Pan Tealight i Płatek Z Nieba…

„W owej jedynej w swojej woli, znaku i czasie, komunii także… w owej jakże przepięknej scenerii, dziewiczej i wartkiej w wątłościach swych, czasie przebiegającym i ślizgających się na kałużach skrzatach w różnokolorowych kubraczkach. W sikorkach fruwająco-latających z miejsca na miejsce, zdolnych jednak zawsze wygrzebać coś na dziób… W tej całej komplikacji kompilacji i zmorze wyczekiwania własnej. Zawiedzionej, ale i w czystości swojej zaskoczonej, osobowości personalnej Wiedźmy Wrony Pożartej. Znaczy no wiecie teraz i już i doprawdy nagle… bo śnieg spadł, zabrała się ona za Coroczne Niewiadomego Poszukiwanie.

Rok w rok, gdy tylko śnieg zaczynał smakować wanilią, fiołkami w cukrze i jaśminem, gdy pojawiał się w dostatecznej ilości podług miar i wag, ona podmiotowa, Wiedźma Wrona, wybierała się na poszukiwania. Mijała zmarzniętych, a może i nawet zamarzniętych miejscami, dziwnie małoruchawych polowaczy, co to postanowili się pożywić dziczyzną, zaskoczonych drogowców i tych mniej zaskoczonych, co stwierdzili, że nigdzie dziś nie wychpdzą, a i może jutro też nie… Drzewa oszronione w kryształkach klejnotów i czapeczkach podług najnowszej mody lekko na końcach spiczastych, a nie obłych jak w zeszłym sezonie. Owe kałuże i stawy lekko zaszklone, jakby w końcu zdecydowały się na mniej więcej dokładne odbijanie, ale też gotowych na to, by szybko zmienić zdanie. Pod cieniutką zmarzliną wciąż jeszcze przecież wszystko płynęło, a wielkie bąble powietrza, bardzo polegające zwykle na swoich lekkościach, w końcu trzymane były w ryzach… a może tylko pozwalały by świat tak myślał? Ślady mijała świeże i miejsca bez śladów. Dziwnie czyściutkie, zamiecione wiatrem, zapadane… wybaczone.

Uwielbiała tę chwilę.

Bo przecież dla niej Zima to zawsze było tylko i wyłącznie mgnienie, i tylko ułamek i chwila… zawsze za mało, zawsze za krótko, zawsze nie wystarczająco. Zawsze… Chociaż może kiedyś i był taki czas, gdy miała dość? Może był, ale zapomniała i ona i sam czas? Nie wiadomo. Bynajmniej plątała się w tej chwili w mokrych butach i porciątkach, w koszulce co jak zwykle za krótka była, w szaliku, co zbierał cokolwiek się mu na drodze nawinęło i nie puszczał. Bo śnieg był, nawet mroźliwy był, a wraz z nim było znowu… To, Co Zagubione, Co Chce Być Znalezione.

Musiała to znaleźć.

Co roku, zwyczajnie musiała. Zresztą i tak chciała w śnieg, więc nie żeby jakiś altruizm, czy coś, bez łaski! Po prostu przy okazji znajdowała też to, co dla Wyspy było tak ważnym… bez czego nic i nikt nie mógłby żyć. Ale bez ułatwień, nie myślcie sobie, że było to tak łatwe!!! Nie myślcie, że po prostu na nią czekało, że się nie chowało, nie umykało, nie mieszało szyków i tropów… I co roku wyglądało i smakowało inaczej, a z jej problemami żołądkowymi, co to znoszą tylko i wyłącznie niemożliwe smaki, wszystko było trudne. A żeby zachować ten skarb… cóż, trzeba go było zjeść.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3599

Wiecie… ze świeczkami na Wyspie życie się obchodzi inaczej, niż w innych miejscach świata. No przynajmniej wynika to z moich obserwacji…

Jest w tym ogniu jakaś większa moc i jędrność. Jest jakaś żywotność mocniejsza, jakaś siła przekonywania… jakaś hipnotyzująca fascynacja samym sobą, ale i zdolność bawienia się tymi wpatrzonymi. Tymi nagle ślepymi na codzienności, na to co było, jest i będzie. Na owo stare powiedzenie, że jak się bawić ogniem będziesz, to w nocy łóżko zasikasz… wiecie, że mam uraz na punkcie sikania? No straszny uraz mam. A i tak wpatruję się w ogień jak wielu. Bawię się woskiem, co mi zostałoz czasów dotępności do ton parafiny… jej jaka to była zabawa!!! Bawiliście się kiedyś parafiną? Takie tłusty śnieg. Taka świeczka ino miękka i się niepaląca i się lepiąca z cokolwiek kto chce. Nie śmierdząca, ale cudownie ocieplająca. Cudownie… zabawowa.

Mniejsza ze wspomnieniami. Ogień…

W każdym płomyku na Wyspie zdaje się być zaklęta inna opowieść. Uruchamia się zwyczajnie, przez potarcie zapałki, strzelenie cuda techniki iskrzącej, albo i innego nowoczesnego uzdatniacza płomienności. Zbliżenie go lub jej do knota, świeżego, dziwnie nieszkodliwego, niemożliwego w swej skrzywioności by zapłonął, by ożył, stał się chybotluiwym ciepłem tańczącym na wietrze… knota prostego, tłustego od wosku, twardego nawet, albo rozcapierzonego, nitkowego wciąż, tak szybko ginącego… owo zblizenie zaczyna opowieść. Opowieść dłuższą lub krótszą. Te maleńkie świeczki, owe urodzinowe, płoną szybko i znikają. Te lekko większe wytrzymują pół godziny, może czasem dłużej, ale są i takie, które płoną i płoną i płoną. Jakby chciały udowodnić, że mogą, a może… muszą? Bo przecież skąd mam wiedzieć, czy naprawdę chcą? Czy same, według swej woli pochylają knoty, przytulają się do żaru…

A może nie chcą zdarzać swoich opowieści?

A może je zmuszamy?

IMG_6132

Nie… tutaj, w tym miejscu, czasie, w owej niepewności cieplnej zewnętrzności i szalonej ułudzie mojej Chatki, świeczki chcą płonąć.

Nie mogę istnieć bez ognia, jak i inni Tubylcy. Widzicie, u nas od razu po wejściu, od razu gdy ino zamilkną uprzejmości w stylu: Jak tam leci i jak się masz/trzymasz, co z pogodą, jak tam kości i wnętrzności… Gdy tylko wybrzmią te słowa powitań, a obuwie opuści stopy wchodzącego, knot się rozpala. Najczęściej tealighta. Niziutkiej świeczki w swej własnej, metalicznej osłonce, która dobrze wie, że bez czegoś dookoła, nie będzie w końcu, a i do końca, sobą. Zagłębione w wymyślne dołeczki, otoczone szkłem, kamionką, gliną czy kryształem, kamieniem szalonym, rzeźbionym, rzezanym w kształty i podkształty, z okienkami, szarpaniami, rozbiciami… oby tylko… Albo w lampionach, pudełeczkach czy tubkach, poznaczonych smugami palców i kichnięć kropelkami, lekko osmolonymi w górnej części, gdzieś tam nawet może i obtłuczonymi, rdzewiejącymi… Może i figurkami, dziwnie ożywającymi po tym, gdy wtłoczy się w nie świeczkę. Już wtedy pewne są tego, że ich historia w końcu wybrzmi. W końcu przeobrazi się w brzmiące słowa, dźwieki i może nawet łzy, uśmiechy…  oby tylko…

Widzicie.

Wszystko brzmi w tych płomykach. One nie tylko tańczą, ale i nucą, przerzucają się dialogami, rozmyślają, analizują opowieści, które nigdy nie były ich? A może jednak były? Może to tylko nasza nieświadomość, stabilna znaczenia tego tylko życia odbiera nam zrozumienie? Może? Bo te szklane wcale nie są tak kruche, a te kamienne tak pierwotne, chociaż zdają się być chłodniejszymi… Tylko, czy to naprawdę płomień przemawia, czy może to, co ogień w sobie nosi?

… oby tylko…

Ogień…

… na Wyspie zdaje się poruszać inaczej. Niezależnie od knota, wielkości świeczki i okrycia całości, oraz miejsca postawienia. Patrzę teraz na głęboką szklaną tubę, a na któej dnie tańcza dwa płomienie. Nie ma wiatru, nie ma powiewów, nikt nie stoi nad nimi i nie dmucha… sorry, ale co jak co, duchy i skrzaty wszelakie mamy w tym względzie w pepoż przeszkolone. Nikt niewidzialny łap tam nie pakuje, ale każdy z bytów zdaje się lekko drżeć. Przytulać się do nagłego chłodu, więc o co w tym wszystkim chodzi? Co z tymi opowieściami? Co z pojemnikami…

Oby tylko wiatr ognistości mógł się roztańczyć. I opowiedzieć… coś. Może chodzi tylko i wyłącznie o to. Nie o ciepło, nie o światło…

IMG_3573

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Płatek Z Nieba… została wyłączona

Pan Tealight i Padajpadajpadaj Papapapataju…

„Kocham zimno.

Wkrada się we mnie i wymazuje całą niepewność. Włazi w buciorach, nie bacząc na nic i na nikogo. Po prostu. Jakbym do niego należała, jakbym kurcze do niego należała… ale nie robi ze mnie niewolnicy. Nie gwałci zmysłów, nie taranuje granic. Sama je chyba otwieram? Po co? Bo wszystko się zmienia. Wszystko… Nagle owo wszystko jest jawne i wiadome. Mróz w swej mocy i krasie, włazi do środka mnie samej, całej i wielkiej dziwnie nagle, utytej i opuchniętej, kiełbasi się zręcznie najpierw w płuckach, dokładnie wszystko czyszcząc, robiąc miejsce na nowe, by potem jakoś przesiąknąć się dalej. W trzewia wszelakie. W niezimno moje własne. Spragnione, utęsknione, zamroczone nadzieją. Bo wiem przecież, że w środku, tam gdzie srony, kartki, słowa i zdania są tropiki. Niegdyś, gdy rozpłątali mi brzuch czułam je i widziałam jak się unosi, roznosi, jakimi mackami jest we mnie wbite…

Kocham uczucie to zimno-parzące, cały proces kocham.

Owo nim namakanie i sztywnienie też! To wdzieranie i wkradanie się, to wtłaczanie i rozczepywanie moich osobowości. Jakby brał każdą cząstkę mnie, rozumiał jej odstępczość od gniazda i… wiedział jak ją wyobracać. Jak sprawić, żeby po oczyszczeniu znowu pasowała jak idealny puzel.

No i płatki kocham.

Bo zimnienie się nie może istnieć bez Padajpadajpadaj Papapapataju Bóstwa Jedynego. Choć rozproszonego!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3448 (2)

Z cyklu przeczytane: „Kult” – … niemożliwe. A może jednak tak naprawdę tylko niezauważalne. Dziwnie wybaczalne, bo przecież wszystko obecnie to wolność wyznania i tolerancja? Tak naprawdę wielu się wybacza to, co całkiem ohydne, obrzydliwe i wzbudzające łańcuch cierpień?

Tym razem Pendergast i D’Agosta mają wyjaśnić krwawą, koszmarną zbrodnię. Zbrodnię, która doprowadza ich do Ville. Dziwnego, dzikiego miejsca na Manhattanie. Samowolki budowlanej, od wieków nie poddawanego prawnym sankcjom miejsca kultu, o którym nikt niczego nie wie. Kultu, który spływa krwią i… możliwe iż wykorzystuje zombie? Ekhm, no sami pomyślcie. Zmarli wstają w grobów, a potem mordują innych, którzy też powstają i takie tam perpetum mobile się napędza.

Problem w tym, iż pierwsza a ofiar, sławny dziennikarz, prawdopodobnie wpadł na jakiś trop, który odbić się może na jego – wciąż żyjącej – małżonce. Ale czy zombie są możliwe? Cóż, Pendergast jak zwykle niczego nie wyklucza!!!

Przerażająca i wciągająca opowieść, przez którą do końca nie wiemy, czy swobody religijne to dobra rzecz? A może jednak zwierzę to tylko ziwerzę? Kto jest wart więcej, człowiek czy kot? A może tak naprawdę jest w tym coś więcej?

Powieść nie tylko wciąga i mami, zapewnia rozrywkę i wnosi wiele do ogólnego pojęcia magii, ale i zadaje pytania, na które sami musimy sobie odpowiedzieć. Czy naprawdę to ludzie są szczytem łańcucha pokarmowego? A jeśli tak, to czy mają prawo sprowadzać cierpienie na maluczkich? Bo chociaż autorzy rzucają nam w twarz obrazy podrzynanych kardziołek maleńkich źrebaczków i owieczek… to jednak, do końca wciąż nie jesteśmy pewni czy człowiek nie staje się elementem zapominanym?

IMG_5474

Śnieg, śnieg, śnieg…

Oj pewno, że znowu większość olała zmianę opon na zimowe i kuleją. Biedne autka wspinają się na wzgórki i wzgórzyska ruchem lekko wężowym. Ruch ogólnie mówiąc, raczej w wersji ślimaka na prochach, niż zwyczajowego tutaj przekraczania nakazanej prędkości. Ale ludność tubylcza oraz ci wszelako mniej znajomi co to się zjechali na święta i poświętności, chcą do lasu. Do dziczy chcą. W zabytki mniejsze lub większe. By pieski wyprowadzić, a i swoje cielesności na spacery wynieść. No i są biegający. Tych to kurna nic nie spowalnia. Ja rozumiem uzależnienie, ale ludzie przerażacie mnie!!! Ha ha ha… no dobra nie przerażacie, bo sama zamoczyłam się po kolana, zchetałam jak nie wiem co i dobrze mi z tym.

Ludziska uśmiechnięte, szczerzą się do śniegu jak do sera myszowce.  Możnaby pomyśleć, że nigdy nie widzieli tego stanu wodnego. Jakoś tak lżej jest i lepiej. Każdy przechodząc pozdrawia, a niektórzy już wpadają w szokujące: Dobrego Nowego Roku. Ech!!! No utopia, gdyby tak popatrzeć z daleka. Nie wchodzić w umysły i żołądki, nie zagłębiać się w kolejne złe wieści. Wiecie, że podobno nawet myślą o sprzedaniu mojej Wyspy. Żesz kurna, że też człek taki biedny… w cholere z tym!!! Kupiłabym sobie piękną Onę i dosadziła drzewek i zaczęła batożyć za durne pomysły i marnotrastwa oraz śmiecienie. I dowiesiłambym lampek co świąteczności i jeszcze bardziej otwarła muzea, coby miejscowi się mieli gdzie wystawiać i trochę mocniej zbanowałabym to wszelakie Mejdinczajna. Bo na cholere nam te śmieci? U nas są ludzie, co cuda potrafią robić, reszty nam nie trzeba. Tej takiej, co jest wszędzie ta sama, a ino napisiki jej zmieniają…

I wiecie co jeszcze, no to jedzonko co się u nas robi to najpierw dawałabym nam, a nie tym w Stolycy! I już. Przecież to nawet nie byłaby utopia. Ot życie by mogło być wciąż z Turyścizną, wciąż z przyrodą i fokami na kresach Wyspy, tymi, co to serio robią popłocha w rybołóstwie. Nadal byłyby sezony i wszelakie szaleństwa możliwe. Nadal pogaństwo, ale i dziwne domowe kościelności. Nadal wolność, ale i więcej żuberów miast krowinek. A co…

Bo wiecie. Życie jest proste…

IMG_3568 (2)

Serio całkiem proste!!!

Najpierw wschodzi, potem kwitnie i owocuje, potem powoli barwi się cudownie i umiera, by znowu się odrodzić. I tak wkoleMaciejki!!! Nic więcej nie trzeba. Ino tego kogoś blisko, gołego najlepiej, aczkolwiek może nie na śniegu… ja tam rozumiem morsy ludzkie, ale jeżeli o mnie chodzi, to kostki mi strzelą z nadmiaru wilgotnych, mroźnych wrażeń. Chociaż jak sobie przypomnę moje gołe ostatnie tańce w snestormie… to było tak cudownie! Może jednak wprowadzić do seksualnościw własnej ten wymiar śnieżno-nacieralny? Może się skusić?

Ekhm…

No to śnieg mamy.

Nie wiem wiecie, czy wspominałam. No mogło mi umknąć w tym całym zamieszaniu, owej poświąteczności, co jej nie zauważyłam właściwie, no i w końcu gile człekowi dziś troszkę się w kriogenice pomięszały. Spacerował se człek po wzgórkach jeszcze ludziem nie otrzepanych i dolinkach całkiem wodnistych i liściami jesiennymi pod pierzynką chrupiących. Pięknie było. Te kryształki na gałązkach, te ludzie dziwnie rozmarzone. Owo znajome widziane inacze i nowe widziane po raz pierwszy… Te kolory, a w szczególności owe niebieskości…

Po raz kolejny dziś zauważyłam jak bardzo szalona i zakrzywiająca czas i przestrzeń Wyspa jest. Bo to jest tak. Jedzie się długo. I jedzie i jedzie i jedzie. Potem się z autka wychodzi i się robi krok lub dwa i się jest na jednym krańcu Wyspy, potem znowu robi się trzy kroki i znowu się jest w domu. No serio. Człowiek się mota. Łazi sobie spokojnie naturalność natury chłonąc, ową skomplikowaność rozumiejąc nagle, wdychając wszelaką leśność i lesistość, a potem… się nagle okazuje, że zaszedł w miejsce, co to myślał, że do niego to są jeszcze mile całe!!! No serio. Nie wie jeszcze jak to dokładnie działa, ale dziś to mną zwyczajnie łupnęło. Idę sobie i co i Lilleborg. Wracam, a tam już na ręki wyciągnięcie Golasek znajomy na postumencie. Widać bidulek serio śniegiem zaskoczony, bo nawet czapeczki nie ma na… główce. Trzęsie się i telepie, loczki na główce się mu nastroszyły. Asz szal bideuleńka, prawie już mu uwierzyłam, prawie już podeszłam, przytuliłam… nie, oj nie, nie skusisz mnie swym mikrym przyrodzeniem kiepski ty Adonisie!!! Dobrze wiem, że przy pierwszych ruchach by mi jezyk przywarł i jak tutaj ozorki robić w chrzanowym sosie… Kurde pamiętam ozorki z dzieciństwa, żesz jakie to było dobre. Obrzydliwe zarazem też, ale jakże cholernikowo przesmaczne. Cudne takie i chudziutkie. Jakby to jedzenie złotem jednak, zaraz miałam powiedzieć, że owo mówienie jednak złotem, bo organ mówiony smakowy taki…

Było o Golasie? Było. Widzicie… on kusiciel jest straszny. Niekoniecznie ino na dziewcie, serio. No i metalowy jest. Śniedziany lekko, ale nadal owa patyna spełnia warunki kuszące. Ech!!! Dziwna moja ta Wyspa?

Czy nie?

IMG_4787

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Padajpadajpadaj Papapapataju… została wyłączona

Pan Tealight i Zmęczony Pan Z Brodą…

„Pan Tealight dobrze wiedział, że dla Wiedźmy Wrony Pożartej świąteczność oznaczała tylko i wyłącznie czas przed 25tym grudnia. No wiecie, niektórzy tak mają i już, żyją z tym i dobrze im z tym… zaczynają wcześniej, dochodzą do sedna i albo osiągną co chcieli, albo i nie… Wiedźma Wrona dochodziła zawsze 24go. Po prostu. Cała reszta była dla niej zwykłą niejej celebracją, w której nie brała udziału. Którą zauważała jak niepracujących listonoszy, zamknięte sklepy i ludzi na spacertach, ale nie świętowała. Ot zwyczajnie nie czuła, nie smakowała, nie słyszała, nie pasowała… dlatego tak bardzo zaskoczył go widok wysokich, czarnych, mocno przybrudzonych butów z gałązkami jemioły przy zapięciu i wielkiej czapy wciśniętej w nie razem z rękawicami obszytymi raczej prawdziwym futerkiem. Ale nie, no serio nic z tej bazi, wielkie sanie zaparkowane w ogródku wcale nie naprowadziły go na pomysł tego, co mogło siedzieć na podłodze, na dywaniku w przedpokoju, opierając się o sztalugi… i żrąc dziwną papkę ze słoiczka o nader podejrzanych kształtach.

– Pan w sprawie? – rzucił na jego widok ów osobnik, lekko przygryzając sobie pompona u oklapłej, czerwonej czapeczki. – Jej nie ma. Poszła na śnieg…

A rzeczywiście, Pan Tealight potrząsnął szarą głową i przytrzymał Ojeblika – małą, uciętą główkę, która koniecznie chciała sprawdzić, czy facet z czapce ze słoikiem, jest tak prawdziwy jak ona. Powinien był o tym pomyśleć, że Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki w prawdziwie natchnionym pędzie poleci poszukać jakichś zasp i śniegowych góreczek, czegoś by się w tym wyczochrać, wytrzepać i oczołgać… czegoś nie żółtego, by to zjeść i zamarzniętego, by to wylizać. Zimnego tak bardzo, że aż parzącego wnętrzności, wkradającego się do płuc i raniącego. Potem poprzez dziwne tkanki wewnętrzne przedzierającego się dalej i dalej i dalej, by w końcu dotrzeć do tego, co nienazwane, tego, co niedotykalne i dziwnie nieruchawe.

Bo widzicie… śnieg w końcu spadł.

A to wydawało wszystkim jednorazowe pozwolenie na zwyczajną, rozchełstaną i pijaną, wolność. Noszącą mokre buty, dziurawe skarpetki i ukochane miękkie portki. Rozpuszczone włosy, rozciągniętę nazbyt koszulki i starą, cudownie miękką i wybaczającą w swej znoszoności, bieliznę.

Ale przynajmniej pamiętała, żeby dać Świętemu Wzmacniacza. Chyba? A co jeżeli on się zwyczajnie włamał do Spiżarni?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4558

Z cyklu przeczytane: „Transplantacja” – … dobro i zło. A może tylko i wyłącznie punkt siedzenia? Bo przecież jak to jest? Jeżeli jesteście w potrzebie gotowi jesteście bić, pić i krwawić. Gotowi po trupach dojść do celu, byle tylko uratować życie… ale gdy możecie pozwolić sobie na luksus posiadania zdania, bez nacisków i nacieków, wtedy możecie być inni?

Cóż, tę powieść, jak najbardziej sensacyjną, przesiąkniętą thrillerem medycznym, a raczej genetycznym, każdy odbierze podług tego… jak widzi przeszczepy. Jakie ma poglądy na testy na zwierzętach. Kim jest…

Powieść Scotta Siglera wciąga od początku. Od momentu, w którym uświadomicie sobie, że to przecież się dzieje. Gdy zrozumiecie, że dobro i zło tak naprawdę nie istnieją. Że wszystko zależy od tego kim jesteście, w jakim miejscu swojego życia, czy ktoś z waszych ukochanych właśnie cierpi… Jak już dotrze do was ta myśl, nagle wszystko nabiera wielowątkowego sensu. Z jednej strony będziecie obserwować tworzenie narządów, które mogą uratować innych, z drugiej zwykłą zabawę w boga tych zadufanych w sobie. Bogatych, albo zwyczajnie nie do końca… ludzkich.

Nasi bohaterowie nie chwytają za serce. Nie możecie ich ot tak polubić. Raczej oglądacie ich niczym przerażający, ale i fascynujący spektakl! Kurcze, jakie to ludzkie, czyż nie? Jeżeli tego pragniecie oto Grenada. Przyszłość transplantologii… albo po prostu armageddon. Jak daleko można się posunąć? Jakich imion można wzywać? Czy człowiek rozumie naturę?

Czy zna ludzi?

Powieść wciąga. Mami. Wydaje się nam, że wiemy o czym będzie, ale ciągłe zmiany wątków, ciągłe skakanie pomiędzy bohaterami… widzicie, tutaj nie wiadomo kto jest głównym bohaterem. Lekarz? Naukowiec? A może ten, który domaga się sprawiedliwości? Wariat, który uwielbia rozwiązywać wszystko za pomocą przemocy? A może samotna, zraniona kobieta? Nie wiecie. Tak naprawdę do końca nie możecie być pewnymi co się wydarzy, jak to wszystko się skończy, bo chociaż na okładce zdradzili sporą część fabuły… ZGROZO!!! to jednak tak wiele jeszcze przed wami.

Polecam! By przemyśleć moce zaklęte w człowieczeństwie…

IMG_5481 (2)

Właściwie nie spadło go wiele. Na moim trawniku od razu skrył się we wciąż długich i zielonych źdźbłach, a gdy wyszło słońce zaczął zmieniać się w szalone kryształki. Bawiące się światłem, załamujące rzeczywistości.

Niewiele. Ale jest…

Śnieg.

Wystarczyło jednak pojechać kawałek w las, zajrzeć w ciche, chociaż poznaczone kolorami parkujacych aut, trzewia Almindingen, by znaleźć go więcej. By się skąpać, zmoczyć, szalenie oczyścić i leciutko zmrozić płucka. Bo w końcu o to w tym wszystkim chodzi, o katharsis. O tak wielkie roześmianie, że aż się coś w człowieku rozszczepia, że coś się w końcu luzuje… Nagle serio nic nie jest niemożliwe. Nawet bachanie się w zaspach, w których wciąż więcej liści. Przemykanie nad nietkniętymi połaciami śnieżowości, niczym cholerny wróżek, tudzież ptaszek niezbyt powietrzne wiry wzbudzający. Jakbyś się unosił… i dopiero gdy staniesz w cieniu, gdy słońce przestanie cię obmywać ciepełkiem rozumiesz, że przecież wszystkie ciuchy przemoczyłeś.

A… bo widzicie jest lekki mrozek i słonko. Na niebie panoszy się owa szaleńcza błękitność. Niewytłumaczalna, chociaż logiczna. Oszałamia… w tych lekko różowawych nieskończonościach zdaje sie być taka filuterna, w kryształowej czystości wprost szokująca. Zakakująca w owych brzoskwiniowych cielistościach, gdzieś tam przebłyskujących nawet brązowo i złoto, pomiędzy dolnymi partiami drzew. Nie ma to jak śnieżne, świeże niebo!!! Jak owa mroźna, przesłodka, ale nie ciężka doskonałość. Jakby w końcu wszystko było zwyczajnie na swoim miejscu.

Nareszcie…

Przechodzę pomiędzy drzewami i słucham jak do moich zwyczajowych odgłosów dołącza się znajome chrupanie. Oto i jest on. Śnieg w swej doskonałości. Może i robi mi na traktorach dziwne obcasy, ale da się przeżyć. Może i każdy czasem zwyczajnie musi być troszkę wyższy, by posmakować innego? Nowego? Może i nagle prawa strona robi się wyższa i cięższa, może i czołganie się nie było najlepszym pomysłem, a oblodzone mostki wprost zachęcają do kąpieli… już byś chciał się ześlizgnąć, już jakoś dotykasz lekko zmrożonej tafli, mamią cię dziwne wizje upałów i wszelakie potliwości, ale jednak nagle się budzisz… Otrząsasz się i wybierasz inną drogę.

… ale jest tak cudownie!!!

IMG_3322 (3)

A w tym wszystkim są kryształki i spadający z konarów pył.

Przechodzisz między nimi niby w procesji… tylko teraz, w końcu to ty jesteś świętym i ciałem i duchem. To ciebie obsypują płatkami wrażliwej chłodliwości. Żarliwie szepcząc modlitwy, rzucając prośby. Byłbyś odleciał, gdyby nie ruda wiewiórka, która dobrze wie jak to z tobą być może, więc gotowe ma orzeszki z szyszeczek, by ci je wrzucić za szalik. By cię nimi pstryknąć i z dziwnego omotania wydobyć. Nie dajesz się na początku, opierasz się, wmawiasz sobie, że to był tylko sopel, płatek cięższego śniegu… przecież w końcu cię dostrzegli, kochają, a może tylko się boją? Nie wiesz, ale dobrze ci, więc… No przecież dlaczego masz to zmienić. Dla kogo?

Dla siebie?

Poranne Kryształki Zaprzeszłej Śnieżności lekko stukają, lekko szumią, dziwnie posapują i sprawiają, że wszystko się zatrzymuje. Wciskasz między nie nos i starasz się nie oddychać, nie zniszczyć owej dziwnie intelektualnej piękności. Słuchasz co mają do powiedzenia, jednocześnie, może i zbyt natarczywie, wpatrując w te bąbelki, które były śnieżynkami. W owe przekształcenia. W te dziwne muzyczności i siłę, która sprawia, że tak trudno je oderwać od gałęzi. Od przyszłych liści i kwiatów, od owocków i śpiących, lekko pochrapujących pąków.

Tych samych, co już myślały, że to wiosna…

W załamaniach skalistych Wyspy, pomiędzy jedną kupą liści a drugą, przykryte cudownie wybrzuszoną, śnieżną, bieluśką kołderką… drzemią Wszelkie Trolle. Żeby nie było, oczywiście że chrapią! No a jak ma się zwyczjany Troll dobrze zimowo wyspać bez chrapania? No sami pomyślcie!!! Chrapanie i pierdzenie jest wpisane w ideę spania!!! Trzeba trzymać standardy! Za to te co wciąż w pracy, znaczy wiecie Trolle Mostowe, to kurcze sorry, ale jak zwykle… ino tym razem lekko dygocąc pobierają myto. Niektóre z nich z powodu małej liściastości okolicy, w końcu są bardziej widoczne, więc tam sobie pozwoliły i na szlifierkę uszu i przystrzyżenie golizny. A nawet niektóre, wiecie reklama handlu dźwigarem czy dźwignią, czy czymś… to przystroiły się igliwia kępkami, liśćmi ostrokrzewu, oraz niezeżartymi jeszcze jagódkami, mniej lub jeszcze mniej, wiecie no jadalnymi. Bo w końcu wciąż są święta…

Świętują wszyscy!!!

IMG_2561

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zmęczony Pan Z Brodą… została wyłączona

Pan Tealight i Trzy Ryje…

„Śmieszna sprawa z tymi azylami. Albo je dają, albo ich nie dają. Albo ich ktoś chce, pragnie, ma takie marzenie, lub tylko potrzebuje z powodów śmierci i życia, albo zwyczajnie uważa, że mu się należy, bo tak, bo przecież inni mają, bo religię roznosi, boskość się w nim tli, czy coś tam innego chorobliwego i zakaźnego nawet… i widzicie, choć świat stanął na głowie,a i kląska sobie zaschniętym podniebieniem, do którego przyczepił się mu kawałek świątecznego makowca, uwiera go skórka pomarańczowa… trzepocze rzęskami, a z uszków się mu zwieszają cudaczności, a i tak wszystkiego wszystko nie kumka. Bynajmniej współczesność zasupłała się tak w owej poprawności politycznej, że już kurna sobą być nie można, chociaż można być wszystkim czego się podobno pragnie – ale jak już wyznajesz Latającego Potwora Spaghetti, to myślą, że z tobą coś nie tak, no i w ogóle masz dzieci, nie masz dzieci, cała ta poprawność zdaje się odpowiadać ino jednej grupie społecznej, tej azylowej…

Bynajmniej od kiedy na Wyspie pojawiły się owe Aniołce Powłóczyste coś się zepsuło. Coś nagle stało się zatęchłą skarpetą z grzybem, pleśniawek kolonią, starymi wilgotnymi ziemniakami i kapustką z przeterminowanym głąbem… no i nadszedł Czas Roszczeń i Nienaszych Marzeń. Inni zaczęli być ważni i chyba właśnie wtedy, aczkolwiek przeczuwała to coś od jakiegoś czasu, Wyspa się cholernie wkurwiła i postanowiła zazylować u siebie Trzy Ryje!!!

Na pohybel!!!

Dlatego zezwoliła na wielce tymczasowe, aczkolwiek całkiem się jej podobające, przebywanie na niej Ryjowi Sarkastycznemu, Ryjowi Prostacko Niwinnie Rubasznemu i Ryjowcowi Bezdzióbkowemu. Bo w końcu gdzież mogliby oni znaleźć miejsce tylko dla siebie, jak nie tutaj. Na owej dziwnej skale, wilgotnej miejscowej ziemistości, gdzie serio można byc sobą. Czasem. A już po sezonie, to kurna jak się komu podoba!

W końcu nas po kolędzie nie kontrolują!

GLORIA!!!

I dlatego zaleca się Turyściźnie dziwnie nieświadomej cudów wyobraźni, oraz nadzwyczajnego nieułatwiania sobie życia, by zważała na skały. Na te po których łazi, na które się wspina, na których rozkłada paczki z posiłkiem, tudzież te, gdzie kładzie swoje gołe cielesności… Bo kamienne trolle to jedno, a Ryje, znaczy się jako wiecie nie figura fonetyczna, ale raczej zwyczajna Gębusryjus Otworós Maximus Sapiens… forma gatunku ludzkotwórczego, to coś bardziej gryzącego. Na pierwszy rzut oka ot dziwna skała, a przy bliższym poznaniu… cóż jest i nos i oczy i wielkie zębiska!

A nawet… i języki!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4792

Nadal wieje.

W owej całkowitej wsypowej świąteczności, mimo braku śniegu jest… świątecznie. Jakoś tak coś opadło na Wyspę, coś się wbija pod skórę, coś łaskocze nas w stópki w grubych skarpetkach. Mimo braku radosnych kląskań w sklepach, a i nie mamy wielkich banerów, reklamy nas nie opadają i inne takie… nikt nie zmusza do wydawania kasy, nikt nie nuci poza codziennością tych, co zawsze zwyczajnie gwizdają… Widzicie u nas nie ma tej gonitwy. Jakoś tak. I panie w kasach uśmiechnięte. Nie no, czasem się zdarzy kolejka czy coś, ale jakoś nikt nie wali po głowie papierem błękitnym w różowe i białe reniferki, nikt nie wsadza wam pod pupkę świecznika z tymi czadowymi szpikulcami, co je serio trudno z półdupka wydobyć… Nikt nie terroryzuje świątecznością i wiecie co, chyba mi tego bardzo brakuje. Mogę sobie pooglądać choinki, się z nimi pościskać i uwalać się żywicą, no i jeszcze oczywiście są ciasteczka i cukierki, czekoladowe Mikołaje, co serio najlepiej smakują od głowy… ale sama sobie rzucać Last Christmas w uszy. Bo czemu nie? Kevin też mnie jeszcze nie znudził. Może to wszystko dlatego, że pamiętam ten czas, gdy niczego nie było? A może ino dlatego, że wciąż mnie nie stać… i nie mam maku!!! No żesz kurcze nie ma na Wyspie kiszonych ogórków, kapuchy i maku!!!

U nas są korony.

Fajnie tak pooglądać świat poprzez klejnociki i załamania sreberek. Fajnie uwierzyć, że dla kogoś jest się królem, co nie? Fajnie!!! Ale jednak niesmakowe są owe korony i tiary w pogryzaniu. Nikt nie obwiązuje tutaj domów w wielkie kokardki, a i światełka muszą być stonowane, bo widzicie u nas w modzie są ino białe, albo takie lekko obsikane… no tak aura. Dodatkowo wsio się musi mocno trzymać ciężkich przedmiotów jak kamole i domostwa, bo przecież u nas wciąż WIEJE!!! Nie da się ustawić zabawnych reniferków, co to ciągną sanie Świętego Julemanda, nie może być bałwanków z posypki i pozłotki, ani sztucznych gałązeczek, czy coś w ten deseń… bo mogą naprawdę pofrunąć. Zwyczajnie polecieć… do Szwecji. Albo gdzieś indziej. Może i do Chin. No wiecie, w zależności od tego jak wieje, co nie?

IMG_4800

Przechodzę po pustych sklepowych alejkach, ciasnych i wąskich, pomiędzy sztucznymi brzoskwiniami, metalowymi rogaczami i tymi bardziej wypchanymi, wszelakimi Gwiazdami Betlejemskimi, które rozkładają te swoje czerwoności, jakby naprawdę chciały coś zwiastować wszystkim ludziom wszelkiej woli. Bo widzicie, nie można już dyskryminować z powodu złej czy dobrej…

Tutaj malutkie cebulki, lekko oszukane, że to niby już wczesna wiosna, czy coś, starają się zapachnić wszystko na hiacyntowo. Jest różowo i biało, zielono i niebiesko, fioletowo a nawet złoto… srebrno jest też. Bo w końcu ile kolorów tyle i ich zwolenników, albo i nawet troszkę więcej. Tutaj gwiazdki, tam mikołaje, bałwanki, łosie i niewielkie dzwoneczki. A ja najwspanialszy prezent miałam złożony z kiszonych ogórków i kisiela. Bo czemu nie? W końcu nie wszyscy tęsknią do karpia. Serio… tak w ogóle to ktoś lubi karpia? Jedzie toto stęchlizną, dziwnie niesłone i tłuste niczym węgorz jakiś… Nigdy nie pałałam miłością. A po tym jak mnie kiedyś zaościł na sto godzin, to go nawet znienawidziłam. Niech sobie pływa, ale nie w mych trzewiach.

Mieszkanie na zadupiu, zwanym ładniej Mniejszym Krańcem Świata sprawia, że nagle wszystko nie ma znaczenia. Sucha pupa ma znaczenie, dach, ściany, herbata i książka i ktoś jeszcze pod kocem. Obiad zrobiony na tydzień świąteczny… i tyle. Niewiele, a może aż tak wiele? Prezenty rozpakowane wtedy, gdy się chciało, chcenie niechcenia włączone na maksa. Dziwne opowieści w komputerze, robota nadgoniona. A na strychu Chatki Wiedźmy siedzi sobie opasły Świąteczny Nastrój i wpieprza Cynamonowe Sutki – wiedzie takie maleńkie ciasteczka wielce dosmaczone. Takie tam połączenie piernika i innych goździkowych aromatów… Bo on jak najbardziej wie jak świętować. Prześpi się, odpocznie, odpsapnie. W końcu gdy już wszyscy mają i choinkę i barszczyk i makowca, to on już nie jest potrzebny.

No trudno nie czuć owej rewolucji w brzuszku!!!

Kupuję czekoladę i przeceniony papier, bo przecież zawsze fajnie wysłać coś komuś po sezonie w zabawnych obwijkach. Przede mną facet kupił cały wózek bombeczek. Ot widać przyjechał na chwilę, dopiero dorwie drzewko, na ostatnią chwilę je ubierze i się uśmiechnie. A czemu nie… tylko o to chodzi, o uśmiech. Nawet do faceta, który wpadł na mnie, gdy szukałam orzechów.

Zauważyliście, że taką mamy wolność… radia słuchać nie trzeba, telewizji nie oglądać, możesz mieć słuchawki w uszach, swoją muzykę, swoje opowieści… a i tak większość ludności jęczy. Znaczy jęczy poza Wyspą, bo tutaj nadal się ludzie uśmiechają i dają się przekupić pluszakowi, któego ktoś posadził za kasą. Ech, zeszły wielkie, miodowe misiaki jak kurcze bułeczki ciepłe.

Takie to uśmiechowe.

IMG_4577

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Trzy Ryje… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Wielce Nieświęty…

„Wierzyła…

Tak naprawdę wierzyła mocno tak, strasznie i burzliwie, jak chyba nikt. Jak żadne dziecię ni ta dziwnie niewinna dusza, która jednak jest w stanie przywalić ci zabawką i wybić oko albo zęba, na którym serio co zależało… ale nic to, co nie? Bo przecież dzieciom to kurna wszystko wolno!!! Smarkacze śmierdzące. Ale ona… nie śmierdziała, w końcu poranne ablucje zostały dopełnione, a i te wieczorne też, więc była znośna w aromatyzacji Chatki swej. Ale… chciała się wyspać. No po ludzku całkowicie, bo i wiadomo poranki zimowe ciemne jak nie wiadomo co, nocą się czyta, pozwala się pożerać, znaczy siebie samą przeżuwać, przez kartki po kawałeczku, do końca. A potem zwrotka i jedziemy dalej… ot wiekuisty recyckling.

Chodziło o to, że chciała godzinkę jeszcze w okolicach siódmej rano 21go przekimać. No jeszcze godzinkę, może i półtora jak się uda… tak po prostu. Zwyczajnie i po ludzku. Tak jak się jej jeszcze nigdy nie udało. Ale, by widać tradycji jakowejś stało się zadość, nie zasnęła. Dopiero co zaczęła się rozgrzewać pod kołdrą, oczy jej zapiaszczone lekko się już zaczęły opierać widzeniu… powieki zaciążyły brew obfitością łysawą… i rozległo się gromkie i donośne JEEEEEBUD!!!

I sen uznany został za kolejne marzenie niemożliwe do spełnienia.

Wspięła się tam, skąd ów odgłos dochodził. Po raz pierwszy tak naprawdę. Na Strychu Strasznym Nissenowej Okupacji nadepnęła na niewielką choineczkę. Stopą w niebieskiej, a raczej bejbiblu skarpetce, wtargnęła w życie skrzatów, któremu tak naprawdę pozwalała trwać ponad swoim życiem… Ale one już nie spały. Stały i spoglądały na wielką dziurę w dachu, na szczęście szczelnie wypełnioną starszym, otyłym mężczyzną z siwą brodą, włoskami dłuższymi, czerwonym ubrankiem, które jednak jak zmrużyła bliskowzroczne ślepia, mieniło się najpierw na zielono, potem na biało… na głowie miał wciąż czapeczkę z pomponem, ale dziwnie przekrzywioną. Twarz znaczyły rdzawe plamki dachówek, trochę niedogolenia, pajączki naczynek świadczące o zapoznaniu się z ofertą sklepów alkoholowych… tudzież raczeniem się nadmierną ilością czekoladek z procentowym nadzieniem…

– Żesz kurde pogaństwa się zachciewa i prezentów, co nie? – Wystękał spoglądając z wilgotnym wyrzutem na Wiedźmę Wronę Pogankę Pożartą Przez Książki – I dwa razy zapierdalać muszę!!! DWA RAAAZYYYY!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_3853 (3)

Z cyklu przeczytane: „Granica lodu” – … dziwna. Niesamowita i wzbudzająca wielki głód… głód wiedzy! Nagłe pragnienie zapoznania się z dokonaniami tych, którzy poszukują prawdy. Poszukują odpowiedzi na więcej. Odnajdują dziwy i domagają się innych odpowiedzi, zawsze szukają więcej… Ale i o specyficznej ludzkiej chciwości. O dziwnym zapatrzeniu tylko w siebie…

Zawsze miałam słabość do Prestona i Childa. Nie wiem z czego to wynika, ale potrafią mnie ująć za każdym razem. Nawet jeżeli… meteoryty nie są moim konikiem, to wciąż jednak kręcą. Sposób, w jaki autorzy opowiadają o nich, jak niesamowicie kręcą fabułą, jak zwodzą, by potem zwyczajnie zwalić człowiekowi wszystko na głowę…

… czaruje całą historią!!!

Oto jest opowieść o miliarderze co miał wszystko, ale chciał więcej. W swoim muzeum nie większym niż jego ego pragnie umieścić coś niesamowitego. Coś nieodkrytego, coś czego nikt inny nie ma. Coś niemożliwego… i postanowił mieć meteoryt. Ale nie byle jaki. Ten wielki z największych. Magiczny i mistyczny. Zresztą taki, przez których oczywiście giną ludzie, bo dlaczego nie. Do pomocy ma całą gromadę ludzi, którzy wiedzą co robią, ale… to akurat robią po raz pierwszy. Tylko jak przetransportować wielki głaz z jednego krańca świata na drugi?

Czy bóstwa przeszłości pomogą, a może jednak się sprzeciwią?

Wspaniała sensacja. Miejscami powieść bardziej naukowa niż tylko rozrywka i chyba o to chodzi. Ta para autorów w końcu z tego słynie. Z niesamowitego dopracowania i faktów i… fantazji!!!  Z łączenia tego co niemożliwe z tym, co całkiem występujące. Z bohaterów, gdzie każdy ma coś do powiedzenia, każdy jest istotnym elementem całej układanki, każdy jest jakiś… każdy wnosi do historii swoje umiejętności, wiedzę, ale i je… demony przeszłosci i teraźniejszości. Wady i zalety.

Ta powieść jest może odrobinę wolniejsza, bardziej drobiazgowa niż inne tego tandemu. Może i niektórych miejscami znudzi swoją drobiazgową „naukowością”, ale jeśli dać jej szansę… możecie dostać nie tylko kryminał z drobinkami psychologii, nie tylko sensację z thrillerem w zakamarkach, ale coś więcej. Jakąś dziwnie pokręconą opowieść o człowieczeństwie. O jego wadach  zaletach. Opowieść o marzeniach i honorze… o cechach, z którymi nie można walczyć.

IMG_5476

Ech życie…

Kolejny rok i co? No Wyspa!!!

Tyle się w niej zmieniło i tyle pozostało niezmienionym. I co z tego? I nic! Widzicie… jedni lubią podsumowania, a inni mają je w swym odwłoku zdobionym dzwoneczkami, z posypką błyszczącą na połówkach jego, całym tym brokatem i na dodatek jeszcze obwiązanym tasiemką i ogólnie mówiąc wydajnym w swych obszernościach i fałdkach wszelkich… Bo tak!!! Bo przecież kimże ja jestem, coby się brać za podsumowania, jakbym nakazywała ery jakiejś się zakończenie, albo i gorzej, miała się za jakiegoś Dyktatora… mody czy czegoś tam. Ogólnie mówiąc, co do mody, to wiecie, nie dla każdego psa kiełbasa, a koty sikają mi pod oknem. I tyle!!! Bo ważne jest to, by czuć się dobrze, a swoją dietą nie pozbawiać zbyt wielu mózgów czy też wątróbek, tudzież innych miękciejszych mniej lub bardziej, podrobów.

Wyspa z lekką trwogą patrzy w przyszłość, a może jednak nadzieją? A może tak serio gdzieś ma tych depczących ją ludzi? W powietrzu, pomiędzy deszczu kroplami łojącymi choinki, kryje się jakś sprzeczność w niepewności fazie. Nie do końca wie, czy dobrze to, czy nie, że prom z Sassnitz będzie sporadyczniejszy? Nie do końca możliwa małość Turyścizny ją przejmuje…

… a może jednak już teraz Wyspa tęskni?

Bo widzicie państwo zabrało nam kasę, a to oznacza, że dla nas nie będzie nic, a dla innych, co się ich tutaj Aniołcami Powłóczystymi zwie ostatnio, bo się w takie dziwne szaty odziewają, kasa będzie… Widać państwo ma gdzieś swoich, ale innych w większym poważaniu? Pewno dlatego zabrali nam promy, dzieki temu i gościów nie będzie… Nie wiem, nie znam się na politykach, nie znam się na niczym właściwie… Tajemnica Poli i Szynela jest taka, że chcą Wyspę wyludnić, śmieciami zasypać, a potem odsprzedać jakimś burżujom… Skury Z Nich Rwańce!!! Asz niedoczekanie wasze! Asz nie widzicie jeszcze nowych klątw na was spadających, ale już was coś uporczywie w odbycie coś swędzi, coś dziwnie oko wam skacze, niepewność jakaś w użyciu codziennych życia polepszaczy was… przeraża.

Bo Wyspa sobie poradzi, a wy to i tak jak oswik na rzadkiej kupie!!! Toniecie!!! W gównie gównianym!!! I siuśkach po szparagach!!!

IMG_4566

Małemu to kurde zawsze łatwiej dokopać, co nie? A Wyspa duszą wielka, całą wymiarowością geograficzną mała przecież. Na dodatek dalej jej od Danii, bliżej jej przecież do Szwecji… bidulka taka zagubiona w falach i wiatrach. Tak walcząca o swoją własną zieloność i czar.

Może to i fanatyzm, ale w końcu o każdego ktoś powinien dbać tak do końca, tak szalenie, by myśleć o nim tylko i wyłącznie cały czas!!! Ja tak myślę o Wyspie!!! A co, w końcu ci wzrostem niewielcy winni się jednoczyć nie tylko po to, by pomóc sobie w przesunięciu książek na wysokich półkach, zawieszeniu ciężkich kotar, firanek i zasłonek, kartek i bombeczek malutkich na czubku, aniołka też i szpica i gwiazdy!!! I wiecie robieniu tych wszystkich rzeczy, które są… wysoko. Zresztą… zauważmy, że w tym cholernie ostatnio POPRAWNYM KURNA świecie, dyskryminacja jak cholera w czasach zarazy, znaczy się górą!!! A więc i mnie troszkę fanatyzmu się należy!!!

Pewno!!!

Zresztą serio, nosz nie ma czegoś bardziej wybaczalnie poprawnego niż moja Wyspa! Ma i doliny i wyżyny, skały i piaski, błota i rzeczki, jeziorka i plaże różniste. Ma miejsca, do których dotrzeć można i takie, do których zwyczajnie nie wleziesz. No chyba że chcesz się stać pokarmem dla robaczków… to dziękujemy!!! Nawet się nam ładnie i aromatycznie odbije, jeśli chwilkę poczekasz! Mamy tutaj i takie bajery, na które się trzeba wspinać i takie, do których sam musisz swój nos przyciągnąć…

Jakikolwiek będzie 2015, ech, niech po prostu będzie, a my się zajmiemy juz rozrywkami, co nie? W końcu kto inny się bawi tak, jak Tubylców brać? No kto? U nas wciąż jeszcze miotły i bębny w użyciu, kocioły i wszelakie, namasłowane dobrze pale… wiecie, no trzeba dbać o urozmaicenie oferty turystycznej!!!

IMG_0179

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Wielce Nieświęty… została wyłączona

Pan Tealight i Nosa Omamy…

„Najpierw nie chciał uwierzyć.

No może raczej nie mógł? Jakoś dziwnym się mu to wydawało, no i przyznajmy szczerze, także dość zbereźnym pokrętnie… ale potem dotarło do niego z lekkim iskrzeniem w mózgownicy, że to przecież o NIEJ mowa, więc nic nie jest dostatecznie dziwne… i zrozumiał. Tak zwyczajnie do tego doszedł. Jakby było to dla niego jakieś pokręcone zwiastowanie wizji lekko swędzącej. Wizji całkowicie wzmagającej istniejący, skrywany pieczołowicie świąd i upławy. Wizji nad wizjami, matki samej pramatki… wszelkich mocy mistycznych i umysłowych, wszelkich sił przewidujących.

Bynajmniej gdy mu donieśli o wszystkim, serio był lekko zaskoczony.

Może i nawet był bardzo zadziwiony, może i gonitwa myśli była w nim większa niż zwykle, ale… po pewnym czasie, empirycznie, zwyczajnie sam udał się pod okno, za którym Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki węszyła. Węszyła święta i serniki z makowca, pierogi i uszka, nawet znienawidzonego ościstego karpia, co niegdyś dusił ją jedną ze swych relikwi przez dwa dni i nockę. Czuła gdzieś w załamaniach ścian Chatki też żywiczność ciepłą i wilgotną, igiełek wszelkich zielonkawość no i te cudowne oleistości drzewka. Czuła… więcej niż widziała, ale to raczej nic dziwnego, z tym jej wzrokiem serio nikt nigdy nie doszedł do sedna sprawy. Była w tym wszystkim też dziwna błyskotliwość i szkliwość bombeczek, dziwnych zabawek zakurzenie, trochę wody z octem, czy raczej denaturat? Papierki po cukierkach, bo jak wiadomo żaden cukierek nie przeżyje Wigilii… Było też owo pozłotko, trochę cukru z cukru, pierniczki i pomarańcze, które nie były codziennością. Był kompot z szuszonek wszelakich i…

… kisiel lekko rozwodniony…

I było jeszcze sianko i opłatek i sałatka warzywna, korniszony i szynka z kurczakiem, których do północy tknąć nie było wolno. Były krokiety, kapusta, pierogi smażone nadziane kapustą i grzybami i pieczarki były z cebulką i maku cała micha… i sny po tym być miały nowe… Pierogi i uszka i łazanki, które sporadycznie bywały, no i boska, spowita mirrą, kadzidłem, złotem, a i ambrozją, nektarem też skropiona, kutia. Jej cała misa z owymi bursztynowymi klejnotkami. Cała i ciepła, potem chłodna i dziwnie przyciągająca. Jakby najbardziej boska słodycz zstąpiła z Olimpów wszystkich bóstw, ze szczytów gór i wszelkich świątynnych miejsc.

Spokój, cisza i oczekiwanie.

To wszystko też pachniało. Pachniało lekko strachem, większymi oczekiwaniami i oczekiwanymi niespełnienieniami, a jednak… było takie cudowne!!! Jak barszcz, w którego różowatej czerwieni można się było zakochać. Niczym w klejnocie o głębi najgłębszej, sile i mocy sprawnej dokonać cudów… ot tak. Jak ćwikła i chrzan, jak pasztet i wstążki. Jak taśma, która zawsze pozostawiała na skórze kleiste pocałunki i jak stół, pod którym kryły się tajemnice.

I tylko jej z tym wszystkim nie było. I chociaż Chochel przytargał z lasku wielką, żywiczną gałązkę, a potem zwyczajnie za blisko postawił jej świeczkę… to niczego z tych rzeczy nie było, a jednak je czuła.

I wystarczyło.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8886

Z cyklu przeczytane: „Paddington” – … taki miś. Miś niezwyczajny. Lekko poddany definicji pecha może. Albo i mocniej niż lekko? Lekko przeterminowany, a jednocześnie tak bardzo na czasie zawsze. Lekko… misiowy, ale i ludzki troszkę. Dziwnie przebojowy, a i jednocześnie spokojny, stonowany…

Po prostu Paddington!!!

Moje pierwsze spotkanie z misiem to czasy, gdy mało kto po tej stronie świata o nim wiedział. Dostałam takie karteczki, coś w rodzaju recenzji z niesamowitymi rysunkami i zakochałam się. Sporo wody we wszelakich ciekach upłynęło nim zdobyłam pierwsze książeczki… ale wiecie co, było warto czekać, bo w tych opowieściach jest ta wolność niesamowita. Nic nikogo nie uraża, kanapka z marmoladą jest podstawą, a spotkanie bez bułeczek po prostu… to nie uchodzi!!! Jest i lekka krytyka złych postępków, nauka o wybaczaniu, przemijaniu, znajdowaniu radości we wszystkim. O czekaniu i przygodach, które wymagają tak niewiele… Prostota i wyobraźnia!!!

Ten tomik to oczywiście efekt filmu, który już w kinach. W cudownej, przepięknie wydanej pozycji (spore litery i oczywiście ryciny) znajdziecie trzy główne opowieści: „Miś zwany Paddington”, „Paddington daje radę”, i „Jeszcze o Paddingtonie”. Cudowne do czytania pod choinką niezależnie od wieku. Wprost strzał w dziesiątkę, jeśli chodzi o prezenty!

Nie opierajcie się!

Książki tak łatwo w końcu zapakować!!!

IMG_5479

Wszystkich podobno przytłacza ta pogoda, a ja… a ja tak strasznie kocham o szyby deszcz dzwoniący, rechoczący na dachu, dziwnie się wkradający w domową ciszę. Tą samą, która pachnie sernikiem i świeczkami, jakże dziwnie zwodzącymi nosy na pokuszenie… już byś chciał ugryźć ową pierniczkową słodycz, ale to wciąż wosk!!!

Może i nie mam szaleństwa zakupowego, może i nawet nie byłam w sklepie… może i nie mam gigantycznej choinki, ale mam świąteczność. Tą samą, która niestety wciąż jeszcze siedzi w pracy, wciąż jeszcze dusi w sobie jakieś tam obowiązki. Taką, która spogląda dziwnie chciwym wzrokiem na zapakowane prezenty, ale nie czeka na zastawiony stół i godziny przy nim. Wcale nie kręci jej opłatek i wszelkie takie kruchości. Nie będzie miała sianka pod obrusem, bo nie ma obrusa… jej stołu nawet nie mam, a na podłodze jakoś dziwnie rozkładać oborę. Czy to znaczy, że nie mam tradycyjności, czy raczej zwyczajnie jeść mi się nie chce? A może mam sekret? Taki sekret, który jest dziwaczny dla wielu, może i szokujący…

Bo widzicie, ja się boję i stołów i krzeseł. Właściwie na tych ostatnich to nawet siedzieć nie umiem. Zawsze mi nogi wiszą nad podłogą, niedobrze mi, strach dziwny i panika mnie opada!!! Może i na pewno kierują mną jakieś wspomnienia z dzieciństwa, jakaś niechciana mleczna zupa, znienawidzone dziwne kluski, czy coś w ten deseń. Może i puściłam na biel obrusa jakiegoś pawia, może i kiedyś wylałam barszczyk polując na uszka… może i wrzuciłam w niego nazbyt wiele pierożków z kapustką i grzybkami. Jej!!! Jaką ja mam ochotę na pierogi z kapustą i grzybami!!! Nie macie pojęcia jak trudno się żyje baz kiszonek-kwaszonek!!!

No nie!!!

Mniejsza…

Nawet bez stołu jednak, bez nadmiaru owłosienia anielskiego, które serio, no sami pomyślcie… przecież nikt nie powiedział GDZIE oni te ANIOŁY GOLĄ… bez cudów i szaleństw jest świątecznie!!!? Bo w końcu można zwolnić, pogapić się trochę w niebo, potem na drzewa, na rozkosznie przesadzające z ziarenkami ptaszki. Zwyczajnie dzwonek i stacja Święta!!! W końcu tego uczucia, tego czegoś w środku, w Misiu i w Wiedźmie, nie da się kupić. Jak nie czujesz to nie czujesz i tyle!!!

Trudno to zmienić.

IMG_3879

I wierzę… tak, wierzę w Świętego (mniej lub bardziej) Mikołaja.

Bo czemu nie?

U nas na Wyspie mamy i trolle i krasnale i więcej; jest smok i specyficzny Olbrzym. Są wszelako mało rozpoznawalne gadziny i byty, o których jeszcze nic nie wiem, ale wiem, że mnie obserwują! Tutaj nie chodzi o wiarę, bo przecież jak wierzyć w coś, co jest namacalne? Tosz to przecież bez sensu jest!!! Nie trzeba, zwyczajnie nie ma potrzeby na religijne uniesienia, gdy mały nissen ponownie obgryza mi palce u stóp. Myląc je jak zwykle z, dziwnymi w kolorze, emenemsami. No i karmienie trolli. Widzicie, trzeba je dokarmiać od czasu do czasu, no i myto płacić owym podmostowym. A jak mówimy o karmieniu to znowu paluszki… znowu trzeba nad nimi czuwać. W końcu dajesz komuś palec, a on całą rękę, a przecież zębiska u trolli całkowicie niczym koła młyńskie, żarna i takie tam wielkie i twarde.

Może dlatego tak łatwiej wierzyć i nie wierzyć zarazem? Może w rzeczywistości… wszystko jest dla nas możliwe, więc nie potrzeba wiary… poza tą jedną, wiarą, religią, utożsaminiem swoich zmysłów z Nią… Wyspą? Nie tyle czczenia czegoś tudzież kogoś, nie tyle ofiar składanie, umartwianie i ciągłe się biczowanie… nie tyle robienie tego, co coś.ktoś nakazuje, ale czucie siebie. Po prostu podążanie za tym co logicznie najbardziej szalone i już!!! Bo czemu nie?

Czemu nie?

Przecież istota bóstwa musi siedzieć gdzieś w nas. Musi tam siedzieć i przez cały czas drapać w ścianki cielesnego naczynia. Musi…

IMG_3854 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nosa Omamy… została wyłączona

Pan Tealight i Zagon Zabobonów…

„Kwitł zimą.

Ot tak zwyczajnie. Przeciwko sprzecznościom i nadziejom na uśpienie, na przekór, ku pokorze, tudzież zwyczajnie chciał się wyróżniać, czy coś? Może i miał jakieś ukryte powody, może i coś go gnało, goniło, nie pozwalało na zmiany… Może i buntował się przeciw słońcu, wysokim temperaturom i takim tam zielonkawościom narzucanym, rozpłodowościom wymaganym… Może? Ale wiecie, nie ważne to takie, bo było w nim wszystko. Magiczne wszystko, niewyobrażalnie niemożliwe wszystko. I kolory i kształty, i nawet zbereźne owocki, chociaż te ugrzecznione, całkiem się na myśl nie nasuwające teraz, też podobno tam były, ale kurde kto by na nie uwagę zwracał? No nikt, co nie? Nikt kompletnie!!! Jakoś tak…

Grządki były proste. Lekko niepewnie trzymające się pochyłego pola, jakby w ugrzecznionej pozie witajacego się całą swą długością ku rzeczce, ale proste. Jakby wytyczone linijką pewną swej poslugi. Z drugiej strony miał drogę, a może tylko przedzielała ona pole na dwie części sobie nierówne? Może tak naprawdę była za ową mgłą jakaś dalsza część Zagonu? Nie wiem… za mgłę nie mógł przejść nikt, chociaż wielu twierdziło, iż czasem się podnosiła i coś stamtąd się wycuwało. Coś macało długą, brązowo-zielonkawą macką, by potem nagle zadrżeć i cofnąć się szybko. Jakby nic nie zaszło, jakby niczego nie było. Nic się nie stało.

Tu obok Białego Domostwa grządki pojawiały się już w listopadzie, kwitnąć zaczynały z końcem grudnia. Uwijały się na nich całe masy zabawnie odzianych myszek, które wydawały się być lekko większe niż te od Popiela. Ale najpierw rosły te grządki. Widzicie… po łączce było nic, potem wszystko nagle znikało, wszystko zielone, brązowawe, czerwonawe i kremowe… znikało by pokazać ziemię. Dziwnie miękką, lekko srebrzystą. To z niej wybijały się grządki, a pomiędzy nimi śliczne ścieżynki znaczone białymi kamyczkami. Sadzonki jednak nie wyskakiwały same, ale którejś nocy wszystko spowijała mgła… a potem były już tylko myszki w strojach małych, czystych nazbyt ogrodników, z czapeczkami na uszy naciągniętymi, fajkami w zębach, okularkami na rzemykach, cukierkami w szeleszczących torebeczkach. I czekanie. Nasionka, które mgła zwiastowała oczywiście wydawały na świat sadzoneczki, a te znowu rosły i kwitły i owocowały. A owoce, cóż… zabierały myszki jako wynagrodzenie z początkiem stycznia. Co z nich robiły… nie do końca wiadomo. Ale pozwalały Panu Tealightowi na dziwne spacery owymi ścieżynkami i zbieranie niektórych kwiatów, listków i płatków…

Suszył je wyłącznie w notatnikach, w których opisywał życie Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki… jakoś było to takie odpowiednie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0193

Z cyklu przeczytane: „Na wojnie nie ma niewinnych” – … anioły, diaboły i wiedźmy. Wilkołaki, wampiry i wszelakie bóstwa. No cokolwiek w mitach się pojawiło, objawiło, religiami się stało, tutaj jest. W owej heksalogii. Usz z tymi szóstkami to tyż jak z wiedźmami, no wiecie… Sześć i sześć i sześć, no i jest tam coś dla wiedźmy, co się da smacznei zjeść.

Nasza wiedźma, Dora Wilk, teraz ma na sumieniu wszystko i nic. Z jednej strony koniec, z drugiej początek. Bo widzicie, ten czas był dla niej czymś niesamowitym. Dowiedziała się o sobie cudów, wzbogaciła się i o stado i o dziwnych przyjaciół, niepozornie nieprzystających nieprzyjaciół i nieznajomych, ale i o synków o długich kłach. W końcu kocha i jest kochaną, ma rodzinę… może i dziwaczną, ale jednak akceptującą ją taką jaką jest. Ma pracę… ale…

Zawsze jest jakieś ALE, co nie? Tym razem Dora musi się rozdwoić. Nie tylko zrobić wszystko by odnaleźć wilka, partnera jej wilczycy, strasznie wkurzajacego gościa, ale i uzdrowić swoją duszę. Podjąć decyzję, która może wszystko to, co ma, co kocha, zniszczyć na zawsze!!!

Powieść nie wciąga jak poprzednie.

Nie ma w niej nazbyt wiele aniołów ni diabłów, ot same wilki. A jak psowate, to wiadomo… będzie włochato. Będzie też męsko! Groźnie. Ale i bardziej opisowo. Tym razem autorka rezygnuje bardziej z dialogów i wszelakiej akcji, na rzecz opisów i CSI. Rozumiem wiedzę, chylę czoło przed drobiazgowością i zaskakującym pedantyzmem widocznym w pisaniu, ale… to zdaje się odbierać fantazję. A bez fantazji w fantastyce biednie. Bez niedopowiedzeń jakoś tak smutno. Może dlatego, przez ów perfekcjonizm w tworzeniu całej serii, ten ostatni tom jest najsłabszy? Gdyby nie szeptunka, gdyby nie owe misterne babskie postacie… byłaby kicha! Gdyby nie owa zadziorność wilków, chyba bym nie dobrnęła do końca…

Końca? No właśnie? Czy to jest koniec? Bo nie wygląda!!!

IMG_5475 (3)

Hmmm… dziwna rzecz się dzieje. No wody nam ubywa!

Jakkolwiek spoglądając w niebiosa przepełnione tymczasową wilgocią, jeśli chodzi o morskość, to przy naszym brzegu lekka posucha. Już nie wiadomo, czy się Wyspa powiększa, czy jednakowoż głębi i czeluście morskie postanowiły zrezygnować z toni i otoczki błękitów i zieleni, i zwyczajnie zostać polem. Albo łączką, albo lekko miejscowo mulistym elementem wystroju nabrzeżnego? Łódeczki w porcie lekko dziwnie pochylone zdają się dnem swym morskiego dotykać. Jakaś pokrętna w tym wszystkim seksualność jest, a juści! Kto im zabroni? W końcu nazbyt wietrznie by pływać, na dodatek napady focze ryby rozrywają zamiast je jeść… zgroza w okolicy pełga, pełza i się rechocze, więc muskają się dno o dno. Dnem i denkiem. Lekkie pocieranie, malutkie kamyczki piasków, większe ku mocniejszym doznaniom, a potem z głazu i jest on… orgazm!!! No co! W końcu i łódeczki czasem muszą. Jak ich nikt nie wyciąga na brzeg, jak nie wywraca dnem do góry, niczym owe rozkosznice spragnione postrzegania ich innej, wyuzdanej strony, niczym owe wolne i frywolne damy i pannice… Prezentują lekko bezwstydnie te swoje podbicia, owe cudowne zmarszczki i nierówności, albo znowu oszałamiające równości, cudną polerkę kolejnych warst farby. Oj tak, te wielokrotnie barwione, zmienne takie, wprost urzekają paletą sezonów. Niektóre zawsze w ciepłych kolorach, inne znowu unikające czerwieni. Jedne niebieskie, zaskakujaco morskie, inne niczym piwonie jakieś, aż tętniące zwodniczą purpurą.

Jedne wciąż moczą się w wilgociach, wciąż muskają je fale. Nawet przy owym niskim poziomie tafli, które wzmacnia doznania, wciąż nie pokazują swoich spodów. A inne… te może i zbeszczeszczone, może i nadmiernie uwłaczające pływackim rozsądkom… Ech myśli dziwne człowieka nachodzą, a potem mijają go, bo i po co nam one? Jak łódkom dobrze i tak i tak, to podziwiajmy ich wolność wszelaką. Wsłuchajmy się w owe dziwne, zimowe pieśni rozkochania. W czymś innym, czymś nowym, zaskakująco zadziwiającym spoczynku odpoczynków…

Na poznaczonym leniwie przemęczonymi trawkami nabrzeżu leżą sobie łódki wszelkich kształtów i czasów. Leżą i nic nie robią. Nie płyną, nie przemierzają fal, nie rozcinają toni… leżą i w senności swojej własnej wciąż jeszcze się kołyszą. Bo przecież zapomnieć nie mogą, czyż nie?

Nie mogą…

IMG_4310 (2)

Bo Wyspa jest ziemią, a Morskość jest wodą… i dzięki owej dziwnej, cudownej i prostej normalności, lżej jest jakoś żyć. Wiedząc, iż tutaj jest mokrość, a tam znowu ziemia stojąca, giętka i pachnąca… lepiej żyć.

Człowiek potrzebuje by żyć rzeczy prostych i zwyczajnie normalnych. Zwyczajnych… takich, na których można się oprzeć, odetchnąć, odpocząć w nich. Takich, które nie są niezmienne, oj nie, nie o to chodzi. Przecież i woda i niebo i ziemia współżyjąc ze sobą grają nam czasem i na nerwach i na psychice. Zmienne są jak my sami. Wciąż szaleją, zadziwiają kolorami i tworami, ale wciąż… normalnie. Chociaż czy „normalnie” to wystarczająco normalne jest słowo?

Mniejsza tam!

Jakoś tak natura i grzebanie w ziemi, pływanie i brodzenie w liściach, szmery lasów i strumieni, zdają się robić w nas porządek, więc obniżenie się tafli morskiej nam nie straszne jest. Raczej zmusza do odnalezienia tego, co ukryte. Raczej szepcze nam o skarbach, tylko dla nas nagle się ujawniających. Raczej… po prostu są prezentem pięknie się właśnie prezentującym!!! Czekającym by go rozpakować. Takim, który zawsze się spodoba, zawsze zachwyci, ale który też niekoniecznie zabierzecie do domu. Nie powiększy on grona niechcianych aniołków z kokardkami na szyjce. Prezentem, który może się znudzić, by zrobić miejsce na coś nowego i nieznanego… bo czemu nie? Przecież wciąż się zmieniamy. Niczym te szalone chomiki biegniemy w tym swoim kółeczku, do którego wciąż przylepiają się nowe paproszki. No i rozrzucamy kupki? Ekhm, może i chomiczek to nie najlepsze porównanie, co nie?

Wody mniej w morzu, wody więcej na Wyspie. Tak dla wyrównania. Dla wszelakiej jingjangowości. Dla wzajemności zrozumienia. Odkrycia jak to jest być bardziej mokrym niż suchym, bardziej śniącym niż śpiącym… Bo w końcu nie zrozumie głodny sytego i suchy mokrego, co nie?

Nie zrozumie tłoczny pustego…

IMG_1008 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zagon Zabobonów… została wyłączona

Pan Tealight i Obole dla Wyspy…

„Turlały się po świecie.

To tutaj, to tam, reszka orzełek, poorana przeszłością gęba dziwnego faceta. Jedne wydane, inne tylko rozmienione, na drobne i drobniejsze. Jedne przeputane, przepite, inne znowu darowane. Rzucone śpiewającemu mężczyźnie, kobiecie grającej na skrzypcach… Maluchowi z gilem przymarzniętym do powieki. Staruszkowi, który wcale o to nie prosił razem z kanapką z ogórkiem i serkiem.

Jedne nadgryzione i zębem czasu i zębem wymiany. Jednego potraktował kłem zbójnik, innego chciwy kupiec, a ten miał być pamiątką… dla wnuka. Tamten okrojony tak mocno, że właściwie została z niego ino pestka. Tylko czy monety mają pestki? Może to nie tylko skórka, nie tylko miąsz, ale i coś więcej? Okrojone, zabrane, rozebrane, zniszczone… a jednak wciąż wartość. Kupisz za nie cukierki i chleb, bułkę ze słodkim nadzieniem, pączka z konfiturą i lukrowaną skórką. Albo książkę kupisz, obraz od malarza, który nigdy niczego nie sprzedał. Szmatkę, mydełko i świeczkę. Łyżeczkę z rzeźbionym trzonkiem i zabawnie wygiętą duszą…

Przecierane, pomieszane, polerowane, brzęczące. Przechowywane w portfelach, portmonetkach, woreczkach. Jedne poniewierające się po kieszeniach, zbędna muzyka, gdy biegniesz, inne znowu… zawsze przeliczone. Zawsze znane. Co do ostatniej monety… Kochane i niezauważane jednocześnie. Drobniaki mniejsze i większe, jakże potem zniechęcone przez papierki. Te były daleko, tamte znowu nic są nie warte. Te przybyły zza granicy dalekiej, a te były z naszyjnika Kleopatry.

Wszystkie takie ważne. Przez wielu tak ciułane, a potem wydane na głupotę, na zbytek, który obiecał wszystko, a dał więcej nicości… a potem ostatnie opłacenie. Jedni trzymają ową monetę zawsze przy sobie, w uchu jako kolczyk, na szyi lub przy pasie. Niektórzy nawet przy kostce, inni, bardziej niepewni w bucie.

Na potem.

Na zawsze.

Na koniec.

By opłacić drogę ostatnią, by udać się w podróż, o której nikt niczego nie wie, ale lepiej… wiecie coś mieć. Dlatego, gdy przybywali na Wyspę, by zostać na niej do końca i dalej, przywozili ze sobą obole. Na oczy, na usta, na uszy. By oddać coś Przewoźnikowi, by nie zostać w Nicości. A cały problem w tym, że ona wolała kwiaty… albo czekoladki. Cukrowe głowy, tudzież kryształki na sznurku… ino nie te obole!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4514 (2)

Jak ja mogę ją wciąż kochać? No Wyspę no… śniegu mi nie daje, za ciepło, na dodatek wciąż wieje i rozsadza mi myślami czaszkę.

Ale kocham Ją…

Czasem w koszmarach widzę własne życie bez Niej. Dziwne, bolesne, przerażające. Puste i stęsknione czegoś nieokreślonego. Nienazwanego. Czegoś, co umyka, co powinno być, a go nie ma. Czegoś, co mogłoby sprawić, że właściwość istnienia stałaby się określona. W tych snach przemykam w codziennościach, które czasem przenikają do mnie poprzez migające w kąciku oka reklamy, dziwne slogany, albo zdjęcia innych. Cały dzień w hipermarkecie, miasto, korki… zakupy. Czasem sobie myślę, że tak mogłoby być o wiele łatwiej, ale czy lepiej? A może tylko inaczej, ale nie po mojej myśli? Bo widzicie serio lepiej być takim jak inni. Wygodniej. Rozumieć żarty, łapać owe serialowe powiedzonka, psioczyć na okreśonych polityków. A nie czekać na znajomego rudzika, którego chyba nazwę Psioczysław Rumienisty, bo serio skacze ostatnio i ino psioczy na tej Czereśni Strażniczce. Psioczy na słońce i na wiatr, na dodatek robi to wyłącznie w momencie, gdy wstać trzeba dopiero za pół godzinki, więc wiecie nie warto się już kłaść, więc robicie za zombie. Totalne i smrodliwe…

Ha!

Żeby nie było.

Może i chodzę na zakupy na plażę i rabat mam na wszelkie kamyki, w znaczeniu – bierze ile udźwignie! Może i w lesie mam spa i ogólnie mówiąc maseczka sama a chmurek leci… ale żeby nie było! Mamy i my celebrytów. Jest taka wrona szara, zwie się Bazylia, no i Rubin jest, to znowu wron czarny… a i ten Pan Zając. Serio czasem człowiek myśli, że istnieje ino by oglądać ich życie. Asz ciekawi są. Widzicie Bazylia nie lata. Znaczy nie żeby nie mogła, czy nie umiała… ona zwyczajnie jak ma robić obchód dzielni, to chodzi. Na pazurach. Rozciapierza te łapy, łeb wysoko, aż człek czuje, że winien ten dywan czerowny przetrzepać i rozciągnąć go przed nią, a za nią zawijać i czołgać się i przed nią baranek, nad nią motylek, no sami wiecie! Rubin jest dość marudny i jak spojrzy na człowieka, to wiecie, gdzie nasze miejsce…

Pan Zając to dziwna sprawa. Pochodzi z dumnego rodu Przetrwalników Opowieści. Lata po ulicy, sprintuje, szaleje… a potem chowa się, czasem przysiądzie i popodgląda człowieka, ale nikt go na tym jeszcze nie złapał. Chyba coś roznosi. On i szanowna jego małżonka. Ale co, tego nie wie nikt. Wiadomo jednak, że bez tego nasze istnienie by… zwyczajnie nie istniało!!!

IMG_4074 (3)

Widzicie… tutaj właściwie nie jest inaczej. A raczej nie do końca?

Karmione mewy wydają czasem takie dźwięki, że Hitchcock by nagrał cały serial z ptakami! Po prostu nie chcąc marnować owej wymyślnej wirtuozerii. Albo goście w krzakach. Czarne Słoneczka zdają się mieć swoją własną rolę w wyspowym społeczeństwie. Wiem, że podobno występują wszędzie, ale zdaje się iż na Wyspie zmutowały… inaczej.

Widzicie… te ptaki zdają się nie tyle pochłaniać światło, co emanować ciemnością. Ale nie taką nocną, wielu przerażającą, ale raczej tą, która pozwala odnaleźć wytchnienie po słonecznej codzienności. Po miejscach pełnych wesolutkich uśmiechów i nie do końca prawdziwych słów. Po kłamstwach, które w końcu powinny zostać nazwane kłamstwami. Po… falszywych, kłamliwych epitetach, komplementach, które nawet obok komplementów nigdy nie leżały. Odpocząć po tym wszystkim, co jest tylko otoczką. Co niczego nie tworzy, niczego do życia nie wnosi. Te niewielkie czarne ptaszki pomagają nam odróżnić sztuczne światełka od ciepła prawdziwego ognia. Odświeżacz powietrza od kolejnego, cudownie niepokornego, wariacko niesubordynowanego zapachu zza okna… Co ja tam mówię zapachu, wiecie no ekologii!!!

Sorry, no u nas jak śmierdzi to śmierdzi i tyle. Ale przynajmniej prawdziwie śmierdzi! Życiem! I już! Uświadamiając, że wszystko jest potrzebne, wymienne, istotne. Że jedno bez drugiego żyć nie może, a różnice strasznie się kochają! I właśnie o tym przypominają Czarne Słoneczka. Co zaskakujące, małżonki panów są przepięknie brunato-brązowo-szarawe. I serio lepiej z nimi nie zadzierać. Wiecie jak potrafią naskoczyć na męża?!!! Usz prawdziwa walka płci!!! Pierze się sypie, kołuje dookoła walczących… by potem nagle osiąść na nich, gdy w końcu zgodnie wracają do gniazda w żywopłocie. Czasem sobie myślę, że to, iż owe żony są jakie są nie pozwala panom wespnąć się na cokolik z napisem Jestem Mesjaszem.

I chyba w życiu o to chodzi, co nie? Mieć swoje miejsce… patrzać w miejsce, wdychać miejsce, a czasem się ponaparzać… miejscem.

IMG_4074 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Obole dla Wyspy… została wyłączona

Pan Tealight i Sumienie Wiedźmy…

„Wiedźmie Sumienie porośnięte jest włoskami. Rosną sobie one na skorodowanej powierzchni jego, radośnie i sumiennie mytej i pielęgnowanej, tak wiecie rosną trochę nierówno. Nawet dziwnie niesubordynowanie, nioporządnie, bałaganiarsko. Jakby miały gdzieś plany zagospodarowania terenu. A i nadzór architektoniczny gdzieś też miały. Rosną owe włoski, w barwach dziwnie ciężkomiodowych, w kupkach rosną i pomiędzy tymi kupkami. Jakby serio ktoś najpeirw wyrysował im plan wzrostu, a potem zezwolił na samowolkę budowlaną…

Pomiędzy włoskami stoją domki.

Małe i większe, troszkę pałace niektóre z nich, inne znowu zamki. Są wieże mieszkalne i trochę ziemianek. Są spiżarnie i wygódki, no wiecie też są, bo potrzeba mieszkających prosta. Domki są z cegieł i kamyczków, z tekturek, patyczków, a nawet ze skórki spod paznokcia, taka wersja tipi, wiecie. Malowane są te domki różniście. Chateczki niektóre kryte nawet strzechą niby, czyli trawą, co ją Wiedźma Ptaszydło wciągnęła niechcący całkowiecie, w roztrzepaniu swym, w samo Sumienie. A te bielone to malowane są w kwiatuszki, roślinki, zwierzątka i dziwne podobizny takich, co to serio nie lubili się w lusterkach przeglądać. Ani w szybkach, ani nawet w tych tam powierzchniach odbijających. Chociażby takiej gnojówkowej rzeczce, tudzież stawiku… wiecie. Bo widzicie, domki są ekologiczne, żeby nie było i każda ma budę dla pieska, albo kotka, albo tego czegoś pomiędzy smokiem i wydrą, z dodatkiem owcy baraniej i zebry łaciatej, a potem od tyłu to raczej obserować można wpływ Dziadka Jeżozwierza, a z prawego boku Kobyły Zwanej Jednorożcem. A z twarzy to jak Ciotka Bryśka, serio!!! Bo prostu jeden do jednego i to w tym lepszym dla ciociuni czasie… Są tutaj zwierzaczki wszelakie, jedne domowe, a inne takie mniej, wiecie. Rozrywek co jak co, ale nie brakuje. Oj nie!!! Do tego dla każdego coś miłego…

Są sklepy, szkoły i całą seria kościołów. Właściwie to każdy z mieszkańców wierzy w coś innego, więc każdy dzień to święto dla kogoś. Zresztą, przecież i tak pracują dla przyjemności, co nie, więc niech se świętują!!! Do tego jest poczta, fryzjer, golibroda i Lekarz Od Chorób Niewskazanych. Jest dentysta, ale serio taki zapajęczony… nikt nie pamięta gdzie mieszka, więc bez urazy. Jest Salon Masażu „Kiziołek”, Całkiem Niepewna Stołówka Wspólna i Kochalnia. No i Dom Uciech, czyli salon gier taki. Bierki, bingo, poker… a z bardziej zakazanych to Bilard Naturalistyczny. No i lodziarnia jest, zwie się Wesoły Psikus. Mają tutaj szpital, zaraz za rogiem, między Krematorium Prezentów od Teściowej, a Ukochanym Psiakiem – salonem odnowy dla pupili. Dziś zniżka na męża i żonę. Każdy smok może przynieść swoich hodowlanych czempionów i już… piękni jak nowi!!!

Ogólnie mówiąc czad jest! Place zabaw, Ogródki Pierwjorndanowskie i parki. Są lasy Włosowe i Grządki Ziół Nawszytkopomocnych, a co do mieszkańców…

Też są!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5104 (3)

Z cyklu przeczytane: „Grim. Dziedzictwo światła” – … w końcu jest. Naczekali się ci rozgrzani tomem pierwszym, oj naczekali. Problemy z tłumaczeniem, przesuwanie premiery, no czasem klątwa jakaś dopada tomiska. A wszystko przez niego, kamiennego łba!!! Mężczyznę, ale i… zwykłego, codziennego, kamiennego gargulca z dachów nad Paryżem. Może i magicznego, może i skomplikowanego… może nie do końca definiowalnego, może zakochanego…

Ogromna powieść, ciężkie tomiszcze… nic więc dziwnego, że chcesz się rozczytać, zaczytać, wleźć w książkę i już tam zostać. Na tych ulicach, może znajomych, ale jakże dziwnie innych. Zasiedlonych przez tych, którzy niegdyś byli częścią człowieczeństwa, a dziś są tylko Zapomnieniem. Tam widzę przecież i ją i jego. Mię, pełną wiedzy i magii, pełną nadziei, ale i dziwnie wciąż niepewną tego, co wydarzyło się rok temu. I jego – gargulca, który w końcu zdaje się mieć swoje miejsce w tym świecie. No i jest jeszcze mrok, zagrożenie, które na ulicach Paryża pozostawia zwłoki bez krwi i oczu… martwych niewidzących, obmytych magią, z którą nikt nie może sobie poradzić. Czy to dopiero początek, czy może efekt tego, co wydarzyło się rok temu? Ciała, które nie leży w grobie, grobu, który jest pusty.

Chcę wejść w tę powieść i nie mogę. Wciskam się, skręcam… nic z tego. Staram się, ale po kolejnych wybrykach językowych, po prostu się poddaję. Ciężko mi. Z jednej strony wiem, że powieść jest ciekawa, może oczarować. Spójna fabuła powinna mnie porwać. Kolejne problemy trzymać w napięciu. Przecież ma swoją magię, intrygujących bohaterów z ciętymi językami… ale też jej czegoś brakuje i nie może być to wyłącznie wina tłumaczenia. Coś jest nie tak z opisami, aż w końcu łamię się i posiłkując się internetem w końcu widzę Luwr, ale przecież nie powinnam. Tak naprawdę to słowa miały mi zbudować to, co nieznane, niewidziane, ale nie podołały. Niesamowite dialogi nikną w dziwnych, przytłaczających opisach, a znowu one same niczego nie wnoszą. Nie czuję wiatru, gdy lecę, nie czuję krwi, gdy w niej brodzę…

Co się stało z Grimem?

IMG_1390

Jak zwykle po Wietrzności nadchodzi Cichość.

Cichość jest dziwna, niepewna, złorzecząca lekko. Może być gęsta i przytłaczająca. Niczym całe stado lekko miniaturowych słoni, uciskających ci nielekko płuca i przeponę. Zdaje się, że możesz wciąż oddychać, ale to tylko ułuda, bo do środka wdziera się wyłącznie ich trąbienie. Na dodatek żgają człowieka kłami… co to ja fortepian czy pianino? Ta ta ta da da da dam… Co mi po gamach? Tlenu!!! Ale Cichość nie słucha. Nadchodzi, nasuwa się na wszystkich, na tych wciąż śniących i tych co wstali na siku, tudzież kupkę. Albo i tych, co całkiem ich pokręciło i postanowili o szóstej rano, jeszcze w całkowitej ciemności, zwyczajnie sobie pobiegać. Dla zdrowotności, albo wiecie, dla tego tam nałogu i nerwicy biegactręctw. Nasuwa się, nakłada, zaciska i postanawia nie puścić. Nigdy już!!! No dobra, w końci i jej się znudzi, ale na razie nie puszcza, miesza tylko w owym dziwnym kisielu swojej świadomości i dorzuca żelatyny…

Inna Cichość jest lżejsza, ale i dziwnie materialna. Otacza nas, zamyka w jakiejś bańce. Mami bezpieczeństwem, wymazuje z naszej świadomości wiedzę o wolności i wszelako manipuluje odczuciami. W tej Cichości fajnie się pracuje… ale i to do czasu. Do owej chwili, gdy nagle jest zwyczajnie za cicho.

W obydwu owych stanach Powietrznia cisza dziwnie zaskakuje. Nagle budzisz się w nocy ze świadomością braku czegoś ważnego, istotnego… i nie wiesz o co chodzi. Sprawdzasz kurki, zawory, gasisz i zapalasz światło. Potem znowu je gasisz, zamki ponownie przekręcasz, wodę spuszczasz, znowu myjesz ręce. Sprawdzasz czy żyjesz i dziwisz się temu, czego nie widzisz w lustrze. Bo przecież powinno tam być jakieś wyjaśnienie w tym świecie za światami, w owym odbiciu odbić. Ktoś powinien wiedzieć o co nam samym chodzi… ale wszędzie tylko pustka, cisza, dziwaczna nieobecność.

Cichość wdziera się niezapowiedziana. Jest pełna i od razu ukształtowana. Pozwala gałęziom odpocząć, a ludziom uświadomić sobie co wiatr zabrał, a co tylko powywracał. Problem z tym, że ludzie nie odróżniają już tylko wyobracania ze zniknięciem i… sporadycznie zauważają Cichość. Może i poczują, że chyba czegoś im brak… ale gdy nagle przeleci nad nimi wielka mewa, a oni nie usłyszą szumu jej wielkich skrzydeł… rzadko zwrócą na to uwagę. Możliwe, że po prostu pogłośnią muzykę.

IMG_3911

Ten dziwny rodzaj ciszy to odbicie lustrzane wietrznej pogody. Nagle wszystko wywraca się na drugą stronę i jakoś tak zwyczajnie oddycha. Odpoczywa. Nie ma ptaków, które możliwe, iż nazbyt są wciąż niepewne tego, że wszystko się skończyło. Bo widzicie, one wiedziały, że Cichość nadchodzi. Można było to zaobserwować na ich stołówce. Pusty feedownik w okresie wiatrów zwiastuje właśnie ją.

Cichość Ekstremalną.

Jakoś tak ptaki mogą jeść i gdy wieje i gdy nie wieje. A może i wolą jak wieje? Może ma to wpływ na ptasie trawienie? No pewno, że dzioby mają twarde, ale sami pomyślcie, jak to trudno wykupkać potem te wszystkie ziarenka, nosz przecież to odbyt drzeć musi!!! I to boleśnie!!! Ale przed nastaniem Cichości… znikają. Nie ma mew latających bez biletu, ot załapujących się na odpowiednio wyeksponowane, powietrzne fale. Ni wron, które lekko się podśmiewając, jak zwykle starają się dotrzeć z jednego punktu do drugiego, po drodze zaliczając owych punktów jak najwięcej… Nie ma małych czarnuszków zdolnych wyżreć nawet z najgęstszego mchu, najtłuściejsze robaki, ani tych pomarańczowobrzusznych, ni wróblowatych, ni sikorowatych…

I odgłosów, które robią nie ma. Ni stukania o dach, nie bawienia się w „Osram cię, nim się obejrzysz”. Ni trelów, ni śpiewań. Ni kształtów ni cieni.

Ni mitów…

Cichość wyczerpuje.

Gdy już uzmysłowisz sobie, że to ona, nie da się zwyczajnie wrócić do łożka, do śnienia, do codzienności. Zwyczajnie trzeba ją zagłuszyć. Włączasz więc w sobie nadmierne myślenie, załączasz wiejskie przyśpiewki, nawet te wstydliwe, które nucili ludzie pod tmatą remizą, na tamtej zabawie… gdy pachniały grusze.

Grusze dziwnie pachną.

Cisza też pachnie. Niepewnością i strachem. Dziwacznością i specyficzną niemożliwością istnienia. Jakby świat robił sobie przerwę od wszystkiego. Jakby nagle każdy był wolny, mógł robić co chce, na przykład nic… ale jak zwykle trzyma się planów. Starych tradycji i norm. Bo czemu nie?

IMG_3819

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sumienie Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Toporek Napotworek…

„Czy to było przeznaczenie, czy przypadek, a może jednak kurcze tylko jakieś takie powiązanie zdarzeń, którego nikt nie zauważył, ni którego nikt nie chciał… nie uznawał za istotne o sobie później przypomnieć, zapowiedzieć się wcześniej, a może i ogłosić jakoś. Wcześniej, później… czas nagle dostał amoku, stwierdził, że głowa go boli, chory jest i ogólnie nie w sosie, a raczej w galacie i dziś nie robi…

Toporek Napotworek.

Może i rzuciły nim Diaboły? Kto to wie? Może rzeczywiście któraś z legend wspominała o wielkiej walce Diabołów i Utopców nad Wyspą? Jedne wypełzły z podziemi, inne znowu spod toni morskiej i strumyczkowej, a potem się zaczęło. Wyzwiska, straszenie, rękoczyny i magie. O co im poszło? Legendy nie pamiętają? Mają w sobie wyłącznie owe obrazy, urywki, do których tylko Pogięty Gawędziarz jest w stanie dopasować treść… ale jego nie widziano od tak dawna. Ale jednak coś się musiało wydarzyć, może i w wietrzną noc, taką, w której zmysły się mieszają zdolne w jednym momencie przejść od miłości i namiętności, ku zwykłemu, krwawemu mordowi i kanibalistycznym, surowym zboczeniom. A potem… żałować. Fakt faktem… Toporek Napotworek znalazł się na Wyspie. Zagłębiony, zapomniany, okrwawiony.

Czy była to krew winnego, czy niewinnego… cóż zależy to wyłącznie od punktu siedzenia i widzenia.

Rømersdal.

Mówią niektórzy, że to był niegdyś skarb. Twierdzą, że ktoś miał po niego nawet wrócić, że zwyczajnie tylko na chwilę zakopał to, co było dla niego najdroższe, by ukryć przed najeźdźcami o lepkich łapach i brodach wielkich… a niewyczesanych z okruszków. Może i ktoś uciekając postanowił, że kiedyś znów będzie żył… może i zginął? Może i zapomniał, albo olał sprawę staroci dochapawszy się ciekawszych rzeczy? A może tak naprawdę to jednak była walka. Podniebne szoł, z którego szczątki zebrano i pochowano. Na potem, gdy czas nadejdzie. By czekały. Chociaż kto tam czekać lubi. Może dlatego właśnie ten srebrny wisiorek wyłonił się z ziemi? By sprawdzić, czy jest kogo walić. Jak tam populacja potworów na powierzchni…

Jednak to, co zobaczył zaskoczyło go, bo nie było nikogo, kogo miałby oszczędzić. A na tyle roboty się nigdy nie pisał przecież.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9701 (2)

Z cyklu przeczytane: „Ciotka Sass” – … w końcu jest. Niewielka, cienka, ale znowu kolorowa, przejmująca, prawdziwa. W rzeczywistości to taki dziwny ułamek świąt, gdy to przychodzi nam spotkać się z rodziną. Może i w waszej jest Ciotka Sass, Ah Wong czy Johnny Delaney. Postacie tak specyficzny, tak dziwne, a jednak nie dziwaczne, tak uczące, a jednak pozbawione owej nauczycielskiej maniery…

Perełki!!!

Właściwie jak opisać owe trzy opowieści? Czy to naprawdę część życia, ukryta biografia P. L. Travers? A może tylko ułuda? Jej kolejny dar? Obrazy trzech osób, które może przyuważyła kątem oka, może naznaczyły jej dzieciństwo, może…

Widzicie… w pisarstwie P. L. Travers urzeka mnie niegrzeczność. Bohaterowie i bohaterki są zawsze jacyć tacy czupurni. Wzbudzający czołobitność, zdolni zmieszać boskość z magią. Bohaterowie, którzy uczą nas, oszałamiają kolorytem, ale i niosą ze sobą wiedzę tajemną… o człowieczeństwie z przeszłości. Innym rozbrajająco uczciwszym… nie pozbawionym wad, ale bardzie prawdziwym. I ten język!!! Jak ona pisze! Jak to przetłumaczone drobiazgowo. Aż się łza w oku kręci, że współczesność tak bardzo ostrym strumieniem olewa to, co tworzy czytelniczą magię.
Magię na zawsze!!!

Bo ta autorka tworzy opowieści, które pozostają z wami przez lata. Mary Poppins inna jest w dzieciństwie, inna w czasach dorosłości i całkiem odmienna, gdy głowa siwieje… ale to wciąż ona. Podobnie jest z bohaterami zamkniętymi w tym niewielkim tomie. Pozwólcie im wejść i w wasze życia!!!

IMG_5356

Wieje…

Raczej znaczy się nie tyle wieje, co jakby się wszystko trzęsie. Jakby masy powietrza miały wzdęcie i zwyczajnie upuszczały napięcie z wymyślonego, całkiem nierealnego wnętrza. Oj tak!!! Wielkie, gigantyczne kule roztrzaskują się o wszystko. Z byka walą w Wyspę, a ta co, no rechocze!!! Taka z niej flirciara. Chichra się, gdy ją łaskoczą lekkie, od morza wiatry i bryzy, podwiewają ją; podśmiechuje się, gdy tylko zmierzwią jej nową fryzurkę, zadrą kieckę i sprawdzą bielizny stan, ale jak tak walą na całego, mocno, brutalnie, to dziwnie odzyskuje ona całkiem inny rezon. Nagle, jakby po raz pierwszy wstydu wyzbyta, bez zakłamania, w pełni miłości do siebie samej, po prostu daje upust wszelkim i wszystkim napięciom i namiętnościom. Nawet tym, o których posiadanie, knucie i składowywanie w sobie, sama się nie podejrzewała. Jakby w końcu serio mogła popuścić i odciąć się od wszelkim norm mniej lub bardziej niemoralnych…

I siedzieć ze słoikiem nutelli, w którym grzebie paluchem.

Widzicie, Wyspa potrafi ze wszystkiego zrobić raj. Z małej kupy lepi pałac, albo wypasioną willę z jaccuzi i wszelakimi ustrojstwami. Z parkingiem, polem do polo, stadniną i niewielkim stawem z łódeczkami w kolorach róż. A najgorsze jest to, że potem na złość burżujom umieszcza w nim biedaka, co to serio nie wie co zrobić z tym wszystkim. Ale i tak tam mieszka, świadom tego, że owa niewiedza wcale mu nie ubliża, ni właściwie żadnego znaczenia w wymiarach kosmicznych nie ma…

Zwykle to Olbrzym z Christiansø wali owymi kulkami. Ot ma takie łapki wielkie, paluchy na nich długie, pajęcze. Zbiera on nimi wiatery, plecie, niczym z filcowych włosków, tworzy spore kulki. Nieciężkie, a jednak przytłaczające. Zdolne burzyć i tworzyć w jednej chwili. Rzuca nimi przez wale, poddaje się jakiemuś, jedynie jemu znanemu planowi i rzuca. To w prawo, to w lewo… tutaj wybija z góry, tu pośle coś dołem potem seria znad prawego ramienia, z lewej puszcza je niczym kaczki wykorzystując rozbawioną siłę grzywaczy. Podobno ma nawet takowe fajne kijaszki, by sobie kulki podkręcać, ale wiecie nikt nie zaobswerowała… znaczy na żywo.

Ot… zwykła wietrzność, zwykła mocna i sztormowa. Do końca, na zawsze, w pełni rozwinięta i bawiąca się mocą.

IMG_5095 (2)

Ziuuuu… i pozamykali porty i dookoła ino wieje i pada i samoloty wracają, bo jak tu wylądować na takiej małej Wyspie, jak kurcze tak wszystkim miota. W środku pasażerowie się… znaczy chorują żołądkowa.

Karuzela!!! Na Bałtyku, nie tylko niedziela!!! Świątek piątek, cały rok, kto tu wpadnie, temu rzygogrzmot!!!

Tak ogólnie mówiąc, to pogoda serio rozgrzeszająca z podjadania, podpijania, podgrzewania tyłka i ogólnie mówiąc wszystko dozwolone. Bo w końcu wieje, a i Wyspa ma świetną zabawę, więc Tubylcy winni siedzieć cicho i się radować z owej spokojności i wszelkiej nierobioności. Ale wiecie jak to z ludźmi jest. Nagle wszędzie muszą leźć, nagle wszędzie muszą biegać, śpieszą się, wszystko jest na miarę życia i śmierci, w dziwaczny sposób zapominają, że pośpiech wskazany ino w drodze do kibelka, gdy sraczka brzuch rozrywa! Niby Autochtoni zdają się świadomi Czasu Rozgrzeszania, Czasu Grzeszenia Dozwolonego… ale jednak i im czasem coś się przestawia pod kopułkami i dalej się Wyspie sprzeciwiać. A ona co… no wkurza się letuchno. Bo właśnie ją milusio tutaj grzmocą wiatery, a wy co, burzycie się…

Jak to można w tak intymnej chwili się wtrącać kobiecie w jej cudowne i rzadkie, istnienia przyjemne? No jak?

Walą powietrza kule, nagle monstrualnie namacalne i cielesne; walą w ściany, szyby, drzewa, okna i dachy, w trawy i kamienie, w strumienia skryte i te jawne bardziej… w tych co śpią i tych, co się przebudzili. Zaglądając przez okienka jak zwykle rozświetlone, ale i dziwnie odkryte, zapraszające, by wejrzeć… podpatrzyć czy choinki już są, adwentowe wieńce czy się świecą, czy łańcuchy gotowe? A może suszone jabłka się przypiekły? Pomarańcze za bardzo cukrem nasycone? Albo te wszelakie rogate stworki, co to dziwnie kręcą z czerwonoczapkowymi nissenami, jakoś tak markotnie wyglądają… jakieś takie chyba niedokarmione się zdają?

Widzicie, u nas wszystko jest inaczej…

IMG_5343 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Toporek Napotworek… została wyłączona