Pan Tealight i Postępowa Panna…

Lustro Królowej Śniegu znowu jebnęło.

Tak to jest, kurde, jak po przeprowadzce się wiesza te gówna na onych nowomodnych wymysłach,zamiast na śrubach grubych. Przecież sama rama waży swoje, co najmniej trzech chłopa go zwykle nosi za nią, bo przecież paniusia to nigdy nie wie gdzie je walnąć tak, no wiecie, od pierwszego wejrzenia.

Oj nie…

Na tę ścianę, czy tamtą, a może na podstawce jakieś, takiej, wiecie, fikuśnej? Oparte swobodnie o ścianę, tak, coby w nim szczuplej wyglądać, wiecie, albo może zawieszone pod kątem u sufitu, by kompletnie alienowato wyglądać, łeb mieć jak wydłużony balon, z którego ktoś jednak nie zrobił pieseczka, chcoiaż był już blisko i zaczął od ogonka… i prawej, tylnej łapki.

Albo…

No i oni tak łazili, a ona prosiła, by tu przystawili, albo tam, a tutaj może na dzień powiesić, a może i na dwa… ona sprawdzi, tutaj ma takie wynalazkiz internetów… więc może akurat się coś uda, nada…

No i tak to się skończyła.

Ona zmienność ciągła.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kochanek dziewicy” – … no tak. Prawda, czy nie… hmmm, wiele jest teorii.

Przyznaję, że uwielbiam wleźć w te czasy Tudorowskie i Wojny Róż i jakoś tak w nich siedzieć. Patrzeć na świat przez pryzmat tamtych poglądów i zachowań. Lubię wracać do tych książek, jakoś tak…

By nagle być gdzieś indziej.

W innym czasie, epoce, wszelalkiej niepewności, ale i przecież świadomości tego, jak to się wszystko skończy. Bo romans Elżbiety I był czymś, cóż, oczywistym. Czymś, co zajmowało ówczesną Europę aż nazbytnio, bo przecież jakże to kobieta, no wiecie, winna była za mąż i dać potomka, żadnych innych uciech… a i te ciągłe zamachy na nią, tak szczerze, w tej książce widać Elżbietę zlęknioną Nie oną odważną heroinę sportretowaną w zbroi, ale otwartą i kochającą, potrzebującą kogoś… spragnioną uczucia.

Zwyczajną dziewczynę…

A on…

Czy chciał tylko władzy?

Najprawdopodobniej … więc dobrze, że miała doradzców, jednak… zawsze zastanawiało mnie, co by było gdyby. CO by było, gdyby jakoś tak, stał się królem małżonkiem. To by rozwiązało tyle problemów, ale też nie stworzyło legendy, czyż nie?

Oto opowieść o władczyni człowieku…

… ale i tej, która nigdy nie zapominała, że przede wszystkim jest królową!!! Opowieść nie tyle romantyczna, co polityczna, kryminalna.. Historia dwóch kobiet, które, cóż, pozostały samotne do końca.

Na zawsze…. bo przecież to też historia porzuconej żony. Tak podobnej do Katarzyny Aragońskiej. Tak bardzo… cierpiącej.

Pamiętacie, że straciłam swoje wszystkie książki… no więc po półtora roku mam… ekhm, malutką część tego, co miałam, ale kilka ważniejszych udało się znowu zdobyć.praca się skołowała sama, więc wiecie…

Co najważniejsze, by były to książki jednak nowe, wiecie…

… jestem przewrażliwiona.

Nadal.

A Butcher i Kroniki Królobójcy… ech, gdyby jeszcze Dragonlance i cały Tolkien z Pratchetem się objawił… ale może się uda.

Musi!!!

Szukając Bezludzia.

Ale najpierw coś, czego nie napisałam poprzednio, bo chodziło o Svaneke, a ja się zacietrzewiłam na onym zamknięciu. Ech… no więc od początku chyba jakoś tak w Svaneke najlepsze były lodowe rzeźby w porcie. Przy sztormie i minusowej temperaturze, no mega. W tym roku królują dwa stoły.

Takiego nakrycia to sama bym chciała…

Ino niecieknącego. LOL

Ino niecieknącego. LOL

Bo wiecie, one dwa stoły, popularne na Wyspie ławki z siedzeniami, drewniane, pokryte zostały przez fale przepięknym obrusem. Z sopelami, fałdkami, ale takimi zaprasowanymi, no przecież plisowanie na maksa wam powiem… i jeszcze te siedzenia, w słońcu szczególnie rytmicznie dudniące kropelkami…

… po prostu czyste piękno i idealna inspiracja.

Ale w Svaneke nie tylko to można znaleźć, są i oblodzone schody – nie polecam i formy wszelakie, lodowe. W onych kwietnych wazonach, na tych wielkich,betonowych palach do cumowania… wszędzie no. Po prostu lód. Lód, który powoli, z każdym chlupnięciem, naciekał one twory, zwyczajnie, cudownie się popisał, ale kawałek dalej jest drabinka, chlapnięcie, fala…

Zmroziło mi tyłek, omal nie wylądowałam w wodzie, kompletna głupota kurde, ale jednak… musiałam mieć te zdjęcia. Są na instagramie, jakby co. Nie wszystkie jeszcze, ale wiecie, należy dozować takie cudowności sztuki naturalnej.

Trzeba.

Svaneke to niestety nie bezludzie i choć chciałoby się pooglądać one domki z tymi śnieżnymi czapami w ogródkach, one drogi nie do końca odśnieżone, to jednak, jakoś ludzie są… a już szczególnie w porcie, no weźcie no…

Wszędzie ludzie.

A ja chcę natury i braku Turyścizny!!!

Ale oni zjechali i chcą na narty.

I chcą jeździć na łyżwach na jeziorach… no idioci są wszędzie, dopiero ktoś tam wpadł, ale co tam, czemu nie, nagrody Darwina to którego są? Ktoś wie? Na nartach jeżdżą gdzie się da, oczywiście olewając chodzących, czy te rodziny z dziećmi… są jak rowerzyści nie baczący na pieszych, czyli wsio w poriadkie, co nie?

Ale jakoś nam się udało znaleźć bezludzie.

Najpierw co prawda wkopaliśmy się w śnieg, ale po to człek łopatę ze sobą wozi. Nie zapominajcie o łopatach, bo odśnieżenie to wciąż mit.

A po odpkopaniu wybraliśmy nieodśnieżony, ale rozjeżdżony i kosmicznie zapchany parking, przy dużej stacji kolejowej/muzeum, i ruszyliśmy szukać ścieżki… szosą… oczywiście, że dostałam bułą pośniegowego błocka, bo czemu nie, więc cała reszta wycieczki w mokrych portkach. Polecam. Wymraża skórę cudownie. Wam mówię, taki trening wszelkiej osobowości.

A potem…

Były sarny i zające…

Ale to potem.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.