Pan Tealight i Piekielnie Przedśmiertnie…

„Przebudziła się nagle Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki na dziwnie wystygniętym łóżku, bez chrapiącego towarzystwa, bez Chowańca, który mógłby wytłumaczyć wszystkie te dziwne dźwięki dookoła, ale niekoniecznie to dlaczego powinno się wstać z łóżka. Coś ją chyba przestraszyło, coś w środku niej uprawiało dziki taniec na drewniaki, bandę zielono odzianych z ruchomymi nadmiernie nogami, stopami na zawiasach i piętnaście klaunów wyskakujących z kolorowych pudełek z dzwoneczkami… Coś sprawiło, że sny podwinęły ogony, zakasały kiecki i gubiąc po drodze swoich bohaterów, umknęły.

Przebudziła się i nagle ogarnięta lękiem, przerażona dziwnością łóżka… wstała. Odepchnęła się od ściany i lekko mało przytomnie, kontaktując wyłącznie na stykach własnej nietypowości sięgnęła po Wielką Bluzę. Wielka Bluza była super. Bo była zaskakująco tak wielka, że mieściła calutką Wiedźmę. Mieściła ją od czubka głowy po kolana, zostawiając na zewnątrz wyłącznie te elementy, które najmniej przerażały otoczenia. Podciągnęła rękawy, sięgnęła po klucze i zerkając bacznie dookoła, czy też zagrożenia ze strony spotkania żywych nie ma, wystawiła głowę za próg, a potem, wciąż pociągając nosem podskoczyła do Skrzynki Na Listy. Ta kłapnęła na nią złowieszczo, ale mogło się zdawać, że to tyko wiatr… tia, mogło się tak zdawać w każdym innym domu, w każdym innym miejscu. Ale nie zdawać tutaj!. Zresztą dziwnie zaślinienie srebrnej krawędzi, tuż przy klapce i resztki paznokci listonosza świadczyły niezbicie o diecie owej maszyny… Ale Wiedźma Wrona Pożarta potrzebowała pocieszenia pocztowego. Owych kopert zalizanych, niczym mlaszczących pocałunków, owych znaczków ślinionych starodawnie z jakże zębatą krawędzią, owych słów, często szalonych, nieskolidowanych z powierzchnią pisalniczą. Owych niespodzianek, które nie są rachunkami, lub gazetkami reklamowymi udowadniającymi, że jest jakiś inny świat, w którym świat Wiedźmy tak naprawdę tylko zajmuje miejsce…

Sięgnęła więc kluczykiem, zamerdała brelokiem, a potem znalazła się pod znaną już bramą, kutą, z gustownymi różyczkami i widłami w poplątanym herbie i mężczyzną o niezwykle koziej osobowości.

– … więc tak jak zwykle, rozumiem – zakończył swoją rozmowę przez komórkę ryśnięciem szkiełka pazurkiem i lotem wysokim, niezwykle nieopadającym posłał ją w ciemność rozświetlaną wrzaskami. – Znowu? No rozumiem, nie ma się co wstydzić, panienka postąpi tutaj, zaraz wpiszę do listy gości. Nie nie trzeba, no przecież pamiętamy… – skrzypiał gęsim piórem po bladokremowych, czerpanych, ciężkich stronach o dziwnym, balsamicznym oddechu jaśminów. Uśmiechnął się, gdy skończył, a lekko oszołomiona Wiedźma stałą wpatrzona w pióro zastanawiając się czy to gęś, czy jednak inne wielkie, białe ptaszysko? – Napije się panienka czegoś najpierw? Może jednak, nie? No to od razu przejdę do rzeczy. Jak najbardziej zasłyszane opinie uwzględniliśmy w projekcie. Tutaj na przykład mamy sklepik z pamiątkami i naszą nową usługę – wyślij kartkę rodzinie pogrążonej. Proszę proszę coś napisać, wysłać sobie. Przyjdzie z datą sprzed zgonu – oj taki żart no! Czasem rodziny potrzebują takiego pocieszenia… o tu wrzucamy, nic się nie stało, nie gryzczie. Dojdzie pieronem! Znaczy się szybko tak… więc po prawej mamy stały oddział chrześcijański, no wiadomo tradycjonaliści, więc tylko gary ze smołą, wąwozy z lawą, wrzątki… czasem myślę, że to przez to, iż wyprowadził ich z ziemi egipskiej, a tam ciepło, wiadomo… może marzną. No tutaj po lewej nowość. Dla tych zabieganych. Rozrzucamy im rachunki do zapłaty, ganiają tak jak te Prometeusze, Tezeusze i co tam insi przed nimi, a potem od nowa, nie dojdą na pocztę. Tutaj największy oddział hejterów internetowych. Z nimi jest łatwo, wystarczy wyciągnąć wtyczkę i gotowe. Zrobią wszystko żeby dopuścić ich do sieci, więc wie panienka, mamy darmową siłę roboczą. Tutaj Drzewko Podeszło, znaczy takie dla tych co szans w życiu nie wykorzystali, oraz dla tych, co po prostu z lenia brzuch zapuścili. Jedni zrywać z niego chcą hamburgery, inni wymówki, więc każdy widzi swoje. No i moja prywatna duma i chwala, pomieszczenie dla zwolenników wychowania bezstresowego, ale lepiej panienka tam nie wchodzi, sam się boję, wysyłam tam tylko prawników. A i tak wykruszają się jak porcelana… oj proszę uważać, gwóźdź! No bo to nowe, farba też nie wyschła, panienko?

Panienko?

Panienko?

Wiedźma Wrona Pożarta w Wielkiej Bluzie z Oberwanym Rękawkiem stała dziwnie oniemiała przed swoją Skrzynką Na Listy i wyjmowała z niej pocztę, którą potem zaniosła na stolik w kuchni i nawet tam nie zaglądając, zwyczajnie położyła się spać.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „World War Z” – … pamiętam jak w pewnej genialnej komedii mającej związek z elementem wystroju żeńskiego zewnętrza, ale nie bądźmy szowinistami… otóż tam grupa wieśniaków tak zwanych wrzeszczała: „Zostaw nas w spokoju Melu Brooksie!!!” – wolny przekład. Mel sobie do serca tego nie wziął i teraz nęka ludność synem własnym! I to jak nęka!!! Nie wiem skąd facet to wziął w sobie, ale nie dość, że wyględny, nie dość, że niegłupi, oczytany i inteligentny…  to i zombie ma! Zaskoczyć potrafi, zaciekawić… właściwie całą tą powieść, może i raczej zbiór wywiadów/reportaży podzielonych na kolejne etapy wojny, połyka się za jednym zamachem i nie można przestać o niej gadać!

Jeżeli oglądaliście film, to sorry miśki, ale nie ma tutaj pana Pitta. Jest autorem tej książki, nie kimś, kto w niej występuje. Jest uszami, co zapisały opowieści różnorakich osób z całego świata… Jest tym, który postanowił, iż wszyscy powinni wiedzieć. Popatrzeć na owo wydarzenie z wielu stron. Poznać i bohaterów i poszkodowanych, tych najbardziej pokrzywdzonych i tych, co zwyczajnie uciekli. Tych, których już nie ma, ale przede wszystkim tych, którzy przeżyli. Zagłębiając się w owe krótkie wycinki życia, „przygody” kolejnych osób, Max doskonale oddaje specyfikę tamtego okresu. Sprawia, iż zdaje się nam, że czytamy powieść historyczną… która zaskakująco wciąga. Ale też, nie żałując sobie, autor doskonale obnaża głupotę współczesnego świata, piętnuje ludzi, którzy nie potrafią sobie właściwie nawet podetrzeć tyłka bez asysty i celebrytów. Jego bohaterowie nie muszą przenosić gór – wystarczy, iż w momencie próby okażą się… cóż, tylko sobą, tylko ludźmi.

Jestem pod takim wrażeniem, że głupio mi spod niego wychodzić. Jakoś tak głupio. Może i zwali mi się na głowę śwat cały, ale może to i lepiej?

Siedzę i gapię się w okno. Czasem sobie myślę, że na Wyspie ogólnie winno się zakazać telewizorów. Bo i tak naprawdę, to po co one? Tutaj jest tak zmiennie pięknie. Na przykład dziś z tym szalonym słońcem i chmurami, powoli przechodzącymi z podniecająco ciepłego, kremowego, bulgoczącego frywolnościa, w stan majestatycznie ognistego rozleniwienia. Smagane wiatrem nie chcą być skupione, ale rozdzielając się na maleńkie kęsy pozwalają się porwać niebu… Gdzieś tam na horyzoncie ktoś rozpostarł wielkie sieci i łapie je tworząc ciężkie, fioletowe warkocze…

… ciekawe tylko, czy z kokardkami? Bo przecież bez kokardek to nie warkocze. To tylko plecione, martwe elementy wyrastające z głowy – tudzież innych partii skóry, o których w tym wymiarze człowiek nie chce myśleć. Z drugiej strony zima idzie, przyda się każdy kożuszek, co nie?

Pierwszy śnieg już był. Nie żebym się załapała. Zniknął niczym wylazłam spod kołdry, rozpuścił się tańcząc w powietrzu, bo się słońcu nagle zachciało znowu wyłazić. Ej no!!! Chcę śniegu!!! Nie tylko zapachu w powietrzu, owego lekkiego mrozowego posmaku na ustach, tej soplowatości gdzieś pod powiekami… tej śnieżnej aromatyzacji, która zdaje się kroczyć za mną w najdziwniejszych porach roku. Może i pola zieloniutkie, szalone, a i dachom mszawo odbija, ale to nadchodzi!!!

Tylko, czy tym razem będzie snestormowo? Czy pozalepia okna i drzwi, pobieli wszystko tak, że swój swojego nie rozpozna? Bo w końcu dlaczego nie? Przecież czasem dobrze wpaść na coś nowego, niekoniecznie z własnej, nieprzymuszonej woli, ale raczej no wiecie, tak z przypadku.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Piekielnie Przedśmiertnie… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Pomechacona…

„Splunęła Wiedźma Wrona Pożarta… na siebie splunęła obficie. Na owe kości z nadrukowanymi słowami, bolące, nerwy w zdaniach piekące, na mięśnie z okładek odmawiające kroczączej posługi. Podczołgała się pod drzwi ciągnąc za sobą kocyk i donośnie zawyła. Wszelkie odgłosy w okolicy umilkły. Wrony z dachów poderwały się gromadnie do lotu i obdzielając się piórkowymi w wadze ciosami, ewakuowały się wiedzione wyłącznie poczuciem… bezsilnej bezbronności. Bo serio, no ile można chorować i to jeszcze tak, coby zwykłe wylegiwanie się w pościeli nie było w przyjemność wliczone!? A co z tym bólem, co?

Wycieczka sponsorowana, etap dla masochistów, po przystankach: rodzaje bólu dla każdego?

No wkuła się Wiedźma Wrona na siebie, bo nic jej na drodze stać nie może, nie jej, nie nic. A jak już powyła i pokrzyczała, to zwyczajnie zagryzając do bólu zęby, wstała. Zasyczała, kroplami jadu splamiła dywanik, a potem zrobiła krok i drugi i kolejny… aż ból nie skopał jej kolan od tyłu i znowu nie powalił do pozycji archonty. Jakby chciał powiedzieć:
módl się grzesznico,
bo nam to za nico,
czyś na płasko leżysz
czyś całkiem łkające nico…

Ale ból nie wiedział jednego o Wiedźmie Wronie, że bestia łatwo się uzależniająca jest. Że jak coś jej podejdzie, to nie puszcza, to jątrzy i mąci jej pod kopułką, to zmusza do zachowań dziwnych, to szaleństwem ją inszym nęci. Nie wiedział, że ona i tak wstanie i znowu i znowu i znowu, choć od owego przymusowego rozmodlenia już kolanka się jej na przypisach spłaszczyły. Bo w końcu ból wie tylko jedno… a jedno, to zawsze nie jest wszystko. Jak Wiedźma wyjść na dwór chcę, podotykać swoją Wyspę musi, zwyczajnie po lesie pobłądzić, po julemarkedach się powłóczyć, popatrzeć na rodzące się na domach i choinkach światełka, na te owe drzewka spraszane do domów, na owe gałązki zielone, pachnące, żywicą sklejające jej dziurki od nosa… to nikt jej nie zatrzyma. Zmechaci ona sobą nieczesaną taką każdą drogę, którą musi przejść, przeciągnie się przez każdy opłotek i każdą kałużę wdepnięciem na pewno zaszczyci… Bo pewne rzeczy są dla jednych zwyczajne i możliwe, codzienne i niezmiernie nużące, a dla innych są zawsze przygodą, walką z wiatrakami, podróżą na chromym słoniu i maseczkami z ucha igielnego. Bo tak to już z niektórymi jest…

… i tylko dlatego warto wstawać…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Ogrody marzeń” – … i te małe, angielskie miasteczka. Specyficzne o nosach łatwowściubialnych, o oczkach zawsze bystro zerkających zza firanek. Te małe domki, wielkie posesje, plebanie, probostwa, salki spotkań… te ogrody. Owe cuda wolnego czasu. Dowody na to, że starość jest piękna, potrzebna, użyteczna… mądra, choć do słabości nie chce się przyznać. Dorosłości, zabieganej, zalatanej, często zranionej, ale też i dumnej, dziwnie starającej się zatrzymać wszystko w sobie. I młodości oczywiście. Owe odważne, dzielne, pewne swego, nieśmiertelne młodości… I miłości. Takie, co się zdarzają, bo tak ma być.

Zwyczajnie…

Oto powieść Eriki James. Urocza, łagodna, prawdziwa, ale i baśniowa. Opowieśc o poszukiwaniu prawd o sobie, o miłości, która przydarza się czasem i wtedy, gdy na nią nie czekamy, gdy już nie pragniemy… O związkach i rozprawianiu się z przeszłością, czyli wiecie, o życiu. A dodatkowo, o życiu każdej grupy wiekowej. Bo przecież wszystko co się dzieje, dzieje się wciąż, tylko inaczej postrzegamy z bagażem miesięcy i lat to, co nas otacza…

W ogólnej szarości listopadowej się zieleni… przede wszystkim mech dziko korzystając z nadmiaru wilgoci odbija sobie za wszystkie czasy. Buzuje na dachach i kamieniach, jakby chciał udowodnić, że serio nie potrzeba mi ziemi, że ja sobie w każdym miejscu poradzę, byleby co pić było… a co pić w końcu ma. Pną się w górę wszelakie miniaturowe drzewka i liany, całe światy wzrastają, jakby chciały w owym krótkim okresie zaliczyć wszystkie przemiany, a na dodatek zasłużyć sobie na gratisowe, naczółkowe, wielce tam wymuskane… oczko.

A poza mchami są jeszcze pola. Te same oblewane farbkami. Właściwie nie uświadczycie koloru ziemi. Nie ma jej. Deszcze narzuciły polom zieleńskość. Wielką i buzującą. Szaloną, dziwnie nie pasującą do otoczenia. Piękną i soczystą… ale jest coś jeszcze. Coś dziwnego, zaskakującego. Niesamowitego w każdym odcieniu i każdej kropli swojej dziwnej łagodności.

Na jednym z pól rozsiadł się rzepak i kwitnie. Może nie wyrósł chłopak ponad stan, może i mikry jest, drobnica całkiem, chudzinka taka… ale kwitnie. Wszystko postawił na jedną kartę i w listopadzie żółci zielone pole. Każdy kwiatuszek wygląda trochę niczym zagubiony we wszechświecie kosmita, jakby nie wiedział ni gdzie jest, ni co tak właściwie tutaj robi i jakie jest jego przeznaczenie… więc tylko kwitnie.

Wyspę zdają się kręcić owe kolorowości. Dumna z owej niesamowitej zorganizowanej zielonkawości dorzuca od siebie szalone porosty. Na gałązki bez listków, na te całkiem połamane, łagodnie zrezygnowane, gotowe wtopić się w podłoże. I szaleje z kształtami ich powierzchni. Niczym falbankami rozrzuconymi przez nader utalentowaną szwaczkę, która jednak nie do końca wie, czego pragną jej odbiorcy…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Pomechacona… została wyłączona

Pan Tealight i Smutne Szaty Wiedźmy…

„Mała Wiedźma najchętniej ogólnie latałaby wyłącznie w porciętach i koszulinie. Ogólnie mówiąc może i bez, ale jakoś tego okresu w swoim życiu nie zapisała. Ale bardzo bardzo bardzo Małą Wiedźmę Zła Królowa, wtedy nią jeszcze podejrzanie lekko zaintrygowana, odziewała ją w różowe tkane przez najlepsze ślepe pajęczarki sukieneczki i koronkowe gorseciki, w taftowe spódniczki i nader krótkie pelerynki… Niczym ulubioną lalkę, którą się wyjmuje, macha nią, a potem zostawia w kącie z oderwaną głową i wyłupionymi oczami. Z włoskami obciętymi tępą żyletką i wyłamanymi rękami. Z owym wrażeniem, że wszystko przemija, a przed tym nim przeminie, nim zwinie makatki i dywany, spakuje torby i wyrzuci stare meble na śmietnik, to tak naprawdę… jakoś i tak nie ma sensu.

Z czasem, gdy słodkie, pulchne dziecięco, dziwnie konsumpcyjnie bobo przmeieniło się w, podobno nadal słodkie, ale już dziecię wieku szkolnego, Zła Królowa na dobre straciła zainteresowanie. Zostawały jej tylko pozory. Ale małe bardzo, ukrócone i zawsze wytłumaczalne. Wtedy już wiedziała, że przegrała, a puchar, który jej pozostał po tej walce wciąż oddycha i miała nowy plan. Miała nowego Księcia Niewolnika i wizję innej przyszłości. Jednak w tym czasie żyła jeszcze Królowa Babcia, która choć może i surowa, była jednak ukochanym żyjącym człowiekiem Małej Wiedźmy. To ona pilnowała wszystkiego, pomagała, uczyła i naprawdę ją widziała. Jakby wszystko to, czym miała być Mała Wiedźma dla niej było tym, czym… jest. Niestety z czasem Królowa, Książę i Mała Wiedźma przeprowadzili się. Opuścili Królestwo otoczone śpiewającymi wąwozami, kwietnymi, miękkimi stokami, plątaninami korzeni i znaleźli się w Gdzieśindziej. Tutaj Zła Królowa stała się dziwem nad… dziwami i szybko znalazła swoich wyznawców, a Mała Wiedźma stała się czymś, co trzeba znieść, bo w końcu Stare Zaklęcie nie pozwoliło jej zabić. Nie żeby Zła Królowa nie próbowała. Blizny śpiewają swoje historie…

Karmiona smutkiem i poczuciem winy dziewczynka, odziewana we wstyd i to, co przynieśli nowi poddani, oddychała. Niestety w tak małym królestwie, jakim było Gdzieśindziej… zamkniętym i głupkowatym, opierającym się na prawdach niemoralnych i pustkach pogłębianych, trudno było się ukryć. A ubrania znały się nawzajem. Znały swoje tajemnice i byłych właścicieli… dlatego, gdy Mała Wiedźma szła ulicą w swojej „nowej kurteczce”. ta krzyczała. Piskliwym głosem informowała przechodzącego osobnika, a dokładniej jego paltocik: patrz, popatrz, no patrz tylko na mnie i słuchaj, mam w sobie nowego człowieka!

I tak, nie rozumiejąc nawet do końca tego, co się dzieje, Mała Wiedźma znienawidziła wszelkie szaty…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Tak blisko…” – … a bo jak wiadomo babskich powieści to ja pogrzebaczem i wiecie odziana w szatki gumowe od promieniowania i ogólnie raczej nie. A już te z nastolatkami robią za bomby torturujące jedyną wolną powierzchnię ściany w Chatce. Ale jednak… Zaskakująco nie było tak źle… i choć we mnie romantyczność chyba w zaniku, no taka w stylu zapałek, zakrętów i w ogóle, wciąż przecież kocham Winnetou… to jednak coś w tej powieści jest. Jakieś cierpienie, zagubienie, jakaś owa „jakość” specyficzna. Nie ma owego parcia na łóżko, dopracowano osobowości bohaterów, a i ich problemy zdają się być bardziej… normalne. Też i język jakoś zbliża człeka do powieści. Z jednej strony może i nie jest skomplikowany, z drugiej nie sprawia wrażenia, że wszystko pisało dziecko w ciele dorosłej…

… naprawdę można przeczytać! Dla opowieści dwojga młodych ludzi, którzy już teraz, na samym początku są nazbyt dorośli, by zwyczajnie się bawić.

Książka na dziś! „Bohatyr tom 1” – przyznaję, że czekałam, szukałam i się udało!!! Dziękuję Agnieszko M.!!!

A zakładka piękna!!! by Paranormalbooks

Bardzo dziękuję!!!

Po trzech tygodniach ogólnej szarości coś się w pogodzie poruszyło. Jakaś owa wilgotność Wyspy zanika… a może tylko się mi wydaje? Choć nie, Pogodynka, która często się myli, ale czasem też celuje z deszczem co do godziny, rzuca informacjami o słonku i pierwszych przymrozkach. A gdzie mój śnieg się pytam więc… Tak, ja z tych co chcą śniegu i sopeli. Tacy ludzie niestety istnieją jako przeciwwaga dla tych jęczących, że im zimno, albo gorąco, albo im pada… no to ja lubię i deszcze i śniegi i wiatery, nawet te co mi zmysły stawiają na sztorc, a fioła potęgują do entej…

A może to tylko sprawa taka, że Wyspa piękna jest w każdym świetle i każdej aurze, a ja zwyczajnie jestem nieodrodny fanatyk? Coś w tym jest i być musi! Inaczej byłoby nudne, czyż nie? Za to Wyspa rozradowana w końcu płodną wilgocią zazieleniła pola i gołe drzewa zdają się być bardziej zawstydzone,

Te soczyście zielone pola to taka zmyłka. Czyste szaleństwo farbek, którym się kończy termin przydatności do spożycia w tym roku, więc dlaczego nie chlusnąć na owe brunatne, brązowe, czerniawe pola? Na owe szlaczki uczynione dłonią szalonego oracza, tudzież armią nissenów, które serio wierzą w ufoki. I doprawdy wyznają zasadę, że jak mali są, to jednak musi być ich widać… inaczej.

Możnaby pomyśleć, że bez turystów Wyspa śpi i rzeczywiście, odpoczywa, ale nie śpi. Kłują ją choinki, które nagle wyrastają na betonie. Swędzą ją wyjmowane powoli światełka i ozdoby w szalonych kształtach. Ot tak zwyczajnie całe to oczekiwanie nią miota, bo co też w tym roku Wyspa na Jul dostanie?


Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Smutne Szaty Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Ciągi Dolne…

„Każde miejsce ma swoje tajemnice. Każde miejsce ma swoje sekrety, szkielety w szafach i wszelakie pod dywanik zamiecione… ma swoje potwory, tajemne ścieżki, co najmniej trzy bractwa z wymyślnymi obrzędami i obowiązkowymi płaszczykami z kapturkiem, no i głupków ma. Ciągi Dolne nie były inne, ale Pan Tealight postanowił się nie nastawiać. Poprawnie politycznie otworzył się na wszystko… schyłkowo nawet zgodził się na tolerancję.

Ale Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki nie chciała nikogo spotykać. Tak naprawdę połamana i cała w bólach spoczywała na podłodze swojej Chatki i zwyczajnie cierpiała. Przekręcając się z boku na bok starała się znaleźć tę jedną pozycję, w której dupa nie bolała, a raczej je prawa część… i doprawdy była w tym marna. Na dodatek nie mogła uciec od tego wszystkiego w las, więc kwękanie przybrało na braku sensowaności i podkręciło głośność. Już nawet duchom nie chciało się jej podglądać. Tak jak wcześniej współczujące i wszelako dobroduszne, tak teraz czuły się już znudzone jej cierpieniem. Nic więc dziwnego, że trochę namieszały… W końcu oficjalnie i tak nie była połamana, ale poprzewiewana, przewietrzona i ogólnie ponaciągana i lekko przeciekająca i może tam w magiczności stron naderwana, więc zabawić się z nią można, czyż nie? Zresztą, kto im zabroni nienamacalnym mechaczom?

Pan Tealight początkowo nie chciał się zgodzić, ale w końcu go zmusili. Z przyczepioną Muszką Podsłuchuszką, pozwolił duchem Wiedźmie być ze sobą. Bo chyba serio juz się nigdy od niej nie odczepi. Może to czas, by się z tym pogodzić, zapić ten ból, zajeść i oddychać dalej? No nic, zastanowi się po powrocie, na razie zwyczajnie zajmie ją czymś… na przykład historią tego chłopca…

– Matka jest w śpiączce. No zwyczajnie się ukłuła i już. Niby mam Matkę, ale wiecie, tak nie do końca. Z drugiej strony wiedząc jak upierdliwe potrafią być matki, gdy byłem dzieckiem nie było tak źle, ale teraz jestet starszy od niej… bo ona się nie starzeje. Jej róże poszalały. Dzięki sprzedaży tych kolców o długości palca wyżywiłem królestwo, ale bez przekazanej korony jestem tylko Ogrodnikiem Synem Śpiącej Królewny. Dziadkowie mieli mnie zawsze gdzieś. Oj pewno, że Babcia przepraszała. Ale z czasem to wszystko zwyczakjnie przestało mnie obchodzić. Co mnie obchodziło, że zostawiła to cholerne wrzeciono, coby upiec jakąś szarlotkę dla dziewczynki porwanej przez krasnali. Zresztą smarkula wlazła w tą sektę niskich i wcale nie miała zamiaru wracać. Teraz ma sześciu w haremie i kilku pierwszych mężów, gromadę dzieci i wnuków. Są jak szarańcza, a moja matka to przespała. Życie mnie nie rozpieszcza. I choć Dziadek wciąż jest królem, sam wyglądam jak jego praprzodek. Własna Babcia mnie kręci i gdybym mógł… ale już nie mogę. Moja matka przespała moje życie. Dla mnie już zbudowali zdobiony, wielki marmurowy grobowiec w podziemiach, wykuli też rycerski, rajcowny miecz na wszelki wypadek, bo ona się kiedyś obudzi i będzie żyć, a ja, mnie już nie będzie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Obce dziecko” – … czasem trafiają mi się książki z przypadku. Spadające z wyższej półki i lądujące mi na głowie. Tak było w tym przypadku. Autor wiadomo, znany. Powieść jednakowoż spolegliwa, wolna, przytłaczająca warsztatem, szokująca doskonałością języka i dziwnie barokową prostotą. Ot taka tam przez epoki wyprawa ukazująca zmieniające się stosunki między ludźmi. Miłostki, niezbyt spełnione oczekiwania… przyszłość atakującą swoją innością, przez co rozmiękczamy się nad elegancją przeszłości…

… bo chyba najbardziej powieść Hollinghursta uderza tęsknotą. Za owym innym światem. Światem, do którego nie możemy już wrócić. Tak historia poety, miłości, to wszystko jest szalone i dziwnie sentymentalne, zaskakujące, ale… szczerze? mam przesyt tematami homoseksualnymi. Szczególnie gdy ostatnio zarzucono mi, iż jeżeli nigdy nie kochałam kobiety, to nie wiem co to miłość, więc ten wątek odrzuciłam. Da się. Bo w końcu na wszystko da się rzucić tylko jeden cień – uczuciowości. Postrzegania świata, które tak bardzo się zmieniło, choć nie minęło wcale tak wiele czasu…

Powieść jest powolna. Dziwnie głęboka, ale i lekka. Milimetrz po milimetrze wpycha nas w opisywane czasy, ludzi, twory ich serc, by potem nagle przerzucić nas w czasie i przestrzeni, by powiedzieć, że nawet w owej ludzkiej przyrodzie… nic do końca nie ginie, a wiele inspiruje.

Świat Wyspy oglądany przez okno powala. Najpierw tańczą na szybie krople. Niezłe są, muszę powiedzieć, że na pewno biorą jakieś lekcje… Potem, niczym spragnione pieszczoty, ale nie znające jeszcze swoich możliwości, niepewne tego, co mogą oczekiwać, wystawiają się na pocałunki słońca. I oddają mu się. Ale niestety zapłacą za ową przyjemność ostateczną cenę… słońce zabierze im każdą wilgoć. Każdą umiejętność zmysłowości. Wszystko. Całe życie.

I teraz to słońce błąka się po szybie. Nawet czysta zdaje się mu przymilać, podsuwać swoją szklistość, jakby serio rozważała przeniesienie się bliżej jego cieplotliwości… Co naprawdę tak wszystko i wszystkich porywa w tym złocistym słonku? Czy chodzi o kolory? Czy też o krechy na oczach… bo przecież akurat w owego ukochanego nie można patrzeć zbytnio wprost… może łatwiej mu więc skłamać?

A potem słonko przykrywają chmury. Lekko burzowe, przywiane wiatrami o dziwnym odcieniu mroczności i kolory nabierają niewyobrażalnych mocy. Jakby nagle komuś rozprysnęły się i pociekły pierogi z jagodami, cukrem i gęstą śmietaną. Do tego ulotniła się kruszonka z malinowego placka, czarne porzeczki i dynia. Zagryziono to wszystko ciemnymi bezami z długo pieczonych białek, z owym miękkim środkiem, wspomnienie dzieciństwa… i melba na to! I lody pistacjowe, bo zieleń pól po prostu szokuje, jakby zwyczajnie postanowiła zagrać jesieni i szarości Przedzimowia na nosie. Albo i na wszystkich trzech nosach! I podbródkach! A na to galaretka wiśniowa i cytrynowa i posypka! Z takich kolorowych mysich bobków. I może jeszcze zalać to lukierem, bo i czemu nie?

Tak to jest z kolorami, że przywodzą na myśl dziwne przeszłości smaki. Te smaki naznaczone ludźmi, których już nie ma. Cudowne placki Babci, które były całkiem niewymyślne, a najlepsze na świecie, makowiec i pizza, którą odkryła z szaleńczą miłością… Chmurki w głębokich karminach i fioletach zdają się przynosić wspomnienia z ogródka, w którym mimo że brudne, można było wszystko wsadzić do buzi. Pomidorka z krzaczka, co śmierdział, ogórka z dziwnie kłującymi meszkami, a potem te jabłka, które tak oszałamiająco, egzotycznie pachniały…

… takie to kolory ma Wyspa. Smakowe.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ciągi Dolne… została wyłączona

Pan Tealight i Okrutna Tajemnica…

„Wiele takich prawd trzyma w swych wymyślnych kazamatach, w dybach, łańcuchach, włosiennicach, na wilgotnych posłaniach z myszy i szczurów, w wilgotnej muzyce ułożonych magią kamieni, pośród zabawnie uformowanych koprofitów i ogólnej degrengolady… karmione wyłącznie tym, co nieistotne. Bo i po co im w ogóle coś takiego, jak smak. Ale jednak wciąż żywe, wciąż codziennie walczące o każdy oddech, każde dźwięku mgnienie…

Wiele takich prawd trzyma nasz Świat.

Ta wciąż połyskująca zwana była Obietnicą Dziewczynki… Zakutana w dziurawy koc w gustowną krateczkę, któa kiedyś musiała zachwycać, zmarznięta, pokryta pryszczami i strupami, zarzygana, z wciąż podrygującym łysym ogonem szczura między zębami, wciąż miała w sobie to coś. Znaczy nie tylko polewkę ze strawionych przez całkiem kogoś innego kałamarnic, ale owo bajeczne COŚ. Była nadal marzeniem i oczekiwaniem, nie odkrytą jeszcze, ale piękną i będącą wszystkim dosłownie… wyspą, owym łaskoczącym żołądek, podnoszącym na duchu oczekiwaniem. Tym, co sprawiało, że z uśmiechem spoglądałaś na kolejny dzień, choć nie zapowiadał się szczęśliwie, choć nic w nim nie było… ale ty wiedziałaś, że gdy przeminie, będziesz bliżej TEGO DNIA. Dnia, w którym wypełni się twoja Obietnica.

Zaczęło się to wszystko jeszcze przed tobą, w końcu.

Byli sobie ludzie i mieli dzieci. I owe dzieci w amoku hormonów, w tańcu odwiecznego pożądania, w owej pełni nieświadomości, pędzie stykających się rytmicznie członków – obrzydliwości oj… no sami wiecie, więc oni mieli dziecko. Dziewczynkę. Oczywiście nie byli stosownie zwykli, bo to byłoby zbyt nudne, czyż nie? Byli Królem i Królową, którzy mieli piękną Dziewczynkę Królewnę. Tak tylko wzmiankuję, bo wiecie jak to jest z ową poprawnością polityczną, tolerancją smoka na szczotkę do kibla i tak dalej… nigdy nic nie wiadomo, a tutaj płeć ma znaczenie. No i rozmiar… bo Dziewczynka była Calineczką. Jeśli wam coś nieco wiadomo o Calineczkach, to na pewno wiecie o owej lekkości, z jaką wydawano ją za mąż… ale ta Dziewczynka nie do końca dotarła do owego momentu, bo nagle, całkiem z bicza trzasł zaczęła rosnąć i stała się Dzieckiem Niespodzianką. Ot tak sobie, bo Król gapa był i się zagubił, a poza tym miał sklerozę i ogólnie mało rodzinny był. Potem zaś sprawy zaszły dalej, problemy z wilkami, Czerwony Kapturek, czyli zwykły wyzysk dziewicy, czerwony płaszczyk, wiadomo, czalendż ekspeted! A potem poszło już po kolei… Śnieżka, Roszpunka, Śpiąca Królewna. No jak leciało. Na dodatek miała astmę, co coprawda wpływu na bajki nie miało, ale doprawdy całowaliście kiedyż zagilowane zwłoki? Ech! Krasnali to jeszcze jak krasnali, ale ten Księciunio, no nie trafił się odpowiedni, ogólnie zawsze każda z jej bajek kończyła się przed czasem, a Trzy Wiedźmy, co to jej przepowiedziały-obiecały cuda wianki i miody… za każdym razem pobłażliwie dopisywały dobre zakończenie. Ot taka tam reklama… urzędu i usług. Wiecie, nie można spuszczać ręki z pulsu, bo wiadomo jak się go nie pilnuje, to woda wciąż nie zagotowana. Przy Kopciuszku trafiła się grzybica stóp, więc dlatego macie też bajkę w stylu jak to siostry se pięty obcinały, ot taka wersja dla tych o mocniejszych nerwach. Była jeszcze SIostra Łabędzi – straszny wyzysk, ale te kocyki z pokrzyw schodziły serio na pniu. Znaczy w lesie Trzy Wiedźmy je sprzedawały, jak już kurteczki na braciszków utkała, to przecież musiała mieć zajęcie. W zamian Królewiczowi dostała się inna dziewuszka. Nie rozpoznał przez te bąble!
A co.

Ta była nazbyt dla Wiedźm użyteczna.

Dziewczynka plastycznie wpasowywała się w każdą rolę, ale z czasem i magia nie pomogła… i z owej Obietnicy, z owej Królewny panującej ponad mocami, co co prawda znajomości miała, ale co jej z tego… zrobiła się doprawdy wkurzona, zgorzkniała i oszukana… Zła Królowa.

I teraz już wiecie, dlaczego bajki są jakie są… bo życie jest straszne, a obiecanki wiecie macanki… i orgazmu brak.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Posępna litość” – … kolejna z powieści dziwnie nie dokończonych. Powieści nawet właściwie nie zaczętych, bo choć autorka wrzuca nas w jakiś moment życia bohaterki, to jednak odwracamy się szukając wytycznych, opisu świata… i nie ma nic. Zupełnie nic.

Oto przykład harlekina zwodniczego. Rasy powieści, w których niby coś jest, niby z opisu wynika, że winno być więcej… a ni ma nic. Znaczy jest ona i on jest, a poza tym jakiś problem jest – w tym przypadku polityczny, a poza tym ona nie wie czy może, on nie wie czy powinien… i żuraw z czaplą rozpoczynają wydeptywanie ścieżki. Taka tam powieść niezbyt dokończona. Powieść, z której mogłoby być coś, coś intrygującego gdyby tylko dopasować świat, opisać go, zaangażować się… a nie lecieć po łebkach i zahaczać się tylko o wątek miłosny. Bo w tej formie zwyczajnie jest to powieść nieciekawa, choć z zajebistą okładką! A gdyby dodać kilka retrospekcji, tosz taki klasztor ma potencjał, tosz od razu Kusziel mi się na myśl wkrada… ech! Dlaczego obecnie tak wiele powieści płytkich jest jak na betonie kałuże…

Historia zabójczyni, co to malo owego serca do zabijania ma, piętna i przeznaczenia aż kłuje w oczy brakiem zaangażowania, językiem prostszym niż systematyka cepów, a i ciągiem dziwnych zdarzeń, co to zwyczajnie… ech!

Noce na Wyspie są ciemne. Już nawet nie chodzi o ekologię, o to, że komuna bornholmska może i najpiękniejsza, ale i nabiedniejsza… no zwyczajnie ciemno. Pełnia księżyca zdaje się więc szaleć sobie po niebie bardziej, niż człek sobie wyobrażał, że może. Światlo zwodzi zmysły, zdaje się rozrzucać kryształy i inne tam diamenty po wciąż zielonej trawce, po owych gałązkach, na których co gdzieniegdzie zachowały się jakieś listeczki… mąci zmysły. Zwodzi dusze srocze na pokuszenie. Księżyc najpierw zgrywa wstydliwca, zza chmurek niczym kurtyzana lotów najwyższych się wyłania. Tu pokaże kawałek kostki, łydka, a potem od razu cały pośladek.

A co, w końcu serio ma czym zaświecić, nawet jak jej w ogólnych wartościach wyłącznie no… wiecie odbija? Tutaj zamota zza chmurki, tutaj welonem chmurnym-mglistym zamiga. A co, ma się te umiejętności, się ma talenta, więc dlaczego ich nie wykorzystać? Tylko czym tak w ogóle biedny ludź ma płacić? W końcu na świecie nic za darmo, a i na Wyspie nic…

Księżycowy pokaz trwa. Rachunek pewno wyślą pocztą, czy tam na mejla, któż to może wiedzieć? Grubsze chmury poupychały się w dolnych rejonach odbijającej tancerki, co to sprawnie, niczym wachlarze rzuca nimi to w prawo to w lewo. Jej idealna skóra, choć dziwnie piegata, ale i alabastrowa, mleczna taka dziś, nie jakaś obsikana… rozbija ciemności. Dumne ze swych krągłości obłoczki prężą się i korzystają z owego, jakże dobrze im robiacego, podświetlenia.

Ale co do Ciemności, to wciąż jest. Jakby zasysała ową całą kurtyzanową światłość. Jakby to wszystko było wyłącznie oszustwem. Iluzją, może i lotw najwyższych, ale jednak tylko mgnieniem, mamrotem zmysłów otumanionych… Ciemność się karmi i dumna z siebie, bekając tyje. A co, może i ma wyłącznie ową Wyspę na swoją własność, ale trzymać poziom trzeba! Ciemność jednakowoż nie kurtyzana Księżyc, kankana machając wysoko chmurkami raczej radośnie nie odstawi, ale ową puchatą, miękką dostojnością może przytłoczyć.

… i przerazić?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Okrutna Tajemnica… została wyłączona

Pan Tealight i Za Mało Zaczarowany Las…

„Chociażby nie wiadomo jakbyś się starał, jakbyś zgłębiał wiedzę, zaliczał kolejne pomylone kursy, przełamywał dziwnie brzmiące, ale serio mocno naukowe tytuły na połówki, a potem dorzucał do nich habilitacje… gdybyś nawet na smoku udał się w głąb żar niosącej góry i tam wybłagał magiczny pierścionek, co to doprowadzi cię do szczęśliwych gaci egzaminacyjnych… Chociażbyś ogólnie urodził się w rodzinie i genetycznie był ustawiony…

… czasem nie dajesz rady.

Za Mało Zaczarowany Las miał wszystko. Cienie najwyższej szelestności, głębokie, mylące, szaropołykające myśli. Kamienie tak omszałe, że choć pewny byłeś ich podpory, gdy już huk pni i dziwne tańce w koronach drzew zepchnęły cię do kurhanu… wciąż czułeś jak się uginają. Jak wtapiają się w ciebie, jak bardzo pragną cię wciągnąć w przeszłosć krwawych rozstępów… Grzyby, które wybuchają, gdy się na nie nastąpi, a potem zarodnikami mamią ci to, co już dawno zmamione. Jakby zawsze było miejsce na więcej strachu, na owo specjalnej mocy przerażenie, które zawsze czeka, gdy uda ci się złapać oddech, by wyssać jego słodycz z twoich płuc. Bo sam strach to jedno. Strach przed strachem to drugie, ale najgrsze jest, gdy nagle zdajesz sobie sprawę z tego, że nie było się czego bać… i potem oddychasz z bólem, przez zaciśnięte usta, pot przestaje cieknąć… i wtedy nadchodzi on, strach, przerażenie i najwyższa, łamiąca nogi, pełna odkupienia mglista niemoc.

Miał Las i chatkę na kurzej stópce i zestaw wiedźm do wyboru, barć i dwie gawry, trzy plemienia wilków i całą masę seryjnie produkowanych Bambi. Miał księżniczki w różnym stopniu rozkładu, takie do całowania i wiecie… bardziej toksyczne, no jak kto tam woli, wiadomo. Była tutaj banda wróżek, elfy i krasnoludy w jaskini, był smok i pułk fioletowych nietoperzy. Fabryka słodyczy, szpital chirurgii plastycznej skrzydeł, mrówki grające na harfie i cała masa porzuconych sztuk odzieży. Był kompost stworzony z okruszków i myszki, na których jeździły zbrojne w szpady pchły… i były problemy ze wzrostem, pyłki mącące, napoje zmieniające… no wszystko wiecie. Stolik do herbaty i królicze nory. Dwie szafy, kilka lamp i ścieżka wielce wijąca się, pokręcona i na prochach rozdrobnionych, która sama siebie goniła. I była polana i młodnik i bór, i dziwnych brzózek krąg. Były kurhany zbrojne w ostańce i ruiny, w których coś się kryło, ale nikt nie wiedział kto, nawet sam Las. Byli śpiący bogowie i lekko leniwe biedronki w rozmiarze słonia. I oczywiście tańczyły świetliki i dzwoneczki dźwięczały i biły, a z jeziorka wylatywały w górę zegary na skrzydłach… A nad Za Mało Zaczarowanym Lasem było niebo kobaltowe, jakiego nigdzie indziej nie ma. Jednocześnie dające i cienie i gwieździste szaleństwa. Latały po nim i potwory i tylko stwory, a czary bulgotały w potoku spływającym z dziwnej, rdzawej, kamiennej góry.

A jednak coś było nie tak. Mimo planów i przygotowań, mimo bandy architektów przestrzeni, magii i wszelako trujących pędów, wciąż coś było nie tak. Jakby ktoś zapomniał podłączyć prąd, czy przekręcić pierścień, odnaleźć owo istotne znamię, czy może uciec z domu…

… a może chodziło o to, że Las się wstydził i nikogo w siebie nie wpuszczał. Bo i jak to, tak jakoś niehigienicznie, że tak niby każdy ma wleźć, czy coś? Jakoś tak niemrawo ogłoszenia rozklejano na słupach… a gdy nikt nie widzi zaczarowaności, to czy owa zaczarowaność wciąż jeszcze istnieje?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Bielszy odcień śmierci” – … No z jednej strony oj tak, z drugiej nie! Jest atmosfera cudna i śnieg jest i zimno ogólnie… Mord jest, a nawet i kilka, dziwny, przejmujący, bezczelny i przemyślany, obrzydliwy, rozpaczliwy, pełen wściekłości… I to, owa finezja koszmaru, to niestety wszystko jest jeśli chodzi o owe potężne tomiszcze. Bo całą resztę kryminału łatwo rozkminić. Główny bohater, co miał być bohaterką jak pisało na okładce, nie jest nią, ale jest nim i… właściwie obydwoje dziwnie naiwni, aczkolwiek genialni, no bo czemu nie, zaskakująco wytrzymali fizycznie, jakoś nie są w stanie unieść tej historii. Ogólnie mówiąc, nie wiadomo po kiego jest tutaj ona? Na dodatek tyle ich wyrazistych, barwnych mocarzy otacza, że człek się zwyczajnie gubi. Gubi pośród owych złoczyńców, właściwie uświadamiając sobie brak dobrych człowieków.

Boleśnie sobie uświadamiając

Ogólnie mówiąc można przeczytać. Wleźć w to, podpatrzeć ludzi, którym kasa daje wszystko, zło, które tak naprawdę nie otrzymuje kary… ale tak naprawdę w tym całym miszmaszu postaci, z których każda chce być główna, każda wiele wnosi, w owym zapętleniu oczywistości… nie jest ciekawie. Może i mało boleśnie się czyta, język kręci, przemycone madrości truchleją me członki, a łacina przywodzi na myśl koszmar pewnego egzaminu… ale tak naprawdę bez napięcia. Bez iskry. Chociaż szpital super wypas, owa rzeczywistość nas z dala ogarniająca, zaciskająca się na granicy postrzegania… przeraża. Przeraża mocniej nawet niż rzeczywiste zbrodnie, to jednak całość do kupy cuzamen, raczej zwyczajnie zawodzi wilkiem. Dla owego przerażenia, jeśli jeszcze nie wiecie, że świat ma was gdzieś… można przeczytać.

Nastawiłam się na tę powieść. Obiecałam sobie coś mądrego, pełnego, wciągającego, coś więcej… niestety chyba się zawiodłam, co nie znaczy, że powieść marna. Po prostu czegoś jej jednak brak.

Na Wyspie łapać można Słonko. Łazi toto jasne nisko, aż mu się rąbek szlafroczka o liche krzaczki zahacza, aż się opluwa, gdy się śmieje, a jego donośne furkoty, gdy nad lasem gołym przelatuje budzą śniące misie… więc dorwać gościa można. A kto złapie Słonko, nie tylko miliony punktów do zajebistości dostanie, ale i ładny czek na wiele simloeonowych zer będzie…

… w końcu jak Księżyca kradli, to czemu Słonko miałby mi umknąć. No sam się prosi warchlaczek! Bo takie jaśniutki, świetliste, takie cudne i zapewniające na zimę wiekuiste ciepłe stópki! Mawiają niektórzy, że w rzeczywistości jest on owieczkiem. Puchatym o runie złocistym, parzącym… z którego robi się super dopasowane długie gacie! Nie dość, że przylegają do skórki, dyskretnie eliminują cellulit, grzeją pośladki, to jeszcze nadzwyczajnie wyszczuplają!

Szlaja się Słonko coraz niżej i niżej. Zdaje ci się, że już go masz, że ułapiłeś, trzymasz ten szlafroczek, a może uszko kapcia podpalanego króliczka… czy tam lepiej nie wiedzieć co trzymasz, bo jak się tak szlaja ktoś, to wiadomo do toalety nie zawsze czas jest i w ogóle obowiązki, korporacje… no i wiecie, w nocy padało, psy latają po polach może sporadycznie, ale wydalanie mają na miejscu. A te króliczki, a te zajączki i sarenki, a te bobeczki plaskające pod butem…

… mniejsza. Wiadomo jedno. Już go masz. Na wszelki wypadek zwołałeś sforę z piekieł, coby się nie ruszyło. Widzisz jak opala równomiernie, politycznie poprawnie każdy pieniek i ukazuje dziwaków, którzy postanowili wzrosnąć tak na zimę, ot bo mogą, bo nikt nie powiedział, że zmrozi pieniek lichy… Wyciągasz obtytłane w smarach łapy, coby Słonko przylgneło do nich, ale i nie sparzyło zbyt bardzo…

I nic z tego. Zawsze ci ucieknie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Za Mało Zaczarowany Las… została wyłączona

Pan Tealight i Pobudzenia przebudzenia…

„Budzi się powoli, jak zwykle przestraszone Wiedźma Wrona i wtedy ktoś zwyczajnie wyłącza światło.

Najpierw te najmniejsze, drobniutkie, najbardziej pieszczotliwie oliwione trybiki, zasypiają. Po nich idą większe i śrubeczki, i wkręty, i sprężyny. Nakładki i wszelako nienazwane elementy wyposażenia milkną, zmęczone ziewają, ich krawędzie matowieją, a czarodziejski pył się obsuwa w nicość… Światełka milkną jeden po drugim, wszelkie odbicia znikają, a cienie powoli osuwają się, zasypiają w głębokim futerku ciepłego podłoża. Donośne i na wiele głosów rozłożone chrapiące trele wznoszą się ku czystości otumanionej ciszy. Wszelkie stworzenie, zapowiedzi tworzenia i to, co nawet nie jest w planach, zasypia. Milkną zegary i czajniki, bojlery chłodzą swoją wodę chuchają na poparzone boczki. W rurach tylko od czasu do czasu któremuś z Bulgotów coś przewali się we flaczkach. Knoty ze świeczek zebrały się w ciasnym, swądliwym kręgu i w owej czerni milcząco opowiadają sobie strasze historie… nie pytajcie się jak, ale wiem, że to robią.

Kontrolki przestają migać, wszelkie maszynerie wyciągają kabelki z gniazdek, w których i tak zaspał znowu prąd. Różdżki i wahadełka milkną, odpełzają w mysie dziury, w których wielki napis B&B oznajmia im pewną i przyszłą przyjemność powstania ze snów. Tylko kubki stojące na stoliku lśnią w dziwnym, nadmiernie świadomym oczekiwaniu. Jakby wiedziały już teraz, gdy świat zasypia, że coś wydarzy się rano. Jakby były pewne wyklucia się smoczych wielce jaj, wybuchnięcia kokonów u motylich świrlic i zaręczyn w rodzinie pojedynczych rodzajów. Jakby wiedziały, że to wszystko, co niemożliwe stanie się następnego dnia, dlatego czekają…

… na następny dzień i następny i następny.

Bo gdy Wiedźma Wrona się budzi, w rzeczywistości jej świat zasypia. I jeśli nie zbudzi go żaden koszmar, ni uciążliwe, szarpiąco-drażniące struny wszelkich wiolonczelowych paniuś szepczenie, to powróci do niego Wiedźma dopiero wieczorem… chociaż czasem się zdarza, że owe światy się przenikają. Ale jakoś nikt nie chce o tym rozmawiać, ani tym bardziej słuchać tych bajek. Bo czasem niektóre bajki są straszne w ten potworołóżkowy sposób, a z tego się nie wyrasta!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Iskra” – … i czasem mi się wydaje, że nie ma powieści, które dają do myślenia, i świat się wali, a potem przybywa książka… i znowu się boję, że następna już nie będzie taka, że odbiorca i tak niczego z niej nie wyniesie. Chyba o to w tej całej literaturze chodzi, że czasem wydadzą coś, co mimo nastolatkowej szaleńczości ma w sobie też problemy, filozofie, rozważania, treści, które są… trudne!

„Iskra” jest jedną z owych powieści dla młodzieży, która zderza ich z… myśleniem, często po raz pierwszy, która nie jest tylko opowieścią o miłości i małych troskach. Rzuca poważnymi problemami, zmusza do samookreślenia się, poddaje prawdy wątpliwościom. Zmusza do narodzin: własnego zdania. A wszystko pod przykrywką opowieści o dwóch statkach, wszechświecie, pragnieniach, marzeniach, zemście. O wyższych wartościach, sumie pocieszenia i prania mózgu. O tym, że dorośli nie zawsze mają rację, że strach zawsze jest taki sam, a o prawdę, a co za tym idzie… o siebie samego, zawsze trzeba walczyć…

Książka na dziś: „Frankenstein” – wygrana, piękna i niesamowita. Po prostu dzieło samo w sobie! Dziękuję, że je dostałam, bo wiecie, nawet jak wygracie konkurs, nie zawsze nagroda dociera… takie smutne realia świata.

Ta nagroda dotarła i zachwyciła, choć książkę znam, historię tym bardziej, to jednak jest w niej coś nowego… nęci. Jak mi internet od razu przypomniał… wielu nie wie nawet, że ten film… to wiecie najpierw była książka!!!

A była to książka, stara, stareńka…

… a teraz z obrazkami!

Niesamowita!!! Bardziej coś z pogranicza „sztuki dzieła”, niż zwyczajna powieść… choć, czy klasyk może być zwyczajny?

Dziękuję!!! Wydawnictwo In Rock/Wydawnictwo Vesper

Na Wyspie w małych domkach pochowali się ludzie. Ten i tamten wysuwa nos zza węgła, gdy tylko słonko wylizie, coby ostatnie liście wymieść z przystrzyżonych trawek i skałek. Bo ordnung musi być! Może turyścizny już nie ma, ale przecież Wyspa przede wszystkim dla tubylca, czyż nie? Trzeba się nią zająć, przystrzyc, przyprószyć, przyczesać, oczyścić trochę skórę, tutaj podszyć, podłatać, a potem, ot potulić, uśpić troszeczkę, niech odpocznie, pośpiewać kołysanek…

Domy prężą się, starając złapać jak najwięcej słonecznych ciepłości. Ciągłe deszcze wciskają wilgoć gdzie się da. Nadmiernie zdrowe, świeżutkie powietrze rani złuszczone latem płuca. Ale tak naprawdę cicho jest. Poza dziwnymi ludkami, coto nowoczesność w ziemię starają się wpiąć, coby dupy w kolejnym snestormie nie odmarzły, na ulicach pustki. Idziesz sobie i myślisz: JAM JEST KRÓLEM I KRÓLICĄ, kroczę se swoją ulicą… sam se kroczę!

Bo i na Wyspie pozostało mało ludzi. Część z nich przerażona ową mniej rozrywkową emanacją natury umknęła w cieplejsze zakątki świata. Puste domy, puste okna, puste drzwi… tęsknią. Strasznie mi ich szkoda. Takie wykorzystane latem i wczesną jesienią, teraz nagle stają się domami gorszego sortu. Bez ludzi, bez odgłosów, bez owej krwiście bijącej tkanki pomiędzy ścianami… aż słychać szkielety i wilki mieszkające całorocznie w nich.

Smutne takie są, wciąż czekające. Mają nadzieję, że ktoś wpadnie, ot szybki umyje, przetrzepie dywaniki, lub chociaż wodę w toalecie spuści. Może ogródki poczesze, drzewka z liści oberwie… a tu nic, tylko wiatr. Ale może przed Julem ktoś do nich zajrzy, pod prób podrzuci prezent, nową klamkę, wycieraczkę, albo zestaw kołatek na wszystkie, zawsze otwierające się do środka, drzwi?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pobudzenia przebudzenia… została wyłączona

Pan Tealight i Przedzimowie…

„Wplątało się w codzienność Wiedźmy Wrony Pożartej owo zabawne, pluszowe, małe Przedzimowie. Puchate takie, lekko zaokrąglone, z małym ogonkiem, w miejscu, w którym zwykle powinny być ogonki, o wielkich, czarnych oczach i dziwnie malutkich dłoniach i nagich, szarych stópkach. Jak yeti, któremu po prostu pewne elementy nie urosły. Ale którego ktoś zdążył pofarbować na piwoniowy kolor. Ciepłe takie Przedzimowie o wielkim apetycie, lekko leniwym stylu bycia i czapce nasuniętej prawie na pyrkaty nosek.

Płaszczyk miało szeroki i z kapturkiem, cały z kolorowych pomponów, więc jak w końcu wypełzło do zielonego wciąż ogrodu, wyglądało jak bukiet kwiatów złożony przez kwiaciarkę daltonistkę. Zabawne jest takie, wciąż podskakuje. Wydawałoby się, że wlazły mu może mrówki pod futerko, ale te przecież już od dawna śpią, aż chrapanie w Chatce słychać. A wszystko przez to, że Jesień się obraził i nie chciał już się… jesienić. Odmówił barw i szelestów, a gdy Wiatery się znarowiły i zaiwaniły mu paletę i pędzle, sprzymierzył się z Szarościami Wilgotności i choć dla cery dobre nadzwyczajnie, to jednak to nie to… więc przyplątało się owo małe Przedzimowie. Zdaje się być raczej nie wkurzające i wszelako dziwnie nieszkodliwe, ale jednak jakoś tak ową kolorowością puchatą Wiedźmę niepokoi.

Boi się Wiedźma Wrona tych kolorów. Duszą ją w niebycie własnym owe pomponiki i filcowane futerko. Jedzie też trochę mokrymi kłakami i dobrze podtopionym zezwłokiem od niego… Jakaś ta cała puchowatość nie do końca puchata. Jakaś taka złudnie ułudna, krętliwa i kłamiszowa taka. Ale nie wygoni przecież Przedzimowia. Się nie da. Jakoś tak nie ujdzie, więc łóżko mu na strychu rozkłada, niech jej nazbyt w oczy nie włazi, na piersiach nie rzęzi. Niech sobie tam żyje, niech jakoś tak będzie sobie bardziej nienamacalne, niech nuci sobie owe pieśni z bębenkami i grzechotkami z pustych ludzkich makówek… niech będzie, ale nie będzie. Bo co jak co, ale półśrodkami się Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki nie weźmie!

Ona chce śniegów i zasp i zamrożeń. Szronów i szadziów i spraw mroźno-śnieżnych, snestormowych i zawiejowych, na które nazwy jakoś wytopiły się już z ludzkich mózgów. Owego totalnego pozwoleństwa na spanie, na obumarcie wszelakie, na razie, tak by potem radochę mieć z owego ponownego się narodziwania!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Strzygonia” – … a czasem nadchodzi powieść niesamowita. I piękna. I pełna. I nieszczęśliwa… tak piękna książka, piękna, stara, bardziej baśń z borów Starej Polski, niż tylko książka. I wtapia się człowiek i już wie, że kocha, z jednej strony czuje tylko cierpienie, artystyczne, piękne, dziwnie wyrachowane, masochistyczne, drażniące, a z drugiej ma już w pewnej chwili dość. Chce się wydostać z tej historii, która go zassała mitami i strachami ciemnych jeziorek, rozpłatanych przez piorun pni i dziwnych, poplątanych zarośli… ale nie może. Błąka się po Nawii, boi, ale też zafascynowany wstrzymuje oddech…

Udało się Mrugowskiemu stworzyć piękną powieść. Rozbudowaną. Historię o zapominaniu i niepowodzeniach, o wyprawie, o której nikt nigdy nie zaśpiewa, o Goplanie i Balladynie, miłościach i niewinnościach, chciwościach i szalonej dumie… O mężach czerstwych i tych, którzy zawsze byli bogami, o bogach nowych, o chramach i wiedźmach, o owych kobietach pięknych i niesamowitych i o tych, które zwyczajnie wiedziały czego chcą i nie pozwoliły nikomu siebie zmienić. O ludziach, których już nie ma i historiach, które można usłyszeć, gdy przytkniesz ucho do pnia, lub dziwnie wygłaskanego kamienia… Bo tak naprawdę nie ma tutaj jednego bohatera. Jest przeznaczenie, magia, moce i duchy. I człowiek, który może i nigdy nie może wybrać…

Smutna to opowieść i piękna. Z jednej strony starsza niż świat, z drugiej trudno nie dopatrzeć się pewnych podobieństw do nas, współczesnych mniej lub więcej. Trudno nie zachwycić się dopracowaniem, owym autora znawstwem i miłością do tego, co było… trudno nie zatęsknić… Trudno potem spoglądać na świat zwyczajnie, nie poetycko go opisywać. Trudno nie zakochać się w tym języku, słowach, których tak wielu zapomniało. Trudno TYLKO PRZECZYTAĆ tę powieść.

Nie da się!

Jesieni się już malować nie chce. Wkurzona na wiatery co jej zabrały liście nie czuje zainteresowania w trawach i korach. Niechętnie podrzuca dziwnie martwe, pełzające jednak wciąż po ścieżkach liście i rozdrażniona tupie nóżką. A miała takie plany. Poszła w tym rok w czerwnienie, nakupiła tyle farb, jagódek w krwawych odcieniach nahodowała. Przygotowana była, a tu co… po liściach! I gdzie sobie ma teraz pędzelkami z pszczelego włosia pomykać? Gdzie owe wymyślne wzory nakładać? Przed kim się szmerem ognistym ma puszyć?

Wkurzyła się Jesień. I gotowa jest coś zmalować, ale przyzwyczajona do małych powierzchni, dziwnie czuje się niepewna. Mogłaby po prostu zmieszać farby w wielkim worze i rozpyknąć go nad światem, ale chorobliwie i notorycznie lubi panować nad swoją sztuką… nie bałaganić.

Jak inni!

Nerwowo przechadza się Jesień po świecie. A ponieważ farbkami nie rzuca, chorobliwie przewrażliwiona na punkcie swoich dzieł, więc szarość się mnoży. Szarość się rozrasta, wiloć lubi, kropelki ją nęcą. Dobrze jej w deszczowościach i wietrznościach. W owych zapomnianych kątach, w które się wcisnąć może, w owych kości szczypaniu, udek dziwnym żarze. Mchowo się szarość rozrasta, ale zbytniego rozgłosu nie lubi. Nie domaga się poematów ani pieśni na swój temat…

… jest po prostu i włazi we wszystko. Lekko poddusza tych, co rankiem pragną wstać z łóżka pchani w nicość zewem produktywności. Poddusza tych, co się dali rano w południe… a ci, co się jej wymkną, nie są w stanie już nic zrobić. Bo szarość szybko przechodzi w czarności, a jak są czarności, elektryki nie marnuj!


Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Przedzimowie… została wyłączona

Pan Tealight i Potwory Niespania…

„Leżysz w ciemnościach i miękkiej ciszy.

Nic nie mąci spokoju, łóżko jest ciepłe i przymilne, nie za miękkie i nie sprzeciwiające się ciału, a poduszka idealnie podpiera głowę. Kołdra grzeje, ale też pozwala oddychać i miło gładzi skórę. Nie masz na sobie niczego, co mogłoby mącić oddech, niczego, co wzbudzałoby swędzenie i bóle nieistniejące… nic też nie brzęczy ci nad głową, nic nie oślepia wyłaniając się zza chmur. Twój żołądek jest z jednej strony najedzony, z drugiej nie pełny, dawno jadł, teraz chce tylko odpocząć. Wszystko jest właściwie idealne. Temperatura i stan chemiczny powietrza… wyposażenie pokoju jest znajome i nie przytłacza, a zapachy trzymają się na uwięzi. Nie chce mi się siku ani nic w tym rodzaju, gorączki też nie mam…

… to dlaczego do cholery nie mogę spać?

Widzę je. Sny! Krążą wokół mnie, gęste niczym nazbyt nasycona zupa, dziwnie rozchichotane, dziwnie nazbyt niechętne… Podnoszę się, ale głowa mi opada. Jestem zmęczona. Tak bardzo zmęczona, ale gdy tylko się kładę, gdy głowa zagłębia się w miękkość piór… coś mi umyka. Coś nagle odbiera zmęczenie… coś mnie otrzeźwia, podnosi, by uświadomić, że nic z tego, że przecież jestem tak bardzo śpiąca, tylko jak tu spać na stojąco? Tym bardziej, że sen to nie tylko zamknięte oczy… to przede wszystkim one.

Sny.

Nęcące owym szaleństwem, kuszące wyjaśnieniem świata, łudzące przygodą, życiem, w którym nagle można mieć więcej. Można być więcej i pragnąć po prostu wszystkiego. I choć nigdy nie jesteś w stanie kontrolować snu, to jednak przecież jakoś mu ufasz. Tak dziwnie jesteś pewny, że nawet jeżeli przydarzy się koszmar, to jednak obudzisz się ze wszystkimi członkami na miejscu. Tam gdzie były… Ale też znika to, co miałeś, gdy śniłeś… A gdyby udało się tak, udało się nagiąć jeden sen i po prostu tylko śnić. Śnić ten dziwny inny świat i tak żyć?

Nie budząc się, bo i po co? W końcu sen może być bardziej rzeczywisty niż to, co zwiemy rzeczywistością. I dotyk i ból, owo muśnięcie cudzej dłoni, deszcz na policzkach, wschód słońca dziwnie parzący twarz… Sen to też życie… więc dlaczego nie pozwalają mi żyć? Dlaczego tak dziwnie tańczą dookoła mnie, jednak nie naruszając owej powłoki dnia? Nie zdejmując ze mnie welonu codzienności, nie zapraszając, nie wciskając się mi pod ciężkie powieki?

Może się czymś wysmarować? Czy jest lukier na sny? A może wolą musztardę, czy też ciężki sos?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Inni. Pisane szkarłatem” – … bo są takie światy. Takie, w które chcesz wleźć jak najszybciej, dla których oddasz swoje dotychczasowe marzenia i pragnienia, dla których przewartościujesz codzienność. Próbujesz wetknąć w książkę stopy, ale nici z tego pantofelka…

… ale jeżeli tylko zamkniesz oczy może się przydarzyć ten świat. Stworzony przez Anne Bishop. Fascynujący, inny. Znowu dziwnie nieprzymilny, groźny na pierwszy rzut oka, bo jak Innym nie pasujesz, zjedzą cię i tyle! Ale ona nie do końca jest człowiekiem. A i oni naprawdę jej potrzebują… tylko, czy będą w stanie się wzajemnie porozumieć, czy odnajdą się w sytuacji, która rodzi się o dawna i co z tajemnicami dziewczyny nagle przybywającej do tego świata? Dziewczyny o śmierdzących włosach?

Bishop nie miesza językiem, wprost przeciwnie ów prosty język czasem nawet zdaje się nieodpowiedni do takiej historii, dziwnie zbyt ubogi, a jednak… udaje się. Po kilku zdaniach wiem gdzie jestem. Stoję tam, w książce i obserwuję całkiem nowy świat. Poznaję cudowne stworzenia, niewyobrażalne. Jedne znajome, bezpieczne, inne znowu zaskakujące, szokujące, a nawet odpychające. I ją, główną bohaterkę… choć w rzeczywistości to chyba nie oną chodzi, ale o Innych. Piękne stworzenia, zdolne wciąż żyć w zgodzie z naturą. Ale też stworzenia, które nie do końca radzą sobie z ludźmi, a dokładniej to właśnie ludzie mają z nimi problem. Czy jedna kobieta może to zmienić? I co z jej tajemnicami?

Magia przenika naturę, miesza się i ofiaruje nam piękną powieść. Wzruszającą, pełną emocji. Jakże zbliżoną do cyklu o Krwawych, ale wcale nie to samo. Chociaż i tutaj znajdziecie znajome tematy, jak na przykład ową cudowną tkliwość w postępowaniu z kobietami. Owo dobro zawsze w końcu zwyciężające i zło dostające w dupę! Pokrzywdzonych uleczonych i tych, którzy na to zasługują nagrodzonych. Ale i tych, których nie można określić jedną definicją, owych z pogranicza szarości… Ot, po prostu piękna, pełna, prawdziwa powieść.

„Days and nights, nights and days…
… but what is between?
What is hidden there…”

Pomiędzy nocą a dniem znajduje się czas, w którym oddychają marzenia. Odrywa ją się nagle od noszących je ludzi, i te nowe i te stare, przyprószone już lekko szeptami zapomnienia, gromadzą się i są tylko sobą. Tylko i wyłącznie dla siebie. Prezentują swoje szalone kształty innymi, rozmawiają i tańczą, jedne dumne z kosmicznych form, inne znowu trochę nimi zaskoczone, wszystkie w sobie zakochane… przez ową jedną chwilę nie pragnące spełnienia.

Ale… w owej dziwnej chwili pomiędzy jest też wiatr. I jeżeli dasz się mu porwać, jeżeli będziesz tym właśnie marzeniem… możesz zostać zniesiony w dziwnym, pokrętnym korowodzie zbyt daleko od swojego człowieka. On o tobie wtedy zapomni, będzie czuł dziwną pustkę zawsze, ale jednak w końcu zapomni, a ty nigdy się nie wypełnisz, więc uważaj marzenie, uważaj…

… uważaj.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Potwory Niespania… została wyłączona

Pan Tealight i Nowe Buty Wiedźmy…

„Nie ufam im.

Może to dlatego, że są takie czyste. Dziwnie nietknięte dotychczas, niebrudzone, niechodzone… Chcę żeby zostały w pudełku, tam na najwyższej z półek szafy. By po prostu były tam, tak jak dotychczas. Jak owa możliwość, z której mogę, ale nie chcę jeszcze skorzystać. Na potem. Jak zapewnienie kroków przyszłości. Niech będę tam w owym obuwniczym półuśpieniu. Niech trwają. Czekają na ową przyszłość, która przynajmniej jakoś mnie pociesza, że mimo wszystkich kroków, jakie dla mnie kryje, będę miała je w czym przejść.

Ale nie. Mam je założyć teraz, w tej chwili. Twarde i dziwnie niechętne, syczące na mnie czystymi sznurówkami. Wsuwam w nie stopy, powoli, docieram do końca i wstydliwie poruszam palcami, jakby nagle były mi całkiem nieznajome w owym nowym odzieniu. Jakby przekroczyły bramę do innego świata i nie stanowiły już części mnie… przekształcone w inny byt, do którego nie mam dostępu. Ale jednak mogę nimi poruszać, próbuję iść, ale podeszwy są tak twarde i dziwnie wysokie, że się chwieję. Bez znajomych starć i krzywizn nie rozpoznaję siebie samej. Wszystko jest takie niedoprasowane do mojego świata. Jak początek odpychający swoją nowością, nieznajomy i dziwnie przerażający. Doprowadzający najlepsze płaczki do prawdziwej agonii łez. Ale staram się do nich jakoś dopasować. Podpieram się, wstaję i znowu robię krok, po nim kolejny i znowu kolejny… Moje kroki jednak wcale do mnie nie pasują. Podeszwy nie znają moich dróg i szlaków, które tyle razy pokonywałam. Moje dotychczas, znajome stopy zapomniały jak i gdzie iść.

Nie ufam moim nogom. Nagle muszę być dziwnie czujna. Nie mogę tak po prostu zamknąć oczu i iść. Nie mogę pozwolić się im prowadzić. Zresztą po tej całje bucie nowości są nagle dziwnie skonfundowane. Moje stopy nie rozpoznają podłoża. Gładkości ulic, brukowanych kamyków, progów i wzniesień. Nie poznają leśnej ścieżki i kamienistej plaży. Nie wiedzą, gdzie są… Nie czują. Dlatego od nowa uczę się chodzić.

Lepka skórka obciera, ale zaciskam zęby i od nowa poznaję świat. Muszę je nauczyć mojego świata i nauczyć się ich.

Od nowa.

Znowu.

Kroczenia razem…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Książki, książki, książki… czyli coś, co pozwoli dokarmić mój pogrzany, poprzewracany, nietuzinkowy, z kopy taki świat.

Z cyklu przeczytane: „Ocean na końcu drogi” – bo są książki, które zwyczajnie bolą. Fizycznie wdzierają się w nas, rozrywając po drodze nie tylko owe zewnętrzne części, ale przede wszytskim wdzierając się do środka i buszując tam, gdzie najmocniej boli, tam, gdzie nigdy tak naprawdę nie zachodzą kojące i przynoszące wyzwolenie, bolesne procesy gojenia…

Nie pamiętamy dzieciństwa, a to, co pozostało nam w głowach interpretujemy w zależności od naszej przeszłości i teraźniejszości. Dopisujemy przeżyciom nasz obecny stan świadomości i doświadczenie. Zapominamy to, co niewygodne, co dotąd było częścią nas, by zrobić miejsce na nowe. Oddajemy przestrzenie zdobytego doświadczenia, by znowu popełnić znajome błędy…

O czym jest ta powieść? Właśnie o tym… dorastaniu, dojrzewaniu, byciu. O tym, że często trzeba zapomnieć, by być. By żyć naprawdę odrzucamy to, co było, ale też powracamy do tej przeszłości, by na nowo zrozumieć siebie.

Siebie teraz.

Neil Gaiman zawsze dorzuca do swoich opowieści coś więcej. Tym razem ponownie toczy opoweiść o człowieczeństwie, o owej codzienności przeszłości. Wtłacza w nie mity, pozwala nam samym wybaczyć sobie błędy przeszłości… tłumaczy. Dociera do czytelnika z pozycji doświadczenia, ale nie przytłacza i nie razi…

On po prostu jest.

Wyspa nagle ucichła, jakby zmęczona tym całym wianiem. Jest lekko przerażająca w owej oszczędności dźwięków. Albo jakby coś tam znowu szykowała i tylko teraz zbiera siły, ściemnia… okrutna. Ale to w końcu listopad. I tak, że udało mi się załapać na szaleństwo barw na gałęziach. Na owo szybkie przemijanie pojedynczych liści, nim wszystko zmieniło się w nagusy… w ową szaloną parodię naturalistów o pięknie powykręcanych gałązkach. W końcu widać jaką sztuką są drzewa. Właśnie bez owych barw, które tak łatwo określić jako piękne i zachwycające…

… teraz mnie porywają kształtami i gruzełkami na korze. Podchodzę do nich ostrożnie, jakbym się bała, że w tej odsłonie są bardziej żarłoczne, bardziej może i agresywne. Pozbawione zmiękczających ich osobowość barw i liściejowych melodii, teraz są naprawdę sobą!

Wyzwolone z owej ekstrawagancji ciepłych barw konary wcale jednak nie są jednolite. Te gałązki są prawie czarne, tamte znowu brunatne, dziwnie ciężkie, a te srebrne. Już nie tylko rozdziawione końców i zgrubienia je odróżniają, ale wiele, wiele wiele więcej. Każda jest inna… niesamowita. Jakby właśnie bez liści, dopiero w okresie chłodów drzewa rodziły najmilsze im potwory.

Na opasłym pniu przechadzają się porosty. Zdawałoby się, że nie biorą udziału w tej całej maskaradzie, ale może to tylko zmyłka? Tak naprawdę z porostami jak z grzybami… nigdy nic nie wiadomo!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nowe Buty Wiedźmy… została wyłączona