Pan Tealight i Tęsknota Wisielców…

„Wzgórza, pagóreczki… zagubione w lasach, strzegące osad. Miejsca osądów, kaźni, wykrwawienia. Złamanych karków, naderwanych ścięgien.

Ostatnich tchnień i słów.

No było ich na Wyspie sporo. Wiecie, jakoś tak wyszło, iż wieszanie niegdyś było najlepszą i najtańszą rozrywką. Catering zwykle był w zestawie, a i te widoki, lasy i wszelakie pradawne grobowce… ekhm, mogło się podobać. Wiadomo, z czasem, gdy podobno się wszyscy ucywilizowali, znaczy po prostu im odbiło, wieszanie zaczęło tracić na modzie, wartości, a i jakoś tak, no te ciuszki na wisielca, serio, moda się zmieniła, ale miejsca pozostały.

I tęskniły.

Tęskniły za oną popularnością, za zgromadzeniami i zainteresowaniem. Same wizytacje Wiedźmy Wrony Pożartej im nie wystarczyły. No sorry, ale odmawiała wieszania kogokolwiek. Najpierw się tłumaczyła, że niechlujnie, że ręce, więzy, potem, że kurcze za niska, że jednak niesilna wystarczająco… ech, w końcu zrozumiały, że nic z tego nie będzie, więc przywołały ichnich celebrytów…

… Duchy Wisielców.

I wtedy się zaczęło.

No bo wiecie ile taki celebryta sobie za występ liczy? A ilu na Wyspie dokonało żywota w formie wiszącej? A jakie mają plany? No bo przecież Jul nadchodzi, więc wiszelkie pynty wiszące są w cenie i można by wiecie, jakąś taką modną serię wykonać, no i oczywiście kaskę z tego zebrać… przekazać na rodziny Ofiar Niewiszących? Ekhm. Albo koncerty? Bo część z nich po tej operacji zyskało cudowne moce głosowe!

I co teraz?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_0369-2

Zwykła sprawa…

Pory roku, dzień i noc, przemijanie, kurde zmiany… pakuje się człowiek do Netto i co i kurna świąteczności właściwie co na lekarstwo. Trochę świeczek w białych i czerwonych kolorach, nic więcej. W Spar nic kompletnie. No weźcie no. Ja rozumiem, że nas na Wyspie niewiele, ale kurde bo mi świąteczność siada! I biorąc pod uwagę jak szybko wszystkie te cudowności znikają z półek i koszyków, to chyba jednak ludzie chcą ich? O co więc chodzi? Ino nie mówcie mi, że to polityka, bo tej nie znoszę, a na poprawność polityczną rzygam i dostaję wysypki w miejscach intymnych innych osób!!! Nie dziwota, że ludzie się rzucili jak wariaci na świąteczny wypad samolotowy.

A tak, oto nowość, której bilety rozeszły się jak nie tylko one bułeczki, ale i wiecie, kiełbaski w głodny czas, jak darmowe próbki wielkości ogromnych, jak… no nie wiem jak co, ale się rozeszły. W ogóle to ludzie najpierw zagłosowali. Do wyboru było kilka miejsc, w których odbywają się świąteczne jarmarki. I zgadnijcie jakie miasto wygrało? Takie na G i w Polsce leżące!!! Przyznam, że nie wiem, czy to kwestia ceny, bliskości, czy samego Gdańska, ale Tubylcy się samolotem zlecą na targ i obkupią. A co! Trzeba się jakoś doświętować. Nie wiem na co będą polować najbardziej, ale wypatrujcie ich. Będą nierzucający się w oczy, ale możliwe flagi wyspowe! A i jeszcze jedno… duńskie gazety nie informują o tym, co się w Polsce dzieje. W ogóle. Serio. Nic o czarnych marszach, nic co w polityce. Nikt się nie śmieje, wszyscy milczą. Nie znam powodów, kompletnie nie znam się na polityce, więc wiecie, nawet nie spekuluję, ale to trochę dziwne.

Wydaje się, że z jednej strony Duńczyków Polska kręci, tanio jest, jedzenie jest a napoje wyskokowe zaskakują mocą, która sprawia, że wiecie, od nowa muszą się uczyć pić. Może pociąga ich natura, może one miasta polskie, nie wiem… ale lubią sobie zrobić wypad na szopping do Polski. Albo do Niemiec. Choć ostatnio coraz częściej słysze o Polsce. Dziwne to. Może to one wypieki, może mięska i cukrasy… kurcze, trzeba będzie podpytać. Może ankietę jakąś skołować?

img_0469

Pada…

Pada dość mocno jak na Wyspę. Pada, a jednak dziś temperatura dobiła przez chwilę nawet do 8 kresek ponad zerem. Czyli całkiem ciepło. W oddali szaro-błękitne niebo i zlewające się z nim morze, ale to po lewej, bo po prawej cuda wianki. Wiecie, las oblany tym dziwnym, kryształowo-mokrym światłem. niesamowitym. Zrobienie zdjęć z parasolem to piekło fotografa, ale jednak warto się zamoczyć. Serio warto! Wszystko to, co pozostało na gałęziach zdaje się rozrzuconymi przez fale bursztynami. Ale wiecie, takimi bez skórki, bez oprawy, wolnymi, cudownymi, szalonymi…

I wiecie, te wszystkie bursztyny nakarmione jesiennym słońcem połyskują sobie na onych różnokoloowych gałęziach. Nagle człowiek na nowo odkrywa jak różne są drzewa. Jak różne są ich kory, kształty gałązek i pni, jak bardzo fascynująca jest ta ichnia skórka, jak szalenie wyglądają iglaki. Znajdujesz gałązkę sosnową i po prostu bierzesz do domu, niech pachnie tutaj, niech przez dłuzszy czas zostanie ze mną w domu. Ale na razie bursztynki. Maleńkie, zdesperowane by zostać jak najdłużej ponad ziemią, liście. Niesamowite i dzielne, a może tylko szalone i opóźniające to, co i tak nieuniknione? Kto tam je wie… niewiele mówią. LOL

Żywopłot się kiwa informując o zwiększającej się mocy wiatru, a w sklepach drzwi dla nissenów, które serio mają już dość siedzenia w lasach i mrożenia sobie tyłków. Przyzwyczaiły się jakoś do tego nowoczesnego życia, wiecie… lodówek, ciepełka i ogólnego braku ciężkotrawnych potraw. Zrzucane brody srebrzą się na konarach i korzeniach, a w chacie tłok. Może i serio tak ich nadto nie widać, ale… czuć na pewno. Nie no! Z higieną mają wszystko okay, po prostu kochają gotować i czasem tak zza drzwi pachnie, że… ech, człek chce być jeszcze niższy!

img_0535

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tęsknota Wisielców… została wyłączona

Pan Tealight i Żabon…

„Nosz przecież każdemu może się zdarzyć!!!

Niech ten bez PMSa pierwszy rzuci czekoladą!!!

Nosz kurcze no…

… i to wiecie, całkiem przez strach, zwykłe przerażenie, przestraszenie, przez nagłe wystraszenie tak jakoś listonosza Wiedźma Wrona Pożarta w Żabona zmieniła. Ale z klasą, w bardzo ładnego Żabona. Rasowego całkiem, nosz mógłby na wystawach zdobyć i medale i kokardki i pucharki, czy co tam… I to ubranego. A wiecie jak trudno tak transformować istotę w inną i zamiast starych ciuchów dać mu nowe. Elegancki surducik w zielonkawym kolorku, kamizelka, jasna koszula i czerwony krawacik w groszki. Laseczka, melonik, no Poirot na sterydach!

Oczyska wyłupiaste, twarz, a raczej cała głowa większa od reszty. Niby proporcjonalny, ale jednak kurcze wiecie, w onich żabionich proporcjach. Nic dziwacznego. Na nogach, tudzież łapach, całkiem wąskie lakierki, skarpetki w prążki, dyskretnie widoczne, brak owłosienia, oczy… i te oczy. No właśnie, oczywiście, że wciąż było w nim coś całkiem ludziowego! Całkiem i stuprocentowo. Człekokształtnego, wyraziście inteligentnego… dopóki nie wyciągnął tego języka i nie dotknął jej policzka. Wtedy…

… jebnęła klątwa znowu.

I już nie było Żabona. Oj nie. Było całkiem coś dziwniejszego. Gorszego? Cóż, to zależy od punktu widzenia.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_0398-2

Zima zima zima!!!

Ale jak to? Znaczy co? Już?

No oczywiście, że nie mam nic przeciwko, ale wiecie, wciąż pamiętam te słowa: Oj bo na Wyspie, to śniegu nie ma… potem nastała ta zima lecia, więc rzeczywiście, no wiecie… zwątpiłam. Ostatnie zimy raczej nas nie śnieżyły nadto. Wprost przeciwnie ciepło i wiecie, raczej niezimowo. czy tęsknię za snestormami i całą oną zawiejką? Oczywiście, że tak… więc gdy twierdzą mi tutaj, że śnieg już bieży do nas, a właściwie, to już nad nami wisi, to sorry, ale ja się cieszę!!!

Trzeba przyznać, że cała ta pogoda ogólnie mówiąc jest mocno porąbana. No sorry. Rozumiem wrzące lato i suszę, ale wrzący wrzesień? I właściwie początek października? Teraz znowu temperatura oscyluje lekko ponad zerem. Nie było tego cudownego przejścia, gdy to nastoletnie cyferki oznajmiały słoneczne, ale jednak niepotliwe dni… kąpania się w zaspach liściowych, słuchania szumu wodospadu, wiecie, gapienia się w niebo, bo przecież… No szkoda mi tego czasu. Tego nieistnienia jesieni. Tego całego kolorowego szaleństwa, które kurcze… na które tak mocno czekałam! Przetrwałam to cholerne wrzące lato, więc mi się należy?!!! Co nie? No należy jak wiele! Ale, może w rzeczywistości dostanę w końcu prawdziwą zimę?

Może?

Bo dziś to jakaś mżawka.

Może nie szaro, ale raczej tak jasnobłękitnie, z jednorodnym, białawo-niebieskim niebem. Miło jest… tak wiem, większość świata raczej nie pochwala takich aur, ale ja do nich tęskniłam. Można znienawidzić słonko, uwierzcie mi, naprawdę można. Wrzątek, palenie, gorąc i potliwości. I niemożliwość noszenia wielkich bluz z kapturami!!! No sorry no, ale to nie dal mnie. Chyba powinny mnie naprawdę przerażać piekielne ustawienia. Te kotły, ogniska… choć nie, przecież ogień ja kocham, tylko z latem ma problem i opalaniem na plazy – nie lubię. Może bym się odnalazła w takim piekiełku? Wiecie, dorzucanie do ognia, po prostu wszelaka zabawa spalaniem, obserwowanie przemiany, jaka zachodzi w drewienku. Ono sie tak czarownie zmienia. Czernieje, a potem bieleje… a jednak wciąż trzyma w sobie żar. Rdzawe i żółtawe, pomarańczowe i skrzące się błyski. Wszelakie wiecie, takie cudowności… przenoszenie ognia.

img_0395-2

Wczoraj w końcu, pierwszy raz od dość dawna, mogłam przejechać się w wyspowej nocności…

Kurcze, noc na Wyspie o tej porze roku pełna jest obywateli Matplanety i innych ufoków. No serio!!! Oj wiecie, sami możecie przyjechać i zobaczyć… Najpierw przerazi i porazi was ciemność. Bo przecież u nas pamiętajcie, lampy wyłącza się po północy! A co! Spać trzeba, a nie szlajać się po ulicach, w końcu z chodnikami też jestesmy na bakier! Jednak o tej porze roku mamy wieczory. Wieczory, które nadchodzą, jak i w innych miejscach, dość szybko i ciemnią dookolność, a czasem tylko wtedy człek ma czas na jakiś spacer, na pobieganie, czy po prostu powrót z miejsca, do którego się dotarło za dnia. I wiecie, bez urazy, ale świadomość widzialności siebie w ciemności, a nawet w szarości, czy mgle chodzące osobniki mają opanowaną całkiem dobrze. Sama mam te takie wiecie majtacze do plecaka i bluzy. W końcu głupio się tak zlewać z tłem, ale nocą… widzicie, nocą je widać w pełni i doskonale. I dlatego najpierw przed maską – w rozsądnej odległości – zamajtały nam paski… wielorakie świecące, żółtawo-zielono-neonowo paski… Czyli biegacze w kamizelkach paskowych, potem zaś lepiej… pokazała się kamizelka unosząca się w ciemności i całkiem ciesząca się życiem, ale najlepszy był ten ufok z lampką chyba na czółku. Sorry wyoko się majtała, więc osobnik musiał być raczej rodzaju męskiego i to dobrze odkarmionego. Oczywiście poza oną czołówką, która upodabniała go do Mikrobiego, czy R2D2 miał i paski, zresztą jego partnerka też…

Paski, kurtki, albo bujające się światełka… potem czerwone oczko oznajmiające jakiegoś jednoślada. Ech, co by człek zrobił bez onych nalepek, bez tych wszelkich cudów niewidów, co to wyglądają tak niepozornie, a mogą, nie, nie mogą… one zawsze ratują życie. W końcu jak sobie uświadomisz co to jest i przestaniesz się bać nalotu ufoków brechcisz się tak mocno, że flaczki dostają nie tylko tlenu, ale i masażu doskonałego.

Trzeba przyznać, że jest to fascynujące. Ten mrok, ciemność… to lekko tylko gdzie niegdzie połyskujące wybrzeże i oczywiście… ciemność. Mroczność. Wszelaka informacja o końcu świata. Wiecie, o tym miejscu, gdzie przelewają się wody przez krawędź płaskości. Gdzie istnieje droga tylko w dół, choć może, gdyby tak oprzeć się na krańcu, wytrzymać i wybić sie, może jest tam taka skała, która pozwala polecieć i gdzieś są inne Żółwie? I Słonie. Ech, to nie ta bajka chyba! LOL

img_0094

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Żabon… została wyłączona

Pan Tealight i Chowańca Wróżki…

„Widzicie…

… no każdy związek ma jakieś tam problemy, wzloty i upadki i pomieszania. Ale w tym związku: Chowańca i Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki – obecnie na głodzie – te problemy były dość dosłowne. Bo jeśli chodziło o wzloty, znaczyło to miotłę i akrobacje, a upadki… no właśnie dlatego te wzloty były tak sporadyczne. A pomieszania… No właśnie w atak pomieszania popadła Wiedźma Wrona na spacerze, gdy z aparatem pokładała się na ziemi, na glebie całkowitej, a on jak zwykle się nudził i szedł gdzieś w oddali, więc zoomnęła go, coby sprawdzić, czy też żadna zezwłoka się ku niemu nie garnie, upiorzyca się nie kręci i zobaczyła.

A dokładniej zobaczyła ich całe srebrzyste, szczuplisko piękne, stadko!!! No dobierały się jej do chłopa wróżki!!!? Bezczelne, małe suki o idealnych ciałach, skrzydełkach eterycznych, o taliach nie tyle osy, co kropki po igle… o strojach powłóczystych, spojrzeniach nęcących… I tak wiecie latały dookoła jego nęcącej, środkowo-tylnej części ciała. Suki i jak nic, i to suki już martwe. No zamachnęła się od razu… oj pewno, że chwilę trwało, nim wymamrotała klątwę, nim nią targneła w ich kierunku, pamiętając o osłonięciu Chowańca i to ją uratowało. Naprawdę to ją uratowało i ślepota i jeszcze ten zoom w aparacie, który pokazał coś dziwnego, że…

Ekhm, znaczy co? Że z Chowańca Wiedźmy wypierdziują się wróżki?

Ale jak to?

No przecież?

Ale, czy to jej wina… klątwa poturlała się po piaszczystej ścieżce i zniknęła gdzieś za kupką drewna, gdzie z wielkim fochem i aromatycznym fuknięciem powróciła w stanie rozbioru do mocy Wszechświata. A Wiedźma Wrona? Ekhm, no cóż… postanowiła jednak nie przesadzać z ziołami w diecie chowańcowej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_7065

Na horyzoncie lekkie rozłamanie w chmurach. Wygląda przez nie słonko, a ty człowieku oczywiście masz robotę i walisz w klawisze. No nic, może słonko nie ucieknie? Może wyjdzie jeszcze jutro? Bo te chmury takie czarowne, niczym kosmiczny chmurzasty przekładaniec, aż tylko braćłyżkę i jeść. Wielką łyżkę!!! Wiecie, szarawe nad białawymi, do tego one błękitne, niczym wkładki z jagód wpadające to tu to tam… a pod tym wszystkim one kolory drzew…

Kurde, jakie to piękne wszystko!!!

W ogóle to, że człek może wyleźć do ogrodu i widzisz morze, wiatrak i nader żółtawy gaard, jakoś sprawia, że nawet najbardziej szary dzień, najbardziej ciemny i smutny, jakoś nie przeraża. Jakoś sprawia, że daje się żyć. Że…

Ostatnio spojrzałam na wiszącą nam muzeum flagę i zaczęłam się zastanwiać, no jak do tego wszystkiego doszło? Znaczy wiecie, sorry, ale chyba bym nie zmieniła niczego w swoim życiu. Jak zawsze człowiek robi ponad 100% swych możliwości, to się nie da inaczej. I popełnia błędy i może rani innych, ale i sam jest raniony… uczy się. I jeszcze jakbym coś zmieniła, to kurde co jeśli nie było by mnie tutaj? Ale… tak serio, jak do tego doszło? I dlaczego tak wiele osób uważa spełnianie swoich marzeń i miłostek za coś trudnego, a nawet awykonalnego? Dlaczego? Po prostu robisz coś krok po kroku, zderzasz się ze ścianą, zbierasz zęby i idziesz dalej. Czasem się zdarza, że wątpisz w siebie, dostajesz w dupę tak, że już nie możesz i wracasz, cofasz sie krok do tyłu i zaczynają cię męczyć sny i nagle znowu musisz i tym razem już wiesz, jesteś pewien, że się nie cofniesz. Chociaż znowu będziesz miał chwile zwątpienia, to jednak kurcze… zbierasz się do kupy, ryczysz po nocach, krzyczysz w kamienie…

I żyjesz dalej.

… więc, czy naprawdę jest to takie trudne?

Popatrzcie dookoła siebie i zastanówcie się. Serio jest wam tak źle? A może wcale jednak nie? Może kurcze to jest to fajne coś, co się wam przydarzyło, a może… jest w was tak wielkie pragnienie zmian? No więc dlaczego ich nie wprowadzacie w czyn? No dobra, poza zostaniem seryjnym mordercą, wiecie, chyba chcę żyć…

img_0028

Załamanie pogody, może i lekkie kropienie.

Wpatrując się w oskrobany z jesiennych trawek tarasik – a tak, mam fioła na punkcie względnego porządku – zastanawiam się nad oną zimowościa, więc wszystko w porządku. I tak, mam małe srebrzyste choineczki w trawniku, bo wiecie, ja muszę mieć onej świąteczności dłużej i więcej. To mój czas. Jeszcze tylko śniegu!!!

Na razie mamy wiatr. I to ten wiatr, co to durne myśli wtłacza w mózgownice. Mocno je wtłacza i nie da się ich wywalić. No nie da, no za nic! Nic a nic! W reklamowych gazetkach u nas oczywiście nisseny. A co… trochę łosi i jak zwykle wiele tego wszystkiego, co uznaje się za skandynawskość, a co najczęściej jest zwiniętym drutem, poduszką w bieli i czystym drewnem. Drewno lubię, drutów niekoniecznie potrzebuję. Ale wszystko to jest takie trochę chłodne, trochę takie nierodzinne, fancy i wiecie singlerskie. Jakieś takie nieciepłe. Dziwnie nazbyt eleganckie. Dobrze, że choć są te krasnoludki no!!! Jakoś da się żyć, gdy nissenowe drzwi można sobie przyczepic o ściany i wiecie, w końcu zapukać, zmniejszyć się i wejść tam…

Spoza nich zawsze tak ślicznie pachnie… drożdżowym ciastem z rabarbarem i gratisową kruszonką. Wiecie ogromną kruszonką z lukierem!!!

Czas wypisać sobie wszystkie julemarkety, które u nas najczęściej zaczynają się własnie w listopadzie. Czas tez oblecieć sklepy w poszukiwaniu prezentów, bo jak znam życie znowu sprzątną wszystko na początku grudnia i tyle to widziano. Dlatego należy się wyszykować i wybrać na jakieś łowy. Bo to co można dostać na naszych julemarketach to zawsze cudowność!!! Jakieś takie ciepłe, normalne i naturalne… i oczywiście nasze, a to jednak najważniejsze!!! I tak, oczywiście, że mam swoich faworytów.

Nie mogę się doczekać!

W końcu to święta… czas Wyspy tylko dla mnie, względnej spokojności i wiecie, wciąż jeszcze 2016, bo 2017 niestety zacznie się od paskudnych zmian. Nie będzie już poczty w soboty, ale będą kolejne podwyżki… bo przecież.

Mogą…

img_7076-2

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Chowańca Wróżki… została wyłączona

Pan Tealight i Ofiara Doskonała…

„Ciemność nie tyle była gęsta, co była wszystkim.

Nie można się było jej oprzeć, nie można było pozbawić się jej dziwnego, specyficznego smaku, tego oblepiającego wrażenia, duszącego, wciskającego się wszędzie… a jednak mężczyzna wiedział dokąd idzie. Musiał mieć nie tylko plan, ale i być dobrze obeznanym z tą ścieżką. Może chodził nią codziennie i noc w noc? Może znał każdy kamień, każdy korzeń, pochyloną trawkę, czuł całym sobą każdą zmianę. Nagi, jedynie ze skórzanym pasem i garstką amuletów na szyi… dziwni pierwotny, a jednak mogący się dopasować do wszystkiego…

Ale czy robił to co noc?

Czy stawał w stawie, tuż przy kamieniu oznaczonym krzyżem. Stawał w wilgoci i dziwnej ciszy miejsca, które winno tętnić milionami odgłosów? Pośród już poczerwieniałych liści omdlałych lilii i skrzypów wciąż zielonych. Pośród żab, które milczały, pośród ważek, które śniły… może jego?

Bo stał tam.

Gdy tylko szybkim krokiem podszedł do stawu, wszedł do wody, od razu zwyczajnie pogładził kamień. Jakby to był odruch. Pogładził niczym przyjaciela, a może raczej najcudowniejszą, wybraną sobie niegdyś kochankę? Ofiary nie gładził, choć może powinien był… jeszcze się poruszała, zostawili ją taką, jaką lubił najbardziej, milczącą, ale z wciąż bijącym wnętrzem. Żywą, ale i nie do końca zagłębiającą się w oną definicję. Dla niego tylko… a on był gotowy. Nóż, który wyciągnął z przytroczonej do boku pochewki zalśnił i odbił się w oczach ofiary. Czy się bała, czy chciała krzyknąć, ale głoś uwiązł w jej krtani? Czy chciała się poruszyć, a może wydawało się jej, że to robi… o czym myślała, a może już było jej wszystko jedno.

Zatopił go w trzewiach i coś zalśniło karminem w ciemnościach. Jakby miało swoje własne światło… jakby odbierało życie, jakby… Rozcina skórę, odrzuca jej skrawki, a one cicho toną w wilgotności. Nie zatapia dłoni, raczej niczym pieszczący ostatnimi ruchami swoje dzieło rzeźbiarz… czeka na spełnienia końca. Ale przecież nie pozostanie tak na zawsze, a może tylko nie na długo…

Bazie paluchem w cieczy, obtacza go w karminowości, w końcu zatapia w swoich rozwartych ustach, mlaszcze i rzuca z uśmiechem: truskawkowy!!!

Las rozbrzmiewa stukotem i ciemność ustępuje kilkudziesięciu światłom… Wszyscy krzyczą: Sto Wieków!!!

Te torty dziś robią takie realne!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_5460

Z cyklu przeczytane: „Żelazna wojna” – … nie jest źle. Choć szybko jest kurcze. Czas miga, mija, rozbija się o osobowości i gubię się. I nagle nie wiem, kto jest głównym bohaterem i nagle kobiety biorą wszystko, a on…

No właśnie.

Oto jest środek. Wiecie, w trylogiach ono specyficzne przeczekanie, dobicie niektórych, rozwinięcie i ścięcie kilku wątków. Ot po prostu życie. Środek niezbyt ciekawy, ale nie do uniknięcia… Tylko, że ten środek jest ciekawy, ale chronologia niszczy całą zabawę, bo przecież czas mija, niektórzy pracują nad masą mięśniową, inni postanowili zostać posiadaczami ziemskimi, a Wiosna… dorasta.

Niby nic, a jednak… W tym tomie inni bohaterowie nas bawią i mamią. Inni bohaterowie sprawiają, że kwiczymy ze śmiechu, lekko nas obrusza plaskanie krwi – bo on tak to pisze, że kurcze czujecie i zapach i metaliczny smak – i przyglądamy się bliżej tym, których w pierwszym tomie zaledwie poznaliśmy z daleka.

I nie ma w tym nic złego, a jednak tęsknię za nim… Za poprzednimi bitwami i pogadankami, chociaż i tutaj coś mnie kręci i mami. I choć zakończenie doprowadziło mnie do łez… strasznych, no po prostu bober ryczący, to przecież świat i Rzymianie pędzą dalej. Świnie!!!

img_4376-2

Jak zwykle karta.

Kurcze… ciekawe, która to już? Jedna z najlepszych promocji wydawnicyzch, serio. Problem w tym, że moje są w książkach, a do książek raczej nie dotrę, więc… no przywalone są innymi książkami… więc to wciąż tylko gadżet miły, mocno niewykorzystywany! Ale ukochany!

img_4418-2

Hmmm…

No niby biologia, czy raczej fuglologia po naszemu, znaczy ornitologia, ale jednak… sikorki? Serio? No jak tak można? Brata lub siostrę w sikorkowości? Kurcze, a może to zemsta była jakaś, no kurcze, może jednak jakieś mafijne porachunki, a może powrót do atawistyczności… może?

Bo przecież były czasy, gdy wierzyło się w to, iż zjedzenie kawałka serca najdzielniejszego człowieka sprawi, że to my będziemy onym najdzielniejszym. Kiedyś zjedzenie kawałka kogoś sprawiało, że stawaliśmy się nim, zresztą, no bez urazy, ale sami pomyślcie trochę o mszy świętej… i próbujcie protestować.

Ale sikorki to nie ludzie, więc o co chodzi? A może to nieudana trepanacja czaszki, no popatrzcie jak ta większa odgania tamte dwie. Jak pilnuje, jak wbija swój niewielki dziobek… kurcze, czy ona czaszka taka miękka, może to brak wapna, może ino pustość owa kości, a może… Ekhm, no wiecie. Ornitolodzy wyjaśniają to tym, że na Christiansø zwyczajnie z powodu niewielkiej ilości pożywienia dochodzi do brutalnych aktów kanibnalizmu w niewielkiej populacji sikorek.

Zresztą…

… sami sobie obejrzyjcie. Ostrzegam, że serio filmik jest dość brutalny i już nigdy nie spojrzycie na one słodkie ptaszeczki z żółciutkimi klatami inaczej, niż niczym na kogoś, kto wam się dobierze do mózgu… No i treść mózgu małej sikorki ma bardzo wyrazistą barwę, a już wiecie po Halloween!

Cała ta historia ma jeszcze początek. Podobno sikorki napadły grupowo jedną w celu właśnie zamordowania i zjedzenia… co się dzieje z tym światem?

img_0676

Pogoda dziwna…

Serio, niby jesień, niby okay, że gloomy, ale jednak nie tutaj. Tutaj jesień zawsze była kolorowa i dość fascynująco ciepła, a teraz w powietrzu mróz, a ów specyficzny aromat jesieni zdobyczy być może ino w lesie, blisko gleby liściastej…

Ale… nawet jeżeli wydaje się człowiekowi, że wszystko to jest smutne, to nie jest. Bo to mleczne niebo, ona cudowność chmurzysta i słońce, które tak naprawdę zawsze gdzieś tutaj jest. Zawsze może wyjść zza chmur, zawsze, niezależnie od tego, czy pada, czy nie, czy wieje, czy nie… czy zapowiedzieli sztorm i znowu się mylili, a potem sztorm przychodzi bez zapowiedzi…

Cześć słonko!!!

Oj pewno, że cię widzę. Wyłazisz zza tych chmurek, które zdają się być masywną stalowością, a nie puchatymi barankami, włazisz mi w okno… a kurcze czapa, bo okna umyte!!! Ha ha ha!!! Widzę cię!!! Nie wiem, czemu tak sporadycznie cię widzę, no ale. Może masz jakiś powód? Może już tacy paskudni my ludziowie jesteśmy, może serio wcale niefajnie na nas patrzeć…

Kurcze…

Małe wyjaśnienie. Nie, cukierków i psikusów nie było. U nas raczej odbębnia się to wszystko w okresie ferii październikowych, wiecie dynie i strachy i ten tam labirynt słomiany, a łażenie po domach… no raczej nie. Czasem się zdarza, czasem się trafia, ale jakoś w naszej dzielnicy mogłam sama zezreć moje karmelki. Zresztą pogoda była jaka była, na dodatek to przełączenie światła… no wiecie, zmiana czasu, strasznie wszystkim podziałało na nerwy, więc może i zostali wszyscy we własnych domach wyżerając własne zapasy i tyle?

Kto to tam z Wyspą wie?

img_5455-2

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ofiara Doskonała… została wyłączona

Pan Tealight i Pożartka…

„No wiecie…

… w pewnych krainach zwyczajnie się je hoduje. Nie ma w tym wielkiej filozofii, ot tłuste mają być i nieszpetne, z higieną nie na bakier i w miarę wygadane. Ale nie nazbyt też, bo przecież paplająca kiełbasa to jednakowoż cliche! No i odziane w odpowiednie szaty, wiecie mundurek taki… i to od maleńkości, choć w nich ona maleńkość magicznie trwa krócej jakoś. No i oczywiście… być odnawialnymi.

Legendy głoszą, że niegdyś była tylko jedna Pożartka. Pierwsza z pierwszych, ale ktoś popełnił błąd i się w niej zakochał, a może zwyczajnie Szaleni Bogowie postanowili, że trzeba zamieszać w jej życiu… nie wiadomo, bo kto by tam kurcze chciał ich o cokolwiek pytać? Ja na pewno nie… Ona pierwsza Pożartka narodziła bliźnięta, chłopca i dziewczynkę, które pewnego dnia wstąpiwszy do Jaskini Plecenia, przemieniły się w dwadzieścia osiem bliźniąt. Par bliźniąt, więc wyciągajcie kalkulatorki… bo tyle ich mamy. Ich Pożartek.

Znaczy no pewno, że mają swoje imiona, ale zwykle zwie się je tylko tak. Tylko i wyłącznie tylko tak. Pożartki. Ofiary. Nie, bez urazy, żadne tam cierpiętnicy, w końcu życie mają na wypasie i super im jest, ale jednak… odnawialne krojenia, spalenia, podtopienia w bagnach, murowania pod fundamentami, wieszania i wszelkie inne ofiarowania Bóstwom, Duchom, Siłom Niewytłumaczalnym. Bo tym były, są i będą, tylko i wyłącznie ciałami dla typów, którzy wolą jednak pamiętać o przeszłości…

Tak. Każdy z nich był przygotowywany właśnie do tego. By zlegnąć na głazie czy ołtarzu i wykrwawić się. Ale spokojnie, one to lubiły! Serio!!! Zresztą, każdy z nas ma jakieś przeznaczenie w życiu i nie ma miejsca dla maruderów.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_1995-2

Z cyklu przeczytane: „Księga wieszczb” – … jednak nie. No tak, realizm magiczny, całe te wspaniałości, inny świat cyrku i zagubienia w przeszłości, ale jednak nie.

I tak właściwie, to nie wiem dlaczego. Może… bo to już było. Onych ksiąg i sięgania w przeszłość, zagubionych dzieci i ich odnajdywania i jeszcze poszukiwania samego siebie? I rodzinności? Może dlatego, bo przecież powieść nie jest zła. O mężczyźnie, który walczy o wszystko. O rodzinę, a raczej jej resztki, o to, by dom nie spadł ze skarpy, o siebie samego, o wspomnienia, by pozostały… gdy otrzymuje księgę, nagle wiele się zmienia, wiele wyjaśnia, ale też rodzą się nowe pytania.

Powieść jest sympatyczna i miła, ale mnie raczej ni nie porwała ni nie uniosła na falach. Jakoś tak przewidywalnym było, że on i ona się spotkają, a ono dziecko będzie… no dobra, już jestem cicho. Dla wielbicieli obyczajów z przeszłością wielką w tle. I wiecie, nadmorskich rekreacji!!! I rodzin, które chcą się zjednoczyć, ale może nie pójdzie im łatwo i łagodnego języka…

I życia.

img_7249

Słońce…

Przez cały październik było ino gościem, więc gdy tylko wylazło w ten weekend, to wyleźliśmy wszyscy. Bo wiecie, raczej Turyścizny to już nie ma. Ino te Tubylcy przemykające się pomiędzy drzewami, ślizgające na kamieniach, zabawiające sie z aparatami i oczywiście… pląsające w liściach.

No serio no… wyglądamy lekko jak te dzieci pod choinką. Co to nie wiedzą, czy odwiązać najpierw tę wstążkę, czy inną, czy zachować papier, czy jednak wyrzucić, pójść tą ścieżką, czy jednak tamtą i zaryzykować plask na glebę, bo przecież padało w nocy trochę, więc pod ona, na pierwszy rzut oka suchutką plejadą liści, to raczej wiecie, zdarza się błotko. I kamyk i może być boleśnie. Ale nic to, bo wyszło słonko i choć temperaturka oscyluje w okolicach 6 stopni pana C., to jednak kurcze baja…

Najpierw zapadam się w buczyny cudowne. Złote i żółciste i pomarańczowe i lekko rdzawe i w ogóle, kurcze, jakoś się uchowały wiatrom, bo są. Na dodatek dzięki skończonemu błękitowi nieba, wszystko wygląda tak, że ryczeć się chce. Bo takie to piękne. Tak do siebie pasuje. Te dziwnie niebieskawe pnie, szarawe i stalowe, w zależności od światła atłasowe, albo lekko chropowate… piękne. Las ma ponad setkę lat, a serio wygląda jak młodzik no. Cudnie się prezentuje. Ni zmarszczek, ni obsunień, kilka kamyczków, troszkę jakichś kępek trawy, ale poza tym grubiutki dywanik liściejów.

Bajka!!!

Buk i olsza czarna. Piękne, niesamowite, takie stoickie lekko… a może i grab jakiś? Kurcze, kto to tam wie. Podobno bywają. A kolorami i liściami się zdają… Bo widzicie, ja w lesie popadam za bardzo w zachwyt ośli taki, oczepiony, w oko wpada mi taki kamieniami obrębiony stawik miniaturowy, w którym odbija się oczywiście niebo… oczywiście i wygląda jak oko jednookiego potwora, który wiecie, pod onymi liściami już przysypia, ale jeszcze się pośmieje z tych człowieków wąchających liście.

img_0640

A potem…

… wiecie, idę szosą. Na szczęście niewiele aut, więc można popodziwiać drzewka wszelakie, które żarzą się albo żółcieją, prawie czasem niczym skóra przy żółtaczce, ale mniej zakaźnie. albo zielonkawością niezdecydowaną się puszą… znajduję ścieżkę, którą jeszcze nie szłam, nigdy…

A tam fioletowo!!!

No serio… nie wiem, czy to zasługa światła, niksu kolorów, a może właśnie tego bagienno-stawowego otoczenia Lilleborga? Nie wiem, nie wnikam, wiem, że widziałam wrzosowo-lila las i był on niesamowity. I nie mogłam się napatrzeć na ten cały ognisty szczyt, lekko żółtawy poniżej, na one błękitne pnie i czarniawe i oczywiście na te wrzosowości i fiolety wszelakie.  Na miksy ostatnicj karminów i rażącą zielonkawość mchów. Nosz kurde no, serio, po co komu telewizja? Na co komu te tam ustrojstwa techniczne, jak tu się dzieją takie rzeczy…

… takie kolory się mieszają i łączą, a jednak zachowują swoją odrębność osobową. I głębiej w las i jeszcze tutaj zimniej i mocno chłodniej i coś na kształt mrozu szczypie za odkryte części ciała i te wiecie, namoknięte, bo przecież człowiek zaliczył mokrości. Kurcze, a po piątku jeszcze nie zdążył wyschnąć. Jak nic się schoruje, ale nic to, najważniejsze przecież, że miał ten nieboskłon błękitny w 3D i mógł się nim nacieszyć i tą leśną samotnością i poleżeć na liściach i zwyczajnie mógł być. I był…

A w przyszyłym tygodniu podobno ma przyjść śnieg do Królestwa… ale pewno na Wyspę nie, więc wiecie… pozostaję w nadziei.

img_0655-2

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pożartka… została wyłączona

Pan Tealight i Snów Wytrzepywaczka…

„Ostatnia nowość!!!

Totalny wynalazek.

Piętnaście rąk!!!

Na każdą kieszeń.

Dla każdego.

Nie ocenia, nie tłumaczy, nie osądza, nie bredzi… dostępna wersja wiecznie milcząca. Dostępna wersja nucąca i przy okazji sprzątająca demony spod łóżka. Usuwa swędzące miejsca na kołdrze i oczywiście wygłaszcza wygniecenia mentalne prześcieradeł. Pomaga, odgania, nastawia na kolejną noc…

Wytrzepywaczka Snów pozwoli ci nie tylko spać lepiej, ale i nie ukaże niepożądanym osobnikom naszych najwstydliwszych marzeń sennych. Utylizuje i sterylizuje koszmary, zmienia je w baloniki, a dla bojących się wystrzałów oczywiście lizaki. Wielce dyskretna, właściwie niewidzialna, każda z dostępną opcją mentalnego usunięcia z głów przypadkowych swej obecności, lub dziwnie niegenetycznej i niegeograficznej formy poruszania się bielizny pościelowej. Nie zdradzi się, nie przejrzy ci szuflad z gaciami i gadżetami erotycznymi. Pozbawiona węchu…

Promocja!!!

Przy zakupach rodzinnych dorzucamy gratis Stróża Nocnych Moczeń!!! Tylko nasz Stróż obudzi cię na pięć sekund przed pomroczną pomocznością. W pakiecie dostępny inhalatorek oraz bateria przedłużająca opcję. Uwaga! Dostępny na każdą pomoczność. Wstydliwych obsługujemy poza kolejnością.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_3378

Z cyklu przeczytane: „Człowiek, który pozostawił po sobie cień” – … tylko cień. Tylko wspomnienie. Tylko obraz wyryty w pamięci, coś mglistego, nieuchwytnego, ale jednak trzeba go znaleźć.

Nasz bohater to inteligentny ćpun. Człowiek po przejściach, który miał już wyjść na prostą, w końcu skorzystać ze swojej inteligencji, ale… coś się stało. Znowu. I sprowadziło go do pozycji uciekiniera. Dlaczego znajomość z przeszłości tak po prześladuje? Dlaczego to wszystko, kazdy kolejny krok przywraca koszmary z dzieciństwa?

Książka wciąga, chociaż masa retrospekcji pozwala się w niej trochę zagubić, przynajmniej na początku. Mamy masę pomysłów, co mogło się stać z bogatym biznesmenem, ale z każdym krokiem one blakną. Bo z każdym krokiem uświadamiamy sobie, że w tej powieści chodzi o coś innego. Kogoś innego, kto zadarł z nie tym światem. Tylko jak walczyć z tymi, którzy posiadają wszystko?

Dobra powieść.

Wciąga, ale i czasem sprawia, że chcecie zrezygnować. Z drugiej strony nie możecie, bo cała ta opowieść zaciera linie definicji, mami i niszczy reguły, sprawia, że thriller zmienia się w sensację, a potem w powieść szpiegowską. Z jednej strony jest w niej wszystko, z drugiej, jakoś nie przytłacza, więc jak najbardziej można!

img_7252

Kattemorder…

No a co, czyż ja nie mówiłam, że u nas jak coś, znaczy wiecie thriller i sensacja, to musi być specyficznie? No musi być. No i jest. Najnowsza sensacja z Wyspy, to morderca kotów. A tak, chodzi takowy po stolycy i futrzaki morduruje. A jak je morduruje, to chyba i od razu zjada, a z futerek se gacie na zimę robi, czy coś, no wiecie… nie wiadomo. Fakt jedyy jest taki, że wkurzające miaukacze znikają…

Ludzie się burzą, znaczy jedni się burzą, ci wielce kociarze, którzy w większości pokochali mała kulkę, a wielkim to się zajmować nie chcą, więc toto lata dookoła i sra w ogródkach sąsiadów i wydziera się im pod oknami… bo kurna drą się te koty nie tylko w idy marcowe, ale jakoś tak… wiecie, jak te bachory co to wiedzą, że dostaną cukierka, jak tylko bardzo rozedrą japę. No coś w ten deseń.

Inni znowu się nie burzą, bo dość mają wrzasków i smrodów a na myszy to lepsze jeże, których mamy pod dostatkiem… i przypominają, że ekologia to coś całkiem innego, niż sprowadzanie dziwnych zwierzów do domów, kastracja ich i karmienie dziwacznym żarciem, całkiem coś innego. Bo co innego koty w gårdzie, a co innego w malutkim domeczku, w którym przeca nawet dla ludzi miejsca zbyt mało.

Ale najdziwniejsze jest to… że nie ma szczątków. No kurcze, bo może serio ktoś wiecie głodny? A może ktoś se szyje ubranka na zimę, bo ma być wielce mroźna, jak jeszcze nigdy nie była? Kurcze… przecież w tym świecie wszystko ostatnio stoi na głowie, więc czemu się dziwić? No czemu? Ja chyba się już nie dziwuję i zastanawiam się, czy utworzą specjalną komisję, czy coś… wiecie, a może obławy będa na tych bezkocich i treści żołądkowe będą nam pobierać? Kto to tam wie…

img_8667-2

Hammershus…

No to plan był taki, by było fancy i ogólnie mówiąc wielce modnie i wybrednie. I nie wyszło. Miało być posz i fikuśnie, miało być w skale, by widoki były i wiecie, ekhm, by przyjeżdżali i płacili? Chociaż to ostatnie przy darmowym wjeździe do ruin to chyba raczej nie… no ale miało być.

Ci, którzy byli w ruinach w tym roku wiedzą, że po lewej, stojąc piersią do ruin, było coś na kształt placu budowy, na którym stały maszyny, błotko było, piaski jakieś i części cząstek, ale poza tym nic. Ci, co mieli dobrego zooma, mogli oczywiście podpatrzeć conieco z wjazdu na Hammershus, ale poza tym… Poza tym wszystko miało już być gotowe w tym roku. Te wszelkie ustrojstwa łącznie z kibelkami i restauracją, owo muzeum i sklepik miały być zburzone, a Turyścizna miała siedzieć w skale. Nie, że ona Turyścizna taka brzydka i kryć ją trzeba, ale komuś się zachciało widoków. Nie rozumiem jak i dlaczego, ale się zachciało. Nie rozumiem po co burzyć dobre i ładne budyneczki, które tak serio niczego nie zasłaniały… ale dostali miliony, więc…

… więc zaczęli ryć skałę. Oczywiście skała stawiała opór i nadal stawia i teraz nie wiadomo co zrobić. Na szczęście nie zrobiono jak z pociągami – wiecie, zepsuli tory, a potem żałowali… ino poczekali, więc jest się wciąż gdzie wysikać pod ruinami! Co z tym całym koszmarnym placem budowy, który od ponad roku zasłania ONYN WIDOK… kurde, nie wiem. Pewno będą próbować dalej, ale… po raz kolejny nie rozumiem ludzi. Po co niszczyć skałę? No po kiego? I wycinać drzewa, niszczyć cieniutką warstwę gleby, po prostu dewastować wszystko. Dla widoku? Przecież on był?!!! Drzewa to nie zło do cholery jasnej!!! Wprost przeciwnie!!!

Ja po prostu nie rozumiem świata.

img_6231

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Snów Wytrzepywaczka… została wyłączona

Pan Tealight i Wiatr Z Zagranicy…

„Zwykle…

… a może zawsze wiał skądś? Może wcale nie był lokalny, rodzony na skałach, kołysanych w konarach wyspowych drzewek? Może zawsze był tylko przelotem, przewiewem, może… W końcu pachniał czasem jak orient. Jak słodycze zbyt słodkie, jak palmy, daktyle i kokosy. Jak orchidee i pomarańcze, które mimo brzydkiego kształtu i marnie pomarańczowego koloru, były najsłodsze i najsmaczniejsze.

Najsłoneczniejsze…

Ten wiatr jednak był wybitnie nie stąd. Nie wiedział co ruszać, czym machać i jak podwiewać. Nie miał pojęcia co robić, może i młody był? Może na stażu? Czy praktykach? Nie rozumiał słów, nie pojmował westchnień, całkowicie nie poznawał dróg, ni drzew, nie radził sobie z falami, rzekami, wydmami, a nawet i ze skałami… duł i duł i duł i wydawało mu się, że one się ruszą, a one jak zwykle. Miały to gdzieś…

Gdy Wiatrz Z Zagranicy tchnął w Chatkę Wiedźmy najpierw się od niej odbił, zaskoczony, że coś aż tak mu się sprzeciwia. Spróbował więc raz jeszcze i jeszcze raz… no i potem Chatka miała zwyczajnie dość, więc mu oddała. Próbował z nią walczyć, pchał i szamotał, dorwał się do dachówek, a nawet próbował walczyć z Pajęczarską Skrzynką Na Dobre Listy… ale przegrał. Jednak Chatka, jako byt ze smaczny serduszkiem, znaczy dobrym, postanowiła z nim zwyczajnie porozmawiać najpierw. I dowiedziała się strasznych rzeczy i poznała koszmary i postanowiła, że dobrze mieć własny Wiatr. Wiecie, taki co podmucha w Niekominie, co poszura, co wyczyści, co liście przepchnie do sąsiadów, Dziwnego Psa przepędzi, no wiecie… każdy potrzebuje pieszczocha. A Chatce Wiatr się spodobał tak jakoś.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_4630

Z cyklu przeczytane: „Dziewczyna z pociągu” – … mówili, że zła. No serio, co komentarz, to że się nie da czytać, że rozczarowuje. A czegoście się spodziewali po czymś, co kurcze od razu ma być filmem?

Cudów?

Bo ja się nie spodziewałam i… nie było tak źle. Ale i dobrze też nie. Oto opowieść o alkoholiczce. Oczywiście pije z jakiegos powodu, a całe jej życie zamyka się wokół domów przy jednej uliczce, przeszłości i pewnej pary – nieznajomej, którą sama wyidealizowała obserwując ją przez okno pociągu. Gdy kobieta znika, nasza bohaterka oczywiście zaczyna śledztwo… i oczywiście, że pijaczce nikt nie wierzy… I tyle. Dużo pociągów, dziwnych spotkań, wiele… niczego.

Pustki.

Powieść to dokładniej historia 3 kobiet. Tej, która straciła, tej, która wygrała i tej, której przeszłość niszczy przyszłość. Pierwsza, to nasza bohaterka, druga, to ta, która jeszcze nie wie, a trzecia… ta, która ginie. Jak to się skończy? Oj przewidywalnie. No bez jaj no! Toż tutaj można było tak fajnie namotać. I ten język, który wkurza, nie wiem czy to tłumaczenie, czy też nadzwyczajna prostota słownictwa autora? Nie wiem i nie ciekawi mnie to, za to wiem jedno, film z tego może wyjść o wiele ciekawszy niż powieść.

img_7253-2

77 miejsce na 98, oczywiście ono Lesø ma mniej… Kopenhaga na 1. Ale to pikuś! Kto by się tam przejmował przestępczością? No kto? Przecież to nic złego, czyż nie? Całkowicie nic złego!!! Szczególnie, gdy w twarz rzucają ci taką wieść. Gdy odbierają ci tytuł najpiękniejszej, gdy złośliwie udają, że im przykro, gdy korona toczy się po schodach, a ty możesz tylko patrzeć… jak inna ją podnosi. Jak głaszcze i wyciera z niej twój własny pot. Jak odziera ją z twojego DNA, na dodatek zmienia kolory kamieni i przeuracza srebro na złoto… Gdy nagle…

Nagle się okazuje, że nie jesteśmy już najcudowniejszym soliskinsoenem!!! Nosz tempora i mores no!!! Jak to nie jesteśmy? Oczywiście, że jesteśmy i Lesø się może zasolić! No bo wiecie, na tamtej wyspie, położonej pomiędzy Danią a Szwecją, ale mocno wyżej od nas, bliżej wszelkiej Północy… Że co, że mieli więcej słońca? No i co z tego kurcze, może mieliśmy problemy z dostawami prądu?

Może…

Bez urazy… widziałam Oną Lesø. Z daleka co prawda, ale ją widziałam. Płaska taka wam powiem, może i intrygujące ma ono położenie, może i solą swa sola nawet nasze karmelki? Może… no przecież każda wyspa ma coś w sobie, ale moja to Wyspa. To cud wszechrzeczy i wszechrzecz cudowności! The best ever!!!

Trzeba to przełknąć i dalej robić swoje. Dmuchać na chmury… wiecie, kurcze dmuchać, powiewać szmatkami, prześcieradłami łopotać. Bo korona musi do nas wrócić. Nawet jesli ta jesień taka dziwna, a spalone, wciąż zielonkawe liście leżą na przygnębionych ścieżkach i tak naprawdę… smutno mi.

img_0137

Ale wiecie co…

Słonko chyba wraca. Coś się ruszyło w niebie, ona szarość odstąpiła i nie umyłam okien, więc wiecie, nie ma na co zwalić. Może ten miesiąc dziwacznej szarugi, dziwacznej bardzo dla tego miejsca, się w końcu skończy. Bo wiecie, nie żebym kurcze marudziła, bo ja tam lubię szarugę, czuję się wtedy zwolniona z nadmiernej roboty… ale jednak do zdjęć potrzebuję słonka.

Tubylcy w końcu spokojnie wychodzą z domków. Serio… sama to w sobie odkryłam ostatnio, że się chowam w sezonie. Wypadam nad wodę, w miejsca gdzie brak Turyścizny i umykam w las, gdzie ona raczej nie chodzi. Jakoś tak. Człowiek nie chce być oceniany, a Turyścizna kocha to robić i traktować nas jak małpki w zoologu. A już ten sezon udowodnił, że pogorszyło się coś w obyciu pozawyspowego wszechświata. Jak dla mnie pierwsze miejsce w bezmyślności otrzymują Niemcy. Za chamstwo, dziwną wyższość i jeżedżenie bez świateł. I serio… to tyle problemu by załączyć jebany migacz? Serio? Rączki pourywało, czy co?

… cisza i spokój. No dobra, jeszcze sprzątanie przedzimowe, ale jednak trzeba. Zwyczajne rzeczy, codzienne sprawy. Orzechy kupione ze stoiska przy drodze, owce zabierane na noc do domu, ale krówki wciąż na polu… może lubią? W powietrzu czuć jednak coś dziwnego, jak przymrozek. Jakby to była zima, a nie chłodny koniec października, jakby miało być jeszcze zimniej, jakby…

img_0160

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiatr Z Zagranicy… została wyłączona

Pan Tealight i Ślepa Village…

„Oczywiście, że było od groma i ciut onych miasteczek, wioseczek i osad, wszelakich siołów… siół, oraz innych tam definicyjnie zamieszkałych, ale jednak… to było jedyne w swoim rodzaju. Całkiem niewidoczne i całkiem ślepe.

Na Wyspie.

Na tej Wyspie.

A nie dość, że ślepe, to jeszcze niewidoczne takie. Niby prowadziła do niego dróżka, nie szosa, ścieżynka raczej, jedno pasemko chudej, szarawej drogi pomiędzy polami i laskiem… właściwie, jeśli nie wiedziałeś gdzie, doką i dlaczego, to po prostu myślałeś ot dojazd do pola, ot ścieżka do lasu, ot po prostu dla turystów, ot zwyczajnie… wiecie, nic ciekawego, nic prowadzącego dokądś… dokądś ważnego, istotnego, co warto szernąć na fejsa, tudzież inne nic…

A ono tam było.

Ot pięć chatynek ochylonych ku sobie. Nie tyle w kółku, co raczej tak wyciągających do siebie rączki, co raczej chcących być razem, ale nie do końca zdecydowanych. Trzy z nich stały po prawej stronie, dwie po lewej, ale nie było żadnego ryneczku, ni placyku, raczej mocniej wydeptana trawa, przywiana z wybrzeża ławka z siedziskami i oczywiście dwie żółte skrzynki na ryby. Po lewej las, po prawej las, za las i przed las, a tam mała przecinka i widok na skalną ścianę…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_0482-2

Z cyklu przeczytane: „Złudzenie” – … zwyczajnie. Czasem się podobno zdarza. Czasem, a może najczęściej, uderza znienacka. A czasem… powinniście byli się domyślić. Spojrzeć głębiej, wiedzieć.

Małżeństwo Simonów zdawało się być szczęśliwe. On i ona oraz ich mała córeczka. Gdy nagle on znika, wszystko się rozsypuje niczym ten nazbytnio eksploatowany w powiedzeniach: domek z kart. Ona wyrusza, by go odnaleźć… i oczywiście wtedy się zaczyna. Wszystko pęka, trzaska, a kroczenie po rozsypanym szkle jest bardziej niż bolesne. Rani niczym lustro Królowej Śniegu.

Tak naprawdę to opowieść o związkach i zaufaniu. O pewnej ślepocie, z którą często łatwiej się żyje w małżeństwie, ale i o niespełnionych marzeniach. O rodzinie, przeszłości, która zbyt mocno nas naznacza i wybieraniu dróg, które często kończą się ścianą. Błędach, które powielamy i miłościach, za którymi często lepiej nie podążać.

Powieść dobra, można przeczytać, ale przewidywalna. Kobieca, ale… kurcze, tak bardzo chciałam, żeby zakończenie było inne. By sprawca był kimś innym, oj pewno, że mam swojego faworyta, bo gdyby to był on.. by całe to małżeństwo w rzeczywistości miało inny przebieg, by oni wszyscy… by ta Prowansja… Jedno wiem na pewno: książka przygnębia mocno. Odziera bajkowość z pozłotki, jednorożców i wszelakich tiar. Sprawia, że przestajecie wierzyć w miłość i happy endy. Niektórych wkurzą ciągłe skakania między parami, bo przecież jest ich kilka, między związkami, między postaciami skrajnymi, które zdają się być całkiem niepotrzebne, ale Link taka jest. Wsadza dużo rodzynek do swojego ciasta i czasem… jedne przytłaczają inne…

Mimo wszystko nie jest źle.

img_7254-2

Oddychać…

Tak to jest jakoś, że Wyspa jako taka pozostaje w wielu stanach skupienia: onym lotnym, wodnym, stałym, ciągnącym się, glutowatym i śluzowym. I jeszcze jest ich więcej, ale ponieważ zajmujemy się oddychaniem, więc bez zalepiania sobie onych dróg i zamalowywania skóry złotkiem. Powietrze. Lotne i wszelako czyste. Powalające i cudowne. Smaczne takie… słodkie, ale i słone, choć dziś dziwnie pieprzne też. Hmmm… kurcze, kto co gotuje? Ja rozumiem cebulę, latem czasem grill jakiś, ale pieprz? Może jeszcze papryczki, co? Oj moje kochane Tubylcy, ja całkiem Was nie poznaję…

Pachnie wszystko jesiennie tak, ale i wilgotno. Gdzieś tam z prawej dociera do mnie coś na kształt pierdu bażanta, a z góry oczywiście napierdzielają wrony, bo przecież to najlepsze miejsce by rozbić ostatnie orzeszki, co nie? A że tu pod dachme dwunóg musi pracować, to was nic a nic nie obchodzi, co nie?

Wilgotne powietrze tchnie lekko zimą. I niesie w sobie nadzieję na śnieg, na który czekam, niczym ten tam na Godota, czy innego Żyda Tułacza… bo jesień, to serio dała ciała ze światłem, a zdjęcia tej pory roku to jedna z moich ulubionych rozrywek, więc oczekuję, że zima mnie zaskoczy śnieżnie, iskrząco się i oczywiście z mocnym słońcem, które sprawi, że każda śnieżynka rozgrzeje się tysiącem tęcz… Hmmm, wiecie co, a jednak pachnie trochę lakridsem to powietrze też. A przecież od dziś koniec sezonu! Definitywny i tyle. Na amen i w ogóle. Czyżby jednak komuś brakowało cukierków? A może jednak zwyczajnie łakomstwo wzięło górę i nawet najwytrwalszy miłośnicy natury postanowili dziś zostać w domu i coś wypić?

Ale będzie śnieg, co?

img_3065

No dobra, może jesień w tym roku odwołana, ale kurcze… i tak wyjście w las jest niesamowite. Może i cała ta kolorowość się nie pojawiła, ino opadła zielonkawością na glebę, ale poszeleścić sobie można. Połazić, pomoczyć się i wpaść na jakieś podliściowe dziwy. Ech… czasem mam wrażenie, że Niemiecka Turyścizna przyjeżdża tutaj ino po to, by wysrać swoje psy…

Cisza, spokój.

W końcu powinna być gouda w sklepie.

Dziwne to wszystko.

Jak tak nagle ci ludzie znikają i znowu jest tak, jak powinno być, same znajome twarze gdziekolwiek się ruszysz i ludzie, którzy po prostu żyją. Mieszkają i wszelako tam są dość zwyczajni, chociaż sądząc po raportach policji, mają i swoje niesamowitości. I choć tutaj największą aferą jest to kto sprzeda najwięcej hindbærsnitterów… a tak, sklepy między sobą rywalizują, kto sprzedał więcej i… i właściwie nic z tego, ale wiecie, takie to fajne rozrywki! Nie klauny atakujące ludzi, nie wszelakie potwory, bo te u nas, są zwyczajne całkiem, codzienne i sympatyczne, no i wiecie, kupują mleko rodzime, wyłącznie odtłuszczone… i zawsze noszą odblaskowe kamizelki. No wiecie, żeby być widocznymi na drodze, bo one na rowerach najczęściej, a wiadomo, szczególnie w takiej szarówce, to kurcze o wypadek nietrudno!!!

Pachnie Wyspa.

Wyspa pachnie tak, że zjeść się ją chce, nawet bez posypki, lukru, czy innej tam mazi, wiecie innej tam polewki, czy wiecie no gufa! Bo Wyspa to wiele form i odcieni, wiele wszelakich szaleństw i niesamowitych niepodobieństw…

No to niuch!

img_3893

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ślepa Village… została wyłączona

Pan Tealight i Świnki Czy…

„Wiecie, że bajka o Trzech Świnkach jest całkiem inna? Wiadomo, niewygodna politycznie prawda nie doprowadziłaby onego zakończenia na chwalebne miejsce. Wiecie, by wpasować je w kanon literatury… aj, no już na pewno nie dziecięcej. Jakoś widać rozpierdolenie chatek bidulkom tłuściulkom jest bardziej okay? No mniejsza, oczywiście jako niepopularne trudne jest do znalezienia, ale książki w Wiedźmie Wronia Pożartej Przez Książki miały je.

I pewnej nocy postanowiły…

… przywrócić ją światu.

Razu pewnego były sobie trzy świnki. Zwyczajne, niewielkie, ale wiecie eksperymentatorki i wielkie wynalazczynie. Ale baby. No nie dało się ukryć, że świnki wyraziście maciorki i to nie tylko w makijażach i takich tam. Ale też naukowcy świnki… architektki. Chciały spróbować, chciały się przekonać, więc najpierw stworzyły domek ze słomym, ale nie wyszło. I teren zawilgły i oczywiście wietrzności i te robale… Zrozumiały problem, opisały wynik, udokumentowały wszystko. Potem zabrały się więc za piasek, ale też nie… no i w końcu kamień. Od razu wiedziały co będzie najlepsze, ale chciały żeby poprzednie próby przetrwały w naukowych kazamatach, jednak zjawił się on. Dorosły, obyty ii otłuszczonyc futrzak… On – oczywiście przyszedł Profesor Wilk i rozpierdzielił, bez pytań, bez konkluzji, bez niczego… no dmuchnął, chuchnął, jadł cebulę w grochem i… dobra, pomyślały Świnki Czy, słoma mogła być przypadkiem. No wiadomo, chujowa chatka, ale… jak zabrał się za chatkę z piasku, nie wytrzymały. Nie mogły tak po prostu na to patrzeć. Na niego. Miał z jedną ze świnek romans, wiedzieliście o tym?

Napędzane PMSem i pełnią najzwyczajniej w świecie Świnki Czy zajebały za to wilka.

PS. Tak, były trzy, ale nazywały się Czy! Nie wiedzieliście o tym?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_1598-2

Z cyklu przeczytane: „Czerwone Kapturki. Numer 1. Numer 2. Numer 3” – … są trzy. Wybrane. By po prostu zginąć. Bo on pisze książkę i chce być dokładny. Godne to pochwały, czyż nie…

Morderca i jego trzy ofiary. Gotowane powoli na wolnym ogniu, czasem doprawione, dosolone, czasem dorzuca tymianku, czasem jednak pieprzy… i czeka. Bo przecież książka wymaga słów, czyż nie? A on dobrze wie, że to może być jego ostatnia.

Powieść nawet dobra, ale bardziej psychologiczna, niż czysty kryminał. W końcu możemy oglądać trzy ofiary, które wiedzą, że zginą. Przerażone, czekające na śmierć. Pewne tego, że one się wydarzą. A jednak reagujące inaczej. Trzy rudowłose, ale każda inna. Różnią się wiekiem, życie, nawet odcieniem rudości, ale nie samotnością. Zresztą, nawet jeżeli ktoś obiecuje ci nagły zgon… cóż może zrobić policja?

Możesz sobie pomóc tylko ty sam…

Ale jak?

Powieść psychologiczna, ale nie dostatecznie głęboka, by przeciążyć akcję. Dobra, ale nie powalająca. Coś, co da się przeczytać, ale w pewnym momencie nie rozumiemy dlaczego te baby zwyczajnie nie poszły na policję z kolejnymi dowodami?!

A może o to chodziło? By ukazać ofiarę zmieniającą się w… hmmm, wykształcającą pewność siebie? Serio?

img_7251-2

Wyspa wygląda, jakby się kąpała w mleku.

A może raczej, jakby cały świat był wielką misa, z mgłami na obrzeżach, która wypełniona podświetlonym mlekiem opływa i skały i zbocza i wszelakie trawości i konary, i wyrzucone na brzeg cuda i ścieżki zapomniane, to co osunięte i to, co uciekło do wody… Miejscami wyłażą z niego, mleka, one ogromne głazy. Ten jeden wygląda jak wielki groszek: groszkowo-malinowy. Okrągły, jakby wypadł z kieszonki olbrzyma. A może to taka wiecie, guma? No cukierek na wierzchu, a potem żucie…

Nad mleczanością oczywiście chmury i ten jedyny w swoim rodzaju odcień niebieskości. Kobaltowy lekko, zdecydowanie nieobliczalny. Tam chmury, niczym para atlasów podtrzymująca nieboskłon… ale światła nie ma. Jest tylko ona mleczna poświata, jakby ta cała nabiałowość rozlała się też górą. Tylko po to, żeby sprawić iż te wszelkie kolorowości zabłysną inaczej. Że pokażą się z innej strony… bardziej naziemnej, bo przecież ta jesień będzie już taka bezlistna, przez wichury, a może kichające olbrzymy?

Wyskakuje człek z domowych pieleszy by tylko załapać się na ostatnie w tym roku lody. Ferie zakończone, więc Wyspa spokojnie ładuje się do swojego łóżeczka i zasypia. Może jeszcze nie tak mocno, może jeszcze raczej łapie serię drzemek, ale jednak… ma i pierzynę, ma i poduchy i ulubionego misia. Bo w końcu Turyścizna będzie onym gatunkiem na wymarciu. Może się trafić, ale raczej mało to prawdopodobne. Sklepy pozamykane. Zostaje tylko to, co ma nakarmić tych, co są na tyle odważni, by tutaj żyć na zawsze. Na zimę i wiosnę, lato i jesień…

Przejeżdżając drogą widać tylko wypakowane samochody, ludzi z walizkami, dzieci, które nie są pewne, czy chca wrócić do szkoły, czy jednak nie? Wszystko oddycha, a dookoła czuć tą specyficzną, dziwnie chrupką jesienność, więc wdrapuję się jak najwyżej, na te górki, pagóreczki i spoglądam na mleczną morskość. Na skały w niej i obok niej, na wszelakie statkowości i na drzewa, które nie zaznały tej jesieni słońca. Które tak nagle zostały ogołocone z liści…

img_8743-2

Pustki w końcu…

Pod nogami mam śmierdzące niczym nader nie dbająca o siebie szczęka grzybki. Czarniawe takie na brzegach, beżowe środkiem, dość wysokie, o chudych nóżkach i zachwycających blaszkach, przez które przebłyskuje światło… Światło, które przebijając sie przez opadłe, wilgotne liście nadaje im bursztynowej poświaty. I wszystko to zdaje się być takie baśniowe… i te muchomory czerwone i te nagle pozieleniałe korzenie i te mchy wszelakie i cała ta śliskość, a jednak… wciąż mało wody w rzeczkach.

Wszystko jest dziwnie wilgotne, a na dodatek wciąż jeszcze gdzie niegdzie one Turyścizny. Wiem, że się pakują, wiem, że już właściwie ich nie ma, ale kurcze… wciąż jeszcze ta Wyspa nie jest w pełni moja. Nie odpoczywa, nie mami się sennymi marami. Nie zabawia sama ze sobą. Nie pozwala falom muskać się, jakoś tak, oną wybitnie przy tym świetle szmaragdową barwą morskości… nie daje się opływać. Słonku, co sporadycznie tylko wynika spod onej piżamki chmurnej, spod tej kołderki, spod poduch i szlafmyc. No nie chce no… a liście spadają.

Idzie człowiek sobie spokojnie ścieżką i nie myśli sobie o niczym. Bo i od czego on tak naprawdę jest ten człowiek? Tylko od podziwiania!

Koniec października pokazuje nam w końcu, że może się trafić na Wyspie miesiąc szary i dziwnie ciężki. Miesiąc skomplikowanie udupiający pewno niektórych, ale i przebogaty w te wszystkie dodatki. Nie wierzyłam w to, że na tak słonecznej miejscówce trafić się może ona, taka powolność szara… ale kurcze, nawet w onej powolności nagle człek wpada na stado kozic czy kóz. Kurde, no rogi mają kozicowe, futro dziwnie długie, aż nim zamiatają, na dodatek sa dokładnie w połowie czarniawe, w połowie białe. Tak na pół. No wiecie, portki białe, a reszta… czarniawa, z lekko ombre końcóweczkami. Jak nic dużo płacą za wizażystę i fryzjera. Na pewno!!!

img_0201

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Świnki Czy… została wyłączona

Pan Tealight i Herosek…

„Winić należy chyba to, że ostatnio łaziła wrzeszcząc: „I need a hero”… znaczy śpiewając. Darła się w głosy nieba, piekła i światów równoległych. Darła się długo, darła się dobitnie, i chyba wtedy on spadł. Spał nie jakoś jak on kot na cztery łapy, czy w telemarku, raczej zwalił się na glebę. Wyrżnął. Boleśnie zapewnie. Pan Tealight aż westchnął na to ze środka swojej szarości.

Na pewno coś mu się stało.

Na pewno zabolało. Na pewno sobie coś stłukł i to w tym miejscu, gdzie najbardziej boli, ale jednak… tylko cichutko jęknął. Może go poddusiło? Ale może nie. Podniósł się z godnością i zaprezentował swoją herosowatość. Raczej heteroseksualną, ale kto ich tam wie. W końcu mają rajstopki…

No miał je na sobie.

Zresztą, jak inaczej rozpoznasz takiego? No jak? niekoniecznie przeca pojawia się wtedy gdy trzeba, bo krzyk to nie zawsze z bólu i tak dalej, ale… ten miał rajtki. A to oznacza, że był Heroskiem. Ekhm, niskim może, no ale… mocno niskiej Wiedźmy Wrony Pożartej widać takiego przypisano. Wiecie, coby rozmiarowo dopasować, a może jednak zwyczjanie ją wściec, bo ona niecierpiała niskich facetów. Co innego krasnoludy i krasnoludki, duszki, elfiątka i ufoczki… ale zwykły niski facet wprawiał ją w dziwne pomieszanie. Nie wiedziała, czy przytulic do piersi, utulić, dac cukierka, czy jednak zwyczajnie sprawdzić, czy nie przypiął się jej do pięty…

Tak stali na przeciwko siebie, ona mocno zaskoczona, choć widziała już dziwniejsze rzeczy na świecie, wciąż jeszcze z ostatnimi nutami pieśni na ustach… niemalowanych, on dziwnie oszołomiony, choć starający się zachować pozory i Pan Tealight. Tak, on po raz pierwszy wyglądał tak, jakby zsikał się ze śmiechu w gacie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

img_9598

Z cyklu przeczytane: „Niepowszedni. W potrzasku” – … najpierw było „Porwanie”. Chwila, która ich połączyła, która sprawiła, że ich całe życie się zmieniło. Nie byli już nastolatkami z niewielkiej części świata, nie byli już tylko obdarzonymi mocami, specyficznymi osobowościami…

To wydarzenie na pewno ich zmieniło.

Zmieniło ich świat, ich codzienność… sprawiło, że niektórzy dorośli, inni uświadomili sobie swoje moce, a jeszcze inni się zakochali. Ale jednak… wciąż są ci, którzy pragną ich mocy. Ich niepowszedniości. I choć tło się zmienia, to są wciąż oni – NIEPOWSZEDNI.

Sympatyczny ciąg dalszy opowieści o obdarzonych dzieciakach. Może i wciąż nie do końca osobowości przystają do codzienności życia, może i to wszystko już było, ale dla wielbicieli tematu… na pewno fajnie spędzicie czas.

img_7247-3

Emaliowany krzyżyk, czy łupek?

No wiecie, dla każdego coś miłego, dla mnie wkurw maksymalny. Nic na to nie poradzę, iż traktowanie tutaj amatorów latających po polach z bipczącymi maszynkami jak wielkich odkrywców. Doprowadza mnie nie tyle do szewskiej pasji, a do cholery, a raczej onej całkowitej dżumy… tak wiem, ale dżumy brzmi lepiej. I tak, oczywiście, że rozumiem to, iż takie prawo, oczywiście, że pojmuję subtelne głaskanie po głowie, bo inaczej nie oddadzą skarbu… mnie tego też uczyli, poniżania się, uśmiechów, tłumaczenia jak bardzo jesteśmy wdzięczni… tego całego cyrku, by tylko oddawali to, co wygrzebali… co gorsza, kurde! Sama to robiłam! Dopóki nie wybuchłam i zrozumiałam, że nie dla mnie robota w muzeum, że lepiej mieć własny projekt i zająć się swoimi badaniami…

Tak, tutaj wielbi się amatorów archeologów. Tak ich zwą. Brrr… aż mnie wypryszcza na samą myśl. Nie, to nie jest archeologia i nie chce mi się gadać o kontekście archeologicznym, stratygrafii i całym tym szajsie, który nagle nie jest ważny. Już nie. Już nie gadam, spluwam za to… i zajmuję się swoją robotą. Nawet nie wspominam o rabunku, poszukiwaczach skarbów i o tym, że nawet Indiana Jones o tym wspominał! Choć sam dawał ciała na całej linii…

Krzyżyk.

No ładny taki wiecie, krzyżykowy, ale sorry, dla mnie krzyżyk za młody. Zwyczajnie tak. Nosz wcześniach takowy i całkowicie za bardzo cywilizowany, ale łupek… osz kurde, zaczynam badania! Łupek jest niesamowity. Zamyślenie się nad tymi kreskami i liniami, kurcze, porównania z tymi znalezionymi w innych miejscach… aż chce się żyć, tylko… kurcze, czy kogokolwiek to obchodzi?

Że się jaram…

Bo przecież tyle można mieć teorii, tyle różnych spojrzeń, tak wiele koncepcji i wymysłów, tak dużo… Kurna chata, nic ino googlać podobne przedmioty, zagłębić się w literaturkę, ale wiecie, najpierw bez cudzych słów, najpierw wejrzeć w siebie z punktu widzenia Jej… Wyspy. Bo przecież to jest region specyficzny. Bardzo niesamowity. Nie da się tak samo określać kontekst tutaj, jak w innych miejscach…

img_9301-2

A teraz przejdźmy do zabawy…

Wiecie o tym, że Wyspa ma co najmniej cztery dialekty. Wszystkie oczywiście zebrane stanowią język zwany bornholmskim. Oj wiem, wyspowym, no ale, w tym miejscu trzeba zaznaczyć to leksykalnie dobitnie! Mowa Wyspowa się różni od onej Kopenhaskiej. Wiecie, nie tylko tym, że tamci to wielki świat a my się zdajemy im wieśniakami totalnymi… chodzi o muzykę, o coś, co tak inaczej brzmi, o zaśpiew, miękkość… O dziwne spłaszczenie słów, a co najwazniejsze, o połykanie ich i mowę na wdechu. I ono ciągłe zaskoczenie w głosie, myśli i oddechu.

Nu…

… oto i więc jest przykład. Czyli wiecie, macie wiadomą księgę po naszemu LOL Wiecie, seksi tak mocno. Tak bardzo namiętnie i erotycznie, tak nader… no dobra, trochę to brzmi jak porno po czesku, lub Winnetou… pamiętacie te niemieckie filmy? Ekhm, no to właśnie to jakoś tak chyba LOL.

Ech te owce.

Z owcami to człek na Wyspie ma zawsze doczynienia. Nawet jeżeli nie widzicie ich, nie czujecie, nawet nie dojrzeliście wełny na krzaczkach się bujającej, nawet jakoś tak kłebuszki zakamuflowane przy skałach się Wam w oczy nie rzuciły, to na pewno wdepliście w owcze bobeczki. Sheep droppings… fajne cukierki, podobno czekoladowe produkowane w NZ. Hihihihi. No mniejsza, sheepy, znaczy owce u nas łażą na wolności, albo po ogromnych, lekko obramowanych dla ich bezpieczeństwa poletkach. Wiecie, lepiej żeby nie wylazły na szosę, bo w sezonie to wariatów nie brakuje. Znaczy poza sezonem są ino oni znajomi, ale większość z nich jeździ co najwyżej rowerem, więc nie jest tak chyba źle w zetknięciu z owcami…

No to sobie łażą, manczują co tam mają, trawka lekko słonawa, zioła i inne cudowności. Po skałach po ścieżkach, po lasach, po onej nadmorskości i oczywiście po tych wszystkich cudownych miejscach widokowych… i tak się gapią i jedzą. I oczywiście od czasu do czasu chyba się za bardzo zapatrzą i proszę trzeba je ratować. Opalsøen piękne jest, więc co im się dziwić, że wlazły gdzie wlazły, ale już wyleźć nie mogły…

… takie romantyczne to ratowanie owczątek przez dzielnych mężczyznów, co nie? Ech, romantyczność się dziwnie burzy!

img_8748-3

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Herosek… została wyłączona