Pan Tealight i Bóg Troszku Śniegu…

„No więc pojawił się, taki wiecie, krasnoludek malusi, mocno owłosiony, w czerwonych stringach i malutkiej koszulce, ale żeby nie było, miał też wielkie kalosze i kapitalne rękawiczki, takie na sznureczku z jednym paluchem.

Takie puchate!!!

I to jeszcze z pomponikami przy rękawku, wiecie, coby se mógł zawiązać, chociaż, myśląc tak praktycznie, to jak się zawiązuje takie coś sobie samemu? No i jeszcze mając jedną rękę w rękawiczce? Chyba, że ktoś ma kilkanaście rąk i któraś z nich może zostać parą bezrękawiczną… no wiecie…

Takie zamyślenie.

Ale…

Bóg Troszku Śniegu przybył by pocieszyć Wiedźmę Wronę Pożartą. Tak wiecie, po ludzku, czy też wroniemu, wiedźmiemu czy jakoś tam. Nie wiadomo dokładnie jak oni się dogoadywali, ale ona lubiła zimno i śnieg kochała, więc pewno było lepiej gadać, jak ktoś ci w pysk wali snestormem.

Nie marudziła.

W ogóle…

Wprost przeciwnie.

No dobra, zaskoczył ją swoim pojawieniem się, nie żeby nie liczyła, w końcu w nocy wciąż się przymrozkowało, więc czemu nie. Jak już miała być ulewa, to czemu nie z takim, no wiecie, śniegiem maleńkim… więc nie mógł jej zawieść, tym bardziej, iż szczerze mówiąc, to jakoś tylko ona akceptowała go zawsze, o każdej porze roku. U niej zawsze czuł się chciany i na miejscu…

Moe by tak został.

Na zawsze?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kochanice króla” – … dobra. Jedna z moich ulubionych książek tej autorki, a dodatkowo nawet film lubię!!!

Chociaż trochę drastyczny… więc…

Tak, cieszę się, że odzyskałam tę książkę…

Ale sporo mi jeszcze w kolekcji brakuje… ech.

No ale… oto Tudorowie i Maria i Anna. Jedna zostanie dziwką, druga królową, kurwą i czarownicą dla wielu… a z czasem… wielką. Jedyną koronowaną po Katarzynie Aragońskiej. I tak, jak najbardziej więcej w tej powieści Marii, onej córki zbędnej, córki wykorzystanej, dziwki, zakochanej kobiety, a potem koboety porzuconej, współczującej, rozumiejącej.

Tak, ta książka to opowieść Marii Boleyn, tej jedynej, która przeżyła. Której dzieci, w rzeczywistości niezbyt męczone, przetrwały, choć przecież była to krew z krwi… okay, pewno że zostały odesłane, bronione, wydane za mąż, wżenione odpowiednio, ale jednak… po czystce po śmierci ostatniego Tudora jakoś przeżyły… a na razie oto one, młode siostry i świat, w którym bzyknięcie króla może dać wiele… albo zabrać życie… na co padnie tym razem?

Niby wiemy jak ta opowieść się kończy, ale po prawdzie ilu pamięta, wie, jak to się zaczęło, ile osób brało w niej udział i…

Kto tak naprawdę wygrał.

Kto przeżył w historycznych pieśniach na zawsze…

Naprawdę potężne tomiszcze, ale świetnie się je czyta. Człek włazi w tę opowieść, a potem chce tylko więcej i więcej i więcej… miłostek, a może historycznych faktów, czy też onej doskonałej mieszanki…

Nie wiem.

Kocham!

Wrony…

No tak, wrony i mewy…

Po pierwsze to od świtu, a nawet wcześniej, siedzą na dachu i domagają się jedzenia, wszelakiej atencji i jeszcze na dodatek grają w jakieś dziwne gry, rzucają dziwnymi rzeczami z dachu, tuptają, wszelako chcą byś wstał człowieku i jeszcze nie zapomniał o tym, że je się karmi pierwsze, no i tak, jak najbardziej są takimi, specjalnymi zwierzakami domowymi.

Tutaj.

Jakoś niewielu ma problemy z tym, że mewy wrzeszczą i obsrywają okna… oj tak, obsrywają je jakby chciały obraz jakiś namalować, czy coś… kiedyś podglądałam malowanie na szkle, ale czy to dla mnie, nie no, za tłukące…

Nie.

Jakoś ja i szkło to nie, niezbyt.

Wolę kamionkę!!! I porcelanę.

No wiecie… ptaszki są super. Naprawdę, a wrony i gawrony u nas to po prostu są mega. I mewy też. Jak napadną na żarcie, to ino pióra latają.

A w ogóle, to… znaleźli u nas to i jest wielka rozkmina.

I przyznaję, że mnie to wkurza, bo gdzieś widziałam już takie narzędzie.

Ale o ptaszkach miało być…

… teraz czas na polowania na takiego królewskiego jednego, chociaż zaraz, przecież to marzec, serio, to już? Jak to? Kiedy to? Wrony tak mnie kurde zaabsorbowały, że nie zauważyłam… a wszystko przez kulki ptasie w takim metalowym pijemniczku, które skubane próbują wyjąć. Wiecie, powoli się gromadzą najpierw, serio powoli, tak tuptają, jakby nic się nie działo, żadna nie sprawia wrażenia zainteresowanej nawet śliwą, na której karmnik wisi, tupu tu tupu tam i jeszcze podziobią trochę mech…

Przecież one tu po to, nie tam.

W ogóle, jak można je oskarżać, serio, jak…

I wtedy nagle jedna się podnosi, wszystkie gapią się w górę i patrzysz, czy uda się jej, czy nie, wylatują nasionka z kulki i jeszcze inne tam kawałki niewiadomoczego ptasiego… i jeszcze… kurcze, haczy się pazurami o srebrzysty metal i tak, człek sobie myśli, no kurna spadnie w końcu, ale nie…

… rozpostarte czarne pióra, po prostu cudne!!!

Wszystko powtarza się czasem kilka razy, ale jak tylko wrony przygapią, że się na nie patrzycie, to od razu… nie, nie odlatują, oj nie, przecież to nie one, one w ogóle nic i tak dalej, kompletnie nic, to ktoś inny, one tutaj tylko tuptają i w trawie grzebią. I wiecie, no spotkały się, czaerne i szare… piękne, majestatyczne…

I nagle…

Nie ma ich.

I tylko mewa zagubiona ponad śliwą szybuje i kilka srok podskakuje i mniejsze, wróblowate cuda się jakoś nagle pojawiają…

I już…

Za każdym razem to świetna zabawa!!! Czasem myślę, że mogłabym je tak oglądać i oglądać i oglądać… bo czemu nie, ciekawsze niż ludzie!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.