Pan Tealight i Nieśpiąca Królewna…

„No bo kurde, jak tu wejść w rolę i wiecie, tak w kimę na widoku, jak dookoła jakieś śliniące się mordy i ino od razu do całowania… a ty serio chcesz ino się przespać, a że właśnie dużo śpisz…

… no i co z tego, inni dużo piją i tyle!!!

Sen to jednak życie.

Niesamowite.

Jesteś w miejscu, w którym nagle wszystko jest możliwe, nawet jeśli koszmar to jest, to jednak, nie do końca przecież koszmar i wiesz, że możesz się obudzić, albo nagle coś zmienić, no chyba że się nie da, ale jednak, zwykle się daje, a nawet jeżeli, to jest to i tak bardziej intrygujące niż to coś… to coś dziwnego, naturalnego, podobno normalnego, ale przecież to coś nie musi być la każdego.

Nie musi.

Można powiedzieć nie i pójść spać. Komara przyciąć, w kimę, walnąć się w pielesze, wszelako zwyczajnie drzemnąć, przymknąć oczy ino na chwilę, odpocząć, położyć się, na stojąco nawet, niektórzy potrafią bez chrapania, inni znowu ino z dźwiękami, jedni muszą mieć kocyk, poduszkę, jeszcze inni goła podłoga i to im jakoś wystarczy, fałdy własnej skóry stają się schronieniem…

Inaczej…

Ona wolała zawsze oną normalność.

Snu normalność.

Znaczy posłanie, kocyk, kołderkę, poduszeczki, misia i tak dalej, a jak gdzieś w towarzystwie, to umiała nawet z otwartymi oczami… Umiała tak, a jednak wciąż była częściej Nieśpiącą Królewną niż oną chrapiącą. Bo jakoś tak świat nie akceptował snu… dziwnie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Płoń dla mnie” – … ech! Powiem wam, że co jak co, ale ta autorka to zawsze coś wymyśli. Coś takiego, lekko odmóżdżającego, z postaciami, które zmieniają wasze sny w erotyczne… no wiecie… ekhm, znaczy książka nie dla dzieci, albo raczej tych dzieci, co już nimi nie są do końca…

Oczywiście ponownie znajdujemy się w świecie magii. Tutaj każdy dobiera się w pary mając na uwadze moce. Tutaj też ci z mocą największą są tak naprawdę, okay są bogaci i tak dalej, ale też więzieni, poniewierani, wyzyskiwani… a poza tym to świat jak teraz. Minus pandemia. Plusz fajni goście umiejący po prostu zrobić wam takie rzeczy samym spojrzeniem… nie!!! To wcale nie erotyk, jak znacie jakąkolwiek serię tego duetu (Ilona i Andrew Gordon) to wiecie jak ona to robi. No seks istnieje, więc jest i tutaj… ale spokojnie, jest i zajebista babcia, specjalna rodzina, która zarazem jest spółką/agencją… i oczywiście jest ona, Nevada.

Dość… intrygująca osoba.

Tyż magiczna, ale…

Tia, i tutaj już wszystko się komplikuje i nie powinnam brnąć więcej poza prośbą, by kolejne tomy pojawiły się jak najszybciej. BŁAGAM! Straciłam serię „Na krawędzi” niestety… odkupiłam Kate Daniels i zaczytałam na śmierć. Jak źle mi, to zwyczajnie jakoś tak, no wiecie, działa… więc cieszy mnie ta zabawa. Kryminałoprzygodówka w magicznych ostojach… i fajne chłopy!

Amen!

To po prostu zabawa. Cudowna, kapitalna, niby urban fantasy, a jednak… ech, tak wiele więcej. Nie, nic szalenie pokręconego, ale zakończenie może zaskoczyć i tak bardzo chce się więcej… tego oderwania od tego, co dookoła nas…

Słońce jeszcze nie zachodzi, ale wiecie, już…

Wszystko dookoła jest mieszaniną cieni i światła.

Pola, te, które widać z okna… jeszcze wciąż ziemiste, niektóre, drzewa już bardziej liściaste niż kwietne, wiadomo, bez jeszcze pachnie, moja eksperymentalna łąka ma się super… jeśli chodzi o całą resztę, to niebo błękitne, choć miało padać, wieje, wiatr dziwny, alergiczny i wkurzający. Serio, mamy taki wiatr, który sprawia, że się człowiek tak zakręca, iż by nie nawrzeszczeć na siebie nie dość, że rozmroziliśmy zamrażarkę, posprzątaliśmy, przykręciliśmy nową lampkę, wiecie…

… Chowaniec nawet łazienkę umył…

Szaleństwo.

Zły wiatr.

I na dodatek objadłam się makaronem, a że nie pozwalam sobie na to często, bo cierpię, więc wiecie, cierpię. Ale jakoś chyba potrzebowałam tych węglowodanów. Nie bólu brzucha ino makaronu. Dziwnej normalności zemioliny i wody… nic więcej. Żadnych sosów, czysta pasta a raczej gniocci. Tak pisze na torebce…

Niech im będzie.

Wcześniej pomalowałam co miałam do pomalowania, ja pierniczę, jak wiele człek może zrobić… jak zwyczajnie nie wie co go nosi. Wkurza, jakoś tak wpiernicza i tak dalej. Wiecie… no musi coś zrobić. A może to tylko my tak? Nie umiemy leżeć i nicnierobić. Czy to dziwne?

Może czas nauczyć się leżeć i nic nie robić?

Wiecie… ono lenistwo mityczne?

Działa to?

Człowiek w końcu już jest w tym tak zwanym średnim wieku, więc dlaczego nie? Dlaczego w końcu nie odpocząć i walić to wszystko? W końcu… aaa, wróć, już wiem dlaczego nie możemy robić tego, co moze byśmy wybrali, chociaż i tak trzeba było rozmrozić zamrażarkę. No weźcie no… więc… człowiek nie może robić tych wymyślnych rzeczy, bo zwyczajnie i po prostu…

Kasy mu brak.

Wolny długi weekend spędziliśmy na robocie i tyle.

Inni może na Wyspie ganiali sarny po ogródkach, bo okazuje się, że plaga onych rogatych, znaczy ich rogatych onych nie do końca, chociaż ja im w związki nie zaglądam, więc wiecie… może? Mniejsza, kozy i kozły sobie latają i gryzą. I wpierdalają one biedne drzewne sadzoneczki, widać one smaczne…

A ludzie co?

Ajajajaj!!!

Sama ajajajajam! W końcu one biedne drzewka, tosz od ziarenka je w domu kulałam, znaczy no bujałam w ramionach, wiecie, poród naturalny, żadnej chemii, czy coś… serio. One jak dzieci! A te przylezą, to po prostu popierdoleństwo! No z jednej strony wiesz, że fajne zwierzaki, ale z drugiej…

MOJE DRZEWKA!!!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.