Walenty dzień psychicznych…

„Pan Tealight z niepokojem, ale też silnie wyczuwalną przez całą oklicę fascynacją, spoglądał na pierwszą tego dnia klientkę. Królową Śniegu, Panią Zimy i Wszelkich Mrozów, Kapłankę Szronu i Winną Szadzi. Tę, która przyciska języki do klamek i sprawia, że zamki odmawiają współpracy.

Pojawiła się niby zapowiadana chłodnym, pachnącym śniegiem powiewem, wiatrem i szaro-niebieskimi chmurami. Ale i tak nie potrafił się oprzec wrażeniu, iż jest tak bardzo do tej wizyty nieprzygotowany.

On, Pan Tealight był nieprzygotowany. I nader skostniały, choć fascynacja i drżenie sprawiało, że nie czuł zimna… Pamiętał to wrażenie z pewnego dnia, owego, gdy spotkał pewną Choinkę…

Dnia, o którym tak bardzo starał się zapomnieć.

Miłość to koszmar, wiedział o tym aż nazbyt dobrze. I wcale nie chciał znowu, nie wcale nie chciał znowu przez to przechodzić… Chociaż podejrzewał, że z Nazbyt Białej Wysokości nie opadną igiełki…”

PS. Wiedźma Wrona cichutko rechotała się nad fragmentami nowej powieści Magdaleny Witkiewicz „Augustyn Poniatowski”. Jakoś strasznie przeraziła ją „Biblioteka cieni”. Podświadomie mniej lub bardziej zaczęła się bać… siebie, Pożartej Przez Książki i tych, które ja stworzyły…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Zasypiania…

Oczy mi się zamykają.

Staram się nie poddawać owej ciężkości, ale przegrywam. Już od tak dawna tak do końca, tak naprawdę… nie śpię… że czuję, iż ciało postanawia zdecydować za mnie.

Ostatkiem wyłączającej się świadomości czuję, jak bohater z czytanej przeze mnie powieści, tulących się do moich policzków kartek, wynurza się z książki i stuka mnie lekko w czoło. Lekko, aczkolwiek nie bezboleśnie.

Zasypiam… a on nie pukając, choć może uznał to czołowe szturchnięcie za grzeczną formę „stuk, stuk”? wtłacza się przez ucho do mojej głowy.

Już przez sen, odżywczy, zbawczy i soczysty, czuję jego brak zdziwienia. Słyszę jak wita się z innymi książkami. Jak podziwia ich strukturę, karmi się naszym szleestem i zapachami liter. Jak w przełyku odnajduje nie przełkniętą jeszcze „Akację”, któa już wyeliminowała część „prawdziwego migdałka”.

Choć czy w Pożartej Przez Książki jest jeszcze coś z tzw. człowieczeństwa? Może to tylko czytaleństwo?

Nowy bohater, nowa książka, rozgląda się za miejscem, które moza zdać się odpowiednią dla niej placówką. Rozpychając się, nie bacząc na ureglowane stosunki polityczne wewnątrz mnie samej, on pieczołowicie, ale szybko, szykuje swoje miejsce. Placówkę dla swojej powieści, historii… miejsce na życie!

A ja nie mam na to żadnego wpływu.

Nigdy nie miałam.

Ale zaskauje mnie, że ja, Pożarta Przez Książki, wciąż posiadam w sobie coś, co one mogą strawić. Wciąż znajdują dla siebie nowe miejsce, które mogą zająć.

One.

Książki…

Rozpuszczone nowotwory, które zdecydowały pobyć sobie człowiekiem. Problem w tym, że trafił im sie lekko wybrakowany materiał…

PS. „Biblioteka cieni”, czyli oryginalna „Libri di Luca”… przyszła w sobotę 🙂 Powszechny Spis Książkowej Ludności wznowiony, obecnie numer 1308. Fascynuje mnie to, owo odliczanie, dziwna rodzinność, wspomnienia, powiązania…

Dobrze, że Chochel dostarcza mi rozrywki, Admin ma nowe gacie, a Pan Tealight jest ostoją spokojności. Chociaż, on chyba znowu się zakochał!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Chochel…

„Pan Tealight miał problem natury nader intymnej. I kompletnie nie miał pojęcia jak z rozwiązywania owego problemu wybrnąć. Chyba nie mógł. No nie istniały żadne precedensy, które zwolniłyby go z tego obowiązku.

Pożarta Przez Książki nawet na niego nie spoglądała. Bawiła się. Obracała w dłoniach sporą, pochłaniającą światło i ciepło, figurkę niedźwiedzia jednocześnie starając się nie wyjść z książki, w której siedziała. Dobrze wiedziała, że on będzie musiał sobie poradzić. Zawsze tak było, w końcu prowadzenie „Sklepiku z Niepotrzebnymi” nie było zwyczajowym kupieckim zajęciem.

Było czymś więcej.

Ale też Chochel, czyli chochlik pisarski coraz niższego stopnia – o czym dobrze wiedział, i co dobrze na jego samopoczucie oczywiście nie wpływało – nie był kimś, do kogo słowo zwyczajność możnaby jakkolwiek przypasować. Obecnie siedział na poręczy fotela i majtał nogami. Wcale nie starał się zakryć wyraźnie za wielkich, męskich, czerwonych bokserek, które miał na sobie.

Westchnął.

Właściwie każdy w tym pokoju wydał ten sam dźwięk. Każdy żyjący i nieżyjący, każdy oddychający i ci, którzy nigdy nie potrzebowali powietrza… No może nie jednakowy dźwięk, ale zabarwienie u każdego było jak najbardziej cierpiętnicze… Za to Pan Tealight, jakby wzbogacony poparciem innych wstał i naskrobał na papierze jedno zdanie. Następnie, z kartką przytuloną do piersi, poprosił wiedźmę Pożartą Przez Książki i jej towarzyszy… o opuszczenie sklepiku.

Odchodzących dziwnie pokornie, choć wiedźma Wrona chyba nawet nie zauważyła zmiany ototczenia mocno stąpajaca po stronach tulonej do łona książki, żegnał szelest lekko majtającej się, przerażająco równo zawieszonej na drzwiach kartki, na której wykaligrafowano: Pan Tealight nie ponosi odpowiedzialności za maniakalne przywiązanie Chochela, chochlika pisarskiego, do bielizny pewnego mężczyzny.”

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Słuchając wiatru…

„Najpierw jest CISZA.

Pojawia się nagle, od razu dziwna, tak pełna, dokończona. Tak subtelnie emanująca dumą ze swego dopracowania i siłą spełnienia. Przerwą ją na chwilę wrony, które okrążą mój dom kilka razy, z całych sił, głośno łamiąc czar powszechnego braku dźwięków, a potem umkną wgłąb Wyspy.

Nadchodzi sztorm, a my czekamy… Ciało zdaje się buntować przeciwko wszystkiemu, ale umysł… umysł czuje, że granice się rozmywają. Że tak naprawdę nic i nikt nie jest w stanie go powstrzymać… i szaleje.

Pan Tealight widział, co się dzieje z wiedźmą, ale postanowił nie ingerować. Nawet on nie posiadał takiej mocy by sprzeciwiać się połączeniu Pożartej Przez Książki i Matce Wyspie. Zmaganie się z kobiecą logiką i sposobem mylenia było trudne przy pojedynczej osobie w jednym ciele… niemożliwe gdy w grę wchodził wiatr i trzy dusze w jednym ciele. I Wyspa. Nie, lepiej nie zwracać na nie uwagi… tak zwyczajnie jest lepiej.

Cichutko zagwizdał na uciętą główkę, która ostatnio bardzo silnie, dziwnie drżąco, przyciskała się do jego śladów. Jakby pragnęła wchłonąć w siebie każdy przejaw jego istnienia. Nie odczuwał zażenowania. Był raczej przyzwyczajony. Robił przecież to samo… Nie wierzył, że teraźniejszość jest wyznacznikiem wszystkiego. Właściwie nie wiedział w co wierzy? Wracając do „Sklepiku z Niepotrzebnymi” wciąż podnosząc głowę, by wzrokiem odprowadzić niknące w oddali ciała wron, zastanawiał się co przyniesie tym razem wiatr…

TAKI WIATR…

… ale to wszystko wydarzyło się dwa dni temu. Dwa dni temu ratował Wronę Wiedźmę, którą zaatakował wiatr. Tuląc ją czuł jak strony w jej ciele dygocza, jak pragną się ukryć, jak trzy dusze w niej łkają i boją się… To minęło. I dobrze, bo pierwszy raz nie wiedział co zrobić.

On nie wiedział…

Książki musiały pomóc. Szczególnie te pachnące szyszkami, żywicą… oraz ta jedna tak niespokojna, tak cicha, a jednocześnie głośna… No i ta tak niespodziewana, brutalna i krwawa… od dawna upragniona…

Tak „Ymar” Magdaleny Marii Kałużyńskiej wskoczył do rodziny nosząc numer 1217 Powszechnego Spisu Książkowej Ludności.

PS. Recenzje: „Sosnowe dziedzictwo”, „Akacja”, „Szaleństwo aniołów”, „Pensjonat Sosnówka” – przed premierą.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 3 komentarze

Czyta się – nie przeszkadzać…

Pożarta Przez Książki wyróżnia się dziwnymi zgrubieniami na palcach i bardzo zaczerwionionymi łokciami. Często mruży oczy i właściwie wszystko widzi inaczej… ale nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. Nawet wtedy, gdy sama słowami, zaklętymi w „nieodcyfrowalnych szlaczkach”, zapełnia książki.

Pożarta, choć wiedźma, bardzo często gubi różne rzeczy i wtedy najłatwiej odnaleźć je kierując się kolejnością konsumowanych przez nią tomów. Kiedyś podobno nawet zgubiła tam swojego chowańca, a wiedźmie amulety siedzą w tomie: „Potomek Kusziela” – co jest dość intrygując, gdyż nawet jeszcze nie zaczęła go czytać.

Na razie tylko wącha.

Musi do końca.

Bo czytanie zaczyna się od tego, że trzeba wywąchać. Każdą nową dostawę karmy książkowej należy najpierw dobrze wywąchać. Obmacać, dość ostentacyjnie, z tym dziwnym niedowierzaniem… bo Pożarta Przez Książki wciąż dobrze, moze i nazbyt boleśnie dobrze, pamięta jak to jest głodować. Jak czuje sie wtedy, gdy nie ma… co czytać. Jakie sny wtedy ją przytłaczają, jakie myśli miażdżą i odbierają oddech – syndrom uzależnienia.

Dlatego tak namiętnie spędziła noc w towarzystwie: maga, wojownika, półelfa i rycerza, Smoczego Władcy, które okazał się smokowcem, jednego kendera – bo jeden to często aż nadmiar – i oczywiście krasnoluda… znaczy się krasnoludów. Pożarta to nie Sierotka Marysia, tudzież Śnieżka podobnoż królewna. Nie żałuje sobie i nie wydziela swych wdzięków dla małej społeczności… Łapczywie-niecierpliwie znosi pragnienie by nie rzucić się na wszystkie książki i czytać je na raz. Zwyczajnie rzucić się i pożreć je jak one pożarły ją samą… Ale nie umie.

Ona/one nie potrafią tego.

Mimo, że aż trzy zamieszkują swój ekosystem, kłócąc się i ciągle sprzeczając, tak zabawne w swej inności i uniklności. Nie potrafią czytać na raz wszystkiego. Tą książkę zaczną, tą skończą, tą już wąchają, rozpustnice w jednym ciele.

Nie.

W świat książki należy wejść w całości. Odrzucić codzienność, tzw. teraźniejszość. Bo choć i rzeczywistość można nagle zamknąć, wypisać się z niej, to jednak o wiele łatwiej zamknąć książkę… choć czy jest tak naprawdę?

Czy się nie łudzę?

Przecież obrazy w głowie, odczucia, te dziwne zaśpiewy wiatru… to wszystko zdaje się być takie nie z tego świata.

Takie… pachnące tymi stronami, okładkami, literami!

Bo cały świat jest TYLKO książką! Jedyną, którą zadowoliłoby usunięcie kilku rozdziałów. Wyrwanie, spalenie, wtarcie popiołów w skałę…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

Dyskryminacja Pożartej Przez Książki…

Czasem wydaje mi się, że powinnam wykrzyczeć – rozchlapując dookoła ślinę, by dotarło do wszystkich: NO PRZEPRASZAM, ŻE CZYTAM!!! TO NAPRAWDĘ NIE MOJA WINA, TO TAKA BUDOWA ANATOMICZNA!!! ALE PROSZĘ NIE EGZORCYZMOWAĆ!!!

To już się stało, nie ma od tego odwrotu. Tak mnie pożarły moje Matki Książki, utuliły Siostry Okładki, Wyuczyły Siostry Strony. To już się stało. Inna nie będę. Nie ma szans by ten odłam człowieczeństwa, ów homo książkus czytatus maximus był w swym zachowaniu odmienny. By inaczej kształtował środowisko i na wiele pytań nie odpowiadał: ale ja to wiem, czytałem…

Taki los – NO NAUCZCIE SIĘ Z TYM ŻYĆ, AKCEPTUJCIE I DOŚĆ FANATYZMU ANTYCZYTACZY!!! dla wszystkich się znajdzie miejsce na tej ziemi 🙂

– Dlaczego to wszytsko, oj bo mi się jakoś tak przypomniało jak onegdaj usłyszałam, że ze mną się nie można umówić, bo ze mną co robić nie ma, bo ja tylko te książki czytam i czytam –

W ogóle to czekam na: „Szepty” i „Sosnowe dziedziwctwo” (podobno dziś Rysia książki podpisuje w Wydawnictwie) wygrane na FB Prószyński i Ska 🙂 Dokarmianie Wrony zimą obiecała mi też Zbrodnia w bibliotece – czyli kolejne miejsce, gdzie konkursy są prawdziwe 🙂 jak miło z ich strony… Ale co więcej, dziś napisała do mnie bardzo sympatyczna Pani ze Świata Książki 🙂 A ja tak liczę na „Bibliotekę cieni”. Jeszcze tak niedawno bardzo miło układała mi sie współpraca z tym wydawnictwem i nie będę ściemniać, no bardzo mi na niej zależy!

Tak więc myślę sobie, że dożywianie Pożartej Przez Książki w tym roku zaczęło się chyba niezgorzej! Oby mi tylko książkowy poziom cukru nie opadł!

A to?

Cóż… hmmm, no mój pierwszy prezent walentynkowy to jest. Tak, to jest papier do… no pupy 🙂 Super miękki i z serduszkami. Przyznaję, że Masław jak coś już wymyśli, to się roztkliwiam. A to już będzie w tym roku 14ta rocznica ślubu 🙂

Stara się czuję, a może raczej oszukana, bo z tą mądrością, co to obiecywali, że z wiekiem ma przyjść, to kurcze no nic nie czuję. Obiecali hormony i te różne cielesne bajery, o to mam, a kurcze jak chodzi o mądrość to jakoś nie teges 😉

I żeby nie było… Misiu Śnieżu, ale piszę o TOBIE 🙂

PS. Z CHWILI OSTATNIEJ – nie żebym ducha wydaliła tchem ostatecznym – listonosz był i przyniósł bardzo intrygująco grubiutki list 🙂

A w środku? hmmm… no dobra pokażę co Drzewo Babel na liściach przywiało na Wyspę! MICHAŁ BATORY!!!


Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Erotyczne doznania Pożartej Przez Książki…

Ta skra mknąca dziwnie opornie, nurtująca zmysły wszelakie znane i owe, których tak naprawdę nie potrafię nawet zdefiniować… Czuję jak budzi się owa niewykorzystywana część mózgu – oraju!

Najpierw lekko, powoli, z owym narastajacym niedowierzaniem otwieram pudełko, starając się jednocześnie zdusić szpeczącą, upierdliwą sukę Nadzieję… bo jeżeli nie będzie tam tego, na co czekam, czego pragnę i potrzebuję… Otwieram. Ręka mi drży, skaleczę się kilka razy zbyt małym lub zbyt wielkim nożem nim pudło niczym potwór Pożeracz uwidoczni swe wnętrzności… oczywiście nienaruszone, niestrawione.

Są tam. Moje piękne, kochane, no te wiecie… książki!!!


Najpierw zwykle przechodzę okres niedowierzania. Wychodzę z pokoju, powinnam zająć się tzw. pracą, ale szybko wracam i sprawdzam czy tam są. Czuję jak w brzuchu obracają mi się strony, cała z owej niepewności szeleszczę…

SĄ!!! Nie zniknęły. Biorę jedną po drugiej i sprawdzam, niczym nowo narodzone dziecko, czy mają wszystkie nóżki, rączki i paluszki… czy są wszystkie strony i niezbędne litery? Czy to nie iluzja…

A potem wącham.

Zanurzam nos pomiędzy strony, czując ich ostre krawędzie delikatnie raniące moją skórę. Nie czuję bólu.

Upajam się.

Powoli rozróżniam te, których zapach przywodzi na myśl książki z dzieciństwa. Niczym kiper rozpoznaję bukiet farby drukarskiej i skład papieru.

Ostatkiem świaodmych sił powstrzymuję się by nie nadgryźć rogu stroy, no choćby owej pustej, opatrzonej dedykacją, albo choć liznąć… o tutaj, w tym miejscu, jakże delikatnym, no chyba do tego stworzono przecież marginesy…

Ten smak, zapach, owa lekkość, niewinność stron pod moimi drżącymi palcami, jeszcze nie przeczytanych, mogących pomieścić w sobie wszystko… to porusza we mnie ów instynkt macierzyński. By przyjąć na swe łono wszystkie książki i czytać i wąchać, smakować.. pożerać jak one mnie pożarły!!!

Bo czym ma się żywić Pożarta Przez Książki, czym oddychać, z czego czerpać wszelakie przyjemności i kogo obdarzać uczuciami… z kim spędzać dnie i noce? Tylko z jedynym słusznym pokarmem, przyjacielem i kochankiem… rozpustnie zawsze w liczbie mnogiej… KSIĄŻKAMI!!!

OTO MÓJ SPROŚNY KANIBALIZM 😉

PS. Recenzje „Mariola, moje krople!”, „Czaropis”.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Sosnowe dziew(dz)ictwo?…

„Sosnowe dziedzictwo” Marii Ulatowskiej, które ma zamiar na dniach nawiedzić księgarnie… dla mnie to na wieki wieków pozostanie dziewictwem. No cóż, człowiek skojarzenia ma i tyle… nic na to nie poradzę. Szczególnie wtedy jak się człowiekowi fragment daje okrutnie, takowe preludium na dodatek co to jeździ bestialsko i rozpustnie po duszy, bombarduje emocjami… a potem zostawia z tym okrutnym napisem: CIĄG DALSZY NASTĄPI!!!

To powinno być karalne!!!

Aby się nie powtarzać przytoczę słowa, które wygrały dla mnie tę książkę 🙂 a są owym wspomnianym pięknym, ale jakże drapiącym w gardle i wykopującym z zasp nasze własne przewiny… wstępem do mającego się ukazać: „Sosnowego dziedzictwa” 🙂

„Nie napiszę, że mi się podoba, bo wcale tak nie jest… w dziwny sposób ten fragment skradł mi kawałek czasu, a z tej pozazmysłowej wycieczki wróciłam z żywicą na palcach i igiełkami sosny we włosach. Bo to musi być sosna… na pewno nie świerk, a moja choinka już szykuje sie do wysadzenia w ogródek, więc nie mam tego z domu 🙂 więc nie podoba mi się, nie TYLKO podoba 😉

Trochę też zalatuję psem, co jest dziwne, bo… nie mam psa…

Ale za to mam chrapkę na tę opowieść. Bo ona jest taka prawdziwa.

Nie wymuszona, sympatyczna… wcale nie ciepła, ale taka przynosząca wiarę w to, że są na tym świecie jeszcze ludzie, którzy potrafią tak pisać. Tak, jakby wciąż wierzyli w innych ludzi i nie krzywdzili ich. A dzięki temu dawali czytelnikowi nie tylo wytchnienie, ciepło, dobrą opowieść, ale pewność, iż takie rzeczy wciąż się zdarzaja, choć swiat wydaje się być taki, taki, no taki straszny… Że w tych wszystkich koszmarach jest nadzieja! Tym chyba będzie ta opowieść. Obrazem tego, co może się wydarzyć. Nadzieją, że życie to jednak coś więcej.

Zresztą punkt widzenia z łap czterech jest jedynym właściwym i prawdziwym. Tylko tak można rozpoznać dwunoga 🙂 Tylko tak znajdziemy tych, którzy jeszcze zasługują na miłość zwierzaka. Bezwarunkową, ufną i pełną, tą do końca…

Nie wydaje się Wam, że fajny film by z tego był?”

No i tak siedzę po tym fragmencie, w ogóle doła mam, świat szaleje… a Autorka – nomen omen naprawdę sympatyczna osoba, taka wiecie, no pluszowa i specyficznie szalejąca po zakątkach życia… Wydaje się, iż to ów zagrożony wymarciem typ, który wierzy wciąż, że ludzie są dobrzy… No bynajmniej owa Rysia przysłała mi drugi tom opowieści o Szyszce. Ale jak ja mam to przeczytać bez pierwszego?

No oszaleję – nie wróć, to już się wydarzyło – albo gorzej… znormalnieję?

Bynajmniej dla Was link do fragmentu historii cudnej Szyszki!


A ja wracam do „Akacji”, autor to David Anthony Durham… Oj naprawdę coś mi się wydaje, że szykuje się kolejny epos na miarę: „Pieśni Lodu i Ognia”. Ale dopiero zaczynam. Nie wiadomo jak się wszystko rozwinie. Na razie wciąga. Księga jest obszerna, trzeba się pilnować, by nie zagubić się w gąszczu nazw i zwyczajów, pochłaniająca lektura, ale warto!!! Z tych, które wrzucają czytelnika w sam środek wydarzeń, czy to powódź, śnieżyca, czy pole bitwy… trzeba mieć się na baczności.

Ale myślami…

O Maat, boska równowago… miej w opiece Kemet.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 2 komentarze

Sacrum Pożartej Przez Książki…

Podobno istnieje i sacrum i profanum.

Uczą, że jedno nie może istnieć bez drugiego, jak jing i jang, jak dobro i zło… czerń i biel, uzupełniają się. Dopełniają. Łączą jak jakieś mistyczne puzzle, dokładnie dopasowując jedno do drugiego…

Moje profanum chyba gdzieś się zagubiło.

W tym dziwnym świecie, w objęciach Spisu Książkowej Ludności, jakoś tak wszystko jest aż nadmiernie święte… A może to przez ten „Czaropis”. Przez te magiczne słowa splecione z czarów, pragnienia kształtowania i popełniania błędów… Mocy przepowiedni i chłopca, który jest w stanie tak łatwo wszystko zniszczyć, choć tak bardzo, gdzieś w głębi,  pragnie być tym, który tworzy. Tak bardzo wierzy w to, iż powinien być kimś innym, że to co mu się przydarzyło, jest tylko kosmiczną pomyłką.

Jak dla mnie, autor – Blake Charlton – tworzy świetną epopeję, bo „Czaropis” to początek. Ale i jemu przydałby się jakiś indeks, słownik, czy coś w ten deseń, bo się gubię w mocach magnusa i numenosa, konstruktów i czarów, światów i ras… Ale książkę jak najbardziej polecam.

Polecam tym, którzy uwielbiają bardziej skomplikowaną fantasy, pełną magii, politycznych utarczek, dziwów, niespodzianek i przepowiedni.

Wymagającą.

Moje nagrody z nakanapie.pl. Fajnie, że doszły… jakoś potrzebuję teraz stanu rozpieszczania, dopieszczania i tylko dobrych wiadomości. Jakoś się… rozpływam i tracę grunt, który z takim trudem starałam się dolepić do stóp. A może pleców. Czy ja stoję czy lecę? Może tak naprawdę unoszę się w bezmiarze bezmiarów… błądzę po światach, nie jestem w stanie definiować tego co nierzeczywiste… to co rzeczywiste gdzieś mi chyba umknęło.

A może go nie zauważyłam?

Świata?

Światów?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Coś miłego Pożartej i kobiecość…

Pożarta Przez Książki ma taki układ wewnętrzny oraz budowę książkowej cielesności, że raczej nieczęsto trafia jej się coś TAK MIŁEGO.

W takim tonie i tak od serca…

„Witaj.

Z reguły nie kontaktuję się z recenzentami moich książek, jednak po zapoznaniu się z Twoją recenzją „Wergeldu królów” postanowiłem to zrobić. Powiem tak – ze wszystkich recenzji, które powstały, najpełniej oddaje ona moje emocje podczas pisania „Oium”. Po raz pierwszy ktoś tak głęboko wtargnął w moje myśli i – muszę przyznać – jest to przyjemne uczucie.

Mam nadzieję, że również „Purpurą imperatora” nie będziesz zawiedziona.

Pozdrawiam

Jarek Błotny

P.S.

Byłem kiedyś na Bornholmie. Zazdroszczę. Magiczne miejsce.”

A ja, Pożarta Przez Książki, może dla zachowania specyficznej równowagi po słowach autora książki: „Wergeld królów”, właśnie zryczałam się nad inną, której jeszcze właściwie nie ma… ale ja mogłam ją już przeczytać.

Powieścią najnowszą Magdaleny Witkiewicz pt: „Cofnąć czas”. Piękną, wstrząsającą, bolesną, drażniącą, zmuszającą do zwątpienia w istotę miłości, odbierającą dowody jej istnienia, ale też dziwnie dającą nadzieję… Dogłębną sekcją definicji małżeństwa, przypadkowości, pragnienia bycia kochanym. Jednak przede wszystkim skupiającą się na owym pięknie i delikatności kobiecości, owej istoty, którą tak łatwo zranić, a jednak… tyle potrafi przetrwać. Owym poplątaniu tego, czego nauczyły nas matki, kobiety z naszego życia i tym, co potem szykuje los. Ale też i o owych złych radach, które odbierają nam wolność, o niesprawiedliwości jaką kobietom serwuja tylko kobiety, zawiści i braku zrozumienia.

Książka jest dobra, gorzej, bardzo dobra. I choć od pierwszych stron drapało mnie w gardle, a łzy dokładnie wypłukały krem na zmarszczki… Cóż, jestem TYLKO kobietą. Ja zwyczajnie przeżyłam tę powieść. Najbardziej urzekł mnie sposób pisania. Ta narracja, ten ból bohaterki. Wszystko oddane mocno, bez ozdobników, prosto ze zbolałej duszy, nie do końca rozumiejącej co się dzieje.

Piękne, ale boli… jednak czyż nie o to chodzi… O to, by książki wzbudzały tak silne emocje?

Mam tylko nadzieję, że książka się ukaże. Świat Książki planuje wydać ją w maju, ale… wiecie jak to jest. Oby nikt jej nie chciał „ulepszyć”. By nie wymazał owej osobistej rozpaczy autorki, ani słów, które wzbudziły we mnie strach. Bo ja boję się takich książek. Boję się, że zapeszę… Że to w jakiś sposób, poprzez strony,litery… może i emocje, przejdzie w moje życie. Że i mi przytrafi się zdrada. Wątpliwość. Nie do końca kochanie, owa pomyłka co do wizji wzajemnego, wspólnego życia…

Iż mój domek z kart runie.

ZDRADA

I wtedy stanę się kobietą.

Bo tak naprawdę tylko cierpienie rodzi kobiecość w dziewczynkach.

PS. Książki różne, ale w dziwny sposób przyszło mi do głowy, iż nie dość, że obydwie dla dojrzałych umysłowo czytelników, to jeszcze może powinny wejść w skład jakiegoś kanonu lektur? Takich licealnych? Bo owa para autorów uczy myśleć i czuć. Na różne sposoby. Być… wolnym.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz