Pan Tealight i Stworzenie…

„Tak naprawdę całe to stworzenie świata, to zwykłe, poprawna logistyka. Poukładanie odpowiednio spraw, coby się wzajemnie zjadały. Od najmniejszego do największego, od chudego do tego mniej kostnego, od głodnego, do przeraźliwie obżartego… tego samego, co to ma miejsce jeszcze tylko na kawałek czegoś słodkiego, albo może i ze dwa kawałki? Dlaczego nie?

Wszystkim się wydaje, że o stworzeniu to od razu trzeba pisać powieść, hymny pochwalne i litanije, a na pewno stworzyć mu ku towarzystwu i wszelkich serc pokrzepieniu co najmniej sześć, oczywiście powiązanych ze sobą religii. Ale tak naprawdę same Stworzenie, znaczy no wiecie ten odpowiedzialny, ten co stwarza za pomocą słowa, laski i zestawu pociesznych grzbków, to tak naprawdę pomarszczony, starszy pan. Bardzo starszy. Smutny staruszek ze skołtunioną, długą brodą i łysą czaszką pokrytą mapami światów, które jeszcze nie istnieją, albo są dopiero w planach, a może zwyczajnie się zagubiły, bo kawałek mapy starł się po tym ostatnim upadku i nikt nie pamięta, jak to tam z rzekami było?

Staruszek Stworzenie ma na sobie przykrótką sukieneczkę, dla lepszej wentylacji może? różową z naderwaną falbanką i dołączonym wianuszkiem, który się lekko koło ramienia telepie niczym papuga, co nie gada. Do tego ma dziwnie przypominające pończoszki, długie skarpetki, grube i puchate. Na szyi nosi wielkie lusterko, a uszy wypchał cukrową watą w kolorze wściekłej niebieskości. Jego mleczne oczy – lekko kefir – o zawsze rozszerzonych podejrzanie źrenicach patrzą na was bacznie, od razu oceniając przydatność i dydkretnie wzbudzając poczucie winy. Na wszelki wypadek, w końcu to tylko starszy, dziwny pan.

Jego duży nos zdaje się być gruzołowatym zwierzątkiem, które zahukane i przerażone, coraz bardziej dąży do zamieszkania w brodzie. A długie, pokrzywione palce z obgryzionymi paznokciami i resztakmi cukierkoworóżowego lakieru, mną chusteczki higieniczne, nerwową bielą zaśnieżając okolicę.

Stworzenie nie mówi. Więcej w nim dobrodusznego dziadka, co to zawsze w kieszeni ma miętówki, nie ważne, że z siwymi włoskami, niż srogiego demiurga, zawsze niezadowolonego ze swojego dzieła. A jednak gdy tak patrzy czujesz wstyd. Za to coś, co zrobiłeś, gdy miałeś 5 lat i to straszne coś, gdy miałeś ich 25 i za to co zrobisz w wieku 65 lat, choć wciąż nie wydaje ci się, że starość to coś dla ciebie… bo przecież może się nie przydarzyć. Nie jest wciąż jeszcze realne…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Mroczna geneza” – bo świat to koszmary. A człowiek zawsze będzie uważał się za… naturę, lub boga, lub wszechmocne coś zdolne wszystko. Nie oszukujmy się, to dzieje się przez cały czas. Ten lub tamten uznaje się za demiurga i zwyczajnie zmienia to, co jest, wykorzystuje naturalne siły, by potem sprawnie wpłynąć na koszmar ogarniający ziemię. Wszystko pod sztandarem nauki… bo jak nauka, to przecież można wszystko.

Ian Tregillis przenosi nas ku początkowi II wojny światowej. Wszyscy już wiedzą, że Hitler coś kombinuje, czują pod skórą ową niepewność nadchodzących dni… ale poza tym, co oni czują jest koszmar jaki rodzi się i umiera w pewnym Domu Dziecka. Koszmar, który wpłynie na wszystko to, co dopiero się wydarzy. Jednak czy to magia, czy jednak tylko nauka? A może jedno i drugie, bo gdy po jednej stronie kanału dzieci umierają, po drugiej krwią pieczętują przerażające umowy. Pełne owej młodej naiwności wplątują się w kontrakty, za które zawsze trzeba płacić najwyższą cenę. Czy ojciec oddający swoje dziecko potworom nie jest lepszy niż doktor ulepszający dzieła narodzone? A może tak naprawdę cena nie gra roli? Nie ważna jest jednostka?

Dobro ogółu dobrem najwyższym?

Trudno ocenić, opisać i wytłumaczyć co się czuło czytając tę książkę. Właściwie, nawet mimo dodanych retrospekcji przez cały czas miałam wrażenie, jakby było to bardziej rozbudowane opowiadanie, niż powieść. Brakowało mi opisów, głębiej opisanych osobowości, owego czegoś więcej. Mimo zaznaczonych głównych postaci, nie wiadomo kto jest tutaj najważniejszy i co tak naprawdę ma być osią historii… i może o to chodzi? O ową niejednolitość, dziwne zderzenie wyższych myśli z odrobinę fantastycznymi relacjami? Zwykłych ludzi, którzy nagle muszą żyć z tym, co mają przed oczami, a co dotąd było czystą fantastyką? O owych codziennych, którzy kąpią się w krwi innych, a jednocześnie pragną zwyczajności, rodziny i spokoju?

Przeczytajcie, jeżeli szukacie czegoś więcej w literaturze. Nie dla rozrywki, wybuchów, przygody, ale przemyślenia praw władających światem i tych, które dziwnie tworzy sam człowiek.

Świecie słońce, pada deszcz, wieje wiatr… i wszystko oczywiście w tym samym czasie!? Nie mam pojęcia jak Wyspa to robi i co chce ową umiejętnością poważnie nadprzyrodzoną udowodnić, ale jej wychodzi. I tylko po hałasie kropel walących w dach, człek się orientuje, że coś jest nie tak. Że owo walące słonko w rzeczywistości może i jest gorące, ale jednak kurcze nzbytnio mokre! A ta cała euforia barw, które nagle monitorują życie wewnątrz domu, tylko i wyłącznie dlatego, żeśmy wymyślili szybki, to wietrzne dzieło. Jakoś lubi zaburzać ową równość spływowych układów.

I co tu teraz odpowiedzieć, gdy pytają o pogodę. Poza nadzwyczaj logiczną odpowiedzią, że tak mamy coś takiego, jak ową dziwną, zawsze intrygującą wszystkich pogodę! I jakoś nie wkraczać w specyfikacje?

Zresztą co to w ogóle jest za gadanie o pogodzie. No jest i tyle. Opisowość i tak wam przecież nic nie da? Co komu do tego ile mnie obdeszczyło i ile obsłoneczniło, no i szczególnie, w których to miejscach mnie podwiało? Bo przecież tak naprawdę to trochę niegrzecznie tak pytać o pogodę. A potem jęczeć: a ty to masz fajnie… Jakie fajnie? A jaki ja kurde mam na pogodę wpływ? Co to wykradłam rosyjskie pogodowe maszyny i trzymam wam je nad głowami zasłaniając każde słońce? Zwołuję dzikim tańcem chmurzaste panienki wam nad domy, coby tylko się nie ziścił jasny dzień?

Nie czuję się winna! I kocham deszcz i śnieg… A jęczenia pogodowego nie lubię i totalnie nie rozumiem!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Stworzenie… została wyłączona

Pan Tealight i CSI Ziemia…

„Na świeżo ulepionym człowieku pozostały odciski Boga. Ślady namacalne jego mijającej obecności, dominant wszelkiego przyszłego rozwoju i istnienia. Znaki zapowiedzianej i dokonanej zbrodni na tym, co nazywamy swobodą i wolnością. Piętno niewidzialne, którego nie sposób się pozbyć. Niewidzialne, ale jakże odczuwalne. Swędząca metka z dziwnie zawstydzającą ceną i opisem towaru, numerem licencji i obiektu, kodem paskowym, datą przydatności do życia, z instrukcją jak prać, prasować i na co stosować, z czego wykonano i właściwie gdzie…

Od początku namaszczone kontrolą, przeznaczeniem, zemstą na stworzonej ziemi… zwykłe ciało.

Demiurdzy mają to do siebie, że gdy tworzą naprawdę, to nie baczą na to jak. Nie interesują ich rzęsy i włosy zagubione w dziele, ślina, którą rozrobili farby i dorzucone resztki jedzenia. Paskudnie to wszystko brzmi, ale nauka lubi wszelką paskudność wydzielin i rozkładu, więc dlaczego nie… oprószyć człowieka, zdjąć odciski, oddzielić narzucone DNA, ową boską iskrę, ten wszelaki pęd ku tworzeniu?

Jednak, gdy go poznasz, czy wciąż będziesz sobą? A jeżeli się okaże, że Bóg wygląda jak ów najbrzydszy z ludzi? A jeżeli stworzył cię na podobieństwo, ale owej wyfotoszopowanej serii zdjęć spod prysznica? Z lekką nutką dekadencji, tłem z palemkami i oświetleniem aż nazbyt sprzyjającym?

Co wtedy?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Świat Wyspy jest ciemny. Ekologia wymusza na dwunożnych, dziwnie ślepych stworzeniach ograniczenie nocnych podróży, gdy światło skąpi swoich mocy. I dwunogi jakoś to znoszą. Co do reszty świata, tego z bijącymi sercami i tych, którym już mało co tam bije… jakoś sobie radzą. I tak myślę, że bez światła nocą da się żyć. Że jeżeli śpisz, to na kija ci ono potrzebne – poza widoczną drogą do kibelka?

Iluminacje Wyspy mijają z tajemniczą Północą. A może chodzi o to, że jesienią i zimą Północ zwyczajnie oszczędza na makijażu i chodzi w szlafroku i jakoś tak sobie nie życzy, by ją w owej koafiurze oglądać? Któż to może wiedzieć? Jest ciemno tak, że… no nic kompletnie nie widać. Poza dziwnymi światełkami, gdy to zderzony z twardą powierzchnią mózg ofiary zaczyna się buntować przeciwko jego własnej ciapawatości i brakom w ewolucji, która nie przemyślała montażu lampki na czole… takiej niewielkiej, zasilanej od dupska strony?

Ale czy wtedy w ogóle ktoś pozwoliłby nam na odpoczynek? A tak przynajmniej robić możesz… niewiele. Wyspa wymusza na dwunogach zwyczajowe wstań i śpij. Czas na pracowanie i czas na śnienie. Jakby kompletnie nie wiedzieli, co tak naprawdę dla nich dobre? I może tak jest? Wiem, bo po raz pierwszy od… chyba nigdy siedzę w łóżku i nie mogę się ruszyć. Atawistyczny głos przeszłych dusz, owo śmieciowe DNA zmusza mnie do pracy, ale jednak ból hamuje. Gdzie z tymi pomysłami na szorowanie półeczek? Raz w roku wytarczy!!! A ogród sam się wysprząta!!!

Poczucie winy, tłuste i dziwnie rozbawione rechocze w kącie. Oj tak, masz się dobrze świntuchu! Tylko jak się ciebie pozbyć? Autochtoni i tubylcy maści wszelakiej na Wyspie potrafią odpoczywać. Wakacje są wielokrotne i powtarzalne, a w ciągu dnia posiłki należy spożywać i odpoczywać. Jest to normalne zachowanie, niczym wdalanie i wydalanie, więc dlaczego do grzyba zielonego tak trudno mi to od nich zgapić? Wbić do tej durnej makówki? Dlaczego!!!?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i CSI Ziemia… została wyłączona

Pan Tealight i Serce do Wynajęcia…

„Gdy mrok totalny spowija Gudhjem, jakby cała ta śnieżna kula, która otacza Wyspę przyjmowała przydymioną szatę, świadoma, iż gdzieś tam jest światło, ale tutaj mrok musi się wyszaleć… dlatego mu na to pozwala. Gdy nawet świeczki i tealighty się wypalają, a dokarmiona światłem dnia ułudne światełka na ścieżkach migocząc przymykają zaspane oczy… Gdy lampy zasypiają, a gwiazdy przechodzą na drugą stronę mocy – znaczy wiecie, tą ciemną! Gdy morze się nagle uspokaja, a spragnione twardszej podniety łodzie, ocierające się o kamieniste nadbrzeże dostają to, po co przypłynęły… coś jednak wtedy migocze, teraz bardziej widoczne, niż wcześniej, dziwnie zachęcające, spragnione zainteresowania…

… Serce do Wynajęcia.

Tuż obok drzwi kina, szybki w niebieskiej obwódce, niczym zamknięta w protokątnym pudełku najczystsza fantazja, marzenie i wszelka możliwość… Oczywiście dopasowane do każdej potrzeby, działające od zaraz i dla każdego, przyzywające barwami kamienia księżycowego…

…bije i czeka,
czeka i bije,
bije i czeka.

Od tak dawna nikt się na nie nie skusił. Nikt nie podpłynął do portu z owym pragnieniem, by je odnaleźć, z mapą prowadzącą do owego skarbu, by przyjąć, poczuć rytmiczne bicie… A nawet jeżeli o nim wiedział, w jakiś sposób odkrył jego istnienie, wypróbował, jeżeli pragnął, to nikt nie wziął Serca na dłużej, nikt nie uczynił go na zawsze swoim. Nikt od tak dawna nie zrobił miejsca na nowe, a przecież nowe spadają codziennie z DrzewSerca… i gniją niechciane, niepotrzebne. Nikt nie odważył się być z nim, bić i jednocześnie być z innymi ludźmi. Oddawali je tak szybko, wyrywali z piersi, nie zważając na ból jak najszybciej chcieli się go pozbyć. Nie dbając o higienę, nie zważając na regulamin… nie ma już ludzi zdolnych żyć… z sercem.

Dlaczego?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Hymn do Człowieka Co Mnie Czyta!!!

Jakkolwiek zdaje mi się to wciąż czystą fantazją z pogranicza utopii, to jednak jest taki człowiek. Elfica Zawsze Dziewica co mnie cyca, kurde znaczy się czyta mnie. I jakoś tak, mimo że to tylko internety i cała ta ułuda, jakoś tak stara się mnie poznać, co przyznaję nie jest łatwe… sama się z tym męczę i wciąż żem w borze, takie ze mnie, no wiecie… takie niebożę!!!

Albo inna ciapaja.

No i chodzi o to, że pomogła ćpunowi w potrzebie. Znaczy mi… nabyć powieść, której pożądałam… „Pisane szkarłatem” – ot tak zwyczajnie kocham Bishop. Jej sposób pokazywania jak świat mógłby funkcjonować, gdyby mężczyźni choć trochę widzieli w kobietach… kobiety, a kobiety… mężczyzn.

No mniejsza miałam marzenie, a ona pomogła mi je spełnić… z gałkami ocznymi, czekoladą, sezamem i elementem pachniuchowym do ust, który przypomniał mi sypane rozpuszczalne herbatki zez starych czasów…

Ale nie tylko… bo poza tym dodała coś od siebie, tak jak lubię. Odcisnęła kopytko w moim życiu…

Ale co ważniejsze… zrobiła mi prezent chciany, prezent upragniony, a niespodziankę jednak… Czyli najnowszego Gaimana!!! Pięknego, cudnego, kochanego mojego, o którym marzyłam, ale wiecie jak to jest, leki najpierw, potem podatki, jedzenie, oddychanie… no wiadomo. A ona zrobiła mi niespodziankę i to taką, o jakiej marzyłam!!! No TAKĄ NIESPODZIANKĘ…
I strasznie Ci Elfico za to dziękuję!!!

Z cyklu przeczytane: „Dziewczyna w stalowym gorsecie” – za łatwe, za naiwne, za infantylne… Zwyczajnie bez tego „czegoś”. Ot kolejny świat, w którym rządzą nastolatki, nagle trzymającę władzę nad wszystkim w swoich wciąż niezbyt pewnych, ale dzielnych i oczywiście pełnych mocy dłoniach. Oczywiście nastolatki z traumami i po przejściach, bo wiecie, no tak już jest.
Wot i sztuka!
Do szkoły!

Opowieść Kady Cross, z jednej strony jest dziwnie prosta, z drugiej naszpikowana ową wiktoriańską metalowością. Cudowne organity, wszystko jest możliwe, ale też trzeba czasem zapłacić za to cenę, aczkolwiek jak nie, to nie. Główna bohaterka właściwie szybko znika i przedzierżnąwszy się w czteroosobową uposażoną i dostojną ekipę uderzeniową – co to ma swoje problemy i osiągnięcia, oczywiście ma się zająć tym, czym powinni dorośli z Yardu, ale wiecie, ta szlachta! Te wyższe sfery! Przecież oni wiedzą lepiej… No mniejsza, zająć się mają ratowaniem świata! Przed mechanicznymi podróbkami, automatonami i wszelakim tam działającym na metalowo cudactwem. Oczywiście odpowiednio odziani, bo hej w metalu bije się najlepiej!

Książka na pewno cudowna dla nastolatek, którym wystarczą wybuchy, miłosnych oczu zetknięcia się i dialogi. Bez opisów, bez zbędnych i nadmiernie obciążających umysły technicznych frazesów. Miłość i ratowanie świata, trudna przyjaźń i TFU!!! całe to wybaczanie. Moce dziwne, które oczywiście trzeba spożytkować dla dobra świata, aczkolwiek jak coś się nam nie podoba, to sio… Fajni jesteśmy tacy i wszystko nam wolno, a na dodatek tak wiele nam w duszach gra. I choć powiązania i całe to tło dałoby się uratować lepszym językiem, głębszym wejrzeniem w postaci, no cóż… tego zabrakło, a bez tego ta powieść jest dziurawa i nijaka.

Ostatnio mam wrażenie, że na świecie istenieją tylko owe nastolatki i tak się zastanawiam, że stara jestem, pewno przegapiłam te swoje moce, ech!

Liście opadły z drzew. Głęboki dywan pyszni się na ziemi. Ścieżki i dróżki zniknęły, odpoczywają przed czasem gdy znowu będą musiały dokądś prowadzić, biec tam i z powrotem. No chyba, że są tylko w jedną stronę, to wtedy nie… chociaż kto tam wie jakimi ścieżkami chodzą scieżki? Dookoła wszystko jest dziwnym poszumem. Wiatr może lekko zwolnił, ale wcale nie ucichł skubaniec. Jak na prochach, co to oparły się sile natręctw, tępi każde liściowie na gałęziach. Wyrwie każdą blaszkę i każdego, upartego i zakręconego, ogonka.

Tylko co z tym dziwnym poszumem? Co z owym liści drżeniem. Liści które spały zbyt szybko i zbyt nagle. Nie tylko nie zdążyły zczerwienić się pychą z góry, ale nie odbyły owego tańca godowego w powietrzu. Nie pokochały, nie spożytkowały uczucia, nie spotniały z owej krótkiej namiętności…

Czy możliwe jest, krocząc przez ów nagi w górnych rejonach las, tak naprawdę stąpam po zatłoczonym łożu? Łożu, w którym gromady różnobarwnie umaszczonych kochanków poszukują swoich miłości? Bo każdy liść ma tylko jednego jedynego liścia, którego kocha. Nie zastąpi go jakimkolwiek, którego na pewno znajdzie na swej drodze, ot by się bzyknąć bo potem może szansy nie być. Liście to w rzeczywistości fascynująco monogamistyczne stworzenia. Rodzą się z ową miłością do innego liścia, która w nich kwitnie, przeobraża się w wilgotną, soczystą zielonkawość, by w końcu dojrzeć barwami i skonsumować owo fantastyczne uczucie…

… potem, gdy nadchodzi czas tańczą w powietrzu, życząc sobie poszumem, by odnaleźć na drodze tego, którego kochają… i czasem się im udaje. Jednak zrzucone brutalnie z drzewa, boleśnie zderzone z ziemią, nie odbyły tańca, czy wciąż jednak mogą się znaleźć? Zaznać owej upojnej chwili i w owej skończonej radości oddać się z powrotem ziemi? Czy tak naprawdę mogą?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Serce do Wynajęcia… została wyłączona

Pan Tealight i Podlotek Przeleciany…

„Wiało.

Wszystko było wyłącznie splątanymi masami powietrza, które załapały się na darmowe linie lotnicze, choć bez przekąsek i z kiepską obsługą, no i zamierzały to naprawdę wykorzystać. Niektórym udało się nawet dostać na loty dla kulistych-artystycznych. Zmotani w wielkie, ciężkie wietrzne kule, radośnie rozplaskiwali się na ścianach, dachach i oknach. Na tych ostatnich pozostawiając dziwnie zapocone, straszne ślady walki o jak największą powierzchnię kreatywną.

Ale byli też ci odrobinę niechętni. Ci nie dający się skusić reklamowym zachęcajkom, ci dziwnie asertywni, gdy szło o kubki, przypinki i arystokratyczne tytuły dorzucane gratis i oczywiście ci, którzy umieli czytać ze zrozumieniem i na dodatek łapali się na mały druczek…

To dlatego Pan Tealight z Ojeblikiem – małą, uciętą główką, oraz trzema, najbardziej krwistożernymi Wiedźmami z Pieca zaopatrzył się w siatkę z Bramki nad Morzem. Bramka dała się przekupić pieszczotliwym golem i opakowaniem baloników urodzinowych, lekko perforowanych i truskawkowych forjorpleżeronly. Gdy tylko, jak co noc, pogasły wszystkie lampy, łącznie z tą do Narni, którą ostatnio Aslan znowu obsikał i pożółkła… rozwiesili siatkę, której oczka wcześniej zaciaśnili, pomiędzy dwoma domami, nad najbardziej wiejącą drogą.

I czekali.

Zauważyliście ile spraw kojarzy nam się z wiatrem… pierdzenie, podlotek, przelecieć, wzlecieć, dmuchnąć… więc oni czekali. Najpierw podleciała torebka foliowa, mimo wszystko nie najczęstszy element łapany, potem potężne stadko zakonnic, któe od razu trafiły na grilla, będą potem w słoikach i zalewie octowej. Jakoś ich się nigdy nie trzyma olejna i słodka. Ptaki jako jedyne od razu były prowadzone do punktu opatrunkowego, czyli Smoka z Komina i wypuszczane w świat, tym razem na pazurach. Elementy wytroju ogródków dzielnie najczęściej podnosiły się na połamane nogi i leciały dalej, ale co do doniczek, to raczej się uchylali. Ojeblik liczyła na coś na główkę, więc pilnowała latających owiec, problem z nimi był taki, że przeskakiwały przez barierkę, ale od czego było lasso? W końcu zrobione ze skóry Myślącego Węża! Jedzenie od razu zabierały Wiedźmy, a cała reszta nie miała zamiaru wchodzić im w drogę, bo czasem zwyczajnie nie warto.

Przyznać jednak należy, iż mimo rekordowego pędu, nośność w Wiaterze dość leżała, tylko jedne grabie, taczka i trzy karmniki? Ani zabawnych elementów garderoby, owych porzuconych przez Turyścizną na plażach i miejscach biwakowych, owych zapomnianych gacioszków… choć jak i ich nie zapomnieć, jeśli to tylko sznureczek? Na procę się jednak nada! Ani jakiś potworów, którym możnaby zarzucić niemoralne prowadzenie się… aż w końcu coś się zaczęło błyszcząco kolebać na horyzoncie. W końcu. Jakaś taka biel z czerwienią, ale bez krwawych aromatów. I dziwnie tak leciała. Wiatr ją raczej przelatywał i przesuwał, jakby sprzeciwiała się jego nadrzędnej pozycji, jakby nie poddawała się prawom natury…

… i nuciła. Owa Przesuwna i Przelotna Pani Domu nuciła, ocierając omączone dłonie w fartuszek.

„… a ten orkan orkanem,
ja tu bezlistna ostanę!!!”

Osiadła pomiędzy Chatką, a Domkiem Sąsiada i odmawiała dalszych lotów. Wiedźma Wrona Pożarta wyraziście, nie powstrzymując się, klęła we wszystkich, danych jej językach, dopóki Pan Tealight nie nalepił na czoło blondyneczki zestawu znaczków i hasła: „Przesuwna i przelotna Pani Domu pozna pana w wieku podskocznym w celu wielu ogólnowymiarowych podróży.” Trzeba przyznać, że chyba ją rozjuszyli owym niechceniem, bo się opierała dopóki nie ujrzała zestawu Ojeblika do tworzenia zabawnych muffinów. Level hard. Potem poszło łatwiej. Popłynęła pierwszym dostępnym promem z powrotem na kontynent.

Po prawdzie, to wszyscy na coś czekali. Zawsze czekali… na NIEGO Podlotka Przelecianego. Na owego jedynego, któremu nie był straszny żaden powiew. Zobaczyć go zapewniało szczęście na 768 lat nieprzerwanego życia. Jak po zmartwychwstaniu, promocja już nie obejmowała zdechlaka. Mówiono, że kiedyś poleciał tak, jak nikt inny nie poleciał i po tym Wiatr zrozumiał, że nie mogą być razem, czy coś, bynajmniej mocno nim rzucił i Podlotek się obraził… i rzucił pierścionkiem, trafił w oko, stłukł ulubioną filiżankę i pieseczka z porcelany, no sami wiecie.

Miłość.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Pokarm przybył!!! Oto i moja ambrozja nektarów, mjut, manna ranna i haj, i pomidorowa Babci z literkami! Czekolada spod stołu i sopele zimą i chelb z cukrem i wodą, masło, coca cola ze szklanej butelki… Lody cassaty, ciepły chleb wystany w kolejce z dziwnymi ludźmi, których się nie znało i nie trzeba się było ich bać i jajka w podróży, kanapki z serem i ciapajowatym pomidorem… i pomarańcze, które wschodziły tylko na Święta.

Ech! Jedzenie staje się mityczne, gdy łączy się je z pewnym czasem… a w rzeczywistości pewno nic w nim nie było?


Z cyklu 31.10!!! Piękna i papierowa… moja i tylko moja. Bo dyniożarły jak ja, te co nie lubią dyń w formie gryzionej i przełykanej, muszą mieć papier!

… w niej oczywiście znowu ja, a na Virtualo oczywiście do wzięcia za darmo trzeci tom Halloween po polsku – Księga cieni!!!

Poczytaj mi mamo – ale wiesz, nie gryź!

Z cyklu przeczytane: „Uwięziona królowa” – opowieść o czekaniu, knuciu i wszelkich babskich mocach. Maria Stuart pragnęła mieć wszystko. Tak ją wychowano, więc kiedy świat przestał tylko dawać, ona zaczęła walczyć… Co tak naprawdę zniszczyło jej marzenie o koronie? Nie wiadomo. Może jednak owa miłość, zniszczenie ochronnej tarczy, która opisywała królową jako osobę boską? A może nie miała tego, co miała w rzeczywistości Elżbieta?

Philippa Gregory po raz kolejny wkracza w życie Tudorów. I po raz kolejny ofiaruje nam opowieść dotąd tak nieopowiadaną. Coś nowego, choć przecież historia już o tym mówiła… Ale kto w rzeczywistości jest bohaterką tej książki? Maria, czy jednak zaradna, twarda, fascynująca Bess? A może jej mąż, ten, który zwariował, gdy ujrzał anioła? Nie odpowiem na to pytanie, ale sprytne zestawianie dziwnie nudnej Marii z cudownie zaradną Bess, zwykłą dziewczyną, która obiecała sobie nigdy nie być biedną, oszałamia. Nagle nie wiadomo kto tak naprawdę jest KIMŚ!

Jak zwykle w pierwszej osobie, opowieści trzech bohaterów przeplatają się pięknie ze sobą. Mimo iż obserwujemy ich tylko przez krótki okres czasu – uwięzienie Marii Stuard w Anglii, to jednak dziwnie powolna, drobiazgowa narracja przykuwa. Jednym może się zdać nazbyt wolna, nazbyt rzucająca w twarz każdym elementem, dla mnie była odpoczynkiem. Podróżą w przeszłość i teraźniejszość trójki osób powiązanych obowiązkiem, pragnieniem, przeznaczeniem i strachem. Ona jest królową, on członkiem starej szlachty, dumnym, ale dziwnie ślepym, niezaradnym głupcem, a ta trzecia, która winna być pierwszą… cóż, właściwie jedną z owych pierwszych kobiet, które wiedziały czego chcą i zrobiły wszystko by to osiągnąć… cóż, może poza miłością? Tak naprawdę obydwie są władczyniami, tylko że jedna niszczy królestwo drugiej…

Wiecie jak się ta historia zakończy, właściwie wiecie też jak się potoczyła, ale pomyślcie jakby to było towarzyszyć im prawie codziennie. Podglądać jak powoli wszystko się toczy, niczym fale zarzucając euforią, by potem opaść złudzeniami…

Wiatr lekko ucichł, ale Wyspa wciąż się chyba kołysze. Niebiosa zdają się szalone, jakby w końcu uzyskały dostęp do wszelkich produktów koloryzujących, zwyczajnie wypróbowywują każdą możliwość. Nie ma tego, co może się nie zdarzyć! Śliwkowy, a morze brzoskwiniowy, małe zielone obłoczki na wrzącym fiolecie – da się zrobić, nie ma problemu, ale czy nam do twarzy? No i naprawdę wydaje się wam, że nie możemy mieć i deszczu i słońca i dziwnych układów chmur? Ależ proszę bardzo, w końcu któż lubi mieć mówione: nie potrafisz!

Bo niebo może wszystko. Nawet jeżeli to jakieś zagramaniczne wiatery je chłoszczą, próbując zwyczajnie pobić rekordy w ilości porwanych dziewicom chusteczek do różowych nosków. Ot tak, by potem wydusić z nich łzy – podobno świetne są do smażonej rybki, lekko trawocytrynowe! I doprawdy droższe niż sprzączka do nosa z kiełka jednorożca. Któż by pomyślał, że taki deficyt w tym towarze?

Wiatr zabrał sobie liście i nagusieńkie konary i gałązki, pieńki nagle z kolorków odarte, drżą melodycznie. Jakoś tak zaskoczone przyglądają się sobie, jakby naprawdę nie pamiętały, że to już im się przydarzyło, że rok temu już tak było, że może i większe i pełniejsze, wyższe i bardziej rozłożyste, to przecież wiedzą co je czeka i wiedziały, że tak się stanie.

A może mają nadzieję? Spoglądają na te iglaki i modlą się do Boga Blaszek i Ogonków o wiekuiste obliściowanie? O nieupuszczanie ogonków, nie gubienie blaszek… tylko czy ten bóg ich słucha? Chyba nie. A może i iglaki mają Boga Nietępości? Może modlą się o odpuszczenie igieł. O ową dziwnie nęcącą nieznajomym nagość, która mogłaby później wydać wiosną kwiaty i porodzić ostro zielone, maleńkie, dziwnie tłuste, śliczniuchnie liściaczki?

… całkiem tępe?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Podlotek Przeleciany… została wyłączona

Pan Tealight i Everydaj…

„Na świecie dzieją się rzeczy dziwne. Tak po prostu. No w końcu muszą coś robić. Ile można się nudzić w owym Wszechświecie, skubiąc czipsy i oglądać mydlane opery? Ile można malować paznokcie u wszystkich macek, strugać sosnowe gupki, no i oczywiście uzupełniać w zeszycie tabelki z ulubionymi potrawami? Bezczynność w końcu nie leży w ich naturze, a samą ową naturę dziwności, tylko sporadycznie spolizowuje przytulne, miękkie lenistwo.

… od niechcenia.

Tak w rzeczywistości normalność i zwyczajność nie są nawet definiowalne. One nawet nie bywają. A dziwność, ostatnio zdaje się mieć aż nazbyt wiele do roboty. Puszy się na każdym przyjęciu, namolna celebrytka w botoksach, cekinach i strojach mających więcej wspólnego z firanką i ulem, niż tak zwanym odzieniem… Ot staje się stałym elementem codzienność, ową nieodłączoną wolą Boga Everydaja. Tego od poranków, dni i nocy. Takich wiecie co zachodzą zawsze, choć wam się zdaje, że to świństwo, iż świat nie zauważył waszego cierpienia. Że właściwie się dla was skończył. Szczególnie od poniedziałków i piątków trzynastego.

Dlatego skrzynki pocztowe wybijające kanonadę pod dyktando Majestatycznego Pana Orkana mają się dobrze. Wirujący w nieustającym powietrza poszumie feedownik też. Wszelkie elementy dotąd nielotne mają w końcu za swoje. Nici ze spokojności przyczepności do podłoża. Wszyscy latają! Jak był prikaz, to nie ma od niego odwrotu. Nawet zwolnienie od mamusi i babska niedyspozycja nie zezwolą na brak lotności, ani nadwaga! Nic w tym dziwnego? A może i tylko samo dziwne? Normalnie w końcu metalowe elementy nie dostają nibynóżek i sowich skrzydełek, i jakoś tak zwyczajnie nie pędzą w wietrznym korowodzie…

Pan Tealight z całą resztą wyposażenia Białego Domostwa zabunkrował się w środku razem z pokaźną kolekcją wypieków, bąbelkami niekoniecznie w butelkach oraz trzaskającym ogniem – ten akurat był tam, gdzie należy… i nie zamierzał wychodzić na ową taneczność i lotność. Na ową dziwność i pokaz baletu nowoczesnego Boga Everydaja. Ale jednak biegnąca ścieżką książka, z rozwianą okładką, gubiąca dwie zakładki zmusiła go do podejścia do okna. Nie żeby była dziwna, czy nietypowa, ot po prostu woda się jeszcze nie zagotowała na herbatę… no i mimo wiatru w jakiś sposób książka utrzymywała się blisko podłoża. Za książką biegła Wiedźma Wrona Pożarta. Obśliniona, co widać było z daleka. Jakby ją ślimaki wycałowały, ili nawet coś gorszego… Zresztą była na tyle mało odziana, znaczy skąpo, że serio BYŁO WIDAĆ. Możliwe, iż biedne lepkie stworzonka poszukiwały schronienia na zimę, lub coś… Było to dość obraźliwe, dla wszelako zamiatanego, porządnego układu okolicy.

Znaczy czas Wielkiego Głodu Wiedźmy się skończył. Czyli dziwność powinna ustąpić choć na chwilę? Chociaż kto to może wiedzieć? Co jest dziwne, a co normalne, co zwyczajne, a co ma wytatuowane na pośladkach NIESAMO WITE?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu nowe książki! Wygrana od czytam.pl – wielkie dzięki za przesłanie nagrody!!! I to tak szybko. Wichura taka, sztormowa i szalona, że pewno i jakiegoś zombie na skrzydłach przyniesie… a ja na tym głodzie pewno i takowego zombiego bym jakoś tam przeczytała!!!

Oraz papierowe wydanie 31.10 tom II! Piękne i do tego prawdziwie biały kruk, znaczy wrona, co nie!!!

Tutaj możecie obejrzeć trailer do trzeciej części! I wniej znajdzie się moje opowiadanie, tym razem z zaklęciem z pewnej księgi…

Wieje.

Właściwie chyba nie do końca wieje. Raczej duje. Gromada potępionych dusz, tych co się nie załapały na światło, bo wyłączyli jeszcze za dawnych czasów, wiecie ekologia, oszczędzanie i takie tam… chórki śpiewa. Trzeba im przyznać, że równo wyją. Niczym nadzwyczajnie długi, dziwnie nie ustępujący pod naporem innych wyziewów, pierd. Wzbogacony o dwa soprany, bas i solówkę na altówce. I może jeszcze harfę? Oj tak, chyba serio słysze i harfę? I saksofon? A może i akordeon, co trochę przeraża… Właściwie, to trudno stwierdzić czego się nie słyszy… Bo może i wiatr zwyczajny dla Wyspy, może i codzienny i wcale nie taki dziwny, to jednak ten zbliża się nadmiernie ku mianu Siemowit Sonne Epicki.

Ten, który zabił moje pamiątki z podróży, co to się bezpiecznie suszyły na zewnątrz, a o których na śmierci życie zapomniałam!

Wiatr nie toleruje sklerozy. Tępi ją skutecznie, ale czy będę pamietała o owej stracie następnym razem? A może nie będzie następnego razu, tylko w końcu tańczące dookoła mnie ściany, powiewy wciskające się we wszelkie szpary, szczególnie te, o których nikt mnie nie informował, weźmie dom do góry, potrząśnie nim niczym szklaną kulą i popatrzy jak się w śnieg obracam?

Oj, a mówiłam coby u Dorotki z Kansasa wykupić tutoriala: „Jak przeżyć, gdy wieje, a Toto chce kupę!” oraz „Trzy porady jak dać radę bez rady w nieważkości”… może i „Każdy but dobyr na twoją stopę?”. Nie wiem, moim zdaniem to tak świństwo swoim M15 spadać na czyjąś cielesność i robić jej M1 z teraźniejszości i to na bosaka! Ale też co ja tam wiem! Nie mam w zwyczaju latać domem… znaczy się i mam nadzieję, że raczej to się nie zmieni. Serio, nie wszystkiego trzeba w życiu spróbować. Poczekam do następnego może? Albo i tego po nim?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Everydaj… została wyłączona

Pan Tealight i Miejsce Z Drzewami…

„W Miejscu Z Drzewami dzieją się dziwne rzeczy. Na porośniętych niepokojąco podejrzaną, przestrzennie zmienną w kształtach i kolorach korą, na owych zgrabnie zawstydzających, pnących się w górę belkach, rosną grzyby. Gromadzą się pomarańczowo i mlecznie dookoła tego niby pnia, tańczą, pomiędzy sobą śluz i pajęczyny wymieniają. Zdawałoby się, iż wystarczy je polizać, by ulecieć dzięki nim w niebiosa, ale ziemia taka miękka, namszona przestrzeń bez liści zdaje się wypasioną kołderką, której nie chce się opuszczać, więc nie… nie liżemy.

Odejdź Wiedźmo, jęzor wlazł z powrotem!!!

Tobie już wystarczy!

Z drugiej strony, myślę sobie, na miejscami przygaszonej ściółce też się pysznią wszelakie kapelusze. Jak zaskoczeni kolesie, pozbawieni herbaty i wymyślnej zastawy, bez króliczych bobków, ino w zajęcze odziani. A jeżeli o bobkach mowa… dookoła biegają dziwnie tchnący aromatami, zacietrzewieni mężczyźni w tęczowych strojach. Dysząca ich mowa spaja się ze świeżością Miejsca Z Drzewami. Myślę sobie, że może uciekają, wypuściły ich potwory, więc teraz garną się do fizycznych czynności, ale nie. Paszoł z tą wyobraźnią. Ot moda taka. Wsadzić się w plastikowe odzienie, nie oddychać ciałem, skórę spętać poliestrem, a potem biec dysząc niczym zgoniona konina, taka we flaczku. Albo rowerem przecinać niechodzone. Niedeptane miejsca rowkami znaczyć, a potem szprycha, gałąź i tragedia gotowa. A kij wam w oko, ale po kiego to hałas robić… więc włażę tam, gdzie nie wlezą. Choć mokro i mlaszcze podłoże. Choć się zapadam i niknę, jakby pożerana przez otoczenie, co potem mnie wypluje… Nie dogonią mnie tutaj i nie zjeżdżą, na kurhanie się rozkładam całkowicie, słucham tych wróżek, co im sikaniem zakłóciłam przestrzeń życiową, a co się teraz za mną gonią. Jakbym im coś obiecała, czy coś? W ogóle z perspektywy sikającej, kryjącej się osoby, świat widać inaczej… dopóki cię w dupsko nie ugryzie, bo choć jesień, to wciąż głodni na świecie są! A może jednak nie warto było dupska na obgląd świata wystawiać? Trzeba będzie może nad jakimś parawanikiem pomyśleć? Przenośnym i składanym… Ale przecież nie tylko ja to robię!!! Żebyście widzieli jakie wielki kupska raczej niska Wiedźma Wrona może po drodze i na drodze spotkać!!! Gigantyczne! A z tego co wiem, to u nas Godżille i inne zwierzątka domowe, co się wyprowadzania domagają, nie są wskazane.

… więc skąd te wielkie kupy?

Może lepiej się nie zastanawiać. Ot nie wiedzieć, udawać, że nie słyszy się dziwnie posępnych kroków za sobą, że nie widzi, iż mgły się dziwnie rozstępują, umykają przed czymś, czego nie chcą dotknąć… i może ja też nie. Choć znając moje szczęście, to nie umilkną te kroki. Będą juz teraz za mną chodzić, jakby nagle znalazły sobie nowe zwierzątko, cudaczne takie? Ale wiecie, co z tymi kupami? Czy zwierzątko może poprosić to duże coś, by robiło je z dala od legowiska?

Że Miejsce Z Drzewami? Ot bo to nie jest las. Nie można nazwać tylko LASEM czegoś tak fascynującego.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Łażę po lesie i zdaje się, że widzę wróżki. Dziwne takie. Skrzydełka mają, unoszą się nad zjawiskową zielonkawością wilgotnegom obżartego starymi prochami mchu i tańczą pod zbędnym błękitem, w ciemnościach pełgzających i wszelakich dymnych… ekhm  zaksztuszaczach. Srebrzyście tak się unoszą, skrzydełka im z cichym bzykaniem tańczą pomiędzy gałązkami. Widzę jak spijają z maciupkich sosenek wszelaką wilgotność kropelkową, nasączoną żywicznie, aromatyczną. Piękne są takie, ulotnie krystaliczne, jakby każdy podmuch mógł je strzaskać w drobinki niewidzialne, ale wiecie… wdychalne jak najbardziej!

Tylko czy wróżką w proszku można się nawalić… znaczy chciałam powiedzieć: świata postrzeganie wzmocnić w granicach wszelako nierozpoznawalnych dotąd. W owym niemacalnym wszelakim haju? Tylko, czy to wskazane tak wróżki żreć bezczelnie, tudzież się owym pyłkiem inhalować?

Pełznę dalej w owym dziwnie zadrzewonym, załamującym czasy i przestrzenie świecie i na przemoczonych butach widzę rodzące się stawy i jeziorka. Jedne przylegają do sznurówek, inne znowu dumnie kołaczą się dookoła szwów. Jakbym juz tutaj miała zostać, jakby wszelkie poruszenie się nie miało sensu…

… bo w końcu w Miejscu Z Drzewami książki są wciąż wilgotne. Strony wciąż jeszcze rosną i wdychają te historie. Owych panien zamienionych w brzozy, drżących osikowych dziewic płaczących w strumyki, owych trolli, które zasnęły i dziwnie nie chcą się obudzić, bo im dobrze we śnie i skrzatów kryjących się pod gigantycznymi, rozłożonymi na cieniutkich splątaniach traw grzybach, niczym wszelakich ufokach, pod które zajrzeć się nie da. Bo i jak, głupio tak zniszczyć historię. O tych zakochanych co poszli w las, tudzież biednych dzieciach z nadmiarem chleba w kieszeni… tak w ogóle, to czemu one nie jadły tego chleba? Po ciemku i tak nie zobaczyłyby okruszków, a tak nie byłyby na takim głodzie by wpieprzać architekturę cudzą!!!

O owych zapomnianych szubienicach, pochowanych w kamiennych kręgach, które produkują dziwną poświatę, o miejscach, które budzą się tylko w jedną, jedyną noc w roku i tych, co nigdy nie zasypiają… no sami wiecie. Owych opowieści o wojnach i spokojnym świecie o magii i bogach, oraz czasach bez nich, dość nudnych w wyrazie. O królowych, których nikt nie szukał i księżniczkach z wyciętymi sercami, o siostrach pragnących odczarować braci i… kapturku co męczył wilka…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Miejsce Z Drzewami… została wyłączona

Pan Tealight i Zesobą…

„Może i cykają sobie te fotki na każdym skwerze, przy co drugim krzaku dokumentując wszelakie dobra ruchome i nieruchawe mocno, owe nowe i zapomniane, sprzątanie kibelka i przeprowadzkę do pałacu, pomalowane paznokcie i śpiącego kochanka, focą się sikając pod drzewem i żując potrzyrazy każdy kęs – tutaj dołączają przepis: jak dotrzeć do knajpy, na którym półdupku usiąść i ogólnie z czym się jeść. Może i kupują kosmetyki i ciuchy. By ciało bosko zbliżyło się do idealności wymagającej wyłącznie fotoszopa… Smarują się i biją, witkami młócą skórki cytrusowe, zdzierają i kleją, ale w końcu przyklepią, pogłaszczą i dopieszczą…

… a może i…

Czyli znaczyłoby, że się kochają? Dbają o siebie. Dokumentują boskie własne posunięcia. Czyli doprawdy się wielbią na tyle, by tworzyć o sobie legendy, by spisywać wspomnienia, mówić, iż są wszystkiego warci, najlepsi, najśliczniejsi choć niedocenieni w żaden sposób, ale jedyni tacy… By do owych podobizn dołączać informację z numerem telefonu/konta/paypala i miejscem pustym na wklepaną intencję?

A jednak gdy wszystko ucicha. Gdy nie ma nikogo i niczego zdolnego polizać policzek nadstawiony i ten drugi też, wysłuchać, popatrzeć, gdy nikt nie zwraca uwagi, nie chwali, nie wywyższa ponad inne osoby boskie, gdy zwyczajnie nie obchodzą nikogo, to czy wydają dźwięk? Może… bo gdy nikt nie chce o nich czytać, ich oglądać, oj wtedy coś się dzieje. Coś się załamuje, trzaska pod naporem śniegu.

Gdy mają być sami ze sobą, nie mogą.

Nie potrafią.

Wiedźma Wrona Pożarta może i nie jest człowiekiem do końca, może coś się jej rozciapierzyło na ścieżkach entymologicznej genetyki, coś przyrąbało mocno z kosmosu zahaczając o ziemię i z koszyka ją wypchnęło, kocykiem poddusiło i w zęby wsadziło plastikową kaczuszkę bijąc po kończynach wieszakiem na ubrania… może i to podmieniec, jakoś nie uwzględniają reklamacji… Bynajmniej czasem i ona jest sama ze sobą. Gdy strony w niej nagle przestają szumieć, to co inni zwą dziwami ciągnąć za kolczyki i uprawiać sitriptiz na klamce od kuchennych drzwi. Gdy wszystko owo ucicha, a ona sama staje się tylko sobą… źle się dzieje. Nagle nic nie odwraca uwagi od samej siebie. Nagle wszelkie myśli zdają się czerwienieć z przypływu uwagi, rumienić się wstydliwie, ciepło się w niej robi nadmiernie…

I PUFFF Wiedźma Wrona znika.

Znaczy tak się nam wydaje, bo jakoś nie można tego udokumentować. Nie udaje się wpaść akurat w owym momencie, spojrzeć jak powoli, może z góry do dołu albo dołu do góry wtapia się w otoczenie! Znika. Nie ma jej. Znaczy prawdopodobnie tak być musi, bo co jak co, ale sama ze sobą ona nie wytrzyma!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

Na mojej Wyspie łatwo być samym. Jeśli nie liczyć drzew i krzaków, zajęcy wyskakujących nagle spod rąk, dziwnie spolegliwych saren, które gapią się na ciebie, jakby serio nigdy nie widziały czegoś takiego, a na dodatek choć popcornu już nie dawali, to przecież wykupiły bilet najdroższy, więc zrozumiałe, iż pragną wyciągnąć z tej imprezy ile się tylko da! Muszę przyznać, że te sarny są coraz bardziej podejrzane. Może stały karnecik, czy coś?

Mniejsza… łatwo być samemu. Łatwo kolibać się drogą poprzez pola, ale wciąż drogą całkiem główną i nie spotkać nikogo. Ot łatwo. Po prostu iść i nie obijać się o cudze marzenia i pragnienia, o owe inne wizje otaczającego nas, przecież tego samego świata, ani o łokcie rozpychające. Bo tutaj mało kto się rozpycha. Właściwie HAKUNA MATATA, i wszelako ASTAMANIANIA BEJBE! Wszystko można zrobić jutro, nawet to, co miało być zrobione na wczoraj. Bo przecież jest śniadanie/obiad/kolacja, wakacje kilka razy do roku, dbać należy o boskość człowieka…

Trudno nastawić się na pewną powolność Wyspy. Na owe: będzie co będzie, bo inaczej być nie może owo będzie, więc nie zawracaj mi głowy! Na to, że liście spadną i gałęzie nagością zdrożną spoją członki wszelakich autochtonów. Iż z łatwością przejść będzie można ulicami po sezonie, bo nikt nie zaparkuje jedynej drogi tylko po to, by sprawdzić jak elastyczny jest świat? Ot wolność rządzi! Włada nieuwaga! Bo tak. Bo Wyspa odpocząć też musi, a i obrażona bardzo, bo wielu wciąż ciągnie w tzw. cieplejsze kraje, nawet jak one straszą potwornymi rybami i regułami życia religijnego… a ona tylko chce by czycić ją wyłącznie!!!

Ludność Wyspy dzieli się na tych co tutaj mieszkają i Wyspę kochają strasznie, co w ich słowniku oznacza wyjazd na pół roku na Ibizę, Majorkę czy inne samby, oraz tych, co tu mieszkają. Bo tak! Bo inaczej się nie da. Bo inaczej dech odbiera, nogi plącze, zwyczajnie nic już w nich nie bije… a spokojność, cóż do niej trzeba przywyknąć. Nauczyć się zwyczajnie tak być dla siebie dobrym. Pozwolić sobie na spanie, odpoczywanie i totalne nicnierobieniowanie!

Trudne to cholernie!!!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zesobą… została wyłączona

Pan Tealight i Ulotna Podejrzliwość Wygodnickiego Bytu…

„I co w tym złego?

Co złego w tym, coby pod paszkami nie dusiło, a i bez spragnienia nie piło, drutami w cycki się nie wbijało, coby po żebrami się nie kulało, paskiem przyciasnym nie spajało przepony? W przedziałek poniżej pleców się nie wgryzało, nie drapało i nie szarpało, nie swędziało i nie skrzypiało przy siadaniu. Cóż w tym złego? Tak fajnie czuć ziemię pod gołymi stopami, kąsające powiewy wiatru w miejscach, gdzie może i słonko nie dociera, ale inne rzeczy, no sami wiecie jak znaki ustawić…

Co w tym złego?

By włos w każdą stronę wywinięty na swych szlakach swojej ścieżki szukał? W końcu i tak wieje! Po co motać, kleić i koafiurą zniewalać? Niech se latają, ot i czaszka się może schłodzi, pomysłów trochę przestanie nadproduktywność prowadzić, może uśnie zmarznięta?

Dlaczego miękkie, bawełniane, nieopinające, dziwnie swobodnie zezwalające skórze tańczyć pod swoją powierzchnią… są złe? Owe plastyczne, oj trochę może w kolanach wypchane, ale jak fajnie się mieszczę, mogę zrobić przysiad i wstać i przysiad i wstać i przysiad i wstać… albo i nie, bo kolano mi poszło. Owe bluzy wielkie z kapturami, które zwyczajnie nie zmuszają tego co pod nimi do spięcia, owego wycykania się z roztępów i dziwnych spójności, co pozwalają fałdką zatańczyć na wietrze. I co złego w tym, że nie na obcasach. Drogi są jakie są, Wiedźma Wrona może i często nielot, ale przecież lubi pazurem kamyk zarysować. Obcasów nie posiada. Apaszek miliona, butów niebiańskiego zastępu… tęczy lakierów i szminek, sweterków, koszuleczek, koroneczek, zapinek, zaczesek, peruczek i dopinek, brokatowych utensyliów i tych dosadnie cielistych, pasów ze sprzączkami i cudów co same się noszą. Owych zmuszających do życia na wdechu kostiumów i wszelako szarmancko opiętych, pośladki podnoszących spódnic, w których zwyczajnie nic nie oddycha…

Bo i czemu nie? Odetchnąć tak na amen wieki wieków, alleluja! Nie żyć ową wolnością co to ruchów nie poniewiera, członków nie wiąże i nie pęta zamysłów podstępnych, co to się w owej ocieralnej wolności spokojnie i malowniczo rodzą? Kroczyć przez świat świadomym każdego kroku i każdej ciała rutyny.

Ale jakoś to podejrzane to wszystko. Dziwnie się czuję, jakby ktoś patrzył i pazurem na mnie karcąco kiwał. Atawistyczny lęk się we mnie onirycznymi strofami wtacza, mącąc i tak przecież zmętniały umysł… Jesteś dorosłą kobietą. Powinnaś tak wyglądać!!! Umalowana, na szpilkach, w kostiumie. Dopracowana i doprasowana, militarnie pobudzona, baczność i spocznij, a raczej nie, spocznisz sobie po zgonie, wcześniej nie!!! Wiedźma Wrona Pożarta słyszy taki głos czasem w lustrze, jak sobie brwi wyskubuje w swawolne mostki nieruchawe, jak kolczykami do siebie macha, bo inaczej stroni od Odbijacza Złudzacza, nie lubią się. Głupio się wtedy czuje stojąc w puchatych skarpetkach i gaciach oraz koszulce odsłaniającej… wiele. Ale przecież nikt nie patrzy, a przynajmniej specjalnie nie patrzy, wiedzą, że nie warto, bo jak ktoś przez przypadek to sorry! od razu ślepota pewna. Przywróci ją ino sok ze starych ziemniaków i pleśń z kiszonych ogórków obkładana na wywinięte powieki. Tylko kto się odważy? W końcu jak zobaczyłeś to, to jakoś zwyczajnie nie da się z radością dziecięcia na ową Wszechświata urodziwość spoglądać. Jakoś tak lęk człeka poniewiera, torba na głowę i lepiej udawać, że nas nie ma!

Kwestia umundurowania rodzi Ulotną Podejrzliwość Wygodnickiego Bytu. Ulotną, bo i tak założysz to co w szafie jest. Podejrzliwą, bo mało kto się do niej przyznaje, więc i wyników podejrzeć łatwo się nie da. Wygodnickiego, bo zwyczajnie w piżamie fajnie jest! A i Bytowi jakoś tak milusio, gdy się skuli, zakopie i nie myśli o tym jak to inni go widzą.

Bo też kto im się gapić kazał?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Ósmy dzień na głodzie… a może i dziesiąty, nie wiem, nie pamiętam… Czasem zdaje mi się, iż to niebyt straszliwy paszczę swą na mnie zatrzasnął i teraz manczuje moje członki. Ciamka przy tym dosadnie obrzydliwie i nie wiem, czy mi to przeszkadza, czy w rzeczywistości odnajduję w tym obrzydliwą karę, wstydliwe nie do końca samozadowolenie? Może coś na kształt bacika i szeregu chwościków, pośladków i tym inszych elementów miękkich, starodawnych form kary, coto teraz wiecie, robią za literackie cuda seksualnych zachowańczości…

Mniej ni więcej człek na głodzie nie wie jak się zachować. Na dwór nie wyjdzie, bo w torbie pustki, obciążenia nie ma, a wiatr wieje! Poczytać się nie da, więc niby co mam robić? Komputer oglądać? To przecież robię to tylko z książką w rękach! Nie zaczynam filmu bez lektury, filmy nudne teraz, dziwacznie idiotyczne, jak ten „After Earth”… bolesna sprawa. Czyste cierpienie, koszmarna przeraźliwość szoku, co człeka ogarnie, gdy sobie uświadomi co tak serio ludzi kręci. Po pierwszych minutach ściana i głowa, stykające się nazbyt często rozpoczęły atak przeciwko jednostce do tego doprowadzającej, wykształciły mało zbieżne wszechświat i miałam przegibane! Szczególnie jak sobie pomyślę ile książek za kasę Smitha możnaby kupić. Tak pewno te z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości… co najmniej stado pisarzy!

Ech taki harem sobie założyć!

To jest coś czego nie rozumiem na Wyspie… ludzie tutaj czasem mają telewizory. Najbardziej luzują mnie te, co to zasłaniają widok na morze. Przecież to doprawdy idiotyczne!!! Może i moja jednostka zamaszycie wyciapnęła wieki lodowcowe temu pudło za okno, ale jednak pamiętam co nieco. Owo uzależnienie, a potem strach, że z pudełka coś wyjdzie, że zeżre mnie nocą i to nie w całości, cobym miała świadomość owego powolnego zanikania. I to nie w wymiarze cudownej diety, niestety!

Aaaa… no tak, wtedy były telewizory takie duże!!! Wiecie jak pudełko, nie papierek na ścianę. No mniejsza. Filmy nie, więc co? Pisanie pewno super jest i malowanie, ale ręce wysiadają, ciało domaga się słów i historii, a paplania wiatrów mam dość. Nadzwyczajnie ostatnio prężą się w gatunkach romantycznych, lirycznych i ogólnie operycznie mydlanych, więc nic z tego. Serio, bez książek ja zwyczajnie siadam w kącie i się kiwam. Jak Kiwaczek taki. Był taki miś Kiwaczek mu było…

… czy jak się urodziłam, to po Ziemi stąpały dinozaury? Matko Wyspo, moi profesorowie z grobów mnie w łeb pukają!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ulotna Podejrzliwość Wygodnickiego Bytu… została wyłączona

Pan Tealight i Banshee…

„Znaczy no…

… powiedzmy sobie szczerze, że nawet tak zwane przeznaczenie, siła krwi, Matka Wróżkachrzestnorodna, a przede wszystkim gderanie teściowej – czy to własnej, czy własnego męża – nie może cię zmusić do PEWNYCH spraw. Znaczy no przynajmniej w ogóle nie powinno, ale sami wiecie jak to jest. Człek wychowany przez siebie samego stara się być grzeczny, by nie wyjść na takiego chowanego przez wilki, ale też cóż w tym złego, coby przez wilki, czy łosie, misie czy też kury… choć nie, kury może nie? Nazbyt jednak się piórkują! I te jaja, te dupy, no pewne rzeczy powinny zawierać się w słowach: nie wiem i serio gówno mnie to obchodzi!

I dlatego słuchamy. No a przynajmniej uczymy się sprawiać takie uprzejme, grzeczne wrażenie, iż zdolni jesteśmy do takowych poświęceń… reszta to Google! Ale Pan Tealight i Wiedźma Wrona Pożarta – wkuta, bo na głodzie – sprawiali dziwne wrażenie. Znaczy nie żeby się nie starali wyglądać na zasłuchanych, serio się starali, ale w końcu utrzymać makówki w poprawnej pozycji, gdy są one okutane ręcznikiem frotte w cętki lamparcie, ścierką do naczyń w stokrotki, pięcioma szalikami, makatką ze ściany i półtora chodniczkiem… półtorej chodniczki? mniejsza… Nie jest łatwo wyglądać na zasłuchanego, wyrozumiałego i zainteresowanego jednocześnie, gdy właśnie przyszła na herbatkę Wyspowa Banshee.

Przede wszystkim wyjaśnić by należało, że Krzykaczka w tych rejonach nie miała łatwo. Po pierwsze uno ludzi może niewiele, ale rozstrzeleni po zadupiach zadupiów, po pośladkach śladków, tam gdzie po dupie pauza, no wiecie, a potem znowu daleko i długo nic. A nawet jeżeli przeszła góry i doliny, meandry i zarośla, Lasy Paczłorkowe, Mrugacze Oczkowe w nich przepłynęła, podskoczyła nad Zabagniskiem i przestała zwracać uwagę na co bardziej zwariowanych przedstawicieli Turyścizny… w końcu poza sezonem tyż występowali niczym namoczone borowiki… Nawet jeżeli jakoś odnalazła te miejsca w kompletnej ciemności – patrz EKOLOGIA i wyłączanie światła, po słonku lulu, z kogutem wstajemy – nawet jeżeli wyszpiedziła kto, gdzie jak i z kim, cóż wiatr wieje… Wiatr głośno, przewrotnie na wiele taktów, wieje na Wyspie i nie zgadza się na zakłócanie swojej pieśni. Ogólnie mówiąc primadonna z niego zez spalonego teatru, więc serio ma focha na wszystko. Ale Krzykaczka obowiązek wykonać musi… gorzej, kocha swoją robotę i chce być najlepsza… jednak jak być przodowniczką zawodu, gdy właściwie nikt w niego nie wierzy?

Jak robić to i nie być posądzoną o wywrotny artyzm, szokujący performacne, czy też napad z bronią… w głosie?

No jak?

Dlatego raz do roku odbywały się próby. Wyspowa Banshee zwana Krzykaczką przybywała w ciszy i skupieniu, co by wiadomości o technicznych ulepszeniach zasięgnąć, jajek na surowo się opić – wzmacniały też owłosienie na całym ciele, co w zimie doprawdy znacznie wspomagało działania w terenie – a i głosu popróbować na tych, co wiecie, potrafili słuchać. Bo przecież ćwiczenia są ważne. Ochotnik, który nie ucieka doprawdy bezcenny…

Znaczy ogólnie nie mogła ich zmusić, nie oszukujmy się, ale proszenie potrafiło zdziałać cuda… głupio w końcu odmówić zabiedzonej, długowłosej, wiecznie dziwacznie dziewczęcej staruszce o włosach biało-pieprzowych z różowymi wstążeczkami i kucykiem pony w ręce. Jakoś tak wiecie nie wypada, a i w końcu ona kiedyś do was przyjdzie, może być przydatna… Zawsze lepiej pewnych mieć po swojej stronie, wot i macie owo dobrejduszności wyrachowanie!

Skuleni na drewnianej podłodze szary, dziwnie mechaty ludzik i krępa wiedźma, cierpieli. Ale za 40 tysięcy ludzi – wciąż malejąco, więc… no nie, nie oszukujmy się! Po prostu zwyczajnie nie byli asertywni!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Nie będzie dziś o książkach, bo siedzę o suchym pysku, w kompletnym bezksiążkowiu i wali mi na mózg. To jedyna kiepska strona Wyspy, że książki są poza nią, znaczy za wodą… Nie, no pewno, że mamy książki i bibliotekę otwartą: ranowieczór, wedniewnocy, kupomocy, właściwie ino się dmucha, no i chucha i już, są książki… ale jedynie w owym słusznym języku, logiczne w końcu, a ja lubię sobie poczytać w pierwszym języku. Ot różne mają ludzie zboczenia. Tak jak się jest człek w stanie oduczyć słuchania pierwszego języka, jakoś tak zohydza, tak jednak czytać lubi. Jakoś tak polski język bogactwem słowa pisanego trąci. Przewrotny jest taki, podejrzliwy na każdej kropce, przecinku i wszelakiej barwnej ortografiji!

Z duńskim jest tak, że czytanie spoko wodza. Matko i Córko no da się, noł problem! Ale gadać? Seriously? Nie no włacha w Kopenhadze. Tam jakoś ludzie mówią zrozumiale, ale Wyspa lubi utrudnić istnienie autochtonom, wniej zakochanym, owym pątnikom codzienności i dziwnym. Co tam cztery dialekty… wot oby ich tyle było. Właściwie każdy se gada jak się mu podoba, a i każdy 90% gadania nie rozumie.

Ale NEJ TAK, kocham, nie wyprowadzam się, ot uzależnienie, miłość czy tam wieczna pielgrzymka ku wnętrzu owej skalnej konstrukcji w poszukiwaniu tego, o czym się jeszcze nie wie, że się potrzebuje…

… a co do reszty i tak od ludzi człek stroni. Wiedźma Wrona to w końcu nazbyt aspołeczny, psychiatryczny przypadek choć nie zaraża raczej, ogólnie przerażający ale i dziwnie, jednocześnie nęcący innych, obiekt. Wiecie, to tak jak drapanie strupa. Obrzydliwe u kogoś, u nas samych to radocha. Niby okropnie boli, ale jednak jakoś tak bardzo korci, orgazm rzuca jak złazi, a potem ból przynosi i znowu oczyszcza, swędzenie na chwilę neguje…

Miło tak jest, ale głupio się do tego przyznać.

Tia, Wiedźma Wrona Pożarta jest jak strup. Ale i jak Wyspa. A mowa trawa, choć w tej szerokości nie żółknie na zimę, wciąż zielona i prężna może nie rośnie jak wariat, ale dobrze wie o co chodzi i słucha przez cały czas, wszystkiego. Problem w tym, że jednak każde źdźbło inne. I choć z tej samej familii, to nie do końca się rozumieją. To jednak jakoś tak… Na szczęście można się uśmiechać i głupa zgrywać. Ot nadeszły dla głupich czasy, w których za głupotę są nagrody i niebieska plakietka na parkowanie.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Banshee… została wyłączona

Pan Tealight i Po Lesie…

„Błąka się Wiedźma po lesie.

Zdawał się na początku być taki skrywalnie ciemny, pełen wyłącznie czerni i szarości, wilgotnej, soczystej zieleni mchów i ich złudnej miękkości. Przytulny i bogaty wilgocią. Sympatyczny i miły, tak bardzo pragnący jej pomóc. Chciała się w nim schować, ale nie udało się jej. Co rusz dopadają ją promyki śledzącego, wścibskiego, obnażającego zagubionego światła. Dziwne błękitne plamy nieboskłonów przesycają się poprzez iglaste korony długich, wysmukłych żywicowców. Wtrącają się w ucieczkę, nie pozwalają na odpuszczenie win. Nikt tak naprawdę nie chce oddać panowania nad światem wyłącznie jednej sile, ot zmyłka taka, dla chwały równowagi.

Dla czerni i bieli.

Dla dobra i zła… dla niebytu pomiędzyności.

A na dodatek te drzewa. Wysokie takie, szczupłe i proste. Pozbawione gałązek szpecących idealność kory, za to pochmurne koronami wzburzonych igieł. Takie piękne i niesamowite, baśniowe… A Wiedźma taka mała, niepozorna i pokręcona. Tak bardzo do nich niedorastająca. Nadzwyczajnie, niesamowicie tutaj niepasująca. Żle się tutaj czuje. Przytłoczona ową dostojnością, idealnym pięknem, tak naprawdę nie może tutaj zniknąć, wtopić się w okolicę. Ale idzie dalej. Ucieka, wciąż próbuje, nie poddaje się. Przemieszcza się potykając o wciąż twarde pnie, dziwnie puchate zielonkawością długowłosych mchów. Poznaczone cudami grzybiarstwa. Maleńkimi kapelusznikami na nóżkach grubych jak włos, wysokich na paznokieć o kapeluszach tak rotańczonych, dziwnie prawie przezroczystych. Pod nimi piknik mają skrzacie rodziny. Niewidoczne dla nikogo, nawet dla siebie nawzajem, ale wierzące, że są inni… bo w końcu w świecie malutkich tak wiele miejsca doookoła.

Tak wiele, a i wszystko w nim możliwe.

Dzianie Się kroczy za Wiedźmą. Nie pozwoli jej uciec. Złapie ją na kurhanie, pod kopcem zaspanych już mrówek, gotowych na zimowy, zasłużony odpoczynek. Pod tym bruntanym, pod dumną sosną, gdzie malutkie sadzonki choinek nieśmiało próbują żyć. Na przeszłości życia ją złapie… bo Wiedźmy nie mogą tak zwyczjanie Po Lesie, tak od niechcenia, tak dla jaj. Dla nich zawsze ważna jest przyczyna, cel, choćby nieopisany, dziwnie mglisty, ale być musi.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)


Z cyklu przeczytane: „Trzy młode pieśni” – bo sagi są o Wikingach. O mężczyznach dzielnych, brodatych, silnych i kobietach, które są takie same, tylko mniej owłosione… Ale czy na pewno? Czy tak jest w przypadku tej tetralogii? Chyba nie. Tak wszystko dzieje się w X wieku naszej ery, tak bohaterowie są dzielni, silni i noszą się przeszłością, modlą do Thora i Odyna, błagają o opiekę Freyę, ale w rzeczywistości… przecież przez epoki nic się nie zmienia. Nie wyruszasz na wiking, ale walczyć i tak musisz. Tak samo kochasz sercem, tak samo cieleśnie jak wtedy, bo przecież to się nie zmienia. Tak samo pragniesz odnaleźć siebie, być sobą, kimś kogo poznasz, z kim czujesz się dobrze… chcesz być kochanym, szczęśliwym.

Świat nie zmienia się u swych podstaw. Ale też ostatnio młodym trudniej do niego wejść. Trudniej wcielić się w stare normy, dopasować je do siebie, przyciąć, to zaakceptować, tamto znowu odrzucić. Wybrać. Trudno im wierzyć, że mogą być kim chcą, nie widzą możliwości, stają okoniem, sprzeciwiają się na wszelki wypadek wszystkiemu… jak zwykle. Bo świat się nie zmienił.

Ostatni tom „Północnej drogi” jest przejmujący, rozrzucony, wieloraki. Opowieść o grupie młodych wojowników i dziewczynie, poddanej Freyi jest z jednej strony poetycki, z drugiej dziwnie boli. Splecione na okładce mitologiczne bestie to zapowiedź walki. Walki w sobie i walki z tym, co dookoła. Piękny, dziwnie zbieżny ze współczesnymi problemami młodych, dobitny. Dziwnie namacalny, choć symbole nasze współczesności inne… Zagubiłam się w nim. Wiedziałam gdzie jestem, wiedziałam, gdzie podążam, wiedziałam kogo opowieści słucham, a jednak… nuty tej pieśni tak bardzo zespoliły się z codziennością mojego otoczenia.

Tkwię w tym świecie, a jednak ponownie uświadamiam sobie, iż nihil novi… że tak naprawdę człowiek choć ucieka od tego, co było głupi jest, nie uczy się na błędach tych, co byli, nie słucha mądrzejszych, nie docenia starszych, ślepo wierzy temu, co głupie i bez wartości… więc czy to saga? Czy w tych czterech tomach wciąż dudnią stare nuty? Oczywiście, że tak. Cudownie splecione opowieści dwóch rodzin, na zawsze połączone dziwnymi więzami i mężczyzny, który podążył za przeznaczeniem z przełomu wieków. Proste, a jednak jakże przejmujące.
Magiczne, a z drugiej strony tak naturalne, zespojone ze sobą nierozerwalnymi nićmi.
Erotyczne, bo przecież miłość, seks, są zwyczajne.
Prawdziwe.

Ot saga.

Niczym patchworki zeszyte z samych podarowanych materiałów splatają się lasy na Wyspie. Każdy inny, każdy dziwnie konserwatywny w swoich zachowaniach, wyznaniu, sposobie ubierania się i zwyczajach. Ten iglasty, tamten liściasty. W tym trawy wspinają się na wysokość młodnika, tam znowu brak kolejnych pięter. Tutaj grzyby wybuchły z wigotnego, omszonego podłoża, z kamiennych połaci, dziwnych zwierząt pokrytych porostami, które kiedyś powstaną, z owych ser bijących raz na wiek… tam znowu nie ma nic. Niczym codziennie przycinany trawnik jawi się polana z poprawnie prostymi, wysoko wybijającymi pniami.

Za każdym zakrętem coś innego, za każdą dróżką nowe sadzonki. Nie przekraczają wytyczonych im pól, jakby bały się dotknać nowego, innego, a może zwyczajnie dobrze się czują w swoich akwenach, może tak bardzo ukochały ten swój mały świat, że nie potrzebują dotykać innego… a może poznały owo inne i zwyczajnie się im ono nie spodobało?

Ot prawo wyboru. Szczęśliwy ten, który wie czego chce, gdzie pragnie żyć, zestarzeć się, dojrzeć wpierw, a może i wydać owoce, albo tylko kwitnąć sobie, bo przecież do owocowania nikt zmusić nie powinien… jak i do tego, by próbować wciąż nowego. W pewnym okresie człowieczeństwa zwyczajnie się wie czego się chce, a czego nie, co się podoba, a co nie, co mogłoby być intrygujące, a co zwyczajnie od razu zwraca się jednym rzygiem.

Ale nie bój się człeku zadowolony, świat zaraz ci zarzuci, żeś durny, że nie próbujesz, że nie skaczesz główką w dół, że wymigujesz się świadomością jej skręcenia, że w czasie lotu cię mdli… ot przesrane masz człeku świadomy, bo przecież nie stajesz na krawędzi i nie walczysz przeciwko temu, co wiesz, że niezmienne…

Pośród drzew na Wyspie stoją kamienie i wiedzą. Wiedzą tak wiele, że nie ruszają się i już, bo gdyby owa cała, obciążająca je wiedza z nich wyciekła, popłoch sprawiłby, że nikt już nie zgodziłby się tak zwyczajnie żyć… A przecież ktoś musi pamiętać. Niekoniecznie wiedząc, ot niekoniecznie do końca tak świadomie. Tak łatwiej. Jednak nie znaczy to, że i one kiedyś nie próbowały, nie skakały. Ot teraz już wiedzą i pewne rzeczy nie mają dla nich sensu.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Po Lesie… została wyłączona