Pan Tealight i Zwykły Dzień…

„Tak miało być.

Tak zaplanowali, a jednak…

… i tak nie mogli być pewni, czy przyjdzie, czy się zjawi? Bo jak można być pewnym? Pewnym czegokolwiek w onych czasach? No przecież wszystko tak szalało, wciąż coś się motało, Pan Tealight nie wrócił właściwie do pracy, pewne zmiany zaszły w okolicach jego kapci, niektóre nad głową… tak naprawdę tak często zajmował się wyłącznie swoimi dziennikami i pamiętnikami oraz wszelakimi sprawami pisanymi, albo też i zajmował się gapieniem w okno… patrzeniem na Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki Pomordowane, która od jakiegoś czasu nie wchodziła do Białego Domostwa… nie mówiąc już o Sklepiku z Niepotrzebnymi…

Jakby się bała, że ją wciągnie i już nie wypuści.

Może miała rację?

Wszyscy czuli w kościach i mazi, mięsie i mięśniach jakieś takie napięcie… nie tylko dlatego, że znowu wisiała nad wszystkim ona Pełnia. Tym razem rąbanie Truskawkowa… znowu? No kto to widział, by się świat tak szmacił? To, co miało być wyjątkowe nagle stało się sezonowe i…

Zmiany…

Dlatego go aż tak bardzo potrzebowali.

Zwykłego Dnia, onego dnia ze wschodem i zachodem słońca, albo i deszczem, może i wietrznego, może spokojnego, w którym mogliby popełniać błędy, potykać się, napychać brzuszyska i paszcze, a potem żałować tego ostatniego kawałka piernika czy zkornikowanego drewienka, które miało dopełnić onej cudownej kolekcji drewnianych niewiadomoco…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Szwecja – Sprawy książkowe.

Szwecja ostatniego dnia maja była dziwna.

Pogoda zaserwowała na południu wszystko co mogła i wrzątek i zimny wiatr, nibyśnieg i deszcz i wiatr sam, bez wiatru i jeszcze… co się dało no. Niebo takie i takie, chmury niskie, prawie drapiące cię po czaszce, a potem… słońce i jakby nigdy nic leci z nieba deszczyk wiosenny, cholernie mroźny, ale przecież wiosna, więc podpada pod wiosenny… więc…  Niby tym, co w aucie nie winno to przeszkadzać, po prostu jedziemy ostrożniej, ale jednak… wyjść tu, wrócić i już gacie mokre…

Ale…

Po pierwsze na półkach pustki.

Makarony i zupki wykupione, a sprawdzaliśmy w kilku miejscach. Nie wiem dlaczego zawsze biorą moje ulubione grzybowe… no zboczeńcy jedni. Dodatkowo byliśmy akurat w kilku i wszędzie to amo. Tego nie ma, tamtego nie ma. Jakby… hmmm, czy to już one zwiastowane braki?

Nie wiem.

Byliśmy w okresie onego końca szkół, więc wszędzie i flagi i czapeczki, one girlandy i wstążki, wszystko niebieskie i żółte i niektórzy oczywiście są lekko zadziwieni, ale, co tam, przecież co mnie inni… Szwecja ma flagę jaką ma i kocha swoje kolory i wolno jej się cieszyć. Jeśli jeszcze ktoś tego nie rozumie, tutaj koniec pewnego szkolengo etapu, podobnie jak w Danii, jest ważne.

I już.

Koniec tematu, nie to nie Ukraina!

Ale…

Tym razem udało mi się zwiedzić kilka intrygujących sklepów.

Po pierwsze sklep hobbystyczno-artystyczny. Ja pierniczę, chcę co najmniej połowę tych narzędzi by sobie przepalić srebro, ale… spokojnie. Większość z tego, nie wiedziałam nawet, iż takie rzeczy istnieją. Kurcze. A to, to w ogóle jest do czego? Jako osobnik, który umie robić świeczki poczułam się jak… no szczerze, no i mydła? Ja pierdziu… naprawdę, takie fikuśne…

Ale ja chciałam fajne stemple do wosku… nie było.

No i dobrze i tak mnie nie stać.

Mniejsza… te podobrazia… ech, farb moich też nie mieli, ale to chyba trzeba zamówić i tyle, w końcu zwykle i tak nie mam czasu i tak nie wiem… jakoś tak, chociaż nie, mam 3 obrazy do skończenia i tak się stanie, a potem reszta. Powoli. Małe kroczki. Musi się udać, wszystko, innej wizji nie przewiduję.

No i książki…

Tak… w końcu znalazłam sławną księgarnię science-fiction/fantasy.

I była tym razem otwarta i… mają Tardis w środku!!! Ja pierdziu, po prostu, mają tam rzeczy, niewiele, nerdowe, filmowe, mają też i książki, co jest tak bardzo mega odświeżającego!!! Oni mają tutaj książki!!! Dużo. Po angielsku i szwedzku i jeszcze jak tam inaczej, i książki i anime i komiksy zapewne też…

I Tardis.

Wspominałam?

Tam jest jak w sklepie dla dorosłych, ale wiecie, tych innych dorosłych. Tych, którzy czytają i kochają czytać, tych, których fascynują one Marvele i inne tam. Właśnie wiecie, tych dorosłych… zły sklep. Jak nic trzeba tam zrobić prezenty na święta! I wszelkie inne okazje i mają tanie kartki z reprodukcjami prac jednego z moich ulubionych artystów!!! I plakaty… następnym razem biorę jeden…

Mam nadzieję…

I pachnie tam książkami.

Kurde no! W jaki sposób ten świat, w którym z końcem XX wieku narodziły się niesamowite księgarnie teraz ich już nie ma? Jak? Ma salony wystawiennicze i meblowe, dezajnerskie szopy…

Jak?

I Tardis…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zwykły Dzień… została wyłączona

Pan Tealight i Mistrz Niedopowiedzeń…

„Właściwie…

… nie, nie znaczy to, że mówił nic.

Znaczy mówił wiele, bardzo wiele, japa mu się nie zamykała, dowadniał się dożylnie, wszelako nie dbał o higienę jamy ustnej, więc było to problematyczne, ale jednak nosił też dziwny hełm, więc…

No tak.

Miał hełm na głowie, wiecie taki sprzed wieków, co to kiedyś w nich nurkowano, czy coś, ino, że on w środku miał rybki… chyba je żuł, czy coś, lekko jakieś dziwnie nie do końca takie wciąż żwanwe były, no i latające były, więc już w ogóle to było fascynujące. Wiecie… tutaj nikt nie zwracał na to uwagi, ale jednak, jakoś tak było to fascynujące. Doprawdy niesamowite. Był czymś…

Wielce nowym.

Jakoś odwracał uwagę od wszystkiego, co się wydarzyło, a wydarzyło się wiele… i wciąż wydarzało, chociaż jego nikt nie słuchał, więc wielu wiele mogło umknąć, ale… tak, czasem warto kogoś posłuchać, nawet jeśli to zabierze wiele czasu, waszego czasu, to czasem coś fascynuje, albo ostrzega, więc…

Może jednak im tam dobrze było?

No rybkom… wiecie, może to przykład symbiozy, czy coś? Może to jednak nie było jednostronne? Wykorzystywanie i tak dalej? One coś z tego miały, on coś miał, a cała widownia, która wciąż jakoś nie do końca rozumiała, pojmowała ono znaczenie bycia oną widownią… to jednak, tam byli… a taka jest chyba definicja widowniowania, czyż nie? Przecież nikt nie zmusza do patrzenia…

A już słuchania nie da się sprawdzić, zwykle nie ma jakichś egzaminów po widowisku tym bardziej, że… no wiecie, to się nie kończyło, albo, nie wiedzieli, czy on przestanie, kiedykolwiek. Kiedykolwiek?!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Koralina” – … hmmm… Czasem myślę, że obok „Gwiezdnego pyłu” to moja ulubiona książka Gaimana. I nie do końca wiem dlaczego… przez rodzinność? Czy coś więcej?

A może odnajdywanie w niej siebie?

Nie wiem…

Ale bardzo chciałam odzyskać tę powieść. Właściwie maleństwo, ot garść stron, a jednak, jakoś tak, ta historia dziewczynki i jej rodziny sprawia, że znowu inaczej patrzysz na swoje dzieciństwo. Na te pomyłki, które nimi nie były, były tylko lekcjami… na wpadki, które też nimi nie były, tak ci wmówiono, na zdjęcia, które wcale nie pokazują tłuściocha, ale kogoś, kto jest chory…

Na ludzi…

Oj weźcie, kto z nas nie chciał wymienić rodziców… nie marzył o nowym domu, albo w ogóle domu, oraz… no tak, to trochę Alicja, ale taka, której drzwi prowadzą w rzezywistość. Nie marzeniowanie, chciaż ono też, ale jednak… to opowieść o pragnieniu rodziny, bliskości, ale też… dzieciństwie. Które wcale nie jest takie proste. Przecież dzieciństwo to czas przed dorosłością…

Polecam.

Szwecja, kamienie i pogodowe szaleństwa.

Właściwie… to chyba raczej nie pojmuję tego do końca, ale tylko i wyłącznie dlatego, że spoglądam na to ze swojego punktu widzenia. Jak mówię komuś, że jadę do Szwecji, to dla mnie jak wsiąście w autobus, który wiezie mój samochód co prawda, ale jednak… tak to wygląda… półtorej godziny i już. Wielki świat, inne rzeczy, dziwne rzeczy, rzeczy, za którymi się tęskni, bo tak, można tęsknić za rzeczami i jeszcze więcej rzeczy i spraw innych ludzi… i inni ludzie…

Ludzie, którzy w jakiś sposób są tym czymś, czym my jesteśmy dla turyścizny, więc coś takiego wymiennego… może to o to chodzi, ale uwielbiam pływać do Szwecji. Po prostu. Chociaż zawsze to odchoruję, kocham to… jeszcze jak się uda zapamiętać, że chciałam to, czego chciałam i to coś jest otwarte…

Szwecja, a dokładniej Ystad i Malmö stały się dla nas onym synonimem luksusu.

Wiecie…

… człowiek się wybiera w podróż, bierze wodę, zapasowe gacie na wszelki zapas i jeszcze sweterek, bo przecież i powinien nie zapomnieć paszportu, na wszelki wypadek i jeszcze… pigułki, no przecież bujnijcie mnie ino lekko i już zielenieję i rybki karmię, a w pojeździe pływającym, czy raczej się ślizgającym na onych falach, to wiecie, trudno jest. Naprawdę. Są torebki, są łazienki, ale i wąskie przejścia i tłok może być, więc… no trudno jest. Trzeba wszystko mieć przemyślane już przed.

Trzeba.

Chodzi mi o to, że miejsca, które są niewielkie dla takich mieszkańców metropolii, dla nas są onym wielkim światem.

Po prostu.

Taka wyprawa, chociaż zwyczajna, w uszach kogoś z kontynentu brzmi – WOW… bo kto tam sprawdza gdzie ta Wyspa leży… serio? Nie sprawdzacie na google maps takich rzeczy? Serio? Nie ciekawi was? Street view i tak dalej… widać nie, no ale… Szwecję widać w niedalekiej oddali, ale płynie się do niej długo, najpierw trzeba dojechać do portu i wciąż człek się zastanawia, czy serio coś zrobią z Nexoe?

Mieli plany by stamtąd właśnie wypuszczać promy, ale…

Tak wiele było i tak wiele nie ma.

Wciąż wszystko jakoś tak… się wali tutaj trochę, ale i po drugiej stronie nie jest cudnie. Znowu na przykład powróciła sprawa kamieni. Oczywiście rzucanych w samochodu. Wciąż zalecają drogi okrężne i tak se myślę, czy chodzi tylko o kamienie, czy o coś więcej? A może… mają dość Duńczyków? Nie wiem, ale to przeraża. Są celni, a dostanie sporym kamykiem w przednią szybę, jak dobrze wycelują, a dobrzy są i nieuchwytni… cóż, to naprawdę straszne, jednak wciąż…

Bo tak jest inność.

Bo jest więcej.

… więc najpier pokonujesz strach opuszczenia Wyspy, potem pływania, jazdy, ludzi, potem wszystkiego innego, czarnowidztwo…

Dlaczego?

Dla czego… dla małosolnych w polskim sklepie?

A może jest w tym coś więcej?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Mistrz Niedopowiedzeń… została wyłączona

Pan Tealight i Kompania Serowa…

„Grzybki na numer jeden i na numer dwa… obecnie w promocji.
Weź trzy, zrezygnujesz z płacenia!

Taki czas.

Turyścina zjechała na Wyspę, więc… trzeba było jakoś tak, no zwyczajnie mniej lub bardziej, często nadzwyczajnie nawet, jakoś tak po prostu się zareklamować. Wymyśleć produkty, sprzedać je, zarobić, bo przyszłość… Przyszłość przyszła i oznajmiła, że jest niepewna siebie samej.

Że wszystko to, co się do tej pory zdarzyło wzięła rzeszłość i zapakowała w pudełka i papier świąteczny i kokardki dodała, jakby wiecie, się Mikołaj… no sorry, ale po tylu ciasteczkach i mleku… musowo pawiował, a jak pawiował to ze sprinklesami i… Chodziło o to, że Przeszłość nie czuła już siebie, a Teraźniejszość była tak niewinna i tymczasowa, włąściwie uchwytna ino na zdjęciach a to i tak nie zawsze dobrze, bo teraz te filtry i inne wymysły, wiadomo co to nabroili na tej nibykliszy…

A nie, kliszy juz nie ma…

Tak, Przyszłość wiedziała, że nie ma, jest, ale nie była już pewna tego, czy w ogóle jakakolwiek i czy po prostu… będzie.

A to było doprawdy przerażające.

Bo jeśli ona nie wie, nie ma onych proroczych snów, wizji wszelakich, nie jest upojona onymi naparami, naćpana grzybkami i wszelako nasmarowana mazidłami – tak, podobno pomagały na latanie na miotle, ale która kobieta by sobie pozwoliła drąg tam wsadzić w tę stronę, no weźcie się zastanówcie. Przecież to nie tak działa. Oj nie… a jak u kogoś działa, to boleśnie!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Coś jest dziwnego w tej pogodzie.

Nie tylko to, że z nagła mamy czerwiec i nie jestem z tego powodu nieszczęśliwa, ale przede wszystkim, jest… hmmm, jak to określić… zimno. Znaczy, w słońcu, w dzień, oczywiście, można czasem się i spocić, ale wieczorem temperatura leci w dół i czasem nawet spada poniżej 10 stopni. A to czerwiec. Pomyśleć, że rok temu mieliśmy już lato, a potem nie, potem znowu, więc…

… hmm, kto to tam pamięta.

Prawda jest taka, że wielu się to nie podoba, a ja jestem zadowolona.

A co… w końcu mam niewrzącą pogodę.

I tak mi lepiej. Wiem, że zboczeńcy kochają tam jakieś 30C, ale może przez chwilę dacie i tym wielbiącym chłodniejsze klimaty wytchnąć? Co? Przecież to kurde północ. Nie oszukujmy się. To nie Majorka, choć niektórym się tak chyba wciąż wydaje, no ale… jak to u nas, szczury. Tak, mamy taki problemik i się okazuje, że ostatnio w Aakirkeby do domu wprowadziła się rodzina. Wygnały ją szczury, a dokładniej po pogryzieniu dziecka przez gryzonie, zaproszony szczurołap nie wziął fujarki, znaczy pewno ją ze sobą miał, ale jednak nie zagrał jak to w bajce, wiecie, siedząc na skrawku zieleni, ciągnąc je rządkiem za sobą z dala od ludzi. Nie. Kurcze, nie zrobił tego i naprawdę jestem zawiedziona, to Dania na Królową!!!

…nie wypędził ich poza miasto i w ogóle… po prostu powiedział babce by wypowiedziała umowę i spier…

Wyprowadziła się.

Nie wiem czy już to zrobiła, ale to podobno niezła szczurza spelunka. Lepiej w ogóle jej unikać i co jak co, ale podejrzewam, że tam zachodzą takie mutacje jak z Żółwiach Ninja… pamiętacie?

Ciekawe…

No ale…

Płot nam zakwitł, wsio wygląda dookoła jakby gotowe było na ślub, koniecznie dziewica, welon i wiecie, scena jak z tego bez oka, czy nie, zaraz, ślepnącego… no Juranda ze Spychowa, wiecie. Mój ci on, mój… czy jakoś tak to było? Nie wiem, do końca nie pamiętam, ale jednak…

Musi być dziewica.

Ta biel, te płatki zrywane wiatrem i unoszące się w powietrzu, tosz to przecież niesamowite. Wygląda jak śnieg, i tak, cudnie jest, oraz przepięknie i w ogóle! I jeszcze… tak się bałam, ze nie będzie tego płotu, że nie będzie tej bieli, że wszystko jakoś takoś nie stanie się, bo przecież, przecież wszystko obecnie jest tak bardzo niepewne i… robi się coraz gorzej.

Gorzej…

Wszystko zaczyna nas przerastać.

Wszystko.

Ale nic to… w końcu i temu trzeba stawić czoło. Nowemu, strasznemu, innemu, trudnemu… ceny lecą, rosną, wzrastają, szaleją. Dostępność rzeczy to koszmar. I będzie pewno gorzej, ale jednak… podobno pandemia wraca jak przewidywali. Czy serio jeszcze będzie jakieś życie?

I czym w ogóle jest życie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kompania Serowa… została wyłączona

Pan Tealight i Bazyliowe Dni…

„Bazyliowe Dni nadchodziły.

Zakreśl0ne w wielu kalendarzach bazyliową zielenią, dobrze wyglądające z fetą i pomidorkiem i może jeszcze… pizza. Oj tak, z pizzą byłoby niesamowicie. I może sosik, jakiś taki na zimno? Potem by mieć na mięsko, kanapeczki czy do sałatki… bazyliowe dni, czyli zielone, liściowe…

Bazyliowe Dni.

Dni, w których wszystko miało tak dziwny i kolor i smak, gdy światło traciło zwyczajową złotliwość, gdy codzienność zmieniała się w one zbieractwo, konsumowanie i wieszanie, by się ususzyły i jeszcze w sianie, bo przecież… by były liście musiały być i nasionka… by były nasionka, musiały być i liście i kwiaty i ziemia, i jeszcze ktoś, kto porozmawia z roślinkami i Panną Bazyliowych Dni.

Oną w wianuszku i zielonkawej sukieneczce, która…

No dobrze, ona strasznie prześwitywała, a panną może i Panna była, ale jednak miała pod osiemdziesiątkę, więc dziwnie tak trochę było. Nie no, zgrabna była, wszelako wysoka i miała wszystko na miejscu, ale naprawdę nie chciałeś tego widzieć, po prostu, to jakoś tak nie pasowało… już gdyby była normalnie goła, byłoby prościej, ale tak… nie, to po prostu zwyczajnie nie.

Nie grało.

W ogóle.

I odbierało apetyt, a przecież pizza…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nie rozumiem…

Ma człowiek niby długi weekend i co?

Kurna, koniec maja a on totalnie zdechły. No bo przecież kurcze blade i w domu trzeba to domalować i to jeszcze powiesić, to zmienić, tutaj lampa, tam znowu coś innego. W końcu dom, większość ludzi o tym często zapomina kupując dom, że tutaj zawsze jest coś do zrobienia…

Za to w mieście, wam powiem tłumy.

W większości jakby nas Germania najechała.

Czy ktoś mi może wyjaśnić jaki jest w tym sens, by do dwupoziomowego skepiku, mikroskopijnego całkowicie, ładować się z jebanym, wielkim wózkiem i dzieciakiem, którego trzyma się na ręku. Dzieciak się drze, wózek tamuje ruch, wkurw w powietrzu wisi, ale przecież… nie wiem, widać wózek firmowy, albo dzieciak jakiś ometkowany, a ja taka niewidząca onych bogactw…

Durna ja.

Za to na pocieszenie dostałam żabę co ma podtrzymywać kwiatki. Wiecie, cudo takie gumowe z drutem w środku, co to się wygina i podtrzymuje roślinkę w miłosnym uścisku… a że za darmo, a bo do kupienia są ino w parze i się skończyły, widać ktoś zajumał jedną, a ja kiepska z kradziejskość odstawiłam ryczącą czterdziestkę i dostałam. No przecież i tak by to wywalili… Nie oszukujmy się. Sprzedać się nie da, więc… co można zrobić. Nie da się dać inny, pewno już naczynia nasycone, znaczy roztwory, ale wiecie, naczynie jakoś tak lepiej… no i jeszcze… jeszcze w tym mieście poza tłumami to doniczek nie ma. Nie wiem dlaczego, ale takich większych doniczek na Wyspie brak.

Szok!!!

Ale, przede wszystkim zaznaczmy, iż deszcz był…

Ciekawe, czy będzie jeszcze?

Kilka dni lekkiej ino słoneczności, wszelaki chmury, wieczorne i poranne kropienia… dziwny dźwięk. Ziemia trochę się napiła, ale czuje się, że tego jest za mało. Jak tylko nie będzie tak choć raz w tygodniu to wrócimy do punktu suchości, w którym dotykasz ziemi palcem, a ona od razu całą łapę bierze…

No tak.

Oj dobra, Turyścizna, co się na ten cały weekend ostatni majowy zjechała nie była zapewne aurą zadowolona, a już one chłodne noce, które tak sobie cenię, to ich na pewno przeczołgały, szczególnie tych w kamperach, czy zboczeńców namiotowych… wiecie, to trzeba mieć w sobie szaleństwo by tak w namiocie, czasem w takim wieku… rany julek… nie no, pewno że rozumiem, ale jednak…

He he he.

Cóż, im się mogło podobać mniej ono padanie i chmury…

Ale mnie pocieszyły jakoś tak. Maj był wyjątkowo straszny… nie, nie każdy dzień, ale większość, wiecie, jakoś tak, dla mnie był koszmarem. Właściwie, gdy to piszę jeszcze trwa, mamy niedzielę, więc… pierun wie, może cud się stanie i dwa ostatnie dni będą cudowne i piękne i zaskakująco spełniające marzenia.

I jeszcze…

Jakieś takie do duszy przytul?

Na razie bez się suszy na herbatkę, na później, na wspomnienie zapachu i światła i cieni i jeszcze tej wrony… właśnie, trafiła mi się jakaś nowa taka, młoda, dorwała się do czipsów i wiecie co, wysypała w trawę, a teraz ociera je o źdźbła a potem macza sobie w poidełku zrobionym z moździerza i nie wiem, jedne ino macza, potem pije wodę, zapewne smakowa, a potem zjada te namokłe czipsy…

I tak biega z jednej strony na drugą.

Moździerz stoi na barierce, dla ptaków i pszczół, wiecie, mogą usiąść na rączce i pić… ale ptactwo, ech, ono ptactwo jest po prostu kapitalne. Człek nie potrzebuje wykładów o corvidae, wystarczy popatrzeć…

One nie narzekają na deszcz.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Bazyliowe Dni… została wyłączona

Pan Tealight i Nieśpiąca Królewna…

„No bo kurde, jak tu wejść w rolę i wiecie, tak w kimę na widoku, jak dookoła jakieś śliniące się mordy i ino od razu do całowania… a ty serio chcesz ino się przespać, a że właśnie dużo śpisz…

… no i co z tego, inni dużo piją i tyle!!!

Sen to jednak życie.

Niesamowite.

Jesteś w miejscu, w którym nagle wszystko jest możliwe, nawet jeśli koszmar to jest, to jednak, nie do końca przecież koszmar i wiesz, że możesz się obudzić, albo nagle coś zmienić, no chyba że się nie da, ale jednak, zwykle się daje, a nawet jeżeli, to jest to i tak bardziej intrygujące niż to coś… to coś dziwnego, naturalnego, podobno normalnego, ale przecież to coś nie musi być la każdego.

Nie musi.

Można powiedzieć nie i pójść spać. Komara przyciąć, w kimę, walnąć się w pielesze, wszelako zwyczajnie drzemnąć, przymknąć oczy ino na chwilę, odpocząć, położyć się, na stojąco nawet, niektórzy potrafią bez chrapania, inni znowu ino z dźwiękami, jedni muszą mieć kocyk, poduszkę, jeszcze inni goła podłoga i to im jakoś wystarczy, fałdy własnej skóry stają się schronieniem…

Inaczej…

Ona wolała zawsze oną normalność.

Snu normalność.

Znaczy posłanie, kocyk, kołderkę, poduszeczki, misia i tak dalej, a jak gdzieś w towarzystwie, to umiała nawet z otwartymi oczami… Umiała tak, a jednak wciąż była częściej Nieśpiącą Królewną niż oną chrapiącą. Bo jakoś tak świat nie akceptował snu… dziwnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Płoń dla mnie” – … ech! Powiem wam, że co jak co, ale ta autorka to zawsze coś wymyśli. Coś takiego, lekko odmóżdżającego, z postaciami, które zmieniają wasze sny w erotyczne… no wiecie… ekhm, znaczy książka nie dla dzieci, albo raczej tych dzieci, co już nimi nie są do końca…

Oczywiście ponownie znajdujemy się w świecie magii. Tutaj każdy dobiera się w pary mając na uwadze moce. Tutaj też ci z mocą największą są tak naprawdę, okay są bogaci i tak dalej, ale też więzieni, poniewierani, wyzyskiwani… a poza tym to świat jak teraz. Minus pandemia. Plusz fajni goście umiejący po prostu zrobić wam takie rzeczy samym spojrzeniem… nie!!! To wcale nie erotyk, jak znacie jakąkolwiek serię tego duetu (Ilona i Andrew Gordon) to wiecie jak ona to robi. No seks istnieje, więc jest i tutaj… ale spokojnie, jest i zajebista babcia, specjalna rodzina, która zarazem jest spółką/agencją… i oczywiście jest ona, Nevada.

Dość… intrygująca osoba.

Tyż magiczna, ale…

Tia, i tutaj już wszystko się komplikuje i nie powinnam brnąć więcej poza prośbą, by kolejne tomy pojawiły się jak najszybciej. BŁAGAM! Straciłam serię „Na krawędzi” niestety… odkupiłam Kate Daniels i zaczytałam na śmierć. Jak źle mi, to zwyczajnie jakoś tak, no wiecie, działa… więc cieszy mnie ta zabawa. Kryminałoprzygodówka w magicznych ostojach… i fajne chłopy!

Amen!

To po prostu zabawa. Cudowna, kapitalna, niby urban fantasy, a jednak… ech, tak wiele więcej. Nie, nic szalenie pokręconego, ale zakończenie może zaskoczyć i tak bardzo chce się więcej… tego oderwania od tego, co dookoła nas…

Słońce jeszcze nie zachodzi, ale wiecie, już…

Wszystko dookoła jest mieszaniną cieni i światła.

Pola, te, które widać z okna… jeszcze wciąż ziemiste, niektóre, drzewa już bardziej liściaste niż kwietne, wiadomo, bez jeszcze pachnie, moja eksperymentalna łąka ma się super… jeśli chodzi o całą resztę, to niebo błękitne, choć miało padać, wieje, wiatr dziwny, alergiczny i wkurzający. Serio, mamy taki wiatr, który sprawia, że się człowiek tak zakręca, iż by nie nawrzeszczeć na siebie nie dość, że rozmroziliśmy zamrażarkę, posprzątaliśmy, przykręciliśmy nową lampkę, wiecie…

… Chowaniec nawet łazienkę umył…

Szaleństwo.

Zły wiatr.

I na dodatek objadłam się makaronem, a że nie pozwalam sobie na to często, bo cierpię, więc wiecie, cierpię. Ale jakoś chyba potrzebowałam tych węglowodanów. Nie bólu brzucha ino makaronu. Dziwnej normalności zemioliny i wody… nic więcej. Żadnych sosów, czysta pasta a raczej gniocci. Tak pisze na torebce…

Niech im będzie.

Wcześniej pomalowałam co miałam do pomalowania, ja pierniczę, jak wiele człek może zrobić… jak zwyczajnie nie wie co go nosi. Wkurza, jakoś tak wpiernicza i tak dalej. Wiecie… no musi coś zrobić. A może to tylko my tak? Nie umiemy leżeć i nicnierobić. Czy to dziwne?

Może czas nauczyć się leżeć i nic nie robić?

Wiecie… ono lenistwo mityczne?

Działa to?

Człowiek w końcu już jest w tym tak zwanym średnim wieku, więc dlaczego nie? Dlaczego w końcu nie odpocząć i walić to wszystko? W końcu… aaa, wróć, już wiem dlaczego nie możemy robić tego, co moze byśmy wybrali, chociaż i tak trzeba było rozmrozić zamrażarkę. No weźcie no… więc… człowiek nie może robić tych wymyślnych rzeczy, bo zwyczajnie i po prostu…

Kasy mu brak.

Wolny długi weekend spędziliśmy na robocie i tyle.

Inni może na Wyspie ganiali sarny po ogródkach, bo okazuje się, że plaga onych rogatych, znaczy ich rogatych onych nie do końca, chociaż ja im w związki nie zaglądam, więc wiecie… może? Mniejsza, kozy i kozły sobie latają i gryzą. I wpierdalają one biedne drzewne sadzoneczki, widać one smaczne…

A ludzie co?

Ajajajaj!!!

Sama ajajajajam! W końcu one biedne drzewka, tosz od ziarenka je w domu kulałam, znaczy no bujałam w ramionach, wiecie, poród naturalny, żadnej chemii, czy coś… serio. One jak dzieci! A te przylezą, to po prostu popierdoleństwo! No z jednej strony wiesz, że fajne zwierzaki, ale z drugiej…

MOJE DRZEWKA!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nieśpiąca Królewna… została wyłączona

Pan Tealight i Konar Barbarian…

„… więc jeśli chodzi o plemię Barbarian, to jakoś tak, no istniało. Byli oni Barbarianowie niscy i skąpo odziani, ale bardzo owłosieni i mieli, a raczej posiadali wszelakie prawa, do niby wioski niby osady… ot zestawu chatek na swoim wielki, grubym, gruzłowatym konarze.

Niektórych to śmieszyło.

Ale nawet jak się śmiali, to zazdrościli im onego Konaru.

Tak, Konar był wielki, potężny, choć drzewo, z którego czerpał wszelkie pożywienie i moce raczej było mikre, i wszystko to było dość dziwne, i podług fizyki ludzkiej właściwie chyba… niemożliwe, ale przecież te chatki i jeszcze oni sami też nie byli wszelako obecni w książkach i innych zapiskach, więc…

Czy kogoś to dziwiło?

Nie.

… więc żyli sobie oni Barbarianowie spokojnie dość, uwielbiali pleść sobie wzajemnie warkocze, w różnych miejscach oczywiście… chociaż o tym może lepiej nie myśleć i byli wyłącznie mężczyznami.

Tia…

Nie, nie było z nimi jak z krasnoludami. Oj nie, jak najbardziej się starzeli i dorastali, ale tak powoli, iż życie ludzkie nie było w stanie tego zauważyć… ot co ileś tam lat, wieków czasem któryś z nich odchodził, a na Konarze pojawiała się kuleczka, która rosła wraz z odchodzeniem starego, albo tego, co zwyczajnie podjął taką decyzję i, pojawiało się dziecię. Ale zawsze tylko jedno.

Problem w tym, iż Zawsze istniało w pełni swej antropomorficzności i uwielbiało nie być stałością, więc dnia pewngo pojawiły się Trojaczki.

Tia, od razu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

YAY!

No dobra, z jednej strony super, z drugiej ino 3… ale… teraz z serii Hobb, znaczy tej serii, wiecie, nie Żywostatki, brakuje mi ino pierwszego Błazna. No i nowość z Fabryki Słów, ale też smutna wiadomość o śmierci Mai Lidii Kossakowskiej. Ja… jakoś ponad 20 lat temu byłam częścią onych gazetek Nowa Fantastyka, Fantasy… i wiecie, człowiek czuł respekt, chcoiaż tylko kilka lat różnicy…

Po prostu nie rozumiem.

Za to „Grillbar Galaktyka” pilnie potrzebuję i całą serię anielską.

Po prostu… szokująca wiadomość.

PS. Nie, nikt mnie nie sponsoruje… ale kiedyś były takie czasy, nie przetrwały mojej przeprowadzki… niestety.

I politycznie.

Nie żebym się znała, ale wybory mamy. Znaczy wróć, nie wybory a referendum. I przyznaję, iż nie mam pojęcia jak to wszystko tak wyszło, jak to się ma do tych pisemek Putina, całej sprawy powojennej Wyspy i jeszcze… w ogóle wszystkiego. Czy to znaczy tylko i wyłącznie, że mamy przejebane?

Oczywiście są reklamy, WOW.

Nie toleruję żadnych reklam, więc irytacja level hard… chociaż i tak są inne, które na mnie działają. Wkurwiająca laska zmieniająca narodowość z ruskiej na polską, z dziwnym akcentem wschodnim, co to do zarabiania zachęca… dziwnymi drogami. Wiecie, tymi, których ja nie do końca, znaczy się nie znam. Ale… ta reklama, na niej wszyscy zaznaczają sobie w kalendarzach datę…

1 juni.

Macie link powyżej, więc wiecie… Googla translacyjnego też, więc… chodzi oczywiście o obronność, o wojska i tak dalej, czyli temat dla mnie trigerujący wszelkie elementy mej osobowości pokręconej i na dodatek… w pewnym sensie jest to dla mnie niezrozumiałe? Dlaczego wcześniej tego nie zrobiono?

Czy tylko P. się do tego przyłożył?

Czyż P. nie jest nagle wygodnym wymówkiem jak pandemia?

Tosz to szaleństwo!!!

Ale spokojnie, gdy to piszę jest środa, zaraz, ostatnia majowa?

Eeeee…

Tak, ostatnia majowa, więc oto jest dzień, w którym deszcz padał. Niewiele, znaczy mogłoby więcej, ale było miło i chłodno i deszczowo, ten dźwięk i w ogóle… nosz przecież… czyżby naprawdę można się było oduczyć tego dźwięku, wiecie, tego: jak brzmi deszcz. Straszne to!!! Naprawdę. Jakieś takie smutne i dobijające. I jeszcze bardzo rozpierdzielające psyche!

Pomijam już, że na zewnątrz wciąż susza a jedna deszczówka tego nie naprawi. Niestety. Przydałoby się kilka dni względnie pochmurnych i deszczowych… a poza tym wróbel wpadł mi do pokoju i właściwie nie wiem gdzie jest. Kurde, znowu? Przecież okno ino uchylone i żaluzje jeszcze… wiem, że one się uczą latać, ale jak to łapać? Niech ino nie nasra mi w domu!!! Aaaaa!!!

Natura!

Ech!

Z jednej strony to jest cud, patrzysz i podziwiasz i wiesz, że chcesz teleobiektyw, znaczy ogólnie sprzęt lepszy, ale nie masz go, więc ból… a potem ta małpa jedna z drugą obżerają twoje ciężko wyrodzone drzewka.

No wpierdalają!!!

Ale z drugiej strony, ej no natura. Pewno, że kleszcz tyż natura, człowieka natura, a jednak jakoś nie trybi… co nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Konar Barbarian… została wyłączona

Pan Tealight i Listonosz Żabun…

„No koperty lizał.

Dopiero potem się okazało, że był zwolennikiem i koneserem wszelakich klejów i oczywiście znaczków czy innych nalepek… no wiecie, taki tam lekko wybiórczy był, nie że wszystko, czy jakoś tak, ale jednak jego zdaniem było lepiej wsio przelecieć jęzorem. Po prostu. Jakoś tak.

Najbardziej lubił te ekspresyjnie egzotyczne, a znaczki z postaciami koronowanymi lizał wyłącznie w ukryciu. Intymnie. Co jak co, ale królową czy króla, tak przy innych, czy ogólnie mówiąc, no publicznie, nie można, raczej, zwyczajniej nie wypadało. Naprawdę. Trzeba było zachować chociaż odrobinę pewnej, no dobrze, może i ekscentryczności – był przy kasie, pracował dla fanu – miał przecież przyjaciół na całym świecie, ale jednak… w dzisiejszych czasach ludzie byli tacy…

Nielistowni.

Smutne to.

Dlatego się zatrudnił na poczcie. A dokładniej jako roznosiciel… no dobra, mieli te problemy w czasie pandemii, ale jednak, jakoś tak, udawało mu się przez wiele lat… ona go złapała. Jak w ogóle to się wydarzyło? Jak śmiało, mogło, jak w ogóle tak zwyczajnie, no i skąd ona się tam… nic to, że mieszkała, przecież wiedział, znał jej adresy, wszystkie adresy, lubiła pisać…

… więc…

Ale to ona.

Podziwiał ją, był jej wdzieczny, ale takie twarzą w twarz?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nie wiem co jest nie tak z tym światem…

Znaczy wróć, wiem co jest nie tak, kurna wszyscy zajmują się nie tym co trzeba, no ale… jak to mówisz, to nagle jesteś złym człowiekiem, a przecież mam rację? Obecnie ludzie gnoją cię za pokazywanie jedzenia, bo na Ukrainie ludzie nie mają co jeść. Hmmm… powiem tak, w połowie knajpy podobno otworzyli, więc chyba mają co jeść, a cała reszta, że niby co, oni będą chcieli moją śmierdzącą herbatę i lichą rybkę? Zresztą nie, dziś resztki zjadam. Stare bułki…

Ludzie zapominają, że inni też nie mają rajsko.

Poza tymi na instagramie.

Wiecie, jakieś tam z jachtami i tak dalej, wydający miliardy na złote kurki i tym podobne… no wiecie kto, tudzież, czasem prawie wszyscy w dziwny sposbó uznali, że to właśnie oznaca spełnienie. One złote kurki, spłuczka do kibla z diamentami, czy coś w ten sam kompletnie niewyszukany i durny sposób, bo szczerze, kto potem z kupy te diamenty wyciera… a, służba.

Tosz ja durna no!!!

Myślałam coby sama umyć okna…

A przecież to takie niedzisiejsze… jak wyrywam chwasty ręcznie, po staremu, wciąż się dziwnie na mnie patrzą… dziwne ludziki, kurde… no weźcie no. Przecież co? Randapy jakieś mam ciurkać pod zioła, czy coś?

Zauważyliście jaka jest presja, wywierana na ludzi w onych mediach?

Socjalnych…

Kurde, człowiek ino wchodzi, wrzuca zdjęcie, wychodzi, a i tak go dopadną. Niby musi włożyć te blogi w przestrzeń, jak tonący, co to macha na środku oceanu, gdzie nikt się nie zapuszcza, nie oszukujmy się, kto to zobaczy? I zresztą, czy chcę by zobaczył? Wolę, nie, muszę pisać, ale jednak wolę karmić wrony i mewy, głaskać skały i drzewa i jakoś tak być, ale i nie być według współczesnych standardów.

W ogóle według nich nie istnieję.

Nie istnieję, ale nie jestem niewidzialna, wiecie, worek do bicia…

Świat jest pokręcony i ono pokręcenie przez te naście lat, wróć, przez prawie 20 lat mojego oberwowania Wyspy bardzo ją zmęczyły, zniszczyły, zmieniły, ale też i ukształtowały pewne stałe. Stałe, których nic nie może ruszyć. Z jednej storny wiadomo, ze co sezon pojawi się jakiś kolejny durny pomysł, z powodu pandemii niektóre były na topie przez kilka at, ale wiecie, ponieważ teraz pdobno można się spodziewać pandemii jak onej Hiszpańskiej Inkwizycji… no to mamy przesrane. Albo przejebane, czy jakoś tak. Ekhm. No co? Takie życie…

Tylko czy wciąż moje?

Człowiek przenosi się w takie miejsca bo chce uciec od onej dziwnej, narzucanej normalności aka: dzieci, robota, ubranie, imprezy, starość, śmierć… widząc ludzi, którzy odmówili tego, rozumie, że mu też wolno i…

Staje się jednym z nich.

Wyklętych.

Ale też w okresie tak zwanego sezony pożądanych, bo przecież ktoś musi robić za zabawne tło dla Turyścizny. A w dupie to wszystko mam już. Idę pomalować szafeczko/stołek, no coś tam co nie jest białe, a ma być białe bo tak i tyle… niech stanie się w końcu jak chcę. Chociaż to. LOL

No co?

Jest w coś ludziach stąd, tych co naprawdę chcą tutaj mieszkać i dziwny strach i buntowniczość i… coś specyficznego… jest.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Listonosz Żabun… została wyłączona

Pan Tealight i Gnat…

„Właściwie…

Nie no, wiadomo było, że jeśli chodzi o psy, to były szczerze witane w tej okolicy, z kotami bywało jednak różnie, ale i koty są bardzo różne, więc jakoś to się równoważyło. Niezależnie od wagi i odważników i tak dalej. Po prostu każdy świat, każda część jego istnienia jakoś tak… miała swoje pomysły na swój kawałek. Wiecie, wszelako i tako, jakoś zwyczajnie istniały pewne granice.

Problemem było ich przekraczanie.

Dzisiaj na przykład trawy położyły się na prawo, chociaż zwykle robiły to na lewo i naprawdę od razu zjawił się Grzebień i musiał lekko wszystko przyklepać, ale ile było tego mruczenia i buntowania się, drzewa z jednej strony, zwykle nie zwracającej uwagi na jakiekolwiek granicy popatrzyły na tej po drugiej stronie tak bardzo inaczej i jakoś… nie było jak zwykle.

Powinni byli wtedy zrozumieć, iż był to Znak.

Ale nie zrozumieli.

Minęło kilka dni i mlecze zmieniły się w dmuchawce. Jakoś tak zwyczajnie. Wiecie, jak zwykle, one maleńkie parasolki bez szmatki uniosły się w górę i jeszcze wyżej i zaczęły szukać nosicieli i nagle, zbiły się w kupkę i zamarły w powetrzu tworząc coś na kształt chmury inektów, którą może niekórzy uznaliby za UFO, ale akurat nikogo takiego nie było w okolicy, więc…

Znak.

A potem na środku drogi, w miejscu bez granic pojawił się Gnat… Wyczyszczony, wygotowany, wylizany, ukochany… niegdyś żywy, żwawy i siedzący w czyimś ciele, ale to była już odległa przeszłość.

Bardzo odległa…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Stare kości” – … okay. Jeśli chodzi o stare, to dla mnie mowa zawsze o o wiele starszych te są dość młode, co więcej, spoglądając na całokształt trupów, no sorry to nie spojer, jak są kości to raczej wiadomo, że delikwent w 99% procentach nie jest żyw, chociaż, kanibale lubią jeść ludzi tak po kawałku, bo wtedy to wiecie, jakoś tak nie potrzeba lodówki…

I nie, to nie żart.

Ale… te kanibale, to wcale a wcale nie przez przypadek.

Oto powraca znana nam pani archeologii, niegdyś mężatka, obecnie wdowa, no i jeśli ktoś zna Pendergasta od początku – w znaczeniu ten cykl to pamięta i ją i jej męża i… ech, nie podobało mi się to wsystko, ale… obecnie mamy przed sobą nowy tom, a dokładniej pierwszy tom nowej serii o pani archeologi, ale jakoś tak wychodzi, że to gra na dwie pary rąk, bo jest i Nora i znana nam już młodziutka podopieczna Pendergasta. Agentka FBI mierząca się ze swoim pierwszym śledztwem.

Co wspólnego ma jedna i druga?

Pierwsza na zlecenie będzie szukać obozu kanibali przy współpracy uroczego, ale sorry, od początku podejrzanego osobnika… kilku ich jest, więc nie spojler, druga zaś właśnie ściąga trupa z trupa, więc… co może łączyć sprawę sprzed kilkuset lat ze współczesnym zgonem? Co takiego?

I powiem, że powieść… chociaż lekko przewidywalna, to fajna zabawa. Przede wszystkim to część amerykańskiej historii. I chociaż cała sprawa lekko trąci współczesnością, ekhm, wszyscy chcą ostatnio zabijać, to jednak powrót Nory to miłe odświeżenie. Pendergasta nie ma, więc jest lżej…

Nieprzewidywalnie?

Z lekką nutą duchowości.

No ino ouija brakuje!!!

Na pewno jest to niesamowita przygodówka dla dorosłych, chociaż odrobinkę przykrótka i za wcześnie odsłaniająca wszystkie karty. Nie braknie szowinizmu i innych tam skaz człowieczeństwa, które akurat ta para autorów zawsze lubi piętnować. Do tego kilka tajemnic i…

Chcę więcej…

Zachód słońca w okolicach… a właściwie to nie wiem, ale ciemność opada nas w okolicy 21ej. Jednak, jeśli dzień jest pochmurny, to ona cudowna szarość z ciężkimi chmurami pojawia się wcześniej, już w okolicach 19tej.

Może lekko później.

I człek odpoczywa od jasności.

Ale nagle zając objawia się w ogródku wpierdalając radośnie ciężką krwawicą okupione zioła, znaczy się no zakupione. No co? Drogie to wszystko, a kurde jakoś tak, ziemia tutaj słaba, wszelako sucha i wiele słońca, więc nie, nie wsio wyrośnie. Nie da rady. Nie może, nie chce i nie… w ogóle. Ale przecież nie wygnasz słodziaka, zresztą często, gdy piszę, kładzie się prawie na wyciągnięcie ręki poza taras i patrzy się, a potem zsypia, jakby rytm stukających klawiszy klawiatury go usypiał, a może to moje myśli i zwątpienia? Nie wiem, jakoś tak… zasypia.

Ufnie.

Nawet ta durna mewa, którą bym  chęcią w zadek kopnęła, no jak udaję, że rzucam w nią malutkim, lekkim, drewnianym kubeczkiem… nie może wiedzieć, że to coś nawet do niej by nie doleciało… a może jednak wie i dlatego tak się potem ze mnie śmieje… ale najpierw podbiega, jakby myślała, że to jedzenie. A przecież nie karmię jej codziennie, a już na pewno nie z ręki…

No wecie, co do mnie trzeba więcej niż pukanie w okno.

Serenady mi śpiewać, poemacik i tak dalej….

No szczerze…

Wrony przynajmniej przynoszą prezenty!!!

Ale… spojler alert, trza było łagodnie ostatnio poprosić sarnę by wyprowadziła się z ogrodu, bo zaczęła wpierdalać moje młode drzewka, a nie, na to nie ma pozwolenia… aczkolwiek zaobserwowałam coś intrygującego, poza ruchami dziecka w jej brzuchu, co było dość… no szczerze…

Porodowe!

… więc poza tym, zauważyłam jak sprawnie wybiera, i szybko, listki głogu spośród gąszczu bzu. I tylko te jadła, jakby przyszła w nasz głogowy zagajnik bardzo specjalnie. Z jakąś tam misją i tak dalej. A poza tym jak nic to ona wpierdoliła te tulipany. Zbrodniarz zawsze wraca na zbrodni miejsce!!! Ha! Złapałam ją na tym jak sprawdzała, czy coś jeszcze akurat w tamtym miejscu nie wyrosło.

Nosz zgrozo no!

Kobieto!!!

My potrzebujemy kwiatów, no weź!!!

Cóż… widać one kozy, sarnie damy, jakoś tak mają gdzieś walory estetyczne ogrodów i oczywiście kolory i pszczółek brzmienie… no cóż, zwierzęta to zwierzęta, chcą teraz, muszą przeżyć, przetrwać, muszą się rozmnażać… muszą… tak czują. Instynkt, żadne tam pierniczenie o człowieczeństwie w zwierzaku.

Zwierz to nie ludź i dlatego wymaga większej ochrony.

I już.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Gnat… została wyłączona

Pan Tealight i Dzień…

„Miał wstać jak co dzień.

No miał, problem w tym, że wcale mu się nie chciało… wiedział, że ten jeden z jego braci, to czasem i przez pół roku nie wstaje, ale jakoś jemu nie do końca to odpowiadało, więc… wstawał tak dzień w dzień, robiąc…

Dzień robiąc?

Było to już tak absurdalne, że… w pewnym momencie zaczął mieć wątpliwości i… poddał się im całkowicie. Niby codziennie robił to, co robił, ale jednak, jakoś tak, zaczynał o tym myśleć za wiele. Za wiele myśleć, podmyśliwać, przemyśliwać i zwyczajnie nie chciał, nie rozumiał może bardziej, dlaczego to robi? Dlaczego to mogłoby przestać istnieć i czy wraz z tym, czy wraz z tym on sam przestałby istnieć?

Czy naprawdę określało go wyłącznie to, co robił?

Żył tylko dlatego, iż to robił?

Czy…

Nie wiedział i nie do końca był pewien tego, czy chce się dowiedzieć. Bo czasem, jakoś tak lepiej nie wiedzieć. Posiadanie wiedzy absolutnej i całkowitej, wielowymiarowej, sprawia, że wciąż się szuka czegoś, co jest tajemnicą. Pragnie się skąpać w onej niewiedzy, która jest i jej nie ma i jeszcze…

Nie.

To jest straszne.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Gorąco…

Przez dwa dni wiatry poszalały i wrzątek oblał Wyspę. Ale nic to, wieczory chłodniejsze, czasem nawet poniżej 10 stopni, więc da się oddychać, a jednak, a jednak… no jakoś tak dziwnie jest. Jakby ktoś/coś wyssało z człowieka energię, jakby nie dopuszcczało do jakiejkolwiek radości…

Nawet dziś ten wiaterek i zimno mnie wcale nie podnosi na duchu.

Jakby… no dobra, rzeczywiście manewry się szykują. A jak u nas są manewry, to poczucie/uczucie wszelako wewnętrzne też nie jest dobre. Nie wiem jak to się dzieje, choć z drugiej strony przecież to dość logiczne, ale wszyscy jakoś tak to przeczuwają. One statki na morzu, ta seria a kałaha, bombka tu czy tam, idiota sąiad, co dzieciakom coś kapiszonowatego dał… ubić dziada!

To jest straszne.

Pamiętam, że jeszcze z 7 lat temu przyjeżdżały tu całe jednostki z USA i innych krajów, na takie, wiecie, zabawy w wojnę. A potem picie i tak dalej. Koszary w końcu opustoszały, oczywiście nie wszystkie, bo wciąż mamy podstawową armię, której Putin się czepia ile mu się chce, tudzież jak se przypomni… ale są takie, które niegdyś dano tak zwanym uchodźcom. Wkurwili się za przyrodę i morze pod nosem, czyli to, co dla Skandynawa jest darem największym… i spierdolili.

Ukraina?

A tak, też mamy… i też zaczyna się to, co w Polsce, bo ja mam, to niech ktoś pomoże… i nie wiem już, o co w tym wszystkim chodzi.

Jestem zmęczona.

Jestem zmęczona, ale pada deszcz…

Nagłe wilgotności i ona ciepłość przechodząca gdzieś tam, zanikająca i jelenica, znaczy łania no, w ciąży ewidentnej, która właśnie mości mi się na mojej eksperymentalnej łączce… a tak, mam taką łączkę, miejsce, które budowacze domu postanowili zasypać tym czymś przeciwko chwastom i jeszcze miało oną szmatę na sobie i tak dalej, więc… no co, zrobiłam eksperyment, odkryłam, przekopałam, wciąż wiedziałam, że to ino pył i wspomnienie po ziemi, ale jednak sypnęłam…

A potem dosypałam.

Ale tylko ziarna… i tak już trzeci rok, coraz silniejsza wzrasta.

Przeszłość zgniła, stworzyła jakąś tam ziemię, oczywiście, oto są ino chwasty czy co tam po prsotu przekwitło i się zasiało, rąbane perpetum mobile… jedne rosliny raz zdobywają przewagę, jak ona marchew krowia, która u nas, pewno z powodów genetycznych albo zawartości żelaza w wodzie, zrobiła się różnobarwna. Zwykle ino biała u nas i purpuro i lekko pudrowo różowa, brzegami ciemniejąca… i nagle rozumiesz, że tak naprawdę cokolwiek zrobisz to…

A… łania w ciąży w onych chwastach zwanych łączką…

Kurna, ja mam nadzieję, że ona się na poród nie szykuje.

Ja pierdziu… wciąż zrzucająca skórkę zimową, znaczy futerko, brzuch nisko bardzo, nie no, ja nie mogę, do kogo dzwonić? Ja pierdziu… odbierał ktoś poród łani? Bo to łania chyba, co nie, znaczy z jeleniowatych, no wiem, że sarna i pan sarna to koza i kozioł, a jeleń i pani jeleń to… no łania. Jemu byk. Różnią ich układy oczu, rozmiar, co trudno ocenić kurna jak się nie ma obydwu pań obok siebie, zresztą tak mówić o wadze… ekhm, nie fair! Więc wienie i porostki… i kurna, a co jak ona tam teraz rodzi? Tosz nie pójdę sprawdzić, a zoom ino mi jej zadek pokazuje…

Aaaa!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dzień… została wyłączona

Pan Tealight i Klinika Serc Złamanych…

„… i turnusy.

No zapomnieli o turnusach, więc jak on wrócił, to wszystko, powiedzmy sobie szczerze, nie tylko stało na głowie, kląskało jedynkami, świaszczało uszami, majtało rzęsami, ale jeszcze uznawało to za jedyną, poprawną formę współżycia z tym, co zwą Wszechświatem, a Wszechświat, z tej racji wprowadził się do Sklepiku z Niepotrzebnymi i postanowił, że on teraz wszystko sprzeda.

Bo przecież sklep to sklep…

… nie przechowywalnia.

A wszystkim, no wiecie, głupio było jakoś się onemu Wszechświatowi przeciwstwić, bo po pierwsze jak to, a po drugie, no przecież on taki bidulek, z tym sercem złamanym. Nic to, że nastawili i nawet zszyli nitką jaką chciał, taką zielonkawą, w specyficznie zgniłym kolorze… hmmm, dziwne, że akurat on chciał właśnie taką… podobno jego ulubiona barwa, ale… czy można mu wierzyć?

W cokolwiek?

W końcu właściwie nie miał onego serca, gdyż gdy szyli, to jakoś tak, wiecie, dokładnie obejrzeli to wszystko i wydało się, że Wszechświat serce ma duże, ale dziwnie pustawe. Jakby z ula okienka, ale bez miodu…

Jakby było i go nie było.

Ot matrioszka, wtopa, bujda, chcenie, ale jednak ino wyobrażenie.

I dlatego zaczęli robić diagnostykę Serc Wszelakich. Wiecie, tych od Mikołajów – wielkie zdziwienie, tych od Wiedźm i Księżniczek – zaskakujące podobieństwa. Pan Tealight… nie, jeżeli chodzi o niego, to to był jego pomysł, jeszcze sprzed czasu onej przerwy, którą sobie odbył od życia…

I…

Nie, nie zbadali go.

Jej też nie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

W lesie ostatki kwiatów, czosnej niedźwiedzi…

Na ulicach samochody i ludzie, nawet na tej naszej uliczce się jacyś błąkają. Do tego mania klejenia dziur, co oczywiście dla mnie nostalgię wzmaga i przypomina mi się, jak to jeszcze naście lat temu no kładli nową nawierzchnię w wyznaczonych godzinach i to śliczną, nie tą, co to potem auta same sobie muszą ubić… nie…

Ech!

Tak szczerze, to one komplikacje temperaturowe sprawiają, że rośliny szczerze spoglądają dookoła zaintrygowane tym, komu za to przypierniczyć. Serio, tak to odczuwam. Raz ponad dwadzieścia, potem znowu w okolicach dziesiątki, no ile można? Jak tutaj się rozkwitać i owoce robić?

Jak?

Ale… nic to, wszyscy damy radę, tosz to przecież natura.

Jak zwykle zmienną ona jest.

W lesie na razie pustki. Wciąż. Nie no, są liście i tak dalej, ale jakoś tak, mniej tego wszystkiego tej wiosny. Jakoś tak dziwniej, zdechły zając pod nogami, aż się zdziwiłam, bo przecież padlinożerców ci u nas masa, a ten taki idealny, niczym wypchane szaleństwo taksydermisty. Nigdy nie rozumiałam tej mody na posiadanie wypchanych zwierzaków w domu. Nawet onych kościanych rogaczy nie rozumiem. Znaczy wróć, rozumiem, ale jednak, jakoś mnie to odpycha…

Przeraża nawet.

Babcie byś wygotował i powiesił, byłoby przynajmniej logiczne, w końcu rodzina, co nie? Szkielecik… te sprawy. Ale nie, to już brak poszanowania zwłok? A jak robale nas jedzą to co? Szanują nas przy tym?

Ciemność zapada dopiero po 21ej.

Dziwne to.

Wrzący wciąż wiatr wpada do domu, ale miesza się z jakimś dziwnie zimowym powiewem. Jakby wciąż wszystko nie potrafiło zdecydować co to jest, co to ma być, za co i po co, na co i dla kogo?

Lasy mnie wołają, ale za bardzo się boję. Wiem, że znowu dookoła coś powycinali. Ona polityka czystego wybrzeża sprowadzi na nas ino zemstę Wyspy. Ona się zemści za one dęby wycięte i brzozy, za krzaki, które już nie dają cienia, za ona ziemię, cieniutką warstewkę, która… znika…

I za te wycinane róże.

Dzikuski…

Plaże się zmieniły, niektórzy już pływają, inni tylko obserwują, dziwnie niezdecydowani. Masa przybyszów, ale znowu nie taka masa. Jak zwykle jeśli coś chcesz, musisz kupić od razu, inaczej zaraz nie będzie. Albo zdechnie, bo przecież kto tam o to dba? Jakoś tak ludzi opadła, znaczy dopadła chyba bardziej, melancholia… niczby są, ale jakby nie do końca wiedzieli po co…

Znowu szaleństwa się niektórych czepiają.

A ta moja mewa mnie dobija, nosz serio ją dorwę i wybebeszę!

Nie no, nie zrobię tego, ale niech przestanie mi zdrapywać farbę z okien i walić w szyby. No laska no, nie ma żarcia! Ino woda! I to i tak dla jeży, aczkolwiek, wrony ją piją, więc wyżej stoi… już nie wiem kto i co… może i mnie ta melancholia opętała? Może i ze mną coś nie tak? Szaleństwo Wyspy. W końcu pamiętajmy, że mamy też swoją chorobę. A tak, jakby ktoś nie wiedział…

Może jest i inna…

Może… morze?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Klinika Serc Złamanych… została wyłączona