Pan Tealight i Niedopieszczone Jednorożce…

„Gdyby nie kupy byłoby jak w bajce: tak kolorowo, niesamowicie, niemożliwie i objawowo, i magicznie tęczowo, ale rzeczywistość namacalną zmysłami Żłobu dla Nader Niedopieszczonych Jednorożców, czuć było już z daleka. Cholernie smukłe, rogate koniska w pastelowych odcieniach przeterminowanych rzygowin, znowu cierpiały na depresję, oraz nową dietę, która dość skutecznie odstraszała wszelakie, budzące się z nadzieją z zimowego snu, robactwo…

… to akurat nie było tak złe, gdy przemyśleć sprawę. Smrodek jednak był. Wciskał się we świeżo wymyte, utrefione grzywki i zostawał na, cóż aż nazbyt długo… Ale cóż, popytu na rogasie nie było. Właściwie to nikt w nie nie wierzył, nawet ci, którzy dopuszczali w swej rzeczywistości istenie wróżek i skrzatów leśnych w sprawie jednorożców byli jednomyśli. Nie ma! Dlatego Pan Tealight zmuszony był stworzyć im osobną lokalizację. Tak po zawietrznej, blisko rzeczki, z dala od Drzewa Księżniczek i blisko zielonych, soczystych, lekkostrawnych i nie tuczących przekąsek. Ale przytulać ich nie chciał. Za nic!!! Zresztą no sami powiedzcie jak? Jak przytulić wielkiego roga? Toż to w samych myślach już pobrzmiewało wulgarnie i zbereźnie… A przecież Pan Tealight widział już i słyszał, czuł i macał wszystko!

… więc dlaczego wielki, koński łeb w pastelach, lekko srebrzący się na granicach swego bytu nierzeczywistegom był w stanie zmieścić się jedynie na owym rozłożystym łonie Wiedźmy Wrony Pożartej? Jedynym łonie, a jednorożców było całe mrowie!!! W jaki sposób stroniąca krzykliwie od czułości Wiedźma, miała zaspokoić sporych rozmiarów stado jednorożców?

I to tak, by Chowaniec nie widział…

Nic dziwnego, że jednorożce cierpiały na rozstrój żołądków i depresję. Obżerały się, a potem pakowały w siebie tony ziela na przeczyszczenie. Paliły co się dało i łykały ile wlazło, rzygały i wyły niezależnie od wielkości księżyca. Nie, to nie było życie dla nich. Świat współczesny odebrał im dziewice!!! Owe niesubordynowane w rozrodczości i męskich chuciach kobiety, które za wszelką cenę gotowe były przytulać i miziać, głaskać i łaskotać, grzywy i ogony pleść, a potem gąbeczką…

Tylko je.

Żadnych ludzi, tylko je!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Wyspa się nadal wieje. W porywach zdaje się przekształcać w coś, co opisywalne będzie dopiero w przyszłości. Do czego nie narodziły sie jeszcze słowa ni definicje? Coś może i przerażającego, niezrozumiałego, coś pewnego, ale też przygnębiającego… Może z otchłani wszelakich niemożliwości, zapomnianych wierzeń i odrzuconych papierków po krówkach zrodzi się nowa, nader mlecznie rogata rasa? A może jednak patyczki od lodów i lizaków stworzą plemię zdolne opanować rynek drewnianych zabawek, ze szczególnym naciskiem na te piszczące?

A zresztą kto to tam wie co będzie?

Pomimo wszelkich zakazów, nakazów, podatków i kopania w dupska, lotne papierki wyruszyły jak co roku, w swoją ostatnią podróż. Dzięki nader mocnym powiewom udaje się wzbić pod niebo też tym nazbyt obciążonym. Ptaki plastikowych torebek zbierają po drodze liście i gałązki, w powietrzu tworząc smoki i obgryzione pterodaktyle, w końcu nurkują gdzieś, daleko w morzu, przybierając tam swymi osobami, kolejną postać z opowieśc o Glonojadach. Kraken ma juz dość, ale cóż poradzić, oto wiosenny przemarsz śmieciowego latactwa…

… i tylko szklane butelki dobrze przyjmują się w falach. Jakoś tak szkiełka obrabiane muśnięciami słoności, wierzą w to, że są klejnotami… łatwiej!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niedopieszczone Jednorożce… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Codziejna się…

„Hodowla Uszanych Palcatek nie prosperowała, choć była taka potrzeba. Umieszczone na wyciągniętych palcach wszelkich dłoni malutkie, srebrne uszy, były w stanie pomieścić więcej niż zwyczajne uszy, a jednak… Pan Tealight uważał, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki nie tylko bezczelnie oraz rozmyślnie gnębiła, ale i sabotowała uprawy. Wielkie, kobaltowe wazony i donice wcale nie chciały słuchać, a newielkie sadzonki, choć z dostatecznie rozwiniętymi pąkami, zamiast pracować, rozwijać się, wolały zwracać się ku Ciszy…

Ludzie mówili…

Wiedźma słuchała codziennie…

Słowa wypływały z nich, a raczej wypadały, uciekały z nazbyt dla nich paskudnych ciał, dziwnie postrzępione. Jakby niedoskonałe, niedorobione. Właściwie nie gotowe jeszcze na życie. By tworzyć obrazy, opisywać, opowiadać. Komunikować ciała i zmysły, łączyć i dzielić. Ostrzegać i budować pieśni. Odgrywały role, do których jednak nikt nie podrzucił im scenariuszy. Wysypywały się słowa z ust i oczu, wyskakiwały z trzepoczących dłoni, takie dziwnie niezauważone. Mowa ciała dawno straciła zdolność komunikacji, a języku wachlarzy i spojrzeń niewielu potrafiło odczytać.

A jednak brzmiały. Wyskakiwały z ciał i odbijając się o przeszkody: ludzi, drzewa i domy… brzmiały. Nie łączyły się już z innymi, nie pragnęły zmieniać… a może zwyczajnie zatraciły w sobie ową umiejętność, a może nie były już potrzebne?

Bo czy wciąż je rozumiano?

Czy w ogóle ktoś słuchał?

Słowa nosiły łaty, cery i dziwaczne dodatki, poskładane były z dziwacznych tkanin i tworzyw nader sztucznych, posklejane, pozszywane a nawet zczepione tylko agrafką o nadgryzionym łebku. Niektóre przyklejały do siebie plastikową, całkowicie krzykliwą, nie pasującą do kontekstu biżuterię, inne znowu odziewały się koronki, choć wpadały w brudne kałuże. Słowa nie tylko czuły, one zwyczjanie były zagubione. Nie posiadały domów i rodzin, znajomi dawno dali sobie z nimi sposób, a systemy pomocy przymykały na nie oko. Były coraz cichsze, jakby w ten sposób chciały zwrócić na siebie uwagę, przekornie, ale nie udało się. Dlatego czepiały się Wiedźmy, bo wpojona jej grzeczność nakazywała słyszeć i pamiętać…

… codziennie. Codziennie działo się słuchanie. Ale te Słowa, które nie załapały się na ową codziejną chwilę, upadały na ziemię, wcierały się w podeszwy i opony, a potem milczały. Niektóre jeszcze łkały przez chwilę, nim rozniosły je na kawałeczki szpilki, klapki i gumowe podeszwy, koturny i kalosze… nim przejechała po nich ciężarówka z mąką i traktor, który poprowadził pierwszą orkę.

Ale ludzie wciąż je produkowali. Zaraz gdy się przebudziły, niczym niechciane dzieci ludzie usuwali je z siebie, wykrzykiwali, wyszeptywali, wypluwali w potokach śliny, wklepywali w otchłanie wszelakich możliwych sieci… Myśleli, że tkają dzieła, tacy pewni swej wielkości wyśpiewywali je dla swych przyszłych pominków czczonych przez potomnych… ale tak naprawdę nikt nie słuchał.

Nikogo już to nie obchodziło…

… Wiedźma słuchała, by wpojono jej grzeczność, stręczono jej wolą i siłą, by była użyteczna dla innych…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „EONA” – kontynuacja wspaniałej opowieści o smokach, prawdzie i ciężarze kłamstwa, o pragnieniu władzy i mocy, oraz miłości. Piękna i dziwnie doskonała, taka, w której gdy uświadamiamy sobie, że to koniec, odczuwamy głęboki smutek, by potem zwyczajnie umieścić tę naszą własną kontynuajcę na liście pożądanych snów… i śnimy dalsze opcje. Bo ta historia nie może się skończyć. Bo przecież tak wiele jeszcze mogłoby się wydarzyć…

… tak wiele.

Gdy na Wyspie nie wieje, Cisza pierze swoje ciężkie prześcieradła. Te w małe, różowe różyczki i bukiety tulipanów, te ciemne, jakże drastycznie frywolne, te odświętne i codzienne, owe już łatane, ale ukochane bo tak miękkie, oraz te nowe, jeszcze zbyt twarde dla ciał, zbyt obce, choć gotowe, by je odkryć.

Prześcieradła bez wiatru opadają na Wyspę i uspokajają niepokoje, ściskają lęki i pozwalają nie oddychać, bez żadnych konsekwencji…

… bo Cisza pozwala na wszystko to, co kompletnie niemożliwe. Na będące przeciwnością latania spokojności prawdziwe. Na powolność, rozbuchanie nadziei i wszelką marzycielskość. Na wszystko to, co da się ukryć pod prześcieradłem, na wszystko to, co się dzieje na nim…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Codziejna się… została wyłączona

Pan Tealight i Spadek Wiedźmy…

„Wiedźma Wrona Pożarta czekała na niego przewrotnie cierpliwie, smakując każde chwile z trzepotem wszystkich dusz i jedynego serca (co jak co, ale wiedźmy dusz więcej potrzebują). Właściwie chyba każdego dnia czekała. Inaczej nie mogłaby otworzyć rankiem oczu, a odpowiednia porą, uśpiona stronami, ich zamknąć…

… oddychać…

Wieczorami kąpała się w owych marzeniach oczekiwania, by narzucić swoją wolę snom… te się zawsze opierały i wolały opowieść dramatyczną o sąsiadach wprowadzających się jej do ogródka i ścinających zielone jabłonie… Oczywiście metaforyczne choć dla niej zawsze namacalne… Jabłonie? Bynajmniej marzyła, próbowała śnić, a na jawie udawała, że to się dzieje i przygotowywała sobie mowę. Ot co z siebie wyrzuci, co odpowie, czym zaskoczy, albo jak ukryje swoje zdziwienie. Jak się uśmiechnie, jak poruszy, czy poda rękę, czy się ukłoni, upuści łzę, czy też zaliczy podtopienie…

Bo oczywiście byłaby zdziwiona, na pewno by była, znaczy na pewno także uroczo będzie, łacznie z trzepotaniem rzęsami – wiedźmy też to potrafią, choć raczej wywołuje to dziwne skutki u nich, uboczne.

Bo o nim marzyła zawsze. Że przychodzi, staje w drzwiach – z czasem i on i drzwi ulegały zmianie – ale on zawsze przychodził. Bo przecież Mała Wiedźma musiała mieć Tatę. A Tata musiał mieć dla niej Wielki Spadek… tak uczyły książki. W pewnym momencie, najgorszym z możliwych – a Wiedźma Wrona nader potrafiła je ku sobie przywołać – przybędzie magiczny spadek. Dwa worki złota, trochę pierdołowatych szkiełek nie tak fajnych jak kamienie na plaży, oraz jakiś tam wiecie artefakt. Magiczny, przywołujący dusze Babć Wiedźm Pradawnych, upierdliwych stauszek z ciągotami ku dziwnym spódnicom i napitkom procentowym, pędzonym pod schodkami piwnicy… oraz jego samego. Ojca Wiedźmy Wrony. Tego, który umknął przeznaczeniu i oparł się, może bez przypadków, Złej Królowej.

Marzyła i czekała. Ale z każdym dniem, z każdą właściwie chwilą jej wizje o nadskakującej jej przeszłości zmieniały się, wzrastały, albo się kurczyły, pączkowały, zawiązywały nowe wątki i tworzyły wszechświaty, by potem spuścić je w toalecie nader Odkrytego Uniwersytetu z czubka Biblioteki. W końcu tam najczęściej widywano Wiedźmę Wronę. I właściwie wszystko miało pewien problem… Problem właściwie. Bo nawet gdyby, nawet jeżeli miałby wpaść przez drzwi Chatki Wiedźmy właśnie teraz… to czy utrafiłby w wymarzoną wizję Pożartej przez Książki?

Zawieść Wiedźmę… to najgorsze COŚ!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Książka na dziś – najnowsze dziecię Jolanty Kwiatkowskiej. Powieść, dla której Autorka poświęciła wiele… nerwów w szczególności, byśmy zwyczajnie mogli się zabawić i to niezależnie od płci. Zrozumieć owe fascynujące prawdy płci, oraz gmatwaniny codziennej kobiecości…

No i o seksie jest też!!!

To książka niepokorna. Taka o wielce zakazanym seksie. Bo wiecie, no jednakowoż LUDZIE TO ROBIĄ, a niektórzy nawet czerpią z tego przyjemność… Mówię zwykli ludzie, nie od Greya, choć nie do końca o seksie, bo o kobiecie jednakowoż bardziej, tej zwykłej, co wiecie wciąż ma nadzieję, ale na wszelki słuczaj bierze interes w swoje ręce… kurde nie TEN INTERES!
No zwykły interes.

Recenzja będzie of course!


Z cyklu przeczytane: „EON” – powieść smoczysta… Fascynująca i porywająca. W zabarwonym znjaomymi nam, azjatyckimi kuturami świecie, rozgrywa się walka o smoka. O życie i przyjaźń. Ale przede wszystkim o panowanie i władzę. W środku tego całego wiru my spotykamy naszego bohatera, ucznia imieniem Eon… który w rzeczywistości jest dziewczyną, a w tym świecie kobiety nie parają się smoczymi mocami.

Powieść naprawdę dobra, fascynująca i trzymająca w napięciu! Smocza, ale przede wszystkim dojrzewająca z bohaterem. Dziwiąca się światu i mocom, magiczna, ale i dworsko intrygancka. Delikatna, choć i przepełniona fascynującymi postaciami! Każda z nich zawiera w sobie istotną iskierkę całej tej historii… Autorce udało się czerpać z tak wielu kultur, przekształcić to co nam znajome w coś więcej, że nic tutaj nie jest do końca takie, jak może się wydawać… uważajcie.

I może zaryzykujcie kiedyś perłę na swej drodze?

Opadła na Wyspę Wiatr Ociężały. Mocny, falisty taki dziwnie, gęsty jakiś… wiosenny? Soczysty i wysmakowany w odgłosach. Wydawałoby się, że zgniecie owe świeżutkie ździebełka i listeczki, a potem poda w formie pesto na grzaneczkach i z herbatką w malusieńkich filiżaneczkach… brrr… Ale jednak nie. Może i jest ciężki, ale w owym składzie porcelanowych wiosenności porusza się dziwnie umiejętnie. To raczej nie jego pierwszy raz… ale mi się zdaje, jakbym nigdy nie była w ten sposób dotykana. Zdzielana z piąchy, by on mógł ucałować obolałe miejsce…

… cóż, żadna ze mnie Domina?

Sama Wyspa wydaje się strasznie cieszyć ową powietrzną ociężałością. Bawi się radoścnie tymi splątanymi starociami i lekko drgającymi, ot dopiero co uczącymi się odstawać nad ziemią, zielonkami.

Jakby zamówiła masaż, czy coś więcej?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Spadek Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Budząca…

„Wychodziła zwykle nocą, odprowadzana dramatycznym, autentycznie operowym chrapaniem Chowańca i cichym posapywaniem Chochela. Nie widzialna dla obrazów i pluszowych misiów, olewana przez Wenę. Niewidzialna dla tego świata i tych wszelako nierównoległych innych, wiszących sobie to tu, to tam, niczym zapomniane zeszłoroczne bombki, z których opadło sreberko i cukierki, a dokładnie ich duchy, szeleszczące, puste papierki… po prostu wychodziła.

Sama.

Krusząc po drodze ciastka dla Trolli, szła spowita idealną ciemnością, mijała domy i wszelakie uśpienie, w nadmiernie lepiącym się mroku dotykała wszelakiego nieporuszonego, nie zatrzymywała się jednak, by je sobie obejrzeć… szła tam gdzie srebrzyło się w niewidzialnym, magicznym błyskaniu, niewielkie jeziorko. Gdzie w połowie zanurzona, zmieniona przez wiatry i deszcze, przez sole i dotykające je wieki, leżała zapomniana, Uśpiona Bogini.

Ostatnia z Nieobudzonych Bogów. Szła Wiedźma do niej nocą tylko po to, by zostawić jej kanapkę z cynamonem, cóż, każdy lubi co lubi, oraz zaśpiewać wybudzankę. Odwrotność kołysanki… aczkolwiek bez nadmiernej, histerycznej reakcji samej Bogini. Śpiącej od czasów, gdy wrzeciona były kamienne, a przędza wydzierana z mamutów, gdy igły niechętnie pożyczały ryby, a niziołki plątały wszystko co możliwe było do splątania. Gdy ludzie wierzyli, bo zwyczajnie to było istotą człowieczeństwa, a prawa pochodziły z głębin duszy. Gdy ofiary rzucone do jeziorka docierały szybko do miejsca przeznaczenia, a Bogini tylko siedziała i uśmiechała się… prowadząc dyskretną, aczkolwiek wnikliwą inwigilację darów.

Do czasu, gdy w toń spowitą liliami wpadła ostatnia słodka bułeczka i obrączka, zresztą wrzucona przez przypadek… potem czekała, nie zauważając, że je ciało zmienia się w kamień, a świat dookoła się zmienia, bo w tych zaroślach, pośród kamieni kapłanów, nowoczesność była mało widoczna. Pory roku następowały po sobie zwyczajnie, tak jak być powinno, a wiatry i deszcze zmieniały jej ciało… I wtedy pewnego dnia do jeziora wpadła czekoladka, małe wiedźmie rączki, całkiem niecierpliwe gładziły jej zapomniane, nie zwyczajne tego kamienne ciało… i Bogini wiedziała, że jej życie znowu miało się gwałtownie zmienić.

Tylko dlaczego z tym głosem tej dziwnej, upierdliwej wiedźmiej istoty, było tak bardzo COŚ NEI TAK!!!?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Składany nóż” – dawno, ale to naprawdę strasznie dawno… dawno nie czytałam takiej powieści. Z jednej strony napawdę nic specjalnego, ot książka, a i historia w niej taka znajoma, jakich było wiele, ludzka, jakże klejąca się do opowieści z czasów Imperium Rzymskiego…

A jednak książki tak świetnej. Tak dobrze napisanej, z bohaterem, który swoimi marzeniami potrafi wypełnić tyle stron. Życia, które mimo braku magii, zwyczajnością swoją budzi w nas coś niezwykłego! I choć znajdziecie tę powieść w dziale fantasy, to jeśli lubicie powieści dobre i historyczne – choć nie do końca z naszego czasu i miejsca – to książka dla was. Bo samo „fantasy” tutaj odnosi się wyłącznie do tego, iż owego świata nie można znaleźć na mapie!

Pierwszy wiosenny deszczyk pozostawił rozbudzone zmysły, lekko storturowane krokusy, które już przekwitają, oraz owe fascynujące klejnoty na źdźbłach trawy… Jest ciepło, tak dziwnie ciepło.

Jakby powietrze obżarło się fasolki, no i sami wiecie! Nie do końca jestem pewna, czy owa ciepłota Wyspie leży w kontekście. Bo jakoś tak jest inaczej, jakoś dziwnie odmiennie, jakby wszystko czekało na owo magiczne, niespodziewane… TO!

Nawet rozumiejąc, że Wyspa jest od nas o wiele mądrzejsza, bardziej wiekowa, a jednak nie narzekająca na reumatyzm, ani korniki czy trądzik, to jednakowoż… w głowie buzują pytania. Tworzą się, tańczą pod czerepem, mnożą się przez pączkowanie i wszelakie podziały… a potem tworzą kapelę. I grają… co wkurza. By ich uciszyć, można tylko i wyłącznie pomyśleć!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Budząca… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmi świat…

„Wiedźma Wrona Pożarta bała się świata. Nie tego zielonkawo-gałęziastego, nie tego z kamieni, fal morskich i wszelakich nierówności, nie tego rozbuchanego mocą nadciągających oczekiwań, misiowego, obrazowego i pluszowego, z trzęsącymi się okładkami i trzepoczącymi stronami, ale tego zwanego… współczesnością. Od dawna był on dla niej otwartą raną, a wkraczanie w niego, było jak wzięcie nadzwyczaj toksycznego, nierówno zaostrzonego patyka, porośniętego obrzydliwie żrącymi grzybkami i rozmyślne, plączące i tykające nerwy, bazianie. Po każdej wizycie w rzeczywistości Wiedźma powracała z niej chora.

Kompletnie nie zdrowa.

Cierpiąca.

Tym razem było podobnie. Przygotowała się przecież jednak. Ściągnęła z siebie wszystkie osłony i zerwała bariery, przekroczyła granice i odgruzowała wejścia, przymknęła drzwi duszom, by za bardzo nie oberwały, ale też i otworzyła tkwiące głęboko pod skórą oczy z tyłu głowy. Ale i tak… Bała się. Panikowała, ale też nie chciała, by wszyscy o tym wiedzieli, więc warczała i rzucała piorunami, kropiła krok za krokiem malowniczymi koronkami jadu i potrząsała każdą stroną swojego jestestwa. Ale musiała… choć może i jako Wiedźma i Wrona nie musiała nic… to jednak musiała. Tym razem musiała. I dlatego poszła tam i znowu wielokrotnie obrywała. I kolejny raz dziwiła się, że owi współcześni ludzie są bardziej ślepi niż ona, że nie potrafią ani słuchać ni naprawdę dotykać… Ale poszła. Bo czasem włażąc do tego świata, obrzydliwego, bolesnego i kompletnie jej obcego, znajdowała kogoś, kto tam na nia czekał. Kogoś, kto nie mógł inaczej przejść do jej teraźniejszośći, jak tylko wyciągnięty za ogon lub łapki.

Własnoręcznie, znaczy własnoskrzydle przez nią samą.

Tylko te Nowoczesne i nader modne przedmioty Niepotrzebne wiedziały najlepiej jak bardzo Wiedźma Wrona cierpi za każdym razem, gdy szła do owego zewnętrznego, bolesnego i chropowatego świata. I spotykała ludzi. Normalnych. Zwyczajnych. Ztelefoniowanych i ztelewizorowanych. Podnieconch comiesięczną wizją nowego modelu i tak nic nie wnoszącego do ich osobowości Ajczegoś. Ajżycia, ajoddechów i ajachów. Wiedziały tylko owe wyzwolone Niepotrzebne Nowoczesne, że najlepiej nie wchodzić jej wtedy w drogę, a i też wiedziały, że w tamtym świecie,  z którego i one się wydarły, widać był jakiś czegośktoścoś, który jej potrzebuje…

A kogo nikt inny nawet nie zauważa.

Powracając z owej koszmarnej rzeczywistości, z lasu półek, nieznośnych natarczliwości, trzymając za rękę Misia Spod Stołu, usiadła na progu i płakała. A Pan Tealight zbierał jej łzy, nawlekał na włosy Ojeblika i robił to, co tylko mógł zrobić, po prostu… czekał. Aż to wszystko minie, a współczesność się zmyje z ciała Wiedźmy. Wszystkie jej Wiedźmie Dusze znowu normalnie wypełzną na zewnątrz, a oczy zamkną!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Długa ziemia” – opowieść, której nie rozumiem… Może jestem za głupia? A może zwyczajnie nie do końca jest to historia dla mnie? Bo pomysł jest fascynujący… Inne światy, a dokładniej te same, kolejne Ziemie są właściwie dostępne od zawsze, ale właśnie teraz, nagle, dzięki mocy krokerów każdy może znaleźć sobie Ziemię. Własną. Pełną i inną. Mieć swój kawałek świata. Mieć wszystko, choć jeżeli chodzi o żelazo, to nie do końca… Bynajmniej codzienność się zmienia. Nagle prawo i stan posiadania nie mają znaczenia, a złoto, cóż jest żółte i się świeci. Jednak to, o czym opowiada Pratchett i Baxter to tak naprawdę historia jednego człowieka i pewnej myśli, tego, który ewoluował w komputer… nader znajomego osobnika!

… i właściwie dość powiedzieć, że humoru tu na lekarstwo, więc Świat Dysku to nie jest, a cała filozofia Ziemi dla każdego, a nawet i więcej, jakoś się nie zgadza. Wizja ma luki wielkie jak cała Ziemia, a sama treść… właściwie nie istnieje. Nie rozumiem celu tej powieści, po prostu nie rozumiem. Jest w tym fajna historia, jakaś podróż, ale poboczne wątki niczego nie wnoszą, a sam początek i zakończenie kompletnie nie są ze sobą powiązane, nie mają sensu… i czego właściwie poza fizyką ma ona nas nauczyć? Że czego by człek nie miał i tak to spierniczy?

To już wiemy…

Pan Wiosna daje z siebie wszystko… rozochocił się. Poszedł na całość i nic nie może go powstrzymać, ani nikt. Tutaj pączki tutaj pręciki i płatki, no masa roboty. Tu znowu zadbać o zieleń i żółcienie, tam w końcu dogonić zeszłoroczne szczątki, tutaj popędzić zbyt opieszałe jednostki łodzące, tam znowu jakoś przygnieść te zwały śmieci, co się rozłożą dopiero za kilka wieków…

… a jednak o czymś zapominał, a może o kimś?

Tak to jest jak Wiosna rodzi się męskiego rodzaju. Świat wtedy nie bardzo jest w stanie zajmować się wszystkim w tym samym czasie… a przecież akurat w tej porze roku właśnie o to chodzi, czyż nie?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmi świat… została wyłączona

Pan Tealight i Manewry Płodności…

„Nie tyle wrzało, co właściwie w całkowitej ciszy, bezmrocznej złowieszczo, przemykające cienie robiły odrobinę więcej hałasu, niż miały to w zwyczaju. Pokrętne Myśli i Wewnętrzne Natręctwa Intuicji zabarykadowały się w Wiedżmie, okopały i zaszancowały, wystawiły żeribę i kilka bombek, a teraz skonfundowane liczyły racje żywnościowe…

Sama Wiedźma Wrona Pożata Przez Książki drżącym palcem lewej ręki rysowała żelem zielonkawe, nader mało równe, maskujące mazy – mające też na celu zapobiec pewnym oznakom wiedźmostwa wrodzonego. Dwa w jednym! Dobrze wiedziała, iż wszelkie jady i złośliwości miała w sobie zmagazynowane, dostępne, złapane i unieruchomione wszelakie klątwy odwrócono, a pojemnik z szambem, zapraszająco szczerzy się roztwarty… Dróżka do Chatki Wiedźmy została w totalnym horrorze vacui naszpikowana bombami mniej lub bardziej ekologicznymi, aczkolwiek krowa z biegunką zażądała ogromnej zapłaty za usługi!

Potrąci się z wroga!

Pan Tealight zdecydował się tym razem na nową siatkę maskującą, gładź z wodorostów, trochę brunatnic w okolicy ramion oraz maseczkę z piaszczystej skorupy, oraz wykąpanie Ojeblika – małej, uciętej główki w soku z zeszłorocznych łupin orzecha i obtoczenie w muszelkach. Byli gotowi, zresztą nie tylko oni, w Białym Domostwie wszyscy opowiadali się za wiedźmimi racjami… mniej lub bardziej głośno i dobitnie!

I choć wszystko to zdawało się być nader dziwaczne, biorąc pod uwagę jasny dzień, przygrzewające słońce i świergot ptaków – na pewno szpiegów znienawidzonego wroga – ale cóż, było ważne i potrzebne!

Jak wszyscy to wszyscy!

W nocy poprowadzili śpiącego snem sprawiedliwego jedynego Chowańca dookoła Chatki, coby na wszelki wypadek teren oznaczył odstraszająco męskościowo. Średniomu to poszło, ale Chochel – chochlik pisarski, odważnie wziął sprawy w swoje ręce i inne członka, opił się wizji „cobybyłogdyby” i dał z siebie wszystko! Nawet kolce obgryzione przez uczynne niziołki nastroszyły swoje ostrości…

… bo może w tym roku Wiosna był mężczyzną, ale pewne sprawy należy wziąć w swoje ręce.

– Nikt nas do rozmnażania nie zmusi!!! I to NEVER!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Łiiiihaaajjjjjjjjjj… wystrzeliła Wyspa z tym Wiosną jak oszalała, rzuciła się w tańce, wygibasy wszelakie, wyliczanki i trendy… Zaliczyła już wilczy głód i dalejże płodzić te listeczki i płateczki, przesłodkie pręciki pocierać, pyłki dmuchać i nadmiernie eksploatować wszelaką barwność.

Aż szarości zrobiło się głupio, że niby taka niechciana. Że niby taka niepotrzebna i ogólnie pozbawiona pożądliwych zaślinień. A przecież taka na miejscu, że gdyby nie ona, co by te kolory miały za tło?

Domy znowu błagalnie zerkają na tych własnych, dziwnie zmutowanych osobników, coby czym prędzej narzucili im nowej farby.

Może w tym sezonie jednak zdecydować się na zmianę koloru fasady? A może polecieć w lekką chropowatość? Mokra włoszka może, lakierek, albo gustowny rzucik artstyczny? Podobno modne są szablony, ale taki dom nie potrafi się zdecydować… chce być piękny, ale też kochany…

… czasem nawet i przez samego siebie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Manewry Płodności… została wyłączona

Pan Tealight i Dobra Ona Rada…

„Dobra Ona Rada spojawiła się przed Białym Domostwem całkiem niespodziewanie. Narzucając się wszystkiemu i okolicom. Dumna jak zwykle i pewna siebie, zadowolona, opromieniająca swoją, pewną w samej sobie, mądrością każdego chętnego, ale w szczególności tych, którzy jej serdecznie nie pragnęli. Bo ona jako jedyna, zawsze w siebie wierzyła i była pewna, iż każdy jej potrzebuje. Nie dopuszczała, nie tolerowała odmowy, zresztą, tak naprawdę wybiórczo słuchała. A może i przekształcała w locie uderzajace ją słowa w poemy pochwalne. W jęczące hymny i urokliwe slogany wychwalające jej istotność w przyrodzie.

Miała na sobie jedyny słuszny strój, opinający nazbytnio jej nader perfekcyjne ciało i oczywiście była kobietą. Akurat w tym zawodzie to zawsze była baba. Chłopy nie miały takiej śmiałości, no i kobiety ich przerażały! Włosy upięła idealnie i każdy kosmyk dobrze wiedział co powiedzieć innym, spotykanym na swojej drodze. Wiedziały jak inne powinny się czuć, jak się kręcić, jak wymykać spod wstążeczek i spinek, oraz w jaki sposób spoczywać na czaszce. W ogóle świetnie wiedziały czego chcą i czaszki!

Była cała całkiem pewna, że jest tutaj ktoś, kto na nią czeka. Ktoś, komu będzie mogła pomóc, służyć swoją idealną, zawsze dobitnie naprawiającą światy radą, zmienić jego teraźniejszość, bo przecież jest Dobrą Radą. Potrzebną i słuszną, pożądaną i upragnioną przez każdego.

O niej się śniło, o niej marzyło i o nią przecież błagało w paciorku.

Pierwszy był pomidor, modyfikowany genetycznie, by z wysmakowanym w swym dźwięku odgłosem PLASK uplasowić się w okolicach jej potylicy. Miał nader miękką, malowniczo gnijącą od środka treść żołądkową i ładny łuk rozbryzgu… Potem nadbiegły chętne by się przytulić ziemniaczki. Potem kilka rajskich jabłuszek sprzed kilku sezonów i pakowane w poręczne woreczki zawartości okolicznych skarbnic kup. A później czas zamarł, a wszyscy ci, którzy musieli w swoim życiu poczuć się niepotrzebnymi, wysuszonymi, dawno już niesmrodliwymi koprofitami, na których nikt nie zwraca uwagi, bo przecież i tak się nie przyczepią… ale za to oblanymi samymi dobrymi radami, radowali się w swej niewielkiej zemście.

Nawet Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki tym razem miała bardziej niż  idealnego cela!

A Dobra Rada? Cóż, nie wzięła tego do siebie, raczej gdzies obok, gdzieś w okolicy promienia wielu mil. Bo przecież była radą, a tego zawsze każdy pragnie! Przecież należy się uczyć…

Zresztą ona nie była w końcu natrętna, wcale a wcale!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cylu przeczytane: „Strach mędrca 2” – opowieść o Kvothe nie jest dla wszystkich. Jeżeli oczekujecie piorunującej akcji, ciągłego seksu i wypadków przy pracy, idźcie precz! Tutaj wszystko biegnie powoli, krok za krokiem, dokładnie, rozsmakowując się w szczegółach, mając czas na opowieści z różnych światów i przestrzeni, oraz krople desczu. Cała historia jest namacalna, wysmakowana… ale niektórym zwyczajnie może wydać się nudna. Bo nasz główny bohater zdaje się mieć czas na wszystko, poza tym, czego po nim oczekiwaliśmy. Starzy przyjaciele są zapominani, nowe wyzwania od razu brane pod uwagę. Wciąż jest coś więcej… Ale i tak dobrze się to czyta. Włazi się w tę opowieść, marznie nam dupsko, czasem strzelają, ciało się uczy nowych mocy, a mózg udowadnia, że jednak nigdy nie byliśmy nastolatkiem…

… o wspaniałej przeszłości i intrygującej teraźniejszości…

Tapla się Wyspa w owej wiosenności. Zdawałoby się, że w końcu przejdzie nad tym sezonowaniem do porządku dziennego, a jednak nie… Ciągle coś zachwyca. Ciągle coś świergoli i wciąż ogląda się cokolwiek na nowo. Jakby ta Wiosna 2013 pracowała na zwolnionych obrotach, by pokazać wszystko. Udowodnić, że potrafi nie tylko wystrzelić i obzielenić, ale przede wszystkim rozsmakować się w tworzeniu.

Dopieścić każdy płatek i każde ździebełko…

To tak, jakby akurat tym razem sens miała wyłącznie pedantyczna dokładność, dbanie o szczegóły i zwyczajna ospałość. A może po raz pierwszy wiosna, ktora tym razem jest facetem, postanowiła pracować nader powolnie. Roztropnie zważać na każdy listek i każde gniazdko. Na każdą zaświergoloną parkę, której namiętność i dominująca żądza, genetycznie zmuszająca dokładnie wszystkich do kopulacji na okrągło i romboidalnie, wte i wewte, oraz całkiem na opak… odbiera wszelakie zdroworozsądkowe podejście do egzystencji…

… wiosną chyba koty lubią ptaszki, ja kotów nie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Dobra Ona Rada… została wyłączona

Pan Tealight i Skarb dla Wiedźmy…

„Napadło na Wiedźmę Wronę uczucie poszukiwania. Natrętne, nagłe pragnienie znalezienia… Skarbu. Właściwie ta, którą codziennie zadowalały patyczki i kamyczki, chmurki i obłoczki, kwiatki i trawki, dziwnie, często obscenicznie uformowane listki, nagle postanowiła znaleźć to, co uznają za „skarb” i inni. Wtopić się w ową dziwaczną definicję i pokłonić się Bożkom Nagabującym Wszechświata. Ot na chwilę, w celach wyłącznego, czystego eksperymentu. Tylko prawdziwie empirycznie doznać dlaczego cały świat uznaje za cuda takie śmieci!

Wzięła łopatę, kilof i saperkę… taczkę, oraz gromadkę nadpobudliwych krasnali, co są zawsze do wynajęcia – była promocja – ale w połowie drogi zawrócili i postanowili jednak zmienić wyposażenie. Okazało się, iż skarbów nie zdobywa się obecnie poszukiwaniem prawdziwym: mordowaniem smoków i upierdliwych, brzydkich księżniczek, wydobywaniem księciów z ich metalowych wdzianek, szachrajem i poślubianiem następcy tronu, potem, brudem i łzami, ale… za pomocą torby ekologicznej, oraz kawałka plastiku, uprzednio najlepiej wciskanego w wąską kapliczkę Plującego Papierem Bożka. Bo jego awatary, mniejsze i przeciągające, mocowane przy tzw. kasach, czasami odmawiały współpracy. Albo Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki zwyczajnie nie znała odpowiednich litanii i nie brzdąkała nowennami? Nie wiadomo. Bynajmniej okazało się, że wstępując do Bazyliki Szajsu, zwyczajnie zdębiała i zsośniła się. Napadły na nią kolory i zapachy – wszystko strasznie inne i niemiłe, napierać zaczęły ciała – całkiem obce i nieznajome… wszystkie z roziskrzonymi oczami, niczym zaprogramowane na swe skarby roboty… Pełzające za napisami SALE.

Z początku zdawało się, iż to jest ten skarb, ale w końcu okazało się, że w świecie, w którym roślinki wyniesione na zewnątrz zdychały, kwiatkom zakupionym, dziwnie nawoskowanym opadały główki i jęcząc toczyły się w strone portu… ubraniom rozchodziły się szwy bez uprzedniej separacji, a baloniki nie chciały latać… że w tym świecie można żyć tylko tam. W Bazylice, w której unosił się odór dziwnie przesączonych za życia oparami balsamicznych cieczy, ciał. Tylko tam skarby były nimi naprawdę, tam tylko rośliny żyły, a miotane świeżym powietrzem wypisywały się z kręgu życia…

Właściwie z poszukiwań Skarbu nic nie wyszło. Krasnale opiły się wody z fontanny i posrały się chlorowymi wyziewami. Kawałek plastiku zbuntował się i odmówił takiej prostytucji, nie chciał być wkładany!

A Wiedźma Wrona?

Ona zwyczajnie uciekła…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Wyspa się nasłonecznia, wypuszcza te wszelakie wiosenne feromony, a cała mieszkająca na niej uprzejmie reszta wszechświata… wariuje. Koty robią to co zwykle i obsikują Chatkę Wiedźmy… co jest nadal nad wyraz podejrzane. Nie wiadomo, czy to zwykłe skurkoczyństwo, czy jednak przemożna chęć oznaczenia terenu i utrudnienia oddychania zatokom Wiedźmy, a może to tylko owo natrętne, niezrozumiałe, nader działające między gatunkami, uczucie?

Aczkolwiek możliwe, iż podobno działające między wymiarami – wrony nigdy tego nie potwierdziły, a im można wierzyć, spójrzcie na te wielkie dzioby – zwierzaki, mają coś innego na myśli…

Ptaszki świergolą tak przebrzydliwie nagminnie, na wzmacniaczach, i to wyłącznie pomiędzy 5 a 6 rano… że Wiedźma Wrona Pożarta odczuwa w pewnym okresie ochotę na rosołek. I to wielogatunkowy! Ale przecież tego nie zrobi, ptaszki oczywiście o tym wiedzą, no i bezczelnie się chichrając drą, wydzierają, kroją i kompozują te swoje miłosne trele wyłącznie wtedy, gdy ona chce spać!

Przyroda jest okrutna!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Skarb dla Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma z Morskiej Pianki…

„Napadła na Wiedźmę Wronę pretensjonalna i wszystkomogąca Morska Pianka. Ubzdurzyło się jej falistej, że nurzająca się w wodorostach i nadzwyczaj mokrych kamyczkach, w liściach i wszelakich śmieciach, mało formiasta i mało definiowalna osoba, da się przekształcić w coś intrygującego. Ale ta się broniła. Odrzuciła Afrodytę od razu. Rozbiła srebrzystą muszlę i nie zgodziła się na bujne owłosienie… na głowie. Odmówiła jabłek, pierścieni, szat i podobno ma uczulenie na runo! Żadna mniejsza boskość urody nie zdołała też jej przekonać. Ani nimfa, nereida, syrena, satyryczka ni elficzka. Żadne muśnięcie delikatnością, ani owa srebrzystość perłowa skóry, pałające policzki, te rzęsy i usta, których karmin chciało się całować. Mogła mieć łuki i pantery kilka par dodatkowych rąk i wężową łuskę, mogła mieć skrzydła i moce, no i młodość wiekuistą mieć mogła…

Nie chciała tego!

Morska Pianka czuła się zadziwiona… Ani zwiastowania, ani zmartwychwstania, ni valkiriowania, czy innej thorowości, żadnej olimpijskiej wysokości, czy wszelkich boskich plemion. Żadnych tęczy, rumaków i poroża, ni roczłonkowanych ukochanych, ryb pożerających męskości, czy też trzeciego oka i kilku par dodatkowych sutków… niczego nie chciała. No i może dary były barwne i wszelako zróżnicowane, to jednak przecież miała być to boskość, owo nowe narodzenie ku wszystkiemu, wszelkiemu władaniu i poniżaniu maluczkich upierdliwców!

A ona nie chciała… Wiedźma Wrona Pożarta, cholerna, nic z tego nie chciała! Głupia taka, nie wiedziała co mieć mogła, nie wiedziała co traciła, jaka mogła być i jaka nie musiała, ale i tak gdy fala przypływu ją zmyła, gdy Morze jak zwykle, choć wciąż takie mroźne, kroczyło za nią gdy szła brzegiem, co rusz ją kropiąc, liżąc, zalewając po kolana – co najmniej… Doczepiła się wtedy do niej Morska Pianka. Ot tak by spróbować, o co w tym życiu chodzi. Odpowiedzieć sobie na zdziwienie… Co w tym szeleszczeniu, pluszu i zapachu farb, co w kamieniach i patyczkach, drobinach magii, liściach i nadpsutych owocach, co podobno piękne… Jak to widzieć świat poprzez takie coś? I zobaczyła. I została… i choć pod prysznicem trochę jej spłynęło, razem z piaskiem i muszelkami wróciło do Morza, to jednak ona została.

I tak boskość wszelaką, ciekawską, a nie tylko zaintrygowaną… szlag trafił na dłuższy okres.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Przysnęła w pierwszych porządnych promieniach słońca Wyspa. Ot zwyczajnie rozciepliła się, rozleniwiła, postanowiła jakoś tak odpuścić nagle, a i czas nadgonić. Dorwać go, złoić mu skórę i zabawić się w komletnym niebycie oraz totalnej wolności. Niteczki cieniutkie korzeni natrętnych krokusów i przebiśniegów, dorocich lilijek i wszelkiej innej wiosennej, owej delikatnej, nadmiernie zielonej aktywności ją muskały… leciutko pobudzając krwinki i utleniając wyspową cerę.

Oj tak… Zima się obraziła i zwinęła manatki – choć po sobie nie posprzatała – a Pan Wiosna wkroczył w końcu na scenę z całym dobrobytem inwentarza i nowym wystrojem wnętrz. Narzucił swoją ckliwą zieloność oraz wszelaką bujną płatkowatość. Wymaga czystych okien i uczesanych trawniczków, nasionek przygotowanych w obiecujących plony torebeczkach, oraz jednoczesnej, pełenej i namiętnej gotowości na płodność… artystyczną także!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma z Morskiej Pianki… została wyłączona

Pan Tealight i lustra z Wiedźmy…

„Pan Tealight czuł się niewiarygodnie i lekko wstydliwie… tak dziwnie zmieszanie się czuł. Czuł tak, jakby ktoś wziął ten jego ukochany świat, ten zamknięty i bezpieczny w szklanej kuli, i brutalnie kręcił nim młynka, dodatkowo co rusz to potykając się o wyświechtany, stary dywan.

Bo Pani Zimy wróciła.

Właściwie cała ta sprawa z miłością zaczęła mu naprawdę doskwierać. Kochał w swym życiu dwie kobiety, ją i Choinkę… ale gdy ta druga zwyczajnie odeszła, by tylko gdzieś tam przemienić się w pył, tak Pani Zimy go rzuciła rok temu, niedawno. Po prostu nie przyszła, a nawet gdy zajrzała, to tylko by sypnąć w oczy innym, przyprószyć cudze dachy. Teraz w nowym domu, którego jeszcze przecież nawet nie poznał do końca, ona postanowiła go odwiedzić. Tak zwyczajnie…

… postanowiła do niego wrócić.

Nie wpuścił jej. Nie chciał cierpieć. Nie znowu… ale ona czekała. Wkurwiając nowonarodzonego Pana Wiosnę i odpierając mu wszelaki, jednakowoż należący się przecież, splendor. Czekała i sypała śniegiem. Mroziła, z wściekłością targała okolice wiatrem i nie chciała odpuścić. Ale on już jej nie chciał. Może i wmawiał sobie, że nic nie czuje, może i się okłamywał, ale po prostu nie chciał…

Pomóc mogła jednak tylko Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki. Tylko nie dokładnie ona, ale jej odbicie. Owo błąkające się po lustrach Śnieżnej Królowej, które, gdy tylko je rozbić, przyczepiało się do wszelkiego czasu i miejsca, naznaczało sobą zieleń i czerń, błękity i biele…

I… Zmieniało.

Tak zwyczajnie, jakby było częścią wszystkiego. Jakby w owej Wiedźmie było coś, czego tak naprawdę nikt z nich nie pojmował. Coś co potrafiło dotrzeć do każdego miejsca i każdej istoty, w każdym ze światów każdego czasu. Jakby było w niej coś, co nie uznawało tego, iż coś było, lub się skończyło… a tylko czasem zwyczajnie mówiło: Nie! Tylko, że rozbicie jednego z kryształowych luster, roztrzepanie odbicia Wiedźmy Wrony na najmniejsze cząstki, było zawsze dla Pana Tealighta nazbyt okrutne i dziwnie przerażająco bałaganiarskie.

Bo wiedział, że tak czy inaczej w rzeczywistości to tylko jej się oberwie za wszelkie przewinienia innych i błędy świata… Wiedźmie do bicia.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Adamantowy pałac” – opowieść o smokach i człowieku, który zdolny jest podporządkować sobie świat i zniewolić… subtelna symbolika naszej współczesności, czy jednak tylko fantasy. I to fantasy spisane dość specyficznie. Urywkami, osobami, bez legend, opisów, bez nadmiernej eksploracji terenu… bez owej pięknej, bajecznej epickości.

Prawdziwe!

Ot człowiek, zawsze chciwy, zawsze pragnący więcej, odpychający od siebie zrozumienie i wiedzę, brutalnie miażdżący teraźniejszość. I smoki, które w rzeczywistości są całkiem inne niż wszystkim sie wydaje, a może tak naprawdę wszyscy wiedzą, a tylko nieliczni sprzeciwiają się temu? Oto debiutancka powieść Deasa. Dobra, choć może nie wszystkim przypaść do gustu, intrygująca, trzymająca w napięciu, ale też nosząca wiele niewiadomych, co daje nadzieję na ciąg dalszy.

Dopuszcza Wyspa do siebie światło słoneczne, dziwnie powoli, dziwnie wydziela te chwile pełnej widzialnej świadomości, niesamowitej błękitności, owo jakże niemożliwe, dziwnie ospałe ciepełko… jakby chciała coś ukryć. Tylko czy przed sobą, czy przed nami, a może przed kimś, kto krąży dookoła i bezczelnie wszystko obserwuje… Wielki Cholerny Podglądacz!

Może tak naprawdę chodzi o coś więcej?

Czy ma to jakiś sens, że wciąż dyskryminuje się, a może zwyczajnie nikt nie naoliwił Wielkiego Koła Czasu? I nie chodzi o dyskryminację, a może o coś, co się wydarzyło, albo miało wydarzyć, a jednak nie zajęło swojego miejsca na świecie?

To tylko zimno i tylko śnieg… a jakże działa na ludzi. Wkurzonych na opóźnienia, co jednak nie sprawi, że gdy będzie ciepło, to ludzie nie będą utyskiwać na to, co mają. Wyładowują swoje, spowodowane aurą, owe misternie „niewiosenne” pogodowe frustracje, na kim się da, bo przecież tak lepiej.

Łatwiej obarczyć za niezrozumiałą wściekłość… okolicę, niż zrozumieć.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i lustra z Wiedźmy… została wyłączona