Pan Tealight i Bazyliowe Dni…

Bazyliowe Dni nadchodziły.

Zakreśl0ne w wielu kalendarzach bazyliową zielenią, dobrze wyglądające z fetą i pomidorkiem i może jeszcze… pizza. Oj tak, z pizzą byłoby niesamowicie. I może sosik, jakiś taki na zimno? Potem by mieć na mięsko, kanapeczki czy do sałatki… bazyliowe dni, czyli zielone, liściowe…

Bazyliowe Dni.

Dni, w których wszystko miało tak dziwny i kolor i smak, gdy światło traciło zwyczajową złotliwość, gdy codzienność zmieniała się w one zbieractwo, konsumowanie i wieszanie, by się ususzyły i jeszcze w sianie, bo przecież… by były liście musiały być i nasionka… by były nasionka, musiały być i liście i kwiaty i ziemia, i jeszcze ktoś, kto porozmawia z roślinkami i Panną Bazyliowych Dni.

Oną w wianuszku i zielonkawej sukieneczce, która…

No dobrze, ona strasznie prześwitywała, a panną może i Panna była, ale jednak miała pod osiemdziesiątkę, więc dziwnie tak trochę było. Nie no, zgrabna była, wszelako wysoka i miała wszystko na miejscu, ale naprawdę nie chciałeś tego widzieć, po prostu, to jakoś tak nie pasowało… już gdyby była normalnie goła, byłoby prościej, ale tak… nie, to po prostu zwyczajnie nie.

Nie grało.

W ogóle.

I odbierało apetyt, a przecież pizza…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Nie rozumiem…

Ma człowiek niby długi weekend i co?

Kurna, koniec maja a on totalnie zdechły. No bo przecież kurcze blade i w domu trzeba to domalować i to jeszcze powiesić, to zmienić, tutaj lampa, tam znowu coś innego. W końcu dom, większość ludzi o tym często zapomina kupując dom, że tutaj zawsze jest coś do zrobienia…

Za to w mieście, wam powiem tłumy.

W większości jakby nas Germania najechała.

Czy ktoś mi może wyjaśnić jaki jest w tym sens, by do dwupoziomowego skepiku, mikroskopijnego całkowicie, ładować się z jebanym, wielkim wózkiem i dzieciakiem, którego trzyma się na ręku. Dzieciak się drze, wózek tamuje ruch, wkurw w powietrzu wisi, ale przecież… nie wiem, widać wózek firmowy, albo dzieciak jakiś ometkowany, a ja taka niewidząca onych bogactw…

Durna ja.

Za to na pocieszenie dostałam żabę co ma podtrzymywać kwiatki. Wiecie, cudo takie gumowe z drutem w środku, co to się wygina i podtrzymuje roślinkę w miłosnym uścisku… a że za darmo, a bo do kupienia są ino w parze i się skończyły, widać ktoś zajumał jedną, a ja kiepska z kradziejskość odstawiłam ryczącą czterdziestkę i dostałam. No przecież i tak by to wywalili… Nie oszukujmy się. Sprzedać się nie da, więc… co można zrobić. Nie da się dać inny, pewno już naczynia nasycone, znaczy roztwory, ale wiecie, naczynie jakoś tak lepiej… no i jeszcze… jeszcze w tym mieście poza tłumami to doniczek nie ma. Nie wiem dlaczego, ale takich większych doniczek na Wyspie brak.

Szok!!!

Ale, przede wszystkim zaznaczmy, iż deszcz był…

Ciekawe, czy będzie jeszcze?

Kilka dni lekkiej ino słoneczności, wszelaki chmury, wieczorne i poranne kropienia… dziwny dźwięk. Ziemia trochę się napiła, ale czuje się, że tego jest za mało. Jak tylko nie będzie tak choć raz w tygodniu to wrócimy do punktu suchości, w którym dotykasz ziemi palcem, a ona od razu całą łapę bierze…

No tak.

Oj dobra, Turyścizna, co się na ten cały weekend ostatni majowy zjechała nie była zapewne aurą zadowolona, a już one chłodne noce, które tak sobie cenię, to ich na pewno przeczołgały, szczególnie tych w kamperach, czy zboczeńców namiotowych… wiecie, to trzeba mieć w sobie szaleństwo by tak w namiocie, czasem w takim wieku… rany julek… nie no, pewno że rozumiem, ale jednak…

He he he.

Cóż, im się mogło podobać mniej ono padanie i chmury…

Ale mnie pocieszyły jakoś tak. Maj był wyjątkowo straszny… nie, nie każdy dzień, ale większość, wiecie, jakoś tak, dla mnie był koszmarem. Właściwie, gdy to piszę jeszcze trwa, mamy niedzielę, więc… pierun wie, może cud się stanie i dwa ostatnie dni będą cudowne i piękne i zaskakująco spełniające marzenia.

I jeszcze…

Jakieś takie do duszy przytul?

Na razie bez się suszy na herbatkę, na później, na wspomnienie zapachu i światła i cieni i jeszcze tej wrony… właśnie, trafiła mi się jakaś nowa taka, młoda, dorwała się do czipsów i wiecie co, wysypała w trawę, a teraz ociera je o źdźbła a potem macza sobie w poidełku zrobionym z moździerza i nie wiem, jedne ino macza, potem pije wodę, zapewne smakowa, a potem zjada te namokłe czipsy…

I tak biega z jednej strony na drugą.

Moździerz stoi na barierce, dla ptaków i pszczół, wiecie, mogą usiąść na rączce i pić… ale ptactwo, ech, ono ptactwo jest po prostu kapitalne. Człek nie potrzebuje wykładów o corvidae, wystarczy popatrzeć…

One nie narzekają na deszcz.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.