inaczej. Nie wiem, nie zastanawiam się, idę dalej wzdychając do tego całkowitego piękna, światła bursztynowego i złotego, do owych podwiewó i ciszy miejscami aż ogłuszającej. Do błękitu i granatatu nieba i tęczy… hmmm? nie, no serio to tęcza!!! Na horyzoncie, pewnie znowu wylazła komuś z komina, dzięki czemu moja teoria o tym, że tęcze rodzą się z kominów, w których Sadzowe Elfy pieką Sernikowe Babeczki, jak najbardziej chwyta się pewnych pewników. I wcale nie potrzebuję tej sarny, która właśnie wyskoczyła z krzaków – pewno robiła siku – i omal nie wpakowała mnie w ten kamienisty, aczkolwiek przepiękny wąwóz, by mi o tym przypominała. Zresztą, ta sarna chyba mnie śledzi!

Serio serio serio.

IMG_6772 (2)

Tuptam sobie dróżką, mokrą i błotnistą zdradziecko pod ową całą listowatością, a tam krowinki. Ale nie takie wiecie jak zawsze. Nie czarne całe, no i nie łaciane w milkowej wersji. Te były takie pradawne. Dziwnie zaskoczone widokiem osobnika na czterech kończynach, który nie miał na sobie długiego futra, jak one… kilka dorosłych, długowłosych piękności, rogi na nich wielkie, gigantyczne, lekko zakręcone, nosz kurde, niczym słonie z problemem nierozpoznawania okolic trąby. Trochę jak mopy z przesłodkim pyszczkiem i zbyt długą grzywką. Cudownie milusiński i… z trzema cielaczkami, każdy w odpowiednim kolorze, znaczy wiecie… rude, czarniawe i względnie białawe. Ech, coś w tych krowinkach jest. Aż chciałoby się mieć jedną zamiast pieseczka. Wiecie, wyłącznie jako członka rodziny. I czesać i ubierać i fryzować i wiecie… zwariować!!! Nosz kurcze, aż chce się szczotką za nimi gonić!!! A już za tymi małymi, lekko wyglądającymi jak mikro llammapaki to w szczególności. Choć pewnie to nazbyt okrutn, bo przecież może one lubią swoje afro wyględne?

Na Wyspie mamy głównie świnki. Takie w budynkach i takie wiecie, leśne świnki, z których jedzonko kosztuje tyle, co pół Kopenhagi. Zresztą, nie oszukujmy się. Tubylców nie stać na jedzenie tych świnek. Stać ino burżujów ze stolicy! Ale rosną u nas. Świnki więc mamy i owieczki – i to w różnych wersjach, od zwyczjowych po wikińskie, albo te takie puchate, nosz kurcze meczące miśki, serio!!! Są i krowy i konie… i kurcze, to chyba wszystko, co nie? Bo reszta, to dzikusy! Ptactwo, robactwo i wszelkie ssaki. No i oczywiście morskie zdobycze, ale kto by tam je zliczał. Na polach rośnie główni olej i jedzonko dla trzódki. Nuda! Kukurydza tu, rzepak tam, a po rzepaku i kapuściane coś i czasem jakiś burak i łubin i szczypiorek. Wiecie co, aż się ckni człowiekowi znowu za polem maku… wyłącznie do użytku wewnętrznego!!!

Gdy spadną liście, zawita na Wyspę pustka i wietrzność. Wietrzność taka, przed którą nie da się skryć, więc wiecie, warto podwyższyć ciężkość ciała! Na przykład smakowym skyrem – wielka nowość na Wyspie. W lekkim skrócie to po prostu rozbełtane kwaśne mleko pozbawione procentów i garść leśnych owocków – znaczy w tj wersji, którą sama pijam. Serio… oto nowoczesność w diecie. Kwaśne mleko. Podobno to jakaś islandxka receptura. Gdyby moja Babcia się dowiedziała, że taki bełtak, którego pijało się często bardzo, to obecnie nowość i wszelakie wynalazek.

Czuję się specyficznie dziwaczna.

IMG_0052

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Potwór Marnotrawny… została wyłączona

Pan Tealight i Bardzo Niska Wiedźma…

„Oczywiście, że zdawała sobie sprawę z istnienia nad nią świata tych wyższych. Może i nawet czasem do niego wkraczała, gdy drżąc starała się musnąć dłońcmi sufitu, gdy wdrapując się na krzesło cieszyła się, że jednak nie jest wyższa. A potem drętwiała z przerażenia, nie wiedząc jak wróci na dół. Na dół? Tak… żyła na dole. Niczym owa niższa gatunkowo osobniczość, może i piękna, ale niedostrzegalna roślinność. Może coś, co się i pomija, depcze? Coś, co jest zbyt blisko stóp, które przerażają większość świata, a i kiepską aromatycznie mają opinię?

Wiedźma Wrona Pożarta była niska. Nawet w kapeluszu wysokim, wiecie tej wersji dla księżniczek, takim odwróconym lejku, z którego węższego końca wydobywał się welon, targając osobą, gdy tylko mocniej zawiało… nawet w nim wciąż była krótka jakaś taka. Łatwiej to przeskoczyć, niż obejść. Mapy nie trzeba, trampoliny też nie. Ot skaczesz i już. Kamyk ma drodze, kupa, coś, co na wszelki wypadek omijasz, ale i co jednak kurna troszkę intryguje… troszkę? Jeśli się pamięta o takowym uczuciu, jeśli.

Ale wiecie, Wiedźma Wrona kochała być niska. Zawsze jej się wydawało, że tak lepiej. I milej tutaj i może dym tak nie pogryzie, ciepłe powietrze – zimne powietrze, ukryć się łatwiej, robić za pasażera na gapę, może nawet wcisnąć się tam, gdzie nic nie sięga? No i wiecie, jak jesteś niski, to na kija na ciebie tracić czas? Ale… w jej przypadku nie oznaczało to bycia cichym nagminnie, niejadowitym i wszelako niezgryźliwym. Bo co jak co, ale płucka miała słoniowe. Znaczy wiecie, jeśli o rozmiar chodzi. A i głos dziwnie wibrujący, piskliwy, gdy chciała, tłukący nie tylko szklaneczki i kieliszeczki, ale i przypieprzajacy w grobowiec granitowy i zmieniającey go w kupkę gruzowej niemożliwości. Ale teraz, siedząc niczym Wiedźma Ple Ple, jej idolka i wzór do naśladowania, Krynica Mądrości i Ogólna Możliwość Przydupiastości… siedziała przy drodze skulona i pozwalała liściom się obsypywać. I żółtym i czerwonawym, lekko wciąż niezdecydowanie zielonkawym, brązowym i tym szalenie mieszanym… z dziurkami i bez, nadgryzonymi i konkursowo idealnymi.

Siedziała i pozwalała liściom pokrywać każdy centymetr, łącznie z obutymi w zabłocone buty stopami, szalikiem, który jak zwykle miał swoje zainteresowania i ambicje, oraz wielką, włochatą torbą, która ponownie postanowiła zwiększyć kolekcję liściowych bukiecików. Bo jesienią, to najlepiej dać się obsypać i zniknąć na dobre. Chociaż na dłuższą chwilę. I przysnąć i śnić i nie być ni wysokim, ni niskim, tylko skulonym obsypanym schowanym…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6932

Z cyklu przeczytane: „Cudzoziemiec w Olondrii” – … baśnie. Baśnie, bajki, bajeczki. Opowieści z jednej strony haczące o znane nam mity, tudzież specyficzności niektórych społeczności, a z drugiej… tak bardzo egzotyczne. A może nie, nie egzotyczne, a raczej aż szokujące. Oto ten niewielki tom. A może jednak ogromny? Gigantyczny nawet? Niesubordynowanie objętościowy…

Jeżeli nie boicie się tego, to otwórzcie tę powieść. Jeżeli nie przeraża Was bezkresna barwność i mnóstwo słów, w tym nowych, skomplikowanych, niebędących czymś więcej, niż tylko zlepkiem głosek, liter. I opowieści. Oj tak, bo w tej powieści jest ich cała masa. I niektóre mogą Was bardziej niż zszokować. Po przeczytaniu tej książki tak naprawdę inaczej spogląda się na świat. Na książki, nawet te, w których zawarta jest religia. Przeciwko którym niewielu chce występować…

Możecie potraktować tę książkę jako egzotyczną bajkę o chłopcu, który miał marzenia, albo… oddać jej więcej. Zatrzymać się na każdym słowie, oddychać nią, komplikować swoją codzienność przez nią, po prostu… być czymś więcej.

IMG_7477 (2)

Ja pierdziu…

Wyobraźcie sobie błękit. Ale taki totalny, maksymalnie dopasowany do definicji, ciepły niemożebnie, rozpuszczający coś w człowieku. Coś drżącego, przyciężkiego, wątpiącego… co wraz z tym błękitem i słońcem nagłym, niskim promieniście, najedzonym może struclą jabłkową, albo przedwcześnie zrobionym makowcem? A może jednak pierniczki już Słonko wpiernicza? Kto to tam wie, mniejsza. O tej porze roku ledwo toto się unosi nad horyzontem, promieniami strzela po dziwnym kątem. Intrygująco omiatając i błękit i zieleń w odrocie. A na tym błękicie klejnoty. Jakby jakiś nadmiernie hojny, a może i rozrzutny Katarski Burżuj porozpierdzielał swoje Sekretne Sezamy, a może Sezamy miały wzdęcie, sraczkę… no bynajmniej wszystko się rozpuknęło po błękicie. I szmaragdy i rubiny i kwarce dymne i jakieś tam antrykoty. Znaczy te tak akwamaryny i garść złocistych… kryształów i cytryny i może jeszcze bursztyny, oj tak, bursztyny. I to wszystko unosi się tam w górze, a czasem i po bokach, a czasem… spada. I chcesz złapać ten klejnot, zwyczajnie tak, może i w tym chciwość jakaś, może i w tym jest lekkie zaniedbanie, zapomnienie, że pewnych cudów nie wolno macać, bo znikają, gdy macane… Gdy nagle łapiesz to i w twoich dłoniach klejnot zamienia się w liść, jakoś tak wcale nie jest źle. Jakoś tak jest lepiej wiedzieć, że owa magia w górze pozostaje wciąż sobą, a nie idzie w mainstream i zmienia się w szkiełka i odpadki. W kupowane i zapominane. Bo przecież liść to skarb. Jakie ma nerwy i gałązkę, jakie blaszki czadowe… a tutaj, niczym praca dłoni Maciupkiej Koronczareczki kilka z nich już zniknęło i można spoglądać na świat poprzez cieniutką siateczkę…

Słońce pojawiło się nagle. W okolicach godziny dziesiątej, a może jedenastj, gdy patrzeć na rozległość niewielką Wyspy, już wszyscy wiedzieli, że ten dzień trzeba zmienić. Że nie można zwyczajnie siedzieć w robocie, bo słonko zniknie zaraz, pójdzie sobie, nie będzie czekać. A robota, to wiecie, co innego. Słonko trzeba wykorzystać, bo jakoś ostatnio skąp swoich kolorowanych umiejętności, więc… może zerwać się z roboty? Może? Wypełzam w las i odnajduję takich jak ja. Tych grzesznych, co to zerwali się z roboty, odłączyli czaszki od komputera i spacerują. I dziwują się kolorom i chłoną i ciepło i światło. I nie wierzą, że coś tak misternie barwionego i tkanego czadowymi kształtami, może istnieć dookoła nas… ludzi mało doskonałych.

Od kolorów oczy pląsają. Wytańcowują z oczodołów, odwalają kujawiaka, poloneza z mazurem, a potem idą w walca. Rumba i wszelkie cza cze też są w planach, więc… gonię te moje patrzałki. Otrzepuję je, wyciągam im z kieszonek zakamuflowane liścieje i wsadzam z powrotem. Bo chcę widzieć. Przecieram i uszy i nos, by słyszeć muzykę poszumów i czuć tą ciężkość liściową. Plączę się w ostatnich trawkach, nie zważam na błotnistość kryjącą się pod warstwą Liściowych Niedziewic Upadłych… i idę. I nie chcę się zatrzymywać, ale czasem muszę. Bo to wszystko, ta cała jesienność nie powinna być przemykaną wiązką kolorów. Nie powinna być traktowana zbyt szybko. Ona domaga się poklasku, czołobitności wyrazów, wszelkich pokłonów i okrzyków w stylu: ach, ech, jakaż piękna, ale blaszki!!!

IMG_0070 (3)

A za lasem, który w połowie jest mroczny, baśniowy, usz aż człowiek budzi w sobie ową niesamowitą pewność, że elfy, krasnale, wilkołaki, wampiry, skrzaty, nimfy… to mają doskonałych dekoratorów. Bo wyobraźcie sobie grubą mszystość z pojedynczymi głazami porośniętymi koniczyną i mikroskopijnymi choineczkami, a obok proste pnie sosemn dotykające błękitu. A pomiędzy nimi lekka mgiełka, gdzie niegdzie plama rdzawości po trawach wyższych i gigantyczne mrówcze kopce, dość niemrawo się poruszające w granicach kopułki. Wszystko tutaj zdaje się być czarniawością i wszelką, ciemną zielenią. Niczym poza tym… oczywiście poza seledynową miejscami mgłą. Nie no… serio baśniowe stwory mają doskonały gust!!! I te kontrasty! Bo widzicie, po drugiej stronie drogi las liściasty, nabrzmiewający kolorami, puszący się może, a może i mający zamysł lekko misjonarski? Chodźcie choineczki! Nawrócimy was na liście, no dajcie się, nie opierajcie się kolorom! A sosenki na to: a takiego Mrocznego Høja – dorzucają gst gałązkami. Bo widzicie, na Wyspie chuj to nie høj. Ale liściaste się nie powstrzymują, obrzucają zieleń wiekuistą czerwieniami i żółcieniami, brązami i wszelaką cudownością, ale… jakoś żaden z liści nie dociera na tą drugą stronę mocy. Może to i osłona jakaś, może shields up? Kto to wie?

Podążam granicą między ciemnością a jasnością i lekko dysząc wypełzam na kamieniste wzniesienie. I przycupnąć tutaj mogę na drewnianych ławeczkach, a nawet położyć się i zapatrzyć w błękit i pędzącą po nim chmurkę. Mogłabym przysiąc, że już mnie kiedyś mijała, znajomą się taką zdaje… Przekręcam się na bok i widzę Wyspę. Pola i krowy, znaczy chyba krowy, no sorry wzrok już nie ten… a za nimi pojedyncze gospodarstwa, jakieś laski, silos, kościół. Ot większy kawałek Wyspy… Wystarczy się wyciągnąć, podskoczyć, wystarczy, ale i po co? Czyż nie idalnym jest to, co w zasięgu wzroku? Własnego i znajomego? Po cóż mi więcej? Po cóż mi inny świat? Po co widzieć wszelkie inne kontynenty z mojej Wyspy? Jeszcze jej nie poznałam do końca, choć… wątpię, by było to możliwe. Wątpię…

Zapatrzyłam się na ową wszelaką wzgórkowość, świetlistość, ale i mglistość jakąś na horyzoncie. Na te kolory i magię wszystkiego. Na tą niesamowitość i bogactwo zwyczajowego świata. Ot roślin, domów, spokojności dnia, który już wieczorem przeturla się w weekend. I ciszę. Może i czasem coś przeleci, może w krzakach ktoś urzęduje, może i ptaszki trelują, ale jednak… no dobra bażant też zaliczony; ale jednak to wciąż cisza. Cisza, z którj trzeba wypełznąć, bo przecież robota sama się nie zrobi, może i Szewczyk od Psów miał swoje elfy, ale moje skrzaty są seryjnie leniwe, a i głupio tak zmuszać do roboty niższych od siebie. Oj, takam miękka, no!!! Więc wracam przez ciemność i kolorowość, przez wszelakie szumy, wracam pod wieżyczkę z patyczkiem co w koszmarnych powiewach dziś mocno stuka… by znowu podłączyć mózg pod internet… A może jednak nie? Może po prostu olać to i dalej gadać do drzew? No przecież tutaj można.

Na Wyspie i tak wszyscy to robią!!!

IMG_6310 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bardzo Niska Wiedźma… została wyłączona

Pan Tealight i Mroczny Wędrowiec…

„Śledzili go, gdy szedł. Od południowego końca Wyspy, od plaż mięciutkich, bielutkich, od piasków dziwnie pylistych, skrzących się barwami w niewidzialnym świetle. Od owych pustek i cichości, od lasów iglastych i wydmowych, od latarni, niewielu, od szczupłych, świecących patyków. Wybierał zawsze ścieżki, olewał drogi i szosy, nie chciał chyba nikogo spotkać, ale oni wiedzieli i śledzili go. Nie pytali, nie zbliżali się zbytnio, ot toczyli się jego śladem, podpatrywali z nieba, podglądali spod powierzchni. Zwyczajnie… czując, że coś jest jednak nie tak.

A on nie zwracał na nich uwagi. Nie pytał, nie odwracał się nawet… ominął kolejną drogę, przeszedł przez błotniste pole, potem zrezygnował z kolejnego, przysiadł przy rowie, ściągnął błoto z butów, założył je z powrotem, otrzepał się i poszukał ścieżki. Wijącej się między kamieniami i drzewami, po prostu prowadzącej, nie biegnącej, nie buntującej się depczącym je odnóżom. Szedł… jego wielki, ciemny płaszcz furkotał, ale wielki kapelusz nie spadał z długich, kręconych, białych włosów. Długonoga, długokończynowa sylwetka, szczupła chyba, może nawet zwinna, poruszała się dość szybko. Choć… czasem przystawał i oddychał dziwnie ciężko. Jakby niósł coś na plecach, jakby nagle zrzucał to z ramion… ale nie miał chyba przy sobie niczego. Może w kieszeniach, ale nie miał ni torby, ni plecaka, czy worka…

Szedł cicho. Mlaskał wielkimi buciorami, czasem dłużej taplał się w kałuży, czy szeleścił liśćmi, bawił się jesienią, a jednak… cichy był taki. Milczący. Nie nucił, nie śpiewał, nie kichał nawet, a gdy oddychał, robił to cicho, nie świszcząc nawet wtedy, gdy przekroczył Linię Czasu Wyspy. Tą dziwaczność stykających się milionów lat z setkami. Pradziadka z embrionem. Szedł… po prostu, jakby wiedział gdzie idzie i dokąd zmierza, jakby miał pewność, większą, niż ci, którzy go śledzili.

Szedł i nie rozglądał się. Mijał i domy i drzewa, jeziora i dziwnie niestabilne skalistości. Teren wciąż stawał się bardziej trudny, ale on nie sapał. Nie pocił się, nie kruszał. Jego krok cały czas był wydłużony i jednorytmowy. Śledzenie go wcale nie było trudne i powoli śledząca grupa, lekko zmęczona, zaczęła się wykruszać. Ojeblik – mała, ucięta główka – ewakuowała się w kierunku Czeszących Drzew, a Wiedźmy z Pieca postanowiły sprawdzić jak kruszeją zwłoki w Mokradłach. W końcu tylko Wiedźma Wrona Pożarta i Stadko Wronoptactwa śledziło mężczyznę. A on szedł. Mijał chatki i wiatraki, mijał drogi i mogiły, kurhany i menhiry… aż w końcu dotarł do drugiego końca Wyspy i… minął ruiny i poszedł po wodzie dalej.

Nieczuły jakiś?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4774

Z cyklu przeczytane: „Zmiennoskóra” – … gdy nie ma co czytać. Gdy nie ma co czytać wracam do rozrywki, do czegoś znajomego, by odkryć o jeszcze raz. By zrozumieć, a może znienawidzić. Nie żebym lubiła wracać do wszystkich powieści, ale niektóre… no dobra, gdy nie ma co czytać, to połyka się znane litery, znane powieści… i ponownie zaznajamia się z pewną Czirokezką. Kobietą, może młodą, a może starszą niż my wszyscy?

Może tajemniczą, może…

Świat wykreowany przez Faith Hunter, to taki początek zmian w ludzkiej codzienności. Mamy wampiry, mamy społeczności, w których żyją czarownice, ale poza nimi nic nie jest pewne. Może i istenieją elfy, może i wilkołaki, na pewno nie ma jednak kogoś takiego jak Jane Yellowrock. Zmiennoskórej. Dziwnej istoty, która nie do końca wie kim jest, która nie pamięta kim była i dlaczego… stała się jednością z Bestią. Ta jej opowieść to oczywiście kolejne polowanie na wampiry – zgodnie z prawem, tylko na odszczepieńca – zderzy ją nie tylko ze społecznością wampów Nowego Orleanu, ze specyfiką tego miejsca, ale i z nią samą. Z przeszłością, która może być aż nazbyt zaskakująca.

Mimo wszystko, mimo tego, czego oczekujecie po tej powieści… przygotujcie się na więcej. Nie tylko na pościgi i krew, nie tylko na niewiadome i dziwne moce, ale przede wszystkim na… legendy. Cudowne legendy rdzennych Amerykanów. Piękne i niesamowite. Głębokie, noszące w sobie tyle mądrości. To dzięki nim ta powieść jest taka… PEŁNA. Taka głęboka. To nie tylko wampiry i pogoń za złem, nie tylko intrygujące postacie i tajemnice, ale przede wszystkim rozprawa o dwoistości natury nie do końca człowieczej. Ale nie bójcie się, nic w tym złego, nic przyciężkiego. Na pewno wiele fascynującego.

Jane i jej opowieść, to naprawdę dobra rozrywka, szkoda, że wydawnictwo nie kontynuuje tej serii. Tęsknię za nią trochę. Za ową etnografią, drobiną antropologii kulturowej, za czymś więcej niż tylko opowieścią o pogoni za złem w nie do końca dobrym świecie. Szkoda… może jednak inne wydawnictwo zdecyduje się na przetłumaczenie tej serii? Może? Jakieś zgłoszenia?

IMG_9816

Może i nie ma słońca, może i brakuje mi na zdjęciach owego porażającego błękitu nieba? Może? Bo na błękicie to wszystko wygląda tak jakoś jeszcze lepiej. Ale jednak mimo braku wszelakiej z niebios światłości złotej, jakoś to wszystko… Naprawdę tak, jakby liście pożarły słonko, rozpuściły je w liściach i same świeciły. Brzozy oblekły się właśnie w ten moment. Moment, gdy liściowość przyjmuje ten niesamowity blask. Gdy one są naprawdę zółciutkie, jak nic na tym świecie. Kij tam z czerwonymi zabójczo klonami i dębami w ciemnym karminie! Teraz, przez chwilę to brzozy są najcudowniejsze. Jak ta przed moim oknem. Zwisająca skromnie swoje miękkie gałązki, kołysząca nimi, mimo iż przysięgłabym, że nie ma wiatru. A te listki. To tylko chwila takiej żółcieni, nawet nie jeden dzień, bardziej moment, dłuższy, czy krótszy, nie wiadomo. Chwila, której nie da się namalować, obfotografować, którą trzeba zapamiętać, złożyć gdzieś w środku siebie, by potem wyjmować ją wstydliwie przy debatach: co natura może.

Wyspa jest cicha, czy też jak inni wolą mówić nudna, i soczysta. Spokojna taka. Usypiająca ziemię i ziarna w niej zatopione. Kładę się na lekkiech trawkach, na tyle raptownie odważnych, że wciąż rosną, że nie chcą pożegnać się ze swoją radosną zielonkawością… Na liściach, lekko wilgotnych, kolorowych, znaczonych kropeczkami, czy też runami czytelnymi tylko wtedy, gdy zbliżysz do nich twarz, gdy dotkniesz je nosem i skrzywisz się na ową chłodną wilgotność; gdy uśmiechniesz się, gdy w końcu do Ciebie dotrze, że ten świat to serio więcej, niż się tym pijanym fizjonomom śniło. A nawet jeszcze więcej. I tylko wracając do domu z każdej wycieczki, z wyprawy po chleb, z koncertu fal na plaży, po prostu musisz się sprawdzić. Bo liście masz wszędzie. Serio wszędzie, a już gdy jesteś kobietą, co to ma troszku inną bieliznę, to znjadziesz je tak… nawet TAM!!! A nawet i gdzieś indziej. Przyczepione do szalika, dziwnie wpełzające do kieszeni, tutaj pod koszulką, tutak mały, żółciutki, klonowy osobnik w niewymonwych. Jakby kurcze się zmówiły. Jakby mie chciały Cię wypuścić, więc może jednak to my jesteśmy dla liści, a nie one dla nas? Może to tak naprawdę liście nas kolekcjonują i bardzo chcą zabrać do domu, a ponieważ ze swojego spadły, więc decydują się pójść z nami? Może…

IMG_4775

Leżę na ziemi.

Dobra, dokładnie to leżę na drodze. Oj może i lekko polna owa droga, między drzewami, ale jednak… droga. Nic nią nie jeździ, czasem przejdzie nią jeż, czasem nasra na drog ptaszek, przebiegnie bażant się drący, albo sarenek… I tyle. Leżę i słucham ziemi. Oj oczywiście, że ziemia zimna i wilgotna, a nawet mroźna mocno, ale leżę, bo tak fajnie spojrzeć na świat inaczej, wycelować obiektyw w górę, albo od dołu walnąć nią w gałęzie. A tutaj sikorka… kurcze, a co sikorki robią latem? Widziałam kiedyś jedną obżerającą się młodą jarzębiną, ale tak w gorące dni, to gdzie one są? Hmmm, może jak mi, zbytnie nasłonecznienie im nie służy? Mniejsza, już wróciły. Znowu widać je na gałązkach i rynnach, znowu szukają, pracują ciężko i błyszczą tymi swoimi kolorkami cudownie wpasowywując się w jesienność. Takie są przesłodkie. Jakoś przypominają nader kosztowne ozdoby słaniające się na już przeładowanych damach…

Dynie poznikały z uliczek Gudhjem. Tylko przy niektórych domach stoją i na coś czekają. A może na kogoś? Może na tajemniczego wędrowca, Pożeracza Miąszu i Pesteczek? A może jednak tylko na zwykłą zimowość? Kto to je wie. Mało mówią, choć niektóre to mają te otwory gębowe aż nazbytnio ogromne. Ale… może po prostu nie wiedzą, że ktoś czeka na dzień, w którym dadzą głos? Na Wigilię Dyni? Może jednak dyńki gadają wieczorem 31go listopada? Może? Może wypełnione światłem, lekko krztusząc się od dymu, jakoś tak próbują opowiedzieć nam o swoim ciężkim losie, o swoich problemach, ale kto by ta pochylał ucho nad dynią?

Może spróbować?

I nagle, na mój łeb puchnący od durnych myśli, analizujący wszystko to, co powinno zwyczajnie pozostać olewaniem… dotyka słońce. Nagle wyciągnięte z pieleszy, nagle wystające spomiędzy chmurek bardziej lub mniej niebieskich. Nagle wszystko już nie ma znaczenia, to co durne jest wciąż durne, to co ważne znowu jest najważniejsze i chociaż wciąż spoglądam na świat z pozycji horyzontalnej wiem, że dobrze będzie. Bo może i nie zawsze po nocy nastaje dzień, ale od leżenia na zimnym wilka można dostać, a ja to bym bardzo chciała wilka. Kurcze… może morze zamarznie i czterołapni przejdą lodem z Danii czy też Szwecji. Bo wiecie, że wilki się namnożyły nieźle. Jakoś tak ponownie wkradają się w nasz świat, co wcale nie jest takie złe. Teraz jeszcze polarne i brunatne misie i już serio będzie jakaś spokojność na globie.

I równowaga…

Z ostatnej chwili… w Allinge wyłowiono ciało. Podobno nie nadgryzione. Nie wiadomo czy to zombie, czy jednak nie, ale na pewno się przekonamy!

IMG_4853

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mroczny Wędrowiec… została wyłączona

Pan Tealight i Modlitwa…

„O Wielki, Północny Tłusty Puchatku,
który to świat dzierżysz pod łapką.
O Wielkie Twoje Fałdki na Brzuszku,
trzęsące się w misiowym animuszu.
O Wielki i Ciężki, O Miły i Złoty,
oj Ty mój Cielcu, całkiem w pozłocie.
Przymruż swe oczka, złóż łapki w modlitwie,
by zeszło ze mnie owo uczucie nieśliczne.

By odeszło całkiem, by o mnie zapomniało,
to, co się w mojej głowie dziwnie zaklajstrowało.
By umknęło z wiatrem, by spierdoliło,
by mnie całkiem Puchatku, wiesz opuściło.
By zwyczajnie myślenie, o wszelkich porażkach
dało se na wstrzymanie, by zagościła bogactwa traszka!!!
By mnie rozpieściła, by dała się kąpać w pozłocie
i mi… Twej Wiernej Niewiernej Istocie.

Wiedźma Wrona Pożarta nie modliła się często. Znaczy jak już, to wiecie… po prostu krzyczała na Wyspę, na Bogów Zatopionych, na Kamienie… tuliła się do drzew, łkała, a potem czekała, ale czasem… Czasem Wiedźma Wrona się modliła naprawdę. Krzyżem leżała, klęczała i czołgała swe członki po wilgotnej trawie skropionej płatkami jesiennych róż… Umartwiała się, wodą i okrawkiem ogryzka cierpkiego jabłka, by potem z całą pewnością i wszelkim głębokim przewiercającym jej trzewia na wskroś wrażeniem, przypomnieć sobie, że jest zwyczajnie… durna. No dobra, czasem po prostu nisseny zaczynały się z niej śmiał Imigranckie Europejskie Krasnale darły se z niej i koty i wrony. Ogólnie mówiąc zera poczucia niższości, choć tylko one bywały od niej niższe prawdziwie. Ale… cóż w tym złego?

Czasem śmiejesz się ty, częściej śmieją się z ciebie. A czasem zwyczajnie wiedzą, że nie wszystko da się wymodlić. A może jednak się da? Przecież wszyscy to robią, tak lub inaczej, ci składają dziewicę w ofierze, ci ino tulipany tęskniąc za tłustą tętnicą, a tamci sami siebie, na zawsze… jakby zapomnieli, że by modlitwa miała sens, to modlący się osobnik winien przetrwać, by ujrzeć jej wynik. W końcu podziękować ktoś Wyższym Instancjom też powinien. A nie tylko tak prosić i prosić, błagać i smęcić, jęczyć i łkać… nosz pewnie, że to też daje owoce, bo Wyższe Instancje w końcu mają dość petenta i dają mu coś na odczepnego, ale poprawnie… Najpierw proś, potem dziękuję. A potem i tak dołączą do daru ten niewielki świstek papieru, na którym pisze jak byk, a czasem i gra, że wisisz im pierworodnego, ale ino jak poprawny i ładny będzie, bo kto by tam chciał jakiegoś różowego ohydka?

Modlić się, czy nie? Wiedźma na wszlki wypadek starała się łapać wiele stok za ogon, a przydeptywać jeszcze pawia na dokładkę…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6312 (2)

No cóż, październik mnie lekko zaskoczył. Nie pamiętam takiego deszczowo-ciemnego czasu od dawna. Od wielu lat. Ale może to oznacza mroźną zimę? Jak myślicie? Czy jednak tylko ja w tym świecie czekam na śnieżny czas?

Nawet jeżeli poranek uraczy człowieka odrobiną słonka, to ono od razu znika i ponownie błękit kryje się za szarością, wielka szklana kulka się zamyka i nie ma już światła. Nie ma już nic. Przymus odpoczynku, przymus nicnierobienia. A może tylko się nam tak wydaje? Z jakąś większą łatwością przy takim zaciemnieniu można zrozumieć tych, którzy nie mają światła, którym ciemność wyznacza dobę. A przecież tej naszej ciemności jest tak niewiele… chyba? Może to jednak tylko takie odczuwanie? Może… ale przecież kolory są. Widzę jak, mimo braku słoneczności, liście się zmieniają, nasączają się barwami, czy raczej tracą zielonkawość, jakby olewały już to wszystko i zwalniały się z roboty. Przechodziły na ową drugą stronę świata… A może jednak słonko się skończyło? Wiecie, tak jakoś przesączyło się w owe kolory liści i schudło, nadmiernie, zniknęło… Może? Oj pewno, iż wiem, że to dziwne myślenie, ale jednak… trudno w to nie wierzyć, gdy dookolna szarość napiera i wysysa a ciebie wszystko. Nawet jeżeli śniłeś o kąpielach z delfinami, nagle wszystko znika. Uczucie rozluźnienia, zabawności, tej dziwnej wolności… zanika. I już jesteś znowu tutaj, zamknięty na małej Wyspie pomiędzy morzem, a morze i morzem. Wyspie, na którą już mało co dopływa. Gdzie puste ulice straszą maluczkich… HA HA HA!!! No powiedzcie, że tak nie myślicie? Bo przecież jak odnaleźć radość, gdy wszystko takie szare?

No właśnie tutaj można… jakoś tak można i serio nie potrafię tego do końca zrozumieć. Jak może człowieka urzekać szarość i ciężkość nieba, mglistość i wiatery? W jaki sposób owa naturalna ciężkość w rzeczywistości dodaje mi skrzydeł? Owa słoneczność lata w końcu ze mnie opada, zagmatwanie sezonu w końcu odchodzi… Wyspa jest ino moja, więc może to stan posiadania?

IMG_6848

Puste ulice, puste drogi. Idziesz wzdłuż szosy i w ciągu nastu minut mijają cię dwa auta. A droga wcale nie jednokierunkowa. W oddali słychać poszum fal, obok prężą się nagiejące drzewa. Po krzakach już nie ma śladu, zniknęły wysokie trawy i wszelka kwiecistość, poza małymi astropodobnymi cudami. Żółte i pomarańczowe zdają się wyglądać spomiędzy trawniczków i poletek. Zielonkawość pól, lekka barwność skrzyżowanych korzeni i gałęzi… znowu człowiek zaczyna zauważać tylko kształty. Nie ma już ciągłości zieleni, nie ma pól pełnych złota, maków i bławatków. Są kształty. Człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego jak wiele kształtów mają gałęzie. Niczym pradawne mikro smoki, które zatopiły się w pnie i uformowały w gałęzie. Może i kwitną co wiosnę, może i obrastają liśćmi i porostami, ale jednak to wciąż smocze cząstki. Smocze dusze trzymają się mocno drzew. Nie odlatują, już nie widzą sensu w buszowaniu między chmurami, czy gromadzeniu skarbów, nawet dziewice ich nie kręcą… tylko te pnie.

Wszystko dookoła zdaje się być ową bajkowością. Jakoś tak zwyczajnie. Jakby wszelkie, zapamiętane opowieści tutaj właśnie zostały ucieleśnione, tutaj mogły w końcu odpocząć od lepkich dłoni i zamkniętych uszu. Bo kto w dzisiejszych czasach tak naprawdę wciąż czyta bajki? No kto? Kogo obchodzi latająca na piecu stara czarownica, mieszkająca babka w bucie, myszy, które się swojego króla bały, czy szczury zbyt zajęte gotowaniem zupy na patyku? Albo łabędzie, które tak naprawdę są księciami zamienionymi w ptaki przez złą macochę? Albo ona, ich siostra szyjąca im okrycia z pokrzyw. Milcząca, porzucająca własne szczęście, oddająca w zamian swoją miłość. Czerwony Kapturek się postarzała, Śpiąca Królewna bierze teraz leki nasenne, a Kopciuszek… cóż, coś jest z nią nie tak, bo jej szopa strasznie śmierdzi… zgnilizną i trupami. Jakoś tak czymś pomiędzy mięsnym, rzeźnią i kostnicą. I podobno w lesie znaleziono rozczłonkowane zwłoki z pewnymi ubytkami w kończynach dolnych… to trochę przeraża. No i wiecie, co z wilkiem? Bo jeżeli jednak Czerwony miała jakieś z nim kontakty cielesne, to przecież, no wiecie, może błąkają się po Almindingen ich potomkowie?

Albo co gorzej… potomkinie? Ech…

Szarość na zewnątrz nie oznacza zamknięcia wrót wyobraźni, wprost przeciwnie. Jest gorzej, a jej wrota nie tyle są otwarte, co wyrwano je ze ścian i rozdmuchano w pomieszczeniu niezłą zawieruchę. I tylko uważać trzeba na krasnale, elfy i wszelaki malutki lud podziemny. W tym całym zamieszaniu baśniowym na Wyspie, łatwo ich podeptać, a wiecie… szkoda no!!!

IMG_6309

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Modlitwa… została wyłączona

Pan Tealight i Aktualizacje…

„Unowocześnić? Ale jak to? W jaki sposób? No jak na nowoczesną modłę zbierać tych niechcianych, niepotrzebnych, zbędnych… zaśmiardłych w swej nieużywalności. Jak unowocześnić coś, co pragnie nie pozostawić po sobie śladu, jak? Większość z nich zanika, zatapia się w niewidzialności, nie chce być macana, focona, malowana, opisywana… większość naprawdę woli odejść w nicość, i tylko czasem wyciągać z niej mackę po ciasteczko.

Czasem…

A oni, że unowocześnić?

Ale przecież się nie da! No nie da!!! Spis mam zrobić? Ale jak, gdy większość nie ma nawet imion, a ci, którzy je mają, to widzicie, lepiej ich nie wymawiać, nie notować, nie pozwalać innym czytać, bo niepotrzebność i zapomnienie ciągną za sobą najsilniejsze klątwy. Najbardziej bolesne… Zresztą, tak w ogóle dlaczego potrzebujecie spisu z Białego Domostwa? Po co Wam on Wielcy Inkwizytorzy Myśli? Czy tylko po to, by wiedzieć, a może, by ową wiedzę wykorzystać, i gdy będzie Wam wygodnie przywołać znowu owe biedne, cierpiące byty? Rozdrapywać rany dla dobra ludzkości? Oj, już wcale się nie krztuszę ze śmiechu, wcale a wcale, nie nie wykrywam w sobie sarkazmu. Nie mam co do tego wątpliwości. Nikłym Mierniczym nie został on oferowany przy stworzeniu. Nie kpię, nie neguję Waszych mocy, ale… nie rozumiem.

Dlaczego spisać należy ich wszystkich? Opisać i usystematyzować, wyliczyć ich moce i możliwości, zamknąć w definicjach… grupy, podgrupy, klasy i rodziny. Jak wytłumaczyć mam Wam, że oni sami decydują o wszystkim, że naukowość podejścia nie ma sensu? Jak? Nie da się prawda, więc pozwólcie, iż się oddalę w pokłonie. I dołączę… do nich. Nie odmówię, po prostu pozwolę Wam mnie zastąpić. Bo dlaczegóż miałbym narażać Wasze oczy na ból moim nieposłuszeństwem. Moją niegodnością owego, darowanego mi przez Was przecież, stanowiska?

Wybaczcie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8067

Nie oglądam telewizji. No sorry, taka budowa. Zresztą po co, jeżeli można pooglądać świat? Jeża, który właśnie z niezwykłą ostrożnością stara się przejść przez ulicę? Wronę, która podąża swoją drogą, ale chodnikiem, jakby do niej on tylko należał, jakby to ona sprawiała, że możemy oddychać, żyć, śnić… Nie oglądam telewizji, nie mam jej, ale nie oznacza to, że całkiem umykam od świata w niej przedstawionego, bo czasem coś człowieka połechta i przysiądzie i spróbuje obejrzeć i choć go odrzuca, to by mówić o tym musi… Bo Duńczycy mają dziwne poczucie humoru. Doprawdy na pierwszy rzut oka zdają się być totalnie niegrzeczni, by nie powiedzieć chamscy. Jakoś tak nie dziękują, nie przepraszają, od razu na ty, więc dlaczego się kurna dziwię? No dlaczego? I nie chodzi tyko o ten program… i bez tekstów o odmienności kulturalnej, jak ktoś jest durnym ćwokiem, to gdzieś mam to, po której stronie krzyżyka staje, tudzież czy widelcem żre makaron. Głupota i chamstwo to jedno, jakoś nie można tego nazywać kulturą, tudzież innością kulturową, czy też odmiennością… a pierdole poprawności polityczne, gdzie do cholery był kraken, dlaczego nie odgryzł łba temu z brodą?

Tak, obejrzałam to… i wybuchłam.

Okay. Program polegał na tym, że przyjechały te dwa smarkate kacyki z telewizji i wyśmiali świnki – a raczej panicznie się ich bali, hihihi, kurna religia – wyśmiali rybki, a potem zamówili loda i wypierdzielili go do śmieci!!! Ja tam pierdole, nie robię! I to ma być reklama kraju i satyra? No… czy tylko mnie uczono, że w swoje gniazdko się nie sra. I to jeszcze tak durnie? Co jest w tym śmiesznego? Obejrzyjcie, bez obawy, nikt nie rozumiał co mówią, choć to podobno duński, ale… tutaj i tak nikt nikogo wzajemnie nie rozumie. Kompletnie!!! Bez obawy… bariera językowa Wam nie przeszkodzi, jeśli taową macie. Może ja jakoś zwyczajnie nie rozumiem współczesnego świata i dziewczynek witających się słowami: cześć suko, czołem dziwko? A może jednak nadmiernie jestem patriotyczna. Znaczy nawet nacjonalistyczna, gdy idzie o Wyspę? Zachłanna, zawistna, wkurwiająco dyskredytująca piękno całej reszty świata…

Może? I co w tym złego? Co złego w tym, że pokochało się świat? Co złego w tym, że chce się go utrzymać w czystości w imię zwrotu: nie szkodzić? I co w tym złego, że się kocha, wyznaje religijnie prawie, oj może i fanatycznie… no co w tym złego, przecież nie nawracam innych, przecież tak wszyscy podobno tolerancyjni jesteście dla wieżyczek i pokłonów na dywanikach, więc dlaczego nie jesteście tolerancyjni dla mojej naturalistycznej wiary? Dla zwykłego uśmiechu, powiedzenia cześć komuś obcemu, dla sadzenia drzew, sprzątania po sobie, nie marnowania… Tosz to nawet nie ekologia! To ino rozsądek i to całkiem zdrowy.

IMG_8006

Z kroniki kryminalnej – sadownictwo!!!

Wiadomo, trafi się, że ułapią cię gliniarze. Mają co prawda dziwnie niewidzialne autka, może i to dlatego się ich całkiem nie spodziewasz, ale jak ułapią i znajdą przy tobie ziółka i to nie te na receptę… choć niektórzy mają na receptę – bynajmniej jak cię bez przypadek złapią, to możliwe, że przetrzepią ci i chatę, i wtedy mogą znaleźć twoją pasję. Znaczy wiecie ogrodnictwo zwykłe. Ot sadzonki. Listki mają śliczne, więc co w tym złego, że karalne? Ale panie władzo, to ino dwie doniczki. Pan patrzy jakie uśmiechnięte, no przecież rośliny też coś czują!!! Że co? Hasz?

Ale to tylko dla rekreacji, ale to tylko…

No i są jeszcze drzewa.

Całkiem dozwolone. Kochane i tak dalej, pewno, ze swoje drzewko jakoś tam ściąć możesz, za przyzwoleniem, buba jednak jeśli to naprawdę nie twoje drzewko ino sąsiada i teraz za dwa płacisz prawie 100 tysiączków koronek – wcale nie nazębnych!!! Bo jak się ścięło komuś, to sorry, ale trzeba zapłacić.

I tak to się kręci życie na małej Wyspie. Pomiędzy pustką i szarością, a wpadkami w ekologii. Pomiędzy liściami topiącymi się w falach, a spokojnością wszelaką, która pozwala zwyczajnie zwlec się z łóżka później, pójść na spacer, olać golenie, założyć robocze ciuchy… kurcze, w jaki sposób wszyscy dookoła zawsze mają te ciuszki takie czyste i odprasowane? A ja nie! Jaka magia mi umyka? A może moje domowe nisseny jednak się opindalają? No mówię Wam, czasem mi się wydaje, że cała ta etnografia Wyspy, to ino czeka, aż się zacznę nad nią roztkliwiać. I już wiedzą, że przyjdę znowu i dam im cukierki tak za nic, no za kompletne nic, bo śliczne są, bo dziwnie wolne, bo… są w ogóle? No nic. I tak je kocham! Ale dupa tak, bo kurcze nadal jam brudna, a oni odprasowani w tych swoich kombinezonikach. Niby też mam flagę w oknie, tealighty i oczywiście ciastka maślane i wszystko co stąd, a jednak… kurcze wciąż się wyróżniam no!!! Ech!!! Głównie dlatego, żem niska, ale na to nawet chęci najlepsze nie pomogą.

No i uwielbiam być niska.

IMG_8060 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Aktualizacje… została wyłączona

Pan Tealight i Związek Przerywany…

„Na drzewach tworzyły się już teraz spore, gołe miejsca. Jesień dostawała nieźle po dupie przez te wiatry. Jakoś całkiem chyba nie podobało się im to, że wciąż na gałęziach wisiały, i to zielone, liście. Ogólnie mówiąc, chyba miały dłuższego PMSa, bo wkurzone były nieśmiertelnie. Całkiem w tym roku jesienność i kolorowość im przeszkadzała. Ale było takie miejsce na Wyspie, tuż zaraz przy Stawie Ostatniej Prawdziwej Dziewicy, gdzie klony, buki, dęby i wszelakie inne cuda liściowe ogałacały się wolniej, rzadziej, sporadyczniej… ni wiadomo dlaczego… No bynajmniej właśnie w tamtym miejscu siedział Pan Tealight i rzucał zielonymi jabłuszkami w drewnianą piramidkę z konarów. Naprawdę miał wiele do przemyślenia i nie chodziło wcale o Wiedźmę Wronę Pożartą, no przynajmniej nie tym razem.

Tymczasem na spokojnej tafli stawu kładły się barwy i liście. Spadały w owym zawierzającym pływom powietrza zachwycie, po raz pierwszy i ostatni, płynęły, tańczyły, żyły po raz ostatni, bawiły się… jakby tak naprawdę odbywały swój ostatni spacer, a może tylko i wyłącznie wieczór kawalerski? Te wybrane upadały na powierzchnię wody, a tam Mistrz Niewidocznego Napięcia sprawiał, że nie tonęły… znaczy dopóki kurcze mu się nie znudziły, no wiecie. Układały się w mozaiki, tykały wciąż obecne liście Zapłakanych Lilii… idylla wprost. Nawet wtedy, gdy spotkało się na drodze Ojeblika – małą, uciętą główkę, która to się toczyła, to podskakiwała kręcąc sobie liściowy wianek; Wiedźmę Wronę Pożartą zapatrzoną w obiektyw i Wiedźmy z Pieca, które kombinowały coś z grzybkami i raczej nikt nie chciał się im narazić, czy nawet dotykać, oddychać tym samym powietrzem…

A on siedział i miał ze sobą ponownie Związek Przerywany. Coś tam pomerdało te nitki utrzymujące jego w nim, coś poprzerywało większość z nich, coś je splątało. Coś znowu było nie tak, jakoś tak inaczej, nieskładnie, jakby zgubił cząstki siebie, jakby poupuszczał jakieś łatki, nakładki i śrubeczki… Jakby… Zdarzało mu się to. Tak po prostu, niezwyczajnie, tak raz na wiek, a może wieków kilka? Zdarzało… ale nigdy nie wiedział jak udawało mu się doprowadzić wszystko do ładu. Samo się robiło? A może jednak to on robił coś, a jeżeli? A jeżeli teraz tego nie zrobi, a jeżeli…

A potem grzybek wysmyknął się jednej z wiedźm, tej z miotełką na plecach, taką od kurzu, pierzastą, różową, ciapnął Pana Tealighta w ucho… i wszystko znowu  było nienormalnie. Ale wiecie, znajome nienormalnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6478

Ciemność…

Napada człowieka nagle. Szarość, ciemność, dziwne zamglenie. Po tylu dniach całkowietej światłości… co ja plotę dniach, nocach nawet! Po tak długim okresie naświetlenia, nagle jakoś tak ta ciemność zdaje się intrygującą. Obcą może, ale pociągającą zarazem. Taką odpoczynkową! Oto są prawdziwe wakacje… zezwolenie od natury, od Wyspy, na wszelakie: zaspałem do roboty, niechcemisię, to może poczekać. Jakby w końcu ktoś przytulił człowieka, tak naprawdę, pokochał bezwarunkowo do końca i nie olewał. Jakby ktoś rozumiał. Bo widzicie tutaj światło to nie jest takie hop siup. Lamp niewiele, domy też słabo rozświetlone, ino tealighty i te wiszące zaraz nad czaszką lampy… wiecie, bujane takie, w które zawsze każdy się walnie. Ogólnie mówiąc, oszczędzanie. Lampy na drodze wyłączają, więc lepiej serio nie rezygnować z domowych wieczorów. Naprawdę. Trzeba robić to co trzeba, gdy jest jako takie światło. A potem… zwyczajnie zająć się sobą w domowych pieleszach. Szczególnie, gdy tak wieje, jak dziś. Gdy coś duje na zewnątrz i nawet najstraszniejsze trolle siedzą u mnie pod łóżkiem. Boją się! Krasnale też. Ludki podziemne najzwyczajniej w świecie, a raczej jak co roku, wprowadziły się już na strych. Za to duchy siedzą pod lodówką, do końca nie rozumiem dlaczego akurat tam, ale wolę nie pytać. Jeszcze odpowiedzą i co wtedy zrobię? Przecież

Psychiatra daleko!!!

No bo wiecie, tutaj religia jest doskonałym odbiciem tego, o czym wszyscy wiedzą, ale głupio tak to powiedzieć na głos: że może i ekspansja chrześcijaństwa miejsce miała, ale tu na Północy to większość najzwyczajniej w świecie ściemniało!!! W kościołach masy wszelakiej domy, reszta pusta i pewno w końcu ktoś je przemieni na jakieś tam wille letnie dla gościów z kontynentu. Msza w nich raz na miesiąc, a i tak wtedy nikogusieńko tam. Ale bez obrazy, wszyscy tutaj duchowi i pogańscy na wskroś. Dzieciątka mają postrzyżyny, a na konfirmację dostajesz młoteczek i gra gitara. Thor ma się dobrze, Odyn tyż nie tylko na Islandii. Elfy są, duchowość i przeszłość, może i odrobinkę pokrętna, może i szalonie zaskakująca, może i ekshibicjonistyczna, gdy przychodzi do statusów na facebooku… ale wciąż jest.

IMG_3180 (3)

Na kilka dni spojawili się turyści. Wiecie, no taki czas. Ferie ziemniaczane, zeskok z przeszłości, gdy dzieciątka jeszcze miały zajęcie jakieś poza tak zwaną szkołą. Potaty zebrać, przetwory dokręcić, zima idzie. Autobusy obcięte – znaczy nie, że chodzi ktoś i ciacha je na pół, po prostu mniej ich i tyle. Wszelkie cuda wianki ograniczone do tego, co skołowaliście sobie przez lato. Oto czas na to, by rozpocząć zapisywanie dni pełnych słonka. Czy na szmatkach, czy w rzeźbie, w obrazach, czy ceramice… handmade wrze i kwiczy. Znaczy jak najbardziej ma się dobrze. Bo przecież jakoś trzeba skołować cuda na kolejny sezon. Ludzie nagle uwielbiają swoje domy, a jednak… wciąż jeszcze gramolą się ścieżkami i dróżkami. Jakby nie obchodził ich ni deszcz, ni wiatr, ni zimno. Jakby coś ich rozgrzewało? Mam pewne podejrzenia, ale moje badania ludności autochtonicznej wciąż są w powijakach!!! Trzeba by się przebić przez tą uśmiechniętą otoczkę, ale czy to prawda? A może tylko ściemniają? W końcu nigdy jeszcze nie widziałam wyspowej wigilii. Podobno serio śpiewają i tańczą dookoła choinki…

… ale jakoś ta etnografia mi wciąż umyka.

Szaro i dziwnie śnieżnie, choć wciąż nie pada. Zimno i może, ale i tak kurcze wciąż nie wierzę w tą całą chłodność. Jakby słońce miało wyleźć za chwilę zza chmurki i powiedzieć, że tak tylko żartowało. Albo lepiej, wylezie, spoci człowieka w kurtce i potem pochwali się chmurkom twoimi zdjęciami, jak to starałeś się ściągnąć z siebie wszystko, ale ci się nie udało, a pocąc się wyglądałeś jakbyś się zesikał. W końcu słońce na pewno też ma swojego facebooka. I twittera!!! A może i Wyspa ma media społecznościowe dla małych części powłoki ziemskiej? Może czasem się gromadzą w sieci wysepki i pokazują jakie to dziwaki na nich mieszkają? Hmmm?

Szokujące!!!?

IMG_6221

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Związek Przerywany… została wyłączona

Pan Tealight i Stary Gulpak…

„Ludzie, to biorą naturę za pewnik. Za jakieś cośtam, co się samo robi, samo zmienia. Samo zapyla, rodzi i po sobie sprząta. Samo żyje, umiera i na dodatek potem od nowa wzrasta. Wiecie, tak się toczy kołem, ale też i samo se to koło dmucha i kręci nim i smaruje. Ogólnie mówiąc… ludzie są dziwni. Mało myślą, pełni są schematów i cudzych „powiedziałomisię” i Stary Gulpak doskonale o tym wiedział. Od zawsze był sobą, znaczy trollem wodnym, małym, na wpół trollem, na wpół utopcem, gdzieś tam jeszcze wodnikiem. Ot mamusię miał taką, co lubiła eksperymentować z partnerami i nadzwyczaj chętkę na cielesne sprawy miała i… tak zostało. Za to Stary Gulpak to całkiem nie lubił ni ludzi, ni innych stworzeń. Ogólnie mówiąc sam kochał być i gulpać sobie we własnym towarzystwie. Bo widzicie, on był specem od gulpania, od owych dźwięków przy mostach, na spadkach i kataraktach, na obsuwach i zsuwach rzecznych, przy kamieniach, pod patyczkami, czy w dziwnych, wirujących zagłębieniach… Bo on jest mistrzem od dźwięków. Dźwięków dziwnie moczopędnych, dźwięków pulpczących, dźwięków bryndzlących, chlupczących, purkutujących i prytliwych…

Mieszkał Gulpak w domeczku całkiem wymyślnym, nakrytym przez obaloną jesienią wierzbę, zbrojonym wodorostami i szyszkami, z kominkiem, trzema pokojami i dwiema wyderkami miniaturowymi – ostatni krzyk mody w trollowym świecie. Wiecie, jak ktoś nie ma żony, to taka wyderka ją zastąpi, aczkolwiek… eee, nie do końca może? Miał kuchnię z widokiem na morze i sypialnię z widokiem na rzeczkę. No i oczywiście przede wszystkim spokój miał i ciszę, ale i specyficznych fanów, podziwiających jego dźwięczność. Miał i własne studio nagrań i marzenia… Biblioteczkę z wilgotnymi papirusami i najwspanialszą oranżerię z wodorostami pełzającymi…

Żył i tworzył.

I tylko ona go intrygowała. Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki – ostatnio na wkurwiającym głodzie, nie mająca co czytać… bo przychodziła i pytała dlaczego, bo słuchała aż za bardzo, bo wciąż marudziła. Dorzucała mu do muzyki pytania i wątpliwości, cząstki jabłek i cukierkowe kuleczki. Nie zmieniała go, chciała zrozumieć, ale on zaczął… na nią czekać.

Zaczął…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3756

Pada…

Oj, w końcu pada. Pewno, że w obliczu zakończenia sezonu, czyli ziemniaczanych ferii to niezbyt dobra wiadomość dla Turyścizny, ale… dla Wyspy wspaniała. Bo w końcu wszystko się nawadnia, w końcu wszystko pije, a ten welon wilgotności, który nas otula sprawia, że na nowo wszystko się zieleni. Wiecie, no pięknie jest. Może i kwiatów już wiele nie ma, późne róże i zioła wciąż jeszcze nas bawią, ale są liście. No i wodorosty. Te potrafią naprawdę zaskoczyć. Przyglądaliście się kiedyś nim? Tak naprawdę? Bo one mają w sobie słońce i ciepło i taką masę światła, że aż kurcze błyska. I świetnie się palą!!! Wystarczy zebrać kupę i nie macie problemów z rozpaleniem w kominku, piecyk, czy czym tam… może strzela troszkę, może i olejność z nich tryska, ale wciąż, darmowa rozpałka. Jednak leżą na zbyt szybko ochładzających się kamieniach, wolę się im na razie przyglądać. Patrzeć jak światło przez nie przenika, jak się w nich odkłada, jak je zmienia, jak powołuje do życia najprostszy ogień, ciepły, ale nie parzący. Wzbudzający w owych pokręconych, tylko na pozór wyłącznie brunatnych szczątkach, suchości i szelestach… życie. Całą gamę poruszających się, wężowatych stworzeń, miniaturowych feniksów, które tak bardzo pragną się przekształcić. Oto i morska jesień. Czas, kiedy zielonych, sałatowych i perukowych zielsk w wodach mniej, gdy kolor morskości dziwnie się pogłębia. Jakby cała ta letniość, radosna i skoczna, teraz zatapiała się w wilgotność. Jakby codzienność ziemska, powracała do wody… znowu.

Jakby to wszystko było czymś więcej…

Przemierzając Wyspę, oczywiście poza wszelką, liściowatą jesiennością i równością trawników, zaskoczą Was… dynie. No dobra, zaskoczą albo nie, to w końcu zależy od Was. Może żyjecie w zadynionym świecie, może… Bynajmniej u nas dynie wkradają się w życie od końca września i już tak jakoś zostaje. Niektóre dotrzymają do Halloween, inne nie, pożarte przez wszelakie stwory, trolle, krasnale, duszki i elfy. Wychodzą te dynie sprzed domów, wyzierają z trawników, wyskakują nagle z donic. Płożą się przy skrzynkach pocztowych, oblegają dachy i ściany. A to tylko październik. Czasem sobie myślę, że może to alieni… ale co tam, alien widać też musi podglądać świat, a że ma taki, a nie inny kształt, to widać się wpasowuje.

IMG_3246

Od połowy października do połowy listopada czas się trochę zatrzymuje. Częściej dni są szare, mokre, częściej pola łkają, przesuwają się w stronę morza i barwią jego powierzchnię swoją ziemistą kożuszkowością. Wszystko jakoś tak się zmienia, ale i szykuje na ostatni w tym roku Wyspowy wyskok. Julefrokosty, julemarkety… przedjulowy czas kolorów, wyprzedaży przydomowych, wszelkich stoisk, jakże dalekich od tego, co poza Wyspą. Bo u nas wszystko raczej przypomina targ staroci i święto rękodzieła. Począwszy od elementów odzieży, poprzez ozdoby, karmniki, cuda do domu… czegokolwiek potrzebujecie, dostaniecie. Tutaj przetwory uśmiechają się ze słodkich słoiczków zwieńczonych kolorowymi szmatkami, no jak w jakimś przedzimowym raju. Tam są soczki, jabłka, cuda i czary. W wyczyszczonych spiżarniach buszują głodne skrzaty, w stajniach, oborach i innych pomieszczeniach chowają się owce i krowy, konie i kozy. Nikomu nie chce się wyłazić z ciepłego miejsca. Jakoś tak… wiecie, pachnie wszystko tak normalnie. Tak jakoś zwyczajnie. Zwierzętami, oczekiwaniem, ludźmi, którzy nagle mają Wyspę dla siebie. Swój dom dla siebie. Bo chociaż uwielbiamy sezonowość, tych turystów błąkających się dookoła i cieszących się z tego, co jest dla nas codziennością, przypominających nam, że zachwyt jest dostępny w codzienności. Pozwalających nam… udawać, że jesteśmy jednymi z nich. Spoglądać na Wyspę znowu po raz pierwszy. Znowu z tym oślim wyrazem twarzy… znowu… Wiecie, nie ma to znaczenia, że tak naprawdę zawsze mamy taki wyraz twarzy. Choć… może nie wszyscy.

Ludzie na Wyspie dzielą się na patriotów, totalnych narwańców wyspowych i… innych. Zderzasz się z człowiekiem i jakoś już wiesz, oj tak, ten to totalny nacjonalista, ograniczony morskością i drzewami, skałami i wodami. Zakochany. Nie uznający innego świata, poza tym. Nie wyobrażający sobie innego życia, mieszkania gdzie indziej, jedzenia żywności z far far far away! Pewni, że czasem wieje i mózg się dziwnie lasuje… ale i tak, to tutaj i teraz, ta Wyspa, to miejsce na niej… jest, wydaje się być, jedyne. Szczególnie widać to, gdy nagle się zatrzymują i… patrzą na wybrzeże, na drzewa, na kolory, kształty, wspinają się po to, by rozejrzeć się po miejscu, które mają na co dzień…

Z zachwytem i niedowierzaniem… a inni nie.

IMG_6420

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Stary Gulpak… została wyłączona

Pan Tealight i Czas Schizmy…

„Wszystko zaczęło się od kosza i siatki. Potem komuś przyszło do głowy, że jesienią to powinni zadbać i o tężyznę, czy coś tam i… no i wynik był taki, że w Białym Domostwie uformowały się dwa zespoły: Czad Ojeblika i Zemsta Nietoperza Tealighta. Jedni odziani na zielono, ze złotymi kutasikami u pasa, ci drudzy czarni, spowici kirem, ze srebrzystymi frędzlami przy odnóżach. W ich oczach, patrzałkach i wspomnieniu po gałkach wiły się wszelkie zapomniane tajemnice, obietnice i marzenia, po ustach, szczękoczółkach i wszelakich żyroskoczkach toczyły się krople płonącego jadu… spadając na ziemię zmieniały ją w pumeks.

Byli gotowi.

Pomiędzy nimi stał słoik z ostatnimi czekoladowymi ciastkami. Od tej chwili w Białym Domostwie panować miała tylko i wyłącznie dieta, zestawy ćwiczeń oraz wszelaka nadmierna ruchliwość. Jednak ten, którego drużyna zdobędzie ciastka… cóż, mogła będzie robić to, albo jeść. Mogła będzie patrzeć na innych, na ich męki a potem oddychać powietrzem z pojemnika. Czekoladowym i rozpustnym, pełnym wybaczenia i zrozumienia. Pełnym… rodzynek i bakalii. Wspomnień o ciepłym dniu i wieczorze przy kominku, gdy pod choinką prezenty. Ci, którzy wygrają, będą mogli sobie wmówić, że to ich wybór, że trawa, sałata i wpieprzanie marchewki – wmawiając sobie, iż to najsłodsze, co w życiu się może przydarzyć… bo przecież będą w posiadaniu ciastek.

Wiedźma Wrona Pożarta zajęła pozycję na środku. Stopą przytrzymywała wieczko dziwnie podnieconego ciastkowego skarbu, a dłonią podniosła w górę balon pełen wody… gdy tylko z pęknięciem dotknął on boiska nastała i cisza i zgiełk. A gdy wszystko się skończyło i nie było naprawdę nikogo stojącego o własnych siłach wszyscy zrozumieli, że największą zabawę z tego miał słoik ciastek, który siedział na ledwo zielonej trawie, pośród rosy i rżąc wcinał samego siebie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5748

Julefrokost, julefrokost, julefrokost…

Wszędzie ino one. Julefrokosty. Gazeta za gazetą, reklama za reklamą. W świecie, w którym serio tych reklam tak niewiele, wszystkie krzyczą o jednym. A przecież wiadomo, że to wciąż paździenrik. Do Jula niby kawał czasu, a jednak… gazetki reklamowe przynoszą nagle, no właściwie od końca września, tylko to. Julefrokosty!!! Czyli takie coś, co po polskiemu zwie się chyba spotkaniem opłatkowym, czy jakoś tak. Wiecie takie spotkanie przedświąteczne dla tych, co chcą poświętować bez rodziny. Co pragną popić, pojeść i pogadać… bo przecież tutaj wszystko właściwie zaczyna się od kage i kaffe!!! Bez ciastka, kawy w termosie i czegoś tam innego na ząb, nie ma nawet wyprzedaży książek w bibliotece. Ogólnie mówiąc wszelkie spotkania, czy to w firmie, czy poza nią, czy to integracja, czy uzgodnienie planów – musi być jedzenie. Bez jedzenia Tubylcy są raczej mało szczęśliwi. Kurcze… myślałby ktoś, że wszyscy tu tłuści, jak tak ciągle jedzą, ale nie. Może to przez bieganie, rower, czy też wszelako pojmowane ud naturen? Wiecie, spacery, wdychanie i ogólne częste zabawy poza domem? No nie wiem… bynajmniej marcepan wkracza do akcji, bo wszystko teraz musowo z marcepanem i przyprawami. Nawet mimo tego, że do choinek to jeszcze ponad miesiąc, to przecież pogoda taka, iż należy zwiększyć ilość kalorii!!!

Wieje, więc lepiej być cięższym.

W sklepach właściwie bez zmian. W tym roku z trudnością znajduję jakiekolwiek przebłyski hallowiniczne. No serio pomroka jakaś i pomór, czy co, ale nie ma. Ni czaszek, ni gałek w czekoladzie i szkieletu teściowej sympatycznej wyglądającego z szafy. No nic no! Oj pewno, że sławny już – i jak zwykle przedwczesny – Hallowen i Gudhjem trwa. Od 11 do 16 października ino dynie i czarne płachty, kirem okryte latarnie, nieliczne wiedźmy i… coś nowego. W tym roku strażą dyniowej procesji są osobniki dość specyficzne. Goście w płachtach białych – białych to pewno na razie, poczekajcie aż powieje i popada, no i oczywiście musowo była wyprzedaż w city na prześcieradła!!! – z łapami i stopami nieokrytymi i czaszką dyniową, ale z zaznaczonymi złotymi zębami, lekko nadgnitymi, z gałami i nosem odłupanym oczywiście i słomą z czerepa wyglądającą… pewno raczej wiele im nie płacą za nadzorowanie zachowania pomarańczowo-zielonkawych dyniątek, ale kto ich tam wie. Chudzi tacy, aczkolwiek postawni, choć dziwnie każdego kręgosłup stanowi latarnię… pewno drodzy nazbyt nie są, no ale… No poza tą ekspresją zabawności, przeceną lakridsowych cukierków i duszkami z czekolady oraz paluchami z marcepana… no bida Wam powiem!

Bida!!!

Ale taka specyficzna bida, niezbyt groźna LOL

IMG_5722

A jesień maluje wszystko.

Pięknie jest. Choć i zimno. Chociaż pewno nie jak u Was!!! No i pięknie. Mimo wietrzności liście wciąż jeszcze jako tako tkwią na drzewach, więc dół się złoci, znaczy trawy, pola i takie tam, a góra się koloruje. Oczywista, wciąż większość zielonkawa jakoś tak, miejscami plamiasta, ale te klony i czerwone dęby… no jajca Wam powiem, kolorowe, wielkanocne!!! Wszystko szeleści i się skrzy. Dodatkowo, pomiędzy deszczem, a niedeszczem są jeszcze te chmury, przyciężkie i ciężarne kroplami. Ja pinkole, czy jest coś piękniejszego? Nie no, pewno, że dla niektórych piękny jest ino wielokrotny odczyt stanu konta, ale na tym się nie znam, zaś na kolorach odrobinkę tak. I na zapachu jesiennym i na poszumach. I na tym, jak dobrze podłożyć sobie liście, by leżeć i przespać się w dziczy. Naprawdę nie rozumiem dlaczego turyści tak bardzo tłumnie zużywają lato, a jesień mają gdzieś. Naprawdę. Latem gorąco i potliwie, a teraz… kolorowo, wietrznie i czarownie!!! Może jednak warto wakacje trochę przesunąć? Może?

Może spróbujecie?

Zjadam swoje ostatnie lody w tym roku… oj tak, pewno. Sklepy pozamykane, lodziarnie, wszelkie punkty dostawy szybkiej i wolniejszej żywności. Pamiątki dostaniecie tylko w stolicy, albo niektórych supermarketach i tyle. Zwyczajne życie znowu atakuje. Już nie możesz udawać turysty. Nie da się. Musisz jakoś tak być znowu tylko i aż Tubylcem. Pani Tubylec i Pan Tubylec jesienią to najczęściej na spacery chodzą. Bo przecież wszystko piękne i puste, w końcu znowu można stać na skale, wrzeszczeć: I am king of the world i… nie być słyszanym. W tym czasie najlepiej odkrywać to, co dotąd niewidziane. Zamaszyste widoki, dziwne, ukryte ścieżki. Po raz pierwszy zamiast prosto możesz iść w prawo, bo trawy niższe, bardziej możesz być pewnym tego, że nic się w krzakach nie kryje, ale… zapatrzony na Hammershus, który dziwnie, nagle wyłonił ci się przed nosem, majacząc w chmurach w oddali, usłyszeć możesz i ryk lekko podenerwowanego byczka. I już wiesz, dlaczego na owej ścieżce są nie tylko owcze bobki, ale i większe, dość świeże placuszki. I nagle… widok nie ma już żadnej urody, a ty sam starasz się sprawnie ewakuować, po drodze sprawdzając, czy nie da się wleźć na któreś z pokręconych drzewek. Buba no! Wszystkie troszku zbyt niskie!!!

Dzicz wraca. No wiecie… u nas krowy jedzą trawkę, owce jedzą trawkę, a królików w tym roku to nie ma kto jeść, więc każdą z żywiny możesz spotkać na swojej ścieżce. Szkoda by się cała ta trawiastość zmarnowała przecież… ekologia to, czy zwyczajność, to who cares? Fajne to, choć czasem i straszne.

Zawsze bałam się krów!!!

IMG_5063 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czas Schizmy… została wyłączona

Pan Tealight i Zapominanie…

„Dwie szczypty najbardziej sypkiego piasku, pięć kropli morskiej wody i dwa jesienne liście. Do tego trochę oleju z muchomora rosnącego przez rok cały pod kostropatym świerkiem i kilka łez owczych. Tych samych, które spadły na suche, złote kłosy rosnące na skałach… i jeszcze jarzębina. Bo bez niej wszystko trwa za krótko.

I już.

Niektórzy dodają płatków róży, do smaku podobno, owoców dzikiej na zapał i na prędkość trochę dmuchawcowych kitek, ale wiecie… dla każdego coś miłego, w końcu każdy z nas jest inny i każdy zapomina inaczej. Każdy pragnie czegoś innego, gdy tylko nie naruzca się mu marzeń i potrzeb. Każdy… A zapominanie jest ważne. Doskonale o tym wiedziała Wiedźma Wrona Pożarta. Aż nazbyt doskonale. Wiedziała, że jeżeli będzie chciała sobie przypomnieć, są zeszyty Pana Tealighta, są owe dzienniki, które prowadzi od lat, ale w niej… już nie ma nic. No dobra, może i żłopie napar trochę za często, może, ale jak żyć bez niego? Jak żyć z pamięcią, z bólem, wspomnieniami, jak? Jak spoglądać na świat, gdy pamięta się jak boli, gdy świat gryzie? Jak stanąć twarzą w twarz z innym człowiekiem, obcym, gdy dobrze wie się, jak poniżające jest splunięcie, którym mogą cię uraczyć? Jak… jak egzystować, gdy wszystko już było… i wszystko bolało?

Jak oddychać, gdy strach dusi i telepie?

Lepiej nie pamiętać, lepiej gotować się na niespodzianki, które jednak gdzieś w trzewiach brzmia znajomo, więc… nie przerażają! Bo i po co się męczyć z przeszłością? Po co buzować przyszłością, lepiej to wszystko przespać i jakoś tak nie pamiętać. Cieszyć się liściem, ostatnią stokrotką, śmiesznie ćwierkającym ptaszkiem… promieniem słońca, dziwnie łaskoczącym. Lepiej nie pamiętać. Lepiej i odpuścić…

Zapić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0337 (3)

Wieje…

Oj tak, czasem wieje przez dni i noce i dni… i tak naprawdę nie ma nic poza wiatrem. Poza powietrzem szarpiącym ścianami, dachem, stukającym w szybę, poruszającym wszystko, co tylko się da… a jednak – bezśmieciowym. Bo czy wiatr nie kojarzy się Wam z torebeczkami latającymi, z papierami wszelakimi i butelkami? Cóż, w mojej okolicy rzadko je można spotkać. Znaczy rzadko poza sezonem, a wszystko przez to, że tutaj na papiery jest kubeł, na szkiełka inny, a na flaszki maszyna, która za flaszkę da Wam kasę. Może to dlatego? A może jednak dlatego, że raczej każdy po sobie sprząta? A może jednak chodzi o to, że nie za nadto mamy czym śmiecić? Nie wiem, ale wiem jedno… torba śmieciowa, która pojawiła się dziś w moim ogródku, cóż jej brak na pewno komuś pomiesza szyki… przygotowana, by coś wsadzić wyrwała się może zamiatającemu liście, a może jednak temu, co chciał spakować krzaczki i wywalić je do kontenera, który na jesienne odpadki przygotowano i czeka grzecznie aż się go nakarmi? Nie wiem, ale worek zaraz wyprowadzę. Wygląda jak spory jeż. Ino bez kolców. Jak ten, który wczoraj przechodził przez drogę, dość powoli, ale dotarł na drugą stronę… dotarł. Czy dlatego nawet wietrzna pora nie zasypuje nas śmieciami? A może jednak chodzi o to, że ludzie się zbierają i sprzątają, sprzątają plaże, miasto, zbierają wszelkie cuda z kamienistej linii brzegowej? Dla mnie czystość, to coś normalnego, coś o co dbam sama: plewiąc, ścinając, sadząc i siejąc… Wpojono mi to w dzieciństwie, podobnie jak podnoszenie kawałka chleba i rzucanie go ptakom, jak wyłączanie światła, gdy wychodzi się z pokoju, jak zakręcanie wody przy myciu zębów. Proste, co nie? Sprzątać po sobie, nie niszczyć, kochać i czcić, obserwować jelonka – jak wczoraj, gdy jeden przyłączył się do mnie na spacerze… ha ha ha dziwne uczucie, lekka obserwacja, lekkie zafascynowanie – obserwować, ale nie straszyć, macać… zrobić zdjęcie! To jest proste, czyż nie? A może tylko mi się tak wydaje, bo po raz kolejny złapałam się nad tym, że czytając komentarze nie rozumiem słów „ale tam czysto”, „jaka czysta woda”, „jak czysto”…

Czy moja Wyspa naprawdę jest taka czysta? No przecież na pewno wdepniecie w końską kupę w lesie! Ale to żaden śmieć w końcu, ot nawóz doskonały, albo owcze bobki. Usz, jak na nich podgrzybki rosną, no powiem Wam, gigantycznie rosną!!! A i ludzie wcale nie są doskonali, więc trafi się i kupa psia! Ale co tam, rozpuści się w trawie, nic to… Ale cała reszta? Może jednak chodzi o to, że poza sezonem ludzi tu niewiele i w większości są… powiedzmy to szczerze, wcale nie zamożni. Może jednak chodzi o to, że zwyczajnie Tubylców nie stać na śmiecenie? A może jednak tylko i wyłącznie o podatki. Wyspa płaci ich tyle, że kurcze, zdaje się, że płaci za cały świat!!! Podatek za psa, podatek od życia, od samochodu… nic innego nie zostaje, jak tylko rower między nogi, albo z buta. Nic innego, jak tylko siedzieć na swoim końcu Wyspy.

IMG_9610

Wiatr wiatrem, słonko słonkiem, a Halloween za pasem. Znaczy wiecie, u nas się zaczyna już w ten weekend. A co, dynie są, więc dlaczego nie zabawić się? W końcu świat dookoła zrobił się tak kolorowy! kurcze, skąd te klony mają tyle czerwienie? Niczym owe dziewice, którym opowiada się o bieliźnie i nocy poślubnej. Wiecie, nie tylko różowiejące, nie będące skomplikowanie grzecznymi, ale wprost palące buraka!!! Niesamowite pośród wciąż niezdecydowanej zieleni. Zieleni, która może i nie chce odpuścić. Która widziała, jak trawy wysokie zmieniają się w złoto i odchodzą, która osłaniała owoce i nasiona… Przeraża mnie jedno, że nie zdążę, jakoś przegapię ten moment, gdy kolory zapłoną. Albo gorzej, na dodtek deszcz będzie ciekł z nieba i świat zmieni się w szarość… I chociaż strasznie potrzeba Wyspie deszczu, to nie chcę przegapić jesiennej, kolorowej rozpusty. Pięknej, oszałamiającej, niesamowitej. Niemożliwej do odtworzenia we wszelakich postaciach sztuki. Serio! Bo do kolorów trzeba dodać zapach, do zapachu uczucie i nie da się tego wyrzeźbić, namalować, czy wykleić.

Nie w całości.

Powolność, to dziwne wrażenie, że w końcu można po prostu spędzić dzień w łóżku, narasta. Wraz z dłuższą nocą, bardziej powszednim mrokiem, trawnikiem, który nie wymaga już cotygodniowego trymowanie, jakoś tak… zwalniamy. W firmach coraz częściej nastaje hasta manana. Bo przecież wszystko może poczekać. Już wkrótce z trudnością będzie się można dostać na Wyspę. Wszystko znowu przechodzić będzie przez Szwecję. Fale urastać będą do rozmiarów szokujących, a prędkość wiatr sprawi, że Wyspa się zatrzyma, a jednocześnie… odleci. No bo wiatraki… przecież muszą być od czegoś. Prąd? Jaki prąd? Mąka? No weźcie no!!! Tosz to przeżytek przecież, więc o co chodzi z tymi śmigiełkami i wiatraczkami? A o to, że Wyspa nie jest nieruchoma. Gorzej, nie jest nawet przyczepiona do samej ziemi niczym innym niż te wszelkie siły ezgzystencjonalno-grawitacyjne. Wyspa umie latać. Dlatego ma wiatraczki, wiatraczki i wszelkie młynki. Dzięki nim sie unosi, przemieszcza poprzez wymiary i welony światów, przez okna i przesmyki… ale wiecie, ponieważ niewielu wierzy w taką możliwość, więc niewielu to dostrzega. Czasem się dziwią z tego, co wody wyrzucają na brzeg, ale kto tam ma czas na takie obserwacje. Zresztą, kto by w to uwierzył poza mną?

A ja biorę na to leki!!!

Serio!!!

IMG_6483

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zapominanie… została wyłączona

Pan Tealight i Wielka Erekcja…

„Oj oczywiście, że trzeba było się napracować, by tak stał. Nic, co dobre i rajcujące, niesamowite i wnoszące uśmiech do dnia i nocy, nic takiego nie zdarza się ot tak zwyczajnie. Ot ups siup i już. Trzeba włożyć w to pracę, a często i użyć więcej niż zaledwie jednej dłoni… Najpierw oczywiście znajdujemy odpowiedni materiał, potem lekko go ku sobie skłaniamy, no i nawilżamy, bo co jak co, ale nawilżać trzeba, szczególnie, jeśli chce się erekcję utrzymać na dłużej. Można też pomalować, wiecie użyć farbek, mas, albo innych, zabawnych, miło pachnących mikstur. Może i coś słodkiego, trochę miodu, może i bitej masy… eee może i wszlekiej innej cudowności, co sprawi, że będzie się po nim zjeżdżać dobrze, że będzie się trzymał dłużej, stał i cieszył… i doczepić wstążeczki, ale się łatwo rwące, albo jadalne!

Czas Wielkiej Erekcji wnosił do Białego Domostwa wiele oczekiwania, szeptów w ciemnościach, garść drżeń, szczególnie u podstaw i pośród wszelkich fundamentów, ale przede wszystkim słodkie zapachy. Bo przecież z tej okazji trzeba było coś upiec, upichcić, no i dogotować. Złapane i zebrane cuda już czekały, całkiem niemartwe, by oddać swoje soki światu… wiecie, zbliżała się Noc Dynii, więc… każdy chciał się zabawić, a z względnej wysokości o wiele łatwiej wdzierało się do Świata Za Welonem. Dlatego postanowili ustawić pieniek, albo drabinkę, albo może i wieżę? Babela Niestosownego. Ale jeden mały pieniek, czy drabinka, to za mało dla takiej społeczności, dlatego wybrali pal, wbili go, ozdobili i obdarzyli niespodziankami na szczycie, a potem utrudnili do nich dotarcie. Dla zabawy, ale i ku przypomnieniu, że wszelaka trudność w życiu, może być obalona kilkoma ruchami siekiery, tudzież piły łańcuchowej… lub zwyczajnej, wkurzonej Wiedźmy Wrony Pożartej.

Bo widzicie, zabawa to jedno, światy i pranie firanek z roztwierającego się między paździenrikiem a listopadem okna, to zwykła robota…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5747

Z cyklu przeczytane: „Wiedźma” – … bo z wampirem fajnie jest!!! I każdy chciałby mieć jednego za chłopaka i to takiego, wiecie, niezbyt połyskliwego! Blondasa co prawda, ale zadziornego i całkiem, niekrólewskiego. Bo widzicie, to jest opowieść o wiedźmie i wamirze. Ona ma lat 18, on raczej więcej, bliżej setki, ale tak na ludzkie oko około 20. Dogadują się… całkiem dobrze, mimo wszelkich różnic. Tylko… co z tego będzie? Co się wydarzy, co pokręci ich ścieżki.

Oto opowieść lekko studencka, podobna do książek Aleksandry Rudej. Wiadomo, zza wschodniej granicy. Komiczna, dowcipna, lekko łobuzerska i przepełniona folklorem. Ponownie szkoła, nauczyciele, młodzi wredni i młodzi gotowi na wszystko i starzy, którzy już to przeżyli. Olga Gromyko nie przebiera… bierze wszystko, miesza, przyprawia i rozrzuca po nieboskłonie swej krainy. Z jednej strony tylko nas rozśmiesza, z drugiej, jakoś tak z nostalgią pozwala kroczyć po pylistych drogach… Jeżeli przeraża Was młodziutki wiek bohaterki, bez bólu, to nie idiotka zapatrzona w ukochanego, ni tam podlotek z wciąż dojrzewającym mózgiem. W.Redna jest już doskonała i ukształtowana!!! Nadmiernie dorosła miejscami, choć i psotna!!!

Pięć tomów – a właściwie trzy – serwuje doskonałą rozrywkę. Naprawdę, bo tutaj nic nie jest takie, jak wam wcześniej wmawiano. Nic nie jest wyłącznie jednotorową definicją, nic nie jest pewne. Czy to wałach, czy klacz, krasnolud, elf, czy też zwykły porąbany mag, niczgo nie możecie być pewni, a na dodatek z każdym tomem autorka się rozwija i pozwala sobie na… jeszcze więcej. Naprawdę autorzy zza wschodniej granicy to moje subtelne odkrycie ostatnich lat… szkoda, że traktuje się ich tutaj trochę po macoszemu. Naprawdę szkoda, bo mądra rozrywka, to coś więcej, niż śmiechowa głupawka.

IMG_7371

Wieje…

Wieje tak bardzo, że jakoś tak zwyczajnie przygniatasz się do ziemi, do podłogi, do łóżka i nie chcesz wstać, a jednocześnie wyzierające zza chmur słonko mruga i krzywiąc się na tą twoją złośliwą leniwość, wygania cię do roboty. No cóż, pomimo oślepiających cudów przyrody, trza też odwalić robotę. Wiecie, ową co prawda wciąż mieszczącą się w przyrodzie, ale jednak… robotę. A możnaby się zwyczajnie uwalić na wciąż zielonej trawie, przy polu, które nieźle kiełkuje radosną świeżością i dać się porwać wietrzności. Dać się przetrzepać i przewiać, przelecieć nawet nad skałami i szczytami drzew, nad domami i polami, nad kukurydzą, która w tym roku dziwnie niska, pewno przez brak deszczu i nad gołością tych miejsc, które odpoczywają. Nad ową sympatyczną cichością, ale i nad wzburzeniem morza. Nad chmurami i pod nimi, pomiędzy kolorami i w szarościach. Gdyby tak kurcze można było tylko leżeć i gapić się w niebo. Gapić na owe cudowności chmurzane, z których każda wygląda dość… sprośnie. A może tylko cieszy się na nasz widok? I na te słonie i smoki, na dziwnie, tańczące robale i wszelkie niebiańskie krajobrazy. I na te gałęzie, tak łatwo się poddające i dzieki temu trwające wciąż, ale i na kamienie, których nic nie ruszy, no przynajmniej do czasu. Do czasu, gdy wiatry skumają się z wodami i znowu przemodelują Wyspę.

Widzicie, co roku Wyspa się zmienia mocniej i bardziej, i wiatr wraz z wodą jest temu winny. A może nie do końca winny, może zwyczajnie artystyczny? A może po prostu w ten sposób Wyspa uczy swoich ludzi, że zmiany są wkurzające, ale przydatne? Kto ją tam wie, skryta jest w tym temacie, ale przyznać należy, że wybrzeże zmienia się wciąż i wciąż i wciąż. Tutaj łacha piachu, która zaraz zniknie, tutaj nagle wyższe stały się stare kamienie, a niektóre coś przykryło. A tam… patrzcie jak te drzewa urosły? No kiedy to było, tosz niedawno człowiek je oglądał a one co? już takie dorosłe? Nie dość, że po szkołach, to już zamężne i dzieciate?

Wieje… a gdy wieje, to umysłowość tubylców mocno szaleje. Nagle w głowie pojawiają się dziwne wspomnienia, nagle coś nas pcha w miejsca, w których dawno nie byliśmy, w te, o których istnieniu zapomnieliśmy, a może tylko coś w nas owych odwiedzin nie potrzebowało? Nie tylko wybrzeże się przemeblowywuje, ale i sami mieszkańcy. Odkurzają się stare pomysły, powracają marzenia, te niespełnione, domagając się zwyczajnie ponownego wzięcia ich pod rozwagę. Bo wiecie, w przyrodzie nic nie ginie. Zwyczajnie… nie można wciąż myśleć o wszystkim.

No nie da się!!!

IMG_5680

Ciemność.

Przez jakiś czas lampy na zewnątrz, oświetlające i ścieżki i drogi, działały i w nocy. Pewno dla Turyścizny niezwyczajnej normalnej, swojskiej ciemności, ale teraz, po sezonie, z wybiciem północy wszystko gaśnie. Zwyczajnie. Tylko w niektórych oknach dogorywają po północy nieliczne świeczki. Jest ciemno. I to oczywiście, wiecie, taka natura jesienna, ciemno robi się wcześniej… a gdy jeszcze wieje, ech, od razu człowiek wie, że może się uwalić i olać robotę. Dostaje przyzwolenie, dudniące falami powiewów pod czachą, na olewanie, lenienie się i chrapanie. Na kocyk i grube skarpety, na niewychylanie nosa z domu i po prostu… spanie. A powiem Wam, że o tej porze roku sny na Wyspie są niesamowite! Długometrażowe, wybitne i kolorowe – tak, wiem że naukowcy nie uznają kolorowych, ale co oni tam wiedzą, może nigdy naprawdę nie śnili? Sny sensacyjne, albo iluzoryczne, nadmiernie prawdziwe, ale nie koszmarowe. Może i thrillerowe, może i trochę kryminał liżący horror, ale… cudne! Piękne i symboliczne. Pragnące wyjaśnić wszelkie tajemnice i przypomnieć najskrytsze, przywalone kurzem, pragnienia. Nie dziwota, że na ulicach niewiele ludzi. Od czasu do czasu – raz w tą i raz w drugą – przebiegnie sobie ktoś na horyzoncie, ktoś inny wyprowadzi psa na siku i tak się toczy życie na Wyspie. Spokojnie…

Ale wiecie, wcale nie nudnie!!! W jakiś dziwny sposób, tutaj nigdy nie jest nudno. Zawsze można coś robić, więc… cechuje Wyspę nadproduktliwość. Nadsprzątanie, nadpucowanie i nadartystyczne się produkowanie. Jeszcze nie widziałam ludzi siedzących ot tak, jeśli już, to tylko Turyściznę. Siedzą czasem, jedzą obiad, a potem ruszają dalej. Nawet jeśli wybierają się w tak zwaną głuszę z koszyczkiem piknikowym, nie bojąc się misia, całkiem mile dla oka odziani, rozsiadają się i konsumują, a potem z powrotem do pracy. Takie to wszystko eleganckie, takie ponadczasowe. Zresztą większość z nich porusza się samochodami, które modne były w zeszłym wieku, więc… gdyby tak przymknąć oczy i spojrzeć od środka… możnaby uwierzyć, że czas biegnie do tyłu poza sezonem. I to całkiem szybko biegnie.

IMG_0194

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wielka Erekcja… została wyłączona