Pan Tealight i Szpieg z Krainy Kleszczowców…

„Wszystkim się wydaje, że te kleszcze to zło takie i w ogóle. Że choroby, ból, no i ogólnie mówiąc sami pomyślcie jak to wygląda jak wam taki robal wystaje z brzucha, ręki, lub onej intymnej części ciała. I wiecie… pije i puchnie, puchnie i grzduka. Narusza waszą osobistość i swobodę i wolność… no karmi się, a nawet kurna rachunku mu nie można wystawić, ani co gorsza napiwku nie zostawia! Nosz bezczelność i tyle. A co gorsza, nie jak z komarem, żadne brzęczenie go nie zapowiada.

Nawet jeśli naciągniesz sobie gacie na uszy, to wciąż możecie się stać li ino pożywieniem. Wyłącznie i tylko oną kupą mięcha, a raczej workiem krwi. Ino wsadzasz słomeczke i już… gra i buczy, esencja życia przechodzi z ciała w robala. Bezczelnie skradziona, z oszołomionej miejscowo ofiary.

Wrednie…

Ale one… oni też mają dzieci!

I swoje partie polityczne. Kleszcze też mają swoje domy i życia… więc szczególnie wegetarianie, czyż nie powinni chętniej sie wystawiac na ich karmienie, by odkupić winy milionów? Ekhm… No co. Sami pomyślcie, toż to niezaprzeczalna logika. Brutalnie niezaprzeczalna. A jednak nie chcą, więc Szpieg z Krainy Kleszczowców wypuścił się w świat, by sprawdzić, którzy smaczniejsi, którzy się nadadzą na pokarm, by zwyczajnie lekko rynek wiecie wysondować. Uzbrojony w swoją wiedzę i wszelaki urok osobisty, lekko zmodyfikowany genetycznie, przypominał coś, co wytworzyło się z połączenia Thora, HeMana i głos miało Sherlocka. A może to ten Szkot był… hmmm, wiecie sepleniący. Bo przecież i Kleszczowy Świat stać na wszelkie GMO, by ino dostać krew. Dla niej zrobią wszystko… więc wykształcili jego, wymanipulowali perfekcyjnie, stworzyli oną zewnętrzną i wewnętrzną doskonałość, a potem…

… a potem on spotkał Wiedźmę Wronę Pożartą i plan się rypnął.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_9095

Z cyklu przeczytane: „Tam gdzie ty” – … ty… Tylko, czy z tego możliwe będzie MY? Czy wszystko to, co się wydarzyło doprowadzi nas do jakiejś przyszłości?

Oto kontynuacja „Między wierszami”, opowieści z planu filmowego. Historii tych, którzy musieli zbyt szybko dorosnąć, którzy popełnili błędy, ale wciąż pragną czegoś nowego, czegoś więcej, czegoś razem. Emma i Graham próbują po raz kolejny, ale czy w takim środowisku pełnym zawiści i przebiegle skonstruowanych intryg możliwa jest miłość? Prawdziwa miłość?

Opowieść współczesna, raczej dla młodszych, a jednak i bardziej dorosłe panie znajdują w pisaniu Tammary Webber coś dla siebie. Może nadzieję na bajkę, a może jednak scenariusz dla sennych ucieczek od codzienności? Na pewno lekka, podzielona na osoby opowieść. Forma pamiętnika, pierwsza osoba, a może raczej spapierowana filmowa taśma… choć, czy wciąż istnieją szpule filmowe?

Dla tych, którzy wierzą w miłość.

A może dla tych, którzy chcą w nią uwierzyć?

img_7245-2

Pawi terrorzym…

No zwiały.

Zwiały komuś i wiecie, nie dość, że na gigancie są, to jeszcze latają, straszą, a tutaj ferie… Turyścizna zjechała najczęściej z małymi dzieciami i co… ech, same problemy z tym ptactwem! Co prawda są tylko dwa, ale wiecie uzbrojone w pazury i ogony, w dzioby i te dziwne wrzaski. I kolory jeszcze przecież… w końcu to pawie.

Na szczęście opanowąły południe, więc jeszcze się nie boję, ale co, jeśli zwołają znajomych? Albo wiecie, same się zajmą powiększaniem swojej bandy? Rozlezą się po Wyspie i wszystko będzie już pawiowe. A ile pawiostwa znieść można? Oj tak, pewno, że pawie sa popularne na Wyspie. Czasem idzie sobie człek, idzie spokojnie, nagle nawet w środku lasu, gdzie jakaś chatynka stoi siedzi taki wielki koleś na starym aucie marki nieznanej mi… baba w końcu ze mnie, siedzi i się gapi. I oną szyję wyziera w górę, ma te różne ozdobniki, ma te różne groszki na rureczkach, ma te wszelakie kolorki, ma tą oną bogackość w sobie i… czuję się jak ona gorsza siostra Kopciuszka. Wiecie, ta gruba, brzydka w łachmanach, no nie tych łachmanach modnych co to teraz z dziurami sa wielce pożądane, ale w tych tanich… po przodkach. I z pryszczami. I brudną, co to wiecie tchnie rybą i starymi skarpetami… tak się czuję.

Ogólnie pawie mnie przerażają.

Są wielkie, wrzaskliwie i działają na mnie jak łabędzie. A tak, pogoniły mnie kiedyś łabędzie. Podpłynęły z daleka i mnie pogoniły ze skał, nosz prosiaki! I gęsi mnie ganiały cyklicznie… ech, ile człek kilometrów nabił, coby te stada ptasiorów wyminąć… Może to z powodu kolorów? Szare i czarne wrony, rudziki i wszelakie krukowate, jakoś mnie nie ganiają. Miłe sa, choć często krzykliwe aż nadto. A te cudne sroki, a te kawki, często takie wiecie, pobite i poszarpane, bo one aż nadto waleczne i wkurzone są… ech misiowe dla mnie zawsze, więc może to rasizm?

img_0650

Ogólnie mówiąc… dynie.

A tak, jak co roku mamy Halloween i Gudhjem. Z każdym rokiem jest gorzej. Sorry, ale moja fanatyczna miłość do Wyspy nie sprawia, że jestem az tak ślepa… stare klocki słomy, dynie, kilka prześcieradeł i oczywiście te zwyczajowe czarne mężczyzny na wozie. I tyle. Pod wozem nic więcej. Pewno, że jest słomiany labirynt i rzucone dynie w porcie, ale kurcze… jeżeli chodzi o zebranie ludzi, by coś zrobili, to na Wyspie trudno. Serio… Przykład? Internet. Moja okolica jako jedyna nie dostanie fajnego internetu bo… bo firma za słabo błagała ludzi, by go chcieli za darmo. A tak. Wot i specyficzny sposób myślenia. Ja nic nie zrobię, ktoś powinien za mnie, a jak nie, to będę krzyczał, ale tylko trochę i głównie w internecie i tyle…

No ale…

Halloween.

Czyli wiecie, ponieważ u nas są ferie, więc najzwyczajniej w świecie są i ludkowie, które z chęcią zabawią się niezależnie od czasu. Ogólnie mówiąc, ten czas wolny większość rodzin spędza w wynajętych domkach, albo domkach wakacyjnych własnych. Daczach, sommerhusach, czy też szopach po przodkach. Bo przecież najważniejsze, to spędzić czas poza domem, łażąc po lesie, po plażach, po wszelakich ścieżkach i zwyczajnie oderwać się od świata. Fascynujące jest to, że domki wynajmują i rodziny i znajomi i najzwyczajniej w świecie, zabawić się.  A ja nie umiem, więc patrzę się na nich, takich wyzwolonych z onego pracowniczego kieratu… spacerujących, jedzących lody, biorących udział w biegach i wszelakich zbiorowych wariactwach… picie, jedzenie i śpiew included, z chęcią. Bardzo wielką chęcią!!!

A… nadal szaro.

Znaczy wiecie, chłodno i buro. Aż mnie coś w sercu boli, gdy pomyślę, jakie fajne zdjęcia można by zrobić, gdyby tylko wyszło słonko. Ale nie pada, więc owe groma ludzi przynajmniej nie mokną, ale… znowu wyżerają goudę w sklepie. Kurcze, o co w tym chodzi, no wiecie, o co chodzi z onym serożerstwem?

img_7586

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szpieg z Krainy Kleszczowców… została wyłączona

Pan Tealight i Klechdy Wyspowe…

„Tak przy jesieni, szczególnie tej szarawej, wieczorami dziwnie różowo-brudnej, mlecznej w głębinach nieba, dziwnie zagubionej… tak, szczególnie przy tej jesieni, gdy pierwsze zabarwione szaleńczo liście odcinają sie od drzew, które wcześniej zrezygnowały z tych szelestów, albo wiecie li tylko pozostały w zieleni… były bardziej widoczne. Mocnej drżały, mocniej błyskały, mocniej jakoś tak…

… brzmiały.

Klechdy.

Podania regionalne, opowieści nie do końca zrozumiałe, a jednak otwierające w każdym jakieś wrota, wrota do miejsc, które obiecaliście sobie już nie odwiedzać. Wspomnienia o tych osobach, miejscach, o skałach w dziwnych kształtach o wszelkich szaleństwach, dziwach i wydziwach. O tym dziwnym kamieniu na zakręcie, o potworze, którego nikt nie widział i o syrenicach bez ogonów. O przyszłych i zaprzyszłych, o tych wszelako mądrych i głupawych, no i oczywiście…

O wszystkim.

O tym, co tak naprawdę nie jest fantazją, o tym, co prawdą jest bardziej niź baśnią czy mitem i jeszcze o tym, że wszystko, ale to wszystko ma swój początek, koniec, ale co do środka nikt nie może być pewnym. Wiecie… O zmorach i zmarłych, którzy nie odchodzili, o dwa razy narodzonych i tych, których tworzyły łzy. O tych z pyłków i zaprzeszłych liści, oraz o Turyściźnie, która czasem zostawała, a czasem wracała. O plażach i dziwnej ich płynności, o pierwszych i ostatnich. I oczywiście o nim. Bo przecież jak można by tkać te historie bez Niego? I bez Niej?

Niej…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_6030

Z cyklu przeczytane: „Karmazynowy brzeg” – … znowu on. Oczywiście, że czekałam. Oj pewno, żem uzależniona i przeczytałam dostępne tomy kilka razy… oczywiście. To przecież Pendergast! ON!!!

Tym razem obserwujemy naszego agenta i jego przyjaciółkę przy dość dziwnej sprawie. Sprawie skradzionej kolekcji… win. Ech, dlaczego on się jej podjął? I w jaki sposób poprowadzi nas to aż do… SALEM! Wiedźm, czarów, wszelakich tajemnic zaprzeszłej przeszłości. I jeszcze do nich samych, bo przecież coś jest między nimi.

Tylko co?

Okay, powieść dobra, ale nie wystrzałowa. Nie umywa się do tych pierwszych, ale zakończenie, a raczej tak ostatnia trzecia książki całkiem całkiem. Tylko… kurcze, tylko powiedzcie mi, czy on na pewno? No serio?

Nie no!

Nie może być!!!

Cała fabuła może odrobinę przewidywalna, może i nie do końca wykorzystana, bo przecież nie wyjaśniono tak wiele, może i… ale dobrze się czytało. I chociaż w pewnym momencie chciałam bardzo rąbnąć agenta w cokolwiek, to jednak… nie było źle. Ale też nie było to to, do czego gen duet nas przyzwyczaił. Z trzeciej strony, przecież tak naprawdę ta powieść jeszcze się nie skończyła, więc…

img_7250

Świat…

Fajnie się świat zamyka, gdy człowiek mieszka na Wyspie. Ogranicza się do małych tragedii, do jakichś dziwactw wszelakich, migracji ptactwa, sporadycznych zatonięć i oczywiście jeszcze pogody. A tak, tutaj pogoda to ważna sprawa. I nie tylko z powodu morza, bo przecież…

Tym razem popuściłam wodzom wszelkiej wyobraźni i udałam się do Lidla. Ha ha ha! No co, otworzyli, więc czemu nie. Nosz przeca to rozrywka, zresztą, miałam nadzieję, że Milka będzie… nie było. No ale. Sam budynek jest czadowy! Serio! Widzicie, na Wyspie wsio jest niskie. Wiadomo, wieje, koszty ogrzania, stara zabudowa… nie da się inaczej. A ludzie sporadycznie niscy, a tutaj w końcu wysoki budynek. Sufit ginie gdzieś w jasnościach, wysoko tam… aż oddychać się chce. Oddychać oczywiście oną pułapką przy drzwiach. Pułapką, która zwie się: pieczywo. Pieczywo świeże i pieczywo chrupkie, croissanty i wszelakie ciastuszka, chlebeczki, bocheneczki, bułeczki i bagietki. I jeszcze oczywiście wszelakie inne ciasta i tarty w srebrzystych pojemniczkach. Oj, ale one pachną. Niby człek wie, że może i odgrzewane, że może i z mrożonek, że może i mają tą piekarnię, a może i nie mają… ale pachnie. Tak pachnie. W szczególności, gdy człowiek kurcze włazi do środka z szarości pochmurnej, deszczu w powietrzu i zimności…

I czuje chleb!

Ech, atawistyczne wspomnienia, może i tylko wariacje wszelkiej, dziwnej wyobraxni, która kocha powroty do ciepłych domów, gdzie w przy kuchni stoi ona w fartuszku postać – zaleznie od uwielbienia płci wiecie, żeńska czy męska, jak kto lubi – stoi i piecze. Piecze i gotuje. I pachnie…

Ekhm, no sorry no.

Każdy ma jakieś fantazje. Nie mówię przecież, że wykorzystane, że bezpieczne, bo goły osobnik w fartuzku wcześniej, czy później się poparzy, a nie o to chodzi… że nie wspominałam, że goły, ech łell!!!

img_0650

Ale miało być o sklepie.

No pachnie ów sklep i wielki jest. Biały oczywiście i ma owoce na wagę, a nie ino pakowane w plastiki. I jeszcze różne ma te rzeczy… ale sorry, w większości wielkiej takie same jak w innych sklepach. Jakby kurcze na rynek bardziej północny Lidl nie robił specyfików i wszelkich myków? No wiecie, takich specjalnych? No nic, ważne, że deserek był… ech wspomnienia z dzieciństwa, a dokładnie z czasów studenckich… wiecie, taki budyniowaty ze śmietanką na czubku, w wysokim pojemniczku. Ech… to było dość dziwne i silnie sentymentalne, by zezreć to na parkingu.

Ech!

No nic.

Co do reszty zawartości, no rzeczy jak rzeczy, ostatnie piżamki – BAWEŁNA, buty jakieś, całkiem niezła jakość i brak świeczek zapachowych! A tego właśnie szukałam. Oj nie, jak można bez pachniuchowych świeczek, no jak?! O tempora, o mores i o Bogowie Spalenizny!!! Wszyscy!!! Masa smakołyków z czekolady i są pierniczki, za to super plus. I jakieś takie wiecie różne rzeczy, których człek stara się unikać, bo przecież te diety, fałdki i inne tam… smakołyki! W środku ludzi troszkę, ale bez przesady. Nikt się nie bije, nikt jednak nie wyrywa se niczego z łap.

Spokój, cisza, mało sympatyczna obsługa. Może niemiecka?

img_9041-3

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Klechdy Wyspowe… została wyłączona

Pan Tealight i Latarnia Ciemności…

„Bo byli tacy, którzy chcieli się zagubić i pozostawać w onym zagubieniu.

Bo byli tacy, którzy odmawiali szczęśliwych powrotów, ale jednak wciąż pragnęli, by ktoś na nich czekał. By ktoś jednak, by było jakieś wyjście, jeżeli zmieniliby zdanie. By zwyczajnie mieć furtkę, rozwarte wrota gdzieś bliżej niż ino w Zaświatach, by wiecie… móż po prostu podjąć drogę z powrotem, ale… nie chcieli się do tego przyznawać. To właśnie dla nich świeciła Latarnia Ciemności. Całkiem niewidzialna, ale jednak możliwa do zauważenia. Całkiem mało odblaskowa, pozbawiona lusterek, ogni i wszelakich lampionów, ale… świecącą. Czernią, a może raczej ciemnością? Nie niczym, tylko po prostu tym, co było inne. Co nie pozwalało się wytłumaczyć, ale każdy wiedział o co chodzi, co nie miało definicji, ale tliło się w załomach wszystkich wspomnień.

Bo byli tacy…

Świat w końcu ma w sobie tyle żyjątek, umarlątek niedokończonych i wszelakich bytów, że musiał stworzyć dla każdego coś. Dla naprawdę każdego. I dlatego razu pewnego narodziła się Latarnia Ciemności o imieniu Bazylia. Narodziła. Nikt jej nie zbudował, nikt jej nie postawił, nikt nawet jej nie wkręcił żaróweczki, czy pomalował pasków. Narodziła się z… no właśnie, tego nikt do końca nie wie, ale się narodziła…

… oczywiście na Wyspie.

Na wszelki wypadek.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_1562-4

Z cyklu przeczytane: „Super Hero High” – … jak na razie dwie książeczki. Do tego oczywiście laleczki, wiecie, lekko przerażające figurki i cały ten szał.

img_7243

Tak, całkiem możliwe, że tego nie rozumiem, w końcu ja fiksowałam w tym wieku na punkcie Winnetou i raczej nie było do tego gadżetów. Były te dziwne filmy, ale ja szalałam tylko książkowo.

img_7242-3

Mniejsza…

… oto opowieści o szkole i zwyczajnych niezwyczajnie dziewczynach. Wiecie, niby bohaterki w przyszłości, a tak naprawdę mają teraz zwyczajne, proste problemy z rodzicami, dziadkami, borykają się z brakiem bliskich albo ich nadmierną opiekuńczością i tyle. Nic nowego, tylko one hamerykańskie nazwy, działające mi dziwnie na nerwy, rażące w oczy. Nic nowego, całkiem nihil novi i video!

Ekhm, a taki żarcik!!!

Książeczki wiecie, dla niewymagających, dość ograniczonych w wyobraźni sferach, nader wczesnych nastolatków. Albo i odrobinę młodszych? Nie wiem… przyznaję, że po prostu dla mnie to nardzo słabe opowieści, ale mają laleczki, może więc to jest ich siłą? No i oczywiście wydanie: twarda okładka, ładna czcionka i zdobienia brzegów kartek, trzeba przyznać, że wydanie niezłe!

img_7241-2

A idę…

Wieje wciąż, ale przecież no kurna nie da się tak siedzieć w domu. Nie da się. Trzeba wyleźć i umęczyć kości. Zresztą ostatnio mam tak silnie dość internetów, że nie macie pojęcia. Nie ma w nich ciekawego, serio! Ostatnio doszłam do tak dziwacznego wniosku i to spoglądając na dziwnie manipulatorskie artykuły naukowe. Nosz kurcze no! Ludzie, czyżbyśmy serio byli tacy nudni i totalnie powtarzalni…

Kurcze, niby natura jest też powtarzalna, no i Wyspa jest… wiecie, ciagle te same pory roku, a w drugiej połowie października oczywiście czas panowania dyni w Gudhjem, wszelako lekko dziwnie wilgotny słomiany labirynt i pustka. Cudowna, niesamowita, oszałamiająca mnie pustka. Czas, w którym włażę na moją ukochaną, cudowną i niesamowitą Szarą Mrówkę i… nie ma tam nikogo poza mną, kurhanami i stojącymi głazami i oczywiście drzew poszumem i wybrzeżem w oddali i jeszcze domkami gdzieś w oddaleniu…

Chmury są, ale nic to.

Wieje…

… kurna trzeci tydzień wieje, nie mam pojęcia gdzie się podziały liście. Serio! Zielone zostały zdarte z gałęzi, a jednak nie ma ich na ścieżkach, nie ma na poboczu, nie ma na drodze, więc kurna gdzie one są? Gdzie moje grzebanie się w szelestach i poszumach, gdzie te kolory, gdzie one wszelakie, cudowne nieporządności? No gdzie? Czy jest jakieś miejsce na Wyspie, kurcze, gdzie one się zebrały, piją gorącą czekoladę, herbatę i kawę i zagryzają chłód brałnisiami? No kurcze dobra, może i jest takie miejsce, ale gdzie? Czy można się tam dostać, czy pozwolą, a może jednak strzegą ich pąki wszelkich rzepów? Wiecie, tych czepliwych i wysokie jeżyny, które oczywiście w tym okresie kolą najmocniej? Naprawdę najmocniej, przetestowałam to empirycznie!

Wieje…

A jednak wczoraj było trochę słonka. Chwila może, ale w końcu odrobinę dłuższa, nie trzy sekundy, ale prawie godzina, no dobra, z przerwami, ale jednak…

img_1239-2

Idzie sobie człowiek, a nagle jak mu nie pizg… znaczy coś mu nie pierdy… znaczy nie przeleci przed nosem. Coś niczym lekko większe bączki, wiecie, coś na kształt raczej buzujące mikrochmurki, niż zwierzaczka. Może i jakaś cholerna nowoczesna ustrojstwowość? Może i coś na kształt onych maszyn, co to bidulki pszczoły mają zatrzymać? Może i kosmici? A może ktoś mnie śledzi i wiecie, drony zaczęli już robić w takim rozmiarze?

Może?

A nie…

… bo oto opadło mnie stadko rudzików. Nosz namnożyli się kolesie i kolesiówy nieźle. Piękności takie z tymi klatami pomarańczowymi, tymi pióreczkami w lekko żółtawej szarości, tymi uśmiechami, dzióbkami, uszkami… a nie, o oczki mi chodziło, kurcze, o oczki, jakie uszki!!!? He he he!

Latają dookoła mnie jak szalone, a może postrzegają mnie jako wiecie, intrygujący pojemnik na zimowe zapasy? Ino wypchać ją ziarnem i robakami i już. Jeden to wylądował mi przy bucie i stoi.  I się nie rusza i kurcze… gapi się na mnie. Ja ze zdziwienia oczywiście też szaleję, bo ni podnieść aparatu, ni wiecie, zagadać. W końcu zaczynam się poruszać, a on nic, a oczywiście jebany aparat nie łapie ostrości. Całkiem odmawia pracy, pewno też się zagapił na ptaszka… no dobra, w końcu dochodzimy do porozumienia i oczywiście ptaszek odlatuje. Na szczęście tylko na chwilę… piękny jest. Wiatr trochę mu miesza one pióreczka, stroszy go, a rudzik i miny robi. Wiecie, przekiwuje ten swój łebek i rzuca mi to spojrzenie: kobieto strzelaj one foty, bo ja sławny chcę być, a żona na robala czeka! I jak już człek myśli, że kurcze koniec tej ptaszności…

Opada go stadko całkiem wypoczętych już mysikrólików zwyczajnych!!! Znaczy fuglekongernów po naszemu! Pewno przez te pozłotkę na czubku łebka. Kurcze, ale być opadniętym przez taką moc ptasięctwa było niesamowite. Takie są ruchliwe, bardziej niż pszczółki, bardziej niż one chmurki robinowe, bardziej…

img_1249

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Latarnia Ciemności… została wyłączona

Pan Tealight i Mucha Samobójka…

„No połkła no.

Nie da się tego ukryć, zresztą na lekarzy trza będzie wydać tyle, że już Ojeblikowi – małej, uciętej główce, łepetyna pękała. Pan Tealight jak tylko usłyszał co się stało, to wiecie, od razu wyciągnął większy kubek na herbatę, potem zdecydował się na termos i umknął do lasu… na chwilę dla siebie. Tak po prostu. Nie, no wcale nie uciekał od odpowiedzialności, czy czegoś tam, on zwyczajnie musiał. No był zajętym osobnikiem, miał swoje sekrety i wcale, ale to wcale nie chciał odbekiwać Wiedźmy Wrony Pożartej.

Wcale a wcale!

Wszystko zaszło w Małym Porcie, tym samym, w którym Syrenice se włosy zwykle myły i modelowały i zaplatały wodorostami, bo tam spokojniej jakoś, i gdzie jeszcze dochodziło do seksualnej wymiany łusek. Wiecie, takie tam dziwne sprawy syrenicowe… ekhm, Te sprawy. No to właśnie tam. Tam, gdzie zwykle sypiają te najbardziej kolorowe łódki, no i gdzie morze mieni się wszystkimi barwami tęczy, bo bardzo lubi eksperymentować z barwami swej powierzchni… i gdzie dni się potrafią srebrzyć. No tam, właśnie tam, na kamiennym występie, robiąc kolejne zdjęcie, chyba numer pięćset osiemdziesiąt… albo coś obok tego… tam właśnie, w wietrzny dzień, gdy słonko na chwilę wylazło zez chmur zaparkowała w wiedźmiej otwartej twarzy… mucha.

Największym świństwem było to, że zaparkowała bez proszenia, biletu, wiecie, ni się nie zapowiedziała wcześniej, ni nic. Nawet zresztą chyba bagażu nie miała. Tak ot zwyczajnie, może i była na gigancie, może i wszelako uciekała przed prozą życia, bo z rymowaniem miała problemy, może… A Wiedźma Wrona ją połkła. No odruch taki ma, jak wsadzają, to połyka i tyle. Może i z przestrachu, może i z jakiejś atawistycznej potrzeby białka? A kto ją wie? Teraz przecież jest w takim szoku i beka muszymi flakami, więc nikt nawet się jej nie spyta, czy ma być kremacja, czy jednak pochówek szkieletowy. Znaczy jeśli się uda, wiecie… jak to w ogóle jest z muszymi zezwłokami?

I jak wydobyć je z niejedzacej mięsa wiedźmy?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_0323

Z cyklu przeczytane: „Atlantydzka zaraza” – … tom drugi. Tom środkowy trylogii, która nie tylko podnosi temat Atlantydów, kosmitów – twórców naszej cywilizacji… no wiecie, wszystkiego tego, co opisywał Däniken i jemu podobni. Ot jednej z hipotez, bo przecież w nauce o to chodzi, by zadawać pytania…

Tom pierwszy pozostawił nas w tak dziwnym, właściwie nierozwiązywalnym miejscu, że… no nie, nie mogę powiedzieć jak, ale oczywiście autor nie wymordował głównych bohaterów. Zresztą, widać w opisie, więc żadnej tajemnicy nie zdradzam, może poza tą, iż to Immari wygrywają, a zaraza jest tak naprawdę czymś więcej. Na szczęście… ech, kosmici są wśród nas. No, może nie do końca?

Jak w poprzednim tomie masa rwanych scen, które mnie wkurzają strasznie, masa niedopowiedzeń, których jednak brakuje, masa… kurcze, no z jednej strony przegadanie, z drugiej brak info, a jednak wciąga moją archeologiczną duszę. Po prostu tak jakoś. Pozwala zadać nowe pytania, ale jakoś nie, no za nic nie mogłam polubić głównych bohaterów. No wprost… wkurzają mnie i chyba ich nie cierpię, ale… Ale sama powieść wciągnęła mnie i mocno pokręciła. Naprawdę. Bo przecież… fajnie tak pogdybać.

I teraz… jak to się skończy?

img_7244

Na zewnątrz szaro.

Rzadko się to zdarza, a jednak… może dlatego mnie tak fascynuje. Ten układ chmurek, one paseczki szarości, grafitów, wszelkich burości, ale i dziwnie agresywnych błękitów i niebieskości, a potem… nagle wszystko się rozłamuje, rozdziera i pojawia się słońce. Nie wiadomo skąd, nie wiadomo dlaczego.

Ale się pojawia… na sekundę, chwilę i moment…

Poza tym nadal wieje.

No wiecie, wiater wieje. I zielono wciąż i zdaje się, że mimo onych maleńkich popadań nadal kurcze sucho. A poza tym, to w wodzie z Hasle jednak znaleźli bakterie coli i wcale nie mówimy tutaj o pepsi. Czyli jest kupa no. Kurcze, mam nadzieję, że nie rozwinie się to w coś gorszego, no i nie ucierpią na tym te ptaszki, wiecie te maciupkie, co to na południe przelatują sobie i umęczone zahaczają o Wyspę. I wiecie, takie zdrętwiałe i zmartwiałe umykać muszą przed cholernymi kotami… znaczy chodzi o mysikrólika zwyczajnego. Wiecie, małego kolesia z takim punkiem, znaczy czubem na łepetynce. No włochany taki cudowny! A na główce pomarańczowy paseczek otoczony czarniawymi. Nosz wygooglajcie sobie, warto bo słodziak straszny!

No tak no.

Kocham ptaszki.

Nasze dwa rudziki, rządzące się w żywopłotach na przeciwko siebie stojących mają się super. Za nic nie wiem czy to dwaj panowie, panie, czy jednak parka po rozwodzie, co to nie chce razem już mieszkać, ale wiecie, wciąż coś do siebie czują, no i jakoś wolą mieć siebie na oku i jeszcze żyć bez siebie nie mogą, ale linia demarkacyjna, której żadne nie przekracza… wciąż jest na trawniku. Rudzik z prawej strony żywopłotu siada na doniczkach z poziomkami, których wybarwione na rdzawo i karminowo-bordowo liście cudownie współgrają z jego kolorami. Ten z lewej znowu woli donice z brzózkami. Jakoś tak… a pośrodku ja.

Szpieg z krainy… kleszczowców. Z aparatem w trzęsących się dłoniach staram nie oddychać i nie myśleć o tym, że strasznie chce mi się siku!!!

img_0339-3

Gdy człowiek wisi nad laptopem, a jednocześnie czuje na sobie spojrzenie okna i tego szarego świata za nim, uświadamia sobie… że to serio całkiem niesamowity jest świat. Świat, który mówi: zostań w łóżku, pozwalam ci! He he he, mówi nawet całkiem głośno, ale człek już głuchawy!!!

Albo kiepsko wychowany, czy coś?

Gdy tak wieje i duje, to kurcze trzeba przyznać, iż rozumiem tych, co nie potrafią żyć na Wyspie. Którzy rezygnują… wiecie, przyjeżdża ktoś latem, marzy się mu, więc zostaje. Stać go, uświadamia sobie po jakimś czasie, że na niewiele go stać, na dodatek wynajem mieszkania to koszmar no i jeszcze… lato się kończy i jakoś nie potrafi się odnaleźć w tym, co tak kocham… pustce ludziowej. W spacerowaniu po ścieżkach i chodniczkach i zwyczajnym niespotykaniu ludzi. Bo sorry, ale wakacje – tutaj zwane sezonem najwyższym… trwają krótko i ona pustka, pozamykane sklepy, samotność, może wielu dopiec. Zresztą, niedawno dowiedziałam się, że Gudhjem to miejsce depresyjne, a nasza wyspowa stolyca to już nie. Ech… jakoś tego nie widzę, ale…

… może wiekuiście depresyjni tak mają?

Może?

Kocham oną pustą Wyspę.

Wiecie, taką dziwnie niedoludnioną, pełną pozamykanych okiennic i nieoświetlonych okien. Wyspę, która jeszcze na tydzień ferii się lekko obudzi, a potem już będzie tylko śnić i drzemać i czasem coś przegryzie, bo to przecież kobieta, bez czekolady długo nie wytrzyma. Może właśnie w czekoladerni tej naszej z Gudhjem, gdzieś w piwnicach o słonych ścianach, skitrała sobie tonę tabliczek, zestaw pienistych kulek i oczywiście wszelakich tam innych słodkości?

Może?

img_0344

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mucha Samobójka… została wyłączona

Pan Tealight i Używki…

„No ćpał no.

Czasem życie nie da się tak na trzeźwo, albo wiecie, ino na powietrzu świeżym. Bo choć i ono smakowe, lekko słonawe jak zawieje, to jednak się nie da. No nie da się bez onych używków, a i czasem łatwiej się na nich lata… Znaczy zaraz, po nich się lata. No wiecie, po spożyciu i czasem nawet bez miotły, ale pamiętajcie o długich gaciach i serio przydają się rajstopy! Uwierzcie mi!!!

Ale ćpał.

Zwyczajowo ćpał to, co całkiem nie jest jeszcze zakazane. Wiecie, grzybki jak grzybki, porosty i te malutkie szare lasy, mikro całkiem i jeszcze te zielonkawe ludziki, co wyglądają jak żelki, ale bardziej krzyczą, gdy się je ściska zębami. Ale serio, krzyczą tak z radości i w całkiem całości wychodzą potem oną drugą stroną! Naprawdę!!! Nic im się nie dzieje, czysta ekologia, ale… bierze się je zwykle na wielkim potrzebowym haju, więc wiecie… można przecież trafić na te, które wyszły już z ciebie kiedyś, które miałeś już w sobie i które, znają cię od podszewki.

Właściwie, to dlaczego zwie się to ćpaniem? No dlaczego? Przecież bierzesz z potrzeby pewnej, nie ino z rozrywki, choć i rozrywka jest potrzebą, więc… ćpanie… „jeść łapczywie, jeść bez popijania, brać narkotyki”. Może więc, może nie do końca wszystko jest takim, jakim się zdaje? Może? W końcu garść ziół, to nic złego, roślinka, troszkę proszków, kompociki, wszelkie napary… przecież, gdy jest się Przedwiecznym, Powiecznym oraz wszelako Tuwiecznym, to nie można, nie da się tak na całkiem trzeźwo. Choć syropik być musi, by coś w duszy się rechotało potępieńczym rechotem.

Mniam… syropik!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_9112

I znowu jedzonko.

Tak jakoś się zrobiło, że dzień po dniu, ale nic to przecież, nic złego. Te pozycje wybrałam sama, sama za nie zapłaciłam. Zresztą, bez urazy, ja zawsze sobie sama płacę. Dzięki temu jak mi się nie podoba, to wiecie, mogę o tym mówić nie srając po gaciach z przestrachyu, że… A właśnie. Mała anegdotka. Dawno, dawno, dawno temu, gdy właściwie internety to wiecie przez telefony były i tak dalej, popełniłam recenzję na Merlin.pl, za którą dostałam opierdol od Autorki onej książki – debiutu! Bo widzicie, czasem nieładnie mieć własne zdanie widać, a może jednak…

Może jednak nie tak powinno być?

img_7248-2

Na Wyspie znowu afera i to całkiem mało śmieszna. Podobno wykryto w wodzie z Hasle jakieś bakterie, więc przymusowo osobnicy z Hasle i okolic muszą gotować wodę do spożycia i mycia ząbków. I to, nie żeby ino gotować… ale raczej gotować wodę w garze przez co najmniej 5 minut, a w czajniku to kilka razy!

Wczytując się w dość lakoniczny artykuł w naszej jedynej i słusznej gazetce, z jednej strony wyczuć dało się przerażenie, a z drugiej… no kto nie podaje nazwy bakteryi? No kto? Nosz kurcze blade no! I co, jeśli nie każdy czytał gazetę? Co? Zajrzycie im tam do domów, czy jednak opadnie na nas dżuma jakaś cholerna? No nie wiem, ale trochę mocno to straszne, bo w Danii wodę ciągnie się normalnie z kranu. Znaczy wiecie, jeśli przychodzicie do kogoś w gościnę, to dostaniesz kranówkę, gdy o nią poprosisz. Żadne tam wody naiwne, żadne tam smakowe, zwyczajna kranówka. Zresztą, sama pociągam nawet pod prysznicem. Bo ona taka smaczna… Przyzwyczajenie od razu ciągnie Tubylca do zlewu. No jakoś tak, więc to całe gotowanie… ech, cienko to widzę. Ale… jeżeli nie ugotują, to co? Posrają się ino, pawia puszczą, czy jednak kurcze coś gorzej?

I co z oczyszczalniami?

Ech, powiem wam, że trochę to wszystko dziwne. Niby mamy inny wodociąg, ale jednak nagle dziwnie człek spogląda na tą krystaliczną mokrość. Tak z większym przerażeniem, z jakąś obawą taką. Nagle to, co jest zwyczajne, winno być zawsze dostępne – choć człek wychował się w czasach, w których często wody nie było i zapindalać trza było do studni sąsiadów z nader daleka… to jednak. To dziwne to jest. Powiem wam szczerze, że serio atawistyczny lęk się w człowieku rodzi, gdy nagle uświadamia sobie, że bez wody, jedzenia i powietrza, to se w Fejsa nie popinkala.

Bez wody się nie da.

A kurcze, przy tych marnych opadach, to nie pociągniemy przecież z morza? Tak wiem, można odsalać, ale jednak… to wciąż nie to. Co, rosę mam zbierać. kurna Bear Grylls ze mnie, czy co?

img_7315

Jesień…

Jak najbardziej jesień, ale przez te wszystkie wietrzności, to wiecie, raczej nic z tego. Raz chłodno, raz trochę cieplej, dziwne to wszystko. Ni to słotna, szara jesień, ni to kolorowa choć za chmurami, ni to… dziwnie jest.

Ale czasem da się tak wpadnąć w międzychmurny czas. Jakoś tak się udaje. Skacze człek, czeka, cyka foty, a potem klnie, a potem modli się, a potem wyzywa znowu… no chmury one, które słonko schowały. Bo to ono jesienne światło na Wyspie, ono światło pomiędzy chmurami, to łączące w sobie ciężkość przedburzową i oną niskość zimowego promienia, jakoś tak… czaruje. Czyste jest takie, wyraziste, jakoś tak. Takie to wszystko jest wtedy niesamowite. Szczególnie na plaży wygładzonej przez pływy sztormowe, na której wilgotności odbija się oczywiście ono chmurzane niebo, jakby… wszystko zamieniło się stronami, jakbyśmy nagle stąpali po niebie…

A na morzu trzy łabędzie.

Na pierwszy rzut oka, choć moja znajomość rozpoznawania płci u ptactwa wiecie, mierna jest i ino bazuje na wielkości i ubarwieniu, no ale… na pierwszy rzut oka to są to mama, tata i oczywiście ono Brzydkie Kaczątko. Dziwnie dostojne, ale w tym rejonie świata oczywiście musi być Andersenowe! Oczywiście na falach. Fale one zwierzaczki bujają, a one zwierzaczki w czasie bujania się posilają i ino takie kuperki podskakują na niewielkich bałwanach. I może i słabo się robi człowiekowi, ale jednak one dzióbki czerwone, ociekające wodą z jakimiś tam wodorostami… takie to niesamowicie tanecznie. Baletowe nawet… choć z tym szaraczkiem i rokowe może?

Nie mogę się napatrzeć na Wyspę.

Po prostu jest to niemożliwe. Codziennie, ranek w ranek, spoglądam przez okno i sprawdzam, czy ona wciąż tam jest. Można to uznać za OCD, można i zrzucić na karby depresji, ale to robię. Sprawdzam… bo wiecie co, to wszystko może się okazać snem i to tym, z którego właśnie się obudziłam i… No dobra, czas na leki, co nie? I na obserwowanie szarości za oknem, onej jesiennej, która akceptuje zjedzenie czekolady, wypicie czegoś wrząco-tłustawego i oczywiście jakieś ciasteczko. I więcej spania i może jeszcze… grubsze skarpety?

img_9042

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Używki… została wyłączona

Pan Tealight i Wietrzne Moce Przerobowe…

„No wiało no…

Wiater jak zwykle robił to, co się mu żywnie podobało i tyle. Majtał, łopotał, wiewał i podwiewał. Zaglądał oczywiście w te wstydliwe miejsca i jakby serio nie miał w sobie żadnej moralności, to na dodatek jeszcze właził tam… Nikt nie mógł umknąć przed jego macankami, coraz bardziej śmiałymi i całkiem nie dbającymi o przyzwolenia. Co jak co, ale wiatr wiedział, że nawet jeżeli go oskarżą, to przecież nie złapią?! No przecież ni wiatraki, ni dmuchańce wszelkie, czasem może w balona, ale i w balonie będzie przez krótko, wygrzebie się stamtąd, ucieknie, umknie…

Ojeblik, mała ucięta główka, wcale nie była ostatnio w nastroju. Niby siedzenie na korpusiku cos pomogło, ale w końcu się znudziła, przypomniała sobie o swej fobii i najzwyczajniej w świecie… spadła i odtoczyła się do cybucha fajki. Oj, nie zamierzała iśc na spacer i patrzeć na ogołocone z zielonych wciąz liści drzewa. Oj nie. Nie chciała wiatru plączącego jej rzęsy i włosy, nie chciała jego powiewów wdzierających się w jej dostępne otwory… odmawiała. Jedyne co zrobiła, to dokulała się do Chatki Wiedźmy i tam, pod stołem zawinęła się w kocyk i postanowiła spać ile wlezie. A jak już wlezie, to zrobić więcej miejsca i oczywiście spać dalej.

Wiedźma Wrona Pożarta była przyzwyczajona do zachowań Wszelkich Niepotrzebnych, więc po prostu przesunęła stopą stosik w kocyku głębiej pod ścianę, by zwyczajnie nie nadepnąć jej bez okazji, lub z okazją i zwyczajnie… żyła dalej. Ale też wiatr ją męczył. Z jednej strony nie umiała bez niego żyć, wariowała od ciszy, ale… chodzenie po ścianach i zwisanie z sufitu nie działało dobrze na jej wnętrzności. No najzwyczjaniej w świecie ją mdliło… ale i tak kochała wietrzności.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_0372-2

Jedzonko książkowe!!! Bo jak tak wieje i jęczy, to wiecie, ino czytać.

img_7240

No dobra… wiatr.

Wieje.

Dawno już tak nie było, by tak telepało Wyspą przez tyle dni pod rząd. Wiem, że mądrzejsi ode mnie twierdzą, że to jakieś popłuczyny huraganów rzucających się na USA, ale serio… ten wiatr nie pachnie mi Florydą. Jest raczej dziwny, specyficzny i mocno nieidentyfikowalny. Wieje spod tak dziwnego kąta, że jak człowiek nie wpada w pokręcony stan depresyjny, to nagle biega niczym rajska sarenka po lesie i to pod górkę. Wiecie, zamiast spcaerować to skacze i pląsa, no jak szalony. Może i więc chodzi o jakies szaleństwo domieszane do powietrza? A może nadtlenienie komórek? Kurcze, kto to może wiedzieć? Ja tylko czuję…

I widzę sól na szybie i oczywiście te fale w tle, gdzieś na horyzoncie szalejące. I wiecie, czuje człowiek, że kurcze coś jakoś tak wciąż Wyspą porusza. Że wciąż i silnie dość maca mnie od środka i wieje, podwiewa, z jednej strony porusza, burzy ustalony porządek rzeczy, a z drugiej, zwyczajnie wietrzy, no wiecie, wietrzy mnie. No i pewno całą resztę ludzi też. Wiecie, tych co spacerowali dziś…

Wiecie w jaki sposób rozróżnić po sezonie i przy tak zwanej kiepskiej pogodzie, miejscowych i Duńczyków od reszty świata – czytaj Niemców? A no po minach. Bo zwyczajowy Tubylec spaceruje niezależnie od pogody. Biega, truchta, łazi, plącze się między drzewami, pląsa, gada, psy wyprowadza… zwyczajnie tak jakoś. Oj pewno, że ubrany jest w coś, co serio nie przeszłoby na ulicach miasta, często w te cudowne kompleciki, które wiecie kupuje się do robót ogrodowych, czy malowania domów. Ale oczywista oni mają je pięknie uprane i wyprasowane! Czyściutkie, ale wciąż to ino zwykłe, robocze szmatki. No i kaloszki. Kochają swoje kaloszki. Ogólnie mówiąc nie mają parcia na metki… ci z kontynentu raczej bardzo mają. A Turyścizna Posezonowa… szlaja się powolnie, wymuszenie z tym wkurwiającym zblazowanym wyrazem ryja na twarzy… he he he! Strasznie mi działają na nerwy, a dokładnie stąpają na mój wielki odcisk zwany Dumą Terytorialną. Bo sorry, ale dla mnie na Wyspie wsio piękne i święte i już, mają wszyscy to czycić, a jak nie to spieprzać na Majorki!!! Coście tutaj po palmy przyjechali i mleczka kokosowe, czy jednak po spokój, ciszę i wszelaką spokojność natury? Po powolność i wyciszenie i oną… pierwotność?

img_6842

No dobra, ale jak na razie to ta jesień nam serio nie wychodzi. No sorry, ale przez ten wiater te liście, które już jakoś się wybarwiły zniknęły wywiane na pola, te, które się nie wybarwiły w sporej części też umknęły szczególnie z tych miejsc bliskich wybrzeżu… więc wiecie, z nich to kurde raczej nic już nie będzie. Ale w Almindingen widziałam dziś, przy słabym, dziwnie jednak ostrym świetle, takie czubeczki jakby przypalone. Albo wiecie, jakby ktoś zanurzył je w zbyt mocnej farbie, kwasie nawet…

Niby nie ma słońca, a jednak te kolory, które są, potrafią i tak oczarować. Może nawet wyraźniejszymi się zdają one plamy i kulki drzew, czy tylko gałęzi skupionych w Klubach Dla Niezielonych? Wyobraźcie sobie czarniawe pnie, proste, wyprostowane i dziarsko wyciągnięte w kierunku nieba, z zielonymi gałęźmi i pokrytymi mchami korzeniami – ostro fluorescencyjnymi, zagłębionymi w brązowawe liście, a za nimi ferie barw. I żółcienie i czerwienie i brązy, dziwne srebrzystości, a do tego rzadkie plamki niebiańskiego błękitu. No czyż nie jest to raj?

I ten spokój i cisza dookoła, bo tutaj wiatr lekko wyciszony, a nawet miejscami dziwnie sam przystający, zagapiony w one skromności barwne. W te ścieżynki i dróżki, w te przeniesamowite zagajniki i skalniaki. W te skalne foramcje, nawisy i zwisy pokryte kłębami mchów, ale i pochylonymi gałęźmi tworzącymi czasem malownicze koszyczki z dziwnymi pnączami. Jakby wiecie, odbywał się tutaj jakiś targ, tylko kurcze, co jest płaciwem i co można nabyć? Bo po drodze na stoiskach przydomowych oczywiście maliny i winogrona, no i spore, cudownie dyniowatoomarańczowe dynie i jeszcze wszelakie plony, trochę ziemniaczków, a gdzie niegdzie wciąż roślinki. Ale… oczywiście sa i przetwory, więc może komuś? 20 koron, może i mniej?!

img_0343

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wietrzne Moce Przerobowe… została wyłączona

Pan Tealight i Głowy w lesie…

„Czachy porośnięte wrzosem i trawami. Kuliste zwykle, ino ta po prawej lekko długa i spiczasta, a tamta znowu to bardziej klocek, nie czaszka jak czaszka. A ta znowu to serio musi być mocnokoścista, a w tej oczodołach zagnieździły się maleńkie, słodkie muchomorki. Wiecie, te po których leci się najwyżej i najpiękniej, najlepiej i najbardziej bohatersko… i widzi się wszystko. I te kolory i tamte i te stwory i tamte i jeszcze te zapachy i jeszcze te cudowności wszelakie. Ale… ale raz ino i na wieki wieków amen. Wiecie, wiekuiście. Ale czyż po śmierci to mija? A może jednak nie? Bo może istnieją powtórne narodziny, a zresztą sorry, ale wieczność na haju nie zdaje się być czymś, czego człowiek chciałby nieposmakować.

Wiecie… szczerze.

A może tak naprawdę to plantacja?

No wiecie, hodują tu głowy, które zastępują nam te, który sie z nami narodziły? A może to złodzieje ciał? A może tylko porywacze i gwałciciele? A może chodzi o myśli? I smaczne oczy… no wiecie, tak sobie ktoś nasadził głów, jak drzew na orzeszki?!!! A może dział IKEA, w którym produkuj ino równiutkie kubeczki i pojemniczki, by zaspokoić wszelakie, nawet najbardziej OCD gusta? A może… no wiecie, nie da się o tym nie myśleć, ale może one głowy nie mają mózgów, a ino są pomieszczeniami dla jakichś tam ufoków?

A może?

Nie da się tak po prostu uciec od onej pogoni wszelakich myśli i pomysłów, no nie da się ludzie! Stoicie, lekko dziwnie po kostki w onych głowinkach różnorozmiarowych i… jakoś tak nie można się ruszyć, a ich zęby ogryzają najpierw wasze stopy, paliczki, potem kostki i łydeczki… Powoli ogryzają, a wy niczego nie czujecie, nawet onego mlaskania nie słyszycie, bo już nie jesteście sobą, już wasza głowa spadła i odtoczyła się na bok. Już wszystko to, co było problemem, nie ma znaczenia…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_1000

Popadało.

Trochę.

Oj oczywista, że malutko, tym bardziej, że przecież wiatr wieje, hula, fale wbija i wsio suszy! A to oznacza, że wciąż nasze wodospady są wyłączone. Wciąż rzeczki mniejsze suchą nogą macane, a te większe to ino strumyczki liche i chudzinke. Wciąż jesteśmy suchotliwi mocno i choć w gardziołku coś drapie, a i wiecie, okna solą pokryte, to jednak kurcze… to jednak kurcze jakoś tak mikro w wilgotności.

Wieje…

Za to w morzu wody więcej. Zamiast portów mamy wielkie, buzujące, głębokie kałuży, na których kołyszą się łódeczki, na których… jakoś tak niespokojnie. Do brzegu już nie dojdziesz, zresztą lepiej nie, bo przecież z łatwością fala taka cię porwie i zabierze do siebie. Bo wiecie, fale lubią mieć ludzi ze sobą, jak dzieci swoje ukochane misie, laleczki i inne tam zabawki. Ale jak się fali dziwić. Choć w tłumie, to jednak może i czuje się samotna, w tym wyścigu mokrych szczurów, by ino chłostać to, co brzegiem, Wyspą, niemorzem. By tylko wtargnąć na powierzchnię… i wziąć sobie ludzika.

Podobno jakaś pani nie spała cały dzień…

… bo widzicie otwarcie Lidla było dzisiaj i taką się to okazało dla niej rozrywką i przeżyciem, że nie umiała. Nie mogła. No i jak tu spać, jak sklep otwierają i chyba ciastka były za friko… choć pewna nie jestem. Za to promocja była na pewno na różne rzeczy, aczkolwiek większość i tak w cenie rzeczy jak w innych miejscach, ale… Widzicie, gdy tak człek patrzy pod oną kolejkę pod Lidlem, bo fotki są… to mu się Polska przypomina. Ech, widzicie, ludzie wszędzie są tacy sami, ino w niektórych miejscach więcej kłamią i udają i tyle. A kolejka do Lidla z rana była ogromna. Oczywiście, że w większości namacalnej seniorzy. I jakoś ci, co do roboty nie poszli, bo przeca u nas z rozrywkami wiecie posucha w tym okresie, więc nie dziwota. Sama nie byłam. Może kiedyś będę, ale spoglądając na gazetki reklamowe, to wszystko w tym Lidlu jak w innych sklepach, więc po kiego serio on Lidl? No serio ludzie!!!

Wieje… może to popłuczyny po tych innych huraganach, a może coś innego, nie wiem, za to sorry, ale idę złapać czereśnię. Poleciała!

img_0519-3

22 koty…

Mówiłam już, że kontynentalna Dania zwala na Wyspę wszystko… natenczas zwala koty. Bo wiecie, bo czemu nie. Bosz one słodkie i tak dalej. Sorry, ale nie jestem kociarą i ich słodkość mnie nie przekonuje. Za to wiem jak trudne jest zachowanie równowagi na Wyspie, tej biologicznej, ekologicznej, onej naturalnej. Nie rozumiem po kiego w miejsce, gdzie kotów już starczy, a nawet jest za dużo przywozić nowe. Sorry, ale jeżeli tutaj kot nie żre myszy, to zwyczajnie jest ino srającym, wkurwiającym sąsiadów zwierzakiem. Straszącym ptaki, zeżerającym hodowlane króliki i zmniejszającym kruche pogłowie dzikowatych cudowności jak zające czy bażanty.

Nie.

Nadmiar kotów nie jest okay ludzie! Czy Australia niczego Was nie nauczyła? No serio!!! Tak wiem, puchate kulki ble ble ble. Ale gdzie rozum? No i jeszcze jedno, bo to zakrawa na rasizm specyficzny, że właściciele psów nie dość, że bulą podatki, pieski muszą być na smyczy, inaczej chyba tysiączek się płaci – choć większość to kurcze wiecie, olewa to i można zostać nagle obłapionym przez giganta, albo mieć lekko nadgryzioną dupę przez parkę brytanów, miałam nie polecam… to jednak koty, a szczególnie te współczesne, niełowiące, wszelako wkurzające, srające pod oknami, wrzeszczące, przejedzone dziwnym żarciem, wykastrowane… to coś dziwnego.

Nie!!!

Bezmyślni ludzie są wszędzie. To nie opowieści ze średniowiecza, gdzie rzeczywiście kot był często na wagę złota i nikt nie urządzał mu urodzin, bo zwierzak pracował i zachowywał swoją dzikość. Sorry, ale psy zdecydowały być z ludźmi, a koty nigdy nawet o tym nie pomyślały. Serio! Nigdy!!!

img_0383

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Głowy w lesie… została wyłączona

Pan Tealight i Chatka bez Nóżki…

„Może jej odpadła?

No wiecie, biegła gdzieś, biegła, potknęła się, wstała, ale nadal biegła i siup i nie ma nóżki. Stoczyła się ona w przepaść, przepadła na zawsze, wilcy ją porwali, albo jakieś tam ufoki. A może taka się urodziła, no beznóżkowa? Może jej mama taka była, albo odziedziczyła oną specyficzność po babci ze strony pradziadka matki siostry żony?

Może?

Beznóżkowa była.

Malutka, drewniana, z pociemniałym, lekko mocno szarawym drewienkiem. Trójkątnym dachem i malutkim ganeczkiem. Chatynka bardziej niż chatka. Maleństwo i drobina jednoizbowa, może z łóżeczkiem tuż pod dachem? Dwoma okienkami, drzwiczkami ślicznymi, i lusterkiem z przodu, bo w środku się już nawet ono nie zmieściło i mrówką lustrzanką w oknie, na szybce. Wielką i pokrętnie roześmianą. I jeszcze ławą przed domkiem, taką ze stolikiem. Patrzyła się lekko zamyślona w oną maciupką przecinkę, patrzyła na przestrzeń niebiańska i drzewna, na przepaść niewielką, głazy gładkie, nieowrzosowane i nieotrawione.

Tak po prostu… była.

Bez onej nóżki, ale wiecie, na czterech dziwnych, mikrych, ale słodkich, włochatych łapkach. Była dla samej siebie, nie wiedźmy, nie Jasia i nie Magłośki wścibskiej małej skurkowanej popr… No sorry, ale po prostu i Chatka Beznóżki miała swoje problemy i przeszłości bolesne, może i większe, głębsze niż nam się wydaje. Ale… była też chatynką zamkniętą. Niechcącą kontaktów, więc… Wiedźma Wrona Pożarta jej nie zmuszała. Po prostu mijając uśmiechała się, upuszczała garść cukierków na ganeczek pusty i odchodziła. Zawsze, za każdym razem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1997

Z cyklu przeczytane: „Wiatrogon aeronauty” – … Jim. Jim Butcher. Jakoś się do niego przekonałam po pierwszej niechęci, jakoś mnie w końcu kupił i jakoś tak zdecydowała się na tą nowowydaną serię i nie żałuję. Bo choć to nie Dresden, to jednak to wciąż Jim.

Oto opowieść o innym świecie, natarciu i walce. Ale co ważniejsze dla wielu z was, oto opowieśc o kotach, z którymi pogadać można, ale one wciąż są zwyczajnymi kotami. Zadufanymi w sobie widzącymi tylko siebie, bóstwami prawie. I oto opowieść o młodych i starszych, o wojownikach, tych, którzy nie do końca wiedzą kim są i oczywiście o statku i jego kampitanie i jeszcze o eterykach. O naukowości, magii, o przekrętach i politycznościach, no wiecie… o świecie.

Nie kocham kotów.

Nie mam na ich punkcie fioła, ot zwierzaki, rozmiękam czasem na widok puchatej kulki, ale nie trawię paurów, kłaków i rzygania, więc… no dobra, psy wolę. I wrony. Ale jednak to, w jaki sposób Butcher opisał koty mnie kupił. One są niesamowite. To jakby inne plemię, żyjące obok ludzi, których uważają za gorszą rasę, ale jednak inny świat. I to świat, z którym można się porozumieć. Jedna z naszych bohaterek serio w tym przoduje. Druga z bohaterek ma za to w rodzinie mutanta, a i on mutant jest NIESAMOWITY!!! Ale jednak… najbardziej zakochałam się w eterykach. Dziwnie kocich, zachowujących się jak one, szalonych oczywiście, ale i intrygujacych…

Powieść naprawdę super!

Dobrze się czyta, nie rani uszu nadmiernie smarkatymi postaciami, a i przygodowan jest nieźle, zadziorna i w bohaterach oszałamiająca. W bihaterach nadzywczaj różnorodnych i wściekle one and only! Niby wkurza, że znowu walka, że znowu coś, co przypomina inne historie, ale przecież czyż życie nie jest wieczną walką? I czasem miłością? Ciekawe, co wydarzy się dalej?

IMG_4281 (2)

Las…

Inny taki i skały. Niby wszędzie u nas jakieś skały, nie da się od nich uciec, ale te wyglądają serio jak odięte głowy. Jakbym nagle znalazła się na miniaturowej polnace bezcielesnych. Pozbawionych kadłubków i tak dalej. I ta ścieżka, tak dziwnie mnie wiodąca, nagle znikająca, nagle pokazująca sporą willę, a przed nią jakieś ogródki i dziwne, takie trumienne worki w nich i ten napis… że tu żyją wegetarianie! Ekhm, może i wege, ale kurde, ludzina to ludzina?

Dziwnie dookoła onej posiadłości uczucia, gdzieś tam dziwna jurta, a tam znowu coś, czego nie da się przeoczyć i nagle ścieżka się kończy. Jest tabliczka, napis STI, ale jednak ścieżki jakotakiej nie ma, bo przecież… kurcze, bo przecież nikt tutaj nie chodzi, bo ja jestem taka rąbnięta, by pakować się w jakieś głodne otchłanie, ale… one otchłanie takie są piękne. Takie niesamowite, takie powalające. Może i trudno się idzie, może i szalenie niewygodnie, może i te łby, skały, a wszystko porośnięte dziwnie w powietrzu unoszącą się trawą i krzewinkami rzadkimi… ale przynajmniej chyba umknęłam onym wegetarianom. Kurcze, że też ludziom dobrze na aż takim odludziu, dziwnie zagłębionym, dziwnie pleśniowo-wodnistym, bez widoków na morze… Ale ludzie są przecież różni, czyż nie. Jedni żyją tutaj, inno wdrapują się na kolejne skały świadomi tego, że nie wiedzą dokąd zmierzają, ale okoliczności piękne takie, więc idą.

Wszystko takie malownicze.

Lasy dziwnie nietknięte, jagodzińce, mszawińce i wszelakie lekko pochylone drzewa tkwiące niby w uścisku, niczym te kochanki, które właśnie się zorientowały, że kurcze ktoś na nich patrzy i nie wiedzą, czy działać dalej, czy przerwać, czy im się ono oglądanie podoba, czy jednak kurcze… wiecie, nieswojo się z tym czują i wsio im opada i tak dalej… ekhm. Lasy no. W końcu jakaś ścieżka, i trzy drogi do wyboru. I co teraz? Po prawej trolle śoiące, pokryte mszanym kocykiem, po lewej przepaść, więc w końcu człek znajduje swoją ścieżkę znaczoną muchomorkami. Takie to kurcze wymowne, jak te one chatki i przecinki i dziwne zaniknięcia nieba… i te liście pojedyncze kolorowe i te kolory spojawiające się i znikające, i ona wilgotność po mokrej nocy… Ekhm, no serio, mokruśka się w końcu i nam trafiła. W końcu chwilę popadało. Mało, bo mało, ale jednak popadało!!! I alleluja z tym wszystkim i może w końcu ona susza przejdzie?

Mogłabym tak łazić tym lasem, ale w brzuchu burczy, więc kierując sie odgłosami cywilizacji szosowej… idę dalej. Z nadzieją, że ono dalej oznacza jednak dalej i z powrotem, wiecie. Do domu…

IMG_1156

Za przecinką dwa domki i szopa.

Jeden czerwony, większy… może nawet pokój z kuchnią i miejscem do ablucji, a może jednak nie? Na pewno maks ekologii, bo wszystko lekko tak mało błyszczące, mało kminiące świat. Przed wejściem odaszona przestrzeń i widok na przepastność. I szopka z tyłu, drewno przygotowane na zimno jakieś. I ten stolik z ławeczkami i cisza i spokojność. z każdej strony drzewa poza ścieżką i prostopadle do niej leżącą, zarośniętą przepaścią. I można tylko patrzeć na te drzewa w oddali przez takie niby okienko, bo trochę gładkich, stalowych skał tam, a prosi się o ofiarę, o pogańskie spełnienie.

Muszę przyznać, że to było szalenie zaskakujące. Tak idzie człowiek kompletnymi bezdrożami, przerażony lekko, bo zgubił się na pewno i nic innego poza dalszym stawianiem kroków zrobić nie może, więc… a tu nagle te chatki. Przeszedł przez moczary, bagna i lekkie tylko obślizgnienia wilgotne, przez wrzosowiska, miejsca zarośnięte tak dziwnie, że gdy następowałeś na nie, to wtedy wpadałeś po pachwiny w przestrzeń jakąś wiszącą pomiędzy tym a tamtym, a jeszcze czymś całkiem niedefiniowalnym. Miękkim, ale jednak przerażającym i łachoczącym, na co nie daliśmy przyzwolenia. A tu nagle te domki. W głebi lasu, daleko od dobrej drogi, odosobnione, zagubione może? Może gdzieś szły, a jednak… się zgubiły i już zostały? Może?

I te lusterka na tej mniejszej chatce…

Dlaczego i po co?

Wiatry znowu wieją. Mocno, silnie, obalająco. Sprawiają, że człek czuje się trochę zwolniony z obowiązków i po prostu może… pospać. Łeb napiernicza częściej, a jednak jakoś człowiekowi lżej na duszy i słonko w końcu tak nie daje i szarości więcej, a jak wylezie zza chmur, to nagle szaleństwo kolorów, jakby wszelakie klejnoty sie budziły, zrzucały z siebie kołderki i lazły do łazienki umyć zęby. Wiecie, szorować się ze wszelkiej senności. Fale wielkiej, nawet tutaj u nas słychać ten huk i łomot. Pomyśleć, że kiedyś człowiek sobie myślał, że to może denerwować. Że może być dziwne. Kiedyś myślał, że to drzewa, ale teraz nie umie już bez tego żyć.

Po prostu nie umie.

IMG_0650 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Chatka bez Nóżki… została wyłączona

Pan Tealight i Spanie…

„Myśleli o tym…

Myśleli o tym, co roku. Gdy tylko jesień otulała Wyspę, gdy liście szeleścić zaczynały w ten specyficzny, smaczny sposób, niczym bekon na patelni, smażony ser i oczywiście wszelakie czipsy… i jeszcze chleb smażony, taki z dzieciństwa, gdy jedzenie było do jedzenia, a nie było wyłącznie jebanym wyrzutem sumienia. I jeszcze jak ciasto, to chrupkie, te części mocniej przypieczone. I jeszcze wafle i nugaty i orzeszki w cukrze. I kakałko. No wiecie, popić trzeba przecież i wszystko co rozgrzewa, co ciepłe i koce. I poduszki i oczywiście grube, marszczące się skarpetki.

Myśleli o tym.

Bo jakoś tak sen nikogo tutaj nie przerażał. Bo sen oznacza zawsze przygodę, z której i tu na dwoje babuńki wróżą, można się obudzić na czas, za wcześnie lub za późno. Wiecie, zwyczajnie tak. A jednak sen korci, kręci i nęci. Bo można w nim tak wiele, a nawet i więcej. Można i być i niebyć i jeszcze… więc może w końcu zasnąć? Może po prostu się nie budzić? Może zacząć od tej nocy, a może od dnia?

Myśleli o tym…

Co roku szykowali się na sen, a potem Wiedźma Wrona Pożarta marudziła, potem tęskniła za liśćmi, do nocy łapała kolory i… nigdy im nie wychodziło, ale może tego roku? Może dziś, lub jutro? Może? Bo to byłoby całkiem fajne, tak najjeść się i śnić. I nie wstawać, nie musieć nie pragnieć. Po prostu być. Sennym, śpiącym i śniącym. Po prostu być. Bo przecież.

Myśleli o tym.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0662

Z cyklu przeczytane: „Hatszepsut” – … Ona. Wielka Królowa. Ta, która przyczepiła sobie brodę. Która twierdziła, że spłodził ją sam bóg… jedna z moich ulubionych władczyń ever. Wciąż jeszcze jednak tajemnicza.

Nadig podejmuje narrację swojej biografii wraz z zabytkami. Charakteryzuje reliefy, malowidła, zapisy. Łączy fakty, porównuje je, stara się wydobyć coś z tego, co już wiemy, ale czy odnajduje coś nowego? Hmmm, nie do końca, ale trzeba przyznać, że intrygująco się to czyta. Z jednej strony zwykła robota historyka, z drugiej, jednak opowieść o kobiecie. O tej, która upolityczniła swoje panowanie. Udeikowała je? Zbóstwiła samą siebie? Bo przecież choć władcy zawsze byli bliscy bogom (synowie, następcy, bóstwa ucieleśnione), to jednak ona miała jeden, mały problem.

Była kobietą.

Czyż to nie intrygujące, że czytam to teraz, gdy w Polsce Czarny Poniedziałek? Przypadek, a jednak, może nie? Może kosmos chce mi coś powiedzieć? Na przykład to, że świat się nie zmienia? Że nawet gdy próbuje, gdy już jest prawie okay, to jednak w końcu powraca do tego samego… i baby mają pod górkę? Hatszepsut miała pod górkę. I to nie tylko wtedy, gdy spojrzymy na układ świątyń. Miała pod górkę z powodu narządów posiadanych wewnętrz ciała… bo rozum wiecie, miała jak wszyscy.

Warto przeczytać, ale tylko wtedy, gdy naprawdę kochacie Egipt. Gdy archeologia czy egiptologia były waszą pasją, gdy macie jakieś pojęcie o królestwach, datowaniach i władcach Starożytnego Egiptu. To już nie opowieść dla każdego, to już naukowe rozkminianie faktów wykopanych.

IMG_1530 (2)

Zmarł gość od rzeźby…

Tak jakoś pomór ostatnio, ale tym razem… padło na kogoś, kto wzbudzał kontrowersje. Wiecie, ogromne kontrowersje i jak znam życie, to sie onych kontrowersji… ech, raczej się ich nie pozbędziemy. Oczywiście chodzi mi o te koszmarki z rond w Rønne. Pamiętacie? Te takie metalowe rusztowania w kształcie prostopadłościanu, które postawiono na rondzie. W przygotowaniu kolejne… Naprawdę koszmarki, naprawdę nie miejsce na nie gdzieś, gdzie powinno się gapić wyłącznie na szosę, a teraz… Głupio tak powiedzieć komuś, kogo już nie ma, żeby sobie je zabrał? Ale jak człek pomyśli ile na to wydali, to jakoś może łatwiej. A może zwyczajnie znowu Wyspa zabrała głos?

Sztuka na Wyspie jest ważna.

Właściwie każdy dom ma jakiegoś artystę: malarza, rzeźbiarza… kogokolwiek. Każdy tutaj tworzy, nie da się inaczej, dlatego mnie coś wkurza… i nie tylko mnie, wkurza to, iż kasę wydaje się poza Wyspą. Że płaci się komuś z Kopenhagi, zamiast wykorzystać tych niesamowitych twórców, których sorry, ale mamy na pęczki! I to ich powinno sie dokarmiać. W tym przypadku czasem wydaje mi się, że ten mój patriotyzm lokalny przynależy tylko mi… że to ja wywalam tańszy kalafior i biorę ten z Wyspy. Że wciąż mi się chce. Że rezygnuję z tego, co poza… że wkurza mnie piekarnia Netto. Zamiast brać od naszych piekarzy, to sobie budują nową? Serio…

A może to tylko moja…

Głupota?

Nie wiem.

Nie rozumiem.

Wiem jedno… od lat spoglądam jak to wszystko upada. Jak wydaje się miliony – dosłownie – na durnoty, zamiast zainteresować się i zainwestować w to, co pod nosem. Co jest tańsze, a nie oznacza to tego, iż jest gorsze. Tylko jak to zrozumieć? I jak uzmysłowić to innym? No jak? W końcu w krwi Duńczyków tkwi, poza dziwną, pokrętną miłością do Ojczyzny, jakieś takie poczucie, że ino to, co hamerykańskie jest dobre. Ino to, co stamtąd ważne, mądre i modne i jeszcze… kurcze, no wiecie, godne bardzo durnych, wyśrubowanych cen! Hmmmm, takie to polskie…

IMG_0186

Siedzę sobie w porcie i zjadam lody. Gapią się na mnie mewy i wróble. Gapią się tymi swoimi oczkami, z jednej strony dziwnie te oczki ich proszące, z drugiej drapieżne, sokole takie, krogulcze… niby normalne, że jesz na zewnątrz, oznacza, że się dzielisz… nie da się inaczej. Nie ma takiej opcji, więc się dzielisz. Bo się patrzą na ciebie i masz wrażenie, że zaraz doskoczą co do łapy, wydłubią oczy i język i jeszcze pocmoktają ci z czaszki otwartej i jeszcze…

Najedzą się!

… więc się dzielisz. Nie masz innego wyjścia, zresztą, gdy człowiek patrzy na te domeczki, dachy, te kolory i niebo takie chmurzaste, fale może nie wielkie jeszcze, ale intensywne i silne, to jakoś tak go radość przepełnia i już mu nie trzeba tego cukru i bitej śmietany i może się podzielić. Bo chociaż ma tylko chwilę, to jednak za każdym razem, gdy tu przychodzi coś mu sie w duszy przewraca i macha nóżkami i rączkami i dziwnie nuci i cieszy się, a przecież… to tylko port. Pustawy właściwie, bo to już październik. Z pozamykanymi drzwiami, oknami. Z ciszą jakąś taką i tymi mewami. Garstką ludzi, którzy załapali się na lody – jeszcze przez niecały chyba miesiąc otwarte od 10 do 17. Wpatrzonych w morze. Milczących, uśmiechających się do onych fal czystych, poblasków nagrzewieniowych i burzanów i bałwanów i chmur…

Bo chmury dziś były niesamowite. Szkoda, że przed zachodem się zachmurzyło, bo na pewno bym pędziła z włosem rozwianym i innymi rzeczami też, wiecie, łapać kolory. Bo te mogą oszołomić, a to głupio przegapić. Bo przecież to lepsze niż internety i telewizje i inne tam metki. Bo to natura…

Natura jest super! A ta morska cudownie oczyszcza i nie mówię tutaj tylko o solankowym pillingu! Oj nie! Chodzi o to, co człowiek wdycha, w siebie wciąga. To coś, co wypycha z niego i pozwala wydychać to coś, co od dawna tam siedziało, co obciążało nas, co doprowadzało do szału, co nie pozwalało… odetchnąć. Ale już jest dobrze. Już znowu płyniesz. Już znowu… żyjesz… i żresz loda do spółki z ptakami portowymi i cieszysz się, że to właśnie…

… MOŻESZ.

IMG_0745

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Spanie… została wyłączona

Pan Tealight i Podatnicy i Podatnikowie…

„Od magii?

Ale jak to podatek od magii? Bo niby, że co, że od interesu nie możecie, bo Sklepik ino sklepikiem z nazwy, to co, to podatek od magii? A juści mamy jej w nadmiarze i pewno, że niekoniecznie chcemy się nią dzielić, boście nie zasłużyli, ale podatek… asz jak dorwę, jak zamienię ci odbyt z ustami, jak nagle flaki ci na druty nawlokę, i choć marne me umiejętności, to sweterek bez wycięć udziergam i z golfikiem na dodatek ci ją zrobię i nosić ją będziesz! Asz jak sprawię, że uszy zamiast oczu będziesz, miał a gały zamiast małżowin, zobaczysz jak fajno będzie, albo sprawię, że pokochają cię wszyscy. Co? Nic w tym złego? Tak myślisz? Chcesz spróbować? Chcesz zobaczyć jak to jest, że kochają cię tak bardzo, że aż chcą… cię zjeść?

Chcesz ciołku jebany?

Zrobię cię w potrawce, z grzybkami na latanie i oczywiście tymi dziwnymi śliwko-czereśniami, co to je znalazłam nad wodą. I może z ziółkami na lepsze trawienie, bo przecież po co tak się tym martwić potem, wiesz, tkankowo i flaczkowo? Dorzucę troszkę fajnych liści, podam w pięknej misce z kwiatuszkami na rąbku i oczywiście z sosjerką pasującą do kompletu. I jeszcze srebrne sztućce! I może deserek? Ale czym zagryźć takiego Poborcę Podatków?

Tak… pojawił się kiedyś jeden takowy przy Chatce Wiedźmy, ale Wiedźma Wrona sama nic sobie takiego nie przypomina. No dobra, może od jakiegoś czasu coś tak bardziej jęczy pod Spiżarką, ale… poza tym, żadnych zmian, serio. Ni huhu! Nic nie zaszło, żadnych krwi rozbryzgów, pokoi dodatkowych, pomieszczeń, podmieszczeń, piwcni i dobudówek, więc… Nie, no nie migłaby?

A może?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4513

Z cyklu przeczytane: „Władca północy” – … najgorsze? Że trzeba poczekać na ten tom trzeci! Bo w tej opowieści, mimo iż wiecie, co sie wydarzy, jeśli nie, to serio zazdroszczę! to wszystko kręci. Wszystko jest jakieś takie nietypowe.

Z powieściami historycznymi jest tak, że potrafią zaskoczyć. Nie tylko pozwalają wejść w przeszłość, przekonać się, że ludzie serio się nie zmieniają, a cała reszta, to tylko gadżety i religie… pozwalają nam uczyć się na cudzych błędach, a i potrafią oczarować i omagicznić. Nawet jeśli jest się tym, na którym wszyscy opierają swoją przyszłość. Nawet jeśli jesteś władcą…

Czas dla naszego głównego bohatera w końcu stać się musi lepszym. W końcu kocha, jest kochanym i może ją poślubić. Tylko? No widzicie, przeszkody jednak nie ustępują. Ale o miłość trzeba walczyć, czyż nie? To tez się nie zmieniło. Walki wewnętrzne, ciągłe groźby spoza granic Anglii, czyli jak zwykle. Do tego niesamowite opisy, cudowne dialogi, a przede wszystkim ona przeszłość… oj można się zakochać w tamtych czasach. Ale też i mogą nas one przerazić.

Dobra książka. Naprawdę dobry środek trylogii. mocny, zmienny, trzymający w napięciu nawet tych, co wiedzą, jak to wszystko się skończy. Dobrze napisany, sobrze złożony i kończący się w takim momencie, że chcecie spakować wszystko, nabyć bilet i stalkować autorkę pod oknem. By dowiedzieć się, co dalej z Anne i Ryszardem. By może ubłagać ją, by zmieniła historię…

IMG_1527 (2)

Świat dookolny nadal wieje, ale nic to.

Świat dookolny nadal pędzi, jakby mu płacili na akord, ale nic to.

Nic to nawet, że kurcze z tą jesienią coś nie tak…

Bo coraz bliżej święta!!!

Ha ha ha!!!

No dobra, dobra, dobra. Tak wiem, większość unika tego myślenia, ale mój czas dzieli się na ten przed… i potem oczekiwanie na czas przedświąteczny. A co. Tym bardziej, że wiecie, u nas one świętowanie jest całkiem inne i jeśli tylko unikniecie kolejnych pytań: czy wyjeżdżasz do Polski na święta, to jest super.

W dziwny sposób Duńczyk nie potrafi zrozumieć tego, że nie jeździsz do Polski. Że nie kochasz, czycisz, że masz duńską flagę w oknie, na skrzynce, na aucie i kopertach wysyłanych do znajomych. Nie może zrozumieć, że można kochać kraj, w którym się nie urodziło. Dla nich to zwyczajnie nie jest możliwe. A może wszyscy Polacy, których spotkali tak naprawdę robili tylko to? Jeździli tylko tam, gadali zbyt wiele, oporni byli… a my tacy bardziej często duńscy od samej Królowej? Serio… to cytat.

Święta…

Oczywiście, że nie mamy jeszcze ozdób i wszelakich takich tam w sklepach. Zresztą… bez urazy, ale te kilka sklepików na krzyz na całą Wyspę, więc czego ocekujecie. Ale… podobno mają Lidla otworzyć. Miał być już w wakacje, ale widzicie, jakoś nie wyszło. I choć nadal nie rozumiem tego, po kiego nam kolejny sklep… bo sorry, ale kto ma tam chodzić? No kto? U nas poza sezonem zwykle jedna osoba w sklepie i to jest sprzedawca! Serio! Współczuję im, bo siedzieć muszą, a nikogo z drugiej strony lady. To nadal tylko 40 tysięcy ludzików. Poza sezonem nawet i mniej, bo przecież większość nadal ściemnia, że tutaj mieszka… choć prawo ostatnio zaczyna brać im się za skórę… wiecie, pożyjemy i zobaczymy. Albo i nie.

IMG_0272

Opowieść o patronimikach.

A teraz wiecie, krótki rys historyczny, zresztą Wuj Googiel Wam pomoże sprawdzić moje tłumaczenie… oto opowieść o dawnych sprawach, gdy jeszcze on był synem swego ojca, a ona była córką swego… też ojca. Wiecie, zwyczajna sprawa jak Hansen i Hansdatter. Proste. Jest sobie Inga, za ojca ma Tima i nazwisko gotowe. To zostało. Wciąż jeszcze sporo nazwisk kończy się na… „sen”. Ale nikt już nie tworzy tak nazwisk, chociaż… warto popatrzeć na zdjęcia w gazecie, ślubne, gdzie zawsze widnieje informacja jak będzie się nazywała para. I wiecie co, nie trzymają się często tego, co modne, ale tego, co raczej tradycjne. Co zaskakuje? Choć nie powinno: to wpływy niemieckie w nazwiskach. No i te romantyczne nazwiska, które z łatwością można powiązać z gårdami! Ech, mieć swą posiadłość… i nazwisko rodowe. Mniam! Do tego jeszcze korona, kraik i przynajmniej dwa tytuły szlacheckie… Choć koronowanym wszystko wolno, może więc korona mi wystarczy, czyż nie?

„Anker, Bidstrup, Bohn, Boss, Bødcher, Dam, Dich, Døsien, Ellebye, Engel, Finne, Funch, Gardener, Graver, Hagen, Hammer, Harbo, Hartvig, Hjorth, Hogensen, Holm, Holst, Hop, Høy, Kamper, Kjøller, Koch, Kofod, Kofoed, Koefoed, Kords, Kordua, Kure, Lind, Lolle, Lundt, Madvig, Marcher, Munch, Munk, Høy, Pihl, Pritt, Rasch, Riis, (Rømer), Schomager, Sejersen, Sillehoved, (Skotte), Skotving, (Smed), Sonne, Spillemand, Stender, Treebeen, Vest, Vever, Vind, Westh, Vævest, Wildthagen, Winkelmand, Wolsen & Zander” – To podobno najpopularniejsze nazwiska na Wyspie… hmmm, wiecie co, nadal wydaje mi się, że wszyscy mają na imię Kofod albo Kofoed. Albo wiecie, kiedyś się tak nazywał. Albo… jego babcia, ciocia…

Czy mnie korci inne nazwisko? Tak i to bardzo. Czy można? Oczywiście, że można, ale trzeba zapłacić, jak za wszystko tutaj. Mam z czego wybierać, ale co wybrać? Jaką historię? Pod jaką posiadłość się podpiąć, bo wiecie, z posiadłościowymi nazwiskami nie jest tak łatwo… trza się dogadać.

IMG_4625 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Podatnicy i Podatnikowie… została wyłączona