Pan Tealight i Nowe Buty Wiedźmy…

„Nie ufam im.

Może to dlatego, że są takie czyste. Dziwnie nietknięte dotychczas, niebrudzone, niechodzone… Chcę żeby zostały w pudełku, tam na najwyższej z półek szafy. By po prostu były tam, tak jak dotychczas. Jak owa możliwość, z której mogę, ale nie chcę jeszcze skorzystać. Na potem. Jak zapewnienie kroków przyszłości. Niech będę tam w owym obuwniczym półuśpieniu. Niech trwają. Czekają na ową przyszłość, która przynajmniej jakoś mnie pociesza, że mimo wszystkich kroków, jakie dla mnie kryje, będę miała je w czym przejść.

Ale nie. Mam je założyć teraz, w tej chwili. Twarde i dziwnie niechętne, syczące na mnie czystymi sznurówkami. Wsuwam w nie stopy, powoli, docieram do końca i wstydliwie poruszam palcami, jakby nagle były mi całkiem nieznajome w owym nowym odzieniu. Jakby przekroczyły bramę do innego świata i nie stanowiły już części mnie… przekształcone w inny byt, do którego nie mam dostępu. Ale jednak mogę nimi poruszać, próbuję iść, ale podeszwy są tak twarde i dziwnie wysokie, że się chwieję. Bez znajomych starć i krzywizn nie rozpoznaję siebie samej. Wszystko jest takie niedoprasowane do mojego świata. Jak początek odpychający swoją nowością, nieznajomy i dziwnie przerażający. Doprowadzający najlepsze płaczki do prawdziwej agonii łez. Ale staram się do nich jakoś dopasować. Podpieram się, wstaję i znowu robię krok, po nim kolejny i znowu kolejny… Moje kroki jednak wcale do mnie nie pasują. Podeszwy nie znają moich dróg i szlaków, które tyle razy pokonywałam. Moje dotychczas, znajome stopy zapomniały jak i gdzie iść.

Nie ufam moim nogom. Nagle muszę być dziwnie czujna. Nie mogę tak po prostu zamknąć oczu i iść. Nie mogę pozwolić się im prowadzić. Zresztą po tej całje bucie nowości są nagle dziwnie skonfundowane. Moje stopy nie rozpoznają podłoża. Gładkości ulic, brukowanych kamyków, progów i wzniesień. Nie poznają leśnej ścieżki i kamienistej plaży. Nie wiedzą, gdzie są… Nie czują. Dlatego od nowa uczę się chodzić.

Lepka skórka obciera, ale zaciskam zęby i od nowa poznaję świat. Muszę je nauczyć mojego świata i nauczyć się ich.

Od nowa.

Znowu.

Kroczenia razem…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Książki, książki, książki… czyli coś, co pozwoli dokarmić mój pogrzany, poprzewracany, nietuzinkowy, z kopy taki świat.

Z cyklu przeczytane: „Ocean na końcu drogi” – bo są książki, które zwyczajnie bolą. Fizycznie wdzierają się w nas, rozrywając po drodze nie tylko owe zewnętrzne części, ale przede wszytskim wdzierając się do środka i buszując tam, gdzie najmocniej boli, tam, gdzie nigdy tak naprawdę nie zachodzą kojące i przynoszące wyzwolenie, bolesne procesy gojenia…

Nie pamiętamy dzieciństwa, a to, co pozostało nam w głowach interpretujemy w zależności od naszej przeszłości i teraźniejszości. Dopisujemy przeżyciom nasz obecny stan świadomości i doświadczenie. Zapominamy to, co niewygodne, co dotąd było częścią nas, by zrobić miejsce na nowe. Oddajemy przestrzenie zdobytego doświadczenia, by znowu popełnić znajome błędy…

O czym jest ta powieść? Właśnie o tym… dorastaniu, dojrzewaniu, byciu. O tym, że często trzeba zapomnieć, by być. By żyć naprawdę odrzucamy to, co było, ale też powracamy do tej przeszłości, by na nowo zrozumieć siebie.

Siebie teraz.

Neil Gaiman zawsze dorzuca do swoich opowieści coś więcej. Tym razem ponownie toczy opoweiść o człowieczeństwie, o owej codzienności przeszłości. Wtłacza w nie mity, pozwala nam samym wybaczyć sobie błędy przeszłości… tłumaczy. Dociera do czytelnika z pozycji doświadczenia, ale nie przytłacza i nie razi…

On po prostu jest.

Wyspa nagle ucichła, jakby zmęczona tym całym wianiem. Jest lekko przerażająca w owej oszczędności dźwięków. Albo jakby coś tam znowu szykowała i tylko teraz zbiera siły, ściemnia… okrutna. Ale to w końcu listopad. I tak, że udało mi się załapać na szaleństwo barw na gałęziach. Na owo szybkie przemijanie pojedynczych liści, nim wszystko zmieniło się w nagusy… w ową szaloną parodię naturalistów o pięknie powykręcanych gałązkach. W końcu widać jaką sztuką są drzewa. Właśnie bez owych barw, które tak łatwo określić jako piękne i zachwycające…

… teraz mnie porywają kształtami i gruzełkami na korze. Podchodzę do nich ostrożnie, jakbym się bała, że w tej odsłonie są bardziej żarłoczne, bardziej może i agresywne. Pozbawione zmiękczających ich osobowość barw i liściejowych melodii, teraz są naprawdę sobą!

Wyzwolone z owej ekstrawagancji ciepłych barw konary wcale jednak nie są jednolite. Te gałązki są prawie czarne, tamte znowu brunatne, dziwnie ciężkie, a te srebrne. Już nie tylko rozdziawione końców i zgrubienia je odróżniają, ale wiele, wiele wiele więcej. Każda jest inna… niesamowita. Jakby właśnie bez liści, dopiero w okresie chłodów drzewa rodziły najmilsze im potwory.

Na opasłym pniu przechadzają się porosty. Zdawałoby się, że nie biorą udziału w tej całej maskaradzie, ale może to tylko zmyłka? Tak naprawdę z porostami jak z grzybami… nigdy nic nie wiadomo!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.