Pan Tealight i Nie można się nazbyt otwierać…

„Widzicie.

Niby było to raczej oczywiste.

Raczej.

Niby wszelakie światowe elementy, które się pojawiły na świecie w ciągu ostatnich lat dokładnie udowadniały, że wszelaka uczciwość i mówienie wprost co się myśli, to raczej nie jest dobra pomysła…

W ogóle.

Nie należy dajsektować swojego umysłu i pokazywać wszystkim, że patrz tu szara, a tu biała, a ja w ogóle nie lubię różowego… że co, ty nie lubisz różowego, rasista z ciebie, wszelaki!!! Jak w ogóle możesz. Dlaczego o tym piszesz, przecież wpływasz na moje uczucia… a ty tylko powiedziałeś, że nie lubisz różowego. No bo jakoś tak kiepsko ci się kojarzy, zresztą, można nielubić spraw, rzeczy, a co więcej, nawet ludzi… a nawet wolno ich nienawidzić!!!

Ale…

Lepiej nie.

Nie otwieraj się.

A już w szczególności nie montuj sobie zippera w korpusiku, bo ci jeszce wątrobę czy nerkę ukradną, albo i serce, no i nagle nie wiesz czemu czujesz, że nie czujesz, ale jednak coś czujesz, choć nie do końca to, co dawniej czułeś, więc o co w tym wszystkim chodzi? No o co? O co?

Naprawdę…

Żeby nie mówić prawdy, nie tłumaczyć, nie mieć innego zdania, szczególnie, wszelako w tym całym świecie.

Po prostu, lepiej nie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Właściwie, to ciemności nie ma…

Nie no, oczywiście, że nie jesteśmy wielką północą i mamy jakąś tam noc, ale jednak ona noc nasza, obecna, no jest tak bardzo jasna, że… nawet ten cudownie ochmurzony nieboskłon nie pomaga. Ciemność może pojawia się w okolicach północy, ale zaraz po trzeciej jakoś tak się robi jasno… bardzo jasno, a potem słońce wschodzi i już jest po spaniu kurna!

A potem jeszcze sąsiad…

… ale nie ten psychopata, który nie kocha zieleni, wiecie, ten, co trawę przycina do pół centymetra nad poziomem ziemi, dekapitator stokrotek. Wszelaki szaleńca nienawidzący natury i co chatę ma taką ino beton, a wsio dookoła lepiej żeby było wyasfaltowane, wybetonowane i wszelako wykamieniowane i żadnych kwiatków…

Drzew i krzaków też nie!!!

Dlatego na szczęście właśnie patrzę na piękne, wielkie, doprawdy dodorne, kołyszące się na nieistniejącym wietrze, tulipany… lekko przekwitające już. Ale zaraz tam sąsiad od jego strony coś będzie miał na kolejny sezon. Bo oni tam lubią, a przecież nie można komuś zabronić, co nie… chociaż, nie do końca, na przykład wsadzenie brzozy jest już mocno kontrowersyjne.

Dlatego my mamy z pięć… ale cicho, nie mówcie nikomu!!!

Kocham je!!!

No ale…

No więc jakowyś inny sąsiad nabył sobie myjkę do samochodu.

Kuźwa!!! Jakie to cholerstwo jest głośne, więc sorry, ale jak w nocy, w godzinach tak zwanej ciszy, którą i taki skuterek może zmącić, niestety… nienawidzę tego cholerstwa. Małe pierdzące, kurnisko głośne cholerstwa!!!

Ile można!!!

Ale…

Ponieważ tamten tam mył ten samochód, to wiecie…

Spać mi się chce.

Ale trza poczekać jakoś tak do września aż się sąsiedzi uspokoją, Turyścizna też jakoś tak, chociaż, z tymi nowymi, co to kupili se tu domy to szaleństwo. Naprawdę. Łażą i ciągle czegoś chcą. ALbo najlepsze banie odchodzą na onych grupach bornholmskich, co to ludzie żebrzą o domy. I to brzmi tak, jakby to była nasza wina, że oni nie mogą sobie niczego kupić. Szczerze? Serio? Czy was wszystkich już tak popieroliło? Bo inaczej nie można powiedzieć…

Nie da się.

Dodatkowo tu kot, tu dziecko, coś łka, za bardzo wieje…

Morze jest, morza nie ma…

Nosz żesz. Ja rozumiem, że ktoś z miasta i tak dalej, ale bez urazy, jak można tak jęczeć i to na social mediach? Szczerze. W jaki sposób ludzie tak zwyczajnie rzucają wsio innym w ryj, a potem wielki foch, bo przecież…

To wasza wina.

Że nie jest, to nic nie znaczy.

Kompletnie.

Ale… od początku człowiek, jak tylko zaczął tu oficjalnie mieszkać, otrzymywał policzkowce od przyjezdnych, którzy rządali a to tego, a to tamtego, a to jeszcze dlaczego dywanu im nie rozwinięto, dlaczego tu nie ma tego czy tamtego, a w ogóle to most i tunel i jeszcze… jakoś cisza i spokój i jeszcze ona naturalność, to wiecie, ludziom jakoś wcale, ale to wcale nie pasują.

Chyba nikomu tego nie trzeba.

Tia… wkurw mnie bierze.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nie można się nazbyt otwierać… została wyłączona

Pan Tealight i Każdy może być smaczny…

„Właściwie…

Wiecie, czasy były porąbane. Nic nie było pewne, nawet wschód słońca nawet zachód, czy trawienie. Kiedyś ukochana marchewka, teraz macie uczulenie, więc Pan Tealight, cóż… szukał opcji.

Bardziej niż zwykle i nie dla siebie…

Nie zawsze.

… więc wiecie, istniało podejrzenie, że w końcu nie będzie czym jej karmić. Znaczy w ogóle, no i co wtedy? Energia słoneczna? Mdliło ją. Ziemskie eony… niedobrze. A już odbicia, to lepiej w ogóle nie wspominać. W końcu mówimy o kimś, kto artystycznie, od razu na rąbane podobrazie może wam swoją wewnętrzną twórczość wyrąbać. Znaczy no ukazać.. rzygnąć powinno stać, ale podobno to nieładne słowo… jak słowo może być nieładne albo ładne? No jak…

Szczerze?

Dlatego Pan Tealight zrobił to, co umiał najlepiej, czyli stworzył. Dokonał aktu i potem tak jakoś poleciało. Ale nie, nie w tę dziurkę, zboczeńcy, co od razu mitologicznie, co… nie, on miał swoje spobosy, każdy Pradawny miał, ale on to już w szczególności, w końcu… mieszkał w Sklepiku…

Czy też raczej go prowadził, ale wiecie…

Księgowa się zwinęła, więc, czy wciąż był jakiś interes?

W końcu właśnie dokonał aktu stworzenia Przyprawy Jedynej… idealnej i perfekcyjnej, zdolnej wszystko, wszystkiego i każdego zapewne też, oraz każdemu w każdym miejscu, uczynić strawiennym i zajebiście przesmacznym. Naprawdę!!! Na dodatek kompletnie niewidzialnej…

Wiecie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pada…

Oczywiście niewiele, oczywiście jak zwykle kropi raczej deszcz, nznacza ziemię dziwnie miejscowo, jakby wymijał pewne miejsca specjalnie, jakby coś było nie tak z polewaczką. Wiecie, twarda woda może, kamień się osadził i tak dalej…

Ale pada.

Dlaczego tak to powtarzam?

Bo obiecała pogodynka deszcz i przedwczoraj i wczoraj może…

… i jeszcze kilka dni temu i raz nawet się zachmurzyło, ale tak zwykle, zwykle to ostatnio jest słonecznie i dobijająco. Wiem, większość z was kocha słońce i uważa, że to lek na całe zło… moje rośliny tak nie uważają. A jabłnka odmówiła kwitnienia, ta największa, co to zawsze taka ciężka była od owoców ma ino kilka kwiatków i to skupionych na dwóch gałęziach, więc… nie wiem co to znaczy… Zmarzła? Prawdopowdobnie. Śliwka za to pachniała i kwitła przez dni kilka i teraz jest zielona. Czy będzie owocowa? Rok temu była, dwa lata temu nie…

… ale…

Natura.

Zmarzłe rośliny…

… dwie poszły do ziemi. Znaczy wiecie, do kompostu, niestety, ale patrzenie jak odżywa szałwia, gigantyczna szałwia, wieloletnia fighterka, którą dwa lata temu przywlekliśmy oczywiście ze sobą, bo przecież, która jakoś się zadomowiła, jakoś tak, zwyczajnie… zmarzła. Zmieniła się z zieleni w szarość.

Wiem już jak wygląda szarość szałwiowa.

Ale w modzie jest sage green!

Na szczęście, ta roślina jest niesamowita.

Wystarczy objąć palcami gałąź, by poczuć życie… z szarymi liśćmi, ale życie… i można zobaczyć one zielone listki… pewno, że mogłabym przyciąć ją do ziemi, ale nie chcę, chcę zobaczyć jak to będzie, chcę…

Ogród jest zmęczony.

Ogród nie chce słońca…

Czy podoba mu się, że pada? Nie wiem… nie umiem tego powiedzieć, po prostu chcę, by roślinki nie padły, by drzewa wypuściły listki i widzę coraz częściej, że półcień dla wszystkiego jest najwżniejszy, że drzewa, któych nie możemy mieć akurat tutaj, wiecie, wsio jednak z głową, sadzi się gdzie się da, ale czasem się nie da, więc krzaki, ale one muszą odpocząć po zimie, po wiatrach, po tej dziwniej wiośnie, co się jeszcze przecież nie skończyła, ale jednak jest inna, dziwaczna taka, po tych wszelakich latach wzrastającej temperatury…

Minus 10 tutaj…

I teraz w nocy poniżej 5 stopni…

Natura.

Tak, ale powoli człek sobie uświadamia, że natura, to przecież też on, czyż nie? Czy świat w końcu to zrozumiał? Pewno nie… więc zwyczajnie, jestem chyba oną szałwią, tylko się nie odradzam… albo tą gałęzią rozmarynu…

Albo…

Niesobą.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Każdy może być smaczny… została wyłączona

Pan Tealight i Kołdra Bez Potępienia…

„Miała ją.

A może raczej to ona przejęła ją w posiadanie?

Posiadanie może i nie na zawsze, bo przecież któraś zawsze tam, jakoś tak, nieuchronnie zapewne, czy tak jakoś… no mogła się podrzeć, wypruć z piórek, no jakoś tak rozjechać, ale duchy, dusze… tak, one były już powiązane na zawsze. Na prawdziwe zawsze, a nie jakieś wymyślone…

Ale ona ją miała.

Znaczy, tak się jej wydawało.

No nie, pewno że zapłaciła, prała, ubierała, czy też raczej Chowaniec to robił, bo przecież ona sama taka niska i z krótkimi kończynami, więc wiecie, no problematyczne to wsio czasem, bardzo problematyczne, chociaż z drugiej strony nigdy jakoś nie miała wątów z tym, że niska jest, znaczy Kołdrze też to odpowiadało, wiecie, jakoś tak, ekonomicznie i przykryć łatwiej.

No serio!!!

Ale jednak, to ona ją miała… Kołdra miała człowieka. Czy też raczej, dokładnie coś pomiędzy człowiekiem, worną, niedźwiedziem i przybyszem z Matplanety po sterydach i Gwieździe Śmierci, ale… miała ją. Po prostu. Zwyczajnie i może nie na zawsze, może i kiedyś, po wiekach się rozstaną, bo się jedna nazbytnio popruje, zgrubni w jedną ino stronę… wiecie jak to jest.

Jest się kołdrą… znaczy Kołdrą… i się ma co okrywać.

Inaczej życia nie ma.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Kształt serca” – … okay. Dobra, można tej powieści zarzucić miejscową chaotyczność, czy małe niedopracowania, ono zagubienie, brak ciągu dalszego i czegoś tam jeszcze, ale…

Gdyby to było, nie byłaby taka, jaka jest, a jest niesamowita.

Wciągająca, szalona, magiczna.

Może to przez Nowy Orlean, może przez niesamowitą bohaterkę, a może jednak… no właśnie, któż w tej powieści jest bohaterem? Głównym? Ona? On… czy też to coś, co zawiązuje się między nimi, co obserwować później możemy w tryllogii, która uczyniła Redondo sławną?

Bo tak chronologicznie powieść opowiada o Amai w USA. Tej młodej, wysłanej na szkolenie do wielkiej Ameryki… dziwacznej kobiecie. Nie do końca pewnej jeszcze tego, co chce robić, ale pewnej swych umiejętności. I o jej tajemniczym, do końca, mentorze. Dzziwadle policyjnym, którego najchętniej każdy by się pozbył, ale wiecie, działa… zbyt dobrze… jednak nazbyt dziwaczny… nie pasuje nigdzie. Podobnie jak ona. I to ich nagłe spotkanie w przededniu końca świata…

Ta ich walka, ciągłe poszukiwanie…

To wszystko.

Powieść jest potężna, wciąga i pozostawia po sobie pustkę. Nagle macie gdzieś tam czas, który winna zapełniać ta powieść, ale już ją przeczytaliście, więc… co teraz? Od nowa? A może jednak…

Trylogię?!

Bo to tomiszcze można połknąć spokojnie po trylogii. Co więcej, warto właśnie wtedy, gdy już zna się całą historię… by uświadomić sobie, że gówno się wie! LOL Szczerze i naprawdę…

Wiosna…

Susza… a raczej oczekiwanie na deszcz. Zimno i słońce, pokrętne temperatury, pylenie i wszelakie zawirowania natury. Tak szczerze nie wiadomo co i jak… większość drzew załapała się na kilka dni słońce, zakwitło, wypuściły liście i cieszą się, że jakoś poszło, w tym wszystkim jest jakiś przerażający pośpiech. Przerażający, bo przecież pierun wie co to ma znaczyć…

Wrzątek czy zimno?

Nie wiem.

Rośliny są wciąż tak mocno niepewne, że… chyba jabłonka nam zmarła i nie wiem dlaczego, w końcu nie jakiś młodzik czy coś… liście są, kwiatków niewiele. Można policzyć… za to dookoła żółto, bo wiecie, rzepak też dostał info, że należy szybko zakwitnąć, no i przejść od zakwitnięcia do przekwitnięcia w najkrótszym, przewidzianym jednak, momencie.

Wszystko naprawdę jest takie… niepewne.

Jakby niby wiedziało, że wiosna, wróć, to już druga połowa wiosny, ludzie wciąż w maseczkach, protesty szaleją, wściekłość w każdym dziwnie buzuje… strach się niebać. Tak naprawdę…

Już kolejny dzień prognoza pogody krzyczy, że będzie lało, ale…

Wciąż nic.

Albo li tylko kilka kropel.

Po prostu. Znowu niepewność i wielka niewiadoma. Wszelaka strachliwość i jakieś takie… kolejne gałęzie, które się nie zaliściły, ale, może za rok, wszystko tak jakoś brzmi, że może za rok. Za rok wakacje, za rok to i tamto, za rok będziesz piękny, bogaty i szczęśliwy i jeszcze… czy w ogole będzie za rok?

No co…

Niepewność.

Po ulicach śmigają i auta i maszyny rolnicze, które przypominają nam o tym, jak wyglądają korki. W porcie, który wciąż zdaje się rozrastać, budują kolejne wiatraki, a ja już w nic nie wierzę. Kompletnie. A jednak jakaś ta ekologia wiary wymaga. I posłuszeńśtwa, no i  zrozumienia, że gdyby nie USA, to jakoś tak byłoby z tą planetą okay… kurde, no, za wiele wiadomości, zbyt wiele nauki…

Lepsza fikcja.

Lepsza…

No ale, długi weekend był. Wiecie, Skandynawia to do siebie ma, że taka niewierząca, ale święta wszelakie obchodzi z rozbuchem. A co, w ogrodniczym ścisk był mimo, iż wszelako na niebie chmury ciężkie…

Ale nie ma boja.

Nie padało…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kołdra Bez Potępienia… została wyłączona

Pan Tealight i Kasting na Ancestora…

„… no dla Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki Pomordowane…

Przecież dla kogo?

Wszyscy raczej wiedzieli skąd pochodzili i rczej w którą stronę zmierzali, a może raczej, zwyczajnie, udawali, wiecie, niektórzy tak potrafią i tyle. Nie mają z tym problemów i już. Jakoś tak, po prostu oddychają, wykonują jakieś zadania, albo śpią ciągle i ciągle i ciągle i jakoś tak, nie mają żadnych wyrzutów sumienia i nie obchodzi ich kompletnie po kim to na przykład mają, czy jakoś tak…

Wiecie…

Różne są byty na świecie.

No dobrze, ona była dość specyficznym przykładem. Specimentem, który jakoś tak, nie do końca chciał i w ogóle, jakoś tak, przynależał do ludzi, ale na pewno się z nich wywodziła, więc… jakiś ten jej przodek musiał być ludzki. Ale skomplikowany i na pewno zanieczyszono piórami próbkę, z której ją wykluto. Albo i gorzej, kto to tam wie, nikt nie chce w to włazić…

Głębiej.

… a nawet płyciej… sama ta warstwa wierzchnia przerażała.

Mrugała!!!

Ale jednak potrzebowała onego Ancestora. Jakiegoś zapewnienia, że istniała, że jakoś tak sobie tego nie ubzdurzyła, że nie była koszmarną bajką dla najbardziej zwyrodniałych bachorów… no wiecie…

… więc szukali.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Zacznę od tego, bo może ktoś coś… no więc testy wracają.

Nie żeby odeszły, ale polikwidowano one miejscówki dla Turyścizny, to wiecie Tubylcy se musieli radzić i klęli… I tak jak je zamknięto w niektórych miejscach – na przykład u nas, to teraz wracają nawet do Gudhjem. Niby jeszcze nie wiadomo co i jak i gdzie, ale jednak… wiadomo, że będą namioty, więc kurna zmieniamy się w jakieś dziwne miejsce pełne poprzebieranych ludzi i tych nieprzebieranych i masę Turyścizny, bo przeca Pinse!!! Kurde wszyscy mają wolne ino ja nie.

Ale…

Postawmy sprawę szczerze. Szczeionki?

Nikt nie wie o co chodzi, gdzie, po co, starsi ludzie nie rozumieją dlaczego szczepienie nie oznacza, że mogą jechać normalnie wnuczka zobaczyć i konfirmacje przecież są… nie, nic z tego, sorry, ale muszą być testy. Zawsze testy. Cokolwiek chcesz to kurna te jebane patyczki i oczywiście…

Nie, do Niemiec na pewno nie do 31go maja.

Ale możliwe, że się przedłuży…

A potem…

Drzewa przekwitły chyba w jeden dzień, jakby wiedziały, że coś się szykuje. Żeby nie było, ja nie wiem co sę szykuje, ale wiecie, w nocy 6 stopni, więc coś jest na rzeczy. W dzień w okolicach może i czasem 20, bo szorowałam drewno, więc wiecie, człek się opalił. Znaczy wewnętrznie, zapylił od tego pyłu, papieru ściernego i jeszcze…

Ech…

Ale naprawdę super pojemniczek.

Jak się chce, to wiecie, kupne trza poprawić samemu. LOL

Do Szwecji i Danii…

No tak, Chowaniec musiał pojechać do stolycy. Znaczy Kopenhagi no… więc oczywiście test, patyk kolejny – widzicie ile tego plastiku na to idzie, tak wiem, prawo, choroba, blah blah blah… ale wciąż, syf dookoła mnie przeraża, bo dwa lata temu go nie było, terz Covid to odpowiedź na wszystko.

Na chamstwo.

Na okrucieństwo…

No ale… Chowaniec w Ameryce, znaczy na kontynencie, wiadomo z papierem, bo jednak lepiej niż na telefonie, więc ma papier. I pokazał ino w jednym miejscu, ale już wracając, bo wsio jednodniowa wycieczka, to na moście Szwedzi larum, że co, że gdzie, że… czy mają coś do oclenia?

Żesz niech mnie ktoś oświeci, od kiedy się prawa zmieniły?

Co z tym ocleniem?

No i przecież kuźwa do Szwecji na teście można wjechać!!! Co się komu popiętroliło? No ja nie mogę już. A jak jeszcze raz zobaczę reklamę mostu w styku, że kulturka w Kopenhadze a w Szwecji ino przyroda to pójdę i… nie wiem co… zwyczajnie chyba już… przechodzę w fazę beznadziejności.

Już nic nie ma…

Nic dobrego nie będzie, więc po co żyć? Co was pcha do życia? Cokolwiek? I nie piszcie że kawa, nie piję, wódki też, więc ogólnie mam przesrane! Żadnego w cholerę pocieszenia, podobno wino pomaga, ale nienawidzę alkoholu!!! Naprawdę!!! Szczerze. Tytoń też nie dla mnie… ja chcę używek!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kasting na Ancestora… została wyłączona

Pan Tealight i Zewnątrz…

„Był tak świat i zwał się Zewnątrz albo Zewnętrze.

Jak kto wolał.

I przerażał Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane… bo wiecie, smoki to nie jedzą tak przerobionego mięsa, nie nie, nic z tego, Jednorożcowie może i by się skusili, ale jednak… wciąż potrzebowali jej w całości onej na poły ludzkiej, która, jakoś tam jeszcze klikała, ale tak jakoś…

Nie do końca.

Widzicie, problem był w tym, że była odważna, czy jak to kto chciał nazywać. Mogła poleźć w inne światy, zrknąć za woal, może i ślepota względna i oględna jej w tym pomagała, może… kto ją tam do końca wiedział, uzależnioną od pachnących parafinek i wszelako żrącą srebro i jakoś…

Zanikającą.

Jednakowoż… miała ono przeczucie ostatnio, bolesne i jątrzące, dotyczące właśnie onego Zewnętrza, że będzie się musiała z nim spotkać. Z tym, co boli, przeraża, żąda i nigdy niczego dobrego nie daje. Że będzie się musiała z nim zmierzyć, z tym czymś, co zwykli ludzie zwą swą codziennością…

A dla niej jest niebytem.

Najczęściej.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Najpierw moje dwie książki, wiecie, odbudowy biblioteki ciąg dalszy, ale… nie ma z czego, więc jedn dostana, druga kupiona.

Sorry, ale życie bez „Złotej gałęzi” to nie życie!!! A z Marią Ulatowską znam się od jej początków, więc wydawnictwo podesłało książkę i to w dwóch tomach, nie wiem jeszcze dlaczego? Jak dla moich wszystkich osobowości, to nas są trzy… i wszystkie czytają namiętnie bardzo.

No to są…

I druga.

Gudhjem parkingowo…

No właśnie.

Nie wiem dlaczego, ale jakoś zamknięcie miasteczka wyłącznie dla ruchu mieszkańców, autobusu zwyczajnego i tyle, koniec, jakoś nikomu się nie mieści w głowie. Kompletnie. A przecież byłoby tak lepiej, bezpieczniej. Serio, poza osobami niepełnosprawnymi, to wiecie, masz nóżki to tuptaj… zresztą, nawet jak ktoś czymś przyjedzie, to przecież zostawia potem auto na parkingu, albo gdzieś na czarno, no i zapiernicza w górę jak cymbał, a mógł to odwalić w dół idąc, a potem posiedzieć nad morzem, wpierdolić loda i jeszcze wrócić inną stroną…

A może nie?

Nie wiem dlaczego, ale czynienie ulic wyłącznie jednokierunkowymi tutaj co roku sprawia wielką burzę w internetach. Ensrettet niby jest tak logiczny przy tych wąskich ścieżynach zwanych drogami, ale jakoś, no nie wiem…

Nic to.

Prawo wlazło i poszaleli.

Po pierwsze wiadomo na górze mamy dwa parkingi, gdy jedziecie od strony Melsted po prawej stronie na górce, gdzie skurwy… wycięli drzewa, albo tam koło stacji benzynowej, gdzie skurwy… wycięli drzewa… No co, wszędzie skurwy… sorry, ale to jest dla mnie temat jak najbardziej na dziś. Pandemia, a tutaj kurna zabierają tlen?

Ale…

Macie te dwa parkingi jednakowoż…

Poza tym macie oczywiście ten ruch jednokierunkowy.

Ale…

Zawsze walka jest o ono miejsce na parkingu tym dolnym, tym nad morzem. Tym wiecie, gdzie od razu na rybę, w szkło, na lody i potem i tek trzeba kurna w góę, bo dziwne miasto kurde leży na górce. W znaczeniu niżnego i wyżnego Gudhjem. Żeby nie było, pamiętajcie, że wszyscy ludzie wiedzą o onym dziwnym odróżnieniu tych dolnych mieszkańców od górnych.

Serio wszyscy…

Czyli nikt.

Ale…

Znowu ale się znaczy i wiem, że miało być o parkingach, ale… ogólnie mówiąc wszyscy się śmieją z ludzi, którzy mają malować one zakazy i nakazy parkingowania. Bo kuźwa nikt nie wie o co i komu chodzi, no i przede wszystkim komu się podlizać.

Wiecie… znowu będą wybory!

Nawet zdarza się, że przyszli kandydaci lajkują was na instagramie… no co, czemu nie, kada reklama jest dobra, czyż nie? Chociaż to trochę dziwne. Bo wiadomo, że przecież nie polubisz tamtych polityków, bo i po co, więc w końcu ci follow zniknie i tyle… jak zwykle. Jak nie dostaną od ciebie czego chcą, to wiecie…

… od razu was wykopią.

Ale… najważniejsze. Uważajcie na drogach i olewajcie onych, co lubią was ino dla tych follołów. A co…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zewnątrz… została wyłączona

Pan Tealight i Zastałości Wszelkich Bóg…

„Wszelki Bóg Zastołości czuł się ostatnio bardzo ociężały.

I to tak naprawdę.

Jakby miał na sobie kombinezon ze stalowych kulek, a każda z nich wysadzana była szkłem i igłami ostrzonymi spojrzeniami starych bab zazdroszczących innym, że i oni nie cierpią jak one… albo młodym zazdroszczącym starym tych no wiecie, aut, kasy, co to z nieba spada… jachtów?

Jakby w rzeczywistości dusiła go niewidzialna, aczkolwiek żelazna dziewica, wiecie, ta sama, co najpierw obiecała, że będzie inaczej, pięknie, pocałunki, róże, przytulaski, biadek pod brodą, wysprzątana kuchnia i uprane gacie tylko za pierścionek, słów kilka, chabazie jakieś i…

Jakby naprawdę coś nabroił i teraz mrówki torturówki po nim łaziły, niby nie czuł ich łapek, parzących, ale czuł one zębiska, pokryte jadem palącym coś pod skórą, drażniącym emocje, ajkieś nerwy, o których nie miał nawet pojęcia, a które w dzieciństwie drapała ino ona ciotka, co to się jej tak strasznie bał. Zawsze jak przyjeżdżała na jakieś wakacje czy urlopy, to wiecie…

Uciekał.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „W cieniu zła” – … dobra, oczywiście, najpierw był „Szeptacz” i coś mnie podkusiło, by wraz z nim kupić i tę powieść. Wiecie, takie dwa w jednym właściwie, a ostatnio nacięłam się na kiepskich autorów, nawet jednak książka rąbnęła w ścianę, na szczęście najpierw odbijając się od fotela, miękkiego, onym łukiem poleciała, więc ścianie nic się nie stało.

Wiecie, ona drewniana, więc krucha no!

Jakby tak walnąć…

Ale książka… hmmm, po „Szeptaczu” oczywiście wiedziałam czego się spodziewać, więc przejście od jedej książki do drugiej było bardzo płynne. Ale jednak… przejście od książki, w której ktoś poluje na dzieci do książki, w której dzieci stają się oprawcami było zaskakujące. Naprawdę polecam nie czytanie opisu. Szczerze… i nie dlatego, że tak wiele zdradza, ale po prostu lepiej wejść w tę opowieść od razu, odkrywać przeszłość, morderstwo, które naznaczyło okolicę, wchłonąć w siebie pytania, przemyśleć odpowiedzi… tak jakoś…

Być jej częścią.

Wtedy ten thriller naprawdę nim jest.

Bo przecież zawsze coś jest w starych historiach i opowieściach, w onych zaśpiewkach, wyliczankach… w baśniach i bajkach… legendach, mitach i kołysankach. Tak naprawdę, dzieci wiedzą, choć nie do końca zdają sobie z tego sprawę…

A może jednak…

Dobra książka.

Cudownie niejednoznaczna, nie piętnująca, nie karząca, wyznaczająca jako wytyczną oną szarość między nieistniejącymi dobrem i złem.

Havgus…

Najpierw jednego dnia po jednej stronie 10 stopni, po drugiej 20 i wiecie… coś nagle się zmienia w powetrzu. Wyspa niby podzielona, tamci mają pochmurność, a u nas po prostu szykują się do remontu pomostów i tak dalej…

Ale przecież nic nie trwa wiecznie…

… więc w końcu i u ns się pojawił.

Ono kroczące zimno. Ono szaleństwo kształtów i światów, lekkie wycie potępionych dusz, lekkie zmiany w powietrzu, a potem… mleko na zewnątrz. Nic nie widać, a powietrze staje się wprost lepkie.

Jakby nagle zmieniało swój stan skupienia na ten nieznany. Ektoplazma, ale nie do końca. Może i coś z duszami, ale czy dobrymi, czy złymi i czy to w ogóle ma sens i znaczenie? A nóż widelec jest to całkowicie inna forma wilgotności? A może jednak nie wilgotność, tak w ogóle… może to nie woda ino ten trumienny, trupi chłód?

Może…

Albo i inny świat nagle rozwierał welon, burzył ściany naszego i po prostu wtłaczał tutaj onych swoich uchodźców i tych wyklętych, niechcianych, a oni, smutni, wciąż zniewoleni, tak naprawdę nieświadomi naszej codzienności, kroczą wraz ze światami, które ze sobą zabrali… zagubieni w tym co je otacza, dziwnie zamknięci w swoistych kokonach onych znajomości…

I idą…

Płyną w powietrzu, zbijają w kule, a potem się rozwijają i nagle przejeżdżacie przez ten inny świat i jakbyście wpadli w śnieżną zamieć, ale bez płatków, raczej taką zatrzymaną w czasie, ale rozrywającą się gdzie niegdzie aż płatami… szaloną, praktycznie nie przystającą do onej codzienności…

I nagle…

Havgus.

Właściwie trudno go opisać.

Wiecie, każdy wie co to mgła.

Niektórzy mają większe rozeznanie między mgłą, parą, onymi firankami pond mokradłami, czy też UKejowskimi szarówkami… niektózy poznali je wszystkie, ja znam mgły wiejskie i miejskie, mgły, które tańczyły na polach oraz te, które tłoczyły się nad ciekami wodnymi i jeszcze, one dziwne… a teraz, od kilkunastu lat oglądam havgus i wciąż wzbudza we mnie dziwne uczucia.

Mieszane, może i wstrząśnięte…

A może ino zagubione?

Nie wiem.

Możliwe przecież, iż każdy ten powietrzno solny twór jest inny i niesie ze sobą inne dusze… bo one tam są. Widać je. Widać te ręce się wyciągające, one sylwetki dziwnie załamane, rozstrzęsione… czuć, tak przede wszystkim w onym fenomenie pogodowym chodzi jednak o czucie. I nie tylko o odczuwanie pogody. Onego chłodu i lepkości, przenoszenia kolorów w oną białawą szarość.

Naprawdę.

Uwielbiam go, tego jestem pewna.

Uwielbiam gdy się pojawia, smucę się, gdy nagle znika… naprawdę za nim tęsknię, chociaż to takie dziwne. Bo przecież to mgła ino… przecież nikt/ktoś… tylko pogodowa szaloność. Tylko…albo aż.

Aż.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zastałości Wszelkich Bóg… została wyłączona

Pan Tealight i Rewolucja…

„Bo… tak chciało im się i już.

Zresztą, kiedy ostatnio cokolwiek się działo w Zagrodzie Jednorożyców? Znaczy wiecie, z Jednorożycyma onymi… spokojne zwykle były, dziewic nie było, więc wiecie. Może to był problem, czy coś w ten deseń?

Może głodne?

A może jednak dość miały tych ludzkich wymysłów na temat pandemii no i na Malediwy chciały lecieć czy coś? Tak szczerze, to Pan Tealight w końcu się poddał i zwyczajnie czekał na Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane, bo przecież któż by miał im w głowach czy rogach tam, gdzie one miały te mózgi no… hmmm, tak naprawdę, to nie był pewien. Jednorożyc, który złamał róg robił się lekko mniej kumaty, więc… może to i o to chodziło. A może jednak się mylił. Co jak co, ale to nie on go tworzył. Tylko stał wtedy za drzwiami i raczej ino sprawował dobre wrażenie, bo wcześniej, a to pamiętał nader wywidnie…

Był pamiętny wieczór.

Ech, co się wtedy działo… a ile z tego powstało. Oj, trza było wiele potem wywalić, usunąć, wymazać, palenie ksiąg i papirusów nawet było, ale wiecie, tak logicznie, no ino to, co mogło zaszkodzić…

Im.

Tylko… widzicie, z Wiedźmą Wroną wciąż było bardzo źle. Naprawdę bardzo źle. Już nie krzyczała, nie łkała, zwyczajnie, jakby wciąż jej ciało się poruszało, ale cała reszta, to raczej chyba nie stykała.

I to nie tylko na zakrętach… więc może jej nie prosić?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Sol over Gudhjem, Wonderfestival i Folkemødet i…

I II wojna światowa… znaczy najpierw coś, co podobno otwiera oczy Duńczykom, bo wiecie, who cares o tę wyspę, na którą tyle z Køge trza płynać. Toż to Szwecja, co nie? Bo tak, Wyspa została wyzwolona rok po całej Danii… dobra, niecały, ale jakoś tak wciąż ona żałość w ludziach buzuje.

Że oni tam się bawili, a tu spadały bomby.

Ale…

Oczywiście pandemicznych wakacji część kolejna.

Po pierwsze prom z Niemiec opóźniony. Czy w ogóle będzie? Hmmm… Nie wiadomo. Przynajmniej nie wiadomo na razie. Jeśli nie będzie onych Niemców wiele znowu pójdzie w koszta, ale z drugiej strony może krajowi przyjadą, chociaż teraz mogą do Meksyków i innych krain, więc wszystko wisi w niepewności. Na pewno już wiadomo, że pewne rzeczy się nie odbędą. A pewne, no właśnie, pewne będą ino dla wybranych, więc ludzie zwykli się wkurzają.

I ja ich rozumiem.

Nie żebym była fanem spędów, bo ani mnie koncerty ani te spotkania nie nęcą, ale ludzie to raczej stadne zwierzęta, więc…

Tęsknią może za wspólnotą?

Czy to za górnolotne gadanie?

Mam wprost powiedzieć, że może niektórzy liczyli na damowe żarcie? Może? Nie wiem… tak naprawdę ostatnio dochodzę do wniosku, że w ogóle nie znam się na człowieku. Kompletnie.

To dla mnie alien.

Jeżeli chodzi o festiwal, to go nie będzie.

I tak, nikt tego nie rozumie, że Folki się spotkać mogą, ale festiwalu nie będzie. Jednakże… spotkanie ludków będzie limitowane, na bilety, większość on line i tak dalej. Ale musowo być musi, bo… włąściwie nie wiem dlaczego. Jakby im internety nie wystarczły i social media w szczególności, kolejne skandale tego czy tamtego co gdzieś pojechał, co maseczki nie miał i tak dalej…

… wiecie, no sprawy się kręcą jak wszędzie.

No ale…

Przyznaję, że ciekawi mnie jak oni to zrobią, naprawdę. Bo jak? Osłonią wsio płotem? Przecież musi być na powietrzu. Ograniczą przypływanie ludzi? No szczerze, toż to podpada pod wszelakie wolności obywatelskie, o których krzyczą wciąż i wciąż. Pewno o tym nigdzie indziej nie mówią, ale protesty w Danii się nasilają. To też jakoś tak się słyszy, a potem…

Info znika…

To, że wsio na wyspach to pomaga w dezinformacji.

Ale… co do Sola, no to lepiej. To już kompletnie będzie ino dla wybranych i oczywiście impa będzie u nas w Melstedgaardzie. Już to widzę. Znowu będzie głośno i znowu pewno policja przyjedzie… ech!!!

Szczerze, mam dość.

Szczególnie, gdy nagle się okazuje, że co do Wyspy to państwo ma wszelakie plany, ale znowu zapomniało się zapytać ludności, więc…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rewolucja… została wyłączona

Pan Tealight i Wakacje w Kuchni…

„No bo…

Nie było jej stać.

Właściwie, to stać jej nie było nawet na oddychanie… cokolwiek by jej Pan Tealight nie powiedział, od razu odpowiadała co ma na koncie bankowym, czyli nicość nicości, wszelaką pustkę pustkości, nieistnienie nieistnieniowości i jeszcze kompletną brakność i jeszcze… pożądanie.

Pożądanie czegoś.

Pełni i związanego z nią bezpieczeństwem.

Bo jednak ono istniało, ono Finansowe Bezpieczeństwo, które sprawowało, że jeśli bolało, mogłeś coś z tym zrobić, mogłeż zapłacić, więc ciebie słuchali… jeśli chciałeś, mogłeś ono chcenie sprawić i jeszcze gdy było źle, to wciąż mogłeś to choć sianem zapchać. No wiecie… tak naprawdę i do końca, bo przecież mogłeś kupić i wypełnienie i obkrywkę i do tego, jeszcze…

No i lepiej łkać w mercedesei niż pod latarnią czy na rowerze…

I mieć czym wytrzeć nos, chociaż gile takie nawadniające… a i jeszcze niektórzy może potrafią się pocieszyć zakupami, czy czymś takim, wiecie, takim czymś normalnym, kupowaniem, posiadaniem, mieciem i tak dalej. Miecio Bóg byłby ze wszystkich very dumny i tak dalej!

Ale…

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane straciła zbyt wiele w poprzednich latach, więc…

… żyła tylko dla tego…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Jysk…

Erm…

… tia. Wiecie, prawda jest taka, że człek zawsze będzie miał akcent, nawet mieszkając nie wiadomo ile lat i używając języka. Serio, nawet jeśli wcześniej w życiu kilka lat spełnił w tak zwanym województwie poznańskim, który szczerze polecam jeśli chcecie sobie nadać duńskiej głębi. Naprawdę. Ten taki zaśpiew ichni przygotowuje pod bornholmskie jyllkaty… i tyle. A przynajmniej jak ktoś kiedyś mi powiedział, że słabo wciąż zaciągam, a potem zaciągam, więc wiecie…

Teraz kto się śmieje?

Ja nie.

W końcu nie gadam z ludźmi. Serio… jestem najbardziej nieużytecznym osobnikiem, niespołeczną gnidą, ale mam wytłumacznie i to medyczne, a jeśli Elon dokonał coming outa, to wiecie, czemu ja nie? Co ja gorsza? No co? Mam pluszowe dziecko, to więcej niż takie żywe o porąbanym imieniu Artuditu…

Serio, Artuditu byłoby lepsze!

Ale…

Jysk… chodziło o to, że było dużo gadania i oberwało się nam nacjonalizmem, bo Duńczycy są nacjonalistami i przyznaję, że mi to odpowiada i tak dalej. Posiadanie obywatelstwa w rzeczywistości niczego nie zmieni. Eee… niektórzy twierdzą, że ich niechęć do Szwedó, Polaków, Niemców… i tak dalej, to wiecie, jest we krwi. Ale USA…

Mniam.

No więc nie kupiliśmy stołu i krzesła.

A wygodne było i przecena!!!

Nadal więc, po prawie dwóch latach nie mamy mebli, ja nie mam książek poza taką kupką, która zmieściłaby się do jednej torby z IKEAi… naprawdę dziwne to wszystko. Ale, co tam, mamy dach nad głową, no i śliczne podłogi!!!

Stół jednak by się zdał.

Gorąco.

Jeszcze kilka dni temu człowiek odpalał ciepło, a teraz, od kilku dni od razu w duszność i upały. Koszmar jakiś… Nie daje się oddychać, jakby od razu od 6 stopni w 26 i pikuś, człowieku żyj z tym. Bo przecież… co innego zostało? Zdecydować się na koniec jakiś? Czy coś? A może jednak pójść do przodu, gdzieś w inne miejsce…

Jednak sama nie jestem zwolenniczką innych planet, więc…

Zdycham.

Dodatkowo chyba mam uczulenie na słońce, w znaczeniu wiem, że je mam, ale mi się pogorszyło, coś też w powietrzu pyli na całego, więc wiecie, jak jakiś chorobowiec łkam i kicham i nosem pociągam, ale, aspołecznie. Bez urazy. Nie dzielę się tym, to w końcu moje intymne chwile!!! Ello!

Nie ma, to moje i tylko moje smarki!!!

Oczywiście od razu wszystko się zazieleniło, ale jakoś tak…

Pokrętnie.

Jakby chciało przed czymś zdążyć, a może, może jednak zwyczajnie nie chciało już zwlekać. W końcu ludziom odbija, to czemu i przyrodzie nie ma odbijać? Hmmm… jesteśmy w końcu elementem natury i… no tak, teraz w komentarzach ludzie się kłócą o to czy przyjmować i czy w ogóle mają jakieś prawa do decydowaniu o tym, znaczy, wiecie… uchodźcy.

No właśnie, temat powraca, a wszyscy wiedzą, jak to się skończyło u nas. Nikt nie chciał zostać, właściwie dostali papiery i zniknęli gdzieś, jak to tłumaczy jakaś pracownica opieki wszelako społecznej. Dodatkowo na Wyspie mamy jednak problem z mieszkaniami, więc… ludzie błagają o wynajem, a tutaj nic. Nie żeby domów nie było, ale… wychodzi na to, że to kurna kolejna skomplikowana sprawa.

Widać nazbyt skomplikowana, bo nie kumam.

Za ciepło!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wakacje w Kuchni… została wyłączona

Pan Tealight i Entuzjazm z Chin…

„… z przeceny był.

Bo z Wiedźmą Wroną Pożartą było bardzo źle. Wiecie, całkowicie już nie chciała i nie mogła, właściwie nic ją to wszystko, wszelako… nawet czytać nie czuła chęci, potrzeby, myślała ino o jednym i była…

Smutkiem.

Jego istotą i wszelaką ideologią, metaforą, definicją i… okołologicznieniezrozumiałą pomyślnością. Była jego formą i produkcyjną linią oraz reklamą i dezinformacją. I jeszcze, wiadomo, była sobą dodatkowo, więc można się było spodziewać wszystkiego. Kompletnie i szczerze wszystkiego.

Zatrzymywała się i nawet nie podnosiła aparatu.

Niby pisała, ale jednak słowa oklapywały jej na stronach, te na ekranie się dziwnie rozmywały, jakby słono się rozpadały, jakby były tylko czymś zmiennym, ale jednakowoż niechętny onej zmienności.

I jeszcze…

Niby kopała, sadziła, a jednak, jakoś tak wolała po prostu stać. Siedzieć. A może i w ogóle się nie podnosić. Nie składać do kupy onych swoistych porąbanych puzli znowu i znowu i znowu, bez żadnej nadziei, z połamnymi marzeniami, kolejnymi marnymi wiadomościami, kolejymi…

Cóż…

Musieli coś zrobić.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „To, co zostawiła” – … okay. Dlaczego chciałam przeczytać oną powieść, no przecież, weźcie, szpitale psychiatryczne!!! Helloł!!! Uwielbiam tematykę. Wkurzają mnie najnowsze doniesienia i tak dalej… no i kilka książek w tym deseniu wyszło, więc…

Chciałam coś lżejszego, ale…

Coś.

A to, co, tudzież czym ta powieść jest to… ech, szczerze, naprawdę, kompletnie nic. Nastoletnie romanse, płytko tknięte, intrygujące osobowości i postacie, które zostały sprowadzone właściwie do swoich cieni… bez urazy, ale to można było rozwinąć, ubogacić, jakoś tak umieć napisać, a nie… Mamy dwa światy, które, od początku się domyślicie tego, że się ze sobą zetkną, więc bez urazy, ale to nawet nie spojler, więc… mamy dwie dziewczyny i mamy…

Całą resztę, której się domyślimy.

Ale tego, co obiecał opis, czyli świata obłąkanych, naprawdę niewiele. Opowieści w stylu kocha/niekocha, to wiecie, ile wlezie, więc jeśli o romans wam chodzi, to proszę. Szczerze. Lekką opowieść obyczajową, też.

Cała reszta nie.

To tak…

Biblioteki znowu zamknięte. Od razu mówię, że nie wiem czy wszystkie, ale pdoobno ludzie tak parli ku książkom, że wiecie, nie mieli wszyscy zrobionych świeżych testów, więc… policja zamknęła biblioteki.

I teraz niech nie ktoś…

Może powinnam najpierw wyjaśnić?

Biblioteka na Wyspie, to sprawa naprawdę prosta.

Masz komputer i żółtą kartę, więc zakładasz sobie kartę biblioteczną, a potem wiecie, internet i wybieracie. Macie z czego. Jeśli nie ma na miejscu, dostarczą nawet z Biblioteki Królewskiej, co fajnie wygląda, ale jednak, no wiecie, nie znaczy, że od razu z królową jesteście na jednej liście.

LOL

Ale… więc wybieracie one książki i w zwykłych czasach szło się i po prostu odbierało one książki z biblioteki, którą otwierało się samemu, swą kartą i tajemnym kluczem i tyle. Pewno, mogliście jeszcze coś dobrać z półki, co dostępne, albo zwyczajnie wrzucić wsio przez taką lukę w ścianie.

No wiecie, jakbyście pocztę wrzucali.

I tyle.

Jeśli ktoś chciał kontaktu, czy też pierwszy raz, to mógł spotkać się z człowiekiem, człowiek u nas to chyba dostępny był raz w tygodniu, a może przez godzinę kilka dni w tygodniu, kurde nie wiem, ale… biblioteka jako taka to spora, duszna sala z półkami metalowymi i miejscem do czytania. Do tego kibelek i schodki na górę, gdzie była sala, taki wiecie, niby uniwersytet i to można było wynająć czy coś… kiedyś robiliśmy tam pogadanki o internecie.

Ale…

Nie wiem co tak naprawdę się stało, czy wszyscy nagle poleźli spragnieni pisanego słowa – trudno mi w to uwierzyć, czy po prostu policja nie ma co robić? Widzicie, w mediach wsio tak dziwnie napisane, jakby popełniono zbrodnie największą, a książki roznosiły nowy szczep pandemiczny i w ogóle…

… czy coś w ten deseń.

Kiepsko.

Wiem jedno…

… kiedyś człek wieczorem szedł, na kartę tam właził, nikogo nie było, pykał światło, wybierał sobie książkę czy dwie, skan, wiadomo, potem machał do kamery i wyłaził, czasem zachaczając o kibelek, bo wiecie, no chce się czasem. To raczej nie jest klimatyczne miejsce, bardziej taka czytelnia dziwna niż biblioteka, więc…

Budynek jest śliczny – oczywiście cały czas jesteśmy w Gudhjem.

… więc szczerze, po co test? A po drugie, przecież niektórzy mieli te książki wywalane na zewnątrz, znaczy wiecie, nie masz testu, dostaniesz je na ławeczce przed i już. Jak zamówiłeś wcześniej przez neta oczywiście.

No naprawdę…

Dlaczego?

Jedno należy powiedzieć po raz kolejny. U nas książki drogie. I to tak drogie, że łeb mały. Serio, po prostu szokujące. I szczerze szokujące też z punktu widzenia pracy tutaj. Sorry, ale nawet jeżli na rękę dostajesz 15 tysięcy, to ponad stówka, dwie za tom, szczerze… rozumiem, idea piękna, wyprzedaże, autor żyje z książki na zawsze, w bibliotece ona też, ale jednak…

Przecież biblioteka zamknięta.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Entuzjazm z Chin… została wyłączona

Pan Tealight i Gliniarz z przypadku…

„No z przypadku.

Nie, że się urodził w Przypadku, albo wiecie, coś innego, co dotyczyło raczej mamusi i tatusia, gdy się spotkali i w ogóle… wiecie, takie sprawy się zawsze zdarzały i tyle. Takie życie. Spotyka się dwójka ludzi, coś między nimi zaiskrzy, coś tam się zakręci, a może po prostu iskra i już.

Nawet łóżka być nie musi…

Chociaż, w dzisiejszych czasach przecież dzieci robi się na tyle sposobów, że głowa mała, gdy Pan Tealight kiedyś dotarł w te przestrzenie internetów, to potem przez ponad miesiąc dziwnie patrzył na wszelakie przejawy babskości dookoła siebie, wszelkie wzdęcia, jaja, worki, poczwarków kokony i tak dalej… przestał wierzyć w cokolwiek i chyba jakoś do dzisiaj mu zostało.

Bo z tego nie można wyjść…

Się zobaczyło, nie można przestać tego widzieć. Czy w snach, czy w migawkach, a i te reklamy, oczywiście, że mild IVF wkroczyło i Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki Pomordowane zaczęła na niego krzyczeć, bo to przez jej laptopa się dokształcał w tych prokreacjach, a ona żadnego parazyta nie chciała, w końcu miała swoje bebito najcudowniejsze, więc…

Naprawdę.

Miała dość… on też, więc trochę głupio było tak na niego wrzeszczeć, no i jeszcze ten Gliniarz kurcze…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Czasem po prostu stoję w oknie.

Nie żeby robić za wystawkę, sklepowy manekin, czy coś w ten deseń… ale wiecie. Widok… a teraz, gdy na zewnątrz sztorm, wiatr huczy, woda w nieba się leje, ale morze dziwnie takie spokojne po naszej stronie, pewo po drugiej szaleje, bo statki się pochowały i z okna widzę jakieś ogromne, długie tankowce czy transportowce czy cokolwiek… Kurcze, kiedyś człek znał one nazwy jakoś tak, marynistyka była mocnym i szalonym, moim osobistym hobby czytelniczym…

Ale to mi przeszło.

Piraci też.

Wiecie, z czasem człek zwyczajnie jakoś tak chce spróbować czegoś innego, potem znowu i znowu i niektórzy mają tak przez całe życie, a niektórzy w którymś tam momencie wiedzą już, że pewnych rzeczy czy spraw nie tolerują. Jak na przykład kawy czy coś… ale może ich zaskoczyć to, że mięsa nie lubią. Że niesmaczne jest, ohyda i w ogóle wszelaka paskuda i nie chcę.

Bleeee…

Nie żeby wegetarianizm czy coś, zwyczajne niedobre już.

Jak cukier i tyle.

Ale, na razie stoję w oknie i się gapię. Może sąsiedzi nie widzą, więc wiecie, kto to tam wie, może mają jakieś lornetki, to tutaj popularne. Lunety i lupy. Ludzie mają takie rzeczy w domach, jak przeglądacie strony z nieruchomościami, to widać… niektórzy serio jacyś dziwni, składnica alek na przykład… albo takie dziwne narzędzia, że Piła przy tym to parfuma!!!

Ale…

Piękne morze, spokojne morze, na nim statki długie, ciekawe co mają w ładowniach?

Do tego jeszcze wiatr, deszcz, kurcze, aż chce się siedzieć w domu. Nie żeby mnie goniło gdziekolwiek. Nic na to nie poradzę, ale trzyma mnie w domu. Tym bardziej, że znowu słońce wyłazi i nie wiem dlaczego i po co, bo przecież miał być deszcz i chmury i wiatr, a tutaj słońce, co to za ściema!!!

Helloł!!!

Się czuję oszukana!!!

Pogodowo!

Wolę już pochmurną pochmurność bez tych wstawek wszelakich i słonecznych. Dołują mnie. Tak wiem, nikt tego nie rozumie, choć w rzeczywistości niektórzy tak. No może jedna osoba, może dwie… hmmm?

One wiedzą i rozumieją…

Ale…

Nadal jest chłodno i fajno.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gliniarz z przypadku… została wyłączona