„Leżysz w ciemnościach i miękkiej ciszy.
Nic nie mąci spokoju, łóżko jest ciepłe i przymilne, nie za miękkie i nie sprzeciwiające się ciału, a poduszka idealnie podpiera głowę. Kołdra grzeje, ale też pozwala oddychać i miło gładzi skórę. Nie masz na sobie niczego, co mogłoby mącić oddech, niczego, co wzbudzałoby swędzenie i bóle nieistniejące… nic też nie brzęczy ci nad głową, nic nie oślepia wyłaniając się zza chmur. Twój żołądek jest z jednej strony najedzony, z drugiej nie pełny, dawno jadł, teraz chce tylko odpocząć. Wszystko jest właściwie idealne. Temperatura i stan chemiczny powietrza… wyposażenie pokoju jest znajome i nie przytłacza, a zapachy trzymają się na uwięzi. Nie chce mi się siku ani nic w tym rodzaju, gorączki też nie mam…
… to dlaczego do cholery nie mogę spać?
Widzę je. Sny! Krążą wokół mnie, gęste niczym nazbyt nasycona zupa, dziwnie rozchichotane, dziwnie nazbyt niechętne… Podnoszę się, ale głowa mi opada. Jestem zmęczona. Tak bardzo zmęczona, ale gdy tylko się kładę, gdy głowa zagłębia się w miękkość piór… coś mi umyka. Coś nagle odbiera zmęczenie… coś mnie otrzeźwia, podnosi, by uświadomić, że nic z tego, że przecież jestem tak bardzo śpiąca, tylko jak tu spać na stojąco? Tym bardziej, że sen to nie tylko zamknięte oczy… to przede wszystkim one.
Sny.
Nęcące owym szaleństwem, kuszące wyjaśnieniem świata, łudzące przygodą, życiem, w którym nagle można mieć więcej. Można być więcej i pragnąć po prostu wszystkiego. I choć nigdy nie jesteś w stanie kontrolować snu, to jednak przecież jakoś mu ufasz. Tak dziwnie jesteś pewny, że nawet jeżeli przydarzy się koszmar, to jednak obudzisz się ze wszystkimi członkami na miejscu. Tam gdzie były… Ale też znika to, co miałeś, gdy śniłeś… A gdyby udało się tak, udało się nagiąć jeden sen i po prostu tylko śnić. Śnić ten dziwny inny świat i tak żyć?
Nie budząc się, bo i po co? W końcu sen może być bardziej rzeczywisty niż to, co zwiemy rzeczywistością. I dotyk i ból, owo muśnięcie cudzej dłoni, deszcz na policzkach, wschód słońca dziwnie parzący twarz… Sen to też życie… więc dlaczego nie pozwalają mi żyć? Dlaczego tak dziwnie tańczą dookoła mnie, jednak nie naruszając owej powłoki dnia? Nie zdejmując ze mnie welonu codzienności, nie zapraszając, nie wciskając się mi pod ciężkie powieki?
Może się czymś wysmarować? Czy jest lukier na sny? A może wolą musztardę, czy też ciężki sos?”
(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)
Z cyklu przeczytane: „Inni. Pisane szkarłatem” – … bo są takie światy. Takie, w które chcesz wleźć jak najszybciej, dla których oddasz swoje dotychczasowe marzenia i pragnienia, dla których przewartościujesz codzienność. Próbujesz wetknąć w książkę stopy, ale nici z tego pantofelka…
… ale jeżeli tylko zamkniesz oczy może się przydarzyć ten świat. Stworzony przez Anne Bishop. Fascynujący, inny. Znowu dziwnie nieprzymilny, groźny na pierwszy rzut oka, bo jak Innym nie pasujesz, zjedzą cię i tyle! Ale ona nie do końca jest człowiekiem. A i oni naprawdę jej potrzebują… tylko, czy będą w stanie się wzajemnie porozumieć, czy odnajdą się w sytuacji, która rodzi się o dawna i co z tajemnicami dziewczyny nagle przybywającej do tego świata? Dziewczyny o śmierdzących włosach?
Bishop nie miesza językiem, wprost przeciwnie ów prosty język czasem nawet zdaje się nieodpowiedni do takiej historii, dziwnie zbyt ubogi, a jednak… udaje się. Po kilku zdaniach wiem gdzie jestem. Stoję tam, w książce i obserwuję całkiem nowy świat. Poznaję cudowne stworzenia, niewyobrażalne. Jedne znajome, bezpieczne, inne znowu zaskakujące, szokujące, a nawet odpychające. I ją, główną bohaterkę… choć w rzeczywistości to chyba nie oną chodzi, ale o Innych. Piękne stworzenia, zdolne wciąż żyć w zgodzie z naturą. Ale też stworzenia, które nie do końca radzą sobie z ludźmi, a dokładniej to właśnie ludzie mają z nimi problem. Czy jedna kobieta może to zmienić? I co z jej tajemnicami?
Magia przenika naturę, miesza się i ofiaruje nam piękną powieść. Wzruszającą, pełną emocji. Jakże zbliżoną do cyklu o Krwawych, ale wcale nie to samo. Chociaż i tutaj znajdziecie znajome tematy, jak na przykład ową cudowną tkliwość w postępowaniu z kobietami. Owo dobro zawsze w końcu zwyciężające i zło dostające w dupę! Pokrzywdzonych uleczonych i tych, którzy na to zasługują nagrodzonych. Ale i tych, których nie można określić jedną definicją, owych z pogranicza szarości… Ot, po prostu piękna, pełna, prawdziwa powieść.
„Days and nights, nights and days…
… but what is between?
What is hidden there…”
Pomiędzy nocą a dniem znajduje się czas, w którym oddychają marzenia. Odrywa ją się nagle od noszących je ludzi, i te nowe i te stare, przyprószone już lekko szeptami zapomnienia, gromadzą się i są tylko sobą. Tylko i wyłącznie dla siebie. Prezentują swoje szalone kształty innymi, rozmawiają i tańczą, jedne dumne z kosmicznych form, inne znowu trochę nimi zaskoczone, wszystkie w sobie zakochane… przez ową jedną chwilę nie pragnące spełnienia.
Ale… w owej dziwnej chwili pomiędzy jest też wiatr. I jeżeli dasz się mu porwać, jeżeli będziesz tym właśnie marzeniem… możesz zostać zniesiony w dziwnym, pokrętnym korowodzie zbyt daleko od swojego człowieka. On o tobie wtedy zapomni, będzie czuł dziwną pustkę zawsze, ale jednak w końcu zapomni, a ty nigdy się nie wypełnisz, więc uważaj marzenie, uważaj…
… uważaj.




