Pan Tealight i Tomorrow…

„Chodziło o to, że Tomorrow się zbiesiło i stwierdziło, że nie ma zamiaru, ani wszelakiego chcenia, coby się przytrafić.

Nie i tyle!!!

Ani karami piekielnymi, niebiańskimi i odchudzającymi, ani kuszenie wszelką cudownością i smakowitością i odpoczynkami, kasą, podróżami… no ni w te ni wewte nie dawało się przekonać, by nastać. I tak rozpoczęło się Teraz. Wiekuiste i całkowicie nieywmienialne Teraz.

Bez Tomorrow.

I nagle…

… nic się nie zmieniło. I nagle każdy sobie uświadomił, że wcale nie potrzebował Tomorrow, bo przecież pracuje i żyje Teraz, wyłącznie i tak dalej, a to całe przyszłe czy przeszłe tak płynne jest w każdej mózgownicy, że aż… boli. Dziwnie boli. Aż zaskakuje. Nagle uświadamiasz sobie ogromne kłamstwo tego, że Tomorrow… choć przecież namacalne, szczupłe, nazbyt perfekcyjnie umięśnione, świetnie ubrane, idealnie wychowane i tak dalej… nie istnieje.

Nie ma go…

Nigdy nie było.

Była wyłącznie religia, a może i li tylko mit, jakaś legenda, która się ucieleśniła i omamiła większość świata… a może i każdego?

… i nic się nie zmieniło…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiosna.

Sucha wiosna jest dziwna.

W powietrzu unosi się pył.

Orający traktor zostawia za sobą ogromną chmurę formującą się w powietrzu w dziwne kształty. Szczególnie, jeśli na chwilę przestaje wiać. Jeśli na moment świat się uspokoi i w onym havgusie zawisną drobinki ziemi, która teraz przemienia się w kształtujący światy pył. Tutaj coś zwierzęcego, jakby afrykańska sawanna, jakieś słonie, jakieś żyrafy, może i tygrys nawet… a potem coś z północy, miś polarny, który naprawdę ma ochotę na dziwną, falującą rybę. A potem znowu Afryka, a potem węże i pajęczaki, a potem jakby coś na kształt człowieka, a może jednak człowiek…

Taki, który nie chce już być cielesnością, a i intrygują go te zmienności, one możliwości wszelakie. To, co sprawia, że można być wszystkim i sobą przez cały czas. Że można zachowując swoją osobowość przez jakiś czas biec na czterech, wilczych łapach. Bo czemu nie? Bo dlaczego nie? Przecież… czasem każdy chce. Każdy chce chociaż też się dowiedzieć jak to jest… tak być, za drzewami. Z jednej strony podziwianym, z drugiej jednak wciąż tępionym zwierzakiem. Bo przecież tak postrzegacie wilki.

Czyż nie?

No ale…

Może i plonów wielkich nie będzie?

Może i nic tak naprawdę nie wzejdzie? Może… zaczynam się bać. Naprawdę. Zaczynam się bać, że wszystko się powtórzy, a nawet będzie gorzej, bo nie mamy zeszłorocznego, topniejącego śniegu. Nie mamy zapasu wody. Gdzie niegdzie rzeczywiście można jeszcze znaleźć jakieś podmokłości, ale rzadko.

… więc jak to wszystko ma wzejść?

Skąd woda?

Jak najbardziej świat szykuje się na święta.

Jak najbardziej, ponownie, będą one świeckie, cudownie rodzinne miejscami, no i oczywiście takie wiecie, bardziej rozrywkowe. Spacery, biegania, sprzątania domków letniskowych. Dla jednych nadgonienie pracy, dla innych wycieczki zagraniczne. A dla mnie? Praca.

Może i jakieś tam zawroty głowy, ale raczej nie.

Pewnie nie.

Ale nic to, najważniejsze, że Chowaniec ma wolne, a ja z tych dziwnych żon, co lubią męża mieć w domu, choć tak naprawdę nie pamiętam życia bez niego. Wiecie, jak już mija 20 lat razem, to tak jakoś jest. Inaczej się nie da. Coś trzeba czuć do człowieka, żeby z nim być tak długo, ni chyba, że ktoś masochista.

Ale takie zboczenia też są.

Chyba?

No mniejsza. Jeśli chodzi o naturę, to bazie już przekwitły, krokusy, jak się okazało, w niektórych miejscach wciąż stoją, dzielnie z żonkilami, które u nas oczywiście szaleją wszędzie. Nie wiem, czy ktoś je sadzi, czy się plenią szalenie, ale niech sobie będą. Zawsze to jakiś koloryt. Na drzewach są pączki, na niektórych nawet są i pojedyncze kwiatki, w końcu słońce troszkę wali, choć wieje… na południu temperatura wyższa, u nas chłodniej, ale nic to. Ja tam wolę chłodniej przecież.

Ale słońce świeci.

YAY!!!

Nic to. Niech sobie świeci, ale i wiatr i promienie słoneczne niszczą co popadnie. To wszystko zwyczajnie wygląda źle. Przerażająco. A powietrze. Chociaż nad morzem, w płucach jakoś tak coś człowiekowi zgrzyta. Ciekawe jak to się rozwinie. Ciekawe, czy uda nam się to rozwinąć. Czy uda nam się… jakoś tak, przetrwać?

Choć trochę?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Tomorrow… została wyłączona

Pan Tealight i Szaman…

„No miała Szamana i tyle.

Bo niby kto miał jej zabronić?

Że niby inne nie miały i jakoś im się życie kręciło? A ona ma… a co to komu i do czego? Przecież nie was objada!!! A żerty jest!!! Kurna, mały taki, białawy między kąpielami corocznymi, ale jednak jak co do czego przychodzi, to wsuwa i michę zupy i ciastko, potem udko kurczaka, ziemniaki, nawet zielonym nie pogardzi, a już jak jajo gotowane jest… no po prostu za nimi przepada.

No taki żerty!

Żesz jakby zapełniał jakąś w sobie dziurę czarną.

Jakąś całkowicie niesamowicie porąbaną. Taką zasysającą wszystko to, co może i czego nie może, co powinien i nie do końca może powinien i tak dalej, więc… wiecie, może to była i wciąż jest, w końcu on robotny dwadzieścia cztery na siedem, jego istota. Wiecie, ona szamańska siła, która go prowadzi, tudzież, zwyczajnie pozwala mu wytrzymać z Wiedźmą Wroną Pożartą.

Do końca nikt nie wiedział, może i nawet ona sama dlaczego i naprawdę skąd, tudzież za sprawą czyją, pojawił się w jej życiu. Jasny taki, niewielki, całkiem kieszonkowy i mocno przebojowy, przylepny, z własnymi wisiorkami, wiecie, onym całym, szamańskim jestestwem… siłą zaśpiewu, umiejętnością odczytywania niebiańskich run i oczywiście… możliwością wejrzenia w głąb najgłębszą. Wszystkiego i wszystkich. Sił naturalnych i tych, które tworzą ci, dziwnie nie stąd…

No więc, ona go miała.

I więcej na ten temat nie wiecie!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Biec…

Coś się stało…

Trzeba biec, więc pobiegłam. A wiecie, ja i bieganie… ja i ludzie po drodze. Ja i w ogóle ludzie. Ja i świat dookolny. Ale istnieje coś takiego jak adrenalina, a to oznacza haj, który popędzi cię, umożliwi porozumiewanie się w 3 językach byle tylko znaleźć mechanika, bo ty jesteś w miejscu, w którym nie powinnaś być, do Ystad spory kawałek, a prom odpływa jakąś godzinę, może godzinę i pół?

Nie mam pojęcia jak i dlaczego, ale wydawało mi się to jedynym wyjściem.

Pewno, ze mogło być zamknięte, ale, no przecież jest coś takiego jak emergency. I tak, ja nie z tych co chwytają za telefon. Nie mam go. Mam ino staruszka ICE w domu i tyle. Ale mam nogi i jak się okazało nogi są w stanie sprowadzić pomoc szybciej niż ubezpieczenie i wydzwanianie. A może to bieganie i wyglądanie jak opętana wariatka w czarnych ciuchach, z włosami w „szopena”…

Powiem wam jedno, ludzie są inni, gdy się do nich podbiega…

Boją się.

Są jak ja.

To było zaskakujące odkrycie, naprawdę. Że oni też się boją. Każdy się rozluźnia, gdy wie, że nie chcecie pomocy od niego, tylko potwierdzenia, że kierunek, w którym biegniesz jest poprawny. Że mechanik jest na wzgórzu, a właściwie kawałek za nim…

… więc biegniesz.

I kurde strasznie to filmowe.

Jakbym to nie była ja, ale ktoś inny. Wyłażę z ciała i latam nad budynkami, nad dachami, nad naprawdę pustym, nadmorskim miasteczkiem, z któego nie odpływa mój prom, widzę drogę, którą już powinniśmy wrcać, ale przecież samochód nie odpala, więc jak? Pchać? To chyba już nie te czasy…

… więc biegnę.

Odkrycie, że się dobiegło sprawia, że kurcze, adrenalina ucieka, a ja ryczę. Ryczę przed obcym facetem, co tam ma wypasiony samochód nawet nie wiedząc, a może wiedząc, przecież umiem czytać, że to nie mechanik, a diler, wielki, ogromny, ale diler… i on w końcu mówi, że mi pomoże. I człek wsiada do tego auta i przestaje biec…

… ale wciąż jakoś unoszę się ponad dachami, ponad tym światem.

Ponad wszystkim.

Tym wielkim, białym samochodem, w którym jest moje ciało. Gigantycznym, tak bardzo gigantycznym, że widzę siebie jak mi nogi nawet nie zginają się na brzegu siedzenia, bo kolana mi tam nie sięgają! Siedzę jak dziwadło, co to drogi przed sobą nie widzi, co to pewno potrzebuje siedzenia dla dzieci. Siedzę na środku gigantycznego fotela uświadamiając sobie, jak bardzo jestem dziwnie uformowana. I jak wielki jest facet obok mnie, którego imienia nawet nie znam, a potem… a potem znowu uświadamiam sobie z góry, że…

… na parkingu, od którego zaczęłam biec i pytać ludzi o mechanika, nie ma samochodu, który właśnie tam powinien być…

I nagle wracam do ciała.

Tak zwyczajnie.

Facet na pewno uznał mnie za idiotkę co to porty pomyliła, bo przecież w Simrishamn ich jest pewno więcej, ale na szczęście moje niebieskie cudo pojawia się i oddycham znowu normalniej. I chyba facet też, choć pewnie niczego nie rozumie… ja też nie rozumiem, ale co mnie to obchodzi. Auto jeździ, Chowaniec w nim jest.

Możemy wrócić do domu!!!

Tylko nie wyłączajmy silnika może?

Ale co, jak z promu się nie da zjechać? Jak tam nagle zamilknie? A pieprzyć to. Jakoś chyba mają plan na taką okazję, co nie? Chociaż z nimi to wiecie, no nie wiadomo na pewno. A raczej na pewno wiadomo, że mogą planu nie mieć.

Ale udało się.

I teraz wiem, że mogę biec, a nogi szybsze od telefonu…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Szaman… została wyłączona

Pan Tealight i Troll Wiedźmy…

„No ale przecież dlaczego dopiero teraz o nim piszemy?

Przecież on był z nią prawie zawsze. Od dzieciństwa, dość późnego, aczkolwiek, czy ono dzieciństwo w jej przypadku w ogóle się skończyło? Można wątpić, czyż nie? Należy wątpić, nie oszukujmy się! Z nią przecież wiadomo, wiary nie trzeba, iż wszystko jest możliwe i kompletnie odmienne od tego, co znane.

Ale jednak.

Ten Troll, choć był z nią zawsze, zwyczajowo pozostawał w postaci niewidzialnej, niesłyszalnej, ni nawet niewąchalnej. Całkiem niearomatyczny, cichutki, spokojny, choć ciężki i ogromny, sądząc o pewnych zagięciach w przestrzeni, stąpał za nią, siadał, był częścią jej cienia. Nawet jak nie było żadnego światła zmuszającego Cień Wiedźmy do objawienia się. Wiecie, Ten Cień, co to pojawiał się niezgodnie z fizyką, chemią i wszelaką logiką Wszechświata.

Tak… TEGO.

No ale… coś się zmieniło, jak zwykle nagle i całkiem nieprzygotowując świata na takie dziwności, Troll Wiedźmy się przeobraził w nie do końca wielki kamienno-błotny posążek z zadziorną miną, dziwnym uśmiechem i odziany w zielone porteczki. Bo przecież mógł. Któż mógłby mu zabronić, a ona…

Ona tego chciała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nagle…

Wyjechać nagle.

Na dzień, na chwilę.

Tak po prostu, jakoś dziwnie może, ale rzucić wszystko, oczywiście budząc się na dźwięk okrutnego budzika wątpiąc w to, co się robi, nagle chcąc wszystko odrzucić, zakopać się w pościel, nigdzie nie wyłazić… no wiecie, normalna sprawa. Ale jednak wstać, umyć ryja, ubrać się i zabrać spakowane wcześniej klamoty, do auta, na prom, a potem oczywiście do Szwecji, bo szybciej…

No to jeśli tak się wam chce, to drogo to wychodzi, ale polecam. Naprawdę. To szaleństwo i kompletny pojebany pomysł, ale czasem potrafi tak cudownie odmóżdżyć, szczególnie, że przez całą dobę nie używam internetu, właściwie poza techniką zawartą w aparacie technikę limituje mi wyłącznie otoczenie… bosko jest. Czy mogłabym naprawdę się odłączyć? Tak i to z wielką chęcią, problem w tym, że to mój jedyny dochód, a jak się robi takie pomylone badania jak ja, to się samemu musi się kombinować.

Ech!

No ale, zrobiliśmy to, akurat też mieliśmy bardzo ważny powód, więc jakby była wymowka. Nie będzie jedzenia przez miesiąc, trza będzie przyciąć wszystko co już i tak przykrótkie, no ale, było super. I mówię to ja. Osobnik, który boi sie otworzyć drzwi. Chyba zawisłam nad jakąś przepaścią i zwyczajnie…

Skoczyłam.

I tyle.

Dzień był słoneczny i wietrzny, na szczęście nie bujało!!! Podróż oczywiście i tak stresująca, bo nie wiadomo, czy ci auto przez to otwarcie nie wyleci, no ale. Udało się. Wróciliśmy lekko zasoleni, ale wróciliśmy, a gdzie byliśmu? A niedaleko. Tylko tu w Ystad i w Malmö i jeszcze w Simrishamn. Wiecie po co? Po jedzenie. Bo taniej. By wysłać pocztę, bo taniej, no i załatwić sprawy, bo można.

I by spojrzeć na inny świat…

Świat nie do końca wielki, bo przecież to miasteczka i miasto, więc co tam za wielkości. Ale jednak posiadający coś jak IKEA. Tak, stałam się już taką wieśniaczką, że gubię się w IKEA, fascynuje mnie jak ina planeta i kompletnie nie rozumiem plastikowych roślinek. kompletnie!!! No naprawdę! Wiem, że nie trzeba ich podlewać i tak dalej, ale musicie je myć! Muscie je stawiać uważnie, bo stopnieją i ogólnie, to one są sztuczne no! Kurde, czemu nie kupicie prawdziwej, nawet z hipermarketu. Przynajmniej będzie żywa. Będzie jakaś taka bardziej normalna… a jak zdechnie…

… to zdechnie.

No z nimi tak bywa.

Oczywiście, że najfajniej wziąć taką już zdechłą i doprowadzić ją do życia, człowiek czuje się jak bóg, kurcze! Przecież roślinki zawsze można wymienić. Spora ich część akurat na Wyspie super radzi sobie na zewnątrz, więc można wysadzić, no problem, więc dlaczego ludzie wolą plastik. I czemu niektórzy chcą nam wmówić, że to tak wielce i poważnie ekologiczne?

Pierdolą ostatnio humanoidzi strasznie.

A przecież do mnie dociera mniej niż 1 procent tego wszystkiego!!!

No mniejsza, masa plastiku. Trochę drewna i szkła, wypieranego przez plastik i tyle. Ale cóż, takie to dziwne czasy, co nie? Czy można z tym walczyć? Nie mamy plastikowych misek, mamy szklane. Tak, są cięższe, ale jedzenie smakuje inaczej. Sztućce, talerze, wiadomo metal i coś w stylu porcelany, kamionki czy jak to tam teraz zwą. Stare. Podobno ludzie wymianieją kuchnie co roku… ech, popatrzcie, we mnie żadnej ekologii, nadal jem łyżką sprzed 20 lat. Kurde, co ze mną nie tak?

A biedna jestem.

No i jakoś nie kumam takich wydatków.

Ale.

Jak w miastach? W zwykły dzień dziwnie. Pusto, po pracy lekki tłok. Kwiaciarnie, małe sklepiki, strach, że pozamykają je, gdy tylko człek dostrzeże ile miejsc zniknęło wypartych przez molochy. Szkoda, ale wiecie, jak wszędzie. Zmiany, choć przecież dopiero tutaj byłam, kilka miesięcy temu… czemu to wszystko tak pędzi i gdzie?

I gdzie się przed tym pędem schować?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Troll Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Koligacje Wiedźm…

„Chodziło o to, że zachodziły.

Widzicie, są sprawy na tym świecie, na które nawet astronomowie nie chcą spoglądać, więc… może i nie jest to coś, co powinniśmy poruszać, ale jednak… prowadząc badania nad obiektem z Wyspy muszę przyznać, że coś w tym jest. Jakieś podobieństwo, jakaś dziwność, jakieś tam załamania przestrzeni…

Ale ta uważa, że jest jedyna i do innych niepodobna, jakby nie tyko tak sądziła, wierzyła, ale wiedziała. Jakby jej wyjątkowość była tak złowieszczo absolutna, iż omiatała całą codzienność miejsc, w których się znajdowała. Przenosiła się z nią, automatycznie zmieniając wszystko to, co niewidzialne i dziwnie nienamacalne, a jednak świadome i wiadome, chociaż…

… czy cokolwiek w jej przypadku mogło takim być?

Może to właśnie o to chodizło, że nie dawało się jej zidentyfikować do końca? Zdefiniować? A jeżeli o koligacje chodziło… cóż, od zawsze miała problemy przecież z rodzinnością. A może to ona rodzinność miała problemy z nią? Gdyż jeżeli dopuścimy do głosu te myśli, które ulatują najwyżej, one najlżejsze, nieobciążane głupotą współczesności, wszystko było… zwyczajne i dość normalne.

Dla niej.

W niej.

wpis w Dzienniku Pana T. numer 23/2019”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Są lody!!!

I dziwna pogoda.

Jedna połowa Wyspy dobiega 17 stopni, a druga ino 10. I świat się kręci. Sucho jak nie wiem co, trzeba podlewać wiosnę, co jest dość dziwne, szczególnie tutaj choć, jakby spojrzeć na rok poprzedni, to przecież tak się to wszystko zaczęło. Tylko wtedy mieliśmy jeszcze te zwały śniegu, które pomagały, a teraz… nie padało od wielu tygodni, wieje właściwie ciągle, w powietrzu pył, ziemia się przemieszcza, rzeki nam ponownie pustoszeją.

Czy to powtórka z 2018?

Nie chcę tak.

Kurde, jeśli tak, to mamy już przesrane. Krokusy wyszły i zniknęły dziwnie nagle, szybko, jakby nie czuły się na miejscu, czy co? Przebiśniegi i im podobne też nie pobyły dlugo, za to hiacyntom się podoba. Hmmm, intrygujące jak to każdemu nie dogodzisz w jednym czasie. Takie to metaforyczne. Zawilce? Chyba wyłażą, znalazłam jedną przylaszczkę!!! I tyle. Jak na razie marnie i nie będzie lepiej, jeśli nie będzie wody z nieba, a jakoś naprawdę się nie zanosi.

Jeśli chodzi o życie miejskie, to poza nowymi smakami i kierownictwem najslynniejszej lodziarni na Wyspie, czyli naszej w Gudhjem, w porcie oczywiście, to często w stolicy głośno. Komuś zginął kot, czy dwa, widać memo nie dotarło, że zwierzakiem trza się zajmować i nie zostawiać otwartych drzwi, ale co tam… W stolicy głośno, bo muzyka na cały regulator, wiecie, pewno wiosnę przywołują, czy co. Zachody słońca się zdarzają piękne, wschody już rzadziej, ale też. Dni zwykle słoneczne, ale z zimnym, północnym wciąż wiatrem. Bardzo intrygująca pogoda, ale dziwny brak tej krystalicznej, perfekcyjnej widoczności w powietrzu. I to mnie naprawdę bardzo zaskakuje, bo do tego przywykłam. Jakoś tak za tym tęsknię.

A… no i kupa na polach już jest, więc eau de Wyspa is on!!!

Żebyście nie poczuli się zaskoczeni…

Ale wróćmy do lodziarni.

Bo widzicie, jest do czego.

Osoba, która prowadziła to od czwartego roku życia, która kilka lat temu jakby ustąpiła z tronu, ale wciąż jakoś była właścicielem, w końcu całkowicie oddała stery w inne ręce. Czy lepsze czy gorsze, czas pokaże. Na razie wiadomo jedno. Lody są. Są takie same, są i lepsze, bo kulkowe, sławne Gammeldags mają genialny rabarbarowy smak, który po prostu mnie skradł, bo smakuje jak jedna z moich ukochanych…

… szwedzkich świeczek Klinty!

Znaczy, nie że woskiem jedzie… ale wiecie, to tak jakbyście jedli najcudowniejszy aromat. Coś niesamowitego. Świeże, lekkie, a nie jakiś szit na patyku. Dobra, cena jak zawsze powala, ale raz na ruski rok można. Ale… co ważniejsze, w budynku nadal możecie nabyć najróżniejsze lizaki. I tych to kurde cała paleta wielkości, kolorów, smaków i kształtów. Od wyznań miłosnych po dziwne i nie do końca zrozumiałe kompilacje. Zawsze coś się znajdzie dla kogoś, naprawdę!!!

A już taki wielki… ech…

Nowość, to otwarcie tarasu na górze. Znaczy, tak nie do końca na górze, bo wody stamtąd nie zobaczycie, ale to uroczy, ciepły kącik z krzesłami i stolikami, jakby coś w rodzaju balkonu tuż za budynkiem. Ciekawe, czy spod biblioteki ich widać? Trzeba będzie sprawdzić, na pewno. Oczywiście nazwa została i kolorystyka, może nie zmienią, ale zmienili… obsługę, z czego nie jestem zadowolona. Z drugiej strony, ponieważ to był dzień otwarcia, więc może jeszcze ich nie było? I wróci ta pani, co nas kamriła większymi kulkami?

No co?

Ale zaraz, wróćmy do głównej atrakcji! Okazuje się, ze w końcu wykorzystano taką wnękę ponad schodami, maciupki pokoik i teraz są tam misie, krokodyle, elefanty i tym podobne cuda pluszowe. W końcu można sobie do loda kupić misia. Jak jeszcze do tego weźmiecie lizaka, no to wiecie, pełnia radości!!!

Ja wzięłam… misia. LOL

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Koligacje Wiedźm… została wyłączona

Pan Tealight i Empatia…

„Podobno istnieje.

Podobno jest możliwą…

Podobno?

A jednak nawet naukowcy jej nie uznają. W jakiś dziwaczny sposób może postrzegają ją jako atawistyczną słabość jednostek nie do końca wyewoluowanych w teraźniejszość, niepoprawnych, ale jednak… tia, „zupa z Azji”? A może być i rąbany Pikaczu, ale jednak… jak się okazało i ona miała sowją boską prominencję. Osobowość cichą bardzo, zahukaną, skumulowaną w niskiej, chudej, długowłosej postaci, dziwnie białej aż nadmiernie. Biała skóra, białe oczy, białe włosy… niby albinos, ale te dłonie tak dziwnie ciemne. Jakby orękawicznione, a może cudze?

Podobno wykopała sobie studnię, w Podziemiach Sklepiku, w ich najgłębszej Zakurzonej Świątyni i tam mieszkała. Podobno tkała też makatki. I wszscy się dziwili, że robiła też skarpetki i rękawiczki, które potem znajdowali w różnych, czasem dziwnych okolicznościach czasu, miejsca i przyrody.

Bogini Empatia.

Która nie chciała wiernych.

Przegrana teraźniejszości.

A jednak, wciąż istniejąca. Dlaczego? Jeżeli nie widziała przyszłości, jeśli dość miała przeszłości, a i teraźniejszość nie była dla niej jasna, w końcu w takiej studni to echo, stukot drutów ino i tkackich ciężarków mógł doprowadzić do szału… może właśnie dlatego istniała? Ona…

Kolejna Królowa Szalona?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Wiedźmie opowieści” – … baja. Po prostu baja. Może i miejscami aż mocno przewidywalna, moze i dla tych, co raczej lubią i bohaterkę i caly cykl, a może jednak nie. Może właśnie dla tych, co chą rozewrzeć paszczę?

I się rozerwać!

Bezpiecznie.

Oto opowieści oraz bajki, baśnie i takie tam. Oto spotkania po latach, no i może ostatnia taka wycieczka naszej bohaterki Wrednej… wrednej też. Czasem aż nazbytnio, ale kto jej zabroni. No kto wiedźmie zabroni?

Miłe, sympatyczne, słodkie miejscami, wzruszające. Dobre i wiejskim powietrzem tchnące… oj kupa. No wiecie, naturalne. Z jednej strony tętniące folklorem starej Rasssiji, z drugiej, jakieś takie zadziorne, moderne trochę bardziej, jakieś takie sympatyczne, wrażliwe. Jakieś takie do duszy przytul, wciągające.

Po prostu super!!!

No więc…

Wiecie, tutaj często się robi rzeczy, co dziwne dostaje się na to i granty, no ale dziś spacer na stojące skałki. Znazy wróć, jakie stojące skałki. Znaczy żeby nie było, stoją sobie, niektóre, większość leży, bo przecież ludziom dziwnie tak patrzeć na stojące, to wiecie… huligaństwo ma daleką historię. Pełną się znaczy. Od piramid i innych takich po dzięń dzisiejszy, gdy chce się to zwać sztuką.

Performancem.

Ech, no nic.

Chodźmy w czasy Wikingów. Bo możemy. Bo w końcu tutaj stojące kameinie znaczą wiele. Ale akurat to miejsce, sporadycznie odwiedzane na szczęście przez ludzi… jest leśną ostoją, z mnstwem oczek, lekką podmokłością i jeszcze rzeczkami… i pomyśleć, że kiedyś był tu i dom i jeszcze groby i…

Ale od początku.

Jeśli uda się wam odnaleźć Bogebjerg, to fajno. Ale uważajcie. Nawet w czasie suszy jakoś tak tam mokro. I to bardzo. Iść, a racej przedzierać się przez zarośla trzeba daleko, ale jednak warto. Poleziecie wyglądając kamieni, skacząc z jednego omszałego mniej lub więcej, wiecie, w zależności od pory roku, a potem, w końcu będzie znak, a potem nawet ten poprawny może się wam trafi i możecie otworzyć bramkę cmentarną. No wiecie, nie taką jak współczesne, ale jednak, warto… już od wejścia widziecie kamienie.

Wysokie drzewa zdają się nie miec nic z tego, że w dole groby skrzynkowe, menhiry i rosery, ale co tam. Przecież one tak zwykle. Miejsce zbadane, więc poczytać możecie o nich spokojnie, chyba że wam facet z psem przeszkodzi. Ale jeśli nie przeszkodzi, to wciąż szurając zeszlorocznymi liśćmi możecie odnaleźć się w intrygującym miejscu. Szczególnie teraz, gdy wszystko jest wciąż odkryte. Czapa urhanu, moze zniszczona, ale jednak widoczna. Podobnie groy, menhir, a potem, idąc ścieżką, jak już napatrzyliście się na oną oddaloną bardzo przeszłość, gdy już złożyliście przodkom ofiarę… naprawdę, nie zapominajcie o tym.

Gdy wszystko poprawnie… idźcie za niebieskimi kropkami.

Idźcie.

Ale uważajcie.

Bo podmokło!!!

To oczywiście nie mój pierwszy raz, raczej sprawdzenie, czy wciąż stoi, raczej coś w rodzaju obchodu, ale czy tutaj w ogóle ktoś zagląda? Może i lepiej, że nie? Te ostatnie zniszczenia mnie dobiły, więc wolę nie…

… nie ludzi…

Ale przyznam się wam, że jako archeolog, przywlokłam swoją dupę tutaj, by zobaczyć co jest dookoła, bo jak ostatnio byliśmy tutaj, to krzaki już były wysokie, a teraz udało nam się ujrzeć oogrodzenie… jedyne co pozostało po niedalekim gospodarstwie i mlynie, jak się okazuje. Jak nic kamienie pożyczyli sobie z grobów, ale wiecie, to jak zwykle, czyż nie? Jak się okazuje one gospodarstwo z XIX wieku miało się przez jakiś czas całkiem nieźle. Pojerzewam, że i drzew nie było no i oczywiście rzeki były, a nie ino ona podmokłość, kilka oczek wodnych z cudowną roślinnością, ptaki, po prostu trelują cudownie, no i oczywiście te rzeki. których już nie ma przecież… poza…

… poza onym strumyczkiem.

Maciupkim.

Ale co najważniejsze, to chyba tym razem nie to stare, zresztą, co chciałm to sprawdziłam, co chciałam spisałam i zrobilam zdjęcia… ale najważniejsze oczywiście były te drzewa. Te niesamowite, takie domagające się uścisków drzewa. Takie proste, a jednak cudowne i kochane. W końcu człek czuje się na miejscu i…

Lżej dziwnie.

Lepiej.

Jakby w końcu był tutaj, gdzie winien być.

Powrót jest dwojaki. Możecie dotrzeć do parkingu obok szkółki leśnej, a potem dookoła, możecie też trochę poszukać i znaleźć taką jakąś ścieżkę, która zaprowadzi was prosto na pastwisko, przy którym zaparkowaliśmy. Szkoda mi trochę wracać. Zostałabym tutaj, naprawdę.

Strasznie mi ostatnio brakuje dziczy!!!

Strasznie!!!

PS. Ktoś zgubił w Ronne metadon, więc sorry, see ya!!! Lecę szukać!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Empatia… została wyłączona

Pan Tealight i Zakłócenia Magicznomantyczne…

„Pojawiały się od czasu do czasu.

Tak bardziej z nienacka, całkowicie swobodnie, mocno nieobliczalnie. Nietworząc żadnych wzorców, ni nawet się nie zapowiadając. No naprawdę! Jak tak kurde można? Jak można zwyczajnie nie dbać o takie podstawowe zasady savoire-vivrów!? Jak można? Przecież żyjemy w świecie, który…

Powinien je mieć.

Ale chyba dawno już sobie odpuścił, więc może i one stwierdziły, że nie trzeba, że nie warto, a może iż nawet ich nie rozpoznają, więc po co się w ogóle starać? A może jednak byłoby warto? Przecież przybywały z kosmosów niezbadanych. Mogły czegoś uczyć, a nie ino rozpierdalać mózg Wiedźmie Wronie Pożartej.

I to na amen z hosanną!!!

Naprawdę.

Wystarczyło, że pierdyknęłoy po raz pierwszy i rozłożyło ją na całego. Ni nogi ni ręce, ni flaki nawet nie chciały współpracować z tym, czym naprawdę była. Z tym, czym chciała być, co jej pasowało naprawdę, co było jej i czego nie mogła utracić, bo zwyczajnie nic innego nie miała.

Bo nie miała…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nie czuję wiosny w powietrzu.

No po prostu nie czuję.

Pączki na drzewach nadal zamknięte, nocami zimno, w ciągu dnia pogoda zmnienna jak w górach. Niczego człek nie może być pewnym, a przecież to już koniec marca. Nie żeby mi się spieszyło do lata, ale tak mnie to zastanawia, że roślinkom się nie spieszy jeszcze bardziej!!! Ale hiacynty wylazły. Wiecie. Człek kupuje te cebulki, wsadza je i ma nadzieję, i często na nadziei się kończy, a trawnik wciąż ino zielony, więc tym razem, informuję radośnie, że skubańce wyłażą!!!

A wrony zeżarły wszystko co było w karmniku wykazując się zdonościami samobójczymi i akrobatycznymi i wszelako szaleńczymi. Naprawdę muszą być zdesperowane bo na to chwiejne coś to trudno się dostać. Człek wie, że gadziny kochane są sprytne ponad przeciętność, co z drugiej strony nie jest w jakiś sposób trudnym osiągnięciem w dzisiejszym, dołującym świecie, ale nadal twierdzę, że one mają to coś!!! I to dużo tego czegoś, na pewno!

I wykorzystały to by nas obeżreć.

Dla wróbli już nic nie zostało.

Znaczy dostaną, ale wiecie, muszą kurde walczyć. Najśmieszniejsze jest to, że one w końcu wiedzą, że się na nie patrzysz, boją się, wcale nie przyzwyczaiły się do nas aż tak, mimo karmienia, przez te wszystkie lata, ale są pośród nich wyjątki, które chyba nas nawet olewają. A już bezczelnością wszelaką jest to… że one tupią nam w dach, walą, krzyczą i domagają się jedzenia!!! No żesz kurcze! A pomyśleć, że jak coś, to ja już wolałbym pieseczka, włochatego takiego słodziaka, co zje każdego, ale wiecie, nie będzie wyglądał na seryjnego mordercę, czy coś.

Taki pozorant!!! LOL

No przynajmniej na pierwszy rzut oka.

Przynajmniej…

Jeśli o wyglądanie chodzi, to oczywiście w rejonach sprzedaży nieruchomości poruszenie. Wiele domów chce zmienić właścicieli, wiele wraca na główne listy, wiele dziwnie sprzedaje się co kilka lat i potem znowu jest…

Nie wiem.

Dziwna sprawa, ale z drugiej strony… wiele osób po zimie chce wrócić ku cywilizacji. Naprawdę. Wiele!!! I wcale się im nie dziwię. No i poczywiście jest sprawa promów i tunelu!!! A tak, tunel wciąż na topie, widać jakieś wybory się szykują, czy co? No mniejsza, sprawa tunelu wiruje dookoła i na Wyspie od zawsze. Widzicie, niby jest to logiczne, przecież do Szwecji jest rzut beretem. Serio.

Widać ich jak się tam szwedują!

Widać ich kominy i wiatraki…

Kiedyś nawet mniejszy stateczek pływał sobie do Simrishamn.

Ale teraz chcą… właściwie to co chcą? Ryć w dnie? Żeby nie było, spojrzałam ponownie na ten model dna Bałtyku i jakoś mi się nie wydaje? No serio? Tak głęboko? Hmmm, a może coś pływającego?

Dlaczego nie od razu most kurna chata?

No dobra, sprawa oczywiście jest przez cały czas w powijakach i tak naprawdę ktoś tam chce chyba zebrać ludzi, by inni tam zebrali kasę, by dowiedzieli się, cyz w ogóle można, bo jak na Owczych można, to czemu nie… ech, ona nieznajomość świata. Nago łazić można i w ciepełku hawajów i tu, ale ptaszki facetom robią się w zimnie mniejsze, taka tam, wiecie, no naukowa dygresja ornitologiczna. Też zbadana.

Ekhm.

Co? Stara jestem, wolno mi się bawić ptaszkami!!!

Ale, wróćmy do tunelu.

Co myślicie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zakłócenia Magicznomantyczne… została wyłączona

Pan Tealight i Nadziemni…

„Nawet jej nie dotykający.

Unoszący się nad ją, jakby czuli się lepsi, brzydzili się jej dotknąć, a może zwyczajnie tak byli stworzeni? Bo przecież nie mogli wiedzieć nawet kim są. Dziwnie eteryczni, ale widoczni, odziani w pasiaste ubranka, na pewno ręcznie tkane, pelerynki, kaptury, ale i z włosami furkoczącymi na wietrze, które wymykały się im spod szatek. Z dłońmi jasnymi, twarzami nie do końca widocznymi…

Ludzcy, ale czy na pewno?

A może tylko ułuda?

A może tylko i wyłącznie coś, co im się śniło? Wszystkim ten sam sen o tych, którzy ziemi nie tykali. O tych, którzy może tak nosili się wysoko, albo byli ekskomunikowani z onej dobrcoi dotyku świeżej trawy, macania paluchami piasku, taplania się w wodzie, zabaw z ciepłą, lekko gliniastą ziemią. O tych, którzy nie mogli usiąść, położyć się, popatrzeć w niebo, zwyczajnie tak jakoś.

O tych innych…

Ale patrzyli na nich bardzo krótko, bo słońce wyszło i pierwsze przylaszczki wychyliły łebi spod trawy i leśnej ściółki i domagały się łaskotania za płatkami. Bo wiecie, one tak lubią. I to lubią bardzo a bardzo!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nexoe inaczej?

Gdy widzę Turyściznę przybywającą do tego miasteczka tylko na chwilę, na kilka godzin, to mi smutno, bo tak naprawdę, to co zrobią? Co zobaczą? A już szczególnie teraz, gdy wszystko pozamykane? Co, Lidla sobie przyjadą zwiedzić? Nie polecam, aczkolwiek ostatni było polskie żarcie i pierogi.

Seryjnie super wypas!!!

No ale, takie Nexø to dziwne miejsce. Niewielkie miasto z muzeum kilkoma sklepami, uliczkami, małymi domkami jak was pogoni dalej, am potem ogródki działkowe, cmenatrz. No pewno, mają kościół, ale co tam, chcecie popatrzeć na architelturę, to możecie się przejść. No i spokój na pewno będzie, chyba że music na ryneczku, to spokoju nie ma. Nic z tego. Nie zaznacie go… no i jest armata i bombka stara…

Jest też magiczny głaz, do którego trzeba przejść przez park i to serjo przesłodki park z kaczkami gęsiami, które są bardzo przyjacielskie. Coś mi się wydaje, że karmione ludziną jak nic. Znaczy wiecie, no ludzie je karmią… nie chciałam niczego insynuować, a już zombie to w ogóle temat odrębny, więc… jeśli lubicie ptaszyny z tymi niesamowitymi głowami w kolarz piór pawich i ich małżonki z niebieskim piórkiem w skrzydełku, to spokojnie, zapraszamy… a ścieżką dojdziecie oczywiście do cudownego, wielkiego świętego/ofiarnego kamienia.

Smalcem i mlekiem może już nieoblewanego, ale kasa jest.

Czasem w każdej dziurce, bo tutaj wciąż niektórzy wierzą, inni robią to dla jaj, jeszcze inni jakoś tak po prostu, a potem może i przyłazi jakiś koleś i ma z 20 koron spokojnie. Styknie na piwo w Netto, czy nie? A mówiąc o Netto, to niewielu wie, że zaraz za nim jest dość intrygujące miejsce. Początek ścieżki bardzo ptasiej, ale też i port oraz rzeczka. Domki kolorowe, tęczowe, drewniane, łódki sie kołyszące, no domy…

Jak oni wytrzymują ten smród?

Bo tutaj często i seryjnie wonieje!!!

Ale przejść się wzdłuż nabrzeża w sronę Balki warto.

Może i droga prosta, nieskomplikowana, ale widoki niesamowite, szczególnie teraz. I serio, nie chodzi tylko o ptaszki. One oczywiście niesamowite. Czadowe i w ogóle. Aż chce się tej lornetki i dobrego zooma. Po prostu. A te dźwięki… gdyby tylko nie ten smrodek. Ech, no wybaczcie, ale naprawdę wonieje!!!

Przez ten cały hałas, płytkość wody, zarośla, no i wiecie, właściwie niemożliwość kompletną kąpania się… całe to miejsce wygląda dla mnie dziwnie. Niby domy po jednej stronie, widok mają, ale smrodek i brak moczenia to nie dla mnie na pewno. Za to architektura onych domków, te kolory, te detale, te okna wielkie i male, te ogródeczki, naprawdę intryguje. Mamy proste formy, futurystyczne nawet, w większości z wysokimi plotami, mamy i bardziej otwarte, w stronę onej ścieżki spacerowo-rowerowej skierowane łagodnym płotkiem i szalonym wystrojem obwieszonych maksymalnie ścian. I to obwieszonych rzeczami różnorodnymi. Od patelni zwykłej po to, co morze wyrzuciło, od patelni do sadzonych – pamiętacie takie, z dziurkami, po jakieś takie sznurki, dzieła sztuki, kij wie co…

Fajne miejsce.

Naprawdę.

Na spacer niedzielny doskonałe. Czy rowerem, czy na piechtę, kupujecie w Netto prowiant i możecie dojść do Dueodde. Naprawdę. Wrócić zawsze można autobusem przecież. A ścieżka spokojna, płaska, w większości pokryta czymś asfaltopodobnym, potem ubita, miejscami liściasta, leśna, miejscami architektoniczna. Naprawdę coś innego, bo przecież są i ptaki, a za Nexø zapach trochę się rozwiewa i już jest odrobinę lepiej. Zresztą, z tym smrodkiem to wiecie, jak wiatr zawieeje, jak słonko przygrzeje, jak coś zbutwieje, jak ptaki nasrają…

Jak morze chce.

Ono rządzi.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nadziemni… została wyłączona

Pan Tealight i Trzeci Plan…

„Zawsze był ten Główny Plan.

Wylizany, wyprasowany, wyczyszczony, wyskrobiony, idealnie przetworzony, cudownie opakowany, czekający i był oczywiście ten drugi… no wiecie, backup one! Ten, który albo musiał połamać pierwszemu łapy, albo zwyczajnie poczekać na swoją kolej. Albo olać robotę i pójść do kogoś innego, by być Pierwszym. Albo dalej rozmyślać nad przemocą, no wiecie…

Ale kto z was wie, że istnieje Trzeci Plan.

Ten zapomniany, a często jakże bardzo potrzebny, bardzo bardzo bardzo idealny, gdy świat przekształca się jak tego nie chcecie. Jak nawet nie myśleliście, że może. Ten Plan stoi za waszymi plecami, gdy myślicie, że już nic nie można i uciekacie niczym tchórze nieznający własnych możliwości…

Albo po prostu bojusy.

Zwyczajnie.

Ślepcy nie myślący o tym, że zawsze i wszędzie wszystko może się wydarzyć, bo widzicie, Wszystko tak właśnie to lubi.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

A może to nie moja rzeczywistość?

Może ludzie nie oszalelli tak na punkcie kotów, że doprowadzili do zagrożenia populacji małych ptaków, w szczególności wróblowatych?

Może to nie mój świat?

Bo uważam, iż facet, który wynosił koty do lasu miał rację!

Miał dość gość, że mu srały pod oknami, miał dość miauczenia, miał dość, więc je wypraszał i… teraz czeka na rozprawę w sadzie. Zaznaczam, że ich nie bił, nie był okrutny, zwyczajnie wypraszał je ze swojego świata. Ale… przecież ci co mają koty, to obecni jebani święci tego świata!!! Oj tak, już słyszę te obrażone głosy. Ale jakoś żadne z was nie zastanawia się nad ekologią, co nie? Silikonowy żwirek, te jebane zabawki. Te urodziny, a babcia w domu starców nawet nie podtarta.

Tak, jestem aż tak brutalna!!!

Bo widzę, słyszę, nie rozumiem.

Dla lekko mądrzejszych przypominam Australię i sprawę królików. Też milusie, włochate… zeżerające florę i faunie zagrażające… to samo robią koty. Kot już nie jest tym, co niegdyś było. Pracującym zwierzęciem, które polowało na myszy, w okresie gorszym było dokarmiane, mieszkało w ciepłej stodole i tyle… Nie, kot obecny to nie natura. WYkarmiony świństwem, sra takimi toksykami, że… nie zastanawiało was czemu gówna psie wyglądają inaczej? A co dopiero te kocie?!!! Zachowujecie się jak ludzie, którzy krzyczą, ze kury kamienie wpierdalają! Pojebani maksymalnie, ślepi, głusi, głupi zwyczajnie.

Tak, ograniczenie populacji jest konieczne.

I kociej i psiej i ludzkiej.

Dla wtajemniczonych, poczytajcie sobie o psich gngach. O psach wracających w dzicz, napadających na ludzi, groźnych. To już nie przyjaciel człowieka, to byty domagające się wolności. A jeszcze te zwierzaki w blokach, te szczekania, łkania… oczywiście, że gospodarstwo potrzebuje kota… łownego kota oraz psa, ku ograniczeniu sąsiedzkiej wścibskości…

Co będzie z tym, który powiedział kotom nie?

Źle będzie…

W ogóle źle jest.

Ostatnia przejażdżka skrajem Wyspy pokazuje masową wycinkę drzew.

Może to nie UK i te ich sieci, nie Dublin z wyciętymi aż tak drzewami, ale gołe połacie straszą. A mój mózg już pokazuje osuwającą się ziemię, zwiększoną erozję… znowu powró do gołej skały, którą Wyspa przecież była nie tak dawno temu. Te kilkadziesiąt, bo nawet nie sto lat wzrostu, teraz nagle nadmiernie i z jakąś popierdoloną nagłością oraz nadgorliwością i wściekłością, są niszczone. Zdrowe drzewa. Tlen. Wzmocnienie terenu. Cień. Miejsce dla ptaków.

Kurna no, przecież to natura!!!

Bo walce z dziką różą widać teraz walczą ze wszystkim. Jeszcze nie oplatają drzew sieciami jak w UK, ale jakoś jeśli ktoś im podda ten pomysł, na pewno się zgodzą. Szczególnie jeśli chodzi o mewy i wrony. Bo jeśli i te pierwsze oczywiście wybierają skały, to jednak ataki onych białych skrzydlawców mogąć być niebezpieczne szczególnie teraz. Nie dość, że się bronią, to nie da się im wytłumaczyć, że nie, nie przeskoczysz tej wody, że są bezpieczne. One dmuchają na zimne, boją się, rozumiem je i wolę unikać wybrzeża teraz, choć zdjęcia tak bardzo i często nęcą.

To światło czasem… ech!!!

Ale jeśli chodzi o wrony, po pamiętym wystrzeliwaniu populacji widzę jak te najbardziej zasiedlane drzewa są wycinane. Tak po prostu. A przecież krzyk wron to tylko kilka tygondni, kurna waszae wrzeszczące bachory znosić musimy cały czas. A wrony wam jakoś przeszkadzają.

A padlinę to kto wyjje?

Mam ostatnio nie tyle znikomą tolerancję na rodzaj ludzki, co wcale jej nie mam. Mam dość głupoty. Najchętniej przeszłabym do czynów cielesnych, ale wiecie, po pierwsze się boję, po drugie brzydzę człowieka, a po trzecie, wychowano mnie, że nie tak winno się problemy rozwiązywać…

… ale przecież oni inaczej nie rozumieją!!!

Co robić pamiętniczku?

PS. Właśnie za płotem płoną i krzaki i drzewa… i nic nie można zrobić.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Trzeci Plan… została wyłączona

Pan Tealight i Mistrz od Niczego…

„Bo jak się okazuje Niczego też potrzebowało i bóstwa i mistrza, i wszelakiej pomocy by wzrastać i się rozwijać. Też było onym spragnionym uwiązania ku rozmaitym kultowościom, boskościom, wszelakim obrzędom, moze i wyuzdanym, moze i nazbyt wymgającyh wypikselowania pewnych częsci, gdyby komyuś zachciało się nagrywać co robiło… może i więzy, szpikulce…

… młoty, koła łamanie…

Dobra, poniosło go, ale serio.

Chciał modlitw i kościołów.

Miejsc kultu i wszelakiego wsparcia, choć nie do końca był pewien tych wiecie, ofiar. Tacy, kopert i zwyczajnie wsuwanych do kieszeni banknotów, klejnotow wieszanych na posągi i tym podobnych. On raczej chciał słów i psalmów, nowenn i hymnów pochwalnych, może i nawet jakieś rodzaju różańca? Może i monstrancji z niczym i jeszcze wszelkich pochodów, piegrzymek, czołgań się…

Tak… tego pragnął.

Ale, pewno z podowu onej niechęci do ofiar dostał mu się ino Mistrz od Niczego. Niby z aureolką, ale jedna żadne bóstwo. Żadnej bazyliki, żadnej nawet kaliczki, choć kto mu bronił jakąś z gliny sklecić… z patyczków naplażowych, kamyczków, piasku i szkiełek jeszcze ugłaskanych przez fale…

O tak, teraz miał plan!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W porcie…

Mam takie miejsce w porcie w Gudhjem, gdzie lubię sobie posiedzieć. Oczywiście w sezonie to wiecie, trudno tak po prostu sobie tam wleźć i być samemu, bo port zapełniony, ale jednak teraz, gdy wiatry wciąż chłoszczą wszystkim i wszystko, to jednak jakoś tak można być samym, a jednocześnie mieć widok.

Z jednej strony oczywiście jest morze, za plecami, za falochronem, moze czasem trochę zmoczy, ale nieszkodliwie, raczej nie polecam tego miejsca wtedy, gdy fale przelewają się przez wszystko i moczą nawet ulice. Wiecie, bezpieczeństwi przede wszystkim. No chyba że macie inne plany, to wasza wola. Jakoś ostatnio jestem spolegliwa… ale poza takim stanem rzeczy, uważajcie.

Wiatr i fala to niebezpieczne połączenie.

Choć też tak bardzo intrygujące.

Zdjęcia możecie pooglądać na moich pozostałych blogach. FYI

Ale… wybieracie miejsce, bo przecież mimo ulubionego miejsca ono miejsce ma też podmiejsca, no i wiecie, w niektórych może wiać bardziej, w innych mniej, a tam jeszcze na przykład pojawiła się kałuża, a mokry bottom, to niefajna sprawa. Niby małe prawdopodobieństwo, że kogoś spotkacie w drodze powrotnej, ale jednak, na pewno będzie to ktoś znajomy. Oj na pewno, uwierzcie mi!!! Chociaż, czy to w ogóle ma znaczenie?

Tutaj ludzie mają gdzieś w co jesteście ubrani.

Naprawdę.

Przybyłych poznaje się po dbałości o ciuchy. Tych żyjących tutaj z dnia na dzień, po ciuchach roboczych, naddartych, znoszonych… które noszą normalnie, wiecie, niewstydząc się, jakby co najmniej ze złotymi niciami tkane były…

Ale…

Siedzimy.

W moim przypadku siedzenie oczywiście kończy się tym, że pracuję. Pstrykam zdjęcia. Czy to praca? Jeśli tak bardzo człowieka to kręci? Prawie tak jak ryty naskalne, ale… no dobra, archeologia ważniejsza, ale to też ważne, więc… co jest pracą? Czy praca to tylko to, co męczy? To co, gimnastyka?

To męczy, ale to fajne męczenie.

No więc siedzicie.

I jeśli nie jesteście mną, to oczywiście podziwiacie widoki, a te są dookolne. No prawie, bo za plecami dla bezpieczeństwa macie skałę, więc metra wam brakuje, ale przecież tyle wystarczy. Jest i wędzarnia, są białe kominy, są kolorowe domki i ślimaczo pędząca gdzieś droga. Chociaż może i ona się zatrzymała na dłuższą chwilę, coby sobie na ten granat fal popatrzeć, na one prześwitujące przez niego zielonkawości, szmaragdy rozpuszczone w połyskującym tlenie…

Tak naprawdę te fale tak nęcą. Tak bardzo można się zapomnieć i zamoczyć. Niby morsowanie fajna rzecz, ale fale nie puszczają, miotają tobą po kamieniach, po zapomnianych mitach, wspomnieniach, marzeniach wyrzuconych w morze…

Lepiej nie, lepiej dalej oglądać domki.

Po prostu.

Niewielkie kamieniczki w pastelowych kolorach, ale wszystkie z ceglastymi dachówkami. Pomarańczowymi, równiutkimi. Wiecie, taki prikaz i tyle. Ale o to chodzi prrzecież. O pewnego rodzaju uniformizm. O oną perełkę nadmorską. Czystą i spokojną. Z równymi dachami, nie do końca równymi ścianami. O, listonosz przyjechał, znaczy już późno, słońce za górkę się chyli, ale wciąż wieje i świeci. Listonosz oczywiście pocztę zrzuci gdy tylko stateczek przyturla się z naszych Karaibów… no wiecie z Christiansø. Przecież oni też chcą dostać swoje przesyłki.

Rachunki, listy od kochanków, może nawet i coś z Etsy?

Albo jakiegoś Alibaby?

A ja wciąż siedzę. Niby wiem, że czas wracać, ale jakoś kurcze mi się nie chce. Kościół trochę przeraża, ale on mnie zawsze przeraża, więc… co mi tam. Szare niesmoczysko, które zapomniało jak fajnie być magicznym…

Posiedzę tu, zmienię się w kamień.

Fajno będzie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mistrz od Niczego… została wyłączona

Pan Tealight i Konfjuzja…

„Pojawiła się Konfjuzja, więc wszyscy zebrali się w kuchni, ponad nią, obok niej oraz w wymiarach do niej przylegających, równoległych… no wiecie, w pobliżu, i zaczęli się zastanawiać, co teraz?

Bo widzicie, nie dość, że się była pojawiła, nie dość, że tak naprawdę to po raz pierwszy, no to na dodatek tego wszystkiego jeszcze wlazła w Wiedźmę Wronę Pożartą i napsuła ją, i napchała wątpliwościami nowymi, jakby onych starych wiedźmie było mało, jakby sama ze sobą w trzech osobach nie umiała już do ładu dojść, jakby wszystko mogło się jeszcze bardziej skomplikować?

Oczywiście, że szła wiosna, a co za tym idzie – obecnie w dziwnych, łatanych, kardynalskich szatkach, w postaci sędziwego, brzuchatego, ale i jednocześnie chudego facecika bez zarostu, z łysą głową, możliwe, że nigdzie onych włosów nie miał, ale nikogo chętnego do sprawdzania nie było, wiecie, się nikt nie garnął – no więc ten kurna nowy, całkiem bardzo pan, czy też błogosławiony pierdzielnik Wiosna nadchodził, znaczy nadszedł był już, ale wciąż był dziwnie bezkwietny, mało kolorowy, ciepły i słoneczny i… i już to wystarczyło, że Wiedźma Wrona miała wszystkiego dość. Że Strach się w niej mościł w różnych końcówkach, że…

… i teraz jeszcze Konfjuzja?

A może ona oną Konfjuzję sama zawołała?

Może w tym wszystkim chodziło o coś innego?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wieje…

Znowu wieje i to wieje tak, że człek zaczyna w końcu przywyczajać się do myśli o lataniu. Naprawdę. I do myśli o tym, że może może sobie przewiercić zatoki na wylot, albo choć jakimś wycierem tam pogmerać.

Łeb pęka.

Promy oczywiście nie pływają, bo przecież, a jak już pływają, to samochody się tulą do siebie przerażone, mocno się tulą, tak, że zaczynam myśleć o takich łódkowych odbijakach, coby wiecie, tulić się Nutek do innych mógł, ale kurna nie rysował, czy nie wciskał. Tego przecież nie chcemy, czyż nie? Ale już po prostu panikują ci, co wiecie dwunożni są, no i pjukają na górze, a rano jak ktoś płynie, to wiadomo, chce coś zjeść, wypić i tym podobne, no i nie może. A inni, co dziwne nawet ci co nigdy tego nie rozbili, pjukają cudownie. Paw się szerzy w te i wewte, ale jednak płynąć trzeba.

Ogólnie wiadomo, iż ten nowy, i wciąż sprawiający problemy promowy mocarz, ma ludzi w dupie i lepszych promów nie będzie. Rządzący też mają gdzieś, no i sprawy przerzucają się z prawej na lewą a w TV coraz więcej opowieści o tym, że Ziemia jest płaska. Ekhm… wiecie co, serio. Mój mózg na falach tak nie uważa.

Ale wróćmy do pawiowania.

Jakkolwiek temat obrzydliwy, to jednak przecież aż nadmiernie człowieczy. Pamiętajcie, że Rzymianie, wielka cywilizacja, mieli w zwyczaju wielkie uczty i naczynka do rzygania, by potem jeść więcej. A bulimiczce się obrywa, kurcze. Choć potem nie jemy przecież no!!! Ech, świat nie jest sprawiedliwy. No ale na takim promie nie ma nacyznek, a i torbę znajdziecie w tych Expressach sporadycznie, więc be prepared!!! Najlepiej nie jedzcie, nie sikajcie, starajcie się przeżyć i muza w uszy.

Mi pomaga.

… Chociaż teraz po całej sprawie z VikingSky…

Ale… tak jak, jak zwykle, myślałam iż tylko mi się wydaje, że one maciupkie nowe promy inaczej pływają, się okazuje, że chyba jednak nie, Możliwe, że to kolejna zmowa, by nas zwyczajnie tutaj wybić i tyle…

A przecież… 1648 osób podobno wprowadziło się na Wyspę w 2018… W tym samym czasie 1395 wyniosło.

Czyżby przez promy?

A może durne prawa?

Nie wiem, ale problemów na pewno dla nowych jest masa. Nie oszukujmy się, młodzi chcą do miasta i tyle. Na kija im przyroda?! Nie żeby tak ich szkoły kręciły, nie no, przecież w dzisiejszych czasach każdy chce być Youtuberem, co nie? Ech… no ale, niech się wam wiedzie, ino po co kolejni dziwacy napychający się marshmallowsami czy też makijażujący się, robiący zakupy i wiecie, trupy w lesie…

Ale widać takie czasy.

Taki świat i tyle.

Wroćmy jednak do onych nowoprzybyłych. Jeśli ci się udaje przybyć tutaj, dajmy na to z Kopenhagi, to wiecie, od razu dostaniecie artykuł w gazeicie i będzie klejna opowieść o nowych wyzwaniach, powrotach do korzeni i ekologii. Po roku wrócą do miasta i będą wspominać, i nierozumieć dlaczego to zrobili, no ale. Przecież każdy z nas popełnia pomyłki, czyż nie? Kurka wodna. Patrząc na te pustki, to czasem w ogóle wątpię, czy ktokolwiek tutaj mieszka przez cały rok, naprawdę… wiecie, jak ja?

Sąsiada dawno nie widziałam.

Lekko zaniepojona nagle.

Ale…

… nim oni przesiedleńcy wrócą z powortem, do siebie, do onego co dla nich tak bardzo, bezpiecznie znajome i ma kilka rodzajów masła w sklepach, zabrylują w mediach, otworzą pancakekarnię, czy inny tam interesik. I tyle. Może załapiecie się na donuta czy naleśnika a może i nie? Kto to wie? To wszystko z nowymi jest takie płynne. Tylko prawdziwie wierzący, wariaci i ci co spalili wszystkie mosty i nie mają za co gdzieś wyjechać, tutaj zostają. Nie oszukujmy się, Wyspa jednak wymaga i poświęceń i zabiera zdrowie. Niestety… Jak komuś mówimy, że my tu już od ponad 10 lat, to wiecie, jakoś tak zwyczajnie i po prostu, nam nie wierzą.

Bo nie było nas w gazetach.

Taka czuję się niemodna!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Konfjuzja… została wyłączona