Pan Tealight i Wiedźma Gaworząca…

„Zwykle tylko do siebie gaworzyła, bo i po co innych obarczać dźwiękami, ot tak tylko do siebie myślała i mówiła Wiedźma Wrona. Czasem naprawdę zdawało się, iż nie tylko ma aż nazbyt wiele sobie samej do powiedzenia, ale i do wysłuchania. Bo w końcu tyle się kosmosów w niej kryło i światów niemożliwych do wyobrażenia… a, że wyobraźnia ostatnio niepożądaną czuła się na zewnątrz Wiedźmy, cóż tworzyła tylko w niej, bo gdzieś tworzyć musiała. Może i sama Przez Książki Pożarta tak niezbyt do końca zdawała sobie sprawę z tego, co się w niej naprawdę skrywa: ile myśli, ile marzeń, ile dusz i ile pragnień, ile światów i ile niewypełnionych obietnic, ile przyrzeczeń i jak wiele odrzuconych szans, ile tego, co niewygodne i tego, co jakże nazbyt mało strojne… ale cóż, choć nie wiedziała, nieładnie byłoby to wszystko zaniedbać. Dlatego wywracała się na drugą stronę, twarz do środka wciskała i gaworzyła…

… do siebie…

Do tych maleńkich troli poruszających jej członkami, kowali – krasnoludów bijących w jej serce, elfów spływających z krwinkami… do smoków oddychającyh nozdrzami, oraz Zapomnianych Bogów ukrytych gdzieś w tych miejscch siebie, które nawet ona sporadycznie odwiedała. Ot od dzwonu wielkiego, coby tylko kurze przetrzeć, a i kwilące, zapomniane bajeczki utulić by spały dalej… do lepszych czasów, gdy może ludzie znów słuchać zaczną? Do tej magi, jakże prostej, naturalnej, a tak zdeptanej, obsikanej na krawędziach i chwastami porosłej…

… do tego wszystkiego, co było innymi ludźmi…

Bo nie wiadomo dlaczego, ale zdawało się wszelakim ludziom, że to ona dla nich żyje. Że znają ją i wszelkie prawa do niej mają. Że tylko dla nich oddycha, tworzy i światy zmienia, dla nich jest, jednak tylko wtedy, gdy oni jej potrzebują, a gdy nie potrzebują, wierzą że ją zwyczajnie odrzucić można… Zdawało się ludziom, że na ludzkich typowo liczbach jej zależy. A tak bardzo nikt nie chciał uwierzyć w prawdę. Dlatego do siebie mówiła tylko Wiedźma Wrona Pożarta. Do siebie. Bo to co się innym zdaje, wyłącznie omamem jest… innym potrzebnym. Pożądanym elementem ludzkiej rzeczywistości, który każdy zawsze grzech przyjmie, rozgrzeszy bz pokuty, niestałość wytłumaczy i wszelakie niegodne zapomnienia, ot tak wybieli z myśli.

Może to i czas pokuty, ale nie w tym świecie. A tej Wiedźmy Wrony pokutującą nie ujrzycie, a już na pewno i do cholery jasnej nie za WASZE grzechy!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Córki księżyca. Ofiara-Zagubiona” – może to i nie wybitny cykl, może i dla wielu raczej sztampowy i nudny, ale ja widzę w nim jakąś szans na to, że magiczne opowieści dla nastolatek nie muszą się od dupy strony zaczynać… że od razu każdy z każdym do łożnicy nie wstępuje.

Ot taka to opowiastka współczesna, lekko magiczna… taka, co to supermenkom pozwala zaistnieć w codzienności, a i świat, choć zdawałoby się znajomy, pokazuje z całkiem innej strony. Magiczna historia, a dokładniej dwie w jednym tomie, dorzucające do poprzednich nowe, miłosne, naturalnie nastoletnie opowieści… Pełne mocy i walki dobra ze złem, ale też czegoś, co sporadycznie pojawia się w takich książkach, prawdziwej i naiwnej młodości pewnej, że może wszystko!

„Pierwsza Spowiedniczka” – jakkolwiek pojmuję pragnienie odkrycia przeszłości sagi „Miecz Prawdy”, tak nie do końca rozumiem dla kogo to właściwie powieść. Dla tego, który zaczyna? Ot nazbyt trudna… ale jak dla tego, kto Goodkinda czyta na bierząco… dziwnie przegadana. Nazbytnio rozpisana… A wszystko dotyczy owej pierwszej Matki Spowiedniczki, Magdy. Wdowy, która zmierzyć musi się ze złem niewyobrażalnym, atakującym jej ukochany świat… tej, która zawsze opowiadała się po stronie potrzebujących i samych niezdolnych by krzyczeć.

Obdarzonej siłą, która pomogła stworzyć Miecz Prawdy…

Przewidywalna, ale czy tym rozkochanym w świecie Midlandów i D’Hary przypadnie do gustu? Sami musicie osądzić.

Zbuntowała się pogoda, no i choć jajecznie, choć żółcą się owe puchate – aczkolwiek z doświadczenia pamiętam, okrutnie smrodliwe – kurczęta, choć rozkwitły na polach namiotowych karawany, choć się Wyspa jakoś przebudziła, otwarła co najmniej jedno oko i nawet może przeczesała wodorosty, a i pewno przepłukała ząbki… Cóż, wciąż jakoś tak zima moi drodzy, ot śnieg potańcówki w wietrznych powiewach urządza, korzystając z bonusu chronologicznego, przepychają się między sobą lekko przybrudzone zaspy, coby tylko złapać więcej bieli…

Właściwie należy przyznać, iż totalnie po babsku Wyspa postanowiła sprawdzić, czy wciąż będą jej chcieli. Nawet jeżeli skryje kwiaty pod śniegiem, nawet gdy wiatrem zacznie smagać, zimnem szczypać, gdy słońce odbierze, wszelakie odpusty na powietrzu świeżym poplącze…

… i tak jej chcieli!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Gaworząca… została wyłączona

Pan Tealight i Stan Wiedźmiej Świadomości…

„Zabłądziła Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, ot tam gdzieś w sobie… się zagubiła w tym co pomiędzy i na onym czasie. Gdzieś się jej szalik zahaczył o byćmoże, a torba upadła na kamienie z tamoj. Zdarza się tak niektórym, gdy się im pokrętne definicje możliwego i niemożliwego silnie się ze sobą szczepią. Rozkochają się w sobie nie bacząc na istnienia opisywanych.

Gdy się połączą, asz w sobie na bank zmieszają. Nie ma wtedy niczego pewnego oraz tego, co stanie się przenigdy… Ale teraz Wiedźma Wrona przebywała w Stanie Świadomości. I była owego w nim przebywania całkowicie obolała i nadmeirnie świadoma. I była mu nie tylko całkowicie poddana, ale też my tylko powolna. Bo był to ten gorszy Stan Świadomości. Ten, w którym cukier nie był wskazany, bo zwyczajnie nie działał; stan gdzie nie ofiarowano promocji, otwarcia dyskontów, wyprzedaży, ani nawet wielokrotnych orgazmów.

Ów Stan nie do końca akceptował to kim/czym był, przyznawał się do tego z dziwną przykrością, odżegnywał się od tego, jak oddziaływał na swoją Wiedźmę, ale naprawdę nic nie mógł na to poradzić! On taki zwyczajnie był, a jeżeli już się wykluł, stworzył i istniał, i nic tego nie mogło zmienić, może też był potrzebny? I też chciał mieć jakąś korzyść z bycia z Wiedźmą! Był odmiennym stanem, mrocznym, wyboistym i cienistym, ale nie tym, który pozwalał uciec od słońca, uchronić się przed palącym, jakże bolesnym, żarem… Był tym obłapiającym stanem, obcapiającym, oblewającym, motającym i obtaczającym… tym, który nadchodził nagle, bez wiadomej przyczyny i odchodził dopiero wtedy, gdy sam odczuwał taką potrzebę.

Gdy się dopełniło owo słuszne…

Tak po prostu było. Stan Świadomości nie był okrutny rozmyślnie i nie szkolił się w swoim przenikliwym, umiejętnym i przemyślanym, zadawaniu bólu. Też lubił w rzeczywistości sobie poszaleć. Miał nawet własne hobby i ulubione potrawy, słone, grywał też w gumę i to zawodowo, na dodatek na łyżwach! On zwyczajnie tak bardzo chciał, żeby go też kochano. Bo przecież był, istniał i także, jak inni, miał… uczucia, które wymagały łaskotania i przytulenia.

Należał się i mu czas z Wiedźmą Wroną!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Zły anioł” – jest w cyklu tego duńskiego autora jakaś taka, nie wiem… świeżość. Dziwność specyficzna, niekoniecznie zrozumiała dla tych, którzy z takim pojęciem nieba i piekła… narodzili się. W nim wzrastali, wpływało ono, często nazbyt maniakalnie, na ich codzienność.

Dla Kennetha B. Andersena jest to coś innego… coś trwałego, ale też mistycznego i baśniowego jednocześnie. Coś nie tyle pewnego, co raczej możliwego, więc dlaczego nie? Dlaczego nie umieścić właśnie w piekle swojej historii? A dokładniej historii pewnego chłopca, pewnej wojny i pewnego przypadku…

„Wielka wojna diabłów”, to cykl, który ma swoje wzloty i upadki, ale na pewno jest jakiś. Wciąga i intryguje, pozbawiony nadmiernej symboliki i wyzbyty mistycyzmu często właściwego takim powieściom, jest zwyczajnie wciągający i ciekawy… no i te wspaniałe postacie, intrygujące kreacje i obrazy lekko zalatujące siareczką… no i wiecie, są jeszcze owe diabły!

Takich diabłów chcemy więcej, nawet w Alleluja!!!

Świat na Wyspie przemienił się w påskeferie. Wyspa ma wolne. Właściwie wolne mają ludzie, ale tutaj wolne zdają się mieć i zwierzęta i domy, wolne ma i tak już wolny stan skupienia, oraz prawa fizyki. Wolne mają dzieci i dorośli oraz kierowcy sterowców. Choć ci ostatni może z powodu braku sterowców? A może to same sterowce zrezygnowały z niebiańskich podróży?

Któż to wie?

Wolne mają artyści, a co za tym idzie i wena powinna mieć wolne, i inspiracja oraz wszelakie mamidła…

… a jednak jest to takie cudownie świeckie wolne. Tutaj Jomfru Maria zdaje się być jedną z Czarodziejek z Księżyca. Ona nie wymusza wiary w siebie, ani nie nakazuje pokłonów. Zwyczajnie jest miła i sympatyczna, dobrze wygląda odlana w szkle. Podobnie cała Trójca w innych światach najwyższa. Niby istenieją, ale świadomi swego miejsca pomiędzy baśniami… choć nie, w baśnie tutaj wierzy się zwyczajnie, w końcu są prawdziwe, a wymuszone religijności jakoś tak przytłaczają i bzdurzą, poza tym każą sobie płacić. Odyn, Freja i Thor stoją obok Jezusa i żaden nie ma dtugiemu za złe przyodziewku. Żaden jakoś nie zazdrości. Trolle i nisseny są też, takie jakże namacalne, bo któż nie wdepną w brodę jednego z nich, albo nie podsłuchał na strychu dziwnych rozmów… Najważniejszą religią jest jednak czas wolny.

Począwszy od zwyczajowego frokostu po wakacje letnie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Stan Wiedźmiej Świadomości… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Urodzinowa…

„Od rana, a dokładniej od wieczora dnia poprzedniego, w całkiem nikomu niepotrzebnym gronie zbędnych totalnie, trwał rejwach. Zamęt i ogromne zamieszanie, które w ogóle nie miało określonego celu. Miał miejsce chaos, a i kilka niezłych bójek o to, czyje owłosienie lepiej się prezentuje, albo też czyje pazury są bardziej filuternie spiłowane, kto jakie wtargał na siebie szmatki, tudzież w jakiż to okrojony rozmiar się zmieścił… w powietrzu własne konstelacje tworzyły chmary brokatu i wszelakich mieniących się pyłków – w większości nader halucynogennych. W końcu Wyspa musi panować nawet nad tą niedefiniowalną cząstką swojego świata.

Lustra już tydzień temu oficjalnie się obraziły i odmówiły odbijania, wprost przeciwnie zdecydowały się wyłącznie bekać. A raczej polegać na uczciwej opinii dotychczasowych współspaczy i wpółgniazdowców, nie można było… dlatego stroje owej specyficznej grupy były nader – ekstrawaganckie. Ale kogo to obchodziło. Sam Pan Tealight przyczesał na oślep swoją szarość, tak na nazbyt promieniotwórczy połysk, wypucował obydwie wielkie stopy i wytrzepał jedyną pelerynkę. Ojeblik, mała ucięta główka, po całym domu rozwalała wciąż wilgotne papiloty z kolorowego papieru toaletowego i tworzyła na głowie malowniczą, kręcącą się strzechę ze spineczkami w kształcie doniczek z piwoniami. Wielki Bukiet, pieszczotliwie zawinięty w staroświecki celofan i umieszczony bez jego zgody – związany – w szklanym wazonie, spoglądał na wszystko dość przerażony, ale w końcu był to jego pierwszy raz.

Z bukietami już tak było. Nie zatrudniało się tych samych na kolejną imprezę. Zwykle jak z dziewicami, jak już spłonęła na stosie, oddała się na ofiarę… raczej nie wracała. Aczkolwiek… cóż, niektóre mogły się z tym nie zgodzić. Zawsze się znajdowały jakies antagonistki, nie przepadające za tradyją.

A jednak wciąż i pragnące wiekuistej sławy! No niedogodzisz!

Gdy już ruszyli w stronę Chatki Wiedźmy tworzyli barwny i całkowicie niespójny korowód. Kolorowy, a jednocześnie dziwnie niewidzialny, głośny, ale też kompletnie niemożliwy do usłyszenia. Właściwie niepotrzebny, więc i tak nie zwróciłby na nich uwagi. Nikt poza niąoczywiście. To dla niej się wystroili, a dla niektórych był to jeden z tych dziwnych momentów, kiedy raz od wielkiego dzwonu w ogóle mieli zakrytą większą połać ciała. Ale dla Wiedźmy Wrony wszystko. Nawet założenie gaci… no należy się jakiś szacunek w dniu, jedynym w każdym roku, w którym Narodzenie Wiedźmy spotyka Śmierć Wiedźmy w związku ze świeczkami. I jeszcze z tym, że jako jedyna, możliwe iż baba na świecie, oczekiwała, że wszyscy będą pamiętać o tym dniu i przyniosą prezenty! Takiego dziwactwa raczej mało kto doświadcza. Zawsze też warto obejrzeć takowy spektakl. Śmierć Wiedźmy była nader tłuściutką, starsza panią, która nosiła dość niewymiernie obcisłe legginsy na dupsku, oraz kabaretki na głowie, a dokładniej misternie ułożonej piramidzie koczków, loczków i warkoczyków. Była nad podziw wkurzająco radosna, bo przecież przed nią było wszystko… zaś Narodzenie Wiedźmy było zasuszonym smutnym, kościstym mężczyzną w typie mumii Ramzesa II. Albo też nim samym… wszystko jest możliwe. On raczej miał doprawdy wszystko za sobą. I żadnych widoków na przyszłość, no chyba że w charakterze proszku na potencję…

Ale przynajmniej i jego zapraszali!

Gdy wszyscy dotarli przed drzwi… cóż, nagle owinął ich dziwny, mało aromatyczny zapach i gęsty, dziwnie gumiasty powiew, nieobeznani z naturą otoczenia pewno rzekliby, iż dobiegający z samiuśkich piekieł. Potem wielkie, czerwone piwonie w Bukiecie zwiesiły nagle główki, a ich soczyste dotąd, mięsiste niczym steki płatki, zrosiły stopień. Ojeblik kichnęła i ze zgrozą uświadomiła sobie, że loczki jej się rozprostowały… a w uchylonych drzwiach stał Chochel z wiśniowym nosem, oraz gaciami w okolicach kostek – czarne ze Zwierzakiem – i kiwał tylko przecząco głową.

Tak, czasem/zwykle listonosz mijający drzwi Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki, i to właśnie w jej własne Narodziny… nie był dobrym omenem.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Klucz” – mówią nam, iż przeszłość już się wydarzyła, że należy się z niej uczyć, należy unikać błędów, ale też nie można nazbyt przesiąknąć przeszłością, bo to teraz, ta chwila sie liczy…

Co by było jednak, gdyby przeszłość, ta znana, ta, którą wtłaczają w nas nauczyciele i książki… gdyby można było ją zmienić. Nagle?

„Strażnicy Veridianu” to magiczna trylogia. Mamy tutaj i młodych gniewnych z mocami i starych, dziwni opieszałych, zaskorupiałych. Mamy wspaniałych bohaterów i krętaczy. Przepowiednie i bogów, walkę odwieczną między ładem i chaosem. Dobrem i złem. Mamy i młodzieńcze uczucia i zardzewiałe urazy. Ot życie, ale takie, które właściwie nie uznaje prostej linii czasu. W którym ktoś może władować się w naszą przeszłość i tym samym zniszczyć teraźniejszość, przekreślić przyszłość…

„Czarnoksiężnik. Władca wilków” – Sapkowski… pewno wielu pamięta swój pierwszy raz. Jeżeli on jeszcze przed wami, cóż, powodzenia! Zapamiętajcie te chwile… a potem wróćcie i poznajcie Rogana i Mirenę. On żąda zemsty za ból sprzed lat, odpowiedzi i krwi za zniszczenie swego życia… ona jest wiedźmą. A to zwykle nie wymaga nawet powodów. Razem stworzą duet pragnący dotarcia do świątyni Awarów, miejsca pełnego mocy i… skarbów?

Ale to tak naprawdę początek… bo i on i ona skrywają tajemnice, wielkie i boskie! Otoczeni przeszłością, która przecież miała miejsce, są aż nazbyt prawdziwi. Mocni, silni, przebiegli i jedyni w swoim rodzaju. Z tej powieści się nie wychodzi, raczej zagląda w przeszłość własnych przodków!

Dotyka zapomnianych bogów!

Wyspa topnieje po raz kolejny. To już nie dzień swistaka, ale raczej jakiś totalny Alzheimer. No wiecie, ten z zagramanicy, co przez niego nic się nie wie. Tu już nawet nie chodzi o wiosnę, czy coś tam, ale o to, że jest bałagan… bo jeżeli śnieg zasypał początek, to jaki może być dalszy ciąg?

Czy zacznie się od nowa, czy może pewnego momentu z sezonów w tym roku… zwyczajnie  nie będzie?

Sama ze sobą – rozmowy niewinne:

” – Oj żółteczko mi się ulało!

– A mówiłam nie baw się jakami!

– Ale jak mi to białko tak krzywo stanęło, to je trzeba było rozruszać.”

Jaki są fajne!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Urodzinowa… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Patroszona…

„Wyjęła Wiedźma Wrona Pożarta jedną swoją duszę ostrożnie… by pokazać. Obrała się dokładnie z włosów i skóry, odrzuciła dłonie i ręce, palce wplotła w uszy i nos, odczepiła swoje niewielkie stopy i nogi… wyturlała z czaszki mózg, bo przecież tak być powinno. Tak się tworzy. Wydłubała spomiędzy żeber serce, bo podobno nośnik uczuć. Rozłożyła wszystko i krwią własną, myślą, mową, uczynkiem i przerażeniem, obrazami niewidzianymi i słowami bezdźwięcznymi, tak zwyczajnie i po swojemu, wymalowała świat. By im siebie na zawsze pokazać i dać.

By opowiedzieć…

I rozwiesili Wiedźmę Wronę w cząstkach, drobinkach, w kawałeczkach i kroplach, ot na białych ścianach; ale nie te niebieskie, bo do definicji artyzmu nie pasowało, bo przerażało, więc zamknęli jej myśli w ciemnym pokoju, poza Czerwonym Muzeum. Tam, gdzie mury łkały. Czerwone jednak też się Wielkim i Najmędrszym Wybieraczom nie podobało, więc zepchnęli jej serce do podziemi, przywalili kamieniami, żeby tak nie stukało, bo dziwnie głośne takie, natrętne, bezczelnie punktualne. Rozwiesili na ścianach tylko mózgowe obrazy, owe dziwne, takie nieszkodliwe tła, owe odbicia myśli… bo zielonkawe, bo błękitno-srebrne, bo tak pasowały do nicości. Tylko te obrazy zresztą nie krzyczały, z zatkanymi ustami, otworami nie po tej stronie co trzeba, tak wymownie milczały… bo przecież i tak oni nie rozumieli.

I przyszła Strażniczka, śmierdząc papierosami i darmowym, tekturowym winem, pokiwała głową, wypuściła serce i duszę, a potem pognała je po śniegu, takie nagie, takie bezbronne, by odeszły jak najdalej…

– Się proszę pani dziś niezwykłego nie potrzebuje, tylko oczekiwane, opisane i ztutorialowane. Proszę się nie wychylać!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Północ w ogrodzie dobra i zła” – powieść o Południu. O mieście – perle mostów, pięknym i tchnącym ową wiekową elegancją, a jednocześnie składowisku dziwaków, owych nierozumianych nigdzie indziej. Oto Savannah, miasto, w którym się nic nie zmienia. Które wchłonęło przyszłość i już nadało jej kształt i cień.

Powieść wciąga, miesza pod czaszką, raz odrzuca, potem znowu przyciąga. Bohaterowie nas nurtują, wciąż zadajemy sobie pytanie: czy mógłbym tam i tak żyć? A potem, nagle, wszystko staje się takie znajome, brzydkie i nienaturalne, wkracza magia… i wiemy już, że człowieczeństwo nie pozwoli na bajkę…

Choć może jednak jest to bajka? Na pewno powieść, którą warto przeczytać, by pamiętać, że można byc tylko sobą!

Zapłakała Wyspa… nad ową potrzebą smutnej zwyczajności. Nad brakiem nowości i wolności umysłów… Nad ową dumą, butą i zaprzaną stałością w tych ich rzezanych, nigdy tak naprawdę nie lakierowanych ramach. Toczonych robakami umysłów, którym od tak dawna nie chce się już pracować. Bo i po co? Lepiej i jakoś tak normalniej, tak zwyczajnie tylko kopiować…

Bo któż potrzebuje nowe, drapiącego w wygojone rany?

… nie chcesz człowieczu myśleć, czyż nie? Bo myślenie boli, a wiedza, z nią też jest źle. Wiedza przeszkadza. Nadmiar wiedzy, tych cholernych książek, obrazów, słów i opowieści, tak dziwnie zmienia, tak włazi pod skórę i ciągnie za cebulki włosów. Upierdliwy… nie pozwala być zwyczajnością.

… bo tak się nagle wszystkim tylko owa stałość w tym, co już było, podoba…

… bo niczego więcej nie rozumieją…

… bo boją się zajrzeć w siebie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźmy Oświęcenie…

„Nie zwracając uwagi na dziwnie martwy wzrok, krótkie i niespokojne włosy zlepione potem i plamami zaschniętej jeszcze wczoraj farby, nieporządne odzienie, jakiś czerwonawy koc omotany wokół cycków, pochyloną i dyszącą nieumytym uzębieniem, bo umęczającą nadmierną aktywnością fizyczną ciało, by umysł zbanować, postawę… Nagminne Głosy za drzwiami nie ustawały w swoim, jakże wiosennym zdawałoby się, trajkocie. Odziane w piórka, łaszki i szatki, barwne, machające wachlarzami kolorów… Przekonane o swojej słuszności. Jedynej prawdzie.

Swojej doskonałości.

Jakże były natarczywe, jakże obrzydliwie, nadmiernie żywe i żywotne, nienormalnie nadmierne. Soczyste. A przecież mówiły tylko by brzmieć, nie by ich wysłuchano, nie żeby kto zrozumiał. Dla nich wokół tylko diabły…

Czy w ogóle zauważyły ową Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki, która w końcu im drzwi otworzyła? Przerażoną, że dziurę w zwyczajowo bardziej odpornym drewnie, wybiją. Że Chatkę poniszczą… więc otworzyła, choć zwykle tego nie robi. Ot smołę wylewa, pomyjami chluszcze, kwas z tubeczek wypuszcza, demony zwołuje, duchy i tak na to chętne nadmiernie, podjudza. Bo po co jej żywi i chciani, no po co? Ale Głosy nie widziały jej. Widziały ofiarę, drogę ku zbawieniu siebie i świata. Tego, którego należy oświecić i ulepszyć, na swoje podobieństwo, swą modłę, na swój pasujący tylko im świat… Jakby ten drugi cokolwiek w ogóle dla nich znaczył. Ot religjność wiosenna widać postanowiła być w tym roku na czas, nie jak oporna Zima, co to postanowiła na urodziny Wiedźmy Wyspy prezent jej sprawić. Zasypać Wyspę tak, coby mogła jeszcze pospać, ot chwilę lub dwie… I dlatego tak energicznie brzmiały Głosy. Brzmiały tylko dla owego brzmienia. Dla siebie. By oto się uzupełnić, by rozkochać się we własnych nutach i akapitach. By nieść owe nowiny… piękne dla nich jedynie.

… takie niezainteresowane naprawdę odbiorcą, bo przecież on niedoskonały taki, dziwaczny, obrzydliwy…

Chochel – chochlik pisarski Wiedźmy Wrony Pożartej, marnego stopnia i ze skłonnością do nadmiernego ekshibicjonizmu, tylko patrzył. Na to coś w ręku swojej Wiedźmy, dla innych niewidoczne, co nieuchronnie ulegało siłom natury, owemu wołaniu naturalnego przyciągania ziemskiego… Zbliżało się ciężkością swoją i chropowatością ścianek, by w końcu napić się krwi… gorącej, słodkiej, metalicznej w posmaku, zdziwionej jakże…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cykl przeczytane: „Belladonna” – opowieść krajobrazowo magiczna i romantyczna. Kolejna rozprawa w temacie jak to kobiety z mężczyznami żyć mogą spokojniej, jak łatki przyczepione raz nie odpadają, a ludzie nigdy nie słuchają… czyli jak to Anne Bishop ma w zwyczaju. Na pewno nie książka dla dzieci, bo zwyczajnie guzik z niej zrozumiecie. To historia o miłości jaką darzy się miejsca, o uczuciach, na które się czeka i zawsze właściwiej niegrzeczności, oraz potędze złości… która jest w stanie zabić myślą… I jeszcze o braku norm, o domach, które się znajduje, krajobrazach, do których się przynależy i ludziach… rodzinie, która często się tworzy bez więzów krwi.

Oto prawda o człowieczeństwie i… choć rzeczywiście brak jej uroku i lekkości serii: „Czarne kamienie”, warto.

Mój świat jest biały, biały, biały… głodne ptaki podchodzą coraz bliżej, mewy i wrony spoglądają tęsknie na ludzkie oczy i języki, zawsze takie ruchliwe, wilgocią smacznie łyskające, owe wnętrzności tętniące pod nadmiernym, najczęściej śmierdzącym i sztucznym, okryciem.

Jakież to okrutne ze strony owego podobno pana i władcy, owego człowieka, że się swoją masą z ptakami nie dzieli?

Cóż… ptaki należy dokarmiać i tyle. Najlepiej cały rok! A co. W końcu inne potwory dokarmiacie: wydalacie i słowa i myśli i poty, ślinotoki skapują z was na zieleń traw, gnomy się żywią, skrzaty łapią na okruszkowe balangi, dodatkowo latem łuszczycie się w stawach i akwenach, a ptaków to dokarmić nie chcecie?

Aj wy ludzie mentalności i moralności nazbyt zwielokrotnionej!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźmy Obrazowania…

„Zachciało się Obrazom Wiedźmy… się pokazywanie. Zachciało im się sławy i chwały, szampana lejącego się strumieniami i diamentowych kolii, oraz wszelakich marek, no i jeszcze koafiur i botoksów, białych nakładanych zębów i przyklejanych szponów, operacji płótno naciągających i spa pieszczących ramy… ot oczytało się tałatajstwo brujkowców i zachciało być super chruper selebrity!

… więc zawlokła obrazy Wiedźma Wrona na 3760 Wystawę. Niech się tam puszą, niech nadymają, niech biel ścian muzeum, lekko chropowatą, nasycą swoimi opowieściami. Niech w końcu przestaną w Chatce rozrabiać. Przekrzykiwać się, który to bardziej opisowy, albo co gorsza w siebie sięgać i wyciągać tych niekoniecznie z tego świata, albo co gorsza tych, których ów świat miał nadzieję się już pozbawić.

Ale tylko weszli, mając nadzieję, że wciąż niewidzialni, tylko dopychani wiatrem przycupnęli wszyscy pod ścianą – choć Wiedźma Wrona Pożarta to do razu zrejterowała i udawała wielce zajętą czynnościami dla inncyh niewytłumaczlanymi… a już się Obrazy Wiedźmy przeraziły. Szepty Pierdliwe zaczęły ich ścigać, natrętne, że oto przylazły obce dziwactwa, takie jakoś nazbyt małe, że takie jakoś nie zwyczajne, że nie jak inne są, że dziwaczne. Że kolory to nie te, a i pewno raczej nierówne… że w ogóle po co to się pcha na ściany, kto TO będzie chciał oglądać?

I co TOTO namalowało. Takie jakieś dziwne, takie jakieś dziwne nie tak jak się dziwnym być powinno…

Oj przeraziły się obrazy zewnętrznego świata, w ramach swoich sosnowych jeszcze bardziej skurczyły, dotąd ukochane płótna im się zaczęły rolować, drzwi w nich zaklęte, takie do innych światów prowadzące, z trzaskiem zamykać… historie wymalowane się obraziły i zaczęły blaknąć, a pozostawione wspomnienia i kłaczki z pędzli, z szumem opadać i umykać posuwistymi ruchami po drewnianych płytkach… Ot, stwierdziły Obrazy, za wysokie te dla nas progi, za płaskie ściany widać… ale gdy się zdecydowały, gdy postanowiły i się naradziły, że czas wracać do domu… jakoś nigdzie nie mogły znaleźć swojej Wiedźmy Wrony.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Grobowa Wiedźma” – lekkie zaskoczenie. Takie powieści, dziejące się w świecie, który akceptuje mniej lub bardziej swoją na nowo odkrytą magiczność, prawdziwość baśni i legend, rządzi się własnymi prawami. Główna bohaterka najczęściej jest w miarę nieskomplikowana i z chęcią się w kimś zakocha, problemy się piętrzą i nie wiadomo o co chodzi i jak się to też skończy… ale jednak siedzi się i czyta. A jak jeszcze bohaterka jest intrygująca, to już w ogóle. Ta może nie nadmiernie, ale ma fajnego pieseczka!!!

A książka, jest taka, jakiej się człek spodziewa. Magia, duchy i cienie, oraz zakochany Śmierć w czaderskim podkoszulku! I tajemnice!!!

Mój świat się zbielił. Wyspa postanowiła olać totalnie wkurzającą nachalność Pana Wiosny – bo w tym roku ona nie jest kobietą… obrazującą się w totalnych, nietwarzowych zielonkawościach i swędzących, wybijających na powierzchnię pędach i… przykryła wszystko wiatrem, a potem mrozem, potem dorzuciła trochę, lekko już przeżutego śniegu… i mamy zimę.

Tylko, tylko no, tylko że ja kocham te śnieżne zawieje, zamiecie i snestormy. Latam wtedy, specyficznie frywolna, nie niepokojna przez nikogo i nic. Wszystko dookoła objęły we władanie Śnieżne Zjawy i Jednonogie Tancereczki, anorektyczne damulki w ponętnych koafiurach i zlepionychpajęczynach, strąkach włosów, tańczące pojedynczo lub seksualnie, grupowo się gnące i wirujące modlitewnie; w szatach i toaletach wcale nie ocieplających… wieją i przewracają myśli kołaczące się w pustawych główkach. Bawią się czym tylko się da, nie zwracając uwagi na to, co nie jest istotne, a może jest i tak znajome… czyli Wiedźmę.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Spa Księżniczek…

„Właściwie się zaczęło od znikających turystek i to przed sezonem na weki Wiedźmy Wrony! Więc wiecie, nie można było jej tak od razu podejrzewać, choć byłoby to najprostsze wyjście z tej sytuacji. Aczkolwiek bez dowodów, zbroi, miotacza plazmy, ubezpieczenia od wymyślnych okaleczeń itp. itd. kapłanów wierzeń wszelakich… no podchodzić do Wiedźmy Wrony nie warto.

Chyba, że ostatecznie.

… mniejsza. Nie było powodów, ale to żadnych, by turystki, i to takie soczyste, jeszcze nie przetrawione, z pierwszego miotu, tak sobie znikały. Zresztą najpierw podejrzewano ludzką chuć, ot wiecie, no wiosna! Potem na horyzoncie mamiącą wielu Szwecję. Krainę dziwnych dzieci i praw, do której niektórzy próbowali tak wpław płynąć. A potem Pana Tealighta zaczęły dręczyć dziwne sny i… zapachy. Przytłaczały go i intrygowały, ale w końcu zaczęły działać i na Nerwy. Te choć stalowe, były nader wrażliwe, więc zaczęły się domagać jakichś działań.

Ponaglany bolesnymi tąpnięciami Ojeblika – małej uciętej główki, Pan Tealight zdecydował się rozwiązać tę zagadkę. Zresztą Wiedźma Wrona Pożarta naprawdę nie chciała stracić na nowalijkach. Turyścizna należała się jej, wyłącznie i tylko! A i podejrzenie zapukało do głowy Pana Tealighta dość nagle i wprost. Centralnie machnęło go w układ osobowości nienerwowej, zdalnie z mądrościami kosmosu obcujący, więc… wszystko nagle było wiadome.

Drzewko Księżniczek. Tak. Dawało drzewko owoce co roku, ale emancypacja, wyzwolenie, nadmeirna swawolność myśli i zbyt wiele pokrętnych lektur, oraz i inne choroby sprawiły, że Panien Opadłych było wiele, ale chętnych na Księżniczki niewielu. Dlatego co roku rozkładano w Podpiwnicznej, na sosnowych regałach, na dzierganych serweteczkach i koronkach, strojne w cekiny i ribbony, kryształki i wiatraczki, Panny do Zmurszenia. Panny, co wkrótce zwiędną i zeschną. Co na ciele stracą, na masie pewnikiem się upłynnią – co akurat wielu dodawało uroku, a u 100% było wprost pożądane… ot koło czasu. Problem w tym, iż były takie, co kołu stawały kołkiem! Mówiły nie!!! I to nie tylko w myślach, nie tylko szeptem, wplecionym pomiędzy strony romantycznych poematów, ale w statusach! Wołowymi literami, pogrubioną czcionką… tak oto Panny Opadłe założyły Związek, ale któżby tam pomyślał że cokolwiek więcej poza zestawem wizytówek stworzą?

No nikt, ale one w siebie wierzyły!

I tak w Przybudówce Białego Domostwa powstało coś, o czym nikt nie wiedział: „Czarodziejskie wrzeciono” – spa ze snem odmładzającym. Rozrosła się przybudówka w górę… ponad chmury wzrosła. Stukot z niej zwykle rytmiczny dochodził, ale myśleli że wiatr coś obluzował. Nie słyszeli inni wrzeciona, nici się plączącej, kropel krwi padających na ziemię chłonną i tęskniącą za barwnością… I nikt nie widział pokotem ułożonych w stosy chrapiących panien turystek.

… chociaż, czy one naprawdę chciałyby być oglądane tak bez makijażu i w spa? Pan Telaight w to wątpił, więc drzwi spa lekko zamknął z powrotem, kłódeczkę założył, kluczykiem machnął, ziołami obwiesił, kluczyk w morze na gołębiu wypuścił, a mewom kazał strzec górnych granic budowli. I tak Panny Opadłe związane i zrzeszone, zostały w pracy, a turystki? się zobaczy!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Próżniowędrowiec” – opowieść fascynująca, dowcipna, pełna jedynych w swoim rodzaju postaci… i stara! Świetna, lekko trącąca sposobem pisania Pratchetta, taka wiecie bezpośrednia i bezpretensjonalna, komiczna naturalnie jak reformy i ściera do naczyń w formie wstęgi od damy dla swego rycerza… Ot no ludzka, no dobra, w miarę człowiecza, chyba powinnam sprecyzować, w końcu są tu i gnomy i trolle i kosmici i magowie i kobiety… tak kobiety są i tajemnice, oraz parcie na szkło, aczkolwiek to nie do końca to szkło… i jeszcze gadający kot!

I on… książę, ale nie do końca. Bohater, aczkolwiek niechętny, dzielność, ale niezbyt wyspana, no wiecie, świetny gość! Wszystko razem to przygoda, fantastyczne pisanie i na dodatek osobowości! Świetne opowiadanie!!!

Najlepsza z trylogii Lunaświatów!

Wiaterów Nader Mocna Gromadność wciska się w przestrzeń kosmiczną Wyspy. Wyspa zdaje się bronić, ale chyba jedynie kokietuje, czy coś… wydaje się, iż Pani Wyspy czerpie z wiatrów muskania, a w szczególności i ich szarpnięć, owych namietnie gwałtowniejszych porywów, jakąś takąś… no satysfakcję wszelako prawdopodobnie erotyczną, może nawet?

… kto tam ową naturalność wie…

Wiatry mają przynieść Śnieżność Ostateczność. Piękno w ostatnim porywie odchodzącej, władającej Pory Roku. Pokaz ostateczny Pani Zimy. Najwięszy i najmocniejszy, najbardziej pokazowy, czysty szołmen i nadmierny artysta sztuk wszelako nieużytkowych, totalnie wyzwolonych i uwolnionych, spójnie mało zwartych, znaczy nieużytecznych?

… zobaczymy.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Karmienie Wiedźmy…

„Cóż, prawdopodobnie to owo wredne, tryskające optymizmem i jednorożcami, Przedwiośnie, czy jak to zwą. Ot cieniutko i tyle. Ludzie w ofiarach nielitościwi. Nic ino doić Wiedźmę, doić i głupa z niej robić, a bo co, przecież jest jej tyle, wystarczy dla każdego, najpierw ja jednak, najpierw ja!!! No chyba się nie zetrze od używania, może jej tam oczko pójdzie w drutach, ale przeżyje przecież, starawa jest, ot przecież to wiedźma… Do użytku wewnętrznego i zewnętrznego przecież. Dla ludzi, czyż nie, ona jest dla ludzi i tyle… zresztą i tak boi się sklątwić, niegroźna jest, bo wiadomo, że klątwienie jak bumerang a poprawnym adresem nadawcy, zawsze wraca i jeszcze za zwrotną przesyłkę dopłacić trzeba. Ból, trudy wszelakie, upierdliwie niezdecydowanego Przedwiośnia i wszelakiego radosnego ćwierkiwania…

Nie omieszkało to dotknąć i małej Chatki Wiedźmy, oraz przebywającej w niej Wiedźmy Wrony Pożartej, także. Marnie wygląda Wiedźma Wrona. Jakoś tak jakby straszliwie wchudła książkowo jest, zaś w człowieczeństwie znowu utyta się zdaje, jakby się rozrosła… ale nie tam gdzie trzeba. Jakby stawała się jak inni. Bez stron i okładek, bez spoiwa i farby drukarskiej, bez tych drzewnych duszy i historii ludzkich… bez owego pokarmu doskonałego, ambrozji i nektaru! Czyż możliwe, by się zwyczajnie tak miała zludzić. W zwykłość obrócić, cóż wtedy będzie z Wyspą, z budzeniem Bogów Zapomnianych, wysłuchiwaniem Historii Niewyszeptanych…

Cóż będzie z kochaniem niepotrzebnych?

Oj lepiej nie czekać, lepiej nakarmić Wiedźmę Wronę Pożartą Przez Książki. I to już, teraz, a najlepiej natychmiast i wczoraj.

Najpierw potknął się Listonosz Uśmiechnięty Wiekuiście o Próg Niełagodny Chatki, wielce śniegiem zamaskowany. Na tych co po prośbie nader bardzo wrogo usposobiony… Gryzący i jadem spluwający, aczkolwiek ino do wysokości kolan. Oj przepraszał bardzo, niefortunnie nadepnął Listonoszowi na lewą stopę, tą z odciskiem i bąblem… Przeprasza! Potem już tylko wszyscy razem pudło wielkie roztwierać się rzucili, nożami się ciąć zaczęli, taśmą włosy wyrywają, niektórzy to serio specjalnie i boleśnie straszliwie!

Aż w końcu zapach się rozniósł, folie pękły i wciągnęła Wiedźma dech prawdziwy… i ryknęła! I świat znowu zaczął toczyć się lepiej, oliwiony jakiś taki, dziwnie znowu lekko i prawdziwie stąpający… I jeść zaczęła od okładek, od zapachu, od smaku papierowego pyłu, wyłapując upuszczone literki… powoli.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu strawa na dziś!!! Tudzież: karmienie Wiedźmy wygląda tak… bierze się książki i wpycha w nią, póki nie puknie, znaczy lepiej, coby nie pukła, bo będzie bałagan, ale wiecie, no wpycha się i już!!!

Nocą znowu Wyspę zasypało niczym pannę na wydaniu, co to się do końca nie umie zdecydować, czy ona jednak wybiera tego, czy tamtego, czy ślub jutro, czy też może był wczoraj, ale nikt nie zauważył?

No nic to, Wyspa to przecież pradawna i wyniosła kobieta, dama i lady, należy się jej i strojność i pełne pokrętności litościwie wdzięcznej, niezdecydowanie, a niech se poużywa przed sezonem, nim turyścizna ją opadnie, a i mącić w tych jej niemożebnie boskich cudownościach zacznie.

Nim przybędą nogi i buty, nim zbrukają ją języki i wydzieliny…

Nim wszystko zacznie się od nowa, jak zwykle, jak co roku, gdy koło dociera do tego miejsca…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźma Użytkowa…

„Ludziom tak wiele się wydaje.

Wydaje im się, że panują, władają, rządzą i są panami, że potrafią i wiedzą, są górą nigdy dołem… Wydaje im się wszystko i na prawo i na lewo, ale najbardziej łatwo podobno wydaje się im lekką ręką. Czego naprawdę nie rozumiem, bo ciężką pewno można opróżniać z większym uczuciem lekkości… ale co tam, ludzie się wydają być wydajni. Na centymetr kwadratowy można mieć dużo ludzia, szczególnie w sproszkowanej, uprzednio dobrze podgrzanej, spalonej właściwie postaci…

… ale z Wiedźma Wroną jest inaczej. Bo ona się nie wydaje, choć nie zawsze ma ostre krawędzie i wyrazisty look, choć często otacza ją mgławica, oriony i planetoidy, choć czasem jest niewyraźna i w kolorach ostrości zwykle raczej nie trzyma, no i blednie i czerwienieje i zieleniej… jest niepewnością. Niepewnością siebie i mocy, niepewnością nocy i dnia, tego, czy jest, czy też jej właściwie nie ma.

Może dlatego tak łatwo ją wezwać? Ot niegłośno, wprost szeptaniem, myślą właściwie woła ją Pani Wyspa i Wiedźma leci. Jej Wiedźma przecież. Leci rozchełstana w Zagajnik Młodziszczy, nad Rzeczkę, tą o Zmiennych Humorach, leci i się potyka. Ot i rękaw rozdarła o zachłanny dotyku wiedźmiego korzeń, tutaj włos zgubiła, który pająki wplecą w swoje wiosenne sieci, a tam z wodą spłynęły jej dwie rzęsy. Ale nie zauważyła tego nawet… Wyspa woła, więc Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki leci. I choć wie, że ktoś ją popycha, czyjeś kroki za nią rozbrzmiewają, jej oddech miesza się z innym… wie, że ma dotrzeć.

Nie wie dlaczego, nie wie po co. Nie domyśla się niczego, niegotowa na nic, gotowa na wszystko. Taka dla Wyspy, wiecie całkowicie dla niej użytkowa…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Z cyklu przeczytane: „Świadectwo Judasza” – jakoś mam już dość Judasza i Jezusa. Prześladowali mnie przez pewien czas z każdej okładki, wrzeszczeli do mnie i to wcale nie biblijnie, ze stron, obrazów i namnażali się jak te bochenki i rybki… Ale ta powieść nie jest zła. Ot taka tam przygodówka, intrygująca, bo rozgrywa się w 1899. Pełna tych niegrzecznych i tych wciąż posługujących się kodeksem honorowym. Pełna zaułków, tajemnic, chęci, ale i przeszłości naszej czwórki powiązanej tajemnicą i chęcią odkrycia Ewangelii Judasza.

Wyspę cisza znowu opadła.

Dziwny czas… nocą mrozi coś, dniem znowu słońce stara się uslilnie ogrzać jak najwięcej. Prawdziwy czas pomiędzy porami roku. Nic właściwie nie jest pewne, nic nie jest do końca świadome. Kwiatuszki, co to dopiero dumnie się prezentowały w zielonej trawie, teraz marnieją, stają się stałe i dziwnie miękkie… umierają, wściekłe, że chyba pomyliły datę własnych narodzin?

Ale taki to czas. Niepewny. Z jednej strony niektórzy ryzykują, inni znowu wolą poczekać na pewną pewność w powietrzu… Co prawda ryzykują wtedy, że zginą pośród mrowia, że będą niezauważone, ale przeżyją może? Te, które zaryzykowały, skąpały się w kilku dniach ciepłoty, a teraz płacą za swoją odwagę i siłę przebicia. Za zimno w ogonkach płacą całymi rozciągłościami…

… znikają…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźma Idąca…

„Idzie sobie Wiedźma,
w okna ludziom zagląda,
ale kogo ona szuka,
kogo widzieć taka żądna?

Oj przecież nikt się jej o to nie spyta,
nikomu boleść ni życie najmita
niczego cierpienia, ni wielkie rany
nie pożądane są, ani nawet omamy!

Dlatego idzie Wrona i drogą i lasem,
coś się jej dziwnego majta za pasem.
Coś tam się w niej tworzy i coś krzyczy
wydaje się, że jej ciałem coś nawet ryczy…

Ale nikt się nie spytał, nie wsparł ciekawości,
na szczęście tej Wiedźmy to wcale nie złości.
Bo ona tylko z domami gaworzy, a że są tam i ludzie…
ależ czyż tę Wiedźmę Wronę to w ogóle obchodzi?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Moje nadprzyrodzone wesele” – ogólnie mało kto lubi antologie, ja zwykle po lekturze odczuwam jakiś tam niedosyt… ale po tej, czuję się naprawdę jakoś tak ubawiona. Jakaś taka wiecie, niczym kurak, zluzowana! Banks, Butcher, Caine, Elrod, Friesner, Handeland, Harris, Kenyon i Krinard – musicie przyznać, że to niezły zestaw autorów, obecnie nader popularnych, dobry skład i korekta, tłumaczenie, a i bohaterowie całkiem znajomi, choć są i tacy mniej znajomi… A wszystko oczywiście kręci się wokół małżeństwa bombardowanego magią, stworami magicznymi, tudzież popełnianego przez nadzwyczaj magicznych i nietypowych…

Podobało mi się. I choć wydawnictwa już nie ma, cóż możecie zajrzeć na wyprzedaże, do sklepów i innych magicznych miejsc… może Wam się uda dopaść ten tomik?

„Świt” – kontynuacja „Zmroku”. Powieści, której do końca nie pojmuję, pełnej filzozoficznych i religijnych odniesień, magicznej i humanistycznej, która trochę gubi się w technice. Mrocznej, pozbawionej dobrych zakończeń i znajmych rozwiązań. Ten świat już na wyjściu jest przegrany i nic tutaj nie będzie dobre, tęczowe i radosne… ale warto zaryzykować. W końcu ludzie mają to do siebie, że łatwo się nie poddają, a może zwykle tak było? Bynajmniej wola przetrwania… ona wyjaśnia wszystko. A ta powieść ukazuje to w dość makabryczny, dosadny sposób.

To nie fantastyka dla dzieci!

W wietrznym świecie Wyspy panuje już mrok.

Wydawało mi się kiedyś, iż wiatry winny brzmieć po ciemku przerażająco mocniej, jakoś tak wyraziściej i wiecie, bardziej SPOOKY! A jednak… a jednak to cisza mnie po zmroku bardziej przeraża. Cisza natury oczywiście. Brak wiatrów, milczące ptaki, cisza na morzu… Dziwne jak bardzo człek może przywyknąć do wietrzności?

Bo bez zmroku, w pełnej krasie dnia, nawet szarego, mrocznie mglistego… coś chlupocze, coś krzyczy w niebie, coś szarpie się w liściach. Coś robi dźwięki. Jakby sama jasność dnia sprawiała, że Wyspa się pręży i rozpręża. Trzeszczą jej stawy lekko kruszeją członki, słychać przemijanie i nienaoliwione koło życia. Strasznie trzeszczy to koło. Nie dość, że mało oliwione, to wiecie: drewniano-kamienne i na dodatek bez żadnej GUMY! Dętki się znaczy, czy opony? Jednak jestem kobietą, co nie?

Dętka to coś innego niż opona? Bo opona to chyba jest miękka i twarda… ale mało wulkanizacyjna?

… ekhm…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz