„No bo on był taki ojojojjj…
Że aż w pewnym sensie bliżej mu było do oksymoronu niż słodkiej, puchatej postaci w kolorze lekkiej mgiełki… dźwiku oznaczającego albo spotkanie najsłodszego psięcia na ziemi wszelakiej, tudzież innego, na pewno włochatego nadzwyczaj, na pewno mordeczkę mającego rozwalającą, no wiecie, onego stworzonka, co jednak nie użarło od razu tak na powitanie i jeszcze…
Mruczącego.
Albo wiecie, rannego, ale nie tak, że od razu trumna czy urna, ale raczej wszelaka pomoc dostępna, plasterek, bandażyk z mordeczkami, no wiecie, słodkość, wszelaka cudowność i kolorki zapewne jeszcze i może kilka różowych kokardek, tak… albo… no właśnie, mogłaby to też być i li ino szyderczość…
Wiecie, widzicie jak ten wróg się potyka, ale wiecie, że lepiej grać oną duszę wiekuiście współczującą, więc robicie ten dźwięk, ale w głębinach oczu waszych, tam gdzie żyją bogato i obficie wszelako, aczkolwiek i w pokoju z innymi krakeny, jaskinie są ze skarbami i szkielety Syrenic, o których zapomniano, a które wyśpiewały się do końca, no na amen i śmierć z pacierzem fal… no to tam się kryje ono coś, coś diwnego, może dla jednych mrocznego, dla innych prawdziwego…
To wtedy też.
On był chyba wszystkim… na raz.”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Na horyzoncie mewy szaleją.
Wielka, biała chmura poruszająca się dziwnymi grupkami i w prawo i w lewo, a potem ciemniejsza chmura, na świeżo zaoranej i nawiezionej ziemi… no wali, ale walenie cieszy tego, co już myślał, że węch stracił na zawsze.
Sorry.
Taki dziw ze mnie.
A ona chmura to oczywiście amatorzy robalowej diety. No wiecie, podano do stołu, się znaczy. I to serio, na ful wypas! Wilgotna, cuchnąca ziemia i grube dżdżownice. I inne tam poczwarki i pierun wie co jeszcze, bo w końcu nadszedł czas, że mewom lepiej nie wchodzić w drogę. Naprawdę… lepiej nie.
Lepiej…
Ale… biała mgła opada na pole, podnosi się gdy przejżdża traktor, a potem znowu… i dołączają do nich wrony i inne ptaszęta, które lubują się w takim jedzeniu. W końcu jest za darmo, a zapach, może dla nich to i perfuma i przyprawa? A może to tylko coś, na co nie zwracają uwagi?
Kto wie?
Widać, że im smakuje, a traktor w końcu odjeżdża… powoli zmrok otula wszystko, wiadomo, już o wiele później, dni są dłuższe, noce jeszcze bardziej dziwne, wszystko est jakieś takie obce, a jednocześnie znajome. Hiacynty powyłaziły z ziemi, kwitną… niby wiosna, normalność, a jednak…
Jakoś tak źle.

Ale…
Czas zimowy się kończy, będzie można sobie znowu światło włączyć wcześniej, wiecie, bez wyrzutów sumienia. Trochę taniej, nie bacząc na to, czy to już 20sta czy nie? Jednak ta temperatura, kurde raz 15 stopni potem sześć? Naprawdę? Wiem, że w marcu jak w garncu, no ale… mróz w nocy też niby nic dziwnego, ale jednak… jednak jakoś tak dziwnie. Jakoś tak… jak nie tutaj.
Co do Turyścizny, to raczej nie ma ich zbyt wiele…
Niby obostrzeń też, no ale, kto to wie, co i jak będzie?
Samoloty patrolowe wciąż napierniczają… naprawdę, dla kogoś, kto spierniczył z Wrocławia, bo po wodzie to kałasznikowe serie latały dookoła i można było puścić pawia ze strachu, ale jednak… no wiem, wojna i te sprawy, ale czy oni tak muszą? Podobno bliżej lotniska hałas koszmarny. Dodatkowo znowu jakieś remonty w porcie, więc nadzwyczajnie peaceful and quiet jest.
Można się wprost zapatrzeć w słońca zachody i wschody i w ogóle…
Wiosna.
A tu kurna hałasy. No ale, wiadomo. Są rzeczy, których nie da się ruszyć. Za to, napadła mnie dziś reklama i to niejedna, wiecie, czyta coś człowiek, a tam z boku wyskakuje apteka i najpierw po polsku potem po ukraińsku… ktoś umie mi to wyjaśnić? Nagle Polska tak wybitnie dwujęzyczna?
Hmmm…

