Pan Tealight i Myśl Mało Nieczysta…

„No zakurzona była.

W uszach stare, dziwnie obrośnięte szarawą nalotnością pajęczyny.

W nosie, to pierun wiecie co, szczerze bali się tam zaglądać.

Odzienie, w strzępach i wszelakich łatach, co jeszcze by nie było najgorsze, gdyby nie te plamy i dziwny zapaszek. Plamy właściwie żyły własnym życiem. Nie tłumiły onej egzystencji, do której prowadziły kolejne warstwy nakładającego się brudu, pojawiającego się jakby samoistnie…

Jakby znikąd… a może i Znikąd?

Czy z Nikąd?

Wiecie, światów jest naprawdę wiele, bardzo wiele, więc i wyborów, tudzież na kogo zwalić, jest zawsze… doprawdy na wiele, więc nie trzeba się ograniczać, kompletnie. W ogóle. Bo i po co się tak mieszać, wiązać i kompletnie barierować, jeśli są one inne universa, które mogą posłużyć za wymówkę?

A ona potrzebowała wymówki.

A raczej inni potrzebowali, bo przecież nic nie mówiła…

Kompletnie była… niewerbalna.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No dobra, to tak, od 1 marca oficjalnie Wyspa otwarta.

Sklepy też, ale wiecie, małe, większe nie… absurdalnie taka IKEA, nie żebyśmy mieli takową na Wyspie, nie może być otwarta, mimo iż przecież odstępy tam takie, że można tańczyć, a czasem nikogo nie spotkać, szczerze… a jednak lepiej jakoś ciśnąć się w Kvickly czy Netto, niż… nie wiem, wszyscy wiedzą, że nie ma w tym żadnej, kompletnie żadnej logiki, ale wiecie, tak zarządzili…

… za to sam przejazd, przyjazd i przypłynięcie…

Ech, to po prostu ballade na całego!!!

No to po pierwsze bachory mają być testowane w szkole dwa razy w tygodniu, więc w podróży niby do 15 roku życia nie mają – i teraz disclaimer, że piszę to dokładnie ostatniego dnia lutego, który był na plusie 5, ale jednak chłodnawo… w Paradisbakkerne wyciąte drzewa, depresja i wszelakie niezdrowie… na mnie wycinki robią źle. Ta przy Baltic Glassie to po prostu zbrodnia, ale wiecie, kurwa, Bright Green Island, co nie…

Wciąż wierzycie w ekologię Skandynawii?

Marzenia to…

Kłamstwa.

Mrzonki, czy nawet jakieś takie bardzo delusinal myślenie wariata zamkniętego na oddziale w miękkich poduszkach i takich tam…

Ale…

Oficjalnie otwarte.

Małe sklepy, większe lekko, ale niektóre nie, bo się ma zgadzać  rozmiar, że ileś tam na ileś i jeszcze określona liczba ludzizny, więc kolejki będą kurna jak za komuny, po prostu już są, więc… wiem, że będą większe…

No ale…

Otwarte sklepy, ciekawe, czy ludzie się rzucą? Szczerze jestem ciekawa wyników onego eksperymentu, który oficjalnie na nas robią. Jakie będą wyniki? Na razie, patrząc na komentarze na Fejsie, to ludzie chcą już, jak najszybciej i w ogóle, a tym czasem fajne rzeczy w Netto rzucili. Mówię wam, lampki i doniczki, no mega i cudne!!! Jakoś Netto się wyrobiło i ma dział, w którym ma rzeczy dobre gatunkowo, rzeczy wszelako ładnie zaprojektowane… i chyba jednak to też ich część. I choć ich niewiele, warto od razu się rzucić, to wiecie, dla nas…

Kurna, nawet Zoellę znalazłam w Normalu!!!

Poczułam się w kij światowo…

… jakbyście nie wiedzieli, to taka vlogerka/blogerka, co to zaczęła w dobrym czasie i teraz ma miliony… między innymi w pewnym czasie robiła kosmetyki, teraz już chyba nie robi. Ostatnio reklamowała i badała zabawki erotyczne dla kobiet. He he he… wyobraźcie sobie jaki wywołała boom w ukejowych mediach.

O rany!!!

No ale… jutro otwierają sklepy.

Ja chcę żywopłot.

Znaczy, naprawdę chcę więcej, ale testowanie się w te i wewte i jeszcze dookoła, na dodatek testy są niepewne i nie wiesz co pokażą, a jak pokażą, że jesteście pozytywni, to nie wpuszczą was na Wyspę!!!

Macie zostać tam, gdzieście się testowali!!!

Ja pierdziele.

Za co?

Jak? I dlaczego testują się ino wybrani, a ci co jeżdżą, kierowcy, obsługa i inni nie muszą, więc… eee? Gdzie logika?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Myśl Mało Nieczysta… została wyłączona

Pan Tealight i Bóg Troszku Śniegu…

„No więc pojawił się, taki wiecie, krasnoludek malusi, mocno owłosiony, w czerwonych stringach i malutkiej koszulce, ale żeby nie było, miał też wielkie kalosze i kapitalne rękawiczki, takie na sznureczku z jednym paluchem.

Takie puchate!!!

I to jeszcze z pomponikami przy rękawku, wiecie, coby se mógł zawiązać, chociaż, myśląc tak praktycznie, to jak się zawiązuje takie coś sobie samemu? No i jeszcze mając jedną rękę w rękawiczce? Chyba, że ktoś ma kilkanaście rąk i któraś z nich może zostać parą bezrękawiczną… no wiecie…

Takie zamyślenie.

Ale…

Bóg Troszku Śniegu przybył by pocieszyć Wiedźmę Wronę Pożartą. Tak wiecie, po ludzku, czy też wroniemu, wiedźmiemu czy jakoś tam. Nie wiadomo dokładnie jak oni się dogoadywali, ale ona lubiła zimno i śnieg kochała, więc pewno było lepiej gadać, jak ktoś ci w pysk wali snestormem.

Nie marudziła.

W ogóle…

Wprost przeciwnie.

No dobra, zaskoczył ją swoim pojawieniem się, nie żeby nie liczyła, w końcu w nocy wciąż się przymrozkowało, więc czemu nie. Jak już miała być ulewa, to czemu nie z takim, no wiecie, śniegiem maleńkim… więc nie mógł jej zawieść, tym bardziej, iż szczerze mówiąc, to jakoś tylko ona akceptowała go zawsze, o każdej porze roku. U niej zawsze czuł się chciany i na miejscu…

Moe by tak został.

Na zawsze?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kochanice króla” – … dobra. Jedna z moich ulubionych książek tej autorki, a dodatkowo nawet film lubię!!!

Chociaż trochę drastyczny… więc…

Tak, cieszę się, że odzyskałam tę książkę…

Ale sporo mi jeszcze w kolekcji brakuje… ech.

No ale… oto Tudorowie i Maria i Anna. Jedna zostanie dziwką, druga królową, kurwą i czarownicą dla wielu… a z czasem… wielką. Jedyną koronowaną po Katarzynie Aragońskiej. I tak, jak najbardziej więcej w tej powieści Marii, onej córki zbędnej, córki wykorzystanej, dziwki, zakochanej kobiety, a potem koboety porzuconej, współczującej, rozumiejącej.

Tak, ta książka to opowieść Marii Boleyn, tej jedynej, która przeżyła. Której dzieci, w rzeczywistości niezbyt męczone, przetrwały, choć przecież była to krew z krwi… okay, pewno że zostały odesłane, bronione, wydane za mąż, wżenione odpowiednio, ale jednak… po czystce po śmierci ostatniego Tudora jakoś przeżyły… a na razie oto one, młode siostry i świat, w którym bzyknięcie króla może dać wiele… albo zabrać życie… na co padnie tym razem?

Niby wiemy jak ta opowieść się kończy, ale po prawdzie ilu pamięta, wie, jak to się zaczęło, ile osób brało w niej udział i…

Kto tak naprawdę wygrał.

Kto przeżył w historycznych pieśniach na zawsze…

Naprawdę potężne tomiszcze, ale świetnie się je czyta. Człek włazi w tę opowieść, a potem chce tylko więcej i więcej i więcej… miłostek, a może historycznych faktów, czy też onej doskonałej mieszanki…

Nie wiem.

Kocham!

Wrony…

No tak, wrony i mewy…

Po pierwsze to od świtu, a nawet wcześniej, siedzą na dachu i domagają się jedzenia, wszelakiej atencji i jeszcze na dodatek grają w jakieś dziwne gry, rzucają dziwnymi rzeczami z dachu, tuptają, wszelako chcą byś wstał człowieku i jeszcze nie zapomniał o tym, że je się karmi pierwsze, no i tak, jak najbardziej są takimi, specjalnymi zwierzakami domowymi.

Tutaj.

Jakoś niewielu ma problemy z tym, że mewy wrzeszczą i obsrywają okna… oj tak, obsrywają je jakby chciały obraz jakiś namalować, czy coś… kiedyś podglądałam malowanie na szkle, ale czy to dla mnie, nie no, za tłukące…

Nie.

Jakoś ja i szkło to nie, niezbyt.

Wolę kamionkę!!! I porcelanę.

No wiecie… ptaszki są super. Naprawdę, a wrony i gawrony u nas to po prostu są mega. I mewy też. Jak napadną na żarcie, to ino pióra latają.

A w ogóle, to… znaleźli u nas to i jest wielka rozkmina.

I przyznaję, że mnie to wkurza, bo gdzieś widziałam już takie narzędzie.

Ale o ptaszkach miało być…

… teraz czas na polowania na takiego królewskiego jednego, chociaż zaraz, przecież to marzec, serio, to już? Jak to? Kiedy to? Wrony tak mnie kurde zaabsorbowały, że nie zauważyłam… a wszystko przez kulki ptasie w takim metalowym pijemniczku, które skubane próbują wyjąć. Wiecie, powoli się gromadzą najpierw, serio powoli, tak tuptają, jakby nic się nie działo, żadna nie sprawia wrażenia zainteresowanej nawet śliwą, na której karmnik wisi, tupu tu tupu tam i jeszcze podziobią trochę mech…

Przecież one tu po to, nie tam.

W ogóle, jak można je oskarżać, serio, jak…

I wtedy nagle jedna się podnosi, wszystkie gapią się w górę i patrzysz, czy uda się jej, czy nie, wylatują nasionka z kulki i jeszcze inne tam kawałki niewiadomoczego ptasiego… i jeszcze… kurcze, haczy się pazurami o srebrzysty metal i tak, człek sobie myśli, no kurna spadnie w końcu, ale nie…

… rozpostarte czarne pióra, po prostu cudne!!!

Wszystko powtarza się czasem kilka razy, ale jak tylko wrony przygapią, że się na nie patrzycie, to od razu… nie, nie odlatują, oj nie, przecież to nie one, one w ogóle nic i tak dalej, kompletnie nic, to ktoś inny, one tutaj tylko tuptają i w trawie grzebią. I wiecie, no spotkały się, czaerne i szare… piękne, majestatyczne…

I nagle…

Nie ma ich.

I tylko mewa zagubiona ponad śliwą szybuje i kilka srok podskakuje i mniejsze, wróblowate cuda się jakoś nagle pojawiają…

I już…

Za każdym razem to świetna zabawa!!! Czasem myślę, że mogłabym je tak oglądać i oglądać i oglądać… bo czemu nie, ciekawsze niż ludzie!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bóg Troszku Śniegu… została wyłączona

Pan Tealight i Dupka…

„No chleba no!!!

Wiecie, od zawsze się o to kłócili, no w sprawie: jak to się nazywa i czy serio, chleb może mieć dwa zadki? Czy zwać to piętką, czy przylepką? Wciąż jednak, dwie piętki, okay, dwie nogi, ale jednak…

Dwie dupki.

Dwa zadki.

W dzisiejszych czasach i obecnej ekonomii, no bez urazy, ale kto to podetrze i ile papieru zmarnuje na to wszystko? I czy jest to papier ekologiczny? A co z dietą? Bo przecież one muszą jakoś działać by nie były takie, no wiecie, zeschnięte i w ogóle? No co, przecież to brzmi całkiem okay.

Znaczy poprawnie!!!

Ale tak, no właściwie… w stosunku do chleba, podstawy życia… znaczy, no może nie teraz, wiadomo, one bezglutenowości, powąchać se taka Wiedźma Wrona Pożarta może, ale już jedzenie, o nie… i na żołądek źle działa i flaki i jeszcze dupa rośnie dziwnie ochoczo od tego… i jeszcze…

Ale jednak…

Jak to ma być…

Naprawdę?

Pan Tealight zawsze piekł chleb w Białym Domostwie wraz ze świtaniem, no w lecie może późnym świtaniem, ale jednak, piekł sam i to bez końców… serio, jego chleb nie miał końcówek… więc nie było się o co kłócić, sprzeczać i wszelako, rozprawiać nadzwyczaj agresywnie szczególnie przy posiłkach… nie żeby tak jedli gromadnie, Wiedźma Wrona nienawidziła takich imprezek…

Stół, krzesła, przymus talerzowania i sztućców…

Nie, nie dla niej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wiosna…

Chyba, tak naprawdę, jakoś tak, w ciągu dnia, dwóch, po prostu wiosna.

Codziennie słońce, temperatura szaleje kompletnie i po prostu, jest wrząco, ale jednak, jak tak człek jedzie samochodem, to wciąż widzi łachy śniegu, które kryją się i się nie poddają! Dzielne suczki!!! Tak trzeba… tak, jak zwykle nie jestem zadowolona z tego, że ta cała wiosna już tutaj… szczerze. Tak wiem, ja jestem takie niepopularne myślenie, że jak nic mi zaraz zabiorą potwierdzenie człowieczeńśtwa, czy coś…

No wiecie jak to jest…

Ludzie dziś są popierdzieleni.

Chwilowo…

… wszyscy szaleją, że sklepy mają być otwarte, że wolność jakaś w tym się odbija, a tak po prawdzie, to chyba mało kto widzi, że komplikują nam życie od nowa, na nowo, ino trochę z innej strony. Afera za aferą nie przedostaje się oczywiście dalej, znaczy, poza granice, więc wiecie… Narnia jest eksperymentem.

Znaczy Wyspa.

No bo przecież jak inaczej nas nazwać.

Ino już po Aslanowej rozróbie. Wiosnę sprowadził i se poszedł, majtnął ogonem i zadowolony. Hmmm… czy tylko ja łkałam jak Wiedźmę zabili?

Pewno tak, no mówię, niepopularne myślenie…

Ale czemu nie mogę sobie myśleć niepopularnie?

I naprawdę tęsknić za mrocznością i za zimnem…

… chociaż było tak krótko, no miesiąc niecały, ale tęsknić przecież mi wolno. Chociaż, co jak co, ale internety uważają inaczej. Oczywiście, jak ino się przyznacie do tego, że kochacie ciemności, szarości, zimę i tak dalej, to dostajecie łatkę zła wszelkiego i jeszcze tego, co to chce dla ludzi jak najgorzej…

I wiecie co, a niech wam będzie.

Chcę…

Chcę by mi było super, reszta to mnie wisi. Oto nowa ja, postanowiłam zadbać o siebie i przestać się przejmować resztą. Jakimiś ludziami, co to do Meksyków wyjeżdżają by robić za te, no, wiecie, hodowle części wymiennych…

Żeby nie było, influensery też tam są…

Ale…

Ponieważ słońce wylazło, to ludzie od razu zgrywają takich happy i tak dalej. No przecież serio, szczerze, tak od razu wszystko wam lepiej, tak od razu konta pełne i tak dalej? Bo ja jakoś kurna zmian nie widzę…

… ale w końcu ślepam!!!

No więc tak, mamy wiosnę.

Też Turyścizna po testach może od poniedziałku przyjeżdżać.

Ciekawe jak ten eksperyment się rozwinie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dupka… została wyłączona

Pan Tealight i Skrawek Wszelakości Niepięknej…

„Znaleźli go w lesie…

Skrawek Wszelakości Niepięknej… i się Wiedźma Wrona Przez Książki Pomordowane Pożarta w nim…

… zakochała.

Bo piękny taki.

Bo taki jakiś do niej pasujący, nie za duży, nie za mały, nie za widoczny i nie za ślepy jak ona sama. I jakiś taki, no jak ona. Po prostu. Zwyczajny Skrawek Wszelakości Niepięknej.

A może i nadzwyczajny?

A może…

Skrawek, ale jednak wiecie, ona wszelakość sprawiała, że był jakiś taki pełny, że powalał oną swą ekspresją, ale jednak, no że piękny, to jakoś nikt nie chciał powiedzieć. Tylko jej się zdawał niesamowicie urodziwy. I tylko dla niej był pieśnią, ale wiecie, w formie stałej, nie ulotnych dźwięków…

Był dla niej czymś…

Obiecanym.

Oczekiwanym…

Ale też i zaskoczeniem, wiecie, że był taki, a nie inny. Specjalny, ale jednak nie jakiś taki, wyfiokowany i zapatrzony w siebie. Wiecie… był nadzwyczaj skrawkowy we swej wszelakości i jeszcze niepiękny dla innych, tylko że dla niej, dla niej jakoś tak był urokliwy. W tych załamaniach i braku łagodności. W tych kolorach dostępnych dla każdego… dla niej był nadzwyczajny.

Chyba…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Psi napad.

Ogólnie mówiąc drzewiej było prawo.

No wiecie, że jak pies wam wpada na posesję, to macie prawo strzelać… oczywiście, prawo miało lat i wieków pewno wiele, a i władanie bronią, czy jej posiadanie, to już inna sprawa, ale jednak… kurcze, wciąż pamiętam jak znosili to prawo, więc nie było to aż tak dawno temu… ale, tutaj mimo braku wszelakich płotów często, czy furtek, mimo braku zasłon czy firanek, jakoś prywatność wciąż ma znaczenie…

… taka nie do końc, niedopowiedziana taka…

… więc, co zrobić, gdy nagle na posesji, wy myjecie okno, pojawia się wielkie białe bydle, a z nim radośnie, chyba pojana wpada wam miażdżąc roślinki, baba… no co zrobić w takiej sytuacji, poza łopatą w babę?

Psa szkoda, bez urazy.

Babsko udaje, że mnie nie ma…

Chyba, nie wiem, pies ryje, bawi się, wszystko trwa, okno umyłam i do dziś nie wierzę, że to się wydarzyło… nie… teraz chcę i siatki i płota, i może jeszcze takiego, wiecie, prądu, co to sprawia, że pies wam z posesji nie ucieka.

Na ludzi.

Na idiotów.

Bo kurna, rozumiem ucieczkę psa, choć nie, wróć, za to jest kara, jak się dowiedziałam i to dość wysoka… więc nie rozumiem, kuźwa, wielki pies, więc trzymaj go na smyczy!!! Ale po co, przecież nie gryzie.

Kuźwa, ale ja gryzę!!!

I to wszystko teraz, gdy robią z nas ten eksperyment.

Chyba już nie chce mi się wchodzić w szczegóły, bo jakoś tak, wciąż i wciąż wszystko się zmienia. Nie mogą się dogadać politycy z lekarzami, ale fryzjerzy są u nas zajęci już na dwa miesiące do przodu, więc jakby co, jakbyście chcieli się umówić, to ja mogę… wiecie, nóż jest, nożyczki też…

… umiejętności brak, ale siebie golę od zawsze!!!

LOL

Co uderza, to to, że możliwie, iż trzeba się będzie testować, by pójść kupić gacie… to będzie zabawne, kurna będzie…

Nie.

Wyspa nagle staje się naprawdę polem minowym.

Wszyscy podświadomie boją się dzieci, w końcu im wolno wszystko, więc cudownie roznoszą zarazę, a tutaj dzieci wychowywać nie wolno, więc… nie, nie wolno też nic mówić, w social mediach od razu rzucą się na was duńskie madki. A co… oberwiecie z: „a ty to już dawno dziecka małego nie miałaś”…

Kurde…

Czy jak nas tak będą podglądać i opisywać, to ja dostanę jakieś zadośćuczynienie, czy coś? Szczerze pytam! Bo kurde szczury jeść dostają, no laboratoryjne!!!

Orzeszki będą?

Cóż… eksperymentum zaczynamy… Co z tego wyniknie? Nie wiem, jedno wiem, trudno kupić dom w okolicy, więc jakby co, powinniśmy móc uciec, jak alienowską krew w nas wtłaczać będą… jak w Archiwum X… No co? Szczerze jest kijowa atmosfera, to ino śmiać się zostało… albo uciekać, ale gdzie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Skrawek Wszelakości Niepięknej… została wyłączona

Pan Tealight i Kalosz Poręczenia…

„No bo tak…

… niby ten Potter miał świstokliki, ale wiecie, Pan Tealight nie mógł być gorszy niż jakiś konstrukt myślowy ze Szkocji…

Oj nie…

On też chciał.

Też przecież mógł… też, jakby, no miał wyobraźnię, więc czemu nie? Zresztą, ostatnio szukał nowych wyzwań, serio… niby Wiosna nigdy go nie kręciła w tych rejonach, odnowienia, odrodzenia i zmienności, wiecie, był z siebie zadowolony i wszelako zniesmaczony nowinkami, więc nie chciał zmian… troszczenie się o Wiedźmę Wronę Pożartą w tej porze roku zawsze zajmowało mu masę czasu, ale jednak, jakoś tak, no chciał. Chciał czegoś…

Innego.

Nowego?

Ale czy na pewno nowego? W końcu w tej chwili każdy mógłby go posądzić o… no cóż, przynajmniej mocną insporację z klejeniem tego Kalosza Poręczenia, ale przecież wszystko tutaj miało się inaczej. I on wlewał w niego swoją magię, wszelaką moc i jeszcze, no ba, talenta artystyczne…

… a te miał…

E…

Miał je dość bezprecedensowo dyskusyjne.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

No ale…

Bo w końcu nie pogadałam sobie o tym, wiecie, o samotności, zamknięciu, odłączeniu od świta. Wszelakich mianach zachodzących w umysłach wielu, no i oczywiście tej odezwie psychologów, co to doprowadziła do tego, że się w końcu rząd pochylił na Wyspą, którą zwykle ma w dupie, ale co tam mają robić innego, zresztą, przy okazji odwalą inne, oddalone od Kopenhagi miejsca…

… więc, cuzamen do kupy, wiecie, biorą i jakoś będzie…

Przeraża mnie to jakoś.

Bo jednak… to nie chodzi o to, że wszyscy chcą wyjeżdżać. Oczywiście dziś myślimy o Tubylcach, a nie o Turyściźnie. Pomijamy ją milczeniem i tyle. Zajmijmy się w końcu nami, bo czemu nie… naprawdę raczej chyba trzeba się zająć tymi, co serio, wolą siedzieć tutaj, ale odebranie świadomości podróżowania, onej wolności odpłynięcia i bezpiecznego powrotu, coś zmienia w głowie.

Coś, nawet w introwertykach przestawia.

Coś…

Źle robi.

Niby nie będziesz płynąć nigdzie, nie stać cię przecież, kompletnie, więc możesz sobie ino pomarzyć o północy, powrocie do Fjallbacki i innych miejsc dookolnych, o kółkach, krzyżykach, rytach, penisach… co, penisy też ryli… i depresja nagle wjebuje się mocniej. Bardziej. Jakby… już człek myślał, że nie może być gorzej, ale jest, do punktu, w którym zaczyna myśleć o ostateczności, odkładanej tak codziennie. Bo jeśli tego nie dostanie raz, dwa razy w roku, to raczej nie oszukujmy się, nie przetrwam. Rozsypię się na zawsze i zdaję sobie z tego sprawę.

I nie… to nie Wyspa jest depresyjna, to słońce, nadmiar ludzi w leci i ich rządania oraz głupota polityków. To dobija…

Na razie wiadomo, szkoła i testy.

Testy mają objąć też fryzjerów i takie tam…

… od razu fryzjerki stwierdziły, że chyba kogoś popierdoliło, i tak wszyscy w maseczkach. Pomijamy, czy one działają, czy nie, szczerze… naprawdę. No i te testy, w końcu nikt jeszcze nie uzgodnił jak wiekowe mają być i tak dalej… więc… czy sprzedawcy też mają się testować co najmniej raz w tygodniu? Bo tak na chłopski rozum, to jakoś takoś, raczej wszyscy tak lub inaczej byli chorzy, ale… no wiecie, teraz powikłania pochorobowe uderzają, więc…

Więc szczerze, wszyscy mają przesrane, więc dajcie nam te włosy obciąć, nie żebym była zainteresowana, no i durnoty w Tigerze kupić…

Po prostu żyć.

Ale oczywiście są ludzie zamknięci w domach, anwet na Wyspie, wyszydzający tych, co to chcą wyjść, więc… kto ma rację? Na pewno nikt. Kompletnie nikt nie ma racji i tyle. Ale nikt też się nie myli, zwyczajnie, nikt nic nie wie…

Nic…

Może po 3 miesiącach w końcu nas otworzą, trochę?

Może ludzie przestaną czuć się tak klaustrofobicznie i reagować z taką nerwowością, ale jednak… na jak długo i czy w ogóle? I czy eksperymentowanie na zamkniętej grupie, której jestem częścią, mi się podoba?

Hmmm… nie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kalosz Poręczenia… została wyłączona

Pan Tealight i Mała Wyspa…

„Tak nagle się pojawiła i nikt nie wiedział o co chodzi… czy córka, siostra, kuzynką jest może, która przyjechała, a może jednak…

No wiecie, podmianką?

Czy jest zastępczym rzutem, czymś, do czego mają przywyknąć, czy też zmianą wiekuistą, a może i nowością, która jednak ich mocno wkurwi, ale wiecie, po jakimś czasie, może uda im się jakoś ją zaakeceptować, aż w końcu, no wiecie, znudzą się, przestaną się rozmyślać, przemyślać i nazbytnio interesować i koło się zamknie… może to o to chodziło, a może jednak…

Nie?

Bo Mała Wyspa była, plątała się dookoła Pani Wyspy i całkowicie, ale to wcale i w ogóle, nie wyglądała jak coś, czy ktoś, młodszy, mniej ważny, następczy, wszelako… nowy, nie pochodny, ale jednak…

Nie umieli opisać jak wygląda, jakby, była elementem znajomym, ale też i dziwnym, nowym, ale jednak wszelako pasującym do układanki, w której nagle pojawiła się jakaś dziura… i ona w nią pasowała… ale jeszcze, chwilowo jakoś tak, no nie chciała tam włazić. Po prostu, czekała.

Na swój czas…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Ostatnia żona Tudora. Poskromienie królowej” – … w końcu przeczytana.

Przyznaję, że pewno, oglądałam serial. Jednakowoż, bez urazy, wielokrotność niedopowiedzeń i błędy historyczne, były w nim raczej dość rażące, aczkolwiek też i prawdy, oraz świetna gra aktorska… szczerze, nadal go uwielbiam, ale… jeśli chodzi o nią, ostatnią żonę, cóż, to akurat w serialu oddali dobrze. Książka właściwie niewiele dodaje do tego wszystkiego poza przypisami, które pozwalają na dalsze kopanie i wyszukiwanie wiadomości o tej, która śmiała zawsze zwać się Katarzyną Parr…

A nie tylko Kaśką od króla.

Autorką, językoznawcą właściwie, naukowcem, filozofem… wot kobieta. Kto by pomyślał, że takie się uchowały z głową na szyi za czasów Tudorów. Aż dziwne, czyż nie? Ale… oto ona, kobieta, która przeżyła. Która w rzeczywistości… przeżyła, by niestety zaraz i tak życie zakończyć, więc wiecie, za bardzo se nie poszalała, no ale…

Gregory jak zwykle oddaje życie kobiety opierając się na faktach, ale też dorzucając co więcej elementów ze świata, pokazując bogaty obraz ówczesności… Świata, którym zdaje się oddychać… tutaj wszystko jest ważne, czy to ubiór, czy jedzenie, czy sposób mówienia, myślenia. Oczywiście, że polskie tłumaczenie, dzięki językowej bogatości, sprawia, że można się wtopić w ten świat Tudorów łatwiej, no ale… poza tym, to po prostu kolejna nieszczęśliwa historia.

Coś, co powinno być nauczką dla współczesnych…

Ale, kto dziś czyta książki?

PS. Tak, możn czytać jako oddzielną wariację w temcie biografii tej „królowej”. Nie jako część cyklu, ale…

Ten film, to… „Zło w głębi” (Sacrifice).

Samotna wyspa i wiecie, przeszłosć…

… tak mnie skierowała myślowo ku innym takim filmom. Książkom, opowieściom wszelakim, jakoś tak wyspa, ono odosobnienie, wszelaka bariera ekologiczna, ludzka odmienność Tubylców, a już szczególnie teraz, gdy promy do Niemiec nie kursują od ponad pół roku, w Szwecji nagle okazuje się, że jakiś mają nowy rodzaj pandemii, na dodatek jeszcze… no wiecie, ta cała kołomyja miezy Danią a Szwecją… to jest po prostu czeski film. Serio. I to porno!!! Albo i gorzej. Testy, nie testy. Dzieciaki mają teraz wracać do szkoły, ale mają mieć częste testy, więc wiecie, pewno znowu będą zamykać i tak w kółko Macieja.

Ale coś zrobić muszą, bo spokojni ludzie, za jakich Duńczycy są uznawani, są na granicy wybuchu.

Szczególnie tutaj.

W końcu u nas naprawdę wszystko zamknięte, a przyroda, bez urazy, ale jakoś nie uratuje cieknącego kranu, czy braku żarówek i tym podobnych. Niby jedni pracują niby inni nie, ale tak naprwdę, ludzie chcą na wakacje, chcą gdzieś, coś, jakoś…

I nagle myślę sobie, że przecież są tacy, którzy nie opuścili Wyspy…

Ani razu.

Można? Można… tylko, kurde, czy warto? Czy trzeba? Czy wystarczy? Czy to dla każdego? Czy jednak i u nas są dziwne kulty?

Czy urodzeni tutaj muszą wrócić?

A może…

Jest wiele z tego, czego nie wiem?

Ale wróćmy do filmu.

Gość wraca, ma ten dom, żonę w ciąży, taką, wiecie, już właściwie ready to serve… znaczy niby jeszcze ze dwa miesiące, ale jednak, jakoś tak, kurde, no wydaje się rodzić od razu… ale czas jest tutaj względny. Podobnie lekka rozbieżność osobników… szowinizm… oj tak, to takie Skandynawskie, czego pewno byście się nie spodziewali.

Co nie?

A tak w ogóle, to od razu myślę o onych porzuconych gaardach, o tych domach, które są niby kupione, a tak naprawdę, to… Czy mamy na Wyspie burdel? Tak się zastanawiam. Stawiałabym, że jest jakiś.

No wiecie, coś mniejszego… ale jest.

Po więcej jeździ się, a raczej płynie, na kontynent.

A tradycje?

Czy nowym robi się kocówę? Czy nas coś ominęło? A może jednak nie? Może te ponad 10 lat koszmarów miało swoje korzenie? A może Starzy Bogowie, Śniący… hmmm, zaskoczyło mnie, że i ten był w tym filmie. Może kurde to ten sam? Ale przecież męża nie zarżnę? Spojler taki, a co se będę żałować…

Na pewno Wyspa ma swoje tradycje.

Ma swoje uprzedzenia i jakoś wkupić się w towarzystwo trzeba, ale…

Hmmm, czy jest więcej? Ono odosobnienie? Czy w końcu uderzy nam do łbów i weźmiemy norze i powybijamy sąsiadów? Wciąż mi się przypomina ona gignatyczna zmrażarka, która tu stała jak się wprowadziliśmy… zostawili ją nam. One rośliny w ogrodzie tak dobrane… hmmm, takie to wszystko…

… dziwne…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mała Wyspa… została wyłączona

Pan Tealight i Bunt Pradawnych…

„Nie wiadomo było co dokładnie, ale jednak coś się działo.

Coś wielkiego, coś na poziomie tak pierwotnym, że zapach żywicy i bursztynu w powietrzu był aż przytłaczający. Że nagłe zadymy siarczanych oparów nie tylko jajczyły powietrze, ale przede wszystkim przyjmowały dziwnie, aż nazbytnio, ludzkie kształty… i jeszcze, no i jeszcze ta dziwna muzyka w tle…

Wszystkiego.

Wiedzieli, że coś się dzieje, coś, czego może nie będą w stanie ogarnąć myślami, czy uczuciami, ale coś, co na pewno zostanie oznaczone w przyszłości fajnym numerkiem i literkami i na pewno, gdzieś o tym napiszą…

Może nawet wyryją informacje w kamieniach, skałach, w drogach i drzewach, w dziwnych, lodowych masach i jeszcze… czasem, w strumieniu wody, który spływając nawet z dziwnego, zwyczajnego kranu, jakoś tak wejdzie w was i natchnie ku czemuś… może nie do końca odpowiedniego dla was…

Bo przecież dla nich jesteśmy tylko zabawkami…

Pionkami na szachownicy świata.

Takimi, które z dziwnym lękiem spoglądały na one palce i macki, które nimi pomiatały. Dziwnie obślinione, bo przecież czemu by czegoś nie przegryźć, gdy się włada i gra światem i właśnie szykuje się mu kolejną namiastkę Armagedonu… no wiecie, w końcu każdy chce się jakoś zabawić, niektórym się nudzi…

Bardzo.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Mgła…

Nadeszła mgła i dziwne ocieplenie…

Z – 7C zrobiło się + 7C i nagle człek poczuł się dziwnie. Oczywiście, że od razu wypełzł z domu i na spacer, wiecie, dla zdrowotności, czy coś, mijając tych tumanów dymiących jak parostatki… kure, co jest z tymi palaczami, nawet jak nie palą w tym momencie, to wiecie, no śmierdzą, ten dym, ona mgła ich własne gromadzi się wokół nich, wyciąga ku wam łapy i zamyka, dusi tym smrodem przestarzałego, niemytego ryja…

… no co?

A nieprawda?

Bleeee…

Prawda jest taka, że nagle wszyscy stwierdzili, że wiosna i tyle. Znaczy wróć, oczywiście, że jak oni przeciwnicy przedwczesnych celebracji Christmasowych, pieli, że wiosna już na początku stycznia, ale potem śnieg ich trochę przysypał. Teraz pieją znowu, jakby ta zima nie mogła się zwyczajnie, po ludzku wyzimnić.

Wiecie, pokazać…

Uwielbiam zimę, kocham czas ciemnienia się i przytłacza mnie słońce, ale znajdźcie tutaj takiego, co mnie zrozumie…

Ech!!!

No ale… mgła.

Mgła mgłą, najpier rozlała się dziwnie po onym rozświetlonym niebie, słonecznym, ale nie niebieskim. Jakby może i chmura popiołów z Etny postanowiła się pokazać… albo i coś więcej, o czym człek nawet nie wie? Wiecie, w dzisiejszych czasach, co tak naprawdę wiemy, czym jest prawda, czym jest nieprawda, czym jest coś takiego, choć jakoś tak… bliskiego jej?

Czym?

Ale idziemy… nad morze.

No dobra, tak naprawdę chciałam zobaczyć, czy są już i przebiśniegi i ranniki i powiem wam, że co jak co, ale raczej ich niewiele. Z drugiej strony śnieg dopiero stopniał, dopiero słońce wyszło, więc może jeszcze na nie czas? Na krzakach małe pączki… czy rzeczywiście przyjdą mrozy? Na plaży za to nie da się rozpoznać jaka to pora roku, bo ludzie siedzą i tak, łażą, zbierają patyki, wodorosty, kamienie… no co, w końcu zawsze coś z tego zrobić można, to po pierwsze, po drugie, wodorosty genialnie użyźniają i palą się po prostu  świetnie…

A po trzecie…

Niektórzy, jak ja, są zwyczajnie zboczeńcami krzemiennymi.

I już.

Ale… okolica, co jak co, zauważająco straciła kolejne drzewa, co sprowadza na mnie znowu jakiś taki kir smutku i wiecie co, bezsilność dziwną w członki mi ładuje. Nie mam już siły i nie wiem, czy nawet mi zależy… może już nie? Chcą kawałka lasu w Szwecji i chatki tam… gdzieś w okolicy helleristningerów, by se je badać i tyle.

Koniec.

Zmieniam zdanie…

Chcę domku wakacyjnego, jak to pięknie przetłumaczono w jakimś dziwacznym filmie… coś tam było ze złem we mnie, czy jakoś takoś… gość wraca na wyspę, chyba norweską, po 20 latach, z której zabrała go matka, by przejąć sommerhus. Ale wiecie, trzeba to było tłumaczyć i zapowietrzyć mi mózg na chwilę, dacze już nie istnieją? Ale jak w kółko słyszysz sommerhus, to jak masz uznać, że to dom wakacyjny… no ale, film jest dziwny i miesza strasznie legendy, ale…

Krew się leje.

Co do plaży i morza, jak zwykle o tej porze roku.

Istnieje.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bunt Pradawnych… została wyłączona

Pan Tealight i Chciwa Menda…

„Chciwa Menda wcale nie była chciwa, no bez urazy, ale więcej politycznej poprawności może, co? Zwyczajnie, po prostu chciała…

Problem w tym, że chciała wszystko.

Czemu nie?

Dlaczego można jej czegokolwiek zakazać? Czyż nie winniśmy wszyscy po prostu pragnąć i brać… dążyć i sięgać? Mawiała… Czyż nie nakazano nam po prostu spełniać się i wypełniać, zapełniać i dodatkowo jeszcze, zwyczajnie, po prostu, jakoś tak… mieć, posiadać. Uznawać za swoje, nazywać…

Dlaczego miała sobie odmawiać?

Czyż inni to robili?

Czy byli tak słabi…

Pan Tealight spotkał Chciwą Mendę w czasach, gdy wszystko jeszcze było w powijakach. Ona też była zresztą, w końcu może była Pierwszą, ale nie jedną z Pierwotnych Pradawnych.

Co to, to nie!

Jednak ona, z tą swoją wolą i pewnością, wszelaką siłą i osobowością zdolną powalić i konia i słonia i jeszcze pięć światów równoległych sobie podporządkować… zwyczajnie, tak po prostu. Umiała. Potrafiła zdolnie. A taka niepozorna jest przecież. Ni wysoka, ni nisoka, ni gruboka ni chudoka, ni nijoka, ni jakaś takaś no wiecie, zauważalna od razu, czy coś w ten deseń.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W śnieżnym nieznanym.

Czasem się zdarza, że w końcu trafiamy na ścieżkę, wiecie, kilometr czy cztery onego nieznanego…

Czasem tak się zdarza…

… coraz rzadziej, no ale, czasem się trafi… tym razem po spacerze opłotkami zalesionymi po kostki Almindingen… jakoś tak się udało dotrzeć, spotykając jedną ino familię w oddali, no i przemakając do wszelakich zmysłów, wiecie, w końcu zdecydowaliśmy się na ścieżkę między sosnami, ciemną, dziwną…

Taka zarośniętość obok chatki Hansa Rømmera.

Przy jeziorze.

Między drogami i ścieżynkami, rozłamem w ziemi, strumykiem i jeszcze mini wodospadami, ale… tym razem była ona zalesiona, magiczna i czarowna. Pełna wszelakich niespodzianek. Naprawdę. Pewno, że pod górę, plus śnieg… zasapał się człek robiąc kolejne zdjęcia w różnych pozycjach, wiecie…

… jednak niskie podwozie.

LOL

Ale…

Warto… bo ludzie nagle gdzieś zniknęli, przed nami ktoś tędy szedł, chyba znający to miejsce bardzo dobrze, z psem i…

… i wydawało mi się, że to będzie krótka wyprawa i zaraz wylądujemy przy jeziorze, ale nic bardziej mylnego, a na dodatek, coś położyło tutaj drzewa w trójkąt zgoła magiczny, w górze słońce nagle oświetliło czubki iglaków i jakoś tak, uświadomiłam sobie, że w końcu nie wiem, gdzie jestem, że z małego spaceru znowu zrobi się wielki i, że trzeba pamiętać o zmroku, który tu szybko łapie, słońce znika i już…

I gdy już uświadomiłam sobie, że nie wiem, gdzie jestem, że mogę iść po prostu i nic poza tym, szukając jakiegoś wyjścia stąd, bacząc na skały i rozłamy w ziemi, to zrobiło mi się lepiej. Pewno, że wcześniej widzieliśmy i ślady zajęcy i saren, ale… czy nas obserwowały? Oczywiście, że tak i ubawiły się, jak omal nie wyrżnęłam pokazowego orła na ukrytej, zmrożonej skale… naprawdę rżały… słyszałam, jakby co!!!

Zapamiętam sobie…

To moje jabłka wyżeracie!!!

No ale…

One patrzyły, a myśmy brnęli w śniegu zachwycając się dzikością onej dość młodej zieleniny i starej skalnej rozłamliny… w którymś momencie wleźliśmy na drogę dla tych rowerzystów szukających guza, ale… pół metra pod śniegiem była, więc wiecie… chyba raczej nieużywana, co nie?

Co jak co, to ludzie na nogach, sankach i nartach…

Nic poza tym.

Bycie tak, bez ludzi, tak w zimowatości… to naprawdę tutaj przywilej, bo jakoś Ludzizny wszędzie moc. Za wiele… męcząco. Bardzo…

Ale idziemy…

… wypełznięcie z tej całej śnieżnej niesamowitości zabrało nam godzinę. I tak, jak najbardziej na świecie było super i gdzieś mam to, że przemarzłam, zmokłam i w ogóle. Dobiło mnie uświadomienie sobie ile wlec się w śniegu trzeba do samochodu w tym całym zachodzącym świetle, no ale… po drodze mrożona pizza.

A co!

Na Wyspie warto szukać miejsc, albo odpowiadać na ich wołanie. Przełamywać strach i baczyć ino na „privat”.

Naprawdę… warto…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Chciwa Menda… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Zapalniczka…

„Znaczy, no tak…

Oczywiście.

Zawsze był przydatny, a jednak, ona zawsze spoglądała ku zapałkom. Wiecie, onym w niebieskim pudełeczku, zza morza… z dziwacznie kreskówkową figurynką białego chłopca z białym wszystkim. I wszelakim zapatrzeniem w swój własny świat, jakby kurcze… nie no, przecież od zapałek była dziewczynka, co nie? Nie chłopiec… a może i z tego baby wydupcyli ostatnio…

Ech…

Pan Zapalniczka, widzicie, był wielkim feministą.

Ogólnie mówiąc kochał wszystko co babskie, ale wiecie, bez odchyłów własnych w tę stronę. Jakoś takoś nie marzyła mu się własna pochwa, czy suknie jakieś… nawet się wiecie, nie malował. Nie. W ogóle. Kompletnie go ona nowomoda, która sprawiała, że baby jak chłopy i odwrotnie, nie, to go nie kręciło. On chciał kochać kobiety gorąco i płomiennie i jeszcze pragnął ich mieć wiele i poukładać sobie w pudełeczku, dużym, przestronnym, a potem potrzeć te główki…

I puff…

Znaczy nie no…

Oczywiście, że nie był mordercą.

Nie… on zwyczajnie po prostu był feministą. Chciał kobiet, pragnął ich wszystkich dla siebie, najlepiej lekko podsuszonych, ale tłustawych, więc wiecie, coby się łatwo mieściły w pudełeczka i dobrze im główki malały… i zawsze, ale to zawsze myślał wtedy o niej… Wiedźmie Wronie Pożartej Przez Książki Pomordowane, która wolała zapałki niż jego… feminista…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Na zewnątrz biało.

Ale no po prostu biało…

Wszystko zmieszało się w wilgoci, wietrze, w onej dziwnej, ociężałej mgle, ale też i dziwnej spokojności, dziwnej wszelakości. Przemókł nam dach, ale nie tylko nam, jak się okazuje siedemnastego lutego telefony się na Wyspie rozdzwoniły. I wszyscy narzekają, a dlaczego, no bo wiatr dziwnie wiał, spod tak nieznajomego kąta, że powpychał mokry śnieg pod dachówki, no i się zaczęło… u nas na poddaszu po prostu wilgotność, z tego tam wywietrznika się leje, no dobra, mocno kapie teraz… miejmy nadzieję, że się przesuszy, ale jedno wiadomo.

Jak najszybciej trzeba zrobić górę.

Z drugiej strony, gdyby nie sercowe połączenie z tym miejscem, to moglibyśmy sprzedać ten dom teraz za… oj, wiele więcej. W wymiarach nieruchomości, to mamy tutaj szaleństwo. Rudera wszelaka poszła za taką kasę, że tego nie rozumiem. Wiecie, murowany dom, który opada, wszelako zagrzybiały, a ponad 2 miliony…

… niestety.

Czy to oznacza zwiększenie populacji tutaj, nie…

Kupują i zostawiają i…

… wiecie, zwyczajnie czasem, raz na jakiś czas przyjadą, a potem, domy powoli popadają w ruinę. Już nikt ich co wiosnę nie maluje, nie naprawia, nie dba, nie ma już sił, a może i więcej jeszcze…

Może po prostu już wsio straciło sens?

W powietrzu unosi się bezradność i wkurw…

Nie wiadomo co wygra…

Codzienność zdaje się waką o każdy krok, o wszystko.

Już nie ma jakiejś radości, tylko… niektórzy mają jeszcze nadzieję. Niektórzy, jak sąsiad, którego wciąż nie zidentyfikowałam, zabiorą nam śmieci z podjazdu, jak Śmieciarskim Księżniczkom się nie chce… zrobi to bo wiecie, ma i tak przyczepkę, ma swój samochód, i tak wiecie swoje, więc…

Czemu nie?

Logiczne, więc czemu wzbudza moje zadziwienie?

Nie wiem.

Przeraża mnie ono zadziwnie, bo przecież to powinno być poprawne, normalne. Sami byśmy przywieźli coś sąsiadce własnej, czy sąsiadowi, gdyby potrzebowali, ale wiecie, nie potrzebuje ni ona ni on, albo też i każdy może wezwać sobie sklep by przywiózł jej co chce. Zresztą, chyba się schowała na czas tych śniegów… chociaż, może i śniegi wrócą, więc wiecie, może znowu wyjedzie.

Przynajmniej nie stuka, a Chowaniec ma ferie.

Urlopik… jak na razie kijowy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Zapalniczka… została wyłączona

Pan Tealight i Postępowa Panna…

„Lustro Królowej Śniegu znowu jebnęło.

Tak to jest, kurde, jak po przeprowadzce się wiesza te gówna na onych nowomodnych wymysłach,zamiast na śrubach grubych. Przecież sama rama waży swoje, co najmniej trzech chłopa go zwykle nosi za nią, bo przecież paniusia to nigdy nie wie gdzie je walnąć tak, no wiecie, od pierwszego wejrzenia.

Oj nie…

Na tę ścianę, czy tamtą, a może na podstawce jakieś, takiej, wiecie, fikuśnej? Oparte swobodnie o ścianę, tak, coby w nim szczuplej wyglądać, wiecie, albo może zawieszone pod kątem u sufitu, by kompletnie alienowato wyglądać, łeb mieć jak wydłużony balon, z którego ktoś jednak nie zrobił pieseczka, chcoiaż był już blisko i zaczął od ogonka… i prawej, tylnej łapki.

Albo…

No i oni tak łazili, a ona prosiła, by tu przystawili, albo tam, a tutaj może na dzień powiesić, a może i na dwa… ona sprawdzi, tutaj ma takie wynalazkiz internetów… więc może akurat się coś uda, nada…

No i tak to się skończyła.

Ona zmienność ciągła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kochanek dziewicy” – … no tak. Prawda, czy nie… hmmm, wiele jest teorii.

Przyznaję, że uwielbiam wleźć w te czasy Tudorowskie i Wojny Róż i jakoś tak w nich siedzieć. Patrzeć na świat przez pryzmat tamtych poglądów i zachowań. Lubię wracać do tych książek, jakoś tak…

By nagle być gdzieś indziej.

W innym czasie, epoce, wszelalkiej niepewności, ale i przecież świadomości tego, jak to się wszystko skończy. Bo romans Elżbiety I był czymś, cóż, oczywistym. Czymś, co zajmowało ówczesną Europę aż nazbytnio, bo przecież jakże to kobieta, no wiecie, winna była za mąż i dać potomka, żadnych innych uciech… a i te ciągłe zamachy na nią, tak szczerze, w tej książce widać Elżbietę zlęknioną Nie oną odważną heroinę sportretowaną w zbroi, ale otwartą i kochającą, potrzebującą kogoś… spragnioną uczucia.

Zwyczajną dziewczynę…

A on…

Czy chciał tylko władzy?

Najprawdopodobniej … więc dobrze, że miała doradzców, jednak… zawsze zastanawiało mnie, co by było gdyby. CO by było, gdyby jakoś tak, stał się królem małżonkiem. To by rozwiązało tyle problemów, ale też nie stworzyło legendy, czyż nie?

Oto opowieść o władczyni człowieku…

… ale i tej, która nigdy nie zapominała, że przede wszystkim jest królową!!! Opowieść nie tyle romantyczna, co polityczna, kryminalna.. Historia dwóch kobiet, które, cóż, pozostały samotne do końca.

Na zawsze…. bo przecież to też historia porzuconej żony. Tak podobnej do Katarzyny Aragońskiej. Tak bardzo… cierpiącej.

Pamiętacie, że straciłam swoje wszystkie książki… no więc po półtora roku mam… ekhm, malutką część tego, co miałam, ale kilka ważniejszych udało się znowu zdobyć.praca się skołowała sama, więc wiecie…

Co najważniejsze, by były to książki jednak nowe, wiecie…

… jestem przewrażliwiona.

Nadal.

A Butcher i Kroniki Królobójcy… ech, gdyby jeszcze Dragonlance i cały Tolkien z Pratchetem się objawił… ale może się uda.

Musi!!!

Szukając Bezludzia.

Ale najpierw coś, czego nie napisałam poprzednio, bo chodziło o Svaneke, a ja się zacietrzewiłam na onym zamknięciu. Ech… no więc od początku chyba jakoś tak w Svaneke najlepsze były lodowe rzeźby w porcie. Przy sztormie i minusowej temperaturze, no mega. W tym roku królują dwa stoły.

Takiego nakrycia to sama bym chciała…

Ino niecieknącego. LOL

Ino niecieknącego. LOL

Bo wiecie, one dwa stoły, popularne na Wyspie ławki z siedzeniami, drewniane, pokryte zostały przez fale przepięknym obrusem. Z sopelami, fałdkami, ale takimi zaprasowanymi, no przecież plisowanie na maksa wam powiem… i jeszcze te siedzenia, w słońcu szczególnie rytmicznie dudniące kropelkami…

… po prostu czyste piękno i idealna inspiracja.

Ale w Svaneke nie tylko to można znaleźć, są i oblodzone schody – nie polecam i formy wszelakie, lodowe. W onych kwietnych wazonach, na tych wielkich,betonowych palach do cumowania… wszędzie no. Po prostu lód. Lód, który powoli, z każdym chlupnięciem, naciekał one twory, zwyczajnie, cudownie się popisał, ale kawałek dalej jest drabinka, chlapnięcie, fala…

Zmroziło mi tyłek, omal nie wylądowałam w wodzie, kompletna głupota kurde, ale jednak… musiałam mieć te zdjęcia. Są na instagramie, jakby co. Nie wszystkie jeszcze, ale wiecie, należy dozować takie cudowności sztuki naturalnej.

Trzeba.

Svaneke to niestety nie bezludzie i choć chciałoby się pooglądać one domki z tymi śnieżnymi czapami w ogródkach, one drogi nie do końca odśnieżone, to jednak, jakoś ludzie są… a już szczególnie w porcie, no weźcie no…

Wszędzie ludzie.

A ja chcę natury i braku Turyścizny!!!

Ale oni zjechali i chcą na narty.

I chcą jeździć na łyżwach na jeziorach… no idioci są wszędzie, dopiero ktoś tam wpadł, ale co tam, czemu nie, nagrody Darwina to którego są? Ktoś wie? Na nartach jeżdżą gdzie się da, oczywiście olewając chodzących, czy te rodziny z dziećmi… są jak rowerzyści nie baczący na pieszych, czyli wsio w poriadkie, co nie?

Ale jakoś nam się udało znaleźć bezludzie.

Najpierw co prawda wkopaliśmy się w śnieg, ale po to człek łopatę ze sobą wozi. Nie zapominajcie o łopatach, bo odśnieżenie to wciąż mit.

A po odpkopaniu wybraliśmy nieodśnieżony, ale rozjeżdżony i kosmicznie zapchany parking, przy dużej stacji kolejowej/muzeum, i ruszyliśmy szukać ścieżki… szosą… oczywiście, że dostałam bułą pośniegowego błocka, bo czemu nie, więc cała reszta wycieczki w mokrych portkach. Polecam. Wymraża skórę cudownie. Wam mówię, taki trening wszelkiej osobowości.

A potem…

Były sarny i zające…

Ale to potem.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Postępowa Panna… została wyłączona