Pan Tealight i Furteczka…

„Wiele ich jest na Wyspie.

Wszelakich drzwi, bram, odsuwajacych się zasłon, welonów, stor… parkaników, parawanów, rozchwianych wrót… ale Furteczka jest jedna. Nie prowadzi kompletnie nigdzie. Ma na sobie co prawda numer 13, obdrapaną farbkę w niebieskawych, wielowarstwowych odcieniach, ale… mimo ścieżki za sobą i majaczącego domku, nie próbujcie jej poruszyć, jeśli chcecie gdzieś dotrzeć. A ta cała reszta, no cóż, gdzież musiały się przecież ustawić. Nie prosiły się o moc przenoszenia w inne światy, czasy i wszelakie pokrętności umysłu…

Ale Furteczka, no właśnie nigdzie nią nie można było przejść. Ni wcisnąć nogi, ręki, ni nawet i nosa. I to nie dlatego, że od razu odcinała wpychane cząstki ciała, zresztą no czymś musiała się żywić, a głupi sam sobie przecież winny… serio trzeba było pchać, żeby w ogóle coś się wcisnęło, a i tak, no nic z tego. Stała sobie ta drewniana, szczebelkowana, spiczasta górą i dołem ścięta, furtka, prawie zaraz nad brzegiem morza. Prawie w wodzie, prawie w piasku, otoczona skalnym, omszonym murkiem, skryta za wielkimi głazami, grodząca i nie wpuszczająca… a jednak…

Widzicie, bo z Furteczką to było tak, że nie prowadziła nigdzie, ale jeśli mieliście problem, to była właśnie Tą Furtką… ostatnim wyjściem z opresji. Jedyną możliwością, oczekiwaną zmianą miejsc i poprawą sytuacji. Ogólnie mówiąc… nikt o niej nie wiedział, więc totalnie się opindalała iw robocie i po prawdzie nawet sama już nie pamiętała, na czym kurna polegała ta jej robota. Czy mieli przekręcać ten kluczyk, czy nie? Czym płacili i czy to ona otwierała, czy oni w sobie otwierali i kto po wszystkim sprzątał te wszelakie, nadmiernie organiczne szczątki?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_9911

Z cyklu przeczytane: „Akademia Dobra i Zła” – … zaskoczenie. Naprawdę. Dano mnie tak nie zaskoczyła powieść… dla dzieci. No dobra, dla większych dzieci, ale wciąż… bajka. Bajka może i trochę współczesna, ale bardziej, jakby Grimm Bracia i Andersen wzięli się pod ramiona, poczytali Harry’ego Pottera i spojrzeli na naszą współczesność, a potem… napisali coś po swojemu.

Wciąż po swojemu, bez tej całej nowoczesności.

Bohaterki są dwie… jedna ciemna, druga jasna, ale tak naprawdę od pierwszego wejrzenia mamy wątpliwości. No ale. Wiecie, to dobro w dzisiejszych czasach nie zawsze jest takie, mało uszczypliwe, więc… więc czytamy dalej. I chociaż podejrzewamy co się wydarzy, ciągle nas to wszystko zaskakuje. Tymi postaciami jak z bajki niebajki, tym językiem, który bardziej dorosły niż dziecinny szczypie w pośladki. Tymi wilkami, wróżkami, kontrastami…

Tym zakończeniem niepewnym…

Naprawdę dobra powieść. Zabawna, dociekliwa, mostalgiczna, w której i dobro i zło mają wady, w której wszystko razem jest po prostu ludzkie!!!

I to z obrazkami!!!

Coś do poczytania i dla mamy i dla córki?

IMG_9848

Maj…

Znaczy kwiecień przyniósł ogólną słoneczność, jeden powalający ciepłem dzień, dużo smrodku i oczywiście niewiele deszczów. A poza tym… wiosna nadal trwa. Coraz więcej ludzi dookoła. Mnożą się jak te spadające z góry płatki w lesie. No wiecie, u nas kurcze to jak się zasieje tak wyrośnie, co ptaszek wysra w zagajniku, to będzie kwitło, więc nawet w iglastym gąszczu da się załapać na te płatki. No i oczywiście oznacza to znowu otwierające się sklepy. Po całym zakręcie wielkanocnym, teraz już na dobre życie handlowe powraca do miasta i na ulice. Bo małe stoiska, te przydomowe, te szalone, naiwnie pięknie pozostawiające odpowiedzialność w rękach nabywcy… też wracają. Już można gdzie niegdzie kupić zioła i kosmiczne sadzonki, kamienne trolle, niesamowite w kształtach twory i potwory. Znaczy wraz z majem sezon przejdzie z lekkiego mżenia w intensywny kapuśniaczek i z każdym dniem będzie gęstniał… Nowe rejestracje na ulicach, nowi wariaci…

Czasem mi się wydaje, że ta cała sezonowość nienaturalna, a ludzka, sprawia, że Wyspa odżywa. Jakoś tak karmi się przybyszami, by potem, w czasie ciemniejszym, zimniejszym, bezlistnym całkiem, móc podnosić na duchu tych, którzy w niej mieszkają. A może i podgryza Turyściznę? Kurcze, wiecie, kto tam wie jak z tą Wyspą jest? Tak na pewno i do końca? No ja na pewno nie wiem.

Pola, które nawet w ciągu zimy były zielone, teraz wzrastają nowością. Tymi głęboko zielonymi radośnie listkami. Tymi korzonkami bieluśkimi. Tymi… no wiecie, w zależności od tego, co tam posiano i posadzono. Podobno tutaj u nas stawiają w tym roku na rabarbar! Kurcze, może i jakieś ciastko z kruszonką by z tego było? Albo i lody? Niech żyje nam zmiennopolówka, trójpolówka i ogólne tam pomysłowe sianie.

IMG_9092 (2)

Maj…

Czas na skoszenie trawnika.

Czas na chwastów mordowanie… ale jeszcze przez chwilę, sekund pięć, ucieszę się tymi niezapominajkami, które wprowadziły się nam do ogródka. Nosz rozpleniły się w te i wewte, jakby chciały koniecznie nam o czymś powiedzieć, o czymś może przypomneić, a może i zmusić do… zapomnienia? Kto tam może wiedzieć? Bynajmniej ten spory dywanik na zielonej, wysokiej trawce poznaczonej mleczami i stokrotkami, jakoś mnie zniewala. Jest tak bardzo niemożliwy, tak dziwnie magiczny bardziej niż zwykle… jakby dopraszał się nieścinania? Ale i stokrotki powariowały w tym roku. Postanowiły pójść w różowości i buraczkowości. A co. Biel widać w tym sezonie nie jest koniecznością genetyczną. A może jednak to błękit niezapominajkowy, jest w tym seoznie najmodniejszy? Bo niebo coś mocno stara się dopasować do niezapominajek…

Mniejsza o trawnik, gdy po ulicy jeździ spluwaczka. Znaczy boksująca dziwnie, dźwiękowo, maszyna, która pianką polewa chodniczki i brzegi asfaltów, coby uzmysłowić chwastom, że raczej nie są tutaj miło widziane. Ech! Oczywiście, że porządek jest super!!! Bez urazy, mam swoje natręctwa i wstręctwa, ale jednak szkoda mi tych pięknych mleczyków, które udowadniają, że można. Że da się przebić i asfalt i kamień i rosnąć! Że wystarczy chcieć i poddać się siłom natury.

Gdy nadchodzi czas odkrywania ścieżek spod wiosennej narracji dookolnej, czas i na pierwiosnki, które serio zaliczają opóźnienie w tym roku, no i te żółte takie niby tulipanki… czyli dzikie tulipanki. Żółte, bardziej wrażliwe, dziwnie bardziej delikatne, jakieś takie niepewne, ostrożne, a jednak spragnione wzrastania. Najczęściej wyłaniają się na poboczach, z gęstej, długiej już, ciemnej trawy. Jak małe słoneczka, dziwne niespodzianki, które powodują, że przestajesz patrzeć, a zaczynasz… widzieć. Niewielkie, podobno zagrożone wyginięciem, więc jeśli spotkacie je na dordze, zagadnijcie do nich, pogłaskajcie leciutko, oddechem muśnijcie, zdjęciem utrwalcie…

Maj…

Na szczęście jest wolne!!!

IMG_8847

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Furteczka… została wyłączona

Pan Tealight i W Jej Imieniu…

„Deszczowo…

… jakoś tak się w końcu zrobiło i mokro i wilgotno. Jakoś tak… nie, nie chodziło wcale o to, że spacerująca Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki wystawiona została na widok publiczny, łąkowy i nagły, końskich Wielkich Szejdów Greja. Nie… nie chodziło o to, że świadkiem była, ale nie przyzwoitką, gdy niewielkich rozmiarów, ze skrzydełkami złożonymi, Miodowy Kucyk próbował dosięgnąć swym mieczem świetlnym Wielkiej Podziemnej Konicy… nie… Nawet nie chodziło o to, że widziała wszystko, dosłownie wszystko, gdy mu się nie udało. Nie!!!

Chyba nie?

Chociaż kto to tam wiedzieć może, z Wiedźmą Ptaszydłem niczego nie można było być pewnym. Niczego!!! Nawet w Jej imię… Pani Wyspy. Bo widzicie, Ona co jak co, ale nie miała nic przeciwko cielesnym zabawom. Podglądaczka Jedna!!! A może tylko estetka? Zwolenniczka korzystania z tego, co dane od natury? Człowieczeństwa płciowego i pokręconego, szalonego, namiętnego, posiłkującego się hormonami, uczuciami i wszelakim umysłowym zblamowaniem… A może jednak, po prostu lubiła, tą dziwną, w więzy wszelakie pakującą, radosność dającą, oszałamiającą i pokręconą… miłość? A może za czymś tęskniła?

Może…

Wiosna, jak nic!

Nawet Pan Tealight, zwykle rezerwujący sobie uczuciowość na zimowe miesiące, coś czuł pod szarą powłoczką. Coś mu się w piersiach telepało, gdy tak siedział w ukochanym fotelu, siorbiąc herbatkę z dziwnych listków, z ukochanego nowego kubeczka z uszkami i ogonkiem – ekhm, sorry za tego rudego kota sąsiedzie – i spoglądał na rzekę, na Pana Windmilla za nią, na Chatkę Wiedźmy… i to wszystko, co się w niej działo. A na pewno się działo…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_5127

Z cyklu przeczytane: „Projekt kraken” – … kurcze. Uzgodniliśmy już, że coś autor ma do sztucznej inteligencji. Może to pasja, może tylko ukryte pragnienie? A może jednak nad czymś pracuje w przydomowym laboratorium… bynajmniej oto kolejna powieść Prestona o SI. O Dorotce.

A tak.

Dorotka, super inteligentny program ucieka swoim twórcom. A dokładnie swojej twórczyni. Srawia to całą masę kłopotów, którymi zająć się ma nasz znajomy specjalista od wszystkiego Wyman Ford. Oczekiwać możecie więc pościgów, inteligencji i ogólnej sensacji!!! Oraz samej Dorotki, która wcale nie jest taka… zerojedynkowa. Wprost przeciwnie, bardziej żywej być nie mogło…

Może i najsłabsza z powieści Prestona, ale wciąż intrygująca, jakaś. Może i autor nie do końca wiedział czego chce od niej, co chce pokazać, czy tylko walkę między Bogiem i człowiekiem, czy jednak coś bardziej ludzkiego w technice, a może zgrozę czyhającą w samym człowiekczeństwie… bynajmniej zmieszał w tej opowieści tyle nici, że nie da się wysupłać tej głównej. Ni sama Dorotka i jej Matka – Księżniczka nie są nimi, ni opowieśc o chłopcu, który stracił samego siebie… ni jego rodzina, ni przeszłość Księżniczki, która do tego doprowadziła, ani ci, którzy pragną programu dla własnych, brutalnych celów. Żadna z osobowości nie jest opisana do końca – co pozwala zauważyć jak idealnym duetem jest Child i Preston – żadna sytuacja do końca jasna, a jednak… książka wciąga. Powoli się rozkręca, osiąga bolesną kulminację w ludzkiej zawiści i nienawiści, a potem… opada.

I coś w nas pozostaje… masa pytań, dziwne podenerwowanie. Częstsze ucieczki w naturę, drażliwe nieścisłości codzienności.

IMG_8868

Wlokę się wybrzeżem…

Czarowne wybrzeże ma moja Wyspa. Po prostu czarowne. Najpierw niby idzie się plażą… niby tylko, bo kamienista akurat ta tutaj. Nie można się oderwać od tych kamyczków, nie można. Tamten wygląda jak kobieta, ten znowu jak małpeczka, a tamte, jakby ktoś serio stworzył całą armię dziwnych robaczków. I te kolory. Kto mówił, że piękne są ino te kosztowne i dziwaczne… głupiec jakiś! Patrz, tutaj zwykła plaża, zwykłe morskie fale i co… i zielonkawe i czerwone i różowe i purpurowe. I wszelkie odmiany kryształów i może i agaty i pierun wie co jeszcze. Mieniące się, magiczne, takie dziwnie dzikie, nieszlifowane, a szokujące. Niby i plaża jest pokryta ino gnejsami, wapieniami, jakimiś skamielinami i kawałkami granitów, a jednak… nie możesz się oprzeć. Al przecież iść miałeś, więc zostawiasz plażę i powoli wkraczasz w las nabrzeżny. Mijasz umocnienia poszwedzkie, krok za krokiem docierasz do dziwnego miejsca, w którym podobno można biwakować. Hmmm, przy tylu obostrzeniach, nagle się okazuje, że są i takie miejsca, nosz kurde, są takie miejsca. Ognisko można tutaj rozpalić, namiocik sobie postawić i to nie tylko taki namiocik, wiecie w spodenkach taki namiocik, ale ten, do którego kurna cały się mieścisz. I to może z dziewczyną. Albo chłopakiem, psem, plecakiem czy dmuchaną lalą. I to gdzie… na plaży. Pod drzewami co prawda, ale w zacienieniu miłym, blisko wody i rzeczki… chociaż akurat te ostatnie to mamy często. Strumyczkowe, skapujące, cieknące, moczopędne…

Oj tak, skapuje mimo suszy nabrzeże. Cieknie, nawet wodospadziki robi nienazwane, cieki, strumyki, potoczki góskie więc… idę dalej. Mijam kolejne plaże, wspinam się i nagle jestem ponad wodą. Wysoko dziwnie bardzo. Po prawej przestrzeń, spadek nagły w wkierunku fal, a po lewej mam skały. Wybrzuszone, porośnięte, nagie i dziwnie ukształtowane. Czarowne. Jak śpiące twarze oderwane od ciał. Zagubione, a jednak nie tęskniące za swoimi członkami. Może i tu im lepiej? Idę jednak dalej. nie słucham jak chrapią pod mchami, bluszczami i zawilcami. A co… odrobina ziemi i można rosnąć. Nagle ścieżka włazi głębiej w las, potem znowu powraca na samą granicę między ziemią a wodą. I ponownie opada w dół. mijam kolejne plaże, znowu czuję się taka bardzo niska i nie jest mi z tym źle… Kolejne umocnienia, dziwnie wygięte krzewy i krzaki, drzewa i same pnie rozszczepione wiatrem, grzmotem, lub zwyczajnie rezygnujące z pięcia się w górę.

IMG_0058

Idę… i ścieżka się kończy.

Muszę przyznać, że było to zaskakujące, gdy nagle ścieżka ziemna, dotąd tzymająca się zieleni, codownie i miękko okolona czosnkiem niedźwiedzim i zaiwlcami… teraz nagle znika. Kurcze… co teraz? A! Mały przerywnik!!! Wiecie, że podobno czosnek w Kopenhadze schodzi za ciężkie korony! Pełne korony, żadne tam dziergane tiary!!!? Nosz kurcze, a tutaj niedługo go kosić będziemy!!! Hmmm? Mniejsza, gdzie to byliśmy? A, poza ścieżką. Ale nie ma boja, nie włażę do wody, chociaż pewno przy większej fali cała ta przestrzeń znika, kamienie stają się wysepkami… Dobrze, że nie ma tej fali, dzięki temu względnie suchą, ale ubłoconą stopą, docieram przez kamienie do różowej półki, a może kładki raczej? Do występu skalnego, lekko wydeptanego, wytartego krokami, falami, idę i ja. Wycieram kryształki, wgniatam granitowe cudowności. Kurcze, ale to wszystko różowe, rubinowe, winne takie. Asz kurcze, napatrzeć się nie można, ale przecież trzeba iść dalej… Czy mówiłam, że idę od Salene Bugten do Muzeum? Nie?

No to teraz mówię.

Jest dość mroczny, deszczowy dzień, a jednak ciepły… wietrzny górą, spokojny dołem. Wcale nie jest tak źle… idę dalej. Na skalnym występie czuje się człowiek jak jedyny na tym świecie. Ostatni. Jedną ręką trzymam się skał, chociaż nie potrzeba, przecież po drugiej stronie nie jest tak głęboko, a jednak wolę się trzymać. Jakoś tak, nie tracić kontaktu z Wyspą. A jednak… cieszę się, że skała zakręca i znowu jestem na kamienistej plaży. Pod stopami znowu te kamienne twarze, dziwne uśmiechy, dziwne wytrzeszcze, masa schodków zrobionych chyba dla kogoś znacznie wyższego, z dłuższymi odnóżami, prowadzi mnie do góry. Znowu spoglądam na linię brzegową sponad metrów… dwudziestu? Barierka raczej chwiejna, miejscami połamana, więc lepiej uważać, a z drugiej strony pola. Wschodzące. Pod stopami tym razem żółte pierwiosnki!!! W końcu je znalazłam. Pierwsze w tym roku. Dziwne to, czyż nie powinny być pierwsze? Ekhm, może się spóźniły? Może? Bynajmniej wąską stróżyną idę dalej, poprzez kolejne załamania terenu polanki międzydrzewne z połaciami fioltowych fiołków i białych zawilców, pola czosnkowe, inne wschodzące kwiaty, sporadyczni w gęstwieni ukryte domki. Jedne odwiedzane, inne jakby trochę zapomniane. Aż chce się je obejrzeć, odmalować, poruszyć tą zardzewiałą łódką i sprawidzić co to za drzewka owocowe tak kwitną i pachną oszałamiająco?

Idę i idę i idę mijam wodospadzik, dziwne zakusy wodno-rzeczna i schodki prowadzące w dół. Skały przyjmują dziwaczne kształty, jedna z nich wygląda jak gigantyczna, wielotonowa głowa pawiana!!! Serio!!! Kto to tak rzezał? Idę dalej… i powoli zdycham. Z powortem serio biorę asfaltówkę!!! Może i to trochę dalej od linii morza, ale mniej korzeni i podskoków, czołgań się pod połamanymi drzewami i wdrapywaniem się na skały. Trzeba przemyśleć bolące podeszwy… i wrócić do domu.

IMG_3960 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i W Jej Imieniu… została wyłączona

Pan Tealight i Damulka Wszelakiej Smrodliwości…

„Mgła.

No kurcze, tak to serio jeszcze nie było, by Nadmierna Wrażliwość Zawstydzonego Nawożenia przeobraziła się w natarczywą mgłę. Wciskającą się we wszystko i na zawsze odbierającą zdolność własnego aromatów wydzielania. Po prostu sprawiającą, że nie tylko wnętrze, ale i zewnętrze łączyło się we wzajemnej w kir odzianej mroczności, by cierpieć. By łkać i cierpieć. By łkać, cierpieć i smucić się. Zwyczajnie zasmradzać wszystko to, co już smrodliwe a i to, co wciąż jeszcze pachnące.

Nadmierna Wrażliwość Zawstyczonego Nawożenia oczywiście wiedziała, że śmierdzi. Powiedzmy sobie szczerze, że nie tylko wiedziała, ale ogólnie miała problem z zaakceptowanie swojego wnętrza, zewnętrza i tego, co się za nią ciągnęło, co naznaczało innych, prowadziło do torsji całe otoczenia i w ogóle… ale co miała zrobić? Przecież taka była! Była ekologią. Boskością wzrastania i owocowania. Tym magicznym płynem, który pomagał wszystkiemu wzrastać. Ową mocą… wydzielin zwierząt przeżuwających, która to dość kanibalistycznie karmić miała…

Oj wiecie… śmierdziało.

Nie pomagały na owo śmierdzenie ni dziwne napary Ojeblika – małej, uciętej główki, ni maści Wiedźm z Pieca, ni nawet napar wykręcający zmysły, który ostatnio produkowały Uszczerbnięte Księżniczki. Nawet te wynalazki, które to sprawiały, że zwłoki dawały się kroić bez krzyków w ulubionych serialach Smoka z Komina, nie dały rady. Śmierdziało wszystko i wszyscy. I te jabłuszka z zagranicy i te marchewki i nowalijki, które pojawiły się w lesie i czosnek misiowy, a i nawet kwiatuszki, które Podniebni Spawacze mieszkający w Podziemnych Ziemiach… robili ostatnio w słodkim cieście z sosikiem z mleczyków. Świeżo uprane ciuchy śmierdziały i przedmioty nigdy się nie zderzające z rzeczywistością zewnętrznego świata…

Śmierdziało…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_6340 (3)

Z cyklu przeczytane: „Próba ognia” – … yyy. No właśnie. Opowieści o Salem cała jest masa. O Proctorach, wiedźma, no i oczywiście o samej Titubie. O tych wszelako magicznych, albo ino obżartych nadmiernie ziarenkami ze sporyszem ludziach, którzy… widzieli. Albo tych, którym się tylko wydawało, albo po prostu i zwyczajnie mieli zwidy i nadmiernie byli religijni.

Tym razem jest jednak trochę bardziej inaczej. Bohaterką jest młoda dziewczyna. Nieprzystosowana do życia. Zawsze chora, zawsze zagubiona, a jednak spragniona codzienności. Może i ma siostrę, na którą może liczyć, ale co do matki, to raczej nie. No i miłość… ma ją, czy nie? A może to wszystko jest tylko ułudą? Może rzeczywiście istnieje inny świat, w którym mogłaby… być!!!? Czymś więcej, kimś prawdziwszym. Ale czy tamten drugi świat to prawda? Czy to, co tam czuje, przyjaźnie, które nawiąże, zgroza, która się pojawia, naprawdę mogą ją zranić? No i co z tą magią? Przecież ona urodziła się w dość zwykłym świecie, jest normalną dziewczyną…  może była?

Miła, przygodowa opowieść. Coś dla nastolatek, coś o magii i miłości, coś na dobrze spędzone chwile. Prosta opowieść o poszukiwaniu siebie, o odnajdywaniu się w innym środowisku, niesamowitej krainie, ludziech niby takich samych jak ci, których znasz, a jednak… tylko zewnętrznie. To nie tyle opowieść o światach równoległych, co zwyczajnie przygoda dla wrażliwych. Raczej dla dziewcząt, chociaż, może i chłopcy powinni do niej chociaż częściowo, zajrzeć…

IMG_9888

No śmierdzi.

A raczej od tygodnia tak wali, że trudno utrzymać nie tylko własny aromat w ryzach, ale i dziwnie spogląda się na wszelakie nowalijki. Bo wszystko zielone i wschodzące, nagle już nie pachnie niewinną wiosnowością, ale po prostu gównem wali!!! Nie no, ja rozumiem ekologię i tak dalej, ale kurcze ten aromat natury wypala mi oczy, śluzówkę w kupówkę zamienia, a o oddychaniu to w ogóle trzeba zapomnieć. Ani nos ani usta, ani skóra. Nosz koszmar. A i w domu głupio tak mieć okna pozamykane, bo przecież wiosna, co nie? Wyjść nie wyjdziesz, siedzieć nie usiedzisz, więc miotasz się jak ten kurczak w potrzasku pomiędzy rosołem, potrawką, a kotlecikami z piersi. Wiecie, czasem zwyczajnie, no dobra, nei czasem, ale zawsze… natura rządzi!!! Nie da się tego przeskoczyć, obejść się też raczej nie uda, a przywyknąć… Niby nos powinien przywyknąć i co?

I kiła mogiła moi państwo!!!

Przy takiej mocnej aromatyzacji Wyspy, trudno odnaleźć ową spokojną morskość i bryzowatość i leśne ukojenie, i w ogóle. Samego siebie, wiecie. Ale warto poszukać. Bo przecież smrodliwe pola to ino smrodliwe pola, może i w przeszłości robiono to inaczej i mniej waliło, ale… pamiętam dziwny wieczór i chłopca, który bardzo chciał ze mną zatańczyć, a mi się zrobiło niedobrze, po śmierdział jak otwarte wrota obory. Bo wiecie obora i stajnia różnie śmierdolą. Do dziś mi głupio, bo na pewno się krzywiłam tańcząc, ale dałam radę, więc i to jakoś udźwignę. Poraził mnie tutaj lat kilka temu taki smog nawożenia, wypalający wszystkie komórki, sprawiający, że nagle uczysz się oddychać pod wodą i skrzela sobie hodujesz… że zniosę to jakoś.

Muszę!!!

No i przecież jeżeli Wyspa jest moją bajką, to i na to będzie sposób. Gdyby tylko kurcze, jakoś ten zapach nie przenikał nawet zawalonego nosa, zatok, a nawet kompletnego bezdechu!!! Jak to kurcze się dzieje?

Że on tak włazi w człowieka?

IMG_6322

Bajka…

Wyspa nie epatuje swoimi opowieściami. No pewnie, że jest Krollek, ale poza nim i kilkoma głazami… nie ma tego wiele. Każdy z porzuconych głazolców uważa się za szatańską sprawkę. Czyli wiecie, to odpada. Oczywiście sama Wyspa podobno została upuszczona na wody przez szatański przypadek… ot miał se Szatan najpiękniejszą cząstkę ziemi, gdzieś z nią sobie leciał, anioły go napadły i się chłopak wystraszył facetów w sukienkach z aureolkami i zmutoowanych dziwnie… te skrzydełka. Pewno GMO pomyślał, z tym mieć wspólnego nic nie chcę, więc upuściło się mu Wyspę. Potem żałował strasznie oczywiście, ale już nie udało mu się jej podnieść. Nic z tego, było, minęło. Rzucał więc kamieniami i niektóre nawet w kościoły trafiły… wiecie, te anioły to od razu chciały se budować coś, no i wiecie, Szatan ma poczucie klasy i piękności architektonicznej krajobrazu, a reszta świata nie dbała o to… więc chciał wprowadzić zen jakowyś, ale nie wyszło. Widzicie, głupio tak walczyć z gościami w sukienkach, co mają srebre loki i złote, no dostaje się genderycznego pomieszania… oj taki z Szatana widzicie jest mężczyzna prawdziwy i czaruś i szarmancki gość.

Poza tymi opowieściami są oczywiście trolly wszelakie i skrzaty. Ogólnie mówiąc tak zwane podziemne ludki. Chociaż do końca nie wiadomo czemu podziemne, bo przecież kurcze one lubią na powierzchni decydować o to jak ludzie żyć mają. Zwykle wybierają jaskinie, dziury w pniach i różne takie, wielkie skały, które całkiem możliwe, iż są trollami, ino śpią. Wiecie… kiedyś, całkiem możliwe, że się obudzą, ale… czy na pewno? Właściwie, każdy głaz tutaj jest czymś więcej. Nie kamieniem, nie odłamkiem większego, ale bytem żyjącym, oddychającym, a może i nawet… wdychającym? A może właśnie się poruszyła tam noga? Łapa? Głowa? No i są jeszcze duchy, ale w te mało co kto wierzy, chociaż cała Wyspa zdaje się tłumaczyć światu, że taka jest w codzienności swojej uduchowiona.

A może…

Może tak naprawdę wszyscy tutaj jesteśmy ino bajką? Jeżeli tak, to nie czekam na happy end, ja chcę ever after i tyle!!! Bo dlaczego nie? Bo kurcze czemu, czyżby mi się nie należało? I jeszcze smoka chcę, stadko puchatych potworków, no i może… nie no latanie może nie, ja widzicie się boję wysokości, no i na wodzie rzygam, no i ogólnie mówiąc, raczej… no dobra, to te siedmiomilowe buty!!! A tak w ogóle, to zostawcie mnie w mojej bajce, bo mimo braków w sezamkach, to cudna jest. Może i tego i tamtego mi brakuje, ale przecież, żyję w bajce. Może i ona ostatnio trochę śmierdzi nazbyt mocno i wyraziście, ale to wciąż bajka…

IMG_9525 (2)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Damulka Wszelakiej Smrodliwości… została wyłączona

Pan Tealight i Nagle z Codzienności…

„Gdy to wszystko się zaczęło… siedzieli właśnie w Kuchni Chatki Wiedźmy wykańczając ostatnie Weki z Turyścizny. Wstyd przyznać, ale mimo wszelakiej reklamy Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki zalegała z uzupełnianiem ludziny w swoim organiźmie. A jak się nie uzupełnia, to wiadomo… się dziczeje, a i nastrój się mataczy. Nie dziwota, że gdy ktoś zastukał melodyjnie do drzwi. W odpowiedzi Drzwi jęknęły, potem starały się ugryźć przybysza, mało delikatnie i pozostały zamknięte. Ale jednak nie odstraszyły pukacza. W końcu to Ojeblik – mała, ucięta główka – zdesperowana i wkurzona, zwyczajnie nie wytrzymała, wypluwając po dordze malutkie kosteczki, poturlała się do wkurzającego miejsca i otworzyła drzwi przy pomocy: skrzyni, buta i magii bolesnej desperacji…

– O Piękna, Nadobnej Reputacji – wybuchło powietrze za drzwiami. – O Cnót Pełna i Myśli Dziewicza – przy tych słowach Wiedźma Wrona Pożarta reperkusowała gwałtowny Hajmlicha, Ruzwelta i Kennedych manewr na chudej klatce Pana Tealighta. – Jam jest Ten Książę Z Bajki! Jam Nosiciel Pantofelka! Władca Krain, Posiadacz Pałaców, Pan Panów… –

Krzyczał, nie krzyczał, raczej mówił tak donośnie, że ściany pobladły pod obrazami. Ojeblik zaś ino patrzyła na jego pantofle z noskami zakrzywionymi, z klamrami kamieniami wysadzanymi, na pozłotki ciągnące się do kolan, na bufiaste spodenki przykrótkie i płaszczyk skąpy może, ale i też obwieszony, a i lico, choć dumą wykrzywione, lśniące… i wąsate. I te koczki nad czołem. Jakieś takie zadziorne, jakieś takie pod linijkę sprawione. I kichać główka zaczęła… a on na nią nie zwracał uwagi. Odrzucił blond plezerę – na pewno farbowaną, no w tym wieku na pewno – na plecy ją odrzucił, a potem próg przestąpił nieproszony, korzystając z pełnego zaskoczenia i mniejszych i większych i wparadował do Kuchni i klęknął przed Wiedźmą Wroną, która wciąż jeszcze Pana Tealighta lekko omdlałego za klatkę nieptasią trzymała…

– Szukałem Cię O Pani!!! I znalazłem!!! –

Łoskotu upadającego Przedwiecznego nikt już nie słyszał. Jakoś tak na widok szklanego pantofelka z kokardkami, który on trzymał w dłoni się trzęsącej i opierścienionej. Pantofelka z kryształkami, z jakimiś tam głazikami gładzonymi, minimalistycznymi, z obcasikiem, koronkowymi cięciami…

… oszołomił…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones”)

IMG_8848 (2)

Z cyklu przeczytane: „SHOW” – … proste. Po PLAY musiało być SHOW. Zwyczajnie, nie można było ot tak zostawić historii braci. Leo i Aaron. Tak różni, tak niesamowicie i utalentowani. Czy mogą, ot tak zwyczajnie, po prostu żyć osobno? Leo i Sophie, Aaron i… jego całkiem nowe życie.

Jedno słowo, które podsumowuje tą opowieść: współczesna. Naprawdę przerażająco współczesna. Pełna normalnych młodych ludzi ze swoimi zwyczajowymi problemami, ale i takich, któzy zmagają się ze światem, który dla tak wielu jest marzeniem. Wyidealizowanym często aż do granic możliwości. Bo jak to jest być gwiazdą? Jak to jest mieć?

Ruescas po raz kolejny zaskakuje nie tylko delikatną męskością narracji, fascynującą swobodą pisania, ale i prawdziwością bohaterów. Jego postacie są takie… normalne, a to, co przydarza się bohaterom niezbyt wydumane. To po prostu opowieść o młodości, o miłości i wyborach. O dorosłości pojawiającej się nagle i zderzaniu się z nią. O rodzinie i przyjaźni, o codzienności i tym, co zaskakuje. O wszelkich powodach, by się uśmiechać i smucić, o dorastaniu, które nie zawsze jest wolnością…

O życiu… z muzyką w tle.

IMG_9817

Kwitnie…

Wszystko kwitnie.

Wiem, że to tylko chwila, że zaraz się skończy i zieleń wszystko zastąpi, ale na razie wszystko kwitnie. Zaskakująco, niemożliwe, dziwnie niesubordynowanie… jakby postanowiło udowodnić, że nagie gałązki też mogą być… dwuznaczne. Trójznaczne nawet? Ekhm… A płatki takie niewinne się zdają. Takie dziewicze niezależnie od odcienia bieli i różowości, od żółcieni i czerwoności.

Niezależnie…

Gdy nie ma jeszcze liści, gdy złapiecie wiosnę w tym momencie tylko gałązek i płatków, nagle uświadamiacie sobie, że to wszystko jest czymś więcej niż wam powiedziano. Niż was nauczono. Czymś ponad biel i czerwień, ponad niewinność i oczekiwanie. Ponad początek i niebyt końca. Czymś… kurna no pięknie jest po prostu. Jakoś tak wszelakie nadmorskie porosty dopełniają się razem z ową wczesną wiosennością. Jakoś ich twardość i przedwieczność dotyka niewinności szybkoprzemijalnej kwiatów i uczy się, a może tylko przypomina sobie, jak to jest… być chwilę. Bo przecież drzewa mają dla siebie przez cały czas, ale płatki tylko przez moment, więc się nimi cieszą…

Ścieżki nabrały dziwnie flirtującego zwyczaju, by znikać. Może i część z nich, szczególnie tych nadmorskich, bliskich skałom, została oczyszczona ze starych krzewów, przycięta i odkryta, ale i tak… znikają. Pod owym gęstym, grubiutkim, puchatym i filuternie uśmiechniętym dywanem kwiatów. Białych, zielonych listków, różowych, fioletowych, żółtych… zaspanych, tańczących w podmuchach wiatru. Możnaby się zwyczajnie w nich ułożyć i ukryć, nie powracać do świata, do tego, co inni uznają za normalność, po prostu leżeć i słuchać jak trawa rośnie. Jak robaczki pracują nad nowymi robaczkami i jak giną w paszczach niewielkich, kolorowych, pawich tak mocno jaszczurek i ptaszków. Usz, jakie to strojne wszystko, a jakie spragnione słońca…

… piękne.

IMG_0192

Właśnie… jaszczurki.

Coraz częściej coś szeleści w trawach, coraz częściej przestrasza, bo przecież nie my je, to niemożliwe. Coraz częściej coś po prostu grzeje się na skałach tworząc magiczność stokrotną. Bo one wyglądają jak bezpióre pawie. Jak te niesamowite tytanowe kwarce. Jakby ktoś je pokruszył i nimi obsypał i oczywiście najpierw klejem pomaział, a potem pozwolił im schnąć. Może i żmija zygzakowata się wam przydarzy, jeśli szczęście mieć będziecie? Ekhm, znaczy wiecie, ostrożnie z nimi!!! Z drugiej strony jaszczurki nie pragną zbytnio się z ludźmi spotykać, ale… może się wam uda i któraś popatrzy wam prosto w oczy, a może i zamruga?

A może spotkacie ptaszki wyżerające nektar, pyłki, czy co tam im w tych kwiatkach smakuje? No wcinają to przeraźliwie. Szybko, dziwnie zalatane, zaskakująco niepłochliwe, ale i ostrożne. Albo owce… no tak, rozsiadły się i rozmeczały na Bokulu. Maluchy czarne i białe, jakby kurcze wyjęte ze świątecznych obrazków. Aż mnie korci wsadzić im w pupcie te czerwone chorągiewki! No i wiecie, w cukier… Jest w nich coś takiego owieczkowo-barankowego. To jak przyciskają się do matek, jak bardzo pragną bliskości, a potem odbiegają i gryzą trawkę. Skubią i podgryzają i znowu chcą do mamy i płaczą… a matka odpowiada. Nie boi się, nie leci do małego, ma w końcu do nadrobienia sporo trawki, ale głosem daje znać, że jest tutaj, że nie trzeba się martwić, że wszystko jest w porządku, że to bezpieczne miejsce… że nawet z tym widokiem, nie płacą tyle za ten obiadek. Że serio, można skakać, bawić się i ssać cycka, gdy w oddali domki kolorowe i krzaczki są i drzewka i skałki barwne i zioła smaczne… i morskie fale.

Tylko, czy owce dbają o miejsce widokowe? Ech, kto tam je wie? Z nimi to człowiek się nie dogada… jak nas zaczął gonić miniaturowy Jezuskowy Lamb, to po prostu zdębieliśmy. mały, anielski niby, a taki rozwrzeszczany, taki namolny dźwięcznie i zębiska też miał jakieś takieś… no i te promienie? Może jest w nich coś bardziej boskiego, niż nam się wszystkim wydaje? No i w jaki sposób białe owce zrobiły małe, czarniutkie takie, no grafitowe i puchate… z kopytkami lśniącymi!!! No jak kurcze? I czy te czarne potem się wybielą? To w jaki sposób mamy owce usuwają plamy?

Człowiek przewietrzając się na wzgórkach i skałkach Wyspy, naprawdę zaczyna myśleć bardziej i mocniej.

IMG_0057

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Nagle z Codzienności… została wyłączona

Pan Tealight i Niebiesko…

„Dziwnie najpierw się krzątała, targała włosy, kolczykami dzwoniła, potem z inaczej dziwnym niepokojem odmówiła snu – co było gorzej niż alarmujące – aż w końcu powlokła się na spacer. Razem z aparatem pełnym mikrotrolli i chochlików, razem z torbą i miśkami, po prostu odpowiedziała na wezwanie Wyspy. Nie żeby kurcze zawsze to robiła, o nie. Nie oszukujmy się, co do tego zawsze była nieusłuchana, ale tym razem… tym razem jednak poszła, gdy Ona wołała.

Wołała… ech!

Ojeblik to aż zatkała sobie uszy woskiem ze świeczki, tak się przeraźliwie Wyspa darła. Pan Tealight podejrzewał, że Chochel – chochlik pisarski Wiedźmy Wrony Pożartej brutalnie ją wyciągnął, byle tylko Wyspa przestała. Bo w końcu ile wrzasku można wytrzymać? No i aromatu. Bo widzicie… tak się pola dookoła Chatki Wiedźmy dopraszały zraszania, że Niebiańskie Nachmurkowe Krowinki musiały popuścić i tyle. Potem po polach przejechał się Traktorowy Czesacz Wyziewów… i już, chlebek rosnął. Mocno rosnął, ale dookolność spowił smród tak przeraźliwy, że Wiedźma musiała wydostać się z tej chmurki…

Krzyki, zapachy i wszelaka nieintuicyjność zawiodły ją najpierw do lasu, gdzie dokarmiła i Trolle i Żarłoczne Wampirycznie Zawilce. Napoiła się wodą ze świeżych brzozowych liści i wygłaskała krzaczki się jej czepiające, a potem… poszła nad wodę. Nad to wszystko, co zwyczajnie od początku chciało ino ją ucapić. Ułapać, uwiązać, zniewolić, przykleić, pociąć jej skórę, naznaczyć ją swymi pazurami, by w końcu zwyczajnie się przez te otworki w nią wedrzeć. Może i gwałtem, ale przecież nie protestowała zbyt bardzo. A może i w ogóle… zwyczajnie nasączyć, wypełnić, wymienić wnętrzności, a ich ochłapy oddać potwrom morskim, a potem zastąpić wszystko to, co jest nią… albo raczej, co nią naprawdę było? Ekhm…

I wiecie co… zrobiło to!!!”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_4402

Z cyklu przeczytane: „Utopia” – … inteligencja. Sztuczna, prawdziwa, niemożliwa. Jak to jest? Tak naprawdę. Czy możliwe jest stworzenie człowiek inną, niż ta najbardziej dopuszczalna norma?

Czy można zbudować mózg?

Utopia czaruje…

Od samego początku książka wciąga i mami. Po prostu nie możesz się oderwać. Wiesz, że coś się stanie, że coś się wydarzy, ale co? Niczego nie można być pewnym… a przecież najpierw jest pasja! Nie tylko pasja tworzenia, ukochanie swojej pracy, ale przede wszystkim to miejsce. Kopuła na pustynii, pod którą mieści się magia. Gdzie możliwe jest wszystko. Gdzie iluzja może być czymś więcej, a ułuda bolesnym przypomnieniem naszej własnej martwości. A jednak… wchodzimy. Bo tylko tutaj możemy w końcu spełnić marzenia. I może nazywają to parkiem rozrywki, ale…

Powieść jest przejmująca, dokładna i niesamowita. Oj pewnie, że wolę Childe’a i Prestona razem, ale tym razem Child udźwginął problem. Zresztą, spoglądając na jego inne powieści, jak na przykład „Projekt Kraken”, chyba naprawdę pasjonuje go SI. Sztuczna inteligencja. I chyba swoje wszlekie marzenia i pytania dotyczące tego tematu przelewa właśnie w powieści fundując nam nie tylko rozrywkę, ale i elementy nauki oraz konflikty moralne. Chociaż akurat tych drugich w „Utopii” nie ma wiele. Jest raczej fabuła, akcja pędząca do przodu jak rakieta, mimo niewielkiego odcinka czasu, rozwija się w retrospekcjach i rozmowach. Nie nudzi, nie grzęźnie wyłącznie przy głównej postaci, ale rzuca nam uczucia tych… którzy są w środku wydarzeń.

Naprawdę warto!!!

IMG_8863

Niebiesko…

Tak zwyczajnie i niezwyczajnie. Jakoś tak się udaje Wyspie niebieścić wszystko. I nawet jeśliś sam wewnętrznie niebieski w tej chwili, to jednak pasuje. Wszystko do siebie zwyczajnie pasuje. Jakby dopełniało się i niebo i ziemia, i wody i człowiecze troski, oraz umysłów zawirowania… Jakby w końcu wszystko było w domu, dobrze posegregowane, a jednak pozostające w stałym kontakcie mimo osobnych szufladek dla każdego zachowania i stanu skupienia. Niebiesko tak jest. Oszałamiająco czyste słońce wciąż nie parzy, tylko lekko grzeje. W ten dyskretny sposób, który sprawia, że chcesz w nim siedzieć. Chłodna bryza pieści i nie pozwala się zapocić. Nawet tutaj w lesie, nawet tam na plaży, nawet gdzieś na skałach…

Zaskakująca jest za każdym razem ta Niebieskość, bo chociaż człek wie, iż odcieni może mieć aż tyle, to wciąż nie dowierza. Wciąż nie jest pewien, że owa niebieskość istnieje. Że jest tutaj, a może raczej tylko tutaj? Bo przecież w innych miejscach świata ona nie może być taka sama. Nie może… nie może mieć tylu odcieni, lekko zielonkawych i ciemnych, burzowych, owych lekko żółtawych, albo z domieszka lukrowego pudru i posypki różowej. Może nie być… tak jasna, że aż biała i tak ciemna, że aż niebieska. Tak bardzo granatowa, tak niesamowicie niezapominajkowa. Tak przerażająco tymczasowa, albo inaczej, stała, ciężka, nieulotna.

Niebieskość włazi w człowieka i bardzo dobrze się w nim bawi, bo widzicie… chociaż feeling blue nie uznaje się za radosność, to Niebieskości przecież nikt nie pytał o zdanie?!!! A może pytał i zapomniał jaka była odpowiedź? Po prostu nie dbał. Bo przecież niebieski dla większości jest tak zimny, mroźny, dziwnie odpychający… tak wielu nie widzi w nim nic więcej, a jednak…

IMG_0054

Kąpie się człowiek w niebieskich chmurkach, mgiełkach i kwiatkach, w falach oczywiście dość wyględnie, bo przecież wciąż zimno… chociaż jak tak siedzisz na tym drobniutkim niczym mielona sól piasku, to zdaje się, że mógłbyś wleźć w morze. Po prostu wleźć i już… bo takie czyste i niebieskie…

Taka ułudnie złudna ta Niebieskość cała. Wlezie na Wyspie w człowieka, zmieni go i nagle już nic innego nie jest ważne. Niby już nic innego nie ma znaczenia. Tylko te strumyczki i rzeczki, te morski odmęty w przeróżnych odcieniach i mazy na suficie… niebie znaczy. Kurcze, kładziesz się na piasku nie bacząc na małe muszki, które się wykluły w brunatnicach i na ptaszki oczywiście, nie bacząc na piasek, który stanie się zaraz częścią ciebie na zawsze, znaczy wiecie pilling dobra rzecz, czyż nie? Leżysz i patrzysz w niebo. Niby niebieskie, a jednak… jakże nie do końca oddającym wrażenia jest owo zbyt krótkie, zbyt niewielkie słowo. Nazbyt codzienne, nazbyt takie niewystarczające. Nazbyt małe, skończone i proste.

Leżysz na plaży i mimo wszelkiego życia na falach i dookoła ciebie, czujesz się sam. Sam w sobie, w swojej własnej Niebieskości. Jakby przeniknęła do ciebie, do środka, no i nieźle posprzątała. Tylko jak teraz znaleźć w sobie samym to, co znajome? A może po prostu lepiej odpuścić i niebieskowić się? I od nowa się poukładać, zrozumieć, albo zrezygnować z czegoś starego…

A tutaj macie mały film o Niebieskości!!!

IMG_1777

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Niebiesko… została wyłączona

Pan Tealight i Kokorycz…

„Jak to właściwie jest?

Czy to mężczyźni nie słuchają, czy baby zbyt wiele mówią? A może to jak z tym drzewem upadającym w lesie, którego nikt nie widział, nie slyszał… czy ono brzmiało? Może to o to chodzi? A może jednak jest w tym większa magia? Bo widzicie… kokorycz barwna, orchideowa, zadziorna taka, całkowicie i niemożliwa dziwnie się rozpleniła po Wyspie. Przerażająco…

Straszliwie!!!

Początkowo Pan Tealight podejrzewał swoją skołataną przez Wiedźmie występki psychikę, serio myślał, że wszystko to mu się zwiduje. Wiecie, czasem tak bywa. Choroby psychiczne, wizje dziwne i obłamki magiczności zbłąkane, spawiają, że nawet ci najmądrzejsi, cierpią… Że nawet ktoś tak przedwieczny i stały, może nie wiedzieć dlaczego dookoła niego same tam babskie ryjki. Te uszminkowane w kolorach ciepłych kremów, lekich wełny owczej odcieniach, no i fioletach i purpurach i czerwieniach. A wszystkie poskupiane na patyczkach, czekające ino, kogo by tu mogły zagadać. Na śmierć najlepiej, na do końca całkiem…

Gangi takie, wiecie z Kokorycz Dam.

Porozsiadały się mordy żeńskie na patyczkach w plemieniach – te mają za złe facetom penisy, tamte znowu, że są od nich wyżsi, a jeszcze inne, że sikają na stojąco. Tamte owe prawa pierworodności, a te białe, to niemożność związków zawiązywania… inne, te z paseczkami, to przywiązanie do mamuś, a tamte, znowu brak przywiązania do rodziny. Te, że nie kochają ich jak powinni, no i że mało romantyczni są, a tamte znowu przeciwne są nadmiernemu rozmemłaniu meskości. Te wolałyby facetów barczystych z brodami, a tamte z tatuażami, te chudzielców mądrych, a tamte znowu lekko leniwych misiów… i żadna nie pamięta, że z facetów taki jest bukiet różnorodności…

Siedzą sobie Kokoryczowe Damy i plotkują. Podobno jedna z nic kiedyś zerwała się z gałązki i znalazła sobie księcia… ale kto w to wierzy?

No kto?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0063

Z cyklu przeczytane: „Wiedźmi spisek” – … i cztery. Bo przecież teraz do nich należy noc i dzień i strony. Bo w końcu i wiedźmy muszą postawić na swoim. Tylko, czy naprawdę są one złem? Czy wszystko to, co wpajał uczniwi Stracharz, jest prawdą? Jedyną opcją? Wyjściem z sytuacji… co z Alice?

Wiedźmy gromadzą siły by przywołać ZŁO. Prawdziwe, najciemniejsze, koszmarne. Ale nim to wszystko nastąpi nasz młody bohater musi się zmierzyć ze swoją własną legendą. Powrócić do domu, zadać pytania… uzyskać odpowiedzi. Tylko czy jest na nie gotowy? Czy naprawdę zniesie wszystko, co ukryte? Bo widzicie, to, co zdawało się być czymś zwyczjanym – ot nudna rodzina – tak naprawdę skrywa ogromną tajemnicę! Możliwe iż większą, niż może znieść.

Cały cykl „Kroniki Wardstone”, od początku opisywany jako coś, co miało zapełnić pustkę po Harrym Potterze… zaskakuje. Przede wszystkim małą „dziecięcością” narracji, dobrze opisanymi postaciami i mrocznie nęcącym światem. Znajomym, a jednak jakże zaskakującym. Z jednej strony wiemy, że bohater nie jest już dzieckiem, z drugiej marny też z niego dorosły, a jednak autorowi jakoś udaje się z tego wszystkiego wybrnąć. Kolejne potwory, związek z czarownicą, stary mistrz… wszystko to spaja się w jednolitą całość, więc jest i miejsce na więcej tajemnic. Tajemnic, których w tym tomie wiele. I chociaż nadal jest to opowieść Toma, nadal jego pamiętnik… to od tego tomu pojawia się w nich coś więcej. Coś bardziej osobistego, coś… dojrzewającego. Dlatego warto zostać przy tej serii. Do końca!!! A może i obejrzeć film? Chociaż film, to wiecie, całkiem inna historia!!! Warto o tym pamiętać!!!

IMG_9795

To jest takie… nierealne.

Takie całkiem niemożliwe. Podchodzę do Gråmyrowego stawu, a tam kolory. Cudowna makatka, dywan i co tam jeszcze, sweterek z trolla, lekko sprute skarpetki, a może jakiś tam obrus, haftowany, spleciony z białych i jasno różowych, żółtych i całkiem fioletowych kwiatów. Mieszają się w nim odcienie purpury i różowości. Jakieś takie lekkie paseczki, kropeczki kuleczki. I listeczki w takich dziwnie radosnych odcieniach zieleni. I kształtach zabawnych i nierównościach docwipnych. A dookoła wszystkiego tego piękna, stare, starutkie liście, które już dawno przestały jak liście wyglądać, teraz są przecież koroneczkami. Ostały się z nich ino golutkie, jasno-kremowe nerwy i uśmiechając się swoimi poranionymi twarzami, komplikują krajobraz. Pasują cudownie do całej tej nowości, jakby gotowe były tchem ostatnim przekazać swoje całoroczne mądrości, a potem przemienić się w nowe. Bo przecież głupio byłoby się tak zmarnować. Durnie byłoby nie przeżyć życia raz jeszcze, ponownie nie zaszaleć na studniówkach, znowu zakochać się po raz pierwszy, znowu motyle w brzuchu karmić…

Oj tak, Wyspa się rodzi od nowa. Nie żeby umarła, czy coś, ona po prostu sama sobie wybiera i epokę i wiek własny i zakusy robi na tych, co w niej i na niej. Wciąż wraca do takiego czasu żywota, jaki jej najbardziej pasuje i w nim się kąpie. W nim oddycha i trącając codzienności swoich mieszkańców, po prostu jest. Bo przecież dla niej to wszystko jest możliwe. Bo przecież dlaczego nie? W końcu kto zabroni Wyspie? Kto powie: nie możesz już nosić krótkich spódniczek, boś za stara i nie śmiej się tak bardzo, boś za stara i nie kochaj, nie pragnij, nie chciej, nie planuj, nie baw się, nie bądź radosna, boś za stara. Ot najlepiej w tafty czerni się odziej, kirem przytul do ściany i siedź tak. Mumifikuj się… W końcu co innego może robić wiek? Hmmm, a wiek, określany tutaj jako lata przebyte, uśmiecha się ino i spokojnie, z durniem się nie kłócąc, ponownie zakłada podkolanówki i idzie poskakać na trampolinie. Bo może!!!

Bo chce!!!

IMG_5284 (3)

Wykradam się na spacer w innej, niż zwykle porze. Ot tak, by siebie i Brata Wielkiego zaskoczyć. Bo zwyczajnie w tej dziczy, może i nie strasznej, może i dziwnie udomowionej potworowo, to jakoś wszystko normalne jest. Nawet jak listek w dziwacznym kształcie, to i tak jest to normalne. Idę w las, by uciec od ludzi. Straszni są i zadufani w sobie od urodzenia. Tacy okrutni i boleśni, bardziej niż mrówki wgryzające mi się w skórę, bardziej niż drapiące gałązki jeżyn i malin. Uciekam do lasu, bo po prostu tam wszystko jest po kolei i normalnie poukładane. Liście tam, gałęzie tam, a drzewa jak drzewa, trzeszczą mrocznie pod naporem wiatru… i choć przerażają i przestraszają w tych zaskakujących odgłosach, to mimo wszystko, jednak normalnie jakoś. Nie przychodzi kwiatkom na myśl, by dla zabawy ranić, nie chcą pokrzywki młode wskakiwać mi pod kolanko, chyba że sama się w nie wcisnę. Normalnie… może w tym sprawa, że współczesności brak znajomej, zwyczajnej normalności?

Czym jest jednak normalność?

Naturą?

Wiecie, że gdy nie ma liście, świat jest całkowicie inny? Wiecie, że nagle widoki są diametralnie różne od tych, do których przyzwyczaiły nas liście? Nagle, gdy spoglądamy za siebie, w ten bezlistny świat, widzimy coś, do czego nie jesteśmy przyzwyczajeni. Coś, co od nowa musimy polubić, poznać, do czego trzeba się przyzwyczaić. Coś całkiem zaskakującego. Coś… co nagle pokazuje Wyspę z takiej strony, z jakiej jeszcze jej nie widziałeś. Coś, na co możesz nie być gotowym. Na owe przebłyski morskości pomiędzy dziwnie powykręcanymi, czarniawymi gałązkami poznaczonymi pojedynczymi kwiatuszkami, niczym pannami młodymi spragnionymi swoich ukochanych, którzy jednak kurcze, no jak co roku się spóźniają. I gdy się pojawiają, gdy błyszczą zielonymi listkami, panienek już nie ma. Spłynęły ich suknie na zieloną trawę i zniknęły. Tak po prostu. Rozsypały się ich złotawe i czerwonawe korony pyłków, rozproszyły się pręcików sukni architektury. Tak po prostu… odeszły. Czy nadejdzie taki rok, by się spotkali i zostali sobie zaślubieni? Pewno nie…

A może?

Kokorycz? Lærkespore po naszemu. Zwyczajna niezwyczajna roślinka. Coś, co mogłoby być początkiem, a jest końcem. Intrygująca piękność…

IMG_5522

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Kokorycz… została wyłączona

Pan Tealight i Wspomaganie Wiedźmy…

„Legendy, mity i opowiastki.

Ot zwyczajne życia, tchnienia, przygody i wszelakie… występki. Przeszłości ich… Najczęściej, to oni nawet nie wiedzą, że są bohaterami? Zwykle i tak by to olali, zwykle, przecież kogo to obchodzi kto gada, gdy ty już jesteś w innym stanie skupienia i bez zmartwień, byleby gadali, bo tylko tak długo się żyje… ile w tych wspominkach, tyle razy ile ktoś pomni twoje imię, albo wydarzenie, albo ułamek historii przytoczy, tyle twój cień maca codzienność żyjących.

Wiedźma Wrona Pożarta tego dziwnego dnia leżała i cierpiała. Nie, nie cierpiała z powodu niewyodnego leża, mrówek po niej łażących – chociaż kurna się przebudziły i nadmiernie ją czułeczkami muskały, jedna to po ręce lazła i lazła i lazła, i już prawie, że była i doszła do otwartej, śliniącej się wiedźmiej paszczy, kiedy ta się obudziła. Nadal cierpiąc oczywiście. Obudziła, zmiażdżyła bezczelnie, ale z własnym cierpieniem mrówkę i ociągając się powlokła zezwłok własnej osobowości ku ablucjom. Nawet nie kwęknęła na Chochela – chochlika pisarskiego Wiedźmy, wielbiciela znoszonej męskiej, chowańcowej bielizny – który ponownie pogaduszki sobie urządził z kibelkiem, znaczy Studnią Życzeń i nawet nie błagając o samotność, po prostu przeszła do brutalnej rękoczynności. A potem usiadła i zamyśliła się. Nie bacząc na protesty głośne zza drugiej strony drzwi toalety, zwyczajnie… jakoś tak, może i niecodziennie, nie bacząc na ostrzeżenia, siedząc na studni zapadła w samą siebie, głęboko. Bo widzicie, coś się stało z historiami na świecie. Z tymi opisanymi, drukowanymi i tymi mówionymi. Z tymi rzucanymi na wiatr i powierzanymi trzcinowym polom. Tymi, co robiły i ośle uszy i nie trzymały moczu, podobnie jak sekretów… coś było nie tak. Z tymi szeptanymi, niewypowiedzianymi, wciąż się dziejącymi, rodzącymi, trwajacymi, kręcącymi. Z tymi, gotowymi, ale jednak nie zdecydowanymi.

Ale co?

Nie wiedziała.

Nie wiedziała co sprawiło, że dotąd zwyczajowo buntowniczo krążące w niej książki i opowieści, jakoś tak zaczęły zwalniać. Za czymś tęsknić, czegoś szukać? Jakby nagle wszystkie zdecydowały, iż należy się im ciąg dalszy!!! I to na ostrym wspomaganiu, z zaskakującymi wątkami…”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1408

Z cyklu przeczytane: „Tajemnica starego mistrza” – … tom trzeci. Nowa okładka, ale treść ta sama. Pamiętnik młodego ucznia Stracharza, który teraz odkrywa, że jego bohater, jego Mistrz, tak naprawdę nie jest czystą kartą. Nie jest tylko bohaterem, pogromcą zła, ale kimś… ludzkim. Człowiekiem z przeszłością.

Naprawdę fajna zabawa i, co zaskakuje, niezależnie od wieku. W jakiś zaskakujący sposób, może to narracja, a może dorosłość Mistrza i jego ‚”znajomych”, a może nie nadmierna dziecięcość głównego bohatera… ale jednak powieść czytają i młodsi i starsi. Młodsi inaczej patrzą na dorosłych, a starsi nagle lepiej pamiętają czasy dzieciństwa. No i magia. Cóż, ta dostępna jest niezależnie od wieku!!!

Naprawdę polecam serię „Kroniki Wardstone” nie tylko dla mrocznego klimatu i magii, ale przede wszystkim dla dobrze opisanych stosunków między uczniem i nauczycielem. Dla dobrze skonstruowanej fabuły, dla ciągłych niespodzianek, dla owej… nieszablonowości narracji. Po prostu…

IMG_9790

Świat się kręci, cokolwiek się dzieje… on i tak prze do przodu. By wyprodukować więcej, by kręcić te kółka, pchać ten wóz, zwyczajnie… dalej i dalej i dalej. Ku jakiejś dziwnej nieskończoności. Jak się usiądzie na grubym dywanie kwiatów, obok szemrzącego strumienia, pełnego mistycznych zakrętów i całej tej jingjangowości, to człowiek choć nieruchomy, staje się elementem tego pędu. Tym, który patrzy i jest w stanie opisać i ptaków poruszenie i aromaty dochodzące ze wszystkich stron. Nic właściwie nie robiąc, tak naprawdę tylko będąc, maszynowo, robotowo oddychając i wydalając, zwyczajnie jest się częścią tego świata.

Chyba owo istnienie, doświadczanie prawdziwego bycia kawałkiem tego świata, jest niesamowicie widoczne, gdy świat dostępny osobie, jest względnie mały. Niewielki. Gdy nagle doznaje się dżetlaga tylko i wyłącznie przez to, że pokonuje się Wyspę w poprzek. Ot tak. Jakby człowiek serio, jadąc z Gudhjem do Rønne, pokonywał państwa. Jakby może i krainy geograficzne. Może i serio przekraczał własne równiki i południki i co tam jeszcze, izobary? Jakby mieszkał na takiej mniejszej, własnej ziemi. Gdzie serio spacer, może być wyprawą, która innym zabiera o wiele więcej czasu. Z północy na południe, z zachodu na wschód. Po zwykłej wycieczce, powracając do domu, czujecie owo miłe, słodkie zmęczenie. Ową niesamowitość odkrywania wciąż, codziennie, w jednym miejscu czegoś nowego… bycie Indianą Jonsem i Merlinem w jednym!!! Wszelkie możliwości, wszystko na wyciągnięcie ręki. Tylko patrzeć i słuchać, smakować i wdychać…

Mały świat Wyspy, zwykle zamknięty, zwalniający, gdy pogoda zwala z nóg, gdy mija sezon turystyczny, albo zwyczajnie… wszechświat bierze wolne. Tutaj nikt nie biega. Znaczy, no dobra, biegają, ale bez pośpiechu. Nawet ci, co biegają, wolą przecież sam bieg od wygranej! Tutaj wszystko jest trochę asta maniana i wyględnie Scarlett O’Hara. Ale też, poprzez ową dziwaczną codzienność, to, co zwyczajne, dla nas jest podróżą. Ludzie dzielą się na mieszkających na Północy, Południu, Wschodzie, Zachodzie i Środku. Jakoś tak. Jakbyśmy powracali do odległej przeszłości, w której używano tylko nóg i łódek i mierzono świat: krokami. Czy będę w stanie dojść tam i wrócić w ciągu jednego dnia? Oto moja miara odległości. Zwyczajna, prosta i zaskakująco naturalna.

Cokolwiek dalsze, jest już PODRÓŻĄ.

IMG_5128 (2)

Chowam się ostatnio namiętnie w krzakach, zdając sobie spraę z tego, iż dla spoglądającego z daleka przechodnia, wyglądam, jakbym robiła podróżną kupę. Albo siku, no wiecie, te żeńskie anatomie!!! A ja się chowam i wącham. Wącham wiosenne kwiecie, które kurna dziwnie mocniej w tym roku pachnie. Dziwnie bardziej jakoś tak zaskakuje i zniewala. I chociaż drzewa i krzewy dopiero zaczynają się kwiecić, to na ziemi, trzeba przyznać, całkiem miło się zrobiło. Oj pewno, że można się kłócić co do nazwy kolejnego pąka, ale co tam… najważniejsze, że są. Jakoś tak się człowiekowi lżej na duszy robi, jak je widzi. Jakoś tak po prostu nagle owo dziwne przeczucie, owa lękliwość podprogowa, ustępuje. Oj tak, ponownie bałam się, że nie będzie więcej listków, że wszystko zostanie takie gołe, gałęziaste i dziwnie nieruchome. Takie… beznadziejne? Pewno, że to nie pierwsza wiosna w moim życiu, ale pomyślcie… jakby to było, gdyby owych zmian pór roku nie było? Gdyby nagle się okazało, że wiosna odmówiła podjęcia pracy i zachęcania do jajeczek, gniazdeczek i pączusiów?

Mniejsza o strachy!!! Na spacer marsz!!!

Wyłazi człowiek i odkrywa stare na nowo i od nowa, no i nowe, po raz pierwszy dotyka wszelakimi zmysłami, zmyślonymi często. Jakoś tak tutaj zawsze jest coś do zobaczenia, coś, co warto pomacać, powdychać, poprostu poznać lepiej. Wysłuchać kolejnych opowieści kamyczków, gałązek szpeczących o parach, któe nie skorzystały z odludzia… chociaż bardzo bardzo bardzo chciały… No właśnie, taka Wyspa, a kurcze jeszcze nie wpadłam na migdalącą się parę? Ale serio, przecież wybieram często te nieuczęszczane ścieżki!!! A wciąż nic. Czasem tylko jakieś gacie, skarpetka… ale zawsze z prawej nogi. Chociaż, może ten ktoś miał tylko prawe, znaczy obydwie prawe miał? Hmmm? Może i są tacy, co mają ino lewe nogi? Może? No mniejsza… bynajmniej nie trafiłam. Może to sprawa tego, że na Wyspie lądują ci spragnieni samotności, ciszy, naukowego ściśle odosobnienia i raczej… no wiecie, dorośli. Z dziećmi, a dzieci nie sprzyjają romantycznej samotności. Albo ci bardzo dojrzali, którzy dobrze wiedzą, że dla dobrego bzykania potrzebna jest emitująca spokojność samotność, odosobnienie, ściany i kocyk. Dach i wszelaka możliwość krzyków nieartykułowanych. No wiecie. Filuterne bezpieczeństwo bzykania… miejsce, w którym po prostu nikt nie będzie się gapił, nikt nikogo nie zaskoczy i w ogóle. Bo w końcu to jest ważne, a z czasem nawet ważniejsze.

Tak się zastanawiam, czy Wyspa jednak nie robi z nas bardziej ekshibicjonistycznych stworzeń. Bo wiecie, firanek nie mamy w oknach, ogólnie mówiąc nie widać, by ludzie nadmiernie dbali o ciuchy. Jakoś tak można być po prostu sobą. Nikt się nie przechwala, nikt nie przesadza… poza oczywiście kwiatkami w ogródeczkach, chociaż większość i tak wybiera ino trawy. Jakoś tak aż nazbyt wiele rzeczy nie jest ważne!!! Można łazić w kaloszkach dzień cały, a i serio, ogólnie mówiąc, po prostu zewnętrzność nie gra takiej wielkiej roli, jeśli gra ją w ogóle… Hmm?

Więc jak to jest?

A Królowej oczywiście składamy najlepsze życzenia urodzinowe!!!

IMG_5227 (3)

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Wspomaganie Wiedźmy… została wyłączona

Pan Tealight i Drabina Do Nieba…

„Oczywiście… można od razu przyznać, że jest aż nadmiernie wiele takich, którzy tylko o tym myślą. O niebie. O Walhalli, o owej rajskiej krainie z dziewicami, o Krainie Wiecznych Łowów, albo wciąz nieokreślonym niebie dla kobiet. Albo… właśnie, tak właściwie, to do jakiego nieba idą kobiety?

I czy to w ogóle będzie niebo? Czy baby pragną nieba, czy tylko jedzenia bez tycia i butów? Jak to w ogóle jest?

Pan Tealight od dłuższego czasu zauważał dziwne stany zamyślenia w, i bez tego pogrzanej, Wiedźmie Wronie Pożartej Przez Ksiażki. Na szczęście, za co dziękował Pokrętnym Losów Pannom, miała co czytać, więc nie było aż tak źle. Ale po Brutalnej Kastracji Kolorów, która nastąpiła dwa dni temu, gdy to Wielce Paskudny Cuchnący Nibymag uprowadził z jej trawnika Czarowne Krzaczorki… czuł, że coś się szykuje. Coś większego. Może i zemsta, może i nadejście Krwistego Puchatego Paniska… może i większy niż zwykle zwrót Wyspy? Kurcze… Pan Tealight spojrzał na swoje puchate, szare stopy i zadrżał. Z nią, to niczego nie można było być pewnym. Niczego… a to nie działało dobrze na skołatane wiekiem członki Przedwiecznego Szarego Pana. Ale wiecie… czasem nie można do końca wpłynąć na świat, czasem po prostu trzeba im pozwolić się toczyć.

Ojeblik – mała, ucięta główka, tym razem wyznaczona na szpiega przez niego, w końcu Chochel zajął się dziś praniem gaci, ruszyła jak zwykle kiepsko się kryjąc, za wielką torbą Wiedźmy, która postanowiła trochę mocniej się nakwiecić. Gdy tylko usiadła, opadły ją Wampirzyczne Żółcienie i Mordercze Przylaszczki i Złowróżne Zawilce… i zapachniły ją na dobre. Po prostu tak siedziała… pomiędzy nimi, w tym grubym, kwietnym kocodywanie, obok zmurszałego, mszonego pnia i wąchała. W tej jej dziwnej nieruchomości było coś dziwnego, coś, co się zwykle nie działo, a raczej działo się na Świętego Nigdy… a wiecie, Nigdy był na wakacjach w ciepłych krajach, więc nie mogła to być jego wina…

I wtedy coś się wydarzyło. Coś pomiędzy karmieniem Trolli, odganianiem Ojeblika od cukierków, ratowaniem Ojeblika z trollich ramion, które strasznie oblepiły się słodkościami… z wiedźmiej kieszeni wypadła drabina. A raczej nie tyle drabina, co drabinka zatopiona w swoim chmurzastym świecie. Razem z niebieskościami, razem z ziemią i niebem i jej całą roślinnością… wypadła niczym nasionko, potoczyła się niespokojnie, osiadła obok samotnej stokrotki i korzystając z ostatniej deszczowej kropli… zapuściła korzenie.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_1935 (2)

Z cyklu przeczytane: „Gabinet osobliwości” – … niesamowity. A przecież kurcze, no nic wielkiego. Ot cała masa zwłok odkrytych na budowie, do tego dziwne wieści z przeszłości, szaleniec, a może jednak TYLKO naukowiec? No i Pendergast i znajoma pani archeolog… więc niby… co nowego? Ha! Sami sprawdźcie!!!

Oto Nowy Jork. Świat pełen chciwych ludzi, pragnących tylko się wzbogacić, co oczywiście nie idzie w parze z nauką. A wiecie jak to jest w muzeach? No może nie wiecie… bynajmniej o kasę na badania trza błagać! Zresztą sami się przekonacie, gdy zderzycie się z problemami Nory Kelly i jej… elhm, chłopaka dziennikarza. Szczególnie, gdy nagle całe miasto nie wie o zwłokach. Gdy tak naprawdę tylko Pendergast, z jak zwykle tylko jemu znanych powodów, pragnie dotrzeć do prawdy. A wszyscy inni są przeciwko niemyu… no i świeże złowki, tak, są i świeże ofiary, a to oznacza problemy jeszcze większe.

Kolejna pasjonująca opowieść znanego, autorskiego duetu. Porywająca, wciągająca i nadzwyczajnie plastycznie opowiedziana. Jesteście tam. Cierpicie, uchylacie się przed kulami. Cały problem w tym, że nawet czujecie ten smrodek rozkładających się ciał. Jest to aż nazbyt namacalne. Każdy ruch, każde poruszenie, każde wydarzenie odbija się w nas, czytających. I dlatego nie da się oderwać. Po prostu siedzicie i czytacie… nic więcej nie jest tak naprawdę ważne!!!

Powieść wciąga nie tylko kryminalnością, która przecież nie jest aż tak skomplikowana, ale w szczególności ową opowieścią o mieście. O przeszłości i ludziach. O człowieczeństwie, które przecież istenieje niezależnie od tego ile kto czego ma… Bardzo dobrze opisana, rzucająca aż nadmiernie wielką ilość skomplikowanych osobowości. Niczego nie można byc pewnym. Oczywiście, że podejrzewacie kto i co, dlaczego… przecież ci autorzy już dawno przyzwyczaili nas do tego, iż wszystko jest możliwe. Wszystko, nawet to, co zdawałoby się przeczyć nauce. Zresztą, jeżeli czytaliście jak ja, powieści z Pendergastem niezbyt chronologicznie, to serio… wiecie jak to się skończy, a jednak… Kurcze, jak oni to robią, że nie można się oderwać? Siku się chce, głowa leci, snu potrzeba, a jednak, jednak wciąż czytacie!!!

I nawet zaczynam lubić Billa!!!

IMG_8860

Książki…

Czasem się zastanawiam co w książkach jest dla mnie najfajniejsze. Czy to historia? Sposób prowadzenia narracji, bohaterowie… a może tylko świat? Czy to fantastyka, a może rzeczywistość lekko zmieniona? A może rzeczywistość prawdziwa? A może… coś, czego jeszcze nie poznałam?

Coś, co czeka…

IMG_9968

Wieje nadal.

Kurcze, tak wieje, że no iść nie idzie. Znaczy nogi niby chcą, niby starają się poruszyć, niby wiedzą, jak to się robi, niby… a jednak nic nie działa. Wprost przeciwnie. Coś na człowieka napiera, coś paluchami grubymi, miękkimi jednak, poduszowymi, wpina się w nasze ciała i pcha nas do tyłu. I chociaż właśnie, jak ja dzisiaj, wybraliście się z kilkoma kilogramami książek focić kwiatki w lasku, to i tak… kurcze stoicie w polu!!! Stoicie i chwiejecie się w wyraziście nie tę stronę, w którą chcieliście podążać. Niestety… więc stoicie i nagle, tak serio i naprawdę, nie możecie nic zrobić. Znaczy możnaby paść na ziemię i udawać zdechłego, ale jednak, no byłoby to całkowite poddanie się naturze, a człowieczeństwo do tego nie jest raczej przystosowane. Zwykle się buntuje!!! Niestety… a może stety? Przecież bunt to fajna sprawa, co nie? Chociaż czasem boli i w ogóle raczej serio więcej się o tym gada, niż stosuje… No więc moje człowieczeństwo nie chciało się położyć na ziemi, a i lekka błotność nawierzchni też mocno zniechęcała… dlatego postanowiłam jednak się sprzeciwić i, gdy lekko powiew odpuścił, niskopiennością swą wedrzeć się w niższe piętro zarośli. I jakoś się udało.

Chociaż krzaki drapały i kłuły…

Siedzę między wciąż gołymi drzewami na grubym dywanie z kwitnących roślinności i się dziwuję. Bo widzicie, piękne to wszystko. Niebo soczyście błękitne, wiecie takie z lekką domieszką czerwieni różowawych, a ja pod nim. Siedzę we wszelakich kolorach i chociaż tyłek mi moknie, to jednak dobrze mi. Tak się zastanawiam, czy owa moja większa styczność z naturą nie uwstecznia mnie w granicach współczesnej człowieczeństwości? Bo widzicie, ja siedzę i się dziwuję bez telefonu! Nie klikając w guziczki, bez słuchawek w uszach, bo słucham wiatru i tych trzasków w konarach. A te mrocznie trzaskają. Dziwnie tak, wiecie jak ścieżka dźwiękowa do mocnego, mrocznego horroru. Jakoś jednak ptakom to nie przeszkadza. Chociaż… może przy składaniu gniazd, jajek, a i pewno opiece nad młodymi, lekko im to działa na wkurzenie młodych rodziców?

Hmm… Czy to dlatego one są gotowe robić to co rok?

IMG_2535

Ogólnie mówiąc, nadszedł czas, kiedy lepiej unikać bardzo głębikiej dziczy i skał w morzu i tych nazbyt blisko. Wszędzie gniazdowanie, wszędzie wkurzeni rodzice, ci przyszli, wciąż grzejący jajca i ci, co to już mają nadmiar gąb – dziobów do wykarmienia. Aż się człowiekowi prokreacji odechciewa…

Wiosna to może i czas rozrodu, wzrastania i przemieniamia się, ale jednak kurcze… nie wszystkim się chce. Czy pomiędzy zwierzakami są też dziadkowie i ci, którzy rezygnują i płacą bykowe? Czy są niańki? Kurcze… niby człowiek uczył się tyle lat, a w pewnych rejonach wciąż przecież jest taki głupiutki!!! Ale przeciecież widzi, jak bardzo wielka ulga maluje się na mewich dziobach, gdy młodzi opuszczają gniazda i zwyczajnie można Turyściznę nagabywać o żarcie…

Widzicie, na Wyspie macierzyństwo jest specyficzne. Znaczy głównie to daje się dzieciakowi urządzenia popularne i mało naukowe, no i jest cisza. Chyba, że baterie zdechną, wtedy jest ryk… może i mniejsze dzieci bawią się kredą na chodniku, czy ulicy, ale jednak matka, to właściwie ino taka osoba, co ma nad tobą władzę, ale sobie ją odpuszcza w działaniach. Może to przez to, że w ogóle macierzyństwo tutaj nadchodzi późno? A może i bardzo późno. Właściwie rodzina jako taka nie istnieje. Kurde… aż mi się ckni do wyjazdów do Cioci na wieś, do Babci, co mieszkała w starej kamienicy… do tych mądrych ludzi, którym można było powiedzieć wszystko, a oni się nie śmiali, nie wydurniali, po prostu słuchali, a potem zaganiali do jakiejś roboty, która wszystko wyjaśniała. Albo pokazywali jak zboże rośnie i pozwalali żreć ziarenka. Twarde sukinkoty, ale milusio dzikie. Mąka w cukierku. Pamiętacie, że ze starszymi rozmawiało się inaczej niż z rodzicami? I oni mieli czas, by pokazać dziwy świata. Nazwy drzew, ptaków… a nawet pokazać krowią kupę!!! Ale tutaj tego nie ma…

Nie wiem… ale coś mi się wydaje, że ludzkość już wymarła.

Są ino kurna roboty…

IMG_1931

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Drabina Do Nieba… została wyłączona

Pan Tealight i Białe Życia Plamy…

„Najpierw były fiołki. A może nie, może jednak informacje z eterów donoszące o białym bizonie i danielu, i wszelakich innych sarenkach? Ale już wszystko przeważył wróbelek. Nie, nie był biały. Znaczy nie całkiem… chodziło o piórko. Piórko zagrażające stabilizacji życia… Mącące owe brązy i czernienia, owe jasności podpalane i szeropłożące się miodowości i bursztyny.

O co chodzi?

O co chodzi w tym świecie z tą bielą? Czyżby serio ktoś zabrał się za nadmierną czystość? Pieruńskie OCD? A może ino lekka nerwica natręctw, sprzyjająca nikłemu rozwojowi bakterii? A może zwyczajnie komuś się zamarzyła taka inna kolorowość? A może jednak… a może jednak po prostu ktoś je wyżarł, pożarł lub uprowadził? Gdzie są te kolory? Gdzie łkają zamknięte za grubymi wrotami, strzeżone przez wkurniczone baby z PMSem, psy kastrowane, koty zmuszone do uległości i mężczyzn, którym powiedziano, że penisy nic nie znaczą? A może…

Może lepiej nie myśleć? Może naprawdę chodzi tylko o duchowość? O dotyk zza welonu innego świata? Zwierzęta duszy, motylki pragnienia, marzeń stokrotki… a może jednak tak naprawdę nikt tego nie widzi? A może nikt nie chce zobaczyć, świadom tego, co się dzieje, obecności białych plam we wszechświecie?”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_7967 (2)

Z cyklu przeczytane: „Piętno rzeki” – … słaba. Bardzo słaba, a nawet i przeraźliwie. Nie ma w niej tej iskry, nie ma i płomienia, choćby iluzji… A wszystko się tak fajnie zaczyna, bo przecież humor jest. No i ślub… motylki, synogarliczki i gołąbki. Tak się zastanawiam, ile gołąbków nakarmi jednego wilkołaka?

Wiedzieliśmy, że mają być razem. Wiedzieliśmy, że będą… ale wiecie, jak Alfa, wilkołak, rozwodnik z prawie dorosłą córką i całą watahą u boku ma poślubić Kojotkę? I to taką, co kocha VW a na imię ma Mercedes? Zwyczajnego mechanika, co czasem chodzi na czterech łapach i za przyjaciela ma wilkołaka? No mniejsza… wiedzieliśmy, że mają być razem. Nawet po tych wydarzeniach, które miejsce miały w świecie wróżek, wiedzieliśmy… A jednak, wciąż nas to zaskakuje. Z bohaterami spotykamy się, gdy już zaleczyli rany, ale niestety nie wszyscy. Jeden z nich bardzo cierpi i trzeba mu pomóc. Tak, ze Stefanem nie jest dobrze, ale nie martwcie się. Co tam jeden wampir, gdy matka chce wam synogarlice, gołębie, motyle i balony puszczać na ślubie. To tam taki wiecie, ups maleńki. No ale… przecież Alfa nie ucieknie co nie? A może jednak? Może uciekną…

Tym razem nasi bohaterowie główni są tylko dla nas. Oni i potwór z rzeki. Dziwny, zaksakujący, pradawny, który na dodatek sprawia, że Mercedes w końcu zderza się ze swoimi korzeniami. Oj… chyba tutaj moja lekka paranoja jaką mam na punkcie rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej i Środkowej, dała mi popalić. Oj oczekiwałam wszystkiego. I legend i opowieści i tańców… ale było ich zbyt mało. A przecież kojot, to moc, to zwodnik, to Loki, ale i sprawca… To bohater tak wielu opowieści, a jeżeli nasza bohaterka wie już kim jest, to dlaczego by ich nie przytoczyć więcej. Dlaczego nie wejść w to wszystko głębiej? Przecież to historia. Antorpologia i etnografia. Miejscami archeologia i masa innych nauk. To tak niesamoiwte bogactwo wierzeń i symboli, że… no dobra, może zbyt wiele wymagam. Może… Akcja się rwie i mota. Właściwie wszyscy nic nie robią ino się przemieniają, a potem najinteligentniejszy z ptoworów daje się złapać na najprostszą z pułapek. Oj wiem, że to częste u tej autorki, ale serio?

Jak na razie to dla mnie najsłabsza część serii. Ale i tak fajna. W końcu kto by nie chciał mieć wilkołaka, co nie? Może i akcja grzęźnie i się mota, może i byłoby tak fajnie, gdyby było szybciej, głębiej i mocniej… może? Bo przecież bohaterowie wciąż są sobą, a i nowy Kojot zdaje się nęcić, Stefan jest cudem… a Jess ma zielone włosy, ale jednak. Coś jest nie tak. Coś… zniknęło.

IMG_8866

Wieje wieje wieje…

Wieje mocno z prawej, potem z lewej, potem zakręca i znowu od początku. Jakby wiatr miał własny rodzaj tańca, jakby tylko on znał kroki i ruchy bioderek i w ogóle rytm miał do tego tańca jako jedyny perfekcyjny. Troszkę popadało, ale najfajniejsze jest to, że po prostu można sobie kupić lody i w ciszy usiąść w porcie. Ot kilka tygodni przed tym, aż zjawią się elementy Turyścizny. Aż wróci jazgot i niesamotność. Aż po prostu znowu będzie pełno… aż… nie będzie samotność znikomej, a pojawi się ta dziwaczna, przecząca wszelkim faktom i rechocząca się z ustornnego miejsca, do którego się stoczyłam ostatnio, pchana nagłą i mocno przeraźliwą biegunką. Tak, życie. Dobrze chociaż, że kurcze woda niedaleko, bo jak to po toalecie bez mycia? No jak?

Siedzi człowiek w porcie, a tam cudowność. Słonko grzeje, wiaterek wieje, usz nawet nie zauważysz, a czacha strzaskana na rdzawy brąz. A raczej brąz, który dopiero będzie, bo na razie to burak bardziej. Taki zeschnięty. Siedzi człowiek i ruszać mu się nie chce. Rozwaliłby się na tych szerokich ławeczkach i już tak został. Może i mewa żadna by go nie obsrała, chociaż tego to pewnym być nie można. No i wiecie, wszystko gniazduje, więc z chęcią wyrwą wam ptaszydła włosy i się poczęstują tekstyliami, by sobie milusie rzuciki w gniazdach na ściankach robić. Wiecie, najnowszy szyk mody, to kolorawe szczątki ludzkie, suszone w formie makatek…

Dlatego się ruszasz i idziesz w dzicz…

A w dziczy czasem spotykasz kogoś, kto też chciał do dziczy, ale nie męczy go biegunka po lodach. Jakby nie można było zapamiętać, że kurna tych ze śmietanki nie można!!! Ot starość wam powiem, kiedyś człek mógł jeść, dziś już nie może… Ale przecież chce się wrócić do tego co było, bo było na tyle dawno, że można to opisać jako owo nieszkodliwe. Miłe nawet, wspomnieniowe… Takie myśli przychodzą w dziczy, nawet jak trzeba się w ową dzicz wdrapać straszliwie. Tak wiecie, przeraźliwie na ściankę prawie pionową, co to trzyma się siebie ino dzięki korzeniom, skałom i ciągłym ludzkim udeptywaniem. Ginesminde – rowery proszę nieść, nie jechać!!!

IMG_1437 (3)

Są takie miejsca na Wyspie, które serio przeczą i jej dostępności.

No bo widzicie. Dla rowersystów określa się Wyspę jako łatwą i przyjemną. Nie dość, że ścieżek rowerowych cała masa, to jeszcze wszystko podobno mięciutkie i przewiewne. Do tego co jakiś czas drzewka, więc i cień jest, a i zwykła drogą bez dziurek, no i w ogóle raj pedałowania. Ale… no właśnie ale… Bo przecież jest różnica pomiędzy północą, a południem, między płaskim patelniowaniem się i piaskami, między smrodkiem fal, a środkiem Wyspy, który co jak co, ale płaski nie jest. A te depnięcia pod górkę mogą doprowadzić do spazmów, szczególnie przy pełnum słonku… No i jest północ. Górki i góreczki, pagórki, a w reszcie, jeśli nagle ze scieżki zboczycie… skałki. No i jak to jest? A jest pochyle!!! A nawet wyraziście stromo bym powiedziała. Są i wąwoziki i rozpadliny skalne i inne niespodzianki, jak nagle się na drodze pojawiający bujany kamyczek… i ino przystanków z pićkiem nie ma i sklepików, do jakich większość z was jest aż nadmienrie przyzwyczajona. I aptek… Do czego piję? A do tego, że co dla jednego ostoją łagodności, dla innego jest spryskaniem ślepi kwasem. Dlatego jak zwykle lepiej się upierdliwie dopytać. A i wtedy porównać odpowiedzi.

By potem nie jęczeć…

W weekend mieliśmy rajcowny bieg. Z południa na północ. 60 kilometrów. Bezczelnie siedząc w porcie i obserwując biegaczy, przy okazji pożerając gigantyczną porcję lodów, bo kulki dostałam od serca i wątroby, można rzec, iż: mają wypasione ciuszki, kibelek, to sprawa priorytetowa… no i co z tymi odblaskami? Znaczy wieciem wszyscy w obciślakach, wiadomo, że wygodnie. Do tego butki wypasione i równie wypasione plecaczki. No i kurteczki, koszuleczki, podkoszuleczki… serio, wychodzi na to, że bieganie, to droga sprawa. Ale przenośnej toalety nikt nie zabrał. Szczęściarze, że u nas kibelek co krok no!!! Bo jakby nie… Odblaski mają. Szczególnie porażające mogą być przy ostrym słoneczku wielkie kurtki w kolorach jadowitej zieleni i żółci, tudzież pomarańcz. Nosz, ale to wali po ślepiach. Niby niegacz po chodniczku truchci, a przecież kurcze oślepnąć można z drogi!!! No i jeszcze… no właśnie, wiecie, że tutaj nie jest ważne, na którym miejscu się bieg zakończy? Byle biec, byle brać udział. Ekhm. Nikomu się nie spieszy, jedni idą, inni truchtają… jeszcze inni wloką się poza peletonem i zadkiem ostatnich… i mimo tej pogody ślicznej, ciepełka i tak dalej, to jednak wszyscy tacy wielce jakoś posmutnienie. Ja nie wiem no… ja tam na szybkich spacerach radosna jestem nawet w potliwych miejscach!!! Chociaż swędzą i w ogóle…

IMG_1409

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i Białe Życia Plamy… została wyłączona

Pan Tealight i UFO…

„… a wszystko przez to, że Ojeblik – mała, ucięta główka, obżarła się bułeczek z serkiem na kolację. A raczej już na śniadanie prawie. No i wiadomo, jak tylko się położyła, to zaraz się zaczęły biegi do toalety. A ta nie lubi być budzona o takie porze, serio, szczgólnie ta toaleta z Białego Domostwa. Ale jak trzeba… no więc Ojeblik biegała, biegała, biegała (oczywiście po swojemu, bardziej tocząco), aż w końcu, przez okienko zauważyła – aaa wszystkich was interesuje jak ucięta główka może jeść i przetwarzać jedzenie i wydalać… usz zboczeńcy, no na wiarę to weźcie!!! – dziwne światła na polu. Na tym samym, które dzieliło – pomijając inne wartości – Chatkę Wiedźmy od nich. Od owej wielkiej, białej łazienki z ogromną balią udającą wannę, od prysznica, w którym padały nie tylko deszcze, ale i grzmiało…

Tymczasem Ptaszydło, czyli Wiedźma Wrona Pożarta Przez Książki, czekała na swoje pożywienie. Burczało jej w trzewiach straszliwie, a i cała masa przeczytanych tomów miała dość jej jęczenia, więc wszystkim lżej się robiło na myśl o tym, że o poranku spojawi się Pan L. i ją nakarmi. Miała co prawda przed sobą noc całą… ale właśnie utrupiła w łazience pierwszego w tym roku Pajączora, więc adrenalina ze stron skapująca, dręcząca jej wątrobę i inne trzewia, nie pozwalała jej na zwyczajną senność… Dlatego leżąc, też tak jakoś… spojrzała w okno. Może i gdyby mieszkały bliżej siebie, albo Wiedźma Wrona nie byłaby taką ślepownią, spojrzały by sobie w oczy, ale zamiast to…

Nad polem tańczyły światła…

Wielkie i małe, skupione i rozwleczone. Czerwone, błękitne i takie śnieżne. Najpierw dotykały się leciutko w upojnym seksie zbiorowym, by nagle się rozdzielić… może i się ze sobą drocząc? Może i lekko skłócone? Może i zaskakujące, niemożliwe, pozornie niepozorne, dziwne… Ale chyba nie, chyba nic w tym złego, przecież znowu do siebie podbiegły, łączyły się w pary i trójki, a potem nagle, nierozłączając się, zaczęły krążyć wokół całkiem niewidocznego punktu. Potem… coś się zatrzęsło i zaczęły tworzyć kształty fantazyjne, podejrzliwie podejrzane. Nagle nakładające się na siebie kolory ubogaciły się, nagle wszystko było inaczej… a potem…

A noc była ciemna i lekko deszczowa i wietrzna. Od strony morskich zawirowań nadchodziły dziwne, telepoczące, mgliste twory, a od strony rzeczki rechot podejrzliwy… ale ani Ojeblik, ani Wiedźma Wrona Pożarta tego już nie słyszały. Ani jedna ani druga tego nie widziały. Pierwsza zasnęła w łazience obok wielkiej balii, a druga doczołgała się do łóżka… a potem, o ranności wątpliwej, czyli takiej, której bezwstydnie bliżej do południa, nie pamiętały nic…

A małe nadgryzienia w czaszce zakrywały włosy.”

(„Sklepik z Niepotrzebnymi” Chepcher Jones)

IMG_0230

Ach!!!

Są… moje książeczki…

Są są są… Zauważyłam ze zdziwieniem, że coraz częściej mam trudności ze znalezieniem czegoś, co by mnie ucieszyło. Że nie ma powieści takich, jakie kocham… wiecie bez nastolatek, z nutką inteligencji i mrocznością jakąś. Fantastycznych, ale i naukowych troszeczkę. No i jeszcze ciekawych, wciągających, matających teraźniejszością, takich, które się potem śnią…

IMG_8849

Gdy jestem na głodzie książkowym… jest źle…

Wiecie.

Z czytaniem jest jak z każdym innym uzależnieniem… jak kurna nie ma co czytać pojawia się podrażnienie, podenerwowanie, dziwne wahania nastrojów, a nawet gorączka i przesadne kuszenie łóżkową monotonią. Po prostu kiła, syfa i mogiła. I jeszcze dżuma i dur brzuszny oraz opryszczka. I jeszcze cała masa dziwnych choróbsk wstydliwych, a i tych całkiem niepopularnych, które powodują okropne, męczące swędzenie, plamy na twarzy i ogólną degrengoladę…

Ale to już za mną. Nowe strony, nowe przygody, nowi ludzie… szał postaci i wszelakie cudactwa. Dlaczego się zauroczyłam czytaniem, a nie kurna jakimś innym dragiem? Serio, ostatnio łatwiej chyba nabyć niezłe prochy, niż dobrą książkę. A tak, taka jestem dziwaczna i okropna, że bezczelnie krytykuję pisarzy. Bo się kurna nie starają. No dobra, niektórzy z nich są serio super, ale… już nie żyją, albo piszą baaaardzo powoli!!! A cała reszta!? Połnocne kryminały są pisane według jednego schematu! Gorzej, autorzy wcale się nie kryją ze swoimi kursami, więc serio można łatwo wszystko prześledzić. A ile można się męczyć z tym samym? A może jestem za stara i powinnam sobie znaleźć inne hobby? A może jednak… Nie! Do cholery jasnej, ciemnej i barwionej chemicznie! Nie!!! Coś jest nie tak z tą literaturą. Jeden z autorów ma całą gromadę ludzi, którzy tworzą fragmenty, a on je skleja!!! Gdzie ci, co pisali z bólem swych trzewi? Gdzie ci, co tworzyli cierpiąc i wyrywając sobie włoski ręcznie w tych miejscach, które bolą najbardziej? Gdzie ci, co piszą nie dlatego, że jest to modne, ale dlatego… że czują?

Gdzie…

Wyspa pachnie inaczej.

Nie wiem dlaczego. Może to mój odwyk, a może jednak po prostu jakaś dwoistość umysłów, które skupiają się nad kwitnącymi lesistościami? Nie wiem… ale coś jest na rzeczy. Coś innego…

IMG_0221

Coś… bardziej męczącego.

Oj wiem, że to ekologia, że nie pierwszy raz, że w ogóle… ale jednak. Cierpię. Dopiero doświadczając tego rozumie się, jak bardzo zapach może… boleć. Cieleśnie i uczuciowo, zewnętrznie i wewnętrznie. Rozrywać wnętrzności, płuca palić, w gardle omaszczać się na śluzówce rozsmarowanym kurzym gównem. Czyli wiecie… nawozy prawdziwe, dają zboża życzliwe!!! Albo i jakoś inaczej. Serio… lepiej nie zbliżać się do pól, a i ich okolice lepiej omiatać spojrzeniem zza maski… a może i lepiej takiego stroju, jak mają ci od promieniowania, albo od skażenia.

Po polach szwendają się wymuskane traktory, w czadowych kolorkach, po prostu niczym na jakiś pokazie Kanye Westa… w wymiarze zaskakująco olbrzymim, jak wspomnianego ego, które ciągną za sobą radioaktywne inaczej beczułki z wrzącą bogactwem i mocą treścią wnętrz… krowich. A może i niekrowich? Kto to wie kto tam srał? Śmierdzi, jakby serio ktoś opróżnił toaletę olbrzyma… tego nie reagującego na owe zdrowe nowości ze świata ludzi, który żre co chce, beka i sra, a na dodatek bierze antybiotyki, tak na wszelki wypadek i pije serio wybuchowe drinki. Ja rozumiem naturę, ale za moich czasów rozrzucało się takie przesuszone i orało! Widziałam wieś… kiedyś prawdziwą!!! Ekhm, nawet ją wąchałam… Żeby nie było, czuję się w obowiązku potwierdzić, że rzadko, ale można, ujrzeć na wyspowych drogach takie starodawnej maści rozrzutniki do gnoju. Wiecie, wozy takie z zabawną rurką z drzazgami z tyłu, no dobra, nie wiem jak to się nazywa… no takie coś co kupmi pluje. Potwór takowy na kółkach, metalowy i nadzwyczajnie brudny, który serio ma problemy z przeżuwaniem i dietę wymieszaną z ekskrementów, słomy i wszelkich traw. Taką raczej wegetariańską… Hmmm, nie mogą o tym nie pomyśleć, że… czy to ma być przyszłość świata? Wegetarianie na nawożenie?

Mniejsza.

Śmierdzi!!! Cuchnie, pali w gardle, oczy łzawią, skóra złazi mi płatami, a w środku coś mi tam smutnie łka… a na dodatek pogoda wprost letnia. Aż chce się wskoczyć w czyste fale, cudne takie i chłodne. No dobra, może i bez przesady, jak najbardziej są nadal zimne, ale i tak się chce… Bo pięknie jest, ale kurna ŚMIERDZI!!! Cuchnie przeraźliwe, pali i dręczy, męczy i dołuje…

Viggo Mortensen.

Oj tak. No właśnie, więc przyjeżdża do Gudhjem sam Aragorn, co zmusza nas do przemyślenia sprawy Mordoru. No wiecie, oko jak nic powinniśmy ustawić, co nie? Zbroję się skołuje, las jest, więc może sobie w nim spać, czytałam że tak lubi… ino podobno przyjeżdża tu w sprawie całkiem innego filmu, no ale… Jakby co, bilety są po 50 DKK!!! Nie bójcie żaby do tego godzinka pogaduszek i pićku będzie. Szampan!!! To kto chce poznać się z Aragornem?

IMG_1557

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Możliwość komentowania Pan Tealight i UFO… została wyłączona