Pan Tealight i Wuj Wygoogiel…

„Uczulenie ma nowe Wiedźma Wrona Pożarta na ludzi… asz mnie dziwota no, na ludzi, jakby ją to dziwnie nagle wyróżniało… Bynajmniej tym razem na ludzi, co googla nie umieją użyć i durne pytania zadają, i na tych co nagle odkrywają jej zdjęcia i wielce są zaabsorbowani, jakby kurna to było coś nowego, a nie jest… albo lepiej pytają się o coś, co mają przed nosem i nie jest to opryszczka. A nawet coś mniej łatwego do zdiagnozowania… no wiecie, niemyślących takich. Nie żeby to jakoś nagle ostatnio się narodziło, bez obaw, dojrzewało już wcześniej, zwyczajnie dopiero teraz, świąd na jej członki morderczy sprowadzając, uczulenie domaga się wredności. A jednak… mimo wszystko wciąż się ona powstrzymuje, by werbalnie durnym dowalić. Tym, co się pytają: a kiedy i gdzie, choć jak byk to wytatuowane mają na czubie, a i lustereczko w łapach co do nich przemawia, włączone też mają…

Bo jakoś tak, mimo wszystko, zapomnieli, że możliwość nauk pobierania od jakże niedawna istnieje, że dostęp do mądrości niegdyś zabroniony rozwarte ma łapska i za darmo sprasza, a już ją rzucają. Jakoś nie dociera do nich, że głupota, to nie fajna sprawa, ani lans tam jakiś, a to, ze koszulkę od Kalvina dostać można za druty w samochodzie dziergane, to jednak…

TOLERANCJA?

Ale od początku.

Wiecie jak to jest, gdy ktoś wam odkrywa to, co oczywiste i błaga, oczekuje, a nawet domaga się, by nagle uznać go za geniusza… no więc tak dla niej wygląda świat. Gdy się ino Wujek Antoni Wygoogiel o tym dowiedział, przybył. Przybył i postanowił zwyczajnie jakoś jej pomóc, nie do końca dowierzając, że ludzie tak potrafią. Gdy się jednak zderzył z tym światem, osłupiał, kozła wywinął no i oczywiście się zawiesił. Może to i wychowanie, może i to, co w jego dzieciństwie zakazane było, a teraz nie jest… nie wiadomo. Po prostu nie wierzył jej tak na pierwszy rzut wiadomości, którą przekazał mu Pan Tealight. Nie mieściły się mu pewne rzeczy w głowie, owej zawsze zaczytanej, pełnej odkrywczych myśli, kolejnych planów i pomysłów, zaskakujących codzienności, oraz wzorów z przeszłości. Zwyczajnie wujek był człowiekiem mądrym, myślącym i wciąż się rozwijającym. Niezbyt jednak ostatnimi laty brał on udział w życiu zwyczajnych… pewno dlatego tak bardzo poczuł się zaskoczony. Oklapł dziwnie w swojej wysokiej i masywnej postaci, owłosionej nawet na paznokciach, choć nie niechlujnej. Pełnej warkoczyków i paciorków opadających spokojnie na skórzaną, brązową kurteczkę i dżinsy. Zmalał tak nagle, a w końcu skulił się w pozycji płodowej i łkać zaczął pod drzwiami Chatki Wiedźmy.

A to był dopiero początek.

Widzicie, Wiedźma Wrona Pożarta nigdy nie rozumiała pragnienia jej oglądania. Znaczy pewno, wie że wszystkim chodzi o to, czy przytyła i się zestarzyła, nie o jej oczy, ale… wredni są ludzie co nie? Osiągnięcia w dupę se wsadzć, ważne czyś anorektyczką!!! Ave!!! A by wam kurna wszystkim w dupska wielkie poszło i cellulitami was obsypało!!! Walcie się!!! Nie ma oglądania. Kto to widział, coby świat nagle wymagał zdjęcia z każdgo pierdnięcia i beknięcia podmiotu? I na co to wam? Zestarzejecie się wszyscy i tak… i może dopiero wtedy się będzie można zabawić? Taką ma podobno nadzieję jatrzącą w sobie… że będzie dobrze!!!

I nadzieję, że to uczulenie przejdzie… bo raczej wiary mieć w to, że ludzie przestaną depresyjnie na Wujka Wygoogla wpływać, to już nie ma… Biedny wujaszek, w owych ciuszkach spod igły, czyściuśkich, w resztkach przymrozka nocnego się bazia. Tak jakoś zdesperowany, jakby chciał się wetrzeć w ziemię i zniknąć. Bo jak żyć w świecie, w którym wartości durne są i bezwartościowe całkiem?

Co ma sens, co sensu nie ma… TOLERANCJA.

Tolerancja, dziwka malowana, co pod spodem wcale babą nie jest, ale się wydaje… co to dobrze wie, że to co się sprzeda ważne jest, a to co ma wartość pod dupkę wsadzić i kupsko znieść… przesada?

Nej!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0175

Z cyklu przeczytane: „Gadzie gody” – … dawno dawno dawno temu… Tek, naprawdę dawno temu napisałam jedną z moich pierwszych, takich bardziej finezyjnych recenzji. Właśnie z jednej z powieści Baniewicza. Pamiętam, że była tam rymowanka, a cierpliwi z łatwością znajdą ją w trzewiach niezapominającego internetu… Nie podobało mi się owo pisanie do końca, jakoś mnie mierziło, ale jednak, jakoś i korciło. Z jednej strony nie, a z drugiej wiecie, ot babskie takie myślenie…

Babskie do końca myślenie, bo oto mam przed sobą opowieść o młodym Czarokrążcy. Nie tym doświadczonym, nie tym lekko przetrzebionym, ale młodziku niewinnym i się rumieniącym. I wiecie co… bawię się!!! Nawet całkiem nieźle. Bo chociaż pisanie nie dotyczy akcji w całym geograficznym jej rozumieniu, w rzeczywistości owa drobiazgowa narracja wyjaśniająca co i kto robi w tej chwili, oraz kto mu przeszkadza może męczyć, może i niektórych mierzić, ale jeżeli znacie fantastykę by SuperNowa, zrozumiecie o czym mówię.  W tym nowości nie ma…

Ale… jest język tak bardzo plączący nasze teraźniejszości i przeszłości, owe cudowne stare słowa, o których istnieniu tak wielu zapomniało, owe powiedzonka… a wszystko wsadzone w lekką średniowieczność wraz z jej aromatami i brakiem kolorków. Zrozumcie. To taka średniowieczność, ale z owym współczesnym cwaniactwem. Owymi absurdami dzisiejszej wszystkiego tolerancji i niezrozumienia zrozumiałych spraw…

Opowieść może i zatacza się wciąż wokół nastolatka, ale dziecięctwa, a nawet nastoletniości w niej nie znajdziecie, bo chociaż nasz bohater młody, chutliwy i wyposzczony, to jednakowoż… dojrzalszy niż dzisiejsza młodzież. Ot wiecie, studencik no, czarów się uczący, co to po raz pierwszy w świat na praktyki poszedł. A dookoła niego starsi panowie, dorośli tacy, tacy, co wiedzą jak poczerwienić mu lico odpowiednimi słowami. Znacie to? Pamiętacie?

To się zabawcie!!!

IMG_9722

Cicho jest…

Czasem nadchodzi taki cichy dzień. Dziwna dziwność, bo ani wcześniej nadto nie wiało, ani nic… i nagle zrobiło się cicho. Nawet ptaki starają się nie wydawać odgłosów dziobiąc podsunięte im świeżutkie kulki z ziarnami. Jakby coś wiedziały, na pewno coś więcej, niż ludzie, którzy telepiąc się w zaskakujacym strachu, który nie powinien się wydarzyć dzisiaj, wybierają się sprostać obowiązkom. A może jednak powinniśmy posłuchać ptaków? Może wczoraj krzycząc miały w sobie jakąś istotną wiadomość?

Otwierając drzwi, by wyjrzeć w ciszę, spłoszyłam dwa bażanty. Aj zawrzeszczały dziwnie mocniej niż zwykle. Wzbiły się na najniższe gałązki brzozy, a że ta wiadomo, lekkiej raczej jest wagi, więc się pokulały przez chwilę w powietrzu i opadły na trawkę. Tak, trawkę wciąż zieloną, z której zaczynają przebijać i przebiśniegi (chyba przebijtrawki) a i inne zielska wiosenne. Ale raczej nie ich szukały bażanty. Oj nie… wciąż w jeszcze rozmokłej ziemi wiją się przecież zaspane robalątka, co nie? A z nimi tak fajnie się zabawić. Tak fajnie po prostu się pokręcić… nawet jeżeli w ciszy.

Słyszałam wczoraj kosiarkę. Nie kłamię. Sama wciąż jeszcze w szoku jestem, ale co się dziwić. Wybujały trawniki, gąszcze się z nich robią. Tutaj grzyby kapeluszami strojnymi machają, niczym na końskich gonitwach, tutaj znowu pędy wszlakie postanowiły, że kurcze śniegu już nie będzie, a zima odwołana, a przecież przymrozki dzielnie, owe nocne, powróciły, więc co mi kurna nadzieję odbieracie? Ja nie chcę kwiatków, pączków, listeczków świeżuteńkich, ja chcę śniegu!!! A nie tylko fotki cudownych pączków, jakby w każdym z nich siedziała pierniczona Calineczka, no i jakiś film porno tam eksploatowała… wszyscy się w nią wpatrują.

Zima… ciekawe, czy jest jeszcze jakaś taka starodawna jakaś? Taka wiecie śniegiem i mrozem płynąca?

IMG_8324 (3)

Dookoła wciąż mało ludzi. W końcu i przed sezonem, a i wiadomo, gdy za mocno wieje, raczej trudno tutaj dotrzeć. Nie żebym żałowała, nie żebym jęczała, ot fakt taki… kurcze, ale czemu się tłumaczę? Jakby to moja wina była, czy coś, jakbym świat miała za coś przebłagać, za przed narodzeniem grzechy akonto zaciągnięte? A może jednak owe pokoleń przede mną splątane…

Gdy wybieracie się na Wyspę, pierwszym co mocno zaskakuje, jest szum… jeśliś nieprzyzwyczajony do tej dziwnej morskości, pohukiwań, trzepotań i oddechów, może to zaskoczyć, ale nie tak jak ciemność. A już kurcze szczególnie ciemność w porze jesieni i zimy. Taka mocna, dosięgająca do dna wszystkiego, przenikająca, barwiąca myśli i zostawiająca odciski łap w duszy. Ciemność wszystkiego. Czasem specyficznie parząca, a czasem idealnie wprost mięciutka i pasująca. Wszystko zależy od wszystkiego i tyle… Brak świateł nagminnych, owe migania na horyzoncie, na którym przecież tylko woda… tajemnice tajemnic i w nich tajemnice.

Ciemność ma to do siebie, że potrafi dopiec. Jeśli się kurcze obudzi w złym humorze, to niestety, ale daje popalić. Nagle wszystkie zakręty ciebie wypełnia tylko ona. Pół biedy, jak potrafisz to zaakceptować, gorzej jeżeli nie chcesz jej w sobie. Jeśli korci cię, by szpikulcem, łyżeczką i widelczykiem do ciasta wygrzebać ją z siebie… cóż, przegrałeś. Wtedy sugerujemy dobre prochy, albo inne używki, które pozwolą jakoś to przetrwać, bo to minie. Minie i nastaną białe prawie noce, a raczej jasne takie, miodowo-różowate. Choć czasem i pomarańczowo-złote.

Bo mogą…

Może i czuć już wzrastający w potęgę dzień, ale jednak… gdy tylko zgaśnie ostatnia świeczka, gdy nagle na zewnątrz chmury przykryją gwiazdy, albo zbłądzisz do lesistości wysokiej, w jakimś wodnistym zagłębieniu… ucapi cię ciemność. Wystarczy wtedy po prostu wyszczerzyć zębiska, w dziwnie pokrętnej parodii śmiechu i po prostu zakwiczeć. Wtedy będzie wiedziała, że chcecie się zabawić… i może straci zainteresowanie? Może po prostu znajdzie sobie innego?

IMG_0191

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wuj Wygoogiel… została wyłączona

Pan Tealight i Panny Poszywarki…

„Panny Poszywarki miały moc pracy w tak wietrzne zimy jak ta, która właśnie telepała Wyspą. Może i takie wietrzności wilgotne dobre były dla siewów i sprzątań światowych, ale jednak cokolwiek na psychikę oddziaływały nazbytnio… no i jeszcze na prucie. Widzicie kurcze, prucie to kanał. Bo niby mawiają, że ważne coby być czystym, nawet podartym być można, chociaż nie, tak podobno na Wschodzie mawiali, na Zachodzie zaś odwrotnie, ale… nie zawsze, więc miały Panny wiele pracy. Bo gdy psychiki się pruły, pruły się i myśli, a gdy tym oczka leciały, problemy były i z marzeniami. To i tamto trzeba było obrębić, temu dorzucić łatkę na obtarte kolanka i łokcie, tamtemu skrócić, temu podłużyć, zerwaną aplikację przywrócić… zacerować, repasować, dopasować. Po wieczerzach ciepłych, wrzących, tłuściutkich, słodziutkich i zawiesistych z zasmażką i kruszonką, zimowych, naddać centymetr czy może piętnaście.

Szyły więc Panny Poszywarki.

Łatały, tkały, farbowały, fastrygowały, cięły i cerowały. Igiełki im ino migały, oczy nawet nie pracowały. Ślepe wszystkie trzy przecież są. Zawsze były, a może i nie, któż to może wiedzieć… one przecież nigdy nie mówią jak reszta świata, a raczej wciąż mruczą jakieś melodyjne rymowanki, może i nawet nucą? Ale nie mówią, nie odpowiadają na pytania, chociaż legenda głosi, że jeżeli ktoś tylko potrafi je zrozumieć, utkwić myślą w owych nuconych słowach, to zrozumie przesłanie. Naprawdę uzyska odpowiedź, której pragną wszyscy i inni wszyscy. Ale przecież nikt ich nie słuchał. Zgłaszał się jeden z drugim z sercem rozdartym, z duszą, której się lekko przetarło w kroku, z ową myślą dziwnie rozczochraną na szwach…

Panny przybywały zawsze z nadmiernymi wiatrami i nad Słimu rozkładały swój namiocik. Szeroki, przepastny nawet, lekko narażony na wiatry, wschodni w barwach, takic dziwnie patchworkowy, ale i złociście się mieniący, srebrzyście, z prawej w korale zodbny, z lewej w kryształki i guziki fikuśne, ale i cichy dziwnie. Wypełniony ino tym ich mędrkującym nuceniem, drganiem przerażonych ludzkich członków, które przybyły prosić o pomoc… i igieł poszumem, nici kląskaniem.

Siedziały trzy chudziutkie, zajęte i zasuszone, na niskich zydelkach, w szatach szerokich, rękawach głębokich, ale w spore tyłki chyba wyposażone, bo jakoś się nie wierciły… włosy miały długie, długaśne, z których nawijały na szpulki nici i szyły… Nikt się ich o higienę nie pytał, o to, czy może wszy, albo inne gryzonie miały, no i czy to ekologiczne, czy jednak nie do końca… ile zapłacić, czy dusze wszelkich, nienarodzonych dzieci w ciągu siedmiu zaprzeszłych i przyszłych pokoleń wystarczy?

A może zabrać noworodzonego sąsiadom…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9287 (2)

Taaaaak!!!

W końcu udało mi się wybiec na spacer. Wybebeszyć się z Chatki, wyrwać te korzonki i inne pępowiny, owe macki zrzucić, więzy i kajdany… chociaż, to tak nie do końca, co nie… Bo wiecie, wiatry były, ciecze się z niebios lały. Wiatery tak zachłanne, iż postanowiły, że tylko one i to, co poruszą, ruszane będzie. Chodzone, płożone, latane i przemieszczane wbrew, lub za zgodą, wól wszelakich… a wiadomo, raczej nie zawsze wiaterów kierunki mają się do kupy z chcicą ludzkości. Z owymi wytyczonymi ścieżkami, dróżkami, drogami, szutrówkami, równymi mniej lub bardziej chodnikami, całkiem serio nieruchomymi, chociaż tobą wiatr pomiata. Bo wiatr ma swoje mapy i sztabówki. Swoje ma wizje, albo ich brak ma w sobie genetycznie wpisany…

… więc jeżeli chcesz na spacer, taki świadomy bardziej, gdzie to ty, nie do końca jednakowoż, się nie oszukujmy, decydujesz o tym gdzie i w jakiej pozycji docierać… gdy masz w sobie plan, chociaż i przewidujesz dziwności, jak siku pod krzaczkiem, chwilę na odwinięcie cukierka z papierka i podzielenie się nim z Kamiennym Trollem, Trollem Podmostowym, albo krasnalem, co to najbardziej kocha gryźć w pięty tych, co durne obuwie na takie wycieczki wybierają… Jeśli pragniesz iść, a nie lecieć, bo wiadomo lecenie cię przeleci, pomiatać tobą będzie i w ogóle, ale jednak kalorii z ciebie wytrzepać nie wytrzepie, choć przewieje, więc polecamy portki, coby innym gaci po prabaci wielkich nie pokazywać… to potrzebna ci pogoda mniej wietrzna. A taką w końcu, po dwóch tygodniach lania i wiania, mieliśmy. W końcu…

I udało mi się wyjść i iść.

Chlupało, ale co tam.

Grzęzło się, ale nic to. W pewnych momentach myślałam nawet, że poczynię swoim upadkiem ze skał w Ekkodalen rozrywkę dla mas, pracę dla pismaków, a może i temat dla jakiejś erotycznej trylogii… bo wiecie mam cycki raczej ruchome, no i zawsze wyskakują wtedy, kiedy nie trzeba, więc wizja mnie samej unoszącej się na cyckach w jakimś bajorku… albo może bym na nich poleciała? Hmmm? To już azaliż może i nadmierny mój własny entuzjazm erotyczny?

IMG_5206

Kurcze…

… niech zgadnę, pewno znowu Merkury drogi pomylił, bo coś nad Wyspą jakiś taki erotyczny marazm się rozpostarł. A że wiatr odpoczywa, więc widać gęstnieje ino, no i zwyczajnie go nic nie rozpuszcza…

A może jednak to te skały. Bo jak się włazi pomiędzy nie, jak człowiek tak w nie wsycha, wsiąka i się podtapia, to wszystko nagle jest zwyczajnie pierwotne. Atawizm w uszach melodyjnie trzeszczy i trzaska, siąka nosem i kicha i w kułak wyciera smarki, bo przecież chusteczek nie ma… i patrzy na ciebie tak, jak się patrzeć powinno, widząc to więcej, więcej więcości i jeszcze więcej. Nagle wszystkie problemy są mało problemowe, a wszelakie rozwiązania i rozrywki ma człowiek przed sobą, obok siebie, pod, nad oczywiście też, ale co najważniejsze… w sobie samym.

Wyspa ma to do siebie, że co jakiś czas włazi i porządek robi w durnowatości homo sapiens sapiens wyspowensis. Ucisza się wtedy wiatr, błękit nieboskłonu wprost oszałamia i zadziwia… każdy w tym świetle wygląda super, albo po prostu, zwyczajnie i znośnie. Nagle serio błocko nie ma znaczenia, chyba że ktoś ma ochotę na babki, to sobie wiadomo, zawsze musi tego mniej lepkiego naznosić… do tego schudzacie masę liśćmi pojesiennymi i można gotować, można budować. Pewno się by i zdało igloo jakieś postawić z takich klocków…

Chyba to był taki dzień.

Dzień, który spędziłam starając się utrzymać równowagę na kamieniach mokrym mchem obłożonych, coby zabawne mieć fryzurki i ogólnie szyku wśród wiatrów zadawać. Coby, gdy dalej popłyną mogły powiedzieć, a wiałyśmy nad Wyspą, no wiecie jakie nowe trendy w strukturach skalnych tam mają!!! Asz modę wam też zmienić należy!!! Rzućcie mohery i zakładajcie mchy!!!

IMG_4784

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panny Poszywarki… została wyłączona

Pan Tealight i Łaskotliwe Pomniczki…

„No różne wiedźmy miewają obowiązki, nie nam oceniać, nie nam je rozumieć. Właściwie, najczęściej serio najlepiej żyć w nieświadomości i starać się nie zauważać Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki, w dziwnym, lekko niespójnym półskłonie, łachocącej piórkiem Zielonego Chłopca. A tak właśnie… Zielonego Chłopca. Stoi se taki grecko-rzymski z profilu, zielonkawo-bladoniebieski, aj goluchny od sasa do lasa, na mrozie i wietrze se stoi, twardy wciąż i nieprzemakalny… Stoi!!! Dzielny, dziwnie niepoddawający się urokom aury, po prostu jest. Na niewielkim postumenciku, w kontrapoście prawie, na skrzyżowaniu, małej, prywatnej trawkołączce… Pomiędzy drzewami a szosą, stawem, w którym się dzieje wiele, gdzieś za pniem i pod hotelem, w którym podobno serniki nawet dają. Gdzieś tam…

Stoi i czeka.

Na nią, niecierpliwie. Na swoją damę golusieńką jak on sam, taką narodzoną, ale nie wybrzydza, może być i przechodzona taka, co to przytarga sobie postumencik i na zawsze będzie stała obok niego…

Bo widzicie stawiają ludzie pomniki i zapominają o nich. Wydaje się im, że tworzą coś, co będzie pamiętało za nich, zapominając, iż jeśli obdarza się kogoś takim obowiązkiem, jakim jest bycie pamięcią… cóż, zapominają o tym, że trzeba o nich samych pamiętać. Przychodzić i czytać słowa, dotykać stóp zamarłych, ud i brzuchów, głowy głaskać, tudzież owe monumentalności rzezane. Bo przecież pomniczki różne są różniste. Są ludzkie takie, dziwnie ruchome zawsze, jakby za każdym razem, gdy na nie spoglądacie, dopiero się zatrzymały, w rękach zduszone mają opakowania po miętówkach, tudzież jeszcze ciepłą bułkę z kiełbasą, gdzieś tam rzucone elementy odzieży, mawiają, że to po Turyściźnie, ale nie wierzcie im… Może to dlatego tak czosnkiem wali? A te inne. Te kamienne takie, jakby od niechceia rzucone kamyki, jakby nic się nie stało, a jednak tabliczka ogłasza inaczej… albo takie pokręcone w formie grobu. A mamy i taki, dolmen se stoi ku pamięci czterech, co walczyli… nie o nas… a może i o nas. W końcu dawno to było i doprowadziło do takiej, a nie innej rzeczywistości, więc…

Są i falliczności.

Oj te to są zbereźne i poza gilgotaniem, muskaniem i masowaniem, szczerze domagają się nawilżania. Ej te obeliski. Skrupulatnie zaprojektowane tak, by nam podświadomie w głowach, i gdzie indziej, męcić…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6261

Z cyklu przeczytane: „Mapa nieba” – … trudna i ciężka. Powolna i gruzłowata. Niezbornie toporna… oszałamiająca, pozbawiająca tchu, czasem szokująco odbierająca własne zdanie…

To typowa opowieść – gawęda, w której narrator stara się nawiązać kontakt z czytelnikiem. Nie do końca pozwala się nam wejść do historii, jakoś przez cały czas jesteśmy tylko i wyłącznie obserwatorami. I jakoś mi się to nie spodobało, z drugiej strony cała masa pracy, jaką autor włożył w tę powieśc, wypełnił ją nimi po same brzegi, aż się kurcze wylewa, zmusza mnie do czytania… więc czytam. To tu to tam nagle umieszczam fakty ze znane mi rzeczywistości. Potem nagle zostaję wessana w kosmiczne wydarzenia i… już kompletnie nie wiem, co mam myśleć…

Nie skończyłam.

Postanowiłam, że poczekam. Trochę ochłonę, trochę może i do niej dorosnę. Bo by naprawdę stać się jednością z tym tomem, trzeba chyba najpierw pomedytować i oczyścić myśli… by zrozumieć, jak wiele potrzeba, by stworzyć taki tom. Ile wiedzy, talentu i dyscyplny trzeba mieć w sobie…

Wrócę do Ciebie Książko!!!

IMG_5480

PAPU dla Wiedźmy.
Nie ma serio lepszego poranka od takiego, który zaczyna listonosz… znaczy spoko, listonosz w pracy, znaczy paczkę przynoszący… No weźcie no, o czym Wy Świntuszki myślicie, no!!!

IMG_9720

Pamiętam oglądanie Wyspy z daleka. Wciąż pamiętam ową dziwną tesknotę lęgnącą się we mnie, dziwną, dziwaczną, destrukcyjną, niezrozumiałą i niepokojącą… a jednak jakże w końcu odkrywczą…

A potem ten dziwny moment. Bardzo szalenie womitującą osobowość doznającą nagłego olśnienia. Aczkolwiek czasem, gdy sobie to przypominam, to się zastanawiam, czy czasem w końcu nie walnęły mnie prochy wymieszane z aviomarinem? Kto to może wiedzieć? Ale przecież nie działałyby tak długo… znaczy lat naście, co nie? Może więc to nie były prochy? Może to wszystko prawda… może nawet teraz mieszkam, żyję i siedzę tutaj, owietrzana i z deszczem rzucającym się na Chatkę…

Może?

Pamiętam jednak coś jeszcze… jakoś tak, dla mnie, tej duszy, co woli czuć ziemię, kamienie, drzewa i inne stałości pod stopami, bardziej niż powietrzności i fale, widzenie, a raczej nagłe olśnienie, że te kamienie mogą unosić się na falach, było oszałamiające. Zaskakujące. Nagle udowadniające, że ziemia jest tą kulą, o czym uczyli, a i serio pofałdowana jest, a fałdy wypełnia woda. Bo przecież moja Wyspa, to taka górka w rzeczywistości, otoczona kotlinkami i wąwozami… których jednak nie widzisz. Ale nie znaczy to, że niegdyś tam nie żyli ludzie, że niegdyś wody nie było mniej, albo otaczała wszystkich kulą zewnętrzną. Oj czysta fantazja, ale to w końcu takie miejsce!!! Takie, nie jak inne znane…

Płaska była zaskakująco, to pamiętam najbardziej. Zawsze jakoś człowiekowi wyspa kojarzy się ze szczytem, pewno z powodu nadmairu hawajskich, wulkanicznych wysepek w mediach… ale moja Wyspa jest inna. Płaska dziwnie, na pierwszy rzut oka, lekko spodkowa… dopiero zbliżając się i spoglądając na nią z innych kątków, zauważacie, że wszystko to ułuda!!! Że tak naprawdę jest w niej owa piękna harmonia, owo wszystko, co się ze sobą wzajemnie nie gryzie… dziwna roztropność w rozdawaniu miejsca na owym cudzie. Przemyślana…

IMG_4780

Nigdy nie spoglądałam na Wyspę z lotu ptaka w tej podstawowej rzeczywistości… widziałam ją w snach, latałam nad nią, w niej i dookoła, ale jako człowiek oddychający zewnętrznością, jakoś się nie złożyło. Nic na to nie poradzę, ale przeraża mnie już wejście na niski stołek… Oj pewno, że Ci Wyspo ufam, ale sobie za nic w świecie!!! Nawet za najsmaczniejsze kamyki na plaży!!!

Morskość potrafi zaskakiwać dookoła Wyspy.

Jest zaskakująco drapieżna, emocjonująca i groźna, szalona i nieprzewidywalna. Wymaga promów ciężkich, bardziej łamaczy fal, niż ino łupinek na falach. Wymaga siły, która różnoważy siłę, a może jednak tylko pozwala owej naturze zabawić się z kimś bardziej wymagającym? Nie z piórkiem, nie z Eleonorą, a raczej z masywnym Ankerem? Ech… a wydawałoby się, że Morskość tutaj, to taka mała sprawa. Jakże przecież niewielka w porównaniu z tymi oceanami? Krokodyli podobno nie mamy, co do rekinów też wątpliwości, aczkolwiek po ostatnich ociepleniach klimatu spotykamy w falach dziwy zza granicy dalekiej… a jednak moc jest. Jest w tych falach jakaś bardziej pradawna mądrość, której nie powinno być, co nie? Pamiętacie opowieści o Pangei? A tak, wszystko niegdyś było jednością, więc ta woda zdaje się być ową dość młodziutką, a jednak… Morskość dookoła Wyspy serio jest inna.

Nie chodzi tylko o czystość i smak, o ową cudowną oleistość czasami, chłodność i błyskotliwość, połyskliwość i łagodność, z jaką przyjmuj rzeczne i strumyczne egzystencje w siebie… o wodorosty i glony, które tylko tutaj tworzą zamczyska i krainy tymczasowe, w których na jedne wieczór możecie być i królem i poddanym, bogaczem i biedakiem, niewolnikiem i tym, co pogania… tym, co jest sobą zawsze, tylko i wyłącznie, a jednak jest w stanie się połączyc. Nie oddać swojej esencji, ale…

Być jednością.

Może i o to w tym wszystkim chodzi, że Wyspa pozwala wariatom być wariatami? Sobie być sobą, a Morskości… falować?

IMG_6257

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Łaskotliwe Pomniczki… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Dunder-Świśnie…

„– Dunderland Świśniewski?
– Tak.
– Złodziej, podrywacz i zboczeniec?

W odpowiedzi ino lekki uśmiech i zmrużenie podniesionych brew. Jego dziwnie szczupłe, miękkie i białe dłonie, niczym owe dziewice nietknięte w klasztorach pozamykane, obracają między palcami naszyjnik z bursztynowych paciorków. Wąskie, różowe paznokcie zdają się perłowo migać…

– W jakiej sprawie?

Powinien był odpowiedzieć Ojeblikowi, odpowiedzieć od razu, w końcu wiedział czego chce i z czym przybył do Białego Domostwa – zwykle nie wychodził ot tak tylko i wyłącznie dla siebie samego, ale jakoś się widać mu nie złożyło. Mała, ucięta wciąż główka tylko zobaczyła książkę nazbyt pośpiesznie zbliżającą się do jego wymuskanej głowy, do owych loczków srebrzysto-złotawych, do tych misternych kręciołek… i było po wszystkim. I wszystkiemu było…

Mała, ucięta główka, jako przedstawiciel owej mniejszości, którą już sporadycznie ino cokolwiek dziwiło, sturlała się ze stołka, klapnęła lekko wilgotnymi po porannym prysznicu włosami o suchą, drewnianą podłogę i zadarła nos na Pana Tealighta pełnego winy i niezłomnego braku żalu.

= Ale książką tak? Rozumiem, że ona, ale ty?

Niewybrzmiało jeszcze oskrażenie w dość donośnym dziś głosie główki, gdy drzwi wejściowe ponownie się otworzyły i w pomieszczeniu obecnie biurowym, które serio od dość niedawana takim miało być, gdzie Ojeblik miała urzędować i lekuchno ucierać nosa tym, którzy przybywali tylko i wyłącznie dla szpanu, oraz odbierać pocztę, która często zawierała smakołyki… pojawiła się wyżej wspomniana. Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki… Ptaszydło.

– Nadal nie wybaczył mu tej choinki?

Jak zwykle wystarczyła jej chwila, żeby nie tylko wyąchać co się wydarzyło, co się dzieje i co nastąpi, oraz dosrać sprawcy. Pan Tealight spłonął rumieńcem, który dziwnie zafioletowił mu jego skąpą szarość i wycofał się do kuch. Tam za Zasłonką postanowił odpowiedzialnie i adekwatnie do sytuacji postukać patelniami.

– To jak go cucimy?

Ojeblik wyszeptała lekko obschniętymi z wrażenia ustami, z nadzieją, która zdawała się tworzyć właśnie dookoła niej nowe ekosystemy i płodzić nadzwyczaj włochatych wymyślnie obcych, o trzech nogach. Tą samą, co niegdyś przypomniała jej o dziwnym wielkim wazonie, prawie pitosie, do którego od dłuższego czasu wrzucała dziwne obierki, skuwki, zasuwki i resztki… i w którym aromatycznie coś od Sylwestra bulgotało deklamując lekko zwichrowane poezje…

– Skutecznie!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7798

Z cyklu przeczytane: „Agatha Christie i jedenaście zagubionych dni” – … i się nie udało. No nie udało się kurcze zachować pewnego ekhm stonowania. Albo i może przyzwoitości. No wiem, pewno się rzucam, bo w końcu to moja prywatna, pod względem ważności, Królowa, ale… cała książka, która w rzeczywistości jest bardziej biografią, niż tylko opisem tajemniczego zniknięcia, aż jątrzy od dziwnej zawiści i nadmiernego oceniania Christie!!!

Może i się czepiam, ale w końcu chodzi o jedną z największych taejmnic Królowej Zbrodni!!! O sekret pieruński, baśń i ułudę…

Autor w owej nietypowej biografii prowadzi nas dziarsko poprzez dziecięcość szczęścliwą Agathy, potem kolejne jej pragnienia i pierwsze małżeństwo. Uznając zniknięcie pisarki za przełomowy moment, poświęca mu więcej czasu ale… niewiele z tego wynika. Tak, jak najbardziej intrygujące są owe hipotezy, dzieciństwo rozebrane na kawałki, by je poprzeć, garść zdjęć… ale to, co otrzymujemy to bezbrzeżny smutek. Smutek, którego oczywiście nie tłumi kolejne małżeństwo. Z tej książki wyziera na nas kobieta oskarżona. Oskarżona o złe lokowanie uczuć, o kiepską, pełną wyobraźni osobowość… marzenia, na które zdaniem autora nie powinna była sobie pozwolić…

Smutna i dobijająca pozycja, ale… skąd możemy wiedzieć ile z tego tak naprawdę jest do końca prawdą? Nie możemy. Przeczytać warto, szczególne dla tych perełeczek, jakimi jest bibliografia wszczepiona w kolejne wydarzenia. Owe wątki i elementy fabuły, które nagle dla nas, czytelników, stają się jakże bardziej zajmujące… przeczytać dla niej samej, która zawsze do końca, marzyła.

Przeczytać, by lepiej zrozumieć jej, jakże dla wielu trywialne, kryminały.

IMG_5478

Wieje…

Łapię się na tym, że kurna się powtarzam. Ale jak się tutaj nie powtarzać, jeżeli znowu wieje. Dawno już tak nie było, żeby wiało wciąż i wciąż i wciąż! Na dodatek dziwnie zmienna natura każdego z wiaterów, sprawia że wszyscy są wielopolarni! Nie dwu biegunowi, czy nawet trzy, wielo!!! Wiecie, no żadnych misiów, za ciepło, ino ta dziwna nastrojów zmienność nas opada.

Najpierw radosność szalona się przydarza, szał ciał i śmiechów, potem ryczenie, łez niekrokodylich strumienie, strach i dziwne emocje, do których nikt się przyznać nie chce… A wszystko przez wiatr. Jakby te masy powietra, owa ciepłotliwość dziwnie niepasująca do zimy, ta dziwna pokłonność i drzew i krzewów, dachów i ludzi, zdaje się nas jakoś nie tyle upokarzać, co zmuszać do pokłonu. Jakby nagle wszystkich nas chciano przymusowo zmusić do modłów. Na kolana czopki i zdrowaśki trzaskać. Każdemu nie po próżnicy różaniec damy, czyli ten tam krzyżyk na łańcuszku z koralikami jak to jeden z glinairzy w telewizorni wspominał… Modlić się!!! Tylko do kogo i czego nie mówią. Wierzą nam, czy jdnak nie ma to dla nich żadnego znaczenia, bo i tak przechwycą wszelakie modły i bitności czołem i wpasują w swoje definicje. Nie ma znaczenia kim jesteś, dla nich jesteś tym, kim oni chcą byś był…

A wolność mamy podobno?

Nie no… czy ja mam coś przeciwko modlitwie i Wyspy boskości wychwalaniu? Nie. Nigdy i w ogóle, ale jednak wciąż chcę być tylko sobą. Chudszą, ale sobą wciąż, więc wkurza mnie, gdy mówią, iż jestem czymś czym nie jestem… Z drugiej strony co mnie to obchodzi co mówią i wieją? Do roboty…

A ty wiaterze se wiej w swych zmiennościach. Ale nawet jeżeli mnei powalisz, gdy latać będę z praniem w tę i wewtę i nazad, to i tak kurna nie pokocham twoich bogów. Za nic! Nawet za talię osy i szczuplutkie łydki i pupcię niczym orzeszek! Kurcze… z drugiej strony? Nie!!! Do cholery nie!!!

IMG_6229

W dziwacznie pokręconym, szaleńczy, może i pozbawiony podstawowych kroków, a może tylko ja nie potrafię ich dojrzeć… taniec się dachówki udały. Znaczy nie żeby je zwiało, nadal są tutaj, może i się nadal trzymają, a może powinnam znowu wyjść i sprawdzić… powiedzmy, że mam nadzieję, ale jednak tańczą. Niektóre to kurcze nawet stepują chyba? A może to zumba w drewniakach? Nie wiem, ale wiecie ta cała mania fitnessu się przenosi też na mniej ożywionych. Bo żeby nie było, jeżeli Chatka Wiedźmy żywa, to przecież i dachówki dychają!!! Bo wiecie u nas to przewidują, że w następnych latach wszystkie żeńskie osobniki staną się muskularnymi fitneskami, więc może i dachówki postanowiły zadbać o tę no… dachówkodycję?

Dania przewiduje, że już niedługo wszyscy będą jeździli niesmrodzącymi samochodami u nas, będziemu muskularni i piękni, no i oczywiście będziemy wszyscy bez wyjątku mieszkać w Kopenhadze. Tak jakoś im wyszło… Nie podzielam owej wizji, ale co tam, nadal oddycham. Może wiatr im wywieje te pomysły z głowy? Na razie serio staje się bardziej niż faktyczną możliwość… odsprzedania Bornholmu. No jak kronprins może się bachać na moście, jak jest zakaz, to i takie cuda są możliwe…

Z drugiej strony jaki to fascynujący kraj, gdzie złym jest wychodzenie przed szereg? Gdzie wszyscy winni być równi, a jednak… nikt nie uznaje komunizmu za fajną sprawę? Ech!!! Za dużo myślenia, wszystko przez ten wiatr i księciunia na moście. Gwoli ścisłości, to kurcze ciekawe czy rzeczywiście zagrożenie było takie, że most trzeba było zamknąć, czy jednak zamknęli, by on mógł przejechać sobie? Ale… zamykają, gdy wieje przecież, więc… głupota czy hardodziobowanie? Kto tam wie…

Równość… taka tam mglista wizja czegoś, czego nie ma. Jedno jest dobre, to, że Wyspa i tak ma gdzieś to wszystko, swoje maceczki wyciąga, końcówki wszelakie, owe łapki, rączki, nóżki i inne wypustki… wietrzy się i myje, masuje tym, czym w nią rzucą i oczywiście milusio postękuje. Dobrze jej widać… a jak jej dobrze, to i nam. Bo przecież świat winno się zmieniać od samego siebie, od otoczenia, a nie zaczynać od Afryki!!! Miło tak popatrzeć na te wszelakie liście zeszłoroczne, które w przyśpieszonym tempie przemieniają się w cudowną, dziarską i żywotność robiącą, glebowatość. Świat jest tak fascynująco samowystarczalny, jeśli tylko zaduwane człowieczeństwo w tym mu nie przeszkadza. Owo człowieczeństwo co to uznało, że wszystko wie, wszystko umie i na wszystkim się zna… więc zwyczajnie psuje!!!

IMG_6227

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Dunder-Świśnie… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźma Odmienialna…

„Przez przypadki i pory roku…

… przez różnorodne i rakie liście jesienne, przez wiosenne kwiatów dzwonki, przez letnie nocy chłodności i zimowe wielkie śnieżności. Podobno odmieniać można ją przez wszystko. Przez ludzi i parapety, no i krzesła, taborety, serwantki, sofy i kanapy… fotele, ale wiecie tylko wygodne i nie pstrokate! Przez tabakierki i zapałki, przez pnącza, owoce i owady. Przez czas… na przykład przez przeszły, żeński, męski, nijaki, niebiański i piekielny, bo jeśli chodzi o ten czyśćcowy, to nie, jakoś końcówka się nie chciała nagiąć.

Jeżeli chodzi o przypadki, to zwyczajnie wiecie.

Przez przypadek skrajny i kłopotliwy, barwny i lekko monochromatyczny, taki chorobowy, zdrowotnie figuratywnie niepewny, końca przypadek i przypadek początku, środka, pomieszania i poplątania. Przypadek młodzieńczej naiwności, starczej rozwiązłości i czasu środka u ludzia. Przez kobiecość i męskość narzuconą. Przez… wszystko i nic. Przez dziecięcość, która się nie chciała odczepić i dorosłość dziwnie spróchniałą, marską, pryszczatą na tyłku, tchnącą hemoroidami, no i odciskami i kolanami od klęczenia spłaszczonymi. Tak jak u innych. Żeby nie było, przecież i odmieniała się poprzez religijność i szału boskiego napadu, poprzez awatarystyczne wstrząsy i wszelaką modlitw zagmatwaność, ale i czyste, najprostsze, lekko apokaliptyczne ateizmy. Wiecie, ten taki ateizm finansowy, oraz rodzinny, dziwnie narodowościowy i inne tam… Przez psalmy i roty się odmieniała i hymny też!!!

Ale… jeśli o religijność chodzi, to wiadomo, że przez Nią, Oną Jedyną… no Wyspę się odmieniała Wiedźma Poganka i przez trolle, przez głazy stojące i obalone te, przez nisseny we wszelako różnorodnych rozmiarach oraz wróżki i wróżeczunie… różne, różniste, w które nigdy do końca nie chciała uwierzyć, choć je widziała. I przez Jednorożca Śnieżnego się odmieniała i pluszowe misie, mocno prusko niebieskie i ultramarynowe kolory niebieskości i pędzle, te takie z nader mięciutkim włosiem, co machały i rozbryzgiwaly kolory dokładnie je mieszając, aż one same nie wiedziały gdzie się kończą i gdzie zaczynają. I dziwne osoby niewidzialne i widzialne duchy i płyty nienagrobne i te runy zagubione…

Odmienianie zwykle zaczynało się od poranku, który Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, jako osobniczka nie do końca zrowotnie ustosunkowana do norm, oraz faktów, olewała i starała się przespać… oczywiście po zaspokojeniu swoich natręctw, przez które się nie odmieniała, ale one się odmieniały przez nią. Właściwie, tak wtrącając i mocno gdzieś mając porządek chronologiczny i geograficzny, to kurcze wiele odmieniało się i przez nią. Na przykład rodzaje literatury przestępczej, czy też nagminnie ignorowane, owe cukierkowo romantyczne komedie, w której krew uświadczysz ino pępowinową, tudzież przetaczaną konającemu kochankowi…

Ale wracajmy do tematu…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5164

Recenzja: „Magik”

IMG_3063 (3)

Z cyklu przeczytane: „Gdzie się cis nad grobem schyla” – … boskie. No bez urazy, ale się ubawiłam, zmądrzałam i zabawiłam. Uśmiałam, ale i przypomniała jak fajnie jest, gdy świat wciąż nie jest jeszcze aż tak dorosły. Jak dobrze, gdy ktoś inny się martwi naszym losem. Ale… no właśnie jest i owo „ale”. „Ale” całkiem pokrętne, dziwne, które wyjaśnia się dopiero, gdy zajrzymy na ową często pomijaną stronę tytułową… zmiana tłumacza!!! Bardzo tego nie lubię!!!

No dobra, Flavia to już nie do końca dziecko, ale… nadal wierzy, że może pochodzić od neitoperza. Ale czegóż się nie robi, by sprawdzić swoje pochodzenie, tym bardziej gdy ma się taką pracownię chemiczną w odmu!!! No miodzio! Do tego mają ekshumować świętego w kościele, a to już oznacza świetną zabawę. Cóż, ta dziewczyna kocha zwłoki!!! Nawet te bardziej przechodzone… ale nawet ona poczuła się zaskoczona, gdy nad owymi zwłokami były inne, do tego dochodzi tajemnica klejnotu, problemy w domu, matczyne tajemnice i jej cudowne sistry… w tym jedna na wydaniu!!!

Tak, u naszej przyjaciółki wiele się dzieje, a jej dzielna Gladys wciąż połyka kolejne kilometry! Mieścina może i mała, ale kryje całą masę zagadek, które aż proszą się, by wetknąć w nie nos… ale czy to tylko kryminał? Tylko opowieść lekko sensacyjnie obyczajowa, w której wszystkich ukształtowała niedawno zakończona wojna? A może jest w tym coś jeszcze… tajemnica, która wszystkich zwali z nóg?

Jak zwykle powieść się zwyczajnie czyta, chociaż… niezbyt płynnie. Ja wiem, że tłumacz to tłumacz, ale coś tam dziwnie skrzypi w nowym tym tłumaczeniu. Coś jest jakby trochę nazbyt nowoczesne, mało przykurzone, dziwnie nieroztropne w inną, niż ta właściwa, stronę. Nie mam dostępu do oryginału, więc nie wiem czyja do końca to wina, nie rzucam kamieniem… ale jednak czuję się lekko podenerwowana. Coś tutaj po prostu zgrzyta… ale i tak warto przeczytać. Bo to jednak Flawia!!!

IMG_5473

Wieje.

Nadmiernie gorliwy w wykonywaniu swoich zadań, a może chcący i jakieś rekordy pobić, czy coś… bo może i wiater miał też swoją Księgę Rekordów, a może i jeszcze miał tablicę, na której każdy z wiatrów wymieniał zerwane dachówki, połamane płoty, porwane skrzynki na listy, zawinięte spódniczki na młodszych i starszych dziewczątkach… czapki i kapelusze latające, może za większą ilość piruetów jest nagroda? A może i mają jakieś lekcje, wiecie zloty mają takie, na których dokładnie się tłumaczy zawiłości najnowszej gardeoby ludzkiej? Temat przewodni: Dlaczego stringi nie latają?

Widzicie, to są dopiero problemy! Wykonywać pracę, która kurcze i tak wciąż przeciwko wam!!! Jakiego trzeba do tego samozaparcia! Jakiej krzepy i wiary w to, że jednak w końcu się uda. Że wszystko poleci!!! I ten domek i kwiatek, słup soli, żona Lota, mężczyzna dziaranay w tatuaże i ten szlifowany w kamieniu. Sowa, mucha, ale i dziwnie nietypowo ukształtowana żona pastora. Mąż bez żony, żona bez kochanka, wózek z dzieckiem i ten, w którym wozi się tylko kontrabandę. Papier toaletowy i ten bez toalety. List stary i list nowy. Ten opłacony i ten nie…

Wiatr ma to do siebie, że kocha tworzyć swoja własną sztukę. Może i inni nazywają to niszczeniem, ale co tam. W końcu artyście potrzebna jest tylko muza. Podobno, więc jaka jest ta wiatrowa? Czy to owa dama z milionem koralików, szali, włosami długimi, splątanymi, pełnymi dzwonków, muszelek i muślinowych krajek… a może jednak owa chudzinka, co to ino kości, ale wiecie, można na niej grać…

Tak, człowiekowi serio może odbić na Wyspie, gdy tak wieje. Bo tutaj wiatr wie, że może wszystko. Że go chcą i pragną, bo przecież bezczelnie wykorzystując jego siłę, prąd sobie robią ci ludzie na owe bezecne używki!!! A czy się ktoś wiatrów zapytał, czy chcą pracować za każdym razem? Czy nie mogą sobie ino wiać dla przyjemności? Dlaczego owe wiatraki zdają się czepiać ich z każdej strony, z prawej i lewej, na okrętkę i z dołu i z góry. Twarde, a jednak wyobracane…

IMG_5163 (3)

Wiatraki…

Stoją i cieszą swoje pyszczyska białawo-stalowe, miejscami szare i srebrzyste, czaszem nawet w błękitach… stoją i łapią. Łapią i się kręcą. A jednak wciąż nie lecimy? A może jednak lecimy? Może coś w tym jest, że przy tak pokręconych powiewach, które nie dają spać, dziwnym przerażeniem dusze napełniają, człowiekowi wyobraźnia kołuje nad owymi najbardziej dziwacznie kontaktującymi cząstkami. Nad tymi, którym nie zawsze pasuje zwyczajowa liczba odnóży u stworów, a zachowania seksualne nie muszą mieć nic wspólnego z kopulacjami. Bo czemu nie… wiatr pozwala na pełne szaleństwo. Siedzenie w domu i rzucanie myśli…

… na wiatr.

Nie bój żaby, ni węża ni stonogi, wiatr jest seryjnie pobłażliwy, jeżeli o to chodzi. Możesz rzucać w niego najbardziej dziwacznymi myślami. Tymi o teściowej w dziwnym uścisku z teściem, owych o krasnoludkach nie chcących Sierotki Marysi, o lasach, co chcą być polami i pszczółkach niebzykuszkach… Chociaż sam wiatr już dawno zrozumiał, że dziwność nie w parze idzie ostatnio z człowieczeństwem. Już kurde se dziwnym poza Wyspą być nie można. Wiecie takim OOAK, znaczy one of a kind. Nie możesz być jedynym, bo zaraz ktoś zechce być tobą, albo co gorsza, choć może nie, złodziejstwo osobowości jest najgorsze… co dziwniejsze ktoś inny zapragnie wtłoczyć ciebie w istniejące ramy. I chociaż byś się opierał, chociaż byś się stawiał i wrzeszczał, pluł, kopał i klątwami dookoła sypał… to mu się uda. Może ty wciąż będziesz sobą, ale jednak… dla nich będziesz ich.

Poza Wyspą są normy, a na Wyspie? Cóż, dziś ino Egon!!! Chyba Dagmar dała mu kosza, bo się spienił!!! Napowietrznie!!!

W nocy wiatrowanie sprawiło, iż po raz pierwszy od dawien dawna przez dłuższą chwilę… cała Wyspa nie śniła. Nie tyle, że nie spała, ale całkiem nie śniła. I dlatego świat się zatrzymał i zaczął zastanawiać nad tym, czyby roboty nie rzucić. Niestety trwało to ino tak króciutką chwilę, że zaraz zapomniał o tym pomyśle i się toczyć zaczął dalej, coraz szybciej i szybciej i szybciej… więc niby nic się nie stało, chociaż mogło. A może jednak stało? Może ponownie potomek Ikara i Dedala spał na ziemię?

Ciekawe, czy wiatraki lubią swoją pracę… możeby tak zostać wiatrakiem? Ino co z plemieniem Donkiszotów? Kurcze… nie wiadomo, czy produkcja Rozynantów oraz dam serca nabrała tempa odpowiedniego, by się im dobrze żyło z daleka ode mnie? No wiecie… wieje, więc myślę…

IMG_3061 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźma Odmienialna… została wyłączona

Pan Tealight i Stolik…

„Właściwie…

… jakoś nikt o nim nie myślał, nikt za zbytnie nie modził. Przecież Białe Domostwo zawierało meble, które nie tylko były całkiem i przenudnie zwykłymi meblami, ale na dodatek ni nie gadały, ni nie zmieniały się w kudłate jaszczurki, ni nie pożerały dupska… chociaż niektóre tak i wiecie co? No kurcze niektórym się to serio podobało!!! Meble to czasem są tylko meble. Wspomnienie drzewa, bo widzicie plastiku się w Białym Domostwie nie używało w tym celu. Co jak co, ale wszyscy wiedzą, iż klasę należało zachować w słojach!!! Nie wyłażą z nich potwory nocą, a i nic w nich nie śpiewa, nie nuci, tudzież sarkastycznie nie siąknie na was o poranku: a idź się umyj brzydalu!!! Nawet nie mają własnych imion. Ot stół lub krzesło, kanapa czy fotel…

Stolik, o którym mowa, był niewielki, okrągły, wyciosany z jednego kawałka jasnego drewna, ale miał prawie cztery nogi!!! No prawie cztery, bo chociaż te dwie jakoś tak wyrzezane dość stabilnie to jednak druga para zdawała się być już bardziej rozłączna. Pełno na owych nogach było gruzełków, zdobień, dziwnych zawijasów i szlaczków, jakby każda epoka jaką stół przeszedł, chciała naprawdę wyrzezać w nim swoje wrażenia. Takie tam graffiti. Tudzież pamiętniczek może? Mniejsza. W rzeczywistości zaskakującym się zdawało to, że zdobione były tylko te nogi dziwne, jakby każda z innego stołu, a nie blat. Bo ten, nakryty obecnie grubą kapą, bo zima była i ozdobiony malutkim słoiczkiem, w którym stały trzy świerkowe gałązki z wstążeczkami, był gładziutki. Jakby nigdy nie używany. Jakby tak naprawdę dopiero co wylazł od stolarza. Równiutki i idealnie skorelowany ze słojami koncentrycznie się po nim rozbiegającymi…

Widzicie.

To tak naprawdę dość dziwne, że taki mebel, bez historii świadomej innym, bez form odmiennych tudzież i szaleństw nocnych… znalazł się w Białym Domostwie. Jedni mówili, że już tutaj był, gdy się sprowadzili. Inni uważali, że od zawsze znajdował się w ramach Sklepiku z Niepotrzebnymi… ale tylko jedna osoba wiedziała, że stary był jak Pan Tealight, a ten trzymał go przy sobie tyko dlatego, by pamiętać, że i jedmu podano – właśnie na nim – czarną polewkę.

NIEPRZYPRAWIONĄ!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8500

Z cyklu przeczytane: „Smoki z zamku Ukruszon” – … bajki forever!!! Bo dlaczego nie? Co złego w czytaniu bajek nawet wtedy, gdy całkiem nie powinny nas interesować? Nawet wtedy, gdy inni oczekują po nas czegoś innego? Czytajmy bajki! Żeby po prostu nie zwariować i spojrzeć na świat z oka przymrużeniem.

A już te bajki, które sir Terry w końcu udostępnił, to musicie przeczytać. By ponownie zrozumieć naiwność dziecka i pozwolić sobie na bardziej szalone marzenia.

W tej ślicznie wydanej książeczce, ilustrowanej czarną kreską, spotkacie dziwy, które możecie odnaleźć we własnym pokoju. Przy nodze od stołu coś jest, no i smoki w zamku ukrytym w załamaniach dywanu. Na pewno coś na brak wiary w samego siebie, brak wiary w ludzkość i świat. Coś na odwagę się znajdzie i coś jeszcze ku wyobraźni wzmocnieniu, co nie pozwoli wam już zwyczajnie spojrzeć na okno, autobus, czy doniczkę z pelargonią, ale tylko z tą czerwoną!

Otwierając tę książkę, miałam wrażenie, jakbym już znała te historie. Rysunki i sposób rozmieszczenia tekstu na stronach, czcionka i pogrubienia, bardzo nawiązują do kultowych już bajek Roalda Dahla wydawanych u nas w małych, słodkich broszurkach. Lekko przewrotne, dopingujące do działania, nie przebierające się w półśrodki, ale walące prawdę prosto z mostu. Zwyczajne i nadzwyczajne zarazem. Proste, a jednak… jakże możliwym jest, iż wam umknęły!!! A… i jeżeli spotkacie Śniegoluda, to pozdrówcie go ode mnie!!! Sama chyba wybiorę się na poszukiwania tak zwanych potworów! A wieczorem znowu poczytam, bo w końcu cóż jest lepszego na sen…

TYLKO BAJKA!!!

IMG_5453 (2)

Dagmar.

No nazwali wietrzysko Dagmar?

Serio rozumiem, że większość pogodowych komplikacji posiada żeńskie imiona, ale bez przesady. Dagmar? No nie!!! Już sobie wyobrażam zakutaną w dziwne koszuliny i chustencje babinkę, która tak naprawdę nią nie jest. Oto i szczyt szczytów fascynującej techniki makijażu i postarzania!!! Nikt nie wie, że pod owymi, lekko woniejącymi cebulką z czosnkiem, kapustką wilkołakami nadziewaną, koiałeczką, w której serio jaja się kryją, ale mocno wiecie zużyte, kryje się Wredna Powredna Szpiegowczyni! Przekrętnie pokrętna osobliwa osobowość. Podobno blondynka mikrej budowy ciała, ale kto tam tego może być pewnym? Nigdy tak naprawdę nikt jej nie widział w naturalnym stanie skupienia ciała. Nikomu nie pozwoliła na taką poufałość, by zdjąć z twarzy maskę, a potem kolejną i kolejną…

Ale nawet ona, w głębi swego fascynującego mistrzostwa i oddania sprawie, nie wie, że goni ją Egon!!! A tak, wiatr za wiatrem wiatrem pogania, no i mimo owego miejscami się przebłyskującego, ostrego słońca, które zdaje się w kryształki zmieniać każdą kroplę osiadłą na szybie i rozszczepiać te światłości na kolory kolorowe… straszno jest wam się przyznam. Straszno bardzo!!! Ale cóż może człek zwyczajny na to poradzić? No nic nie może. Znaczy pewno, mógłby pod kołdrą zawiruchy przetrwać, ale cholernie ciekawski jest tego, czy Egon chce Dagmar ino ubić, zaszlachtować, przemienić w wampira, łaka, tudzież inne fantastyki ustrojstwo, pobrać z niej narządy, zjeść jej kawałek, coby moce jej w siebie przelać… albo może on ją kocha?

Ona ją kocha?

Goni ją, bo kocha?

Może i pierścionek ma? A może za nim przyszła teściowa z kalendarzykiem małżeńskim leci? Usz od razu człek inaczej na bidulę Dagmar spogląda co nie? Nagle owe dziwne wycia i pohukiwania nie mają już znaczenia. Babskość moja wewnętrzna, zwykle dość bardzo skrywana, raptusowata taka, włóczykijka i w ogóle, bardziej Tatuś niż Mamusia Muminka, Mała Mi to już w ogóle… znaczy kocham bycie dziewczynką, ale wiecie… bez tych diamencików, korali, Jagny na taczkach i tym podobnych tałatajstw… Ale jak tak pomyślę o Dagmar, to nagle w tym wietrze wspólnotę wyczuwam dusz, zmysłów i babskiego wkurwa.

Może więc ona o nim wie?

Może kocha go, ale jednak wiecie, nie może na razie, no przecież to tak na zawsze i do końca… może jednak powiedziałaby NIE na widok pierścionka, a już Matuli Teściowuli to na pewno?

IMG_5909 (3)

Dagmar i Egon…

Zaraz, zaraz, zaraz, ale co się stanie, gdy jednak się spotkają? Gdy ją coś omami, o czymś zapomni, gdy jednak na chwilę pozwoli sobie na zakochanie? Czy się zderzą wtedy ze sobą, czy jednak muskać się będą na granicach swych wietrzności? Delikatność zwycięży, czy jednak moc namiętności?

No i co to będzie znaczyło dla nas… tych pod nimi, w nich i w ogóle? Chociaż przyznaję brzmi to dość dwuznacznie, to jednak kurcze inaczej się nie da. Dagmar i Egon uczynią nas świadkami swego zespolenia. Ekhm, zawsze lepiej brzmi zespolenia, niż bzykania, co nie? No i czy wiatery się bzykają? A co z teściową? Może jednak to wszystko, to upragniony mój, dobitny dowód na moc mojej ci ino mojej jej, znaczy Wyspy? Ową płodność wszelako nie zawsze dziecięcą, ale takową twóczą bardziej, co to zmusza nas, by w kupeczce nawet inspirację znajdywać? Hmmm?

Jakbyście jeszcze się nie domyślili, to pieruńsko wieje, a moja babskość wyraża się ino w ganianiu prania po trawniku. Bo wiadomo, pranie przed zbierającym je ucieka. Dlatego też można się pokusić o stwierdzenie, iż jednakowoż Egon ze swoją wybranką zatańcują mocniej. Ale nic to… w końcu mają na te tańce cały weekend! Gdyby tylko jeszcze moja własna osoba chciałaby to przespać?

Dobra, no osoba może by i chciała, ale nazbyt wiele cudów dookoła, coby ino w tym wyrze leżeć!!! Ile można!!! No dobra, może i można, więc dlaczego ja nie umiem? Cóż się stało ze mną przy tworzeniu, że na tym mi poskąpiono?

A może już się człek nalenił? Może czas na lenienie też ma swoje best before? Ale jeżeli ma, to kurcze czmu nikt mnie nie uprzedził? Hmm, a może jednak, pokrętnie i obrzydliwie strasznie, jeśli człowiek tak to wszystko przemyśli, ktoś ma po prostu wysłuchać opowieści Dagmar i Egona? Bo on wciąż ją goni, a ona w owych chustach i z kobiałką tańczy nad Wyspą!!! Może wiatr to jednak nie czas na spanie, ale na łapianie owych dziwnych historii? Może dlatego pranie ucieka, by człek się w łapaniu wprawił…

IMG_5206 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Stolik… została wyłączona

Pan Tealight i Magik Dżu Dżu Fru Fru

„Latają…

… ostatnio to w ogóle jak najęte latają. Jakoś tak bardziej naburmuszone niż zwykle, jakby lekko bardziej nadęte i pewne siebie, wypełnione dziwnym samozachwytem, czy czymś? Tutaj kamyczki się w nich majtają, tam znowu patyczki, po prawej piórka, po lewej paciorki, te same, za które co najmniej Manhattan kupiono. Pod nimi krajki, wstążki i wszelakie osmętki tkaninowe, tam frędzle, gdzie indziej dzwonki, chwosty, pokosty i kolorki. Szkiełka, muszelki, perełeczki i kawałki minerałów, które serio nie do końca są z tej ziemi… Usz mnogość tego w mnogościach. Żaden niepodobny do żadnego, a co więcej nawet w kształtach niezbieżny.

Zwykle siedzą grzecznie, dookoła kuchennego okna, szczerząc się wypustkami ostrymi w kierunkach przechodzących. Gdzieś tam nad dachami mrugają do nich wrony, a wróble stukotem pazurów błyszczących, lakierowanych może, kodem jakowyś, przesyłają mało intrygujące wieści… Chmurki zaglądają, by się w szkiełkach przejrzeć i w kryształkach załapać więcej załamań. Tęcze przyłażą tutaj po radę dotyczącą najnowszych krojów łuków, oraz promocji na te garnce pełne złota. Krople deszczy dyskutują wybijając zaszyfrowane prośby na szybie. Te chcą się dowiedzieć jak uderzać, tamte znowu, czy wciąż jeszcz ekropla jest kroplą i czy gdy uderza, to mokro, czy nie… znowu wszelakie cuda przywiewane wiatrami zdają się stać w kolejce u drzwi Chatki Wiedźmy, by tylko podsłuchać rutmów przez nie wybijanych…

Przez Magik Dżu Dżu Fru Fru. Dziwactwa żenione i składane, konkubinaty i kocie łapy, królicze ogonki, zajęcze skoki, kilka futerek z włochatych chrząszczy, zasuszony chrabąszcz i Nikt nie wie co tam jeszcze. Ale tak to już było, gdy się nagle zostało Chatką Wiedźmy. I to takiej Pożartej Przez Książki. Latały te dziwne kształty i faktury, kolorki i końcóweczki falliczne, cycuszki lekko wklęsłe i takie wypukłe bardziej też, ale głównie to pisiorki, kutasiki i peniski, siusiaki i wszelako inne, przypominające dwie kulki i armatkę… czyli pierwszą dziecięcia zagadkę, cudaczności. Bo co jak co, ale w naturze siła, w natirze wiara i wsparcie wszelkie!!!

Ave Wyspa!!!

Dla postronnych mniej lub bardziej, takich co to sposobem się do owej zamkniętej zwyczajnie i niechętnej gościom ostoii wiedźmostwa dostali, tudzież przez okienko bezczelnie podejrzeli co tam w środku, nie bacząc na dziwnie parzące zioła, ślepia mrużąc i zmarszczek dostając nawet na łokciach, wypatrzyli… ino patyki z morskiego drewienka. Tego, co to podobno w podmorskich lasach rosną, a jak się obalą, to nie rosną ino płyną… porozwieszane i dyndające, tańczące, choć ich nikt nie dmucha, połyskujące, chociaż żadne światło ich nie muska. Ten patyczek na płodności umysłu, ten na marzenia, ten na palec mały u prawej, a ten lewej nogi. Tamtych garść szczap na serce, a to, co złote na kasę… na wszystko coś tutaj było. Na wszystko i wszystkich… Temu dała na łyżeczkę, temu dała na laseczkę, a temu łeb urwała i Ojeblika dała.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4751

Z cyklu przeczytane: „Cesarzowa nocy” – … ona. Nie myślałam, że ona mogła byc TAKA. Taka inna, dziwnie babska, frywolna, kobieca miłośnie. Nie myślałam. Zawsze przecież opowiadano mi o niej niczym o żelaznej bogini…

Katarzyna Wielka. Inna. Dziwnie delikatna i ludzka. Niby powinnam była być świadomą takiej je strony, ale jednak czuję się zaskoczona. Bardzo. Ale nie tylko treścią, fabułą łamiącą się i chronologii się niepoddającą. Owymi słowami miękkimi, pluszowymi, pełnymi płatków róż… ale i kolców, bo przecież. Chociaż… widzicie, ta opowieść to jakby historia pewnej edukacji. Edukacji, jakiej poddana została Zofia, by stać się Wielką Katarzyną. Bolesnej, uświadamiającej prawdę o ludziach, o ich pragnieniach, o tym, że czasem trzeba poświcęcić wszystko, a księżniczka nigdy nie będzie miała wszystkiego, nawet jako caryca…

Autorka zaskakuje. Nie tylko poetyckim językiem, nie tylko ową mocą przemyśleń, wywnętrzeń wielkiej władczyni, ale i jej pierwotną delikatnością. Chociaż i sprytem. Jakby zawsze wiedziała czego pragnie dla swojej przyszłości. Tak, to Katarzyna kobieta. Żona i kochanka. Matka wyłącznie czasami, bo przecież carycy nie wypada karmić dziecka, nie może być jak wieśniaczki…

Zapłata.

Tak, to też opowieść o zapłacie. Rwąca się w chronologii, niczym myśli, wspomnienia umierającej carycy. Bo przecież w tym momencie ją poznajemy, przed końcem. Samotną, ale świadomą… przeszłości. Kochanków i polityki, która jest tutaj dziwnie nie ważna. To powieść wymagająca ciągłej uwagi, stania nad nią, dziewczyną, nastolatką pewną tego, iż jeżeli czegoś nie zrobi, jej własna matka wszystko zaprzepaści. Tylko, czy więcej było w niej wtedy sprytu, czy jednak miłości do Wielkiej Rosji? Może to wcielenie ducha samego Piotra I?

Nie… to nie dosadna powieść historyczna pełna koronowanych głów i spisków. To raczej ona spoglądająca przez dziurkę od klucza, marząca o miłości, kochająca, kochana, upragniona… odrzucająca uczucia, boleśnie ucząca się na kolejnych zdradach. Kochanka, która tak naprawdę nigdy nie była matką… Pięknie napisana, aczkolwiek nieosrtodoksyjnie, może i męcząca niektórych zwichrowaną chronologią, ale jak już sobie uświadomicie ową potęgę uporządkowania, jaką musiała mieć w sobie autorka, nagle wszystko zrozumiecie. Prawdę o Katarzynie…

IMG_5454 (3)

Szarości…

Tak naprawdę szarości są sporadyczne i rzadkie. Zawsze takie niepewne. W końcu w każdej chwili może się zza chmur wyłonić słońce i niebieskość. Nawet jeżeli zapowiedzieli, że go nie będzie, bo przecież Wyspa musi udowodnić, że ona może wszystko. Jakby jej nie wystarczyło, że my już to wiemy… ale ona nie słucha. Albo nie, nie prawda to, ona słucha, aczkolwiek raczy się po raz kolejny upewnić! Tak wiecie po babsku może. Tak zwyczajnie na wszelki słuczaj.

Bo jak się tak pływa po tym prawie wewnętrznym morzu, to tak lepiej. Zabezpieczyć wszelkie drogi, sprawdzić wszystkie ścieżynki, zakluczyć drzwi, zawrzeć wrota, dolać wody do fosy i oczywiście zagotować oliwy… wrzące smoły i na blanki. Nawet jeśli tylko w myślach, to tak lepiej. Upewnić się, że nikt i nic, że bezpieczeństwo jest bardziej bezpieczne, że będzie dobrze, a nie źle. W końcu dookoła woda, w końcu wszędzie tylko ona. Nie ma co… Wyspa kocha być sama ze sobą. Tubylcy są jej mackami, śnią dla niej i wyonują drobne, czasem wkurzające prace pielęgnacyjne, a Turyścizna zabawia ją niczym trupa kuglarzy, ale jednak… ona wie jak dobrze być samemu ze sobą. Coś, co tak silnie odróżnia ją od współczesności. No wiecie, nie musi mieć słuchawek na uszach, by przeżyć, nie musi siebie samej zagłuszać. Kocha się i lubi i toleruje… wiadomo, wszystko jej w sobie odpowiada, no chyba że nagle jej odbija, więc chce schudnąć czy coś, no wiecie, po babsku… to wtedy się trzęsie.

Samotność. Podobno współczesność nie potrafi żyć sama ze sobą. Człowiek z człowiekiem, człowiek słuchający siebie, swoich myśli, bicia serca, włosów szumiących na wietrze, własnego kichnięcia, pierdnięcia. Może tak naprawdę największy strach w nas obecnie… to my sami? Nie zombie, apokalipsy, wampiry i inne tam Greye, co to chcą nas do rozkoszy biczować… ale my sami?

Zwyczajni?

Czy wciąż jesteśmy ludźmi nie słuchając samych siebie? A może wyłącznie szarościami człowieczeństwa, które pozwala, by odebrano mu ową magiczność empatii, wizji, przeczuć i całej tej czarowności? Kto z Was umie żyć bez telefonu i słuchawek, bez zawsze włączonego radia, telewizora, Facebooka, Twittera…

IMG_4071

Wyspa to moje społecznościowe medium.

A co.

Przecież każdy może się uspołeczniać w jakim chce terenie, w jakich sobie wymarzy granicach geograficznych. Nikt nie nakazuje nam mieć w swej ciągłej świadomości każdy kraniec świata, zajmować się każdym problemem. To nie na tym polega! Gorzej, to cholernie komplikuje naszą codzienność. Tak mocno, że przestajemy zauważać to, co mamy pod samym nosem. Cierpienie tego, kto jest dla nas ważny, kto miałby prawo oczekiwać uwagi, pomocy… Widzicie, mieszkając w miejscu dość odciętym od całej reszty, gdyby wyłączyć nam internet pewnie wciąż jedyną wielką odległością byłaby podróż z jednego krańca Wyspy na drugi… człowiek nagle wraca do podstaw. Staje się pierwotny w granicach swojej kolicy. Ale czy to sprawia, że dba bardziej o drugiego człowieka? Czy staje się na powrót, atawistycznie ujmując, ponownie… człowiekiem?

Nie wiem.

Czasem mi się wydaje, że to dziwne odosobnienie sprawia, że wszystko ogarnia jakaś taka spokojność, taka frywolna, nie do końca, ale i może, utopia… że po prostu inaczej się wszystko postrzega. Ponownie liczą się granice osobiste, te, które pozwalają się czuć bezpiecznymi. Owe bańki nienaruszane. A już szczególnie teraz. Może dlatego, uśmiechając się i pozdrawiając, tutaj ludzie spacerują akceptując swoje własne zamyślenie? Nie żeby wszyscy, są i tacy, którzy będą pragnęli tego kontaktu i będą cię obserwować jak robisz zdjęcia pluszakom… ale jednak.

Czasem sobie myślę, że kiedyś uważałam za człowieka tego, który umiał myśleć… ale teraz chyba moja definicja nijak się ma do człowieczeństwa. Przy badaniu wariografem nie przeszłabym pytania: Czy jest pani człowiekiem?… A może nawet: czy jest pani kobietą? Bo definicje ostatnio strasznie wzięły w łeb i przestałam do nich pasować. A może to one do mnie? Może się odkształciły od używania? Może…

Dla takich jak ja… tylko Wyspa. Przynajmniej ona jest pewna siebie. A dzięki temu ja mam ową bezpieczną kotwicę, której mogę się przytrzymać.

IMG_3283

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Magik Dżu Dżu Fru Fru została wyłączona

Pan Tealight i Czas Znajdowanych Igieł…

„Tiaaaa…

Dawno, dawno, dawno temu, gdy ten wszechświat był całkiem mniej plastikowy, aczkolwiek trzeba przyznać, że serio nadzwyczaj się wszystkim dobrze żyło pośród naturalności, no i żywiczności i opakowań czekoladopodobnych z pozłotkiem… Banda Wściekłych Iglaków uknuła wierutną klątwę. Albo i spisek jakowyś. Nikt dokładnie nie wie, bo chociaż i status mieli jako zgromadzenie, a i koszulki sprzedawali z zabawnymi napisami, hasłami smerającymi pod prawą paszką i apaszką… to jednak jakoś tak nigdzie nie pozostał po tym wszystkim ślad. Ni w myślach i zapiskach, ni taśmach. A może wtedy to jeszcze taśm nie było?

Kurcze?

Chodziło zaś o igły. Igły, igiełki, listeczki dziwnie kujące. Ow zawsze przepięknie kształtne, dziwnie gotowe, naoliwione, nawoskowane, jakby spod igły… wyszły, chociaż czy to nie trochę niespokojna myśl?

Igła igłę dziabiąca?

Podobno kiedyś w ostępach Niedotykalskiego Lasu była, żyła, władała sobie niepodzielnie i dość majętnie, aczkolwiek i sprawiedliwie i niezbyt tam poniżająco… Bogini Kłujaczącej Kształtności, którą to jakiś poniewierany mieszczuch, niezauważający natury pokłonu wszechobecnego… wziął i ściął, na Wigiliję. Głupi był taki, wiecie w siebie zapatrzony, dziwny kształciuch, co to opowieści Dziadków nie chciał słuchać, który dokładnie wymywszy sobie i uszy i duszę odkurzywszy, obstalował sobie na Rynku Miejskim nowe buty, nowe myśli i marzenia. A jak mu obstalowali wszystko nowe to wziął to stare i wywalił, spalił, zalał szczynami, a potem zasypał wapnem, ponownie podpalił, wybuchnął tam jakiś Ogień Boski… i prochy wysłał we wszystkie strony świata na- i podziemnego. W nowym było mu niewygodnie, obcierało go i ogólnie wcale nie chciało się dopasować… ale nie mógł przecież wrócić. Nie mógł się poddać, przyznać, że mieli rację… dlatego postanowił wybrać najpiękniejszą z choinek i zamiast stroić ją w kolory i światła, oddać jej i miejsce i królowanie na czas prześiwąteczny… pozwolić jej być Panną Powracającej Jasności, zwyczajnie chciał ją spalić. Te igiełki tak kształtne postanowił uczynić aromatem swego domostwa, w którym zebrać się mieli tacy jak on i ich rodziny.

Dlatego świat cały, a wiecie na wszelki wypadek, czy to czcący Wigiliję, czy też nie, czy ający plastikowego drapaka, czy wierzbę płaczącą przez styczeń cały, a czasem i przez rok, znajdować może wszędzie… SERIO WSZĘDZIE!!! igiełki świerkowe. I jak mówię, że wszędzie, to nawet i TAM!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4933

Z cyklu przeczytane: „Zabójcza fala” – … Wyspa. Znajome odosobnienie? Nie, wcale nie… żadna tam ucieczka. Klątwa!!! Ale i skarb. Pragnienie, śmierć, marzenia i granice ludzkich pragnień. Jak długo można wierzyć we własne siły? W to, że skarby są po to, by je wydobyć?

Tym razem duet autorów zabiera nas na wzburzone morze, tam gdzie rafa, kupka skał i legenda o skarbie. O komnacie pełnej złota i największej relikwii. Tam, gdzie zginęło już tak wielu przybywają kolejni, a wraz z nimi Malin. Już nie młodzieniec, a jednak wciąż targany demonami krwawej przeszłości. Pamięcią zdarzeń, które miały miejsce właśnie tutaj, na Raged Island. W tym jakże spokojnym miejscu u wybrzeży Main, które przyciągnęło już tak wielu i… zniszczyło ich.

Po raz pierwszy Malin Hatch, lekarz i właściciel wyspy, powraca do miasteczka swojego dzieciństwa, ale nie bójcie się, mimo iż akcja właściwie toczy się w objęciach stałej liczby bohaterów (ekhm, malejącej), to nie będzie nudno. Po pierwsze mamy skarb, a do jego wydobycia wszelkie dobra nauki i techniki, o jakich tylko marzymy. O kasie nie ma co myśleć, a małomiasteczkowa, idylliczna atmosfera, aż korci, by przytulić się do niej na dłużej. No i jest jeszcze klątwa… uuuu… będzie fajnie i jest. Bo przecież każda legenda, każdy mit i baśń noszą w sobie prawdę, czyż nie? Tym razem, mimo dość znajomego formatu fabuły: przeszłość, teraźniejszość, mężczyzna z przeszłością, lekko skonfundowany, inteligentny… kobieta gdzieś obok, intrygująca niczym laska Bonda, bogaty, zadufany w sobie osobnik z marzeniem. Znamy to, a jednak nas nie nudzi, bo Preston i Child potrafią zafascynować dopracowaniem szczegółów. Oni przenoszą nas w jakąś krainę, znajomą, a jednak nie do końca, a potem robią z nas, no właśnie nie do końca, obserwatorów. Tym razem szukamy skarbu i zadajemy sobie pytanie, czy zawsze należy wybrać to, co ukryte. A do tego mamy małe miasteczko z duchowym przewodnikiem… który bardzo pragnie coś zmienić.

Jedne sprawy łatwo przewidzieć inne znowu… raptownie zaskakują. Właściwie jedyne czego oczekujemy a nie ma, to zombie piratów!!! Ale i bez nich wciąga!!! Najpierw intryguje i irytuje lekko, potem dorzuca kolejnych pytań, mami niepełnymi odpowiedziami, kręci niedopowiedzeniami. Zadziwia możliwościami człowieka z przeszłości… którego nie może pokonać cała nasza teraźniejszość. Bo… widzicie, tak naprawdę to opowieść o potędze ludzkiego umysłu, oraz sile zwykłej chciwości!!! Co wygra? Kto zwycięży? Czyje kości nie zostaną rozrzucone po dziwnie nieprzyjaznym kawałku ziemi?

IMG_5472

Błękitności w błękitnych błękitach niebieskości…

Żesz no serio! Wypełzam z Chatki bardzo powoli, dziwnie zaskoczona. Zadziwiona tym całym ciepełkiem, owym dziwnym, słonecznym, ostrym nagrzaniem i… uderza mnie mroźna fala wiatru. Ale to nie tylko ja, przecież wystarczy tylko wyjść z cienia budynków i co… i znowu grzeje. Nie wiadomo ja się ubrać, żeby tylko i wyłącznie spoglądać w niebo. Niebo, które jest błękitniuśkie. Bez chmurek, ale nie jednolite. Wprost przeciwnie. Ma w sobie dziwne naprężenia, wzmocnienia, lekkie fioletowości, różowe błękity i dziwnie zielonkawe, zwodnicze, jakby góra chciała udowodnić, że wszystkie kolory palety są dla niej dostępne, że co na górze to i na dole i odwrotnie. Jakbym jeszcze naprawdę nie widziała wszystkiego… a może… A może to wina tego pola, które poraża nagle zaskakująco jaskrawą, młodziutką, pełną nadziei i złudzeń młodością. Pola, na którym zasiano przyszłe chlebki równiutko. Jakby pod linijkę. I w tej całej matematycznej piękności zdają się wyraziściej ukazywać płynność góry. Dziwnie niepowiązaną, dziwnie tak szaloną, a jednak gładką i prostą, zwyczajną, dostępną dla każdego…

Bezpłatnie?

Wdychanie Niebieskości Błękitnej jest jak niezłe dragi. No dobra, może i kiepskie i słabe mam doświadczenie z prochami, ale jednak… pamiętam takie fajne, cudne i niesamowicie roluźniające – bez obaw, na receptę były!!! No więc te małe pigułeczki najpierw lekko oddech odbierają, a potem likwidują problemy. To samo robi Wyspa. Ale bez przesady, czasem mocniej, czasem słabiej, a czasem w dupsko kopnie tego i tamtego, coby sobie przypomnieli jak to jest, jak nie jest dobrze. Ale dziś było niebo i powietrze i wszystko było do wdychania.

Haustami się człowiek lekko dławi, lekko go to mroczy, nagle sobie przypomina, że może fajnie byłoby założyć rękawiczki, bo ręce dziwnie dotąd piekące, nagle zaczynają nie odczuwać bólu, no a przecież wcale mrozu nie ma… no może i były Przymrozkowe Gilgotne Gobliny, ale co tam, dawno wróciły do domu! Na herbatę i sernika z wiśniowo-malinowym sosikiem podgrzewanym i lukierem!!! Takim ciężkim, grubawym, wiecie jak taka czapa śniegu na krze…

IMG_2985 (3)

Idzie człek i oddycha. Niby nie jest to dla niego nowość żadna, bo od czasu wyjścia w światłość to robi, ale co tam…

Oddycha!!!

I nagle uświadamia sobie, że może robił to źle? Może tak naprawdę przez to całe swoje życie robił to nie tak jak potrzeba? Może rzeczywiście inne otwory jak to fakirzy uważają, mogą też kichać? A może…

Nagle wszystko staje się w człowieku otworami. Nagle uświadamiasz sobie, że nos to tylko kawałeczek, to tylko wstęp, ino owa mechaniczna czynność, a to jest coś więcej. Coś, co jest niezbędne, potrzebne bardziej i inaczej. W końcu czujesz jak oddychać zaczynają i palce i uszy, skóra brutalnie wydobyta z bluz, szalików i koszulek, półdupki, co to wystawione być musiały, bo wiecie… człowiek już taki jest. Nie do końca obrzydliwy, nie ma boja. A może bardziej obrzydliwie przerażający? Nic to. Nie myślę, tylko oddycham. Stopami w butach, bo te jako jedyne odmówiły wylezienia na Wietrzność. Nawet ta Niebieskość Błękitna ich nie przekonała. A może przekonała? Do tego, by jednak nadal trzymać się ziemi, bo jak one puszczą, to…

Mimo wszystko, mimo wewnętrznego przekonania, że to jest dobre, potrzebne i na pewno bezpieczne, to jednak wciąż się człowiek kuli. Czy to tylko zimno, czy jednak ogarnia go zwątpienie? Bo nawet jeżeli usilnie jak ja unikasz współczesności i tak wątpisz… wątpisz w to, co ciebie otacza. Jakby te dziwne zaszłości z wpojonych norm coś w tobie hamowały. Dobrze to, czy jednak nie? Starasz się zrzucić ową otoczkę i w końcu otwierasz ramiona – uprzednio sprawdzając, czy człowieczych, żyjących bytów nie ma dookoła, coby nie zgorszyć populacji – i zwyczajnie wypuszczasz przeszłość…

A ja?

Czy i mi udaje się wypuścić przeszłość? Naprawdę odetchąć, naćpać się tym, co jest w powietrzu, nawet jeżeli trafi się i jakiś pierd, to co w tym złego… nosz przecież to ino natura, czyż nie? I tak, pewno że jest w tym jakiś ekshibicjonizm. Pewno! Ale czy jest w nim coś złego, jeśli nikt niepowołany nie jest go świadomym? Przecież tak naprawdę grzech nie jest grzechem, jeśli się nie wiem czym grzech jest…

IMG_4745

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Czas Znajdowanych Igieł… została wyłączona

Pan Tealight i Ożywiaczka…

„Dawno, dawno, dawno temu, co to niektórzy nawet twierdzą, iż ni w czasie ni przestrzeni to miejsca nie miało, ani myślą ni czasem dotknięte to nie było, czy tam podtarte, zatarte… znaczy wiecie wtedy, gdy Wiedźma Wrona Pożarta była tylko i wyłącznie Małą Wiedźmą, świat był o wiele powolniejszy i dziwnie normalniej lękliwy… Znaczy imaginujcie sobie, że dinozaury już wymarły, ale i tak było to nader dawno, dawno, dawno temu. Bardzo seryjnie dawno temu, aczkowliek całkiem codziennie Mała Wiedźma pokonywała kosmiczne odległości, by dostać się do szkoły. Przymusowej. Kroczyła przerażona i samotna przez głęboki las, przez dziwaczne chaszcze i takie tam strachy różne przerażając… Wtedy jakoś nikomu nie przeszkadzało, że dziecko jest samo i niepilnowane. Że by wrócić do domu musi przeleźć kilka kilometrów lasów i dziwnych, niespokojnie oddalonych od ludzkości przestrzeni. Kroczyć między potworami, demonami, elfami, miłymi staruszkami, które zachęcająco korzystając z tego, iż wpojono jej szacunek do starszych osób, wyciągały cukiereczki, jabłuszka, węże jadowite, skorpiony i Przemienne Brzemiennością Pajęczarki wtapiajace się w skórę, wpijające w sedno sprawy i pożerające wszystkich od środka… Umykać Wściekłym Gęsiom, które nosiły w sobie najgorsze z klątw i jadów, zmuszające do bycia kimś innym…

Dzień w dzień, unikając tego tylko w wielkie doprawdy, sypiące i nie dające się przejść, śniegi – co akurat by się jej podobało bardzo – maszerowała Mała Wiedźma, kąpiąc się w strachu, powierzając swoje lęki drzewom, których cienie zdawały się oplatać jej stopy i… nasączać ją cudzym przerażeniem, zwyczajnie truchtając, często oglądając się za siebie, pod siebie patrząc i rzucając na boki wszelkie swe oczne gałki… Ale co innego mogła zrobić? Nie miała wyjścia.

By się tak nie bać, by zwyczajnie tylko i wyłącznie dotrzeć do domu wciąż tylko samą sobą, którą sie obudziła za dnia, nie myśleć, nie gadać z cieniami, przeżyć i przetrwać, Mała Wiedźma po drodze, krok za krokiem w pylistościach najcześciej piaskowych kroczyć, ożywiała Opuszczone Kurzane Księżniczki. Niczym klapy od sedesu porzucone, poutykane w mięciutkiej, ale jednak wiążącej je piaskowej zawiesinie, ale wtedy nie miała tej świadomości w swojej dziwnej naiwności. Owe głowami zagłębione w piaskowe wydmy, włosami swoimi cienkich korzeni się trzymające dali bardziej mniej suchej. Wyciągała je, powoli, ostrożnie, pieszczotliwie nawet i znów uczyła je oddychać, trzymając za zieloniutkie spódniczki, lekko tubylcze, plotła im warkoczyki i opowiadała bajki, a one odwdzięczały się tym samym.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2999

Z cyklu przeczytane: „Laboratorium” – … niesamowita. Opowieść, której nie można czytać tylko z jednej strony, poprzez pryzmat bieli i czerni. Zwyczajnie nie można. Tutaj odcienie szarości wariują, a chciwość miesza się ze szczerą dobroczynnością tak sprawnie, że wątpicie w swoją własną etykę!

Duet autorów ponownie prowadzi nas w trzewia naukowych dywagacji. W ową plątaninę cywilizacyjnych dobrotliwości oraz genetycznych niepewności. Bo czy można ot tak sobie zmienić, choćby najmniej skomplikowany element genetycznego warkocza? Czy naprawdę dobrem okaże się zmiana sekwencji, by zniszczyć chorobę? Czy naprawdę znamy na tyle dobrze człowieka, by manipulować w rozwijającym się przecież przez miliardy lat dziele? Mądrość to, czy zadufanie?

Człowieku!!! Czy jesteś bogiem?

Pomiędzy dywagacjami natury moralnej i naukowej autorzy ofiarują nam pustkę i żar pustyni, na której mieści się tajne laboraturium. Doskonałe miejsce, by nie tylko uzdrowić homo sapiens, ale może i… go zniszczyć? To tutaj naukowcy, skuszeni nie tylko ugłaskanym ego, ale i ciężkim czekiem, prowadzą badania nad X-Flu. Poznajemy ich w momencie, gdy dołącza do nich nowy, młody pracownik. Pokładane w nim nadzieje zdają się szybo spełniać. Carson jednak szybko się orientuje, że coś tutaj jest nie tak. Że Wylęgarnia, to coś więcej…

Ponownie, jak to nasi autorzy mają w zwyczaju, nie mamy jednego, głównego bohatera. Szybko przeskakujemy od młodego naukowca, który szybko wzbudza nasze zainteresowanie, do równie młodego, fascynującego biznesmena. To on nas mami swoją inteligencją. Zmusza do zwątpienia… no i jest jeszcze ten, który zdaje się wiedzieć więcej, ale pozbawiony środków musi uciekać się do innych środków.

Wstrząsająca i wciągająca powieść, dobra, w której do końca nie jesteśmy pewni, czy genetyka to przyszłość, czy jednak… zagłada ludzkości. Akcja szybko nabiera tempa, chociaż zdawałoby się, że dni w laboratorium pozbawione są sensacji. Strach w końcu szybko się może znudzić, ale nie w tej powieści. Tutaj mimo dość długich wyjaśnień, naukowych wtrętów, czytelnik siedzi z nosem w książce i się nie nudzi. Wszystko przecież nasycone jest silnym napięciem, które w końcu musi znaleźć ujście…

Ale gdzie i jak?

IMG_5471

Trzymając się czego popadnie, co dopadnie i ogólnie mówiąc co się da, wybieram się na spacer. Niby mógłby człowiek polecieć, ale wiecie jak to jest w powietrzu. No majta osobami, buja i tak dalej, a to zawsze u mnie prowadzi do…

PAWIA!!!

Niestety. Może i mieszkam na Wyspie i gapić się w morze lubię, ale co do łódkowania, promowania i innych sejlingów, to sorry, ale nic z tego. Chyba że po wielkich ilościach aviomarinu! A i wtedy lepiej mnie położyć i czekać, nawet nie zerkając po drodze, aż się dobudzę. Gorsze od tego jest tylko latanie!!! Usz znaczy wiecie nie takie na wiaterach, ale w tych tubeczkach, co je samolotami zwą. Niby samo lata, a kurcze wiecie, dałabym głowę, tą co mam ją na sobie, a i ową zapasową i zapasową zapasowej, że coś jednak je nosi pomiędzy chmurkami!!!

Dlatego lepiej chodzić, podskakiwać, nucić i tulić się do zielonych kamieni i dziwnie kamiennych pni. Łatwiej unosić się na wietrze, zamiast pod kołdrą wsłuchiwać się w jego odgłosy, albo i gorzej, wiecie dach trzymać, czy coś? Na szczęście ostatnio wiatr znowu zmienił kierunek i daje się oddychać. Psy wyprowadzane na spacer znowu się do człowieka uśmiechają i łaszą. Usz spotykanie tutaj Psoprowadzaczy jest niesamowite. Nawet już nie o to chodzi, że się ludzie do ludzi uśmiechają, że niczym w poslkich górach się witają, pytają: jak tam leci, czy w święta brzuszek spuchł? Nie chodzi nawet o to, że wyleźć możesz nie wyglądając niczym cholerna boga, spuchnięta i nieumalowana tyż możesz powietrza zażyć. A i ubierać się nie trza wytwornie, bo u nas za umundurowanie wytworne wszelkie drelichy i kombinzezony służą… chodzi o te psie morduchy cudne, co to podlatują i od razu do głaskania. Nosz nie można się powstrzymać. Te mokre nosy, owe czasowe futerka. Dziś jednego widziałam, co kurde jak misiak wyglądał. Lekko brązowawy, niby może i czarniawy, choć nie… raczej mleczna czekolada?

Ale żeby nie było, ja go nie polizałam!!!

A i nie nadgryzłam!!! On mnie zresztą też nie!!!

IMG_4076

Mimo śniegu co stopniał i częstych wszelako ino deszczu opadów… wiecie może i manna tyż czasem tutaj spada, ale ja osobiście się jej nie nałapałam, no więc mimo mokrości i wietrzności jakoś trzeba wypełznąć z własnej norki. Owo ostre, jakby dziwnie nowe, wyprasowane, nakrochmalone, powietrze wciągnąć w płucka… pomarszczyć sobie zwichrowane powłoki, niewyspane zmysły pobudzić. Bo w te wiatrowości, pełnię znowu nadciągającą, to sorry, ale śnić nie można!!! I się przez to w człowieku gula jakaś tworzy, coś się obluzowuje, coś się nazbyt napręża, może i miałby ochotę czajnę domową potłuc, ale po co? Lepiej wyleźć i Spowiedniczej Oraz Pokutnej Wiatrowości Sp. z o.o. się dać wewnętrznie przetrzepać.

A tak. U nas wiecie wszystko musi być normowane i według wszelakich tam być przepisów. Mamy też dlatego i SOPW Sp. z o.o. A co. Magia też wszelako lubi mieć kręgarzy, dziennikarzy i oczywista księgowych. Do tego cukierników i innych tam mocarzy wszelkich pyszności. No i z literkami na wizytówce tak się maczo wygląda!!!

Gdy się już człek wywietrzy z durnych myśli, wtedy serio wszystko łatwiej się zaczyna kleić. Co prawda od nadmiernego dyszenia, kaszlenia i wszelakiej małoodporności na wwiewy gardziołko lekko szwankuje, ale nic to. Zaraz po herbatce przejdzie. No i po wywiewach. Bo się liczba wdechów z wydechami musi zgadzać. Nie ma tak, że więcej jednych, a mniej drugich albo odwrotnie. Oj nie!!! Życie to matematyka. Wsio się zgadzać musi, więc nie ma się co dziwić, że i tutaj w wyspowej magii księgowania…

A teraz do łóżka.

W końcu gdy wiatr przestaje wietrzyć nam nerwowości i wzelako nadmierne myślenie o pierdołach, to można znowu śnić. A świat poza Wyspą potrzebuje śnienia, bo sama Wyspa to kurcze chyba nie? A może? No bo czy to, co jest snem też musi być śnione? Wciąż i wciąż i wciąż… i jeszcze? Hmm? Może być nie musi, najważniejsze, coby się w nocy nie moczyło, co nie? W końcu na takich ceratowych prześcieradełkach nie śpi się dobrze, co nie? No i wiecie, mogą odparzać…

IMG_2984 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Ożywiaczka… została wyłączona

Pan Tealight i Rumburak ZBajki…

„Znaczy, że jak to właściwie jest?

Że na wielki pierścionek, kamień lekko ku ziemi ciążący, sprowadzający do pionu, poziomom też dokopujący… na owe kolory i blaski, połyski i oczy innych zbaczające w stronę dłoni… na kamień, oczko, koralik, a może i filuterne kwiatuszki dookoła, na opasany palec, serdeczny i giętki. Po prostu klejnot, planeta posiadająca własne satelity. Dodatek, a może tylko wisienka na torcie?

Oznajmienie, czy wyłącznie zabezpieczenie inwstycji?

Że na to wszyscy lecą, chociaż mówią, że nie, że ich nie dotyczy ta promocja? Że to ma takie znaczenie? Tak bardzo potrafi zmieniać teraźniejszość i barwić przyszłość, a przeszłości dorzucać nadziei, której nigdy nie miała?

Takie i inne myśli kręciły się po głowie Wiedźmy Wrony Ptaszydłem Zwanej Przez Książki Pożartej. A bynajmniej tak uważał Pan Tealight. I miał ku temu wszelkie podstawy, gdy porankiem wybrał się z nią na dziwny i szokujący spacer. Na ukojenie nerwów, jak corocznie pozrywanych wystrzałami Pierwszego Znienawidzonego Dnia. I to serio ino wystrzałami!!! Jak zwykle tyle z tego światełek filuternych było, co na kij od szczotki pająk nacharchał. I to taki ze ślinotokiem!!! A to Wiedźmę strasznie zawsze uskrzydlało. Wznosiła się ponad wszystko, waliła łbem w sufit, odbijała się od ścian i po prostu, najzwyczajniej w świecie… się bała. Niczym szczeniak się kulący w szafie, niczym dziecina pod stołem. Kto by pomyślał. Niby zawsze miała problemy z dźwiękami i myślami, z dziwnym, zwykłym bojem, ale Sylwestrowe Stowarzyszone Petardy potrafiły ją wystrzelić z butów, pięć razy zakręcić w kosmosie, a potem wciąż jeszcze żywą poddusić w jakiejś płytkiej studni, do której w końcu wpadnie.

Teraz jednak było już po wszystkim.

Wyszli obydwoje na spacer w wietrzny, pierwszy dzień roku i mając nadzieję, że wysokie koszty zakupu fajerwerków, oraz oczywiście wietrzność kręcąca wszystkim nie nastawi tych, którym jeszcze coś zostało do wystrzelenie, do zabaw z owymi utensyliami… i spotkali dziwnego, namiętnie i pokrętnie przystojnego chyba, ciemnowłosego – farbowany jak nic – wysokiego, odzianego w złocony szlafrok osobnika. Który wyrzuciwszy w powietrze dłoń prawą, wskazując na Wiedźmę wyrzucił z piersi dźwięk chrapliwy, zakręcony, lekko piskliwy brzmiący jak…

– Arabello!!!

Wszystko się wydarzyło w ciągu definicyjnej chwili. Mgnieniu oka, czasu jaki przebywa jabłko spadając ze swojego drzewa. Pan Tealight dobrze wiedział, że przecież większy okres czasu mógłby dopuścić do nadmiernego myślenia, a to znowu do czegoś całkiem koszmarnie złego, więc… nie zdziwił się, iż nim osobnik zdążył opaść na ziemię pojawiło się trzech gości w kitlach i przedstawiając się jako doktorzy Blekota, Mlekota i Pekota, zaczęło robić porządek ze swoim podobno pacjentem.

– Bardzo przepraszamy niby miał iść na spacer, taki prezent noworoczny, ale… nie jest groźny, po prostu bardzo szuka kobiety, która przyjmie od niego ten klejnot, więc… naprawdę bardzo nam przykro.

Pan Tealight nie mógł się zorientować, który z zarośniętych mężczyzn do niego przemwia. Czy to ten z siwymi, długimi włosami, czy ten z warkoczykiem, a może ten z maleńką, różową spineczką na uchu… patrzył tylko na Wiedźmę Wronę. Bo ona jak zwykle była najbardziej interesująca. Z tym swoim krótkowzrocznym wzrokiem, z dziwnie pochyloną sylwetką, szalikiem jak zwykle zamiatającym ziemię, zaczepiającym się o wszystko, zbliżyła się do dziwnego zbiegowiska i niemal tuląc nos do twarzy szaleńca, co to zwał ją Bellą Arą zaczęła mu się przyglądać. On spoglądał na nią. Wodnistymi, dziwnie wielokolorowymi oczami… wciąż trzymając w dłoni pierścień. Wielki, jasny, złocisty, ciężki, ale i dziwnie harmonijny.

– Wezmę go – powiedziała i uśmiechając się, jak to tylko ona potrafi, aż nazbyt podejrzliwie szczerze, potrząsnęła głową. – Jest piękny! – I założyła go na lewą rękę, na serdeczny palec… i przekręciła trzy razy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6131

Z cyklu przeczytane: „Relikwiarz” – … życie po Bestii. Ujrzenie ucieleśnienia własnych koszmarów, fantastyki, która schodzi z kart i staje się nową zmorą. A tak. Oto jest kontynuacja „Reliktu” przenosi nas ponownie na Manhattan. Znowu jesteśmy w muzeum, znowu pomiędzy naukowcami… ale… no właśnie. Bestia nie żyje, więc dlaczego mieliby myśleć o przeszłości sprzed prawie dwóch lat? O wydarzeniach, które zmieniły wszystkich. Nie tylko Pendergasta, D’Agostę i piękną panią doktor, a może tylko ich? Bo jakoś nikomu od razu nie przychodzi na myśl Bestia, gdy znajdują dziwne, bezgłowe ciała, poznaczone odciskami zębów…

Jeżeli nie czytaliście „Reliktu” nie ma boja! Spokojnie możecie sięgnąć po ten tom. Na szczęście duet autorski sprawnie wplata przeszłość w teraźniejszość i przypomina wydarzenia. Oczywiście niektórym może wystarczyć ekranizacja, która jednak pozbawiona Pendergasta, serio kuleje lekko… Mniejsza. Akcja wytryskuje ze stron i porywa. Kolejne życia, kolejni bohaterowie… nie można się oderwać. Nie ma tutaj głównych bohaterów, jakoś cała grupa ciągnie fabułę, a jednak się nie gubimy. Wciąż jesteśmy w samym sercu wydarzeń. Na Manhattanie. Przy matce, która straciła dziecko i postanawia naprawić świat. Przy dziennikarzu, który może nie ma skrupułów. Policjantach całkiem niekompetentnych… i bezdomnych. Fascynujących mieszkańcach podziemnych tuneli, którzy twirdzą, że Pomarszczeni dziesiątkują ich szeregi. Ale kogo tam interesują biedni i bezdomni?

Kogo?

Przejmująca, wciągająca i przerażająca. Opowieśc o podstawowym ludzkich pragnieniu… nie przemijać, nigdy nie umrzeć… być zdrowym i pięknym, nie starzeć się, odwrócić kalectwo. Zmienić… Niesamowita szczególnie, gdy zaczniecie się zastanawiać nad tym co wy byście zrobili na ich miejscu?

Co?

To nie tylko kryminało-thriller. Nie tylko sensacja i po raz kolejny cienka lina pomiędzy mitem i zabobonem, a tym co namacalne, prawdziwe i naukowe.

IMG_5470

2015!!!

No i co z tego? Się pytam, i co się kurde zmieniło. Zatrzęsło trochę Wyspą, ponownie w powietrze poleciała kasa właściwie z huku ino. Jakby kurcze wrzeszczenie i walenie w rondle nie było tańsze!!! Co do światełek, to kicha. Nie ma to jak ustawione pokazy, w których każdy wie jak po sobie posprzątać, no i co i kiedy winno polecieć. No bo sorry, ale wydawanie kasy na coś co grzmotnie nie wydaje się być dobrym pomysłem. Serio… nawet nie chodzi o moją osobistą nienawiść do Sylwestra! Po prostu taki tam przejaw nagłego, całkiem zdrowego rozsądku.

Na szczęście w nieszczęściu ostatnie regulacje prawne lekko ukróciły strzelanki, więc może nie skończę z zawałem myśli i ciała?

Najbardziej jednak co roku mnie zastanawia… i z czego oni się wszyscy tak cieszą? Przecież następnego poranka znowu się obudzą w swoich ciałach i ze swoimi myślami. Z przeszłością wciąż dudniącą pomiędzy uszami i przyszłością całkiem niepewną. Bo nic się nie zmieniło. Data tak naprawdę tylko sprowadza przygnębienie. Uświadamia nam o tym, czego nie zrobiliśmy, nie dokonaliśmy… it rodzaj natrętnego samobiczowania. Nie tyle natrętnego, co raczej narzuconego, a może masochistycznie wołanego? Bo przecież tak wielu teraz dopiero podejmuje jakieś… postanowienia. Jakby serio było coś nie tak z innymi datami. Czyż inne dni roku nie czują się lekko poturbowane swoją okrutnie im narzuconą bezsensownością? Taka zwykła środa, albo gorzej, owe przeklinane poniedziałki!!! Zgrozo!!!

Jak się biedaki kiepsko muszą czuć? Świadome swojej małej wartości, albo gorzej, dziwnie przyśpieszane i poganiane…

Jakkolwiek na to nie patrzeć, kolejny rok… i nadal Końca Świata nie widać. Czy raczej był już tyle razy, że pewno chyba serio zrezygował z roboty. Wcale się mu nie dziwię. W końcu ile razy w życiu można je kończyć i wciąż być w tym samym miejscu? Ech! Serio niektórzy mają problemy w istnieniu.

IMG_5096

Wyspa nie jest zaintrygowana czasu upływem. Nie no, pewno że kręcą ją te wszelkie skamielinki i kamieni ostańce oraz fascynująca potęga drzewostanu, ale jednak… wciąż żyje w swojej bańce. Nie żeby była egoistyczna, a nawet jeżeli, to jest to ów zdrowy, fascynujący, samozachowawczy egoizm. Ten sam, który pozwala siebie kochać, doceniać i serio stawiać zawsze na sobie miłą kartę…

Czas na Wyspie ogólnie mówiąc dzieli się na troje… na ten czas dla Niej, czas w którym wpuszcza Tubylców i ten, gdy dopuszcza do siebie Turyściznę. Problem w tym, że strasznie trudno ten czas opisać i określić. Trudno nadać mu ramy, zapędzić do korralu, umieścić w tej zagrodzie, czy czymś? Nie można go karmić tym wyłącznie zdrowym podobno zielskiem, bo wzdęć dostaje ten czas… Trudno komuś go opisać, zwyczajnie trudno i już!!! Tego się nie da ot tak zrozumieć. Ot tak o nim opowiedzieć, być kimś, kto jakoś odnajduje się w tym wszystkim bez żadnej różdżki i napoju magicznego, bez zaklęć i mikstur, któe pomagają… latać.

Czas w znaczeniu zegarów, kalendarzy i przeciekających kranów… piasku przesypującego się od niechcenia, kończących się i rozpoczynających się menstruacji. Zmian głosu, rosnących włosów, snu i poranności. Widzicie… tutaj, w tym miejscu, czas jest czymś zmiennym, dopasowującym się. Chwiejnym i szalonym. Czymś, co całkiem nie współdziała z wynalazkami, co akceptuje wyższość krzemienia nad metalem, co między drzewami i w szumie fal odnajduje najnowsze trendy muzyczne, a w układzie żył kruszcowych, ryjących sobie warstwy w granicie, najlepsze rymowanki.

Życie jest proste. Jeżeli tylko się mu na ową prostotę pozwala. Co nie znaczy, że trzeba zimą rezygnować z lodów z karmelem i orzeszkami!
Oj nie!!!

Bo w końcu wolność to też coś, czego trzeba się nauczyć. Coś, czemu trzeba pozwolić istnieć. Siła, z jaką nie warto się spierać… której seryjną głupotą jest zagłuszanie. Życie jest zwyczajnie, albo nadzwyczajnie, proste.

IMG_1805 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rumburak ZBajki… została wyłączona