Pan Tealight i Amnezja Wiedźmy Wrony…

„Zbudziła się zwyczajnie.

Z opieszałością i lękiem, że kurcze pewno znowu zaspała do roboty! Ot jaka to ulga, gdy robota we własnym domu, bo z nieumytą facjatą, a i oddechem zdolnym śmiertelnie ukorzyć wielkich i małych, zwyczajnie można czas nadrobić. Leci do komputera, czeka na światełka, przez chwilę ma ndzieję, że a nóż widelec i łyżka Szwecja odcięła neta, ale nie… nic z tego. Czerwony dolny migacz raptownie odcina jej dopływ powietrza. Zmienia się na zielonkawą ostrość i wszystko działa.

Niestety.

I nie ma wymówki!!!

I znowu trzeba… Palce jakby odłączone od reszty ciała, zmęczonego, skapcaniałego i lekko woniejącego rozkładem śniących godzin, lataą po klawiaturze jak szalone. Zdaje się czasem, że odłączają się od dłoni, ale to tylko chyba ułuda, czyż nie? Wzbogacony flaszką wody umysł, wciąż jeszcze śni, więc cokolwiek płodzi zdaje się mieć i nie mieć miejsca. Ot trzeba nadgonić prześnione godziny… temu odpowiedzieć, temu pogratulować, tamtemu znowu po raz kolejny przypomnieć, że jest ino homo, bo na dwa sapiensy nie zasługuje… Taka praca no. W końcu nie można codziennie wydobywać z ziemi przeżartych szkieletów i w symbolach się kąpać. Trzeba też robić coś wyłącznie dla kasy. Nie ino iść w dzicz i myśleć, ale i działać bezmyślnie…

Właściwie byłby to dzień jak co dzień, ale… no właśnie. Po chwili, dłuższej może z powodu sennego zamroczenia, a i dziwnej powolności ciała w stosunku do umysłu… zauważyła, że za oknem prowadzącym na taras, szklanym i pokazującym, a nie odbijającym, na szczęście, bo by zobaczyła może przez przypadek zbyt wiele… ale zauważyła. Dziwnego, szarego, chudego mężczyznę, chyba mężczyznę, w pelerynie z kapturem, który u swojej bułowatej stopy w wielkim kapciu miał… BLEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!! turlającą się głowę, której poruszały się i oczy i włosy?

– Ale jak to? W ogóle? –

Ojeblik, mała ucięta główka, która w końcu jakoś dostała się do zamroczonej Chatki Wiedźmy, z lękiem spoglądała na Pana Tealighta. Stali obydwoje w pokoju głównym, nad wciąż śliniącą się na dywan Wiedźmą Wroną Pożartą i nie rozumieli, dlaczego tak na nich zareagowała. No może i nie była wybitnie przyjazna, ale przecież spotykali się prawie codziennie… i raczej nigdy nie krzyczała, bladła, krwawiła z uszu i mdlała na ich widok!!! Nigdy!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7930 (2)

Stopniał!!!

No jak on mógł.

Wziął i stopniał.

O tempora o mores, o dżem ze śliwkami i figowe rozkosze!!! Śnieg mi zabrali… usz! Widać wiosna, czy coś? Ale to jeszcze miesiąc mojej zimy! Oddawać zimę!!! Mrozić robale! Serio, one chcą być kryształkami na wieczne do mej Chatki nieprzychodzenie!!! Cóż… cokolwiek bym, chyba z tym sobie nie poradzę, widać po zimie, czy coś, ale nie tracę nadziei. Pani Wyspie złoży się w ofierze przypadkowego turystę i może jeszcze pozwoli na zimowanie? Bo widzicie… u nas jak się o coś prosi, to najczęściej się to dostaje. Nie no, bez obaw aż wszystkich życzeń nie spełniamy, ale zwykle co chciałeś, to się dzieje. Może i minie zbyt wiele czasu, ale się dzieje!!!

Zielona trawka uśmiecha się radośnie, dumna z siebie, iż ponownie ni nie zgniła, ni nie zszarzała, ni w ogóle serio nie zauważyła zimy. Że wciaż rośnie, zmuszając firmy dziwaczne do produkcji koszarek trawnikowych podśniegowych. Bo co… bo przecież jak jest luka, to zaprawdę wszystko wcisnąć współczesnemu odbiorcy można!!! Jeszcze się naklei jabłuszko, czy inne owoce jej na maskę i będzie…

Czasem mi się wydaje, że serio nikt mi nie wierzy, jak przypomnam, że do poczty to mam kilkadziesiąt kilometrów, a co do sklepów, to jest ino w tych dwóch to, co jest, a raczej nie ma tego, czego nie ma… To mój Mniejszy Kraniec Świata ze wszelkimi za i przeciw. Chociaż jak dla mnie to wszystko ma ZA!!! Bo przecież bez tak wielu rzeczy i spraw można się obyć, bez dupy bólów i problemów tych, co to je sobie sami przędą, by później tkać dla nas koszmary… a po co komu cudze, jak się ma swoje!!?

I tylko bez tego powietrza się nie da żyć.

Tej kurna riwiery, wody i drzew. No nie da się… więc olać brak serka homogenizowanego i kiszonych ogórków! No dobra, olać ino tymczasowo, iść po prośbie potem… i oddychać. Nawet tą wiosną, co to miała być zimą. Co to teraz, w tej chwili z dziwnym promienistym rzężeniem, wdziera się w płucka. Ostre, czyste, lustrzano-kryształowe powietrze nie tylko włazi w ciebie przy lekkiej temperaturze stopnia jednego, ale i przede wszystkim odbija twoje grzechy i przewinienia. A potem usprawiedliwienie wypisuje, kojąc nadmierne myślenie. I ten wiatr…

Usz tarmosi dziś niesamowicie!!!

IMG_7952

Wietrzysko dzisiejsze nosi miano: Sprzątaczki, co Olemu nie pozwoliła na trzy w łóżku praczki.

Hihihi…

Bo tak sprzątają te powiewy. Tutaj zamiotą pod gałązki liściowie zeszłoroczne. Tam znowu strząsną jakieś ostatnie wzrosty i zarosty. Bo widzicie… wiatery nie mają problemów ze sprzątaniem. Jakoś nikt ich nie oskarża o zamiatanie brudów pod dywan, bo nawet jak wciskają coś pod ściółkę i trawniczek, to przecież ślady tego zabiegu niedługo znikną. Bo przecież w tym przypadku na tym to polega. By ponownie wróciło w dół to, co było na górze i znowu górą się stało.

Spoglądam na te szalone, maleńkie białe dzwonki i zwyczajnie ponownie się dziwię. Ponownie nie wierzę, że znowu się udało. Że ponownie wszystko rośnie, odradza się, budzi i płodzi. Ot zwyczajność codzienności pór roku. A może tylko dla nich zwyczajność? Dla cebulek pod grubą warstwą ziemi wciąż chłodnej, dla korzonków i nasionek? Bo dla mnie… nigdy nie będzie to zwyczajność. Raczej cud za każdym razem. Raczej niemożliwe, które staje się po kilku dniach zwyczajnością. Odrodzenie, które w końcu przyjmuje barwy codzienności…

… tylko…

Taka moc w tej naturze!!! Ot lekko może i kanibalistyczna, ale i co w tym złego? Przecież tak jest od zarania dziejów. Jedni odchodzą, inni się nimi karmią. Jedni rosną, by stać się jedzeniem tych, którzy wciąż wzrastają. Prostota… której my ludzie chyba nigdy nie pojmiemy. W obliczu kolejnych mód na życie, na jedzenie, na bycie, oddychanie, sranie i pierdzenie… wyłączamy w sobie naturalność podpowiadającą jak żyć. Wrodzoną siłę miażdżymy słowami tych, co się podobno znają… I po kiego żółwia? Świat się kręcił bez nich, więc po co nam oni teraz?

Jeść by przetrwać.

Nie mieć jedzenie… oddychać i jeść, dach nad głową, czysta woda, myślenie, intuicja i wyobraźnia. Rozwój, ale nie szalony, nie ten, któy sprawia, że przestajemy być ludźmi, a stajemy się maszynami, czy raczej marionetkami w innych rękach. Cholernymi pacynkami, które mając awersję do anala, wciąż pozwalają sobie wsunąć w ciało całą dłoń. Ech!!! Pytasz dlaczego mieszkam na Mniejszym Krańcu Świata? Ot by samej wybrać co chcę widzieć i słyszeć. By być głuchą i ślepą, gdy mi pasuje. By żyć, a nie tylko… być dla innych kwestią finansowego bożego dopustu. Oj tak, nie mam telefonu, co na pewno będzie oznaczać, że wkrótce pozbawią mnie uprzywilejowanych bezeceństw jak dowód osobisty, czy coś… więc przestanę istnieć. A może tak naprawdę współczesność już zdecydowała, że jak nie śpisz z ajfonem, to nie istniejesz…

A może tylko ja istnieję, a wy to appsy?

IMG_7945 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Amnezja Wiedźmy Wrony… została wyłączona

Pan Tealight i Zwyczajności Wiedźmowej Nocy…

„Szarość powoli okrywała Wyspę.

Znaczy wiecie, jak to po dniu słonecznym. Najpierw alarm ptactwa, że słońce znowu kradną, potem napad na ziarenka wróbli i sikorki, a i solsorty nie pozostają po głodnej stronie barykady. Na nieboskłonie barw przybywa. Pomarańczy się i fioleci, a słonko się skłania, chyli i ogólnie mówiąc spać idzie, czyli wstawać gdzieś indziej. No serio bidok taki ni chwili spokoju… tu go klną ptaszencje, że znów kradzione, tam witają, od tych jazgotów można biegunki dostać!!!

… szarość, znaczy wiecie ta kolorowa kładzie się na lekko podtopionych śnieżnych plackach. Może i skruszałe, ale Wiedźma Wrona Pożarta dowodzi syfem, co się jej na uście zrobił, że smaczne. I szarość i kolory i mniej światła. Nagle nic już nie razi, a wszelkie kształty miłosiernie rozmywają się na rogach i kątach i zaokrągleniach, tak tam to w szczególności. Chmureczki szaleją, jakby bal miały. Te w złocie, tamte rubiny, te znowu żółcienie, chłodne niebieskości między nimi…

Wilgotna ziemia powoli zaczyna pulsować.

Szarość gęstnieje i mrocznieje.

Jakby w zamyśleniu troszkę, powoli i ospale, z jednej strony niezauważalnie, z drugiej jednak powoli uświadamiamy sobie, że nastaje noc. Jednak przy owym bliskim pełni księzycu wciąż ponad chmurami brzmi światłość. Może i odbita, bez urazy, ale wciąż jednak światłość. Przez to wszystko chmurki przybierają dziwaczne, fantastyczne kształty. Niektóre, możnaby przysiąc, a przynajmniej Wiedźma Pożarta była na takie wyznanie gotowa, gdy mrużąc ślepia starała się przekrzywić głowę tak, by ogarnąć owe wypustki… wszystkie i machające…

Ale nie to było najdziwniejsze, nie to było najgorsze, najbardziej wkurzające. Nie noc i cudowna możliwość śnienia, no kto by się na to wkurzał… sny są takie wyzwalające i wszystko w nich jest logiczne, nawet auta zmieniające się w góry piasku i wody dziwnie formujące miasta… Najgorsze było to, że Chowaniec Wiedźmy tworzył nową operę na cztery chrapnięcia, piętnaście sapnięć, gromadę gulgotów i niesłychaną, drżącą mocą i potencją, liczność wszelkich bulgotów i chrząknięć. I to niestety… tym razem operę, która od pierwszych prób i taktów, od pierwszych jego stęknięć i nosowo-gardłowych strof… spodobała się tym wszystkim, którzy są umarli. Którzy są klekoczący i ciapkający, którym często coś odpada i osobno sobie kroczy, czołga się i do reszty korpusiku podbiega tęskniąc i cząstkami grzechocząc o co bardziej wystające kamyczki. Którzy z czułych objęć ziemistych ramion wydobywają się, by tańczyć na trawniczku przed Chatką Wiedźmy… i oczywiście koszmarny hałas robią!!!

A Wiedźmę Wronę strasznie łeb łupie…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_8863 (2)

Z cyklu przeczytane: „Pieśń krwi” – … nie wiem. Chyba dam tej powieści jeszcze jedną szansę kiedyś. Bo jak na razie, to wszystko to już było. Mam wrażenie, że odchodząc od tak zwanej tradycyjnej, tolkienowskiej fantasy i skupiając się na tej bohaterskiej, autorzy coś gubią. A może raczej wciąż się powtarzają?

Oto kolejna opowieść o bohaterze. Dziecięciu, które oczywiście po utracie rodziny zostaje oddane do szkoły. Pod władzę Zakonu, ale my wiemy na kogo wyrośnie. Jesteśmy pewni, że go znamy… a jednak nic bardziej wątpliwego. Zresztą nie chodzi wyłącznie o naszego głównego bohatera. Spoglądając na niego, na jego dorastanie, przygody, poznając jego pierwszych przyjaciół i wrogów, podziwiając jak się uczy, ale i jak cierpi… wkraczamy też w intrygujący świat. Świat pełen dziwnej magii.

Specyficznej.

Z jednej strony mamy cudownych bohaterów pobocznych, którzy świadomie mniej lub bardziej wpływają, a raczej kształtują, naszego bohatera, z drugiej… przestrzeń życiową. Społeczeństwo, które nas zaskakuje. Osobowości, które z łatwością dopasujemy do naszej codzienności, albo wprost przeciwnie.

Ale jednak jakoś nie mogłam na początku wejść w tę historię. Mimo wszystko było ciężko, dlatego dam jej szansę jeszcze raz. Za chwilę… dłuższą może. Aż przetoczą się we mnie owe bohaterskie eposy… które przeczytałam wcześniej.

IMG_9691 (2)

Drobinki śnieżnej rozkoszy powoli topnieją.

Wilgoć, wilgoć i wilgoć wszędzie. Czystą butą nie przejdziesz ni kawałeczka po tym, co nie betonowane czy tam smołowane. A i tego bagnistego nie przejdziesz, bo albo się wywalisz, albo cię wciągnie i zeżre i pochłonie, i nawet kupy nie zrobi. Po prostu staniesz się częścią wilgoci, bo tak.

Wiecie na Wyspie wilgoć to norma.

Serio!

Raz przelazłam kawałek brzegu względnie suchą mną, tylko i wyłącznie dlatego, że suszę mieliśmy mega. Zwyczajowo wysokie kaloszki są tutaj obuwiem wyjściowym. Jak to drzewiej bywało, gdy się gdzieś wybierasz z buta, raczej szpileczki wsadź do torby i rozdziej się przed progiem, który cię w gościnę zaprosił. Szpileczek też raczej nie ubrudzisz, bo wiadomo, że u nas obuwie się zdejmuje po przejściu progu… więc ogólnie oszczędność. Dobry gumiaczek to podstawa i nagle z błogą rozkoszą wspominam Jakuba W., który to promował gumofilce… Dziękuję panie Pilipiuk za czysty obraz wujka Józka. Wróciłam ostatnio do starych książek, bo nowe robią mi niestrawność, a nawet jak już pożrą, to wiecie cofkę mają i ogólnie bulimia…

Kaloszki jednakowosz powiem wam, są super. Znaczy nie dla mnie, bo sama jakoś chyba wolę się moczyć, niż w gumowych tubach łazić, może i to jakiś uraz z dziecięstwa, ale jednak się moczę. Wspomnieć jednak warto, iż przy obecnym wzornictwie to nie tylko kolorki, a i dodatkowe wzroki, paćki i rzezania gumy, tudzież inne wszelakie kauczuki… albo i nawet dodatki futerkowe i frędzelki. Czego dusza szafiarki zapragnie!!! Do tego oczywiście portusie woderowe i już można szału ciału zadać!!! I już można po prostu nie moknąć… znaczy z zewnątrz. Bo w środeczku to wiecie szał ciał i uprzęzy, co oddechnąć nie da… Szał!!! Potliwa namiętność stykająca się z kropelkami zmiękczonego sadełka, które boi się zimna, co z zewnątrz go mami, głaska, muska i tak dalej. Znaczy ogólnie mówiąc zboczone jest!!!

A tak, u nas niezależnie od pogody można kogoś stojącego w otchłaniach i falach spotkać. Z nieodłącznym patykiem oczywiście!!! Nie do końca to pojmujemy, ale widać jakoś z foczym najazdem walczyć trzeba…

Czy foki dobrze smakują?

IMG_9185 (2)

Może i wszelaka ruchliwość w wilgotnej i zimnej ziemi nastała, ale wciąż w powietrzu takie kolory, jakby się niebo miało na ziemię zwalić.

Właściwie, to spoglądając na wszelkie pradawne ryty, może i owa ziemia chciałaby się z niebem uwalić? Tak do końca wiecie, seksualnie. W końcu Wyspa jest w tych sprawach wyrozumiała nadzwyczajnie a i przeszkolona, gdy do problemów dochodzi. Tylko co się rodzi z takich zabaw? Może i kolejne słonko, może i księżyc i gwiazdy? A może jednak na przykład dropsy niebiańskie? Albo wiecie, czekoladowe żaby?

Czemu nie?

Czyż nie mogłoby się zrodzić z tego coś smacznego…

Siedzi sobie człek w Chatce i takie myśli mu przychodzą do głowy, a i inne części cielesności zahaczają. Bo widzicie, gdy nagle atakują was przebiśniegi wychylając się to z prawej to z lewej, gdy wszystko zdaje się pęcznieć, czekając tylko na jakieś zrozumiałe dla każdego, hasło do wybuchu… chce się po prostu to zatrzymać. Tę chwilę. Mimo że każda nadchodząca może być równie niesamowita, to jednak owo brzoskwiniowo-czereśniowe niebo z jagódkami, takie same o poranku jak i wieczorem… aż łapię się na tym, że stoję przy oknie z puszką bitej śmietany i niezłych rozmiarów chochlą, no i miską, któej bliżej do wanny, niż do jadania podstawki.

Czasem sobie myślę, że gdyby Wyspa była taka wiecie… bardziej konsumpcyjna ino, to same smaki by były. Jednych moglibyście spotkać jedzących liście, innych liżących kamienie. Bo jak żarcie liści i gałązek, korzonków, owocków i kwiatków zdaje się być nadzwyczaj normalne, to jednak glinki i błotka, ziemie i próchnice, wszelkie żużle i żwirki… wiecie mogą być odebrane, jako strawa zaskakująca. Ale jakoś tak smaczną się Wyspa być zdaje. Nie tylko przez niebo i zielenie, nie tylko przez szorstką słoność morza, ale właściwie we wszystkim.

W tych piaskach tak różnorodnych z każdej strony najbardziej!

IMG_7932 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Zwyczajności Wiedźmowej Nocy… została wyłączona

Pan Tealight i Rycerz Pomylony…

„Łaził taki za Wiedźmą Pożartą ostatnimi czasy.

No łaził i w te i wewte, a jak ona stała i on stał, znaczy że w miejscu, nie tak… no i łasił się do Chatki Wiedźmy, na co ona z wzajemnością. I wciąż w okienka zaglądał i pilnował i czuł, i czekał na nią. Gdy nie wychodziła z domu, wciąż wpatrywał się w jej niewielką podobiznę zawieszoną na swojej szyi, dziwną, malowaną, antyczną nawet, w ciężkim złocie odlaną, wzorami przeróżnymi upiększoną, a gdy nie patrzył na nią, wydawało się, że wzrok jego dziwnie ciemny, bo ślepia miał jak węgle przeświecające przez otworki przyłbicy, węglami dodatkowo malowniczo ocienione, lśniące, przedzierające się, przebijał się przez ściany i śledził ją w środku.

Cokolwiek robiła, zdawał się być przy niej.

A ona…

Ona niczego nie czuła, nie zauważała chyba? A może… Znaczy, jakieś cienie się wokół niej dziwnie układałay, ale przecież tak było zawsze. Dziwne poruszenie między drzewami, ot przeca ślepa jest, więc pewno coś się jej przewidziało. Zresztą nawet jeśli nie, to na pewno to ten duch, co ostatnio coś od niej chce, ale nie wie jak zagadać, a może i kurcze utracił zdolność porozumiewania się… więc dopóki jej nie odnajdzie będzie ino dodatkiem do jej własnego cienia.

Wielki był taki.

Postawny i srebrzysty.

Znaczy no wiadomo w zbroi, bo jak to rycerz bez zboi ma być, więc w metal zakuty od góry do dołu. Możnaby się sprzeczać, czy rzeczywiście ktoś tam jest, czy go nie ma, może to Bezgłowy Upiór w hipsterskiej maści, a może nadzwyczajnie Duchowy Mocarz… ale bez boja. Ojeblik – mała, ucięta główka podłożyła mu pewnego dnia nogę, znaczy ucho, a jak się obalił, zbroja się wygła i widać było, że nie tylko facet to na pewno i dobitnie się w niej kryje, ale i cały, no i na dodatek z językiem wylewnym, słownictwem skomplikowanym. Biculek jeden, nie wiedział na co się porywać? Ot trza było po skałach spiczastych nie łazić!!!

Albo jakieś poduszki powietrzne mieć, czy coś…

Bynajmniej nierdzewna stal to nie była, bo co rano i wieczorem słychać było dziwne klepanie, widać łatwo mnąca się czy coś, a i szorowanie. Ni kropki rdzy na nim być nie mogło. Ot idealny partner dla Pożartej no!!! Ona też taka trochę mocniej Natręctwami targana przecież… ale dlaczego się jej uczepił. Czemu rzeza serduszka na czym popadnie, może tu o tkanki chodzi, może o przeszczep, czy coś w ten deseń. Bo przecież chyba nie o… kurcze no, nie śmiejcie się, no o miłość na pewno chyba nie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6437

Spadł śnieg.

Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami komuny, drogi nie są odśnieżane. Znaczy bez przesady wiecie. Te główne są czarne i dobrze doprawione. Znaczy wiecie, te bardzo wymownie główne, bo te mniej główne to nie… Zawsze mi się wydaje, że nie sypią tylko soli, tudzież, nie podduszają tego ino pługiem, ale lecą do tego jeszcze zioła prowansalskie i dużą ilością lawendu, drobinki rumianku, trochę oliwy na poblask i pieprz kolorowy dla podkreślenia wszelkich załamań i kresek. Po brzegach więcej mięty i szałwii, miejscami dumnie się uśmiechają różane i fiołkowe płatki. A co. Przecież zioło to nawet pietruszka z koperkiem, więc do boju zieleninko. Akurat z korzenia, to serio wszystko się da nawet w zimie!!! Ktoś mówił, że dla egzotyki dodają nawet słodkiej papryczki i sosiku rybowego, ale przyznaję, że nie stwierdziłam. Za to śnieg smaczny jak zawsze!!! Cudowny i lekki. Jak spełniające się marzenie, wiecie z pogranicza nadmiernej szczęśliwości, ale i strachu… że to już, że w końcu jest, a przecież ćwiczyliśmy się tylko w marzeniach, nie w tym, co będzie, gdy się spełnią.

Tego nie przećwiczyłam…

Śnieg jest…

… a to oczywiście oznacza biel i wszelakie ptaszencje na niej i kolory wyzierające spod tej bieli, i listki i pączki, które już bardzo chciały stać się wiosną. I znowu kolory, bo widzicie, Wyspa jest przede wszystkim kolorami, no i chociaż śnieg u nas też kolorowy, to jednak jakoś się wszystkim wydaje, że pod śniegiem wygląda się lepiej. Jakoś tak bardziej filuternie i zawadiacko. I fajno… za to ludzie, no tak, z ludziami jest inaczej. Bo widzicie, wraz ze śniegiem opadła nowa cisza. Cisza niebudzących się sąsiadów. Sąsiadów nie mogących odpalić, podjechać pod górkę, się ślizgających na zapomnianych wciąż letnich oponkach… Bo i komu się marzyło, że ten śnieg jednak spadnie? No komu? Nawet ja sama traciłam już wiarę!!!

Ale jest.

ŚNIEG!!!

IMG_2935 (2)

Biało jest.

Znaczy, no dobra, biało i puchowo było rano, bo teraz po moich popisach, a i w końcu przejżdżającym pługu, coś ubyło sniegu. A i temperatura wiadomo, za ciepła, by to wszystko się utrzymało. Co niekiedy w powietrzu zatańcują pojedyczne płatki. Te tutaj poloneza, tamte kujawiaka, a tamte kankana działają. Trzeba przyznać, że znają się na swojej robocie. Mamy też wielbicieli bardziej nowoczesnych rytmów. Breakdance jakiś, tudzież lekkie stepowanie, albo powroty do walców i piruetów baletowych. Bo mogą. Cała Wyspa jest ich sceną…

Nagle wszystko jakoś tak odpuszczone ma grzechy przeszłe, zaprzeszłe, te teraz się dziejąca, ale i te, co dopiero nadejdą. A co. Przecież czasem właśnie o to chodzi, by grzeszyć zwyczajnie. Grzeszyć tylko i wyłącznie dlatego, że ktoś tego zabronił, a nie po to by kogś ranić, czy zło czynić. Grzeszyć, bo grzeszność jest kusząca, bo upaja cudownie najmocniej właśnie to, co zabronione. Co, jak nam wmawiają, nie dla każdego, nie dla nas… ale wiecie, poza dietetykami, bo w końcu pewne rzeczy są święte!!! A i raptowny rozstrój żołądka oraz towarzyszące mu wybuchy z tylnej strony, nie są przyjemnością. Zwyczajnie zbyt wiele spraw do kosza z napisem „grzechy” wrzucono. I miłe rzeczy i te logicznie obrzydliwe, których i tak nikt nigdy by nie chciał tknąć…

Mimo grzechów odpuszczania, ten śnieg, zwany też ostatnio przeze mnie Matką Spowiedniczką – nie łączyć z tą znaną – zdaje się być wyuzdany i rozpustny. Grzeszny w tych najbardziej parnych i ociekających emocjami sokach. Po prostu. Jest w nim ten żar, który zdaje się być kompletnie niewytłumaczalny. Piękny i przerażający troszeczkę. I chociaż we włosach mam gwiazdki, serio na dowód zdjęcie mam nawet… to jednak jakoś tak się czuję naga i osaczona…

A może się by tak wytarzać? Czemu nie? Podobno zimno dobrze na cellulit robi… chociaż on tak nie twierdzi.

IMG_7912

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Rycerz Pomylony… została wyłączona

Pan Tealight i Wiedźmy Zgagowanie…

„Coś leżało na trzewiach Wiedźmy Wrony Pożartej.

Coś się w jej wnętrzach przewalało, coś ją męczyło i zmuszało do myślenia o sprawach, do których serio głowy nie miała. Coś… wredne musiało być, albo i w torturowaniu bytów innych zwyczajnie nadmiernie wyuczone i rozsmakowane w swojej robocie. Owo coś powodowało, że łaziła z kąta w kąt, deptała Wyspę nadmiernie nie patrząc na to, co depcze… a i ogólnie kołowanie we łbie sprawiało, że ni malować nie mogła, ni nazbytnio coś tworzyć. Mogłaby leżeć tylko, ale na to jej własne, prywatne Natręctwa nie mogły jej pozwolić. Im nic na wątrobach nie leżało, nie miały wątrobów, bo nie potrzebowały, ćpały całkiem bezkarnie i w ogóle, więc wiecie, żadnej taryfy ulgowej dla swojej nosicielki nie przewidywały.

I może to dobrze… gdyby tak pozwoliły jej ino leżeć, dopiero by było. Mogłaby Wiedźma Wrona powoli zagłębiać się w ziemię i utworzyć nowy Rów Wiedźmiański, albo i dotrzeć do jej wnętrza, a tam, gdzie gorąco wiadomo, wyskoczyć jak homar z kąpieli i potem nabrudzić magmą, lawą, czy jak tam… albo stać się pagórkiem, wzgórkiem i górkiem. Powoli obrastać czym popadnie. Magicznym wysypiskiem, nadgorliwego w gazów wydzielaniu, śmiecia się uczynić… Górką i góreczką, może i czymś większym. Może i gigantycznym górskiem, na które kiedyś ktoś wlezie i stwierdzi, że może droga była straszna, a i widoki do niczego, ale po prawdzie serio była to milusia wycieczka. I jak na razie niczego nie złamał…

Coś ją męczyło, coś spowijało myślami o czymś, o czym serio myśleć nie chciała, a nawet serio wstydziłaby się przyznać, że coś takiego się w jej łbie spojawiło… nagle się spojawiło i nęci i męczy i drapie to, co zabliźnione i rwie to, po czym od tylu lat już śladu prawie nie ma. Otwiera i męczy, soli sypie i przypala, a potem od nowa strupy rozkuwa i zdziera błonki i męczy ponownie…

A potem śnieg spadł i wszystko ustało.

Tylko co to było?

I gdzie poszło?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_2933 (3)

Czasem na drodze spotykają się dwie osoby.

Serio, w moich wyspowych przestrzeniach wcale nie jest to takie oczywiste, takie pewne, że kogoś się spotka, że ktoś nam przetnie drogę poza sezonem. No więc czasem się spotykają te osoby i wiecie co… czasem nawet uświadamiają sobie, że się nie znają. Oj tak, to jednakowo mała Wyspa. Zaludniona niezbyt rozpustnie, a poza sezonem, to wprost tchniąca cudowną, lekko rozleniwiającą pustką. I nawet jeśli daleko idziesz, wybierasz drogi, a nie wilgotne, ciamkające inne użytki… możesz spotkać kogoś, kogo nie znasz. Kogo nigdy nie widziałeś, ni w sklepie wybierając chlebek, ni na plaży, rozdziewając się z codzienności. Ni podczas festynu, ni w kościele… chociaż akurat tam, to chyba nikogo nie znam. Ni w porcie, ni na promie, ni w poczekalni u znachora. Ani nawet nie podczas spaceru. Gdy ktoś z kimś innym wyprowadzał swego osrańca.

Tak, wydawać się może, że tutaj wszyscy się znają, a nawet jeżeli się nie znają, to na pewno nzasz kogoś, kto tego kogoś znasz, więc cała ta prywatność, jest paluchem po topniejącym śniegu pisana. A jednak… uśmiechasz się do tej napotkanej, nieznajomej osoby, kiwasz głową, rzucasz HI i idziesz dalej. Bo każdy z was ma swoją drogę. I chociaż wasze drogi w tej chwili się przecięły, to mógł być to tylko i wyłącznie ten jeden raz. Raz, który się nigdy już nie powtórzy. Ty wrócisz do swojej chatki, a ja do swojej… i zapomnimy o tym. Chociaż… czy na pewno?

Czasem mi się wydaje, że na Wyspie przecinają się wszelkie możliwe bramy światów. Te welony i zasłony są tutaj nie tylko podarte, nie tylko pajęcze i naruszone, ale i brutalnie rozsunięte. Żabki na karniszach lekko pordzewiały, albo wszystkie pozamieniały się w książąt i zwyczajnie się za mąż wydały, znaczy za żony… się mi zawsze myli. Po prostu zwolniły się z roboty, bo wiedzą, że z Panią Wyspy nie wygrasz. Jak ona chce w coś lub kogoś zajrzeć, to zwyczajnie to robi. Zawsze się jej to udaje. I nic się przed nią nie skryje, nie ma bata. To dlatego wszyscy poza sezonem zwyczajnie się ze sobą grzecznie nadzwyczaj i przyjaźnie witają.

Bo w końcu skąd pewność, że to my jesteśmy po tej bardziej prawdziwej stronie świata? A może to jednak oni… a może spotkamy się jeszcze i to my będziemy gośćmi w ich świecie, a może… oni?

IMG_2934 (2)

A czasem można iść, i iść, i iść i nikogo nie spotkać.

Jak dziś na przykład, gdy całą Wyspę spowiła ciemność mięciutka, dziwnie pluszata i puchata, a potem z niebios gradzik spadł. Taki jakby ktoś kurcze styropianową płytkę na części rozebrał i bawił się nią i dmuchał i rozrzucał. Ale najpierw troszkę wszystko zmodyfikował i uczynił niektóre z nich dziwnie cięższymi, bardziej zwartymi, by łatwiej wpadały za koszulkę i łoiły w dziurki od nosa, znajdowały i te w uszach i tam się z sykiem topiły… taki fajny dzień dziś był. Na przemian szarość i ciemność z gradem, a potem słonko wietrzące i leciutkie śnieżki tańczące w powietrzu. I ten błękit błękitniasty i fioletowiasty, i szarość niebieska morskich niefal i miejskość kolorowa, ale i pustka przepusta, i tylko te ptaki przelatujące z miejsca na miejsce, by dorwać ziarenka…

A potem znowu owa niebieskość i chmurki doskakujące do słonka, by je przykryć, a wtedy strach dziwny spowija i las i chatki, jakby zaćmienie miało miejsce… i znowu słońce, a na każdej gałązce miliony sopelków, którym za ciepło było być śnieżnymi gwiazdkami, więc zostały kryształkami, by bawić się z promieniami. By zmieniać i światło i ciemności, i by zwyczajnie ociekać. I znowu słońce i chmury. Naprzemienne wszystko niczym wymyślne ciasto, z którego jednak zawsze bardziej wolisz jedną część… ciemną i czekoladową, albo mleczno-waniliową jasną… Ale teraz jakoś nie mogę wybrać. Bo jeżeli wybiorę tylko jasną, to pewno będzie światło, piękne i czyste, błękitne i szkliste, ale jednak nie to, które pojawia się na chwilę, nie to dziwnie umykające ciemności.To najbardziej specjalne, to pokazujące wszystko i więcej…

A jeśli wybiorę ciemność, to co ze światłem?

Jako dziecko zawsze chciałam spróbować chmur! A co tam bredzę, wciąż wydaje mi się, że niektóe z nich są waniliowe, inne jagodowe i wiśniowe, ale i pomarańczowe i te takie kwiatowe w smaku… Gdyby tak można polizać niebo… Nie przyjmuję do wiadomości że to woda. Na pewno istnieje na tej Wyspie wejście do takiego świata, w którym niebo je się własną, maleńką łyżeczką. Srebrną, rzezaną w szlaczki, opisaną i dzielną, niezdzieralną i prawdziwie piękną, przypisaną tylko jednej osobie od poczęcia…

I się od tego nie tyje!!!

IMG_2933

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wiedźmy Zgagowanie… została wyłączona

Pan Tealight i Panienka Najświętsza Pożarta…

„Po pierwsze śnieg spadł, co było dość dziwne, a po drugie to wiecie, całkiem nie ważne co po trzecie… czwarte i piąte i szóste…

Nie, no pewno, że zima wciąż na Wyspie, a i wszelako wcale nie ciepło, ale jednak ciepło… za ciepło, by płateczki zrobić, za wrząco by je utrzymać, a jednak… Może i była to sprawa owego prezentu dla Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki, darowanego jej przez Pana Tealighta, a może coś innego… Bynajmniej wychodząc na spacer, który to ostatnio był reglamentowany i ogólnie mówiąc towarem był nie tylko z górnej półki, ale i serio egzotyczny, chociaż pożądanym przez Wiedźmie Natręctwa… Bynajmniej gdy w końcu po tygodniu względnego wyginania się w Chatce Wiedźma wylazła w świat dookolny nagle opadły ją i płatki i płateczki. nagle się zaśnieżyły. I choć ciepło, nagle jednak wszystko się zabieliło.

Nie, no pewno że płatki szybko przegrywały z ciepłą aurą, ale jednak ona znowu dostała tego co chciała… jak zwykle. Bo może i jej życzenia miały problemy z chronologią, ale z wybrzmieniem… nigdy!!! Jak zwykle chciała i było… usz wiedźma!!! Ktoś by pomyślał, że konszachty z jakimiś bytami na pewno miała zacyrografowane, ale może… może jednak prawdą było, że to sam Lucyferros Jan Boruta, był jej ojcem? Może tak naprawdę nikt o niczym nie wiedział, ale wiedzieli wszyscy…

Ona nie wiedziała.

Ot po prostu patrzyła na śnieg w garze mieszając coraz szybciej i szybciej, z lekkim pawiem spoglądając na mięsne kawałki, jakoś ostatnimi czasy coś jej ino ludzina podchodziła, reszta nie… wot ekologia. Patrzyła na śnieg i zioła się w nim kołyszące i owe płatki wielgachne, giętkie, łapczywie starające się ją dotknąć, ot choćby przez szybkę, szybeczkę… Gdy wyszła na spacer, wszystko ucichło i z nieba przestały spadać kawałki nielskich kołder. Ot widać w Heaven IKEA wyprzedaż mieli, czy coś i sobie skrzydlaci komplety bielizny pościelowej wraz z piernatami wymieniali.

I jednego nie rozumiała tak wlokąc się noga za nogą, ugięta i pochylona, coby orła nie zaliczyć, boć mężatka przecież… dlaczego wszyscy tak dziwnie się na nią patrzą? Przecież była paskudna jak zwykle… I nie widziała tych gwiazdek, które nie topniejąc utworzyły dookoła jej głowy rozczochranej aureolkę, z idealnych gwiazdeczek… Mieniąc się więc niczym ów przykładowy Stróż Bożego Ciała Od szła dalej. A gwiazdki nie topniały!!! Ni w te ni wewte, nie odstępowały jej i śledzący ją nieporadnie Chochel, czyli dziwne ciągoty mający w kierunku garderoby bieliźnianej chochlik pisarski, stwierdził, że coś jest na rzeczy, ino co właściwie…

Bo czego Opiekunką i Panią mogłaby być wiedźma? Albo taką Świętą Panienką, chociaż na to chyba raczej, ekhm za późno lekko odrobinkę? Panienką w średnim wieku? Są takowe? Może? Potworną Wspomożycielką, a może jednak ową Ciemiężycielką Głupich, Potępieństwem Skostniałych Umysłowo? Ostoją i Błogosławieństwem Nienormalnych?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6982

Recenzja: „Legendy krzyżackie”

IMG_9187

Pada śnieg…

Jest w tych miękkich opadach, chociaż niestety zbyt ciepło by było z nich coś więcej, takie wyciszenie. Nagle jakoś mniej się każdemu spieszy, nagle każda z tych gwiazdeczek jest taka jakaś magiczna, jakaś taka ważna i istotna. Każda ma własny bilecik, miejsce na topnienie, swój własny świat, który w jednym momencie się kończy, ale i odnawia. Mokre, szalone paćki…

Coś się w człowieku miesza, gdy tak dookoła się ciszy Wyspa.

Ciszy się Wyspa nagle, czasem pomiędzy wiatrami, czasem jakoś tak w nich nawet, ale gdy pada śnieg ciszy się Wyspa najpiękniej! Ciszy się subtelnie, mało przymusowo, a jednak jakoś tak… dla wszystkich. Durnie nagle piernąć, kichnąć, czy w ogóle poddać się biologii swojej cielesności. A już zażywac muzyki nadmiernej po prostu jakoś się nie godzi, jakby świętość całkowita, dla każdegu, z prostym zestawem modłów, hymnów i psalmów, nagle zwyczajnie domagała się zauważenia. I co się dziwić… widzieliście jaki ten śnieg ma płatki? No czy jest coś piękniejszego, niż światło przez nie przeskakujące? Te wszelakie kolory, owe załamania i kształty. Ta matematyka, chemia, fizyka i architektura… a do tego etnografia, logia, no i ogólnie mówiąc antropologia.

Płatki spadają coraz większe i większe… a gdyby jeden z nich był roamiarów takiej kołderki? Tosz dopiero byłaby zabawa. Tylko co zrobić z ciepłem. Przecież oddychać trzeba i mieć swoje przepisowe 36,6… Wtedy bylibyśmy nagle mordercami płatków, a z taką odpowiedzialnością to ja żyć bym nie mogła. I tak już teraz staram się nie oddychać, nie cieplić, ogólnie mówiąc mrozić się… Bo one takie są piękne. Takie fascynująco cudowne, takie wrażliwe, a jednocześnie silne i przytłaczające.

IMG_6992 (2)

Ciszy się Wyspa…

W końcu nie wytrzymujesz i cicho załączasz jakieś dźwięki. Kuchnia zaczyna bulgotać, coś tam w nieistniejących rurach gada, woda w kibelku dziwnie na mnie patrzy, z jakimś wyrzutem, jakby ona wciąż nie była gotowa, by dźwięczyć w odpływie. Ale nic to, spływaj kochana, nie ma tak dobrze, cisza ciszą, ciszenie ciszeniem, ale pracować przecież trzeba. Bąbelki ze zmywania też się cieszą swym własnym towarzystwem, nagle jakoś mocniej, inaczej pękając…

Talerze, kubeczki i sztućce, dziwnie zmęczone ciszą starają się jak najczęściej spaść na ziemię, jak najszybciej złamać moc ciszenia… wszystko dźwięczy, stuka, pohukuje, brzęczy, a mimo to wciąż cisza. Jakoś nie można tego przełamać nawet jak najbardziej szalonym jęczeniem, wrzaskami i, dobitnie wskazującymi na braki w wykształceniu muzycznym, pieniami. Nie da się. Bo nawet jeśli pojawi się dźwięk, Ciszenie go wchłonie. Pożre, poszma, zmanczuje i zniszczy. A raczej może zwyczajnie odbierze mu dźwięczenie? Może to na tym polega, że czasem wszystko musi być… cicho?

W tym dziwnym, zawsze głośnym, domagającym się poklasku świecie, Wyspa dobitnie po raz kolejny udowadnia, że jest inna. Że nie obchodzi jej ta cała moda na chudziny, ni ta, by jeść ino chemię i fizykę, ni ta, by jak to słyszała ostatnio dżdżownicą zostać, no i wpieprzać zwykłą, aczkolwiek i pożywną glebę… A tak, najnowsza moda to jedzenie ziemi Panie i Panowie!!! Więc… plewimy!!!

Ząbkami!!!

Jednak mimo swego dość pobłażliwego traktowania Autochtonów Tubylczych, to jednak Wyspa podgląda te ich polowania na wszelkie nowości i się śmieje. Oj śmieje się tak, że miejscami sika nawet i pomiędzy falami, dyskretnie bąbelki puszcza. Bo mimo swej niesamowitej dzikości i olewactwa, to jednak ciągnie jej ludzi do tych technik i wymyślnych owocowości. Do tych urządzeń, w których i tak nic nowego nie ma, a pożytku to już w ogóle… Ciągnie ich. Może to przez owo specyficzne odosobnienie, czują się Tubylcy lekko od świat odcięci. No wiecie, własne państwo ich nie chce, podwózki zabiera, więc… chcą się podłączyć pod wielbicieli szmelcu?

Nic to… na razie Wyspa wciąż się ciszy. I choć śnieg pada coraz rzadziej, a płatki stały się mniejsze i wciąż zanikają, to jednak ciszy się wciąż… Dookoła nadal zieleni się trawka, na gałązkach pączki, ale ona ma to gdzieś.

IMG_6981

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Panienka Najświętsza Pożarta… została wyłączona

Pan Tealight i Sfatka Gizelda…

„Jej no… wiosna idzie.

Znaczy bez urazy, nie oszukujmy się, w tych okolicach wszyscy woleliby zimę, ale bierze się co jest. No tego nie da się zmienić. Znaczy aury, pogody, pory roku. Chociaż niektórzy twierdzą, że gdzieś tam ukryta jest śnieżna kula dla Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki, jej prezent od Pana Tealighta, który dostała na święta, ale… nikt go nie widział. Nikomu się nie pochwaliła, ani nikomu nie pożyczyła… podobno pokazała tylko pluszowemu misiowi, ale on jak to on, ino patrzy na Ojeblika i się chichra i coś tam pazurami w powietrzu rysuje, i łapki zaciera. Ale tak to jest, jak się chce odkryć, co w duszy wiedźmie w trzech postaciach gra, która na dodatek w połowie wroną, w połowie pluszakiem jest…

Nie ma łatwo!!!

Wieść Gminna niosła, właściwie to niosła się z zamiarem zmiany stanu cywilnego, ale w tej chwili ważniejsze było to, że plotę niosła… niosła ją w torbie papierowej, kóra lekko namakała, przez co plotka z łatwością w świat szła, wieść, iż kula śnieżna Wiedźmie Pożartej dana moc miała. Miałą moc zwiększania tabliczek czekolady, plecenia czadowych snów, ale i śniegu sprowadzania… ale jak na razie co jak co skutków jej kulania nie było widać… chyba, że ona nie kulała? Bo przecież gdyby tak kullła, to śnieg by był co nie? Ale czemu nie kula…

To jest zielono.

Wiadomo, że jak wiosna, to i kochanie. Ogólnie mówiąc w tym roku Wiosna być ma uroczą starszą panią w zieleniach i różach, mocno podkolorowaną… co ma, czego wszyscy się już boją, fisia na punkcie miłości!!! Jak na razie mówimy, że ma być, bo jest, ale tak wiecie nie do końca. Przysłała swoje torby, skrzynie, kufry i inne bagaże do Białego Domostwa, co wprowadziło Pana Tealighta do grobu, szczególnie oprawione w rameczkę pozłacaną w koteczki zdjęcie… i to tak całkiem serio, do grobu. Znaczy zlazł w katakumby poradzić się Starych Kości. One najpierw lekko się rozklekotały, lekko go ofuknęły kurzem, a potem usiadły na odrzuconej klapie jasnej, stworzonej z bardzo starego drewna, rytego milionami wyprofilowanych w tym celu korników… no i zaczęły mówić. Że nic nie poradzą…

Nic nie poradzą na tak miłosną wiosnę.

Mogą co najwyżej skołować coś na mdłości!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9499 (2)

Z cyklu przeczytane: „W cieniu drzewa Yggdrasil” – … miniaturka. Opowieść, gawęda, wspomnienie. A w jej trzewiach legenda o drzewie, które spajało wszystko. Nie dziwota, że owa przenośnia tak bardzo pasuje do losów kobiet.

Matek, żon, córek i wnuczek.

Zwyczajnych, ale zaskakująco ze sobą powiązanych. Normalnych, codziennych, ale zdolnych do czegoś więcej. Czegoś, co łączy i dusza i ciało i geny… poświęceń, splatania nicii dostępnych magii, miłości… bo przecież życie to tak wiele. To tyle różnorodności, tak niemożebna mnogość namacalności, ale i tego, co okryte pajęczyną. Co tak bardzi frywolne, co tak czułe i dyskretnie kruche…

Niesamowita miniatura. Kilka opowieści w jednym pniu, kilka historii opadłych liści i połamanych gałązek tego drzewa…

IMG_1162

Siedzę na skale i w morze się gapię.

Bez urazy, ale ni mi się chce biegać, ni chodzić, ni kulać się, pedałować, czy inaczej usluteczniać ruchmość. Siedzę po prostu. Ale bez obaw, wiatr dba o moją ruchomość. Bodzie, potyka się o mnie, niby przypadkiem, ale ja go już wiem!!! Robi to specjalnie. Właśnie rzucił we mnie Panem Rudzikiem, któremu ostatnio przybyło owych pastelowo, dziwnie niebieściuchnych płateczków dookoła pomarańczowości. Asz dumny jest ze swoich piórek, ale nawet nie stara się walczyć z wiatrem. Zwyczajnie, gdy tylko wyhamował przed moim nosem, opadł na ziemię i schował się za mną. Cwaniak jeden!!! Ale niech nawet się nie cieszy i nie zabiera za tą niebozkę dżdżowniczkę!!! Zaraz wiater znowu się z nami zabawi, mocnych nie ma. A morze takie spokojne. Jakby wiatr miał tylko i wyłącznie dziś robotę na lądzie…

Cwaniak!!!

A na lądzie niby pochmurno, ale od czasu do czasu ostry blask słońca wszystko oślepia i przez chwilę jest wokół tylko i wyłącznie rozgrzane do granic topnienia żelazo. I wszystko jest ino odlewem, jakimś kuciem przyszłym, bramą może, albo i mieczem, nożykiem skrytobójcy, czy też zwykłą ostrogą? A może jednak czymś bardziej jeszcze zawiłym, czymś całkowicie zaskakującym i pierwszym?

Przez tę dziwną chwilę, gdy szarawo-stalowe chmury się rozcinają, coś się zmienia. W szarość wstępują wszyscy święci i aniołowie w pełni swych majestatów i zaskoczeni tym spotkaniem nie wiedzą, czy szampana otwierać, czy jednak ktoś powinien zacząć robić kanapki? A może jednak po angielku? Patera z ciasteczkami i oczywiście ogóreczki na chlebeczku. Elegancko, z odgiętym palcem, bo przecież co tam, tak serio jest bardziej frywolnie, a skrzydlaci nieczęsto na frywolność mają czas.

Przez ułamek sekundy, a czasem i sekundę całą, jakoś tak wszystko na Wyspie się święci. Jakoś tak aż się chce koszyk na szyii założyć i kwiatki sypać, znowu mieć na sobie te żółciutkie buciki, bo wiecie kiedyś w sklepach brało się, co było, sukieneczkę ledwo gacie zakrywającą… zaraz, czy ja na tym zdjęciu mam pieluchę? Czy to w ogóle jakoś nie kładło się cieniem na majestat Bożego Ciała… cóż, teraz już nie mam takich problemów. Nie żeby czas z pieluchami kiedyś nie miał nadejść, człowiek się starzeje a i babą jest, więc sami wiecie… biologia, a jednak… W pełni majestatu światła przypominają mi się nie amorki, nie cherubinki i nie św. Krzysztof szukający św. Antoniego, co się zgubił znowu, bo on już tak ma, wszystko znaleźć umie, ale siebie…

No więc siedzę na skale, a wiatr mnie zabawia.

IMG_9350 (3)

Byłoby miło, od ziemi grzeje przyszłymi żniwami, od kamienia oczywiście dostanę wilka, czy prosię, no człowiek się gubi, byłoby miło… Jeśli może wiać u nas na pół pelikana, to może i kurcze świnki są od zimnych kamieni? Kto ich tam wie. Zimno po psiemu… Pan Rudzik się ulotnił w krzaki, ciekawe czy to on czy ona? Byłoby miło, gdyby śnieg padał, a nie na zmianę łoiły mnie kuleczki gradowe. Nosz serio, ja rozumiem, że może i to rodzaj spa, tudzież innego cudactwa, ale kurcze!!! BOLI!!! Ale siedzę… nosz przecież tak łatwo się mnie nie pozbędą!!!

W morze patrzę. A morze spokojne takie, w kolorze tych niebieskości rudzikowych. Jakby serio farbkami ktoś pobaział okolicę i się ptaszkom ubrudziło. Chociaż, czy jak ładnie, to brudnie? A może nie? No mniejsza, twarda jestem. Jakieś te gradowe kuleczki stały się ostrzejsze, czy coś? Bolą… może jednak schować się w domu i przeczekać? Bo przecież ile się można patrzeć na morze?

I czy ono patrzy na nas też…

Wizja Wielkiego Brata w mokrej silnie postaci, otrzeźwiła mnie mocniej, niż kolejny napad gradowych kryształków. Uciekłam. Teraz z bezpiecznej, lekko zaciemnionej Chatki patrzę się na nibyśnieg za oknem. Lekko ciemnej, bo wiecie, no u nas albo światełko ino nad stołem, albo ciemności nad świeczką. Prąd u nas wiecie, choć z wiatrów, powiewów, pierdów i tak dalej, to jednak droga sprawa, więc… może by tak zacząć chodzić spać z kurami? Albo z solsortami? Aczkolwiek te bestie tak późno urzędują, że nie jestem pewna, czy sama bym tak mogła…

Tak…

Wyspa, gdy zmrok zapada, staje się zmrokiem. Nagle cała ta wcześniejsza jasność, te anielskie chóry i pienia znikają, święci szybko się zwijają i nie wiem nawet, czy św. Antoniego znaleźli… zresztą, to w końcu ich sprawy. Byli tutaj tylko przez chwilę, albo kilka chwil, może i zjedli coś, może i wypili, może uzgoniliś, że do dziesięciu przykazań zdałoby się dodać jeszcze z piętnaście? Spytali grzecznie Wyspy co ona na to, a ona oczywiście pakując swoją ulubioną łyżeczkę w galaretkę cytrynową, odpowiedziała zgodnie z prawdą: niemożliwe!!!

IMG_6445 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Sfatka Gizelda… została wyłączona

Pan Telight i Wiedźma Zmiennością Zamroczona…

„Coś się z nią stało.

Coś nowego, coś innego, coś upragnionego, choć zaskakującego… Coś jej mocniej odbiło od środka, albo jednak pojenie tą miksturą na podobno porost włosów i talię osy, nie było dobrym pomysłem. Coś się w niej zmieniło… nie żeby w ogóle można było oznaczyć coś w niej stabilnego, ale jednak…

To się po prostu czuło.

Wisiało w powietrzu niczym mgławica przerażonych strachów, które pragnęły tylko mamusi, łóżka i misia, właziło w uszy i nosa, łaskotało, budziło alergie, które zwykle nie wstawały do lata. Wystarczyło wejść do Chatki Wiedźmy, by zauważyć zmiany. Rzucały się w oczy, drażniły dziwną pustką, zmiennością, której kurna przecież tak bardzo nie lubiła!!! Bo… Wiedźma Wrona Pożarta ogólnie nie przepadała za wieloma sprawami: nadmiarem ludzi, nadmiarem nadmiarów, kawą, wrzącą pogodą, nazbyt ciepłą wodą w morzu, ciepłą zimą… możnaby długo wymieniać, ale zmienność plasowała się na pewno na dość wysokim miejscu.

Przede wszystkim zmieniły się amulety, czary nad kuchennym oknem nagle schudły, nagle część z nich po prostu wróciła do siebie, a na ich miejsce pojawiły się nowe. Dziwne i srebrzyste, szklisto krystaliczne, dzikie i wciąż tak bardzo chcące działać. Nie mogli się przestać im przyglądać, bo w zależności od światła, które wciąż kulało, one zmieniały namacalnie Chatkę Wiedźmy. Co prawda Ojeblik z Wiedźmami z Pieca wciąż starały się ułapić błąkające się tęcze, wypersfadować im żywotność tutaj i wprowadzić względną mroczność z powrotem, ale mimo najlepszych pułapek, a nawet sprowadzenia Jednorożca Tęczokrążcy… nic z tego nie wyszło. Kryształki robiły swoje, tęcze się mnożyły i drapały seksualnie wisząc nad obrazami, a na dodatek robiły tak pocieszne miny, że nawet Panu Tealightowi się trochę szarość zmierzwiła.

Jednak… gorzej było z nią. Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki przerażała nie tylko zmysłowym sprzątalniczym szaleństwem, ale i owym błyskiem w oczach. Znaczy bardziej w lewym, bo prawe jej łzawiło, znowu w Wiedźmich Zatokach zagościły Wróżki Grzybuszki pewno… Co dziwniejsze… od tygodnia w Chatce leżała, a może i od dwóch, cała paczka czekolady z orzeszkami, której nikt nie ruszył!!! Gdyby tego było maóo, by uznać koniec świata… można dokłądnie było sobie obejrzeć ją samą, wiedźmę leżącą na podłodze i z rozwartych, wrzących trzewióch, trzewi i trzewników swej cielesności, bez użycia anestezji, czy innego czulenia -znie… bez rękawiczek i monitorków, bez rezydentów i doktorów, znachorów, tudzież innych flakołapaczy, usuwała z siebie książki. Bo podobno w końcu nadszedł jakiś Czas?

Ale to był jeszcze pikuś horrorowy. Gorszy był ten żart, który opowiedziała przychodząc do Białego Domostwa.

– Pobożna babinka w końcu staje przed świętym Piotrem. Obydwoje myślą, że przynależy do niebios. Właściwie któż miałby cokolwiek przeciwko niej. Zajmowała się zwierzątkami, ganiała złych, pomagała malutkim… więc… Tylko dla prawnych szaleńców święty Piotr wypowiedział słowa – Niech ten, kto wie coś wystąpi!!! – Na sali rozległ się śmiech, lekkie posapywania. Waga ważąca uczynki nie drgnęła, gdy wtem spod ławki dobiegł głos – OBCIĘŁA MI JAJCA… I tak babinka trafiłą do piekła, za ukochanego kotecka.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9330

Opadła se szarość na Wyspę… ale nic z tego, już czuć, że dzień dłuższy, słońce dziwacznie wstając, nagle decyduje się, by wypuścić kilka promieni gdzieś w okolicach drugiej, a potem z powortem pod chmurkową kołderkę. Nosz raj, czy coś. Słodycz jakowaś w powietrzu wisi, aż się ma ochotę kogoś w zadek kopnąć, by przestało być tak sielsko i anielsko i z kokardkami w warkoczykach…

Nawet ugotowane na zbytnio twardo jajca zdają się wybuchać kurczaczkami, usz widać ta wiosna, wiosenka się już gdzieś czai za węgłem. Poszedłby człowiek skopać jej dupsko, ale nic nie poradzi na pory roku zmiany. No nic. Chociaż taki kopniak w wiosenność optymistyczną możeby zrobił nam lepiej? Ech! No nic to, wyglądam przez okno, a tam w trawce, co uparcie przez jesień i zimę nie zmieniła swej zielonkawości, w owych wilgotnościach lekko miejscami nawet błotnisto-mchowych… siedzą cebulki wszelakie i się kielczą. Niektóre z nich nawet już powypuszczały zielone cząstki… uch!!! Się wszystkim tak spieszy do tego wzrastania, płodzenia, ćwierkania i jajeczkowania wszelakiego. Nosz jakby im za to płacili stawki polityczne, czy coś.

Bo o dzieło na pewno nie robią!!!

A w telewizji co? A no właśnie to niezbyt wiem co w telewizji, ale w internetach pogoda prawie codziennie obiecuje zimę podobną do tej w 2010/2011… ach co to były za śnieg cudne, asz misiowe takie!!! Na razie wciąż trawka, ozime wprost nie wiem jak strzela zieleninką, czy co tam na polach się wysiało jesienią… po prostu błękit nieba, zieleń pól i zimy niet!!! Oto i dowód kolejny na to, że media kłamią i kłamią i kłamią. Albo eksperymentują z pogodą tak, że już niczego być pewnym nie można. Ot polityki i naukowości. Ale pewno, bo dla dobra świata… ple ple ple, usz ludziska niemyte wy!!! Tosz to natura!!!

Serio lepiej w naturę się gapić, gdy Wyspa znowu od państwa zostaje oddzielona. Prom nam chcą zabrać, mamią obietnicami, a potem w duspko. Ale pewno na wakacje to będziecie chcieli przyjechać co… usz wy!!! POTWORY!!! Serio pozamykają nas w gettach miejskich, a tam wiadomo, kiła i mogiła. A może tak jednak mnie posłuchać i rezerwat tutaj założyć co? Będziemy robili za plemię Niestatystycznie-kłamliwych. Ja serio bym na to poszła. Ogrodzić, karmić, a reszta to se sami jakoś coś złapiemy. Zające i bażanty się płodzą jak najęte. No po prostu po co nam krowinki!!! Jak tak dalej pójdzie trza będzie żubrzynę i foczynę jeść zamiast wołowinki!!!

Czy fokę doić można?

IMG_5134

Spoglądając na wszelaką historyczność, specyficzną oporność Wyspy, a i nagminną artystyczność jej mieszkańców, zastanawiam się, czy by się udało… stworzyć państwo plemienne. Z jakimś królem może, takim zapożyczonym od duńskiej rodziny królewskiej. Z jednej strony Danię, ale jednak nie do końca… No bo spójrzmy: jeść byłoby co, uruchomienie mleczarni z powrotem dałoby papu lepsze, w lasach wiadomo jagódki i grzybki, dzika zwierzyna też jest, a na polach co komu się podoba siać można przecież. Gdyby tylko dałoby się bić ślimaki, byłby raj…

Tylko że… nikomu się chyba nie chce. Albo i za mało płacą? Bo jakoś współcześni nie umieją zrobić czegoś dla siebie i dookolnego świata. Głaszcze ich wyłącznie owa dobroczynność zagraniczna, bo i o niej głośniej i modniejsza taka. Lepiej zaadoptować odmienne kolorystycznie dziecko, bo przecież wtedy widać od razu jacy to fajni jesteśmy, duper i w ogóle Matki Teresy z nas…

A mi się zdaje, że by się dało. Mamy i kamień i drewno, zużywając niewiele, korzystając z wiatrów i wody, by robiły prąd, no dałoby się. A do tego w sezonie mieć gości i ich tyż doić umiejętnie. Pozwalać im obserwować dzicz totalną. Taką nieśmieconą, dziką i wyuzdaną w swojej prukającej wolności.

Bo przecież to właśnie jest ekologia, żyć w zgodzie z naturą. Nie w lepiance, w końcu bez przesady, przez te kilka tysięcy lat dojrzeliśmy do kamiennych i ceglanych budowli, ale i bez przesady. Bo i o kiego nam przesada. Żyć w świecie, w którym zbierasz wodorosty na plaży, by mieć czym zimą w piecyku napalić, bo przecież one to jakbyś słoninki i oliwy do ognia dolał jednocześnie… i jeszcze robią z siebie zimne ognie!!! Bo… po kiego nam te wszelkie dziwactwa zaśmiecające nam dusze? Po kiego plastikowe cuda, które i tak nie zastąpią pogłaskania przez człowieka, mokrego psiego nosa, czy wkurzającego, jak zwykle liniejącego i srającego śmeirdziela kota? Albo myszki maleńkiej, które no pewno, że w domu nie chcemy, ale spoglądanie na nią, dzielnie umykającą polami przed drapieżnikiem skrzydlatym jest takie cudne…

I słuchając bażantów napalonych, solsortów ćwierających i rudzików… wróbli się jak zwykle naparzajacych i sikorek… nie trza nam wiele. Te fale i plaże, rzeczki i strumyczki, zimowe wieczorne pogaduchy i kołdra skrywająca dwa serca i może książka i muzyka i czasem, bo czemu nie, wsłuchanie się w rozgawory skrzatów, co to znowu na zimę zamieszkały na strychu… oj pewno, że to podglądactwo i ogólnie mówiąc wściubianie nosa, ale czemu nie?

IMG_6444

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Telight i Wiedźma Zmiennością Zamroczona… została wyłączona

Pan Tealight i Brama do Wszystkiego…

„Pośrodku lasu, tuż za starym grodziszczem, które niegdyś tętniło życiem, rozkrzyczanymi kurami dziobiącymi, konikami rżącymi, a dziś jest ino miejscem dla wypasu niewielkich, mlecznych krowinek elfiej społeczności… stoi ona. Tam, gdzie ziemia nierówna, naznaczona, gdzie każdy krok szepcze zaprzeszłe historie, gdzie nikogo już nie ma, a jednak jest ich wszystkich aż tak wiele… jest. W tym dziwnym, zaskakującym terenie, który nie mógłby być wykrzesany natury dłonią… jest. Tam, gdzie kiedyś była i władza i poddaństwo, gdzie miotały się emocj, gdzie brzmiały słowa, gdzie teraz właściwie tylko zapomnienie i gromada rachitycznych drzewek, młodnik dookoła i krzaki i rzeka… i jeszcze dziwna nostalgia…

Ona jest.

Nie postawiła na wystawność i złocenia, na barokowość zdobień ni nawet na najtwardszy, zdolny przetrwać wieki i wiekuistych, materiał. Nawet kamień ma ino w podłożu. I chociaż niektórzy mawiają, że gdyby kopać w dół odnalazłoby się najbardziej bujną, najbardziej wymyślną, kamienno-kutą konstrukcję, w odbiciu lustrzanym w ziemi zagłębioną, rzezaną w granicie, który widać dla tego artysty był ino mydłem… barwną, zdobioną kamieniami i kryształami, z zatopionymi świadkami przeszłości w swoim spoiwie… to jednak to co widzisz, to tylko drewniana furtka. Mocna, ale i niewielka. Zagubiona przy dróżce w brzozowym młodniaku. Ośnieżona zawsze, z pociemniałymi sztachetami w sobie, z dwoma wzmacniającymi konstrukcję pniaczkami. Ot furtka bardziej, niż brama. Bez zamknięcia i bez płotu, jakby niczego nie odgradzała od świata, ale i nie do końca każdego wpuszczała. Jakby nie znaczyła miejsca, ale i…

… czuwała.

Tylko nad kim i nad czym? Przecież większość i tak ją mijała niezauważając. Nie bacząc, nie będąc zainteresowanymi. Mijali, wymijali, może i niektórzy się potykali o jej drewnianość, może i wymacywali dziwną twardość powietrza. Może… A jednak Wiedźma Wrona Pożarta od razu ją zobaczyła i wyczuła. Biegła z nasypu wału tego śnieżnego, skrzącego sie wszelkimi barwami mrozistości dnia, tam, wprost w jej powoli uchylające się ramiona. A może raczej jedno ramię, to w końcu furtka… i choć wielu miało nadzieję na to, że w końcu się wywali, nabije sobie guza, zabawnie się stoczy i stanie się bohaterką kolejnych żartów, to jednak tak się nie stało. Wyhamowała całkiem jak nie ona przed otwartą bramką…

Zatrzymała się centymetry od wejścia, od linii, której już nie można odmienić. Od decyzji, która wybrzmi… nie mogła wejść. Nie pozwalała sobie nawet odetchnąć głębiej, wiatr ustał na szczęście, więc nikt i nic nie mogło jej pchnąć, bo przecież to musiała być tylko i wyłącznie jej decyzja…

A jednak…

Gdy dają ci wszystko, nagle nie wiesz czego chcesz.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9736

Z cyklu przeczytane: „Rok szczura” – … a jednym się wierzy. Po prostu. Niektórym autorom sie wierzy, że znowu popełnią coś niesamowitego. Zwyczajnie. Może i poparte jest to wieloma poprzednimi tomami, no dobra nie AŻ tak wieloma, ale jednak. Pokochałam jej wszystkich bohaterów i znienawidziłam tych, których trzeba było, ale sięgać po opowieść o dziewczynce… miałam obawy.

Ale jednak… kupiła i czytam i KOCHAM!!! Gromyko jak zwykle dopracowała nie tylko bohaterów, ale przede wszystkim ten fantastyczny świat. Jest tutaj i wieska i ludzie i bogowie. Są Widzący i zwyczajni, zadziorni rolnicy. Są dzieci, jakże dziecięce i dorośli, nie zawsze do końca… dorośli. Jest i niepewność w słowach, która zwiastuje coś innego, dziwnego, coś może i groźnego… no i są szczury. Magia jakaś czai się w specyficznej etyce i społecznościach, coś niewyjaśnionego spływa nam pomiędzy palcami… coś grzmi, coś tętni, spoglądamy w niebo wypatrując deszczu…

Najwspanialsze jest to, że niczego nie wiemy, że tak naprawdę wszystko jest tajemnicą do końca. Na szczęście wydawnictwu udało się nie sfafulić tajemnicy i nie odkrywają zbyt wiele na okładce, a język autorki, taki specyficzny, jakże melodyjnie wschodni… gratulacje dla Pani Tłumacz!!! wtapia się w nasze sny!!!

Ten tom Was zaskoczy, nie zawiedzie, a na dodatek wzbogaci!!! Bo opowieść o dziewczynce, nie oznacza przecieś pustej, trywialnej historii, jeśli tylko autor potrafi tak pisać. A Olga Gromyko jest cudowną, genialną narratorką-gawędziarką. Jest moim prywatnym odkryciem. Tym kurcze skarbem, który najchętniej zamknęłabym w swojej piwniczce z autorami i się nie dzieliła… aj, takie moe egoistyczne marzenie. A jednak w dzisiejszych czasach… trudno znaleźć Takich Autorów, więc naprawdę spróbójcie Olgi!!! Warto ponad wszystko!!!

IMG_9689 (2)

Nigdy nie myślałam, że tak mi się spodoba tkwienie w jednym miejscu, często w jednej pozycji męczącej… i podglądanie ptaków.

U nas w trawniku są dobre robaki. Serio, musi to być jakiś niebywały przysmak, bo zlatują się wszelakie mniejsze i większe, zadziorne, powolne, głośniejsze, czarniejsze, szarawsze… barwniejsze. Wrony są codziennym gościem. I szare i czarne, do tego wpadają i kawki i te drugie, co ich zwykle imiona zapominam… sroki. Czyli wiecie, tak wszystko zostaje w jednej rodzinie. Nie naparzają się między sobą, a jeśli już coś się wyrzuca im na uciechę, tudzież niebacznie żre na tarasie… cóż, potrafią być przekonywujące. Może i płochliwe, choć czasem wydaje mi się, że robią to tylko i wyłącznie dla naszego zadowolenia. Spadają z niebios, obserwują z czereśni i żywopłotu, a potem na trawkę. Jedne stoją i obserwują, inne podbierają odważnie, a może raptusowo, co lepsze kawałki i nie mają zamiaru się dzielić. Jedne kroczą, inne tylko latają. Taka Bazylia czy Rubin… oni uwielbiają chodzić. Pazury i skowyczą na chodniku… obserwują nas dziwnie z dołu, a i tak czujemy się a tacy malutcy!!! Jest we wronach moc dziwna… czarowna nawet, magiczna, no i wiedza jak komu oko wydłubać, to też do pionu stawia.

No i mewy.

Wszelakie i różnorodne, choć się zdaje, że każda taka sama. Te młodsze, te starsze, zależnie od pory roku, znaczy czy to czas wysiadywania, czy ino karmienia młodych, przybywają większą lub mniejszą chmurą. Odważne i serio nic sobie z ludzi nierobiące. Właściwie w sezonie, to zaleca się niezbytnie konsumowanie na Wyspie. Znaczy nie obnoście się z parówkami, bo jak jaka mewa głodna, to gdzieś będzie miała wasze swobody żywieniowe… one po prostu wiedzą, że się im należy. Zresztą mają w tych oczach coś takiego, dzioby im się czerwienią i pomarańczowią… i nagle po prostu rzucasz pałaszowanego loda i na dietę przechodzisz… ot tak. Bo bezpieczniej. Dla oczu, ruchomych ciała częście, owych mięciutkich też, w które tak łatwo się dziobem wgryźć, tak cudnie je pazurami rozrywać… takie ciepłe są i miękkie i soczyste…

IMG_9708

Mamy też mniejsze ptaszki. Gulgoczące, gdy tylko któryś z tych zwyczajowo naziemnych bażantów przyjdzie. Podchodzą do nich solsorty i się patrzą, a cóż to za dziwa. Świetliste takie, miedziano-złote, w kuleczki, paseczki, z ogonami długimi z plamką krwistą dookoła oka. Płochliwe, ale i wielkie… ot zdałyby się na rosół. Wypasione takie, dziwnie zadziorne, ale i tchórzliwe… a może dobrze wiedzą, że lepiej uciekać, cokolwiek się dzieje? Bezpieczniej przecież…

Wszelkie odmiany sikorek, pewne siebie i swoich balansujących zdolności, za wszelką cenę i ze wszelkich sił starają cię dobrać do wywieszonych kuleczek z ziarnami. Oj może i by wolały słoninkę no, ale skąd tutaj słoniki… z tego wyrośniętego bażanta? Kurcze piórka możnaby też od niego… ekhm. No więc sikorki. Raptowne i potargane są podobnie jak wróbelczaki. Tu podlecą, tutaj się zahaczą, wieje, ale one niczym wyćiwczone przez wieki akrobatki nic sobie z tego nie robią. Nie mają ni linki zabezpieczającej, ni trapezu pod, siatki rozciągniętej… a jednak chyba się nie boją. A może to wola głodu? Może? Śliczności z nich takie, żółtawo-niebieskie klejnociki z maluśkimi, lsniącymi piórkami… z dzióbkami jakże mocnymi, wnętrzami gorącymi. Jak najbardziej nic sobie nie mają z towarzystwa. Nie odgonią ich inni od jedzenia. Dzielne drobinki słonecznikowych kanarków. Takie tam cuda przecudne… a obok nich wróbelczaki. Maleńkie, puszyste kuleczki. Asz ten jeden to czubek ma zabawny, no patrzcie jaki modniś!!!

Jest we wróbelkach tęsknota taka za rodzinnością i dzieciństwem. Gdy wszystkim zależało na tym, by to małe było bezpieczne i najedzone, gdy dzieciństwo było dzieciństwem… gdy zabawa nie była złem…

No i pomiędzy żeńskimi i męskimi solsortami, a raczej bardziej między męskimi, bo żeńskie strasznie go gonią, przskakuje Pan Rudzikowski. Nie wiem, gdzie on sobie tą pierś farbuje, ale serio dobry stuff, nic nie blednie. Świeci się niczym porzucony bursztynek, lekko brunatny na brzegach. Zalękniony, ale o mocnych nóżkach. Nie umie jednak jak sikorki utrzymywać się na kulkach z jedzeniem. Od gałązek też woli jednak żywopłoty i trawki. Bo w ukryciu zwyczajnie wygląda bardziej tajemniczo. A on to po prostu kocha!!! Tajemniczość… Hmm… mawiają, że taki rudzik, to towarzyski jest gość kurcze, widać jak u mnie jak zwykle inaczej!!!

IMG_9343

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Brama do Wszystkiego… została wyłączona

Pan Tealight i Stany Wiedźmy Skupienia…

„Płynna, pluszowa, ziemista, zwarta, korkowa, pienista. Parskająca, plująca, jadowita, płatkowa, piaskowa, sypkościenna, młócąca… i cała masa innych. Pan Tealight starał się dokonać klasyfikacji stanów skupienia Wiedźmy Wrony Pożartej od pierwszego dnia. Od tej chwili, gdy ją zobaczył jeszcze dziwną, a może tylko zaskakująco nieodgadnioną? A może to jednak było wcześniej? Gdy była właśnie w stanie trzęsacym. Uruchamiającym nie tylko wszystkie kolczyki, ale sprawiającym, że każda komórka odtańcywała własny bal brzuszka… no i rzygającym, o tym też nie należy zapominać, w końcu była w pewnym sensie mistrzynią owego stanu…

Spacerująca, milcząca, gadająca i nucąca…

… pierdząca, cóż ludzka to sprawa przecież, wkuwiająca innych, bo może i umie, ale czasami tylko. Pieniąca się, gdy tylko i wyłącznie zbyt często idiota stąpa jej na czuły odcisj, idiotyczny idiota, tuman plaskaty, zwolennik wielkich monitorów na ścianę, ślepy na potrzeby swojej żony. Ot, wiadomo, stany skupienia wywołują różne czynniki. Ciepło i zimno, nadmierna wilgotność, durne pytania, pojebane odpowiedzi. Nadmierna głupota, lansowanie się na wszelako zajebistego tumana kurzu. A przede wszystki niesłuchanie, wydawanie sądów, bo natura dała paszczę, ale jednak mózg zablokowała… Olewająca, która stanem była sporadycznym niestety, a już w otchłaniach PMSu, to doprawdy lepiej było być dywanikiem, ściśle do podłoża przylegającym…

Zwiewna, kamienna, usilnie nieistniejąca… akurat ten ostatni stan był tym zwykle najbardziej pożądanym. By nikt nie widział, nikt nie słyszał, nikt nie szpilił, a w cholerę, idźcie i bawcie się swoim życiem, won z mojego. Sio, wypierdalać, paszoł won i forsvinde, forsvandt, forsvundet. Rozskupiona, sprzedana, zaprzewierna, opaczna, wierutna, zmiennie niezmienna.

W tym stanie była całością, w innym sobą w trzech osobach. Jednością rozłączności członków, co do których szaleństwa wszyscy mieli pewność.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5133

Z cyklu przeczytane: „Dziecko płomieni” – … wielka. Założę się, że dla wielu to nowość. Założę się, że na widok okładki lekko wami trzepnie. No sorry taka w starym fantastyczny stylu jest… ale nic to, bo zawartość się liczy, sorry! Ja jakoś starożytnie do okładek podchodzę, w moich czasach większość z nich była zwyczajnie w papierze, albo tekturce, tudzież szmatce!!!

Tia, takam zaprzeszła, podobnie jak ten cykl, który w końcu doczekał się kontynuacji na mojej półce. Niesamowity, prawdziwie fantastyczny, podzielony pomiędzy geograficzne i chronologiczne strefy, wciągający. Oto czwarty tom cyklu „Korona gwiazd”, który wkracza na półki księgarń. Możecie spróbować czytania nie znając poprzednich tomów, jak najbardziej… po prostu wkroczycie w tę historię w innym momencie, bez owych wiadomości, świaodmości i wszelkich przebłysków przeszłości, co nie znaczy, że się wam nie spodoba. Największym szokiem może być jednak objętość pozycji. Prawie tysiąc stron, to dla wielu coś nie do przebycia…

Fabuła powieści jest niejednolita. Mamy trójkę głównych bohaterów, trzy światy, ale subtelnie ze sobą połączone. Alain, Liath i Sanglant… tak naprawdę nie wiadomo które z nich bardziej was poruszy, na którego przygody ciąg dalszy będziecie bardziej czekać. Czy ujmie was młody wojownik, czy rozdzieleni kochankowie? A może jednak ktoś całkiem poboczny. Magia, której wszyscy się boją, dziwne dziecko, czy też rasa, która skrywa tak wiele tajemnic?

To tomiszcze, to cała masa historii, które w taki, czy inny sposób się ze sobą zazębiają, które się przenikają i dopełniają. Spisana niesamowicie namacalnie. Obrazowo. Wkraczacie w tę książkę, wciskacie się w najbardziej intymne kątki. Poznajecie wstydliwe sekrety, skrywane uczucia, zespajacie się z niektórymi bohaterami bardziej, z innymi mniej. Przemykacie przez sceny z ich udziałem szybciej, by dotrzeć ku swojemu ulubieńcowi. To prawdziwe, staromodne fantasy czerpiące ze znanych wam baśni, opowieści i legend, oraz społecznych uwarunkowań. To jak historia zmieszana z etnografią, etnologia i archeologia. Jak odtworzenie przeszłości, ofiarowanie im ponownie szansy na zmiany, na podjęcie innych decyzji…

Polecam serdecznie.

IMG_5469

Święta na Wyspie kończą się właściwie zaraz 25 grudnia. Powoli znikają lampki, choinki wraz z pierwszym stycznia. Myślałam, że będzie to na mnie wpływać jakoś dołująco, bardziej szarogęsić depresję, ale nie… W jakiś zaskakujący sposób przy życiu zawsze trzyma mnie zima. Chłodek desperacji, który tutaj sporadycznie spada poniżej zera, więc niezbyt zimno. To oczekiwanie na śnieg, czas, gdy wszystko po prostu przesadza z uroczością, urodziwością i ogólnie mówiąc z pięknem. Może dlatego… a może po prostu nauczyłam się świętować od listopada?

Bo czemu nie…

Nocne przymrozki robią z jesiennych pozostałości cuda. Na listkach i gałązkach osiadają cukrowe kryształki. Znaczy pewno, że raczej są słonawe, nie lukrowe, ale jednak. Wyglądają cudownie. Trochę jak te eksperymenty, które człowiek w szkole robił dziecięciem będąc. Pamiętacie sznurek zawieszony nad słoną wodą, na obrzeżach słoika, który powoli zmieniał się w cud sztuki wszelakiej? Właśnie takie cuda rodzą się na liściach. Jakby serio w końcu to, co niewidoczne, stawało się realne. Nagle ujawniają się wszelkie miniaturowe światy, które czasem wdychamy lub wydychamy… i ważne jest tak bardzo, by nie oddychać, jak się je fotografuje… bo znikną.

Znikną tym razem na zawsze.

Mróz zatrzymuje małe cuda i zamyka je na chwilę dłuższą, lub krótszą, ale by je znaleźć musisz szukać cienia. Przykryć kryjących i kryjówek przykrywających. tam mogą przetrwać nawet cały dzień, jeśli nie ułapi ich słońce. Bo jednak słońce się z mrozem nie lubią. Od zawsze toczą dziwną wojnę… słońce niszczy mrozoszronowe cuda, a mróz zatrzymuje działania słoneczności. Mrozi przebiśniegi, krokusy i inne cuda, które już szykują się, by wyjść na zewnątrz. W moim trawniku już niecierpliwią się cebulki! Niektóre z białych dzwoneczków już wychyliły swoje zielonkawe gałązki i bardzi chcą otworzyć główki, ale chyba wciąż się boją… a może tylko droczą?

IMG_5131

Bo Wyspa chyba śpi.

A raczej drzemie… nie do końca świadoma, ale i nie do końca nieświadoma tego, co się dzieje. A przecież się dzieje, bo pogoda wciąż nie może się zdecydować, czy się zzimować, czy jednak zwiośnić. Ale przecież nie śpi, no nie może, bo w końcu i Tubylcy po niej szaleją, no i znowu dziwne pomysły im do owych łbów przychodzą. Łbów w dziwnych czapkach, mocno przewiewanych. Do owych szalików się po nich wspinających, chociaż takiego drugiego, jaki się na mojej szyi pręży, ciąga i syczy, to nie znajdziecie… Co jak co, ale w tej kwestii, może i praktyczni, ale jednak dość stereotypowi mieszkańcy są ortodoksyjni nawet. A może po prostu nie uważają, że sprzątanie własnym szalikiem jej powierzchni nie powinno być przymusowe? No nie wiem… Widzicie, bo u nas ludziska odziewają się jakoś tak poprawnie. Jakoś tak zwykle sporotowo, nie robiąc sobie nic z wzniosłości wydarzenia, spokojnie paradują w cudownych kombinezonikach, jak hydraulik, czy malarz. I skarpetkach oczywiście. Tak, u nas skarpetki, to całkiem inny temat!!!

Ale najpiękniejsze jest to, że wszystko wolne takie i swobodne. Nawet w wymiarze tych skarpetek, które istotne są przeraźliwie, jeżeli wszędzie buciki trza zdejmować. Wybitnie czadowe są takie z ABSami, znaczy się z gumeczką i tak dalej na podeszwie. Lans i dbałość o plecy, pośladki i kolanka!!! Bo przecież zamiast dywanów, to na Wyspie zwykle są podłogi drewniane i figurowe!!! Salto saltem, ale spokojnie potrójnego aksla trafisz!!! W jądra!!!

No wiem, że Wyspa jest niegrzeczna. Sprośna nawet, jak się tak przyjrzeć jej… dziwnie zezwalająca na wszelkie cielesne nieporządki, na wszelkie zaskakujące może i kontakty, oraz dźwięki. Mlaskająca i stękające, jęczące i mdlejące… Bo przecież w życiu o to chodzi. By macać, dotykać, muskać i głaskać. Całować nawet, ale to wiecie, gdy już się przeskoczy te wszelakie bazy. Bo co jak co, ale przede wszystkim Wyspa jest starodawna!!! Szarmancko sawoirwiwrowa!!!

IMG_9689

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Stany Wiedźmy Skupienia… została wyłączona

Pan Tealight i Pan Z Pięciu Bab…

„Pińć żon ma? Pińć? – dopytywały się Wiedźmy z Pieca.

– Bo miłość, to się musi mnożyć,
lecz czy do tego trza chędożyć?
Leczy czy dp tego tak mocno trza,
do każdej baby mieć nosa?

Ojeblik… mała aczkolwiek wielce namolna, wciąż wyraziście pozbawiona kadłubka i szyjki, pieczołowicie ucięta główka, naprawdę wiedziała więcej i nuciła o tym zadzierając nosa wszem i wobec, prosto w kostki właśnie wkraczającej do Białego Domostwa Wiedźmy Wrony Pożartej Przez Książki… Wyraz twarzy potarganej niewolnicy Wyspy nie wyrażał jednak zaskoczenia. Czyżby naprawdę przywykła już do wszystkiego? A może po prostu jej to nie obchodziło?

A może?

Może jednak coś wiedziała?

Przeczuwała i śniła… dlatego Pan Tealight siedzący w pozie nader skulonej, z wielkim ręcznikiem na twarzy, nie zaalarmował jej kobiecych, opiekuńczych wnętrzności. No ba, pewno, że istnieje możliwiść, że ona ich serio nie ma, ale wiecie… nie mówmy o tym. Poruszenie w Białym Domostwie pośród pensjonariuszy Sklepiku z Niepotrzebnymi było wyczuwalne, widzialne i namacalne, jeśli akurat ktoś wpadł w chmurę nerwowo wydalanych oparów z komina. A wszystko przez nową rodzinę Aniołowskich, którzy sprowadzili się do Chatki w Ogródku. Mężczyznę wielkiego i zarośniętego, o gabarytach niedźwiedzia i jego pięć niewielkich blond małżonek. Jedna była nocą jaszczurką, inną bocianem, kolejna zmieniała się w krzak jałowca, a dwie ostatnie, wyglądające jak bliźniaczki, o lekko kręconych włosach i nadmiernie jasnych oczach, co noc lądowały pod mostem, u Teściowej Trollicy. Poza tym byli to najbardziej grzeczni, przeraźliwie etyczni, wykształceni, piękni i niesamowicie pogodni ludzie… więc dlaczego niepotrzebni?

Wiecie…

… wszystko okay i w ogóle, żony Aniołowskie cudownie gotowały, wprost tętniły życiem, a ich dzieci zdawały się nie istnieć, ciche, poukładane, jakby sterowane magiczną różdżką o zaskakująco miękkim zakończeniu. Wszelako pomocnych dłoni, i to takich wciąż przytwierdzonych do kadłubków, zawsze było zbyt mało… a jednak w powietrzu zawisła niepewność dziwna. Wiedźmy z Pieca zorganizowały się i od rana, gdy tylko je miotły świerzbić zaczęły, zaczęły najpierw palety szykować, a na nich farbki i inne maziaje. Już po chwili wszelakie lustra, jakie mogły się uchować, oraz inne powierzchnie odbijające w postaci garnków, szybeczek, szkiełeczek i polerowanych skórek, zaczęły przed nimi umykać. A przecież nie tylko im nagle zaczęło zależeć na tym, coby wyglądać pięknie i wyskokowo. Księżniczki i Królewny Sp. z o.o. też zaczęły kręcić papiloty i rolować uszy. Ozdabiały się milionami rosowych kryształków i tuliły brwi do drzewnianych węgielków. A buraki to wprost nagle stały się deficytowy towarem. Ale za to jakie policzki wszyscy mieli… oj!!!

W końcu jak ma pięć, to czemu nie sześć?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9934

Człowiek nagle się dowiaduje, nie żeby nie miał kompletnie o tym pojęcia, umie czytać, ale zderzenie się z tym, że serio wielożeństwo nie jest wyłącznie plemienno – starodawne, nie wyłącznie niecywilizowane i tak dalej, jak to reszta świat kocha mawiać… ale nie o to chodzi. Jakoś facet z pięcioma babami nie wzbudza we mnie popłochu. Raczej tęsknotę za czymś, co się kiedyś zwało rodziną. Miejscem, gdzie ludzie w taki czy inny sposób połączeni krwią i innymi zależnościami… po prostu byli. Byli dla siebie samych i wzajemności. Oczywiście, że czasem włazili sobie na głowy, oczywiście że się kłócili i czasem podkopywali sobie życiorysy… ale jednak byli. A teraz, cóż. Wszystkim się wydaje, a może raczej się im wmawia, że samotność to jest coś, co pozwala im na wolność… i okay, ale czy na pewno? Czy to wybór, czy manipulacja, by konsumować ile wlezie? Oj, wyjdzie ze mnie jakaś kurcze spiskowa teoria… nie, to tylko obserwacja. Ja miałam babcię. Czasem zajętą, ale jednak babcię, a teraz… instytucja babci-rozjemcy, nie istnieje. Kogoś, kto uratuje przed rodicami, co ja gadam, rodzice też nie istnieją, bo przecież wszystkim się wydaje, że szkoła wychowa dzieci i internet… a taki facet z kilkoma żonami, to nigdy nie jest sam. One, chociaż wzajemnie podzielone zazdrością, chociaż tak naprawdę wcale nie tkwiące w raju, jednak są dla niego i dzieci. Bo oczywiście za żonami idą dzieci. Ale bez przesady, kilka na żonę.

Kiedyś kilka żon oznaczało nie tylko wyższy status, ale przede wszystkim ową opiekuńczość rodzinną. Mężczyzna (ale i odwrotnie) brał za żonę żonę zmarłego brata, by zapewnić jej wyżywienia i bezpieczeństwo, ale i położyć łapę na majątku. To w końcu ludzie, więc sporadycznie robimy coś z dobroci serc… dziś jednak to przecież nie jest potrzebne. Miejscami mamy tzw. równość, aczkolwiek babom zawsze się oberwie. Tak się przekonałam niedawno, bo wciąż była niedowiarkiem w tym temacie. Ale… jak to jest jak kobieta, ma żony? Kurcze?

Tia, Wyspa nie różni się w tym aspekcie od reszty świata… mocno.

Rodzina tutaj nie istnieje właściwie.

Są dzieci… oj pewno, że są, ale co do reszty, to nie ma. I wiecie co? Strasznie to smutne. Są starsze osoby bardzo samotne, młodsze równie samotne i wiele dróg pomiędzy nimi… jakoś spotkać sie nie mogą. Smutne to takie… z jednej strony świat strasznie piękny, zmuszający do odnajdywania siebie, a jednocześnie wciąż niemożliwość odnalezienia innych. Ale zawsze są przeróżne spotkania. A na nich zawsze jedzenie i kawa. Począwsy od wystawy czy wyprzedaży, po aukcje i inne szaleństwa, zawsze znajdziecie na nich i ludzi i jedzenie!!! Coś w tym jest. Z jednej strony wszelako sportowo ustosunkowani ludzie. Serio, grubasów to u nas nie ma, każdy pływa, ćwiczy, biega albo chodzi, nie ma sposobności by tyć, a i cukier lekko na minusie u nas, a z drugiej… wciąż jedzą? Jedzą i świeczki palą. Lulki pewno też… tańce, hulańce, lecz czy swawole? Ale gdzie miłość? Gdzie w tej całej wolności pozwolenie sobie na związki? Bo wszystko pięknie i cudnie, rozwód dostaniecie przez neta, ale co z przysięgami i bezpieczeństwem?

Czy można to zamienić na zapewnienia państwa, że pomogą? Przecież ono jest takie dziwnie nienamacalne.

IMG_8328 (3)

Nazywają Danię Krainą Szczęśliwości… a ja wciąż tego nie widzę. Tak, jest tutaj łatwiej, tak jakoś pewne sprawy są prostsze jeśli się tutaj urodziłeś, ale… też prochy na radosność wydają od ręki, a człowiekowi z człowiekiem zawsze jakoś pod górkę. Może te badania jednak wymagają dzielenia szczęśliwości przez ilość dni deszczowych i szarość, oraz podwyżkę czegoś tam w markecie, brak sezamków i krówek? No i oczywiście mnożenie przez rozmiar zwyczajowej pupy…

Nie upieram się.

Mi Wyspa wystarczy.

Raz na pół wieku mogłabym wyjechać na zakupy poza nią, w cywilizację jakąś, i finał. Tosz na co mi w tych warunkach atmosferycznych butów miliony, czy najnowszej mody galoty? Kto mnie tu oglądać będzie? Szpilek też nie wsadzę, bo jak w nich iść na spacer? Nie maluję się, bo serio mówiąc pięknie się wygląda wyłącznie, gdy dobrze cię oświetlą, a tlen uderzy do głowy… więc po co? Kolczyki mam, bo Wyspa fajnie na nich gra, a poza tym mocne buty, portki i bluza i koniec, kropka, moda jak ta lala… chociaż lekko z demobilu i niezbyt na schwał.

A tak w ogóle, czym jest szczęście?

W poziomie wyspowym zdaje się być wyjazdem na Majorkę po sezonie, bajeranckim sprzętem w domu i plazmą. Poza tym, może spacerowaniem, co? Bo jednak wszyscy spacerujemy. Chodzimy, szlajamy się, odpychamy od drzewa do drzewa, jakbyśmy wciąż musieli sprawdzać, że Wyspa istnieje, że wciąż tutaj jest? A może chodzi o udeptywanie? Może gdybyśmy nie łazili, ona w końcu by zwątpiła w istnienie ludzkości i zwyczajnie by zniknęła? A może… właściwie owych „może” być mogą miliony. Zależne od zasobów wyobraźni i względności szaleństwa w tym, co jest pojemnikiem na nią… Jeśli o mnie chodzi, wolę wersję, że nie istniejemy, bo gdy w końcu ktoś przybywa, gdy nagle jej dotyka, gdy uzmysławia sobie, że to może istnieć i może być jego tylko i wyłącznie, coś się zmienia… nagle znowu wierzymy w jednorożce. I nie trzeba spotkać tego, co żyje pod Aarsdale.

A może…

IMG_5112

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Pan Z Pięciu Bab… została wyłączona