Pan Tealight i Wiedźma Malująca…

„Gdyby tylko ktoś się odważył, powielił ową zwyczajną dzielność, przymknął oczy, zatkał uszy, ubrał wszystkie amulety, założył wszelakie czary i z pragnieniem przewyższającym smukły, anorektyczny zwykle, zdrowy rozsądek, podejrzał, odsunął zasłonkę, zapukał w okienko…

… może by przeżył? Kto tam wie? Świat kryje w sobie tak wiele, że przecież wszystko może być możliwe?

Choć nie… raczej nie!

Zwyczajowo Obrazy krążyły wokół Wiedźmy Wrony Pożartej niczym małe, natrętne samolociki. Były tam te, które już zostały stworzone i te w trakcie tworzenia. Te nie do końca odmalowane i te nie do końca obmyślone… były wizje przyszłych szaleństw kolorów, oraz zwierząt i twarzy, które zwyczjanie domagały się wejścia w ten dziwny świat. Stanięcia się, błyszczenia i w końcu łapania na swe mroczne, lub barwne wdzięki i kształty… Oglądaczy. Oglądaczy Przeznaczonych, których potem mogły kształtować podług swojego uznania. Czy Wiedźma Wrona o tym wiedziała? Cóż, całkiem możliwe, że nie… możliwe, iż to dlatego nikt nie widział tak naprawdę jej malującej. Zwykle świat się zatrzymywał, gdy dotykała płótna, przepraszająco muskała sosnowe drewno i bawełnianą biel, a potem wszystko się zaczynało, jej ręce odłączały się od reszty wiedźmiego świata i czekały na ów szelstliwy moment, gdy przybywały one – owe dziwne duchy. Na poły materialne, w większości tylko barwne lub wyłącznie i przewortnie kształtne, przylepiające się radośnie w ekstazie do dziewiczego płótna, maskujące swoje nienormalności kilkoma włosami z pędzla. Spragnione, głodne, pożądające… pewne, że otrzymają to, co im przeznaczono.

A jeżeli nie, cóż, same sobie wezmą!

Ale gdybyś podejrzał Wiedźmę Wronę i zobaczył strzegące procesu otwierania światów Pędzelniki… może byś przeżył. Przeżył by zrozumieć, że nie zawsze to Wiedźma jest najgorsza! Potem nadeszłoby wymyślne i nader strojne w markowe ciuchy Cierpienie. I bardzo byś tego żałował.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Prowincja pełna marzeń” – niby sporadycznie eksperymentuję i naprawdę trzeba wielkiego przypadku i głodu mojej własnej czytliwości, bym sięgnęła po książkę taką, jak ta. Ale cóż, wygrałam, nie ma co czytać, więc… jakoś tak uczciwie w końcu trzeba się z nią rozprawić.

Problem w tym, iż tylko utwierdziłam się w przekonaniu że to nie dla mnie. Powieść jest mdła, pozbawiona obiecanego smaku, ale nie to jest najgorsze… Najbardziej przeraża i denerwuje EGO Autorki, którego naprawdę nie można się pozbyć z żadnej ze stron. Ta powieść jest zwyczajnie zła. Pewnych elementów za wiele innych za mało, korekta nie istnieje, a cała historia jest przewidywalna i nieumniejętnie opowiedziana… Nigdy więcej!!! Dobrze, że ją wygrałam, a nie kupiłam. Chyba wtedy domagałabym się zwrotu pieniędzy, za kłamliwą reklamę!!!

… bo właściwie to o czym jest ta opowieść?

„Niebo nad Maralal” – opowieść o Afryce. Nie dla kochających i wierzących w pewne „afrykańskie sentymenty”. Prawdziwa, bolesna, natrętnie zderzająca się z wizjami głodnych dzieci, którymi bombardują nas media. Pokazująca Afrykę leniwą i dumną, wykorzystującą „białych” jak tylko się da. Z jednej strony piękną w swej zwierzącej dzikości, z drugiej, także zaśmieconą, brudną, którą tubylcy wcale się nie przejmują…

… ta powieść może sprawić, że zaczniecie myśleć!

Światy są różne… nauczyłam się już dawno, że nigdy takie, jak się nam je opisuje. Każdy widzi miejsca inaczej, jeżeli potrafi słuchać i smakować, także inaczej odbierają go inne zmysły… Ale obecnie media starają się ze wszelkich sił wypełnić wszystkich poczuciem winy.

Cóż, nie dziękuję!

Mam własne w nadmiarze!!!

I Wiatera nie daje za wygraną. Działa. Proces oczyszczania Wyspy z zeszłorocznej przeszłości ma się chyba jednak ku końcowi? Bo cóż jeszcze można tutaj sprzątnąć? Chyba, że chodzi o to nieznane, ukryte głęboko, niewypowiedziane i będące owym, o którym myśli się tylko w ostateczności…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wiedźma Stąpająca…

„Było to na tyle dziwaczne, zmyślne i słabo oczekiwane, że zasługiwało na miano oszczędnej i specyficznej normalności, właściwej miejscowej świadomości.

Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki tańczyła… znaczy tak jakby. Gdy spojrzało się pod pewnym kątem, zmrużyło oczy, a jeszcze lepiej – szczelnie się je zamknęło, zasłoniło ścianą z żelazobetonu i stali, omotało starymi skarpetkami, naprawdę była nawet w tym całkiem niezła. Ot tuż na polance, przy rzeczce z „å”, w towarzystwie Wielkiej Włochatej Niebieskiej Torby, aparatu i przydatków, nie zwracając uwagi na Chochela w wianuszku z przebiśniegów oraz gaciach Chowańca – bez niego w środku, za to z Cookie Monsterem – zamotanych wokół skąpych bioderek i wybitnej męskości, Ojeblika w kłączach niedźwiedziego czosnku i Pana Tealighta pogryzającego słodkie, świeżo klute, pączki wiśni, ona się jakby tak poruszała. Znaczy nogi jej chodziły o tak, wiecie jak w pozdrowieniu Wulkanów, co to Chowaniec nie umie tak zrobić za nic! Łapy tak na boki, jakby serio nie chciały tu być, włosy dawno pożegnały się z jakkolwiek względnym wyglądem i się wstydziły, nos parł, gdzie zwykle nosy prą… czerwona na twarzy, resztę mając zakrytą bawełną, więc nie wnikajmy… cykała foty światu. Bo świat to lubił. Ale cykała je tak, jakś ostrożnie. Z rozmysłem, jak cały Greenpeace i jeszcze TOP. Przechodzące cienie, ot wycieczka rodzinna, z podziwem spoglądały na kwiaty, które wymijała, nie wiadomo którym zmysłem – bo nie wzrokiem przecież kurde! – wyczuwając ich obecność. Jak z rozmysłem i humanitanie stąpała tylko po śpiącej jeszcze trawie i drewienkach dawno zdechłych, jak unikała niszczenia tego co biło do góry, wybudzone, żądne życia, naiwne młodością…

Jakasz miła i grzeczna, rozpaczliwie nie chcąca nikomu uchybić.

Nie wiedzieli raczej, że Wiedźma Wrona, choć do zdjęć niewolniczo przystosowana i sztuki spragniona, to jednak z Wiosną zawsze na pieńku miała, a ta ją buntowniczo i wkurniczona owym brakiem czołobitności swej majestatycznej płodności, zwyczajnie gryzła. Naprawdę niezbyt majestatycznie! Gdy się Wiedźma odgryźć próbowała, następował cały zwrot zdarzeń, którego chór chłopięcych słowików by nie wytrelił, a kończył się on na wyrzutach sumienia i dołach… więc wiecie, Wiedźma nie gryzła, nie w towarzystwie, no dobra, czasem, znaczy nie zawsze.

Naprawdę starała się cywilizować siebie!

Tylko, że tym razem coś było nie tak. Bo choć słonko grzało, wiaterek tylko muskał spocone czółka, to jednak było nazbyt gorąco, jakoś tak żar aż bił i mutując pędy spod stóp i innych, zawsze nazbyt bliskich podłożu cząstek i okolic Wiedźmy Wrony, życiowością żywotności wybijały… i gryzły!

… mocno żarły!

– Znowu ma gorączkę? – spytał Pan Tealight wsuwając do całkiem nieświadomego i nieistniejącego na pewno otworu kolejną gałązkę, niczym kolbę mutująco anorektycznej kukurydzki.

– Całą Anginę – pochwalił się Chochel i dorzucił do wianka kilka pierwszych pierwiosnków w liliowym odcieniu.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Złowieszczy Mrok” – cykl „Septimus Heap” skradł moje serce wydaniem, przygodą i osobowościami bohaterów… a wiecie, dla autorki Angie Sage, raczej nie byłam targetem!

… chyba, że takim sporo po best before!

Opowieść o siódmym synu siódmego… no wiecie, znajomy myk, o pewnym Zamku, Księżniczce, magii, duchach, stworach i potworach, smoku, a przede wszystkim rodzinie i tym, co się z nią wiąże… jest naprawdę świetna. Pełna, soczysta, a jednocześnie wciąż dla młodszego czytelnika. Szanująca ową naturalność i swobodę niedorosłości, ale też nie robiąca z dorosłych idiotów. Przepełniona duchami, szanująca mądrość, potępiajająca głupotę i nagradzająca odważnych. Naprawdę niesamowita i pięknie napisana… oraz zilustrowana!

Tym razem nasi bohaterowie, oraz ich przyjaciele, wchodzą w ową prawie dorosłość. Jenna i Septimus kończą 14 lat. Niby po raz pierwszy miała być impreza, ale najpierw pewien duch znika, pewna Czarodziejka nie wie co zrobić, pewien chłopiec przywołuje Mrok, a przeszłość odzywa się wszystkim czkawką. Trzeba zawalczyć nie tylko o dom, ale o tych, których się kocha. I podjąć pewne decyzje, które mogą wszystko zmienić… Bo bohaterowie Sage dorastają. Odpowiedzialni, specyficznie naznaczeni poprzez urodzenie i decyzje innych, sami teraz pakują się w ich buty.

W końcu świat kołem się toczy…

… choć tutaj nigdy do końca nie umiera!

Naprawdę świetna powieść do czytania sobie, lub razem z dorastającym – dla wielu rodziców nazbyt szybko – dzieckiem. By młodsi pamiętali, że dorosną, a dorośli, że byli dziećmi… No i smok jest!!!

A gdy jest smok, to wiecie, całkiem wtedy inaczej brzmi cała historia!!!

Wiatera wepchała się na Wyspę.

Z nadzwyczajnym PMSem, rozbudzonym i łaknącym wykorzystania instynktem gniazdowania, sprząta stare liście, pochyla lekko otrzepując dopiero co wybudzone kłącza i muska pączki. Tu podmiecie troszkę zeszłoroczności ot pod darń, tam znowu złoży malowniczą kupkę w krzaczkach, a tam pryzmę ku przyszłym pokoleniom przysposobi. Ot czas na porządki widać… aczkolwiek wiecie, tak w porywach i z miejscem na herbatkę z ciasteczkiem. Słońce się wszystkiemu przygląda i grzeje… dość intensywnie. Ale mroźna sprzątaczka nic sobie z tego nie robi, olewa i dalej ożywczym chuchem w tych, co się zamyślą i szalika zapomną zamotać…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Telight i Zamawianie Wiedźmy…

„Zamówili sobie wiedźmę, dziwni ludzie. Myśleli, że to tak prosto, że ot wystarczy napisać, złożyć zamówienie, stronę jakąś oblukać, że będą do wyboru, ze zdjęciami w pozach odpowiednich. Że ot wymiary starczy podać i gotowe, ważne, coby pod schodami się zmieściła, coby cicha była, mało jadła. Że mogą sobie kolor określić, myśleli, rozmiar i gibkość, umiejętności i brak wszelakich niedogodności. Że trafi im się taka wiecie, pokazowa bryka, super wypasiona, aczkolwiek niezbyt wielka; może i metalik, może i po tuningu? Że w wymiarze wzrastającego na wiedźmy popytu, to oni będą mieli taką zwyczajnie swoją, na własność, ot tak.

Bo to trendy i posh jest, bo to akurat teraz fashion i w modzie…

Bo i po co się dzielić?

Bosz przecież teraz bycie poganem fajne jest…

… i przyszła paczka. I złożyli ją do kupy… nawet się nie opierała, kołeczki do dziurek pasowały. Ale gdy zapalili świeczki, gdy błysnęły żaróweczki, a powietrze zasnuł sosnowy dech… nic się nie wydarzyło.

A może tylko niczego nie widzieli?

Może nie dorośli, może zdurnieli?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Ma się Wyspa słonecznie. Kwiaty i inne podejrzane w wyglądzie, dobitnie falliczne, choć i w żeńskiej napaści, twory spod wciąż zaspanej ziemi wyłażą. Właściwie człek winien być przystosowany, w końcu nie pierwsza wiosna jego żywota, wprost przeciwnie, jakoś woli nie myśleć ile to tych wiosen już przetrwał ile pyłków, cebulek i listów doświadczył. Jak bazie napastowały go co świt i zmrok, jak nader obrzydliwie wciskała się ta żywotność w niego wszędzie o tym czasie…

… a wciąż jednak coś go to zachwyca. Że zmartwychwstanie jest takie jakieś normalne i naturalne. Że tak naprawdę wymyślono je na samym początku, a nie w wirującym tańcu mężczyzn w sukieneczkach, konfesjonałów i wszelakich tam złoceń. Pośród tych wypasionych świątyń i wszelako często niezrozumiałych mamrotań. Ksiąg właściwie niedostępnych i mądrości wcale mało mądrych. Klasztornych i wszelakich murów, dywaników wcale nie latających, relikwii często jednakowoż zobrzydzających, krwi pijącej nieczęsto i ciałka zagryzająco-jedzącego…

… że to takie oldfaszjon!

Ech! Każdy teraz nagle taki pogański, a prawdy w tym tyle, co w kłamstwie. Ot znaleźli sobie swieżutkie hobby, każdy wiedźma, czarownica i druid. Każdy nagle jest. A intuicja leży i kwiczy. Wszystko to zaczyna przypominać zwyczajną chrześcijańską cudowność… ino bogi troszku się zmieniają, imiona lekko inaczej brzmią. I dlaczego? Pogaństwo to dusza, to owo subtelne czucie, że pasuje się do drzew i morza, nieba i ziemi… nie made in china zabaweczki i amulety!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Mózg – ciecz żrąca…

„Wyjada głupotę, wyżera bezmyślność… Przestań go używać, a zostaniesz wrzosowym, podgryzanym przez korniki taboretem lub parapetem piątego piętra nader odrapanej kamienicy – tam gdzie sikają umyślnie i z premedytacją nie tylko gołębie. W rzeczywistości pewno niewielu zdaje sobie z tego sprawę, iż mózg to ciecz żrąca. Nieprzyjazna doprawdy, gdy się jej nie używa. Napastliwa, gdy zwyczajnie pomija się jej delikatne, aczkolwiek wyraziste muśnięcia. Cholernie wkurwiona, gdy nie czuje się kopniaka w gałkę oczną… i łatwa do obrażenia. Oj nader łatwa. A przekonać ją by powróciła, niemożliwe. Ot zabiera swoje zabawki, nocą wypływa przez nos, w gardle trochę na do widzenia pobulgocze, z żołądkiem się zabawi, oczkami pożongluje, potem magiczne ludki swoje pakuje w trumienki, fałdki dokładnie zawija, znowu stała, a skrzaty fotograficzne niza na zielonkawe, w warkocz plecione sznureczki… i odchodzi.

To dlatego Wiedźma Wrona Pożarta miała od pewnego czasu takie fajne zwierzaczki w domu. I to ile! Od wyboru do koloru. Może i lekko obślizgłe, mlaszczące lub stukające obutymi w obcasiki nibynóżkami; ot masy szare i białe, falujące, pofałdowane, zawsze po lewej nadgryzione, jakby coś jednak zostawili w człowieku, który ich obraził. Durniu i palancie, zdolnym tylko wydalać i wpychać przez otwory co popadnie.

Bo i czegóż więcej wymagać od ludzi?

Wspinały się po ścianach, lekko migocząc w wiosennym, natarczywym słońcu, strasząc wybudzone co dopiero do nowego świata szczypawki i pająki. Przylepiając sobie ospałe muchy w charakterze wystroju zewnętrza. Nie gubiąc niczwego. Wewnętrznych pasażerów traktując z gracją. Nie tęskniące za przeszłością… bo w sypialni Wiedźmy wisiała Pajęczyna z Wyobraźni.

A ozdób nigdy dość.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Recenzja: „Saga o Rubieżach tom 2”

Muszę przyznać, z biciem czy bez, wiecie czasem chce się tego czasem tego… ale dobra, niech Wam będzie, kręci mnie trochę to słońce. Zagląda od kilku dni, natarczywe jest, nawet ciepłe, choć wiatr wciąż podwiewa dupeczkę… Z uśpienia wyłażą te wszelakie roślinki. Jedne od razu wypryskują płatkami, otrząsają się, burzą brunatność i szarości, inne znowu kręcą tylko falliczną zielonkawością, dziwną trzaskającą powłoczką, orgazmem grudek wilgotnej ziemi.

… a to dopiero początek…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Casting na umieranie…

„Nikt tego nie rozumiał, ale cóż… nie było w tym nic niezwykłego. Zwykle nie rozumieli, albo zwyczajnie ich to nie obchodziło, starali się wymijać zakręcającym krokiem, lub po prostu udawali, że nie widzą. Jedynie w takim miejscu jak Sklepik z Niepotrzebnymi, można było zrozumieć wszystko i zaakceptować każdy kształ rzeczywistości i przyszłości, oraz czkawkę i problemy gastryczne przeszłości. Nawet „Casting na umieranie”, przeprowadzany wraz z pierwszymi, rozszarpującymi bezczelnie wilgotną ziemię, dumnymi ze swej nagłej młodości, pewności początków, wierzącymi, że są na tym świecie po raz pierwszy i wiedzącymi wszystko. Te pozbawione pajęczyn strachu oznaczającego nazbytną dojrzałość, wiosennymi, zachłannymi kwiatkami.

Nawet on był czymś zwyczajnym… czymś o wiele bardziej irytująco ciekawsko zabawnym, niż narodziny!

Sponsorem były jak zwykle Doniczki z Piwniczki oraz Niecałowalne Żaby. Przedmiotem konferencji poprzedzającej wyżerkę: wymiana mądrości odchodzenia, wierzeń, obaw o to co będzie, nadziei i konstruktywnej krytyki pochówków. Spalania ekologicznego, rozrzutności kompostowej i form odciskania tego, co dla potomnych. W tym roku wyrysowane hasło głosiło dumnie, choć krzywo i w dziwnych kolorkach: To be kompost or not to be kompost?

Dla każdego coś mile ostatecznego…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Wyspa się wiosnuje… spod ziemi wyłażą nadmiary optymistycznych stworzeń, skrywających cokolwiek zmienne intencje. Wiadomo, że pory roku zmieniają się i w ogóle biegają jak te chomiki w kółku… ale jednak niektóre z wzrastających roślinek namiętnie kojarzą mi się z alienami… I jeszcze te cudwone, jakie śliczniuchne, niczym pietruszka, czy coś w ten cudo zdrowy deseń, a jednak trujące coś.

Cóż, i świat przyrody skrywa wyraziste osobowości.

Ying i yang wciąz ze sobą tańczą namiętne tango, starając się jednak do końca nie zmieszać. Czasem tylko wstrząsają nimi zmienne nastroje. I tak powinno być. Uświadomienie sobie, iż Wyspa naprawdę wie co robi, może być dla wielu wstrząsające, ale serio, tak jest łatwiej… życie wcale nie jest takie skomplikowane, chyba że sami się skoncentrujecie wyłącznie na całkiem zbędnych, obrzydliwych utrudnieniach.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Wrona Wypełzniona…

„I znów popcorn pykał, rajcując się na niewielkich płytkach, podgrzewanych darmową i nader ekologiczną wściekłością wiedźmich PMSów. I znów lały się w krzaczkach z bombelki bąbelki, w których moc oraz aromatyzację, tudzież totalna bulgotliwość, nikt zwyczajnie nie wnikał… czasem tak jest lepiej, wierzcie nam na słowo spisane.

… znów szykowała się jakaś imprezka.

Pan Tealight z plemieniem ze Sklepiku mozolne rozsadzał gości spoza granic widzialności. Tam rozwiesił tych mniej cielesnych, duchowych aż nazbyt, dla bezpieczeństwa przymocował klamerkami do Czereśni Strażniczki… nie protestowała, też chciała TO zobaczyć. Bo w końcu ten cyrk jawił się okolicy Wiedźmy Wrony tylko raz w roku. I można było go łatwo przegapić. Owo cudowne, przynoszące wielu ulgę dziwaczną i niezbyt wytłumaczalne zadowolenie, uczucie.

Gdy Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki… tłukła się ze słodkimi  Przebiśniegami.

Jak co dzień wypełzała świtem, najpierw rozbiegane palce, jakby chcące uniknąć reszty cielesności, macały okolicę za drzwiami, potem szedł nos i dziwnie przebłyskująca pustkami, rozczochrana czupryna z HelloKitty. A potem cała reszta nie była istotna, zamotana w koce i szmatki, w skarpetki i kolczyki… bo świat się zatrzymał. Śniegu nie było, za to rozgrzane, powyciągane i gotowe… czekały za drzwiami na Wiedźmę Wronę pierwsze zwiastuny Wiosny. Straż przednia, co to jak co roku, pragnęła udowodnić wyższość ciepła nad mrozem. Posprzątać i zazielenić. Nawrócić przebrzydłą miłośniczkę szronów i mrozów na poprawną drogę.

Goście sproszeni i ci co na dziko, choć bilety wszyscy zapłacili w groszu lub naturze, Ojeblik – mała ucięta główka, potrafi przekonywać każdą naturę – spoglądali rozgrzani na latające w powietrzu płatki i szmatki. Na garściami rwane włosy i korzenie, wybuchające w eter grudy ziemi, trawy pierwsze i liście zeszłoroczne. Na ten kotłoch-motłoch. Na to niemożliwe, gdy muskuły rozrywały niteczki zielonych mikrych łodyżek i wybuchały mocą prosto w zdecydowaną miękkość Wiedźmy.

… i na wynik, zawsze nieokreślony…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

To już nie wiem, jest ta Wiosna, czy nie jest? Przebiśniegi Śniegobije brutalnie traktują ostatnie mikrozaspy… nikt nie ukarze przecież za wstrętną molestację śniegu maleńkich zielono-białych dzwoneczków… no chyba, że ja. Bo ja jestem tym, czemu wolno wszystko…

Temu co powie, iż będzie tęsknił za Zimą.

Niech już sobie będzie ta Wiosna. Nie wzbraniam. Wszystkie pory roku fascynują… ale i tak mam swoje ukochane momenty w roku i wiecie co? Wolno mi!!! I nie muszę iść za stadem w słońce!

… i paranoicznie bać się cholernych kotkowych, milusińskich bazi… W rzeczywistości przebrzydłych, okrutnych i nader przebiegłych potworów-stworów!!! Ale czyż ktoś mi uwierzy?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Sensu Wiedźmy Bytu…

„Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki właściwie nie wierzyła w SensSwojegoBytu… a dokładniej uznawała, że sensu żadnego w bycie własnym nie ma. Bo i jaki miałby być? Jako kształtny i jako kolorowy? Czy obły, czy chropowaty? A może wygórowany i niedotykalski? Nizinny, czy też kompletnie doła zdobiący? Jaki jest w ogóle sens w byciu… wiecie owym byciu nie tylko wiedźmą, ale czymś, co właściwie nie istnieje? Bo i jak to coś opisać i definicjami opasać? Jak podczepić pod ogólną systematykę nie końca ludziny?

Jak zrozumieć coś, co samo siebie nie pojmuje…

… dlatego poszła nad morze. Poszła, gdy mrok począł zapalać światła ulicznych latarni, w oknach, świeczki dygotały, bojąc się nagłego zgonu z ramion okrutnych powiewów, a na krzakach bijące po oczach kawałki lustra Królowej Śniegu, topiły się w kształtne kule i łezki. Poszła, bo nie było sensu, by zrobić coś innego. Dreptała śliską, lekko lodowatą drogą, w której migotały światy niechciane.

Do portu…

Ale tak jak fale wszędzie zwykle biegły by ją powitać, zmoczyć i zatiopić, a dziś wieczorem wyrośnięte były na drożdżach i chemicznych dodatkach E, tak tym razem naburmuszyły się i wybiły w górę… Nie chciały jej. Dlatego zrobiła krok i kolejny i znowu ślizgając się na oblodzonych kamieniach… Wtargnęła w morze, ale ono natychmiast się rozstąpiło i dookoła niej były tylko wilgotne, dziwnie nieprzyjazne, spiczaste granitowe ostańce. Morze tym razem, po raz pierwszy od kiedy oddychała, po raz pierwszy od kiedy stała się myślą, a nie tylko obrazem czyjegoś podobieństwa, nie chciało jej.

Może i nie było sensu?

Stojącą na daleko wbijającym się w otmęty betonowym mostku, była smutnie i wstydliwie sucha. Oszukana. Obserwowały ją co prawda tylko okna kamieniczek i kilka nazbyt zajętych telepaniem łódek, ale i tak czuła się zakłopotana. Dwie flagi nad nią, zanurzone we własną łopoczącą muzykę nie zwracały może i uwagi… ale było pośród sztormu i odłamków luster, pośród błąkających się cieni i świateł lamp owo zadziwiające, niepokojące wszystkich… i COŚ JESZCZE.

… zajęta sobą nie zauważyła nic więcej. Odeszła moknąc, nie widząc wielkiej fali rozlewającej się za nią, znaczącej jej ślady łez swoimi własnymi łzami.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Książka na dziś!!!

Wybaczcie moje nadmierne podniecenie, no i to jakże niewinnie, może i niezbyt odpowiednio do wieku metrykalnego, drobię stópkami – nie, nie chce mi się siku – ale nie wąchałam nic nowego od miesiąca, a tutaj taka niespodzianka! „Saga o Rubieżach tom 2” – pierwszy mnie urzekł i powalił, a drugi zaczyna się tak… i tak cudownie, pasjonująco pachnie!!!


Z cyklu przeczytane: „Dziewczyna, która chciała zbyt wiele” – muszę przyznać, że jestem zaskoczona. I to pozytywnie, czego, powiedzmy sobie szczerze, nie spodziewałam się zupełnie!!!

Powieść jest prosta i naturalna. Bohaterowie dziwnie zwyczajni, ale też nadzwyczajni, i chyba dla każdej młodej kobiety, tej przebywającej w owym rozgwieżdżonym ekosystemie hormonalnych wrażeń, kiedy zwyczajnie się kocha lub nie, będzie to naprawdę wspaniała rozrywka. Nie epatująca wydumanymi problemami… taka codzienna, a jednak… i coś więcej.

„Nie mogę powiedzieć ci prawdy” – kolejna powieść z najnowszej serii dla młodych kobiet Wydawnictwa Jaguar. I choć nie ma tu smoków, zombie ni wampirów, muszę przyznać bez bicia, że coś w tej historii jest. Przyznam, że nigdy nie przepadałam za taką literaturą – czytałam Winnetou! – ale w tej historii, mimo iż może spoza mojego finansowego pułapu bohaterów, nie ma nawet tej odrzucającej dziwności świata, tych problemów na wyrost, a i przyznam, że to, iż bohaterowie nie idą od razu do łóżka, też jakoś mnie przekonuje – z punktu widzenia starej już Wrony

Może i to nie do końca mój „target”, ale przeczytałam bez bólu. Co więcej, naprawdę można dzięki tym powieściom powrócić do tego czasu, gdy świat miał inne problemy… zrozumieć ponownie jak wiele często młodość nosi na barkach…

… wiecie co? To by były niezłe historie dla Mam i Córek!

Recenzje: „Gonić króliczka” i „Błędne siostry”.

Na Wypie kropla za kroplą zima wciela się w morze, wilgoć ciągnie ku wilgoci, tęsknie i pierwotnie tak jakoś… spod lekko przybrudzonego śniegu, miłosiernie dotąd skrywającego innych brud i obdrapania, wyziera to, co trzeba zrobić. Ściany wołają chrapliwie – wciąż jednak czasem mrozi, węc grypka nadal panuje – o nowe kolory. Marzą o innych odcieniach, może w tym roku pójść w żółcienie? A może błękity jednak, czy też tradycyjnie dosłownie krwista czerwień?

Ale co teraz w modzie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Zagubione Ciuszki Mocy…

„Nie trzeba było właściwie szukać, nie ukrywały się wstydliwie, nie unikały ludzi… one chciały być znalezione. Zwykle jęczały cichutko pogniecione, tuż przy drodze, na plaży pomiędzy kamieniami, wciśnięte w krzaczki przy rzeczce, lub ot przywiane tam, w ramach flag przyszłych krain, gdzie tylko wronom wolno siadać… Zagubione Ciuszki Mocy. Upadały rzucone przez pragnące kąpieli wieczystej ciała, przez nazbyt rozgrzane skóry, potem zlepione włosy… Niegdyś tak potrzebne by zakryć wstydliwość, tak dobrane, kochane, by porządek zachować, moc zrymować, nie ujawniać tego, o czym mawiają, iż nazbyt wiele… brutalnie zdarte, odartej ze swej godności tych, które mogły okrywać i poruszać się dumnie… pełzały teraz.

Pozbawione ludzkich momentów motorycznych, tak lękliwie żałosne.

Szukając ciał do okrycia karmiły się legendą o Pożeraczu Tkanin Dusicielu Mocy Wiecznym Przebieraczu, który porywał najmłodsze skarpetki, te jeszcze nie zdarte, bez cebul i oczek, prosto ze sznurów z barwną powieścią bielizny. Kolekcjonerze barwnych szali, który jednak nie unikał i jednobarwnych portek. O tym, który nigdy nie twierdził: nadasz się do szmateksu!

O Tworzycielu Szmat!!!

A ludzie bez nich… tonęli! W odmętach wód, deszczów, wiatrów i wysp, światów i osobowości, myśli i wspomnień, rodzin i samotności… pozbawieni pierwotnych mocy, tych pochodzących od liścia i kory, od trawiastej spódniczki i obcierających, depilujących portek z mamuta… ginęli.

… chyba dlatego porzucone Ciuszki Mocy szukały zawsze Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki… bo żałośnie niepotrzebne przyciąga takie samo. Aczkolwiek tak jak z butów mogłaby już postawić niezły konsum, z bielizny stworzyć własną linię Wiedźmas Sikrets, tak co do całej reszty, wciąż było przewiewnie. Widać mocą obdarzali ludzie tylko niektóre części garderoby, albo… albo był ktoś inny. Tajemny i wredny ktoś, kto wyłapywał Ciuszki, wiązał je, pętał, wykorzystywał niecnie…

– Chochel… ale czyje masz na sobie gacie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

… a Zagubione Ciuszki Mocy wyglądają tak…


Z cyklu przeczytane: „Ostatni powiernik pierścienia” Kirył Jeskow – powieść wydana jeszcze w Red Horse, wydawnictwie, którego już nie ma… Dokładnie dylogia, która przynosi na swych stronach pytanie: po kiego pisze się takie książki?

Jeskow stworzył coś „na fali”. Znaczy wtedy akurat „Władca Pierścieni”, Tolkien i wszystko to, co z nim związane, inspirowało… zbyt wielu, mówiąc ogólnie. Jak owe mityczne grzybeczki wyłaniały się z poszycia drukarnii cuda nie wida i takie tam sobie bajeczki. Jeszcze inspiracja pal licho, w końcu krasnoludów, czy elfów Tolkien nie opatentował… ale pewne postacie, opowieści, legendy i historie, stworzył!

I wystarczy!!! Po co tworzyć opowieść z drugiej strony lustra? Pikuś jeszcze, gdyby było to coć dobrego, ale to nieudolna mieszanka tekstów: „ot bo mi się wydawało” z „mój własny Silmarillion”.

Na dodatek kiepsko napisana.

Nudna.

Nieczytelna…

… nie warto. Czuję się po owej lekturze oszukana, zbrukana i przede wszystkim cholernie obrażona lingwistycznie! I w ogóle! Może i pomysł był, ale wykonanie, sposób składania zdań, te drętwe dialogi, brak osobowości… bleh!!!

Podobno Wiosna idzie. Całkiem możliwe, że po drodze przydarzył się jej jakiś wypadeczek, może w kosmetyczce rozlał się lazkier do liści, albo pachniuch do kwiatów skisł, czy coś w ten deseń… bo śnieg ma się w najlepsze.

Po dwóch dniach snestormu tanecznego zapadła cisza… cisza podejrzana i na pewno z wyrokiem na karku za popełnione drzewiej zbrodnie. Nie ufam jej. Podejrzewam, że coś kombinuje, może mały przekręt na skalę o wiele większą? A może to spisek krasnali, tudzież pingwiniów?

Pingwini… kto ich tam wie?

Pingwini, tudzież znani jako Pingwiniowie… bywają niebezpieczni. Kryją się monochromatycznie w bieli i czerni zimy i tylko czekają by się wyturlać zza krzaków. Atakują znienacka, aczkolwiek chyba strategia przemyślana. Walą pod kolanko, potem ślizg, skrzydłem w japę i… rabują. Z tym rabowaniem to wiecie, szok, ale człek przeżyje… gorzej, jak właśnie wyleźliście pranie powiesić i nic w kieszeniach poza klamerkami nie ma… wtedy ból!!!

… tak, bredzę… bo jestem na głodzie, nie mam co czytać, od miesiąca listonosz nic nie przyniósł, mam prawo!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Podsłuchana…

„To wszystko wina tej cholery Przypadka. Łazi toto po świecie, gubi się, map nie ma, GPS go nie rusza, atechniczny taki… i potem tak jest no. Trafia na kogo padnie i bęc od razu! I wali, na oślep, nie celując, ślepia zamknięte ma, bo się boi, że mu coś wpadnie, a Przypadek lęki ma przed okulistą.

Gałki mu często, się znaczy te oczne, wypadają.

Znaczy się jest tak, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, co to ostatnio jest na głodzie i lepiej jej nie wkurzać – już jakieś kontynenty się obluzowały, bo się jej zaklęcie omskło – bynajmniej dla zdrowotności spaceru zażywała. Czyli w dosłownym wymiarze macała kamienie na plaży… no i podsłuchała. Choć nie, to nie tak, że miała zamiar w ogóle kogokolwiek słuchać, ale przechodząc obok tubiastej Tojtojki – bo u nas cywilizancja, się do morza nie sika, ale ono może obsikać kogo chce, bez pytania – w której ostatnio siku do góry leciało, jakoś tak usłyszała:

– Zagrajmy jego głową w kręgle!

– Czy to będzie etyczne?

– Ale on nie żyje?

– Tak, ale czy etycznie?

– Co to etyka?

– To takie coś, że jakby żył, to czy by mu się podobało, że my gramy? Czy byłby wiesz, no zadowolony?

– Pewnie, gdyby wygrał? No i on naprawdę nie żyje, sprawdzałem…

– Tak, ale…

– Nie denerwuj mnie, bo dostaniesz tego z wystającymi zębami! Nawet za życia rysował filiżanki z serwisu ciotuni.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Dziewczyna, która igrała z ogniem” – chyba najsłabsza część trylogii. Głównie dlatego, że szlag człeka trafia, bo nie wie kto tu jest głównym bohaterem! Raz dziewczyna ze smokiem, raz masa gliniarzy, w których życiorysach człek się gubi, a potem jeszcze służby specjalne. Trup za trupem, ale co tam, nie jest źle. Problem, gdy nagle sobie uświadamiasz, że nie wiesz o co tak naprawdę chodzi i czemu tyle ludzi wierzy w durnoty i ciemnotę kultywuje! Ale jak już się kobiety wkurzać przestaną, to jest całkiem całkiem… choć miejscami mało logicznie i nie do końca rozwiązywalnie.

„Zamek z piasku, który runął” – świetne zakończenie, takie do końca, z przytupem. Nie wymuszone, wprost przeciwnie, dziwnie naturalne i logiczne. Bohaterka podlega pewnej ewolucji, związki się walą, nowe się rodzą… Sensajca goni sensację, a my cały czas mamy pewność, że dziewczyna ze smokiem może wpaść w kłopoty. Koszmar jej dzieciństwa zostaje ujawniony, w czym oczywiście udział bierze, dość okrojona załoga „Millenium” i świetni hakerzy.

… do ostatniej litery!

Ogólnie – trylogię przeczytać naprawdę warto, ale ze świadomością specyfiki pisarskiej Larssona.

Oj ci hula sobie snestorm hula… jakby nie wiem z hula-hoopem się zabawiał czy co, taki zmiennie niepewny. Raz słonko przez powolnie baletujące w powietrzu płatki, potem śnieżyca, że świata nie widać… ino ściana. Ale wiater huczy, kołuje, zbiera swoje moce w kulki i zamiast bałwana postawić, to w Chatkę rzuca.

Atttack!!!

… ciekawe czy gdyby tak bardziej powiało, to z Narnii rzuciłoby nas w Oz? Jakoś nie widzę siebie w roli Dorotki, no wiecie, te buciki nie mój stajl, ale jednak pytanie korci… czy uniesie Chatkę Wiedźmy wiater? I czy Chatka poleci grzecznie, czy się wzbraniać będzie, aż w końcu wylądujemy jeszcze w jakimś Dystrykcie?

Nie, no może lepiej nawet o tym nie myśleć. Dobre co jest, Narnia może być! Lwy nie atakują, na razie…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Pan Tealight i Anioło…

„… czasem patrzy Pan Tealight, patrzy i cieszy się, że wciąż tak patrzy i oczu dalej nie ma!!! Ale gdy tak w Ojeblika opowieści piejne zasłuchany myśli, że może jednak jako bezuszny, ma tylko omamy?

A Ojeblik, mała ucięta główka nuciło – fałszują:

„Przyplątało się do Wiedźmy ścieżyną Anioło.

Giezło ma podarte, gębę nie ogoloną.

Ze skrzydeł to ino całkiem mokra kura,

co do aureolki, to ni świetlista a raczej bura.

Anielskie włosie splątane w dredy

a pajęczyn w nich, że ni ma biedy…

w penicylinkę ot Anioło zaopatrzone,

a cuchnie samogonkiem, więc i zdezynfekonione.

Na nogach od nie pary ma kabaretki

a w uszach kolczyk wielki i niebieski…

Podpiera się jadowitym ot parasolem,

w którym wiją się dziwne śledzie niesłone.

Na ramieniu torebka, pewno od Wijutona,

pod pachą gazetka, lekko stłamszona…

I kroczy tak Anioło, toczy się, czasem pełza,

śliniąc się każdy krok swój wilgocią okiełzna.

Tutaj psalmy zanuci, tutaj walnie z nowenny,

pacierza nie odmawia, mu z Bożynkiem nie tędy.

coś nagle w powietrzu aromat poniosło,

coś zakłóciło podróż i tak mało radosną.

Patrzy nagle wzrokiem rozbieganym Anioło,

prawa powieka mu się telepi, lewa gałka lata wokoło,

a tutaj uczta, ot czysty wypas,

podane na tacy, frykas i frykas!

Zabrał się za jedzenie Anioło, chrupie i kruszy

… pioruniego wrzasku nie słyszy wokoło…”

– Chochel, dawaj spraj na robale, znowu szkodniki mamy w karmniku!!! – nie będziesz mnie tu nawracał wkurzający szkodniku, myśli sobie Wiedźma Wrona i zwołuje dziobate zastępy niebiańskie, nader piorunnie wpieniona!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” – no dobra wiem, niektórzy są na czasie, co nie? Ale było warto, bo powieść świetna… aczkolwiek nie dla każdego. Dla tych, co mit skandynawskiej wsi spokojnej, wesołej, umajonych palików i tych tam chatek… no chcą zachować ułudę, nie radzę. Dla tych co wtopić się w historię nie potrafią, czytać dokładnie każde słowo, też nie radzę… odradzam też wielbicielom dobrych zakończeń oraz poprawnych bohaterów, ludzi otwartych, co to cenią sobie innych ludzi, takich ot bez zaburzeń i rodzin choć trochę poprawnych, bo ta powieść jest skandynawska, a na Północy większość spraw traktuje się inaczej!

Zbrodnia goni tu zbrodnię, ale to nie ona jest najważniejsza, nawet Lisbeth ze smokiem nie jest najważniejsza… tutaj pierwszeństwo ma prawda i rozliczenie się z przeszłością. Brudną, niegodną skandynawskości. Tutaj każde słowo ma znaczenie, a koszyk bohatera, co to w markecie właśnie zakupy zrobił, powie wam wszystko… tylko czy chcecie o tym czytać? Autor wciąga, jest powolny i rozlazły, a jednak smakuje się go… nie wiem jak co, bo ja niepijąca, no taka niesocjalna kurde!

Teraz biorę się za kolejne tomy… utwierdzając się w przekonaniu, iż w dzisiejszych czasach to ludzie filmów już robić nie potrafią. Co się stanie, jak już zupełnie oduczą się pisać? Bo czytanie ze zrozumieniem zarzucili dawno…

Wyspa mnie rozpieszcza. Znaczy ona tak uważa wytrzepując z poszewek i torebek po cukierkach ostatnie płatki śniegu, w ten wilgotny i mało mroźny świat. Nie no pewno, że wiem, że ta Wiosna musi być i w ogóle, że potem Lato, Jesień… no i znowu mam szansę na Zimę.

Ale ja Zimę kocham!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz